Sunday, November 30, 2025

Dom Sierot Janusza Korczaka - Skrzynka na Zeszyty bursistów - Pokój środkowy bez okna wg. opisu Pana Miszy!

Dom Sierot - Skrzynka na Zeszyty bursistów - Pokój srodkowy bez okna wg. opisu Pana Miszy!


Pani Stefa:

- Tu w szafce jest taka skrzyneczka z zeszytami bursistów. Może pan w swoim zeszycie notować swoje spostrzeżenia, uwagi, zapytania, a my będziemy w miarę możliwości odpowiadać.

Włożyła okulary. Zrozumiałem, że rozmowa skończona. Wstałem i opuściłem kancelarię.

 

Na sali natknąłem się na chłopaka lat może 11 czy 12. On mnie zagadnął, czy jestem

nowym bursistą. Powiedziałem, że nazywam się Misza. A ja Felek - zakomunikował. Potem, na moją prośbę oprowadzić mnie po Domu Sierot. Zrobił to w tempie nowoczesnego przewodnika. Ja tylko kręciłem głowa w prawo i lewo. Z tego szybkiego zwiedzania - w pamięci utkwił mi stojak ze szczotkami i ścierkami do sprzątania, wystawiony na eksponowanym miejscu przed wejściem do sypialń i pokoik bez okna między sypialniami, gdzie sypiał czasami Pan Doktór - jak stwierdził Felek.

 

Był piątek. Obiad jadłem przy czwartym stole i po raz pierwszy zetknąłem się z siedmiorgiem dzieci w różnym wieku z którymi miałem odtąd zasiadać do posiłków.

Po obiedzie gromada zabrała się do swoich normalnych obowiązków. Dzieci byly jakby na luzie, nazajutrz tj. w sobotę nie miały zajęć w szkole. Wokół mnie, jako nowicjusza zaczęła zbierać się grupka ciekawskich. Pytali się skąd pochodzę, czy umiem grać w szachy, jakie sporty uprawiam itp. Gdy gromada wokół mnie urosła, zaproponowałem zorganizowanie na sali wyścigów.

 

O palmę pierwszeństwa w biegu sztafetowym walczyły dwie drużyny. Po każdej rundzie

pokonani domagali się rewanżu. Nagle bójka 2 uczestników zabawy przerwała wyścigi. Inni skwapliwie skorzystali z okazji i zmęczeni klapnęli, gdzie się dało i przyglądali się bójce. Bójka tak jak niespodziewanie się zaczęła, tak samo nagle się urwała. To było jakby hasłem do wznowienia przerwanej zabawy. Dopiero dzwonek na mycie rąk przed kolacją położył kres ostatniej rundzie.

 

Pan Doktór przez cały czas zabawy siedział z boku przy stole otoczony jak zwykle gromadka dzieci. Jego obecność bardzo mnie krępowała. Na szczęście wydawało mi się, nie zwraca na nas uwagi. Ale wieczorem przy kolacji w "Barze pod schodami" Pan Doktor powiedział:

- Wie pan, to było świetne, doskonałe!.

 Uśmiechnąłem się, udając, że rozumiem, ale naprawdę nie wiedziałem o co chodzi.

- Panie Misza ciągnął Pan Doktór dalej

- Ciekaw jestem, dlaczego pan nie interweniował, gdy doszło do bójki?"

 

Wydawało mi się, że są to zarzuty czy wyrzuty. Chwile trwało kłopotliwe milczenie.

Wreszcie zdobyłem się na odwagę i szczerze powiedziałem:

- Nie nalegałem, by nie przerywali wyścigów, bo byli zmęczeni, zresztą ja sam też. Nie chciałem wtrącać się do bójki, bo z lat chłopięcych pamiętam, że wszelka interwencja w takich wypadkach rozjątrza tylko przeciwników. Poza tym walka nie była groźna, więc sądziłem, że wielkiej krzywdy sobie nie zrobiła...

 

Pan Doktór podrapał się z lekka w łysinę, pogładził brodę i po dłuższej chwili powiedział:

- Jak się jest młodym, to się czuje podobnie jak dzieci. To ważne. Łatwiej wtedy

z gromadą dziecięcą pracować! Tak, dzieci wiedzą nieraz lepiej, kiedy zabawę przerwać.

A co do bójek, słusznie, nie należy niepotrzebnie się wtrącać, ale uważać, żeby sobie

krzywdy nie zrobili.

 

Taki był mój pierwszy mimowolny sukces wychowawczy, taka była moja pierwsza rozmowa pedagogiczna z Panem Doktorem. 


Opowiedzieć o innych może ważniejszych? O tym jak Korczak umiał wsłuchiwać się w to, co myślą inni, liczyć się ich zdaniem, nie puszczać mimo uszu głosu najmniejszego szkraba?