Sunday, May 3, 2026

„Mordchaj (Anielewicz) był komendantem powstania i padł jak dowódca. Zazdroszczę mu, że zginął i nie widzi zburzenia i zagłady, oraz naszych dusz dotychczas widniejących nad ruinami...”


Neged Hazerem (Pod Prąd), Haszomer Hacair, nr 4, Warszawa, maj 1941. Jednym z redaktorów był Mordechaj Anielewicz.

Chajka Klinger z Będzina, urywki:

W owych dniach otrzymaliśmy pierwszą paczkę gazety „Neged Hazerem”. Paczka przybyła w worku od mięsa. Na pierwszej stronie była wielka plama czerwona. Plama ta była dla nas jakby symbolem — krwią naszą będziemy pisali, działali, organizowali i bronili się. W Zagłębiu panowała wówczas ogólna atmosfera burzliwych dyskusji na temat drogi ruchu. Życie było jeszcze normalne, towarzysze dyskutowali o zagadnieniach światowych: o przyszłości Europy, podziemiu socjalistycznym, pozycji narodu żydowskiego. W tym burzliwym okresie dyskusyjnym przybył do nas Mordchaj. Mimo, iż był młody, od razu zgłębił zagadnienia, które znajdowały się w centrum naszej walki ideowej. Przewidywał, co nas oczekuje. Trzeźwo oceniał rzeczywistość i znając sytuację, wyciągał wnioski odnośnie drogi ruchu. Zdarł zasłonę, która oddzielała nasz spokojny świat od sytuacji w Generalnym Gubernatorstwie. Opowiadał o stacjach doświadczalnych w Chełmnie i o zagładzie. Byliśmy oszołomieni. Wówczas opowiedział nam również o ruchu, o idei samoobrony. Mówił wolno i ostrożnie. Pamiętam, jakie wrażenie wywarły na nas jego słowa o postawie naszych towarzyszy w Nowogródku, po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. Wszyscy obwarowali się w swoim gnieździe i stawili zbrojny opór Niemcom, aż padli w boju.
Mordchaj zakończył obrady kilkoma referatami o kwestii narodowej. Najbardziej interesującym i najpiękniejszym w tych referatach było jego samodzielne podejście. Ogólne wytyczne w jego referatach oparte były na indywidualnym i źródłowym punkcie widzenia. Lecz podstawowe założenia przystosował do nowych warunków. Wprawdzie wśród nas byli również towarzysze, uświadomieni ideologicznie, lecz Mordchaj potrafił wznieść się na poziom historycznej oceny, ugruntować zasady ruchu, wytyczyć nową linię odpowiadającą okresowi wojny.
Mordchaja cechowała niezwykła synteza właściwości niespotykanych na ogół u jednego człowieka: zmysłu naukowego, dokładności i obiektywności, linii ideowej i perspektywy ideologicznej, a jednocześnie zmysłu organizacyjnego, odwagi i zdolności realizacji. Pamiętam wieczory i noce, które Mordchaj spędził w Będzinie, szukając przedwojennych materiałów o pracy ruchu w Zagłębiu. „Tego rodzaju materiały zbieram również w Warszawie — mówił. — Jeżeli padniemy w boju, dokumenty te pozostaną dla przyszłych pokoleń”.
Pamiętam również inny moment. Pewnego razu szliśmy ulicą. Nagle rozpoczęła się strzelanina. Wszyscy instynktownie ukrywamy się w jednym z zaułków. Po kilku chwilach wychodzimy z ukrycia. Mordchaj znikł. Po krótkim czasie wrócił. „Chciałem przekonać się, co się wydarzyło” — rzekł spokojnie. Nigdy nie krył się, widząc policjantów lub esesowców. „Lepiej przejść obok nich śmiało — mówił — to jest pewniejsze”. Rozmawiałam pewnego razu z Frumką o naszych towarzyszach, kierujących działalnością w Warszawie. Mordchaj jest najmłodszy — powiedziała ona, — jest w pełnym tego słowa znaczeniu, człowiekiem. Ugruntował dwie nowe idee: 1) przygotowanie do konkretnego oporu, do obrony — jako zasadniczej drogi ruchu w okresie wojny. 2) Pozycję narodu żydowskiego, a szczególnie młodzieży, wobec rozgrywających się dokoła nas wydarzeń.


Nadeszły wiadomości o powstaniu. W całym kraju rozeszły się wieści i legendy. Opowiadano, że powstanie objęło całe getto, że samoobrona jest silna. Opowiadano, że bojownicy walczą w mundurach niemieckich oficerów, że opanowali cytadelę, że wdarli się do aryjskich dzielnic miasta. Podawano, że w getcie całkowita władza spoczywa w rękach powstańców, działa jak gdyby dyrektoriat, jak w czasie rewolucji francuskiej, a na czele stoi Mordchai. Mówiono, że policja żydowska poddała się i powiadomiła Niemców, że władza w getcie należy do Organizacji Bojowej, że bojownicy zdobyli tanki i używają ich w walce. Wieści rozpowszechniły się w takiej mierze, że Polacy zazdrościli nam.

A potem nadeszły ostatnie wiadomości: wszyscy padli. Mordchaj zginął. Tosi nie ma. Arie również padł. Straszna cisza zapanowała. Lecz mimo wielkiego bólu, cierpień i smutku, serca nasze napełniły się uczuciem dumy. To, co zaszło, było słuszne — mówiliśmy. Nie powiedzą już, że ani jeden strzał nie padł, w okresie, gdy zgładzono milionowe żydostwo. Dotarły do nas wieści o bohaterstwie Mordchaja. 

Nadeszły jego słowa, które pisał w czasie walk do Icchaka Cukiermana:
„Jestem szczęśliwy, że przybyłem w tej chwili, oczy moje widzą granat i pistolet w rękach Żyda i przeżywam ostatni bój Żydów warszawskich... Jestem gotów na śmierć. Wydaje mi się, że urodziłem się tylko dla takiego życia, że dla tej roli wyrosłem, a w końcu walki powinienem również skończyć ze sobą..”
Pamiętam także list, który otrzymaliśmy po powstaniu od Cywii. Pisała ona: 
„Mordchaj był komendantem powstania i padł jak dowódca. Zazdroszczę mu, że zginął i nie widzi zburzenia i zagłady, oraz naszych dusz dotychczas widniejących nad ruinami...”