ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: W MAŁYM SZPITALU NA ULICY ŚLISKIEJ (Całość, strony 97–108)
Oto tekst całego Rozdziału Dziesiątego, przygotowany bezpośrednio do wklejenia na mój blog Jim bao Today:
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: W MAŁYM SZPITALU NA ULICY ŚLISKIEJ
– Czego szuka pielęgniarka?
Naczelny lekarz rzucił w jej stronę surowe spojrzenie zza swoich okularów. Nie lubił, gdy ktoś z jego podwładnych wchodził do niego bez wezwania. Czerwone policzki pielęgniarki Felicji, jej czarne, niespokojne oczy, świadczyły o stanie wzburzenia. Miętosiła w dłoni róg swojego fartucha, przygotowana najwyżej na potok łez.
Naczelny lekarz rzucił w jej stronę surowe spojrzenie zza swoich okularów. Nie lubił, gdy ktoś z jego podwładnych wchodził do niego bez wezwania. Czerwone policzki pielęgniarki Felicji, jej czarne, niespokojne oczy, świadczyły o stanie wzburzenia. Miętosiła w dłoni róg swojego fartucha, przygotowana najwyżej na potok łez.
Mały szpital, o którym mowa, noszący imiona Baumanów i Bersohnów, znajdował się na ulicy Śliskiej. Usytuowany w głębi, nie był odgrodzony od ulicy niczym innym jak żelazną bramą, a jego zewnętrzny wygląd i prymitywne wyposażenie nie przypominały w niczym innych szpitali miejskich. W swoim czasie został ufundowany przez dwie znane rodziny żydowskie; obecnie był utrzymywany na koszt gminy. Pracowało tu kilku młodych pediatrów oraz zaledwie kilka pielęgniarek. Jednym z tych młodych lekarzy, początkujących na tej drodze, był Doktór Henryk Goldszmit.
– Przychodzę w sprawie Doktora Goldszmita, – ogłosiła pielęgniarka.
Twarz naczelnego lekarza spoważniała. Nie poprosił jej, by usiadła, ponieważ od razu domyślił się natury sprawy, która ją tu sprowadziła. Ale sprawa ta nie była nowa; to nie była pierwsza taka skarga. W ubiegłym tygodniu, jak go poinformowano, ten młody lekarz wyszedł do bramy szpitala i nakazał wpuścić wszystkich krewnych, którzy przyszli odwiedzić dzieci. Co więcej, złamał w ten sposób sztywne przepisy szpitalne dopuszczające na teren tylko dwie osoby, i to wyłącznie raz w tygodniu, w określonych godzinach. Jak się okazało, Doktor obiecał dzieciom, że jeśli w ciągu dnia wypiją swoje lekarstwa bez buntu, pozwoli ich matkom wejść do nich następnego dnia... aby każdy mógł zobaczyć: siostry i bracia, wujkowie i ciotki, a nawet przyjaciele. Ogromny tłum ludzi stał przed bramą, jak zwykle w dni odwiedzin. Stałem tam i czekałem. Za kilka chwil ten potok ludzki zaliczył wejście do szpitala. Łatwo było pojąć, jak wtedy wyglądał ten dom chorych.
Twarz naczelnego lekarza spoważniała. Nie poprosił jej, by usiadła, ponieważ od razu domyślił się natury sprawy, która ją tu sprowadziła. Ale sprawa ta nie była nowa; to nie była pierwsza taka skarga. W ubiegłym tygodniu, jak go poinformowano, ten młody lekarz wyszedł do bramy szpitala i nakazał wpuścić wszystkich krewnych, którzy przyszli odwiedzić dzieci. Co więcej, złamał w ten sposób sztywne przepisy szpitalne dopuszczające na teren tylko dwie osoby, i to wyłącznie raz w tygodniu, w określonych godzinach. Jak się okazało, Doktor obiecał dzieciom, że jeśli w ciągu dnia wypiją swoje lekarstwa bez buntu, pozwoli ich matkom wejść do nich następnego dnia... aby każdy mógł zobaczyć: siostry i bracia, wujkowie i ciotki, a nawet przyjaciele. Ogromny tłum ludzi stał przed bramą, jak zwykle w dni odwiedzin. Stałem tam i czekałem. Za kilka chwil ten potok ludzki zaliczył wejście do szpitala. Łatwo było pojąć, jak wtedy wyglądał ten dom chorych.
Ale to naruszyło autorytet lekarki w oczach pielęgniarek i personelu. Naczelny lekarz nie zareagował od razu na tę aferę, która wisiała w powietrzu, lecz milczał.
– Widzę, że szanowny pan Doktor pragnie sprowadzić do szpitala groźne zarazy w tak wielkiej liczbie, jak to tylko możliwe – ironizował naczelny lekarz pod adresem Doktora. – Gdyby pan widział, jak te dzieci śpią i jak żaden strażnik nie potrafi zapewnić im spokoju w nocy... – kontynuował. – On pozwolił na te wizyty w każdy wtorek i czwartek. Przecież to nakłada na szpital ogromny ciężar zmartwień. Dlaczego tak często ulegamy tym prośbom, skoro to sprzyja szerzeniu się chorób? Dlaczego nie odmawiamy matkom, gdy przynoszą do szpitala te chore niemowlęta, mimo że warunki w ich domach są tak potworne? Dlaczego pozwalamy, by rodzina z nizin społecznych narzucała nam swoją wolę, co nie podoba się kierownictwu i łamie serce?... – zakończył, a z jego ust unosił się zapach tytoniu. – I to nie przynosi nam żadnych korzyści.
Naczelny lekarz nie pozwolił jej na dalszą dyskusję. Sprawa ta powróciła do niego z wielką siłą, zmuszając do podjęcia radykalnych kroków. Wydał rozkaz, by wyznaczyć godzinę, w której Doktor złoży oficjalne wyjaśnienia i zakończy tę samowolną praktykę w szpitalu, co miało służyć za przykład dla innych.
Lekarze pracujący w szpitalu mieli zwyczaj spotykać się wieczorami w jadalni. Często zapraszali go do siebie i radzili mu, by w trudnych przypadkach nie unikał konsultacji medycznych. „Kiedy tylko nadarzy się okazja, wyjdź na świeże powietrze, zdejmij ten stary płaszcz roboczy” – prosili go z życzliwością. W ich obecności, przy badaniu ran i bandażowaniu chorych dzieci, jego zachwyt nad pacjentami nie był im obcy. Ale w tej małej izolatce, płacz niemowlęcia nie był tak głośny jak przedtem.
– Co znowu się stało? – zapytał naczelny lekarz z niechęcią w głosie.
– Nie mam już siły, by to tolerować, – odpowiedziała pielęgniarka. – Ale nie potrafię udzielić panu rady w tej materii.
– Opowiedz mi wszystko, siostro.
– Nie mam już siły, by to tolerować, – odpowiedziała pielęgniarka. – Ale nie potrafię udzielić panu rady w tej materii.
– Opowiedz mi wszystko, siostro.
– ...Sprzątaliśmy dziś salę chorych w szpitalu. Pod łóżkiem jednego z małych pacjentów znalazłam prawdziwy schowek na śmieci, ukryty przed naszym wzrokiem. Nie potrafię nawet opisać, co tam było: potłuczone kamienie, gwoździe, kawałki gumy, stare bilety tramwajowe, a nawet sznurki od paczek. Wyjaśniłam chłopakowi, że muszę wyrzucić te wszystkie śmieci. Mały pacjent uparcie bronił swojego schowka i nie pozwalał mi dotknąć owych skarbów. Wyciągnęłam więc na siłę jego pudełko, na co chłopak zaczął głośno płakać. W tym samym momencie do sali wszedł dr Goldszmit, podszedł do łóżka chorych i zapytał chłopca, dlaczego płacze.
– Ona zabrała mi mój „Żelazny Fundusz”... – poskarżył się maluch.
– Parsknęłam śmiechem. Pokazałam Doktorowi tę „kolekcję”. Te gwoździe i sznurki były dla niego ważniejsze niż czysta szafka przy łóżku!
– To nie są zwykłe śmieci... – powiedział Doktor, a w jego głosie brzmiała nuta głębokiej powagi. – Zobacz, siostro, jak te przedmioty łączą dziecko z jego domem i z rodzicami. Gdyby mały pacjent nie miał przy sobie tych pamiątek, jakże trudna byłaby dla niego ta walka z chorobą i samotnością?
Sądziłam, że Doktor żartuje ze mnie.
– Ale to jest moja wina! – zawołała pielęgniarka.
– Parsknęłam śmiechem. Pokazałam Doktorowi tę „kolekcję”. Te gwoździe i sznurki były dla niego ważniejsze niż czysta szafka przy łóżku!
– To nie są zwykłe śmieci... – powiedział Doktor, a w jego głosie brzmiała nuta głębokiej powagi. – Zobacz, siostro, jak te przedmioty łączą dziecko z jego domem i z rodzicami. Gdyby mały pacjent nie miał przy sobie tych pamiątek, jakże trudna byłaby dla niego ta walka z chorobą i samotnością?
Sądziłam, że Doktor żartuje ze mnie.
– Ale to jest moja wina! – zawołała pielęgniarka.
– W naszych oczach ta kolekcja nie ma żadnej wartości, siostro, – kontynuował Doktor. – Ale dla dziecka te drobiazgi są bezcenne. Każda rzecz ma swoją historię i budzi wspomnienia o bliskich. Za tymi szafkami ukryty jest cały intymny świat dziecięcy, który musimy otoczyć szacunkiem i opieką.
– Nie, panie Doktorze, v takich warunkach nie będę dłużej pracować w tym szpitalu. Albo ja odejdę, albo...
– Uspokój się, siostro, spróbujemy rozwiązać tę sprawę polubownie – wtrącił się naczelny lekarz.
– Nie, panie Doktorze, v takich warunkach nie będę dłużej pracować w tym szpitalu. Albo ja odejdę, albo...
– Uspokój się, siostro, spróbujemy rozwiązać tę sprawę polubownie – wtrącił się naczelny lekarz.
Milczenie, jakie zapanowało w gabinecie, było trudne do zniesienia dla wszystkich. Ta dyskusja nie prowadziła do niczego dobrego.
– Szpital nie jest miejscem na te wychowawcze eksperymenty, panie Doktorze – powiedział surowym głosem dyrektor.
Doktor spuścił głowę i nie odpowiedział.
– Wszędzie tam, gdzie te eksperymenty naruszają higienę i porządek, musimy reagować z wielką surowością – dodał naczelny lekarz.
– Szpital nie jest miejscem na te wychowawcze eksperymenty, panie Doktorze – powiedział surowym głosem dyrektor.
Doktor spuścił głowę i nie odpowiedział.
– Wszędzie tam, gdzie te eksperymenty naruszają higienę i porządek, musimy reagować z wielką surowością – dodał naczelny lekarz.
Ta dyskusja była dla Henryka bolesnym doświadczeniem. Widział, że biurokracja medyczna... przerywała jego wywody. Atmosfera w pokoju stała się gęsta od niepokoju.
– Pomyśl tylko, co ja tutaj widzę. Jestem zszokowany tymi wszystkimi nowinkami, które sprowadził pan z zagranicy, – kontynuował naczelny lekarz swoją tyradę pod adresem Henryka. – Słyszałem o tych różnych, dziwnych rzeczach: nazywa pan tę metodę imieniem owej rzymskiej lekarki, „dr Montessori”. Żądacie wolności dla dzieci, szacunku dla ich podmiotowości. Ale przecież my nie jesteśmy tutaj w zakładzie opiekuńczym czy w szkole, panie Doktorze. Nasz dom jest szpitalem, instytucją medyczną, i cała ta samowola z pana strony godzi bezpośrednio w autorytet kierownictwa. Ale pan najwyraźniej nie dba o te zasady; zamyka pan oczy na fakty i na przepisy, a dla pana ważniejszy jest humor chorych dzieci niż dyscyplina i porządek sanitarny...
Henryk milczał. Rozkaz, władza, autorytet – pomyślał w duchu – co te wzniosłe słowa wnoszą do leczenia chorych niemowląt?
– A co do „nowoczesnego wychowania”, o którym pan tak pięknie mówi, – wtrącił się do rozmowy ten drugi, starszy lekarz w zniszczonym garniturze. – Proszę mi wyjaśnić, czy te wszystkie rewolucyjne teorie i eksperymenty, które pan testuje, sprawią, że te dzieci nie będą odczuwać bólu, głodu i cierpienia? Czyż te metody uchronią je przed epidemiami i przed śmiercią? Czy te wiersze i te opowieści...
W tym miejscu dyskusja przybrała na sile. Za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na temat systemu kar w szpitalu, Doktor stawał się niespokojny, aż do granic wytrzymałości. Nie panował już wtedy nad swoim gniewem:
– W tym szpitalu brakuje empatii, brakuje szacunku dla drugiego człowieka! – zawołał, a jego głos drżał od nadmiaru emocji. – Uważacie te dzieci za bezimienne przypadki medyczne, skazane na wasz los, a nie za małych ludzi, którzy potrzebują miłości i duchowego oparcia. Ta wasza surowa dyscyplina to jest więzienie...
– W tym szpitalu brakuje empatii, brakuje szacunku dla drugiego człowieka! – zawołał, a jego głos drżał od nadmiaru emocji. – Uważacie te dzieci za bezimienne przypadki medyczne, skazane na wasz los, a nie za małych ludzi, którzy potrzebują miłości i duchowego oparcia. Ta wasza surowa dyscyplina to jest więzienie...
Naczelny lekarz zmierzył go wzrokiem pełnym złości i pogardy. W odpowiedzi Henryka dopatrzył się buntu przeciwko swojemu autorytetowi, a złość ta potęgowała się na myśl o tym, że ten młody student-lekarz ośmiela się pouczać doświadczonych medyków. Nie było tam miejsca na dyskusję; dyrektor uważał, że słowo „rozkaz” oznacza rozkaz, a każda próba sprzeciwu musi być ukarana w sposób radykalny i bezwzględny, tak aby Doktor zrozumiał swój błąd – i nie wracał do niego nigdy więcej.
Nawiasem mówiąc, to spotkanie z dyrektorem nie zakończyło się wcale pomyślnie dla Henryka. Rozmowa ta, która miała miejsce w biurze przed wejściem Doktora do pracy w szpitalu, została przerwana przez nagłe pukanie do drzwi. Na progu pokoju stanął mały stróż i podał mu mały liścik papieru, na którym widniał odręczny napis: Dr Henryk Goldszmit, Lekarz miejscowy, Szpital Oficjalny dla Dzieci, od godziny 5 do 7 po południu. Dla matki Henryka ten dzień był dniem oficjalnego zapisu jej syna na listę lekarzy szpitala... według tego, co zostało zapisane w owej księdze, od czasu jego powrotu z podróży studyjnej.
But w domu rodziców Sytuacja stawała się coraz gorsza. Trudno było wyobrazić sobie, w jaki sposób Doktor zdoła uciec od tych rozmyślań, jak zorganizuje swoje nowe, samodzielne życie. Przecież do tej pory to on utrzymywał matkę i siostrę z pieniędzy, które zarabiał na lekcjach i z pierwszych honorariów; ta praca nauczyciela domowego była jego jedynym źródłem dochodu w tamtym okresie. Wybuch wojny, owej wielkiej wojny rosyjsko-japońskiej, odebrał młodemu lekarzowi szansę na spokojny rozwój kariery naukowej na uniwersytecie w Warszawie. Został zmobilizowany i wysłany na daleki front jako lekarz polowy armii carskiej.
Na szczęście wojna ta skończyła się po kilku miesiącach. Po powrocie z dalekiego Wschodu, Henryk wysłał swój kolejny artykuł z głębokimi wspomnieniami o domu i o latach dzieciństwa. Po ubiegłym roku, w którym przebywał poza krajem, powrócił do pracy w szpitalu na Śliskiej, starając się zapomnieć o tych wszystkich okropnościach, jakich doświadczył na froncie, o mrocznych i dusznych okopach, o krwawej rzezi i o ranach żołnierzy. Doktor nie lubił opowiadać o wojnie. Zwykle mawiał: „Pierwszy rok na froncie to jest okres trudnych doświadczeń, ale drugi rok to już pasmo potwornego cierpienia, z którego człowiek powraca z sercem pełnym żalu i bezsilności wobec losu, a trzeci rok... to już tylko śmierć, bez cienia nadziei i litości”.
Po powrocie do szpitala na Śliskiej, Henryk stał się człowiekiem powszechnie znanym i szanowanym w Warszawie. Po latach, gdy jego nazwisko stawało się coraz bardziej popularne w kraju, redakcje gazet zaczęły prosić go o pisanie artykułów publicystycznych, na co chętnie się zgadzał. Pamiętał te wszystkie szczegóły – rozmowy z dziećmi, ich uśmiechy, ich małe tajemnice z pokoju chorych, w oparciu o które budował swoje nowe, rewolucyjne opowiadania literackie. Książka ta ukazała się w druku tuż po powrocie z frontu, stanowiąc owoc jego przemyśleń i obserwacji nad losem najmłodszych. Ta analiza psychologiczna i medyczna była pełna głębokiej empatii, a styl autora – jasny, rzeczowy i pełen miłości do dzieci. Sukces tej publikacji nie wywołał jednak u Henryka dumy czy pychy; matka i siostra były z niego dumne, ale v jego sercu tliła się tylko jedna myśl: jak pomóc tym biednym sierotom, które kochał nad życie.
Od czasu do czasu w szpitalu pojawiała się jakaś uboga kobieta, owinięta w chustę, trzymająca na rękach chore niemowlę. Ten widok budził w Doktorze głębokie wzruszenie. Przyjmował matkę z dzieckiem w swoim gabinecie, badał malucha z wielką precyzją, przepisywał leki, a na koniec – wyciągał z kieszeni kilka groszy i podawał kobiecie na zakup mleka dla dziecka, starając się nie urazić jej dumy i godności osobistej. Doktor nie był tym lekarzem, który leczy tylko bogatych pacjentów dla zysku i zaszczytów. Służył najbiedniejszym, oddając swoje siły na rzecz cierpiących dzieci ulicy, a ta bezkompromisowa walka z nędzą i brudem była jego prawdziwą misją życiową. Z tej pracy naukowej i literackiej czerpał wielką siłę i radość, mimo potwornego zmęczenia. Choć los nie szczędził mu bolesnych ciosów, w jego sercu wznosiła się nowa idea, świetlany plan stworzenia wielkiego domu dla sierot w Warszawie... Smorstokiewicz. On płacił w terminie, a ten ciągle domagał się kolejnych, nowych książek.
Tego lata młody lekarz po raz pierwszy wyjechał na kolonie letnie z polskimi dziećmi. Pojechał tam wraz z nimi, by odpocząć. Od samego początku jego matka sprzeciwiała się pomysłowi zmniejszenia jego zaangażowania i roli jako lekarza. Ale po upływie trzech miesięcy lata, gdy powrócił, sprzeciw z jej strony ustał, a on otrzymał kolejną propozycję wejścia w zupełnie nowe otoczenie. Wspomnienia z owych kolonii letnich z dziećmi zostały spisane w formie relacji, które opublikował wkrótce potem w dwóch książkach zatytułowanych: Mośki, Jośki i Srule oraz Józki, Jaśki i Franki. Przyniosły mu one ogromną popularność. Książki te nie tylko opisywały codzienne zabawy i życie małych dzieci z kolonii, ale stanowiły unikalny materiał badawczy, próbujący wyciągnąć naukowe wnioski z obserwacji dzieci polskich i żydowskich z nizin społecznych. Ta analiza literacka i wychowawcza była doskonałym źródłem wiedzy dla pedagogów i badaczy zajmujących się tym tematem.
Trzy miesiące lata miały dla niego ogromną wartość z punktu widzenia zbierania budżetu. Doktor nie trzymał w swoim biurze w szpitalu żadnych oszczędności, z tego powodu wszystkie te pieniądze przekazywał na utrzymanie matki w domu. Sądził jednak, że ta sytuacja nie potrwa długo, i miał rację, o czym przekonał się wkrótce. Pragnął napisać nową książkę dla dzieci, a ta propozycja zorganizowania nowej pracy spotkała się w owym momencie z gwałtownym sprzeciwem ze strony kierownictwa szpitala. Uważał on to pisanie za sprawę ostateczną. Stał w obliczu wydania książki Początek. Przez trzy dni prawie nie opuszczał swojego pokoju, nie chciał jeść ani pić. Czuł się skrajnie wyczerpany nerwowo. Z tego powodu nie był w stanie odpowiedzieć na pytania, dlaczego nie pojawia się w szpitalu; leżał w łóżku bez ani jednej myśli w głowie i zupełnie bez sił.
Rachunki w sklepach spożywczych rosły, a długi stawały się coraz większym i cięższym problemem. W ciągu ubiegłych trzech miesięcy rodzice byli zmuszeni płacić szpitalowi za czynsz lokalu, a z pieniędzy ze sprzedaży artykułów nie starczało nawet na opłacenie ubrań. Czyż ta sytuacja nie była dla matki powodem do gniewu i niepokoju o los syna? Ona wiedziała, że on jest chory. Wtedy otworzyła się przed nim dyskusja na temat „Idealistów i ludzi czynu”, w której z wielkim smutkiem i zaangażowaniem opisywał tych wszystkich, którzy unoszą oczy ku gwiazdom i nie widzą tego, co dzieje się wokół nich na ziemi – w tym nędznym pokoju. Doktor spuścił głowę i nie odpowiedział. Ta kłótnia z matką zepchnęła go znowu na pozycję samotnika. Słowa te wywarły na niego potworny wpływ; ta porzucona praca literacka nie pozwalała mu już na dalsze pisanie opowiadań, a v jego sercu mieszały się sprzeczne uczucia... uprzedzenia i ograniczenia, jakie nałożyło na niego otoczenie. Ale on nie narzekał. Zaczął z wielką wiarą wierzyć w misję, jaka na nim spoczywała. Znowu stał się wolnym człowiekiem, który spędza długie godziny na rozmyślaniach i notuje te spostrzeżenia w swoich pamiętnikach. O godzinie piątej po południu siadał przy stole w jadalni, a na stole leżała miska pełna kapusty i dwie kromki chleba, pasujące do atmosfery tego ubogiego domu.
– Czy chłopak znowu jest głodny?
– Nie, – odpowiedział. Ale jego wzrok był pełen smutku i znużenia.
Żona właściciela mieszkania wysłała list ze skargą do jego matki, w którym opisała trudne warunki bytowe her syna w tym ciasnym pokoju. Od tego czasu nikt już nie zaglądał do jego mieszkania, a on nie potrafił znaleźć dla siebie nowej pracy. Przez kilka dni Staszek bawił się z nim na podwórku, badając te małe, unikalne drobiazgi w szafce tajemnic.
– Nie, – odpowiedział. Ale jego wzrok był pełen smutku i znużenia.
Żona właściciela mieszkania wysłała list ze skargą do jego matki, w którym opisała trudne warunki bytowe her syna w tym ciasnym pokoju. Od tego czasu nikt już nie zaglądał do jego mieszkania, a on nie potrafił znaleźć dla siebie nowej pracy. Przez kilka dni Staszek bawił się z nim na podwórku, badając te małe, unikalne drobiazgi w szafce tajemnic.
Wiadomość ta spadła na pannę Wilczyńską przy ulicy Solec, w owym małym pokoju, w którym przebywała od czasu zakończenia wojny. Pojawiła się u niej matka tego chorego chłopca, ta sama, która mieszkała tam przez sześć miesięcy. Kobieta była owinięta w chustę, na nogach miała zniszczone buty, a na jej twarzy, pokrytej plamami i zmarszczkami, odmalowało się głębokie zmęczenie. Złożyła przed nią niski ukłon.
– Dawne, dobre czasy powróciły, – wspominała. – Pamięta pani Doktora?
– Tak, oczywiście, pamiętam go, – odpowiedziała ze łzami w oczach. Dla obu tych kobiet te lata spędzone w rodzinie Wójcikiewiczów przy ulicy Solec były okresem najważniejszych i najpiękniejszych doświadczeń życiowych.
– Gdzie jest teraz ojciec dzieci? – zapytała.
Kobieta wybuchnęła płaczem.
– To już dwa lata, odkąd zabrano go do szpitala, – łkała w milczeniu. – Zachorował w fabryce na zapalenie płuc, zabrali go do tego małego szpitala miejskiego, a lekarze nie zdołali go uratować. Zmarł tam, w nędzy, i nikt go nie pochował jak należy.
– Tak, oczywiście, pamiętam go, – odpowiedziała ze łzami w oczach. Dla obu tych kobiet te lata spędzone w rodzinie Wójcikiewiczów przy ulicy Solec były okresem najważniejszych i najpiękniejszych doświadczeń życiowych.
– Gdzie jest teraz ojciec dzieci? – zapytała.
Kobieta wybuchnęła płaczem.
– To już dwa lata, odkąd zabrano go do szpitala, – łkała w milczeniu. – Zachorował w fabryce na zapalenie płuc, zabrali go do tego małego szpitala miejskiego, a lekarze nie zdołali go uratować. Zmarł tam, w nędzy, i nikt go nie pochował jak należy.
Henryk stał tam jak rażony piorunem.
– A jak poradziłaś sobie z tą sytuacją?
– Cóż, poszłam do pracy jako praczka, tak jak dawniej. Wikta pomaga mi przy praniu... – wołała kobieta ze łzami w oczach, a her małe dziecko, Kazio, trzymało się mocno jej fartucha, płacząc z głodu i zimna... Nie zapytał o nic. Odczekał, aż ona sama dojdzie do siebie. Jej prośba dotyczyła pomocy towarzystwa filantropijnego w her uwięzieniu w owej izbie nędzarzy.
– A jak poradziłaś sobie z tą sytuacją?
– Cóż, poszłam do pracy jako praczka, tak jak dawniej. Wikta pomaga mi przy praniu... – wołała kobieta ze łzami w oczach, a her małe dziecko, Kazio, trzymało się mocno jej fartucha, płacząc z głodu i zimna... Nie zapytał o nic. Odczekał, aż ona sama dojdzie do siebie. Jej prośba dotyczyła pomocy towarzystwa filantropijnego w her uwięzieniu w owej izbie nędzarzy.
– Ale przecież to małe dziecko umarło, prawie natychmiast.
– Czyż mało jest małych dzieci, które rodzą się i natychmiast są grzebane w ziemi, na cmentarzach?! – wołała. – Nikt nie spieszy się, by w ogóle zainteresować się tą sprawą, by zapytać patronat towarzystwa pomocy więźniom i ich rodzinom. Przecież nałożono na nas obowiązek milczenia, a prośba wysłana do nich ugrzęzła u stróża w biurze. Znowu nadeszła fala potwornych utrapień, która miała trwać przez całe miesiące. Ona dawała z siebie wszystko, niemal do końca. Dla matki i siostry zostawił tylko skromną kwotę pieniędzy na opłacenie najpilniejszych wydatków, aby mogły pokryć koszty zakupu ubrań i uniknąć nędzy.
– Czyż mało jest małych dzieci, które rodzą się i natychmiast są grzebane w ziemi, na cmentarzach?! – wołała. – Nikt nie spieszy się, by w ogóle zainteresować się tą sprawą, by zapytać patronat towarzystwa pomocy więźniom i ich rodzinom. Przecież nałożono na nas obowiązek milczenia, a prośba wysłana do nich ugrzęzła u stróża w biurze. Znowu nadeszła fala potwornych utrapień, która miała trwać przez całe miesiące. Ona dawała z siebie wszystko, niemal do końca. Dla matki i siostry zostawił tylko skromną kwotę pieniędzy na opłacenie najpilniejszych wydatków, aby mogły pokryć koszty zakupu ubrań i uniknąć nędzy.
Dwa razy w tygodniu Henryk spotykał się z młodymi chłopcami w ochronce dla dzieci. Inni lekarze pojawiali się tam raz na jakiś czas, w soboty, na krótką chwilę. Ale dla dzieci to nie była zwykła izba opieki, lecz schronienie pełne miłości, w którym mogły zjeść i napić się herbaty, siedząc wokół małego stołu. Wszystko to zorganizował bez żadnych dotacji czy pomocy finansowej z zewnątrz. Nie szukał też specjalnych funduszy w komitetach, mimo że na białych listach darczyńców ich nazwiska lśniły czystością. W tamtych czasach te spotkania i wizyty w ochronce nie były dobrze widziane przez oficjalne, konserwatywne kierownictwo. Przecież to on – ten młody lekarz – ośmielił się zmienić dotychczasowy, surowy regulamin i nie pozwalał na to, by biurokracja narzucała swoją wolę dzieciom, podczas gdy wokół szalały epidemie tyfusu i zapalenia płuc.
– Wszyscy ci urzędnicy uważają, że te dzieci z nizin społecznych nie są w ogóle ludźmi i nie mają żadnych praw do godnego życia i zdrowia! – pisał Henryk w swoich notatkach, pełen buntu i goryczy.
I w ten sposób, mimo sprzeciwów, Doktor nie zaprzestał spotykać się ze swoimi młodymi przyjaciółmi z dzielnic biedy. Umawiał się z nimi v różnych miejscach, w tanich garkuchniach dla robotników, przy kubku gorącej kawy i kromce chleba, a czasami spędzał z nimi długie godziny na podwórkach kamienic. W pierwszym rzędzie tych spotkań stał wielki, solidny stół z ciemnego drewna, nakryty czystym obrusem, na którym leżały przysmaki: drożdżówki, obwarzanki, gruszki w syropie, a obok nich – garnek z mlekiem i kubki z gorącą herbatą. W drugim pokoju paliła się mała lampka naftowa, rzucająca ciepłe światło wokół; stół ten, przeznaczony dla chorych maluchów, lśnił czystością, a w powietrzu unosił się zapach... wieczornego posiłku. W tym pokoju nie było już tamtego strachu przed głodem. Kelner przyniósł na tacy miski z ciepłą zupą, a nad jadalnią unosił się radosny gwar dziecięcych głosów.
Właściciel kawiarni, starszy mężczyzna o siwych włosach i zniszczonej twarzy, od razu rzucał się w oczy. Z wielkim szacunkiem podawał Doktorowi notatki i zeszyty, które przynieśli z ochronki. Ten kontakt z żydowskim światem biedy trwał aż do późnych godzin nocnych, do zamknięcia lokalu. Żaden z młodych studentów-lekarzy nie przychodził tam do nich, by uczyć się od Doktora, ani nie dbał o te dzieci z nizin. Na podłodze, pod biurkiem, leżały worki z ziemniakami i kapustą, które przynieśli starsi chłopcy; ten „żelazny zapas” żywności był owym skarbem, który chronił ich przed głodem i wilgocią. Te podwieczorki, pełne miłości i ciepła, były dla dzieci z biednych rodzin źródłem wielkiej radości i zabawy, trwającej zawsze aż do momentu, gdy małe główki omdlewały od nadmiaru wysiłku i zmęczenia, po czym dzieci zasypiały spokojnie jedno obok drugiego. O godzinie siódmej wieczorem wokół stołu siadała grupa jego przyjaciół i wszyscy razem pomagali w sprzątaniu naczyń i myciu podłogi.
Znajomości zawarte w tym okresie życia były dla Henryka bardzo ważne. Z tego mroku robotniczych izb wychodził prosto na ulicę, by udać się na kolejne spotkania i dyskusje z młodymi działaczami społecznymi. Więź łącząca autorkę z tymi młodymi ludźmi miała jednak znacznie głębszy charakter, ukształtowany w obliczu nadchodzącej, wielkiej rewolucji 1905 roku. Wraz z Felixem Sachsem, znanym działaczem i lekarzem, stali ramię w ramię przy pracy w tajnych organizacjach samokształceniowych proletariatu.
To był bardzo trudny i niebezpieczny okres w życiu Doktora. Pewnego wieczoru, gdy w nędznej izbie na Wolskiej udzielał nielegalnych lekcji, do budynku wtargnął carski patrol żandarmerii, szukając nielegalnych druków. W sali zapanowało przerażenie i głębokie milczenie; na głowach żołnierzy lśniły carskie orły, a w ich dłoniach... Po chwili strażnicy wyprowadzili Doktora z domu.
„Zostałem zmuszony do tego, by spędzić w więzieniu carskim długie tygodnie. Sędziowie śledczy w ogóle nie chcieli słuchać moich wyjaśnień; te tajne komplety i te artykuły w postępowej prasie uznano za zbrodnię stanu i bunt przeciwko carowi. Przypłaciłem tę moją niezależność i miłość do najuboższych uwięzieniem w murach Cytadeli Warszawskiej, w Pawilonie X, skąd zza małego, zakratowanego okna celi widziałem jedynie szare mury więzienia i niebo za kratami...” Słowa te z pamiętnika Doktora... które przetoczyły się przede mną, a on stoi na schodach i zwraca się do mnie: „Dlaczego pcha się pan tutaj? Przecież pan tu runie!”. W głębi duszy rozważałem: „W istocie, uderzenie kolbą karabinu było bolesne, to prawda”. Ale nie było w tym żadnego strachu. Sędzia śledczy był człowiekiem, który pragnęt wydobyć ze mnie zeznania; jego wzrok był pełen chłodu. Ja nie miałem zamiaru niczego dowodzić. Sędzia śledczy uważał, że mój przypadek jest jasny. I znowu te surowe nakazy i przepisy. Żołnierze niosący karabiny stali po obu stronach przejścia. Ten strach, który mną wstrząsał, nie pozwolił mi na to, by uratować te zapiski. Wszystko to było dla mnie czasem udręki. Z wielkim trudem, w nocy, zdołałem wdrapać się na łóżko polowe w celi. Czyż te dzieci z nizin społecznych nie są warte tego cierpienia?
On nie był tam sam. Razem z nim Doktor przebywał w celi, i w ten sposób narodziła się ta unikalna grupa przyjacielska.
– Szanować każdego człowieka, kimkolwiek by on był! – pisał w kółkach samokształceniowych, które organizował dla młodych więźniów. – Byliśmy więzieni w tych murach, skazani na bezczynność przez długie miesiące. Kiedy w końcu ustały możliwości pisania, zaczęliśmy uczyć się nawzajem. Wokół nas panował potworny chaos. Dorośli nie wiedzą, jak bardzo te dzieci cierpią w dzielnicach biedy. Wolą odwrócić wzrok od tej niesprawiedliwości. Żyjemy jak ludzie, przed którymi zamknięto drzwi. Byliśmy dumni, czyści i niezłomni w tamtych dniach wojny na tamtym świecie. Z tego punktu widzenia, pragnęliśmy zachować nasze zasady i wierność etosowi za cenę małego, skromnego pokoju, który był naszym domem. Zdecydowałem napisać w moim notesie krótkie podsumowanie tych skarg moich młodych przyjaciół. Kilka razy przerywał mi strażnik, sprawdzając, czy w celi nie ma ukrytych pocztówek czy słodyczy. Ta chwila wyczekiwania ustała: ta młoda dziewczyna, która przysłała mi te wiadomości, pisała z głębi swego czystego serca – formułkami, które miały na celu pocieszyć nas na duchu. Pielęgniarka zapytała mnie, czego mi potrzeba.
– Wygląda na to, że te skargi dotarły już do dyrekcji, – mawiał Doktor.
– Ojej, panie Doktorze, jakże oni są sumienni! Te proste dziewczęta wybierają te pocztówki i te notesy, które są wam potrzebne na tamtym świecie, aby móc żyć z czystym sercem.
– Szanować każdego człowieka, kimkolwiek by on był! – pisał w kółkach samokształceniowych, które organizował dla młodych więźniów. – Byliśmy więzieni w tych murach, skazani na bezczynność przez długie miesiące. Kiedy w końcu ustały możliwości pisania, zaczęliśmy uczyć się nawzajem. Wokół nas panował potworny chaos. Dorośli nie wiedzą, jak bardzo te dzieci cierpią w dzielnicach biedy. Wolą odwrócić wzrok od tej niesprawiedliwości. Żyjemy jak ludzie, przed którymi zamknięto drzwi. Byliśmy dumni, czyści i niezłomni w tamtych dniach wojny na tamtym świecie. Z tego punktu widzenia, pragnęliśmy zachować nasze zasady i wierność etosowi za cenę małego, skromnego pokoju, który był naszym domem. Zdecydowałem napisać w moim notesie krótkie podsumowanie tych skarg moich młodych przyjaciół. Kilka razy przerywał mi strażnik, sprawdzając, czy w celi nie ma ukrytych pocztówek czy słodyczy. Ta chwila wyczekiwania ustała: ta młoda dziewczyna, która przysłała mi te wiadomości, pisała z głębi swego czystego serca – formułkami, które miały na celu pocieszyć nas na duchu. Pielęgniarka zapytała mnie, czego mi potrzeba.
– Wygląda na to, że te skargi dotarły już do dyrekcji, – mawiał Doktor.
– Ojej, panie Doktorze, jakże oni są sumienni! Te proste dziewczęta wybierają te pocztówki i te notesy, które są wam potrzebne na tamtym świecie, aby móc żyć z czystym sercem.