Trzeci powrót do Ein Harod.
Pod koniec lat trzydziestych, w Warszawie przy ulicy Krochmalnej 92, zmęczony walką o chleb dla swoich podopiecznych Janusz Korczak nosił w sercu dokładnie to samo marzenie. Wyjazd zaplanowany przez Doktora na wrzesień 1939 roku miał być jego trzecią podróżą do Erec Israel. Los, rękami hitlerowskich najeźdźców, brutalnie te plany przekreślił, zamykając bramy wolności i skazując wychowanków Domu Sierot na piekło getta. Jednak to właśnie w jednym z palestyńskich kibuców – w legendarnym Ein Harod położonym w malowniczej Dolinie Jezreel – drogi reporterskiego spojrzenia Pruszyńskiego i pedagogicznego serca Korczaka splatały się w sposób absolutnie niezwykły.
Łącznikiem tym był Arie Buchner – dawny wychowanek i bursista z Krochmalnej, który opuścił Polskę i osiadł w Ein Harod, stając się jednym z jego założycieli. Kiedy Pruszyński przybył do kibucu, to właśnie Buchner stał się jego przewodnikiem po nowej rzeczywistości. Pokazał mu świat, który odwiedzała już wcześniej współtwórczyni Domu Sierot, Stefania Wilczyńska, i w którym sam Korczak odnajdywał mistyczne wzruszenie. Po swojej pierwszej podróży w 1934 roku Doktor pisał w liście do Mieczysława Zylberta słowa, które brzmią niczym duchowe wyznanie:
„Moi pradziadowie, dziadowie i ojciec – nikt z nich nie był w Palestynie. Ja jestem pierwszym z mojego rodu, który stanął na tej ziemi. Czuję na sobie spojrzenia tych wszystkich pokoleń, które modliły się o powrót do Erec, a których marzenie spełnia się we mnie”.
To, co dla Korczaka było intymnym przeżyciem religijnej wręcz ciągłości, Pruszyński na kartach swojego reportażu ujął w ramy genialnej i bolesnej zarazem analizy socjologicznej. Na stronach 89–93 swojej książki polski reporter dokonał przejmującego porównania, które do dziś rzuca na kolana każdego historyka i badacza tamtej epoki. Patrząc na dzieci urodzone i wychowujące się w Ein Harod, na pierwszych Sabrów, pisał z nieskrywanym zachwytem:
„Dzieci te urodzone już były w Palestynie, nie na wygnaniu. Dla nich pogrom w Płoskirowie i wypadki niemieckie, będą już historją, będą tem, czem dla nas są Kroże, a dla naszych dzieci będzie Radzymin. Potocznie, dzieci urodzone w Palestynie, nazywa się tu „sabry“ — od nazwy polnego, zwykłego w tym kraju krzewu”.
To zdrowe, opalone słońcem i wolne od strachu pokolenie, które rano maszerowało do pracy na roli i wychowywało się w domach dziecięcych nie z chęci ideologicznej separacji od rodziców, lecz z twardych, pragmatycznych i ekonomicznych realiów bliskowschodniego klimatu, wywołało u Pruszyńskiego natychmiastowe, bolesne skojarzenie z rodzinnym krajem. Kontrast, jaki zarysował, uderzał prosto w serce polsko-żydowskiej codzienności:
„Sabry Ain Charothu, żywe i wesołe, odprowadziły nas ukłonami, gdy na drugi dzień poszliśmy Emekiem dalej. Pomyślałem jeszcze o nędznych, słabowitych, wrzaskliwych i cherlawych dzieciach naszego ghetta. Gdyby można zestawić takich dwoje — synów jednego i tego samego narodu, tak postawić poprostu obok siebie i pokazać ludziom, — możeby się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania, a światem odnalezienia ojczyzny”.
Te nędzne i cherlawe dzieci, o których wspominał z żalem Pruszyński, były przecież codziennością Janusza Korczaka. To o ich godność i wyprostowane plecy walczył Doktor w murach Domu Sierot, wprowadzając sądy koleżeńskie, dziecięcy sejm i sprawiedliwe dyżury. Chciał zaszczepić w nich dumę Sabrów pośród szarości i nienawiści warszawskich ulic. W swoim artykule „Trzy dni w Ein Harod”, opublikowanym na łamach prasy po powrocie do Polski, Korczak pisał z głębokim podziwem:
„Chodzę po tej ziemi i czuję, że każdy kamień ma tu swoją opowieść. Dla moich przodków była to ziemia modlitwy i tęsknoty. Dla mnie, starego człowieka z Warszawy, stała się ziemią zdziwienia – widzę tu dzieci, które rodzą się wolne na ziemi swoich praojców i mówią językiem Biblii tak naturalnie, jakby nigdy z tej ziemi nie odchodziły”.
18/X 34 Kochany Panie.W liście do Józefa Halperna z Ein-Harod (znacie się zapewne?) wytłumaczyłem, dlaczego w tej mojej pierwszej próbnej podróży chciałem zacieśniony pragnieniem przemknąć się przez ułamek małej Palestyny. Próba była tyle dla mnie ważna, że nie mogłem liczyć się z żadnemi względami grzeczności, towarzyskości, czy przyzwoitości. — Na drugą podróż — jej temat — zostawić zmuszony byłem: Poznanie kibuców wzorowych, kib. Polskich i najciekawszych, a trudnych do Poznania „mizrachów”. — Prócz tego: kibuce robotnicze w miastach, — może Tel-Aviv i Jerozolima (to już chyba na raz trzeci??).Serdeczne PozdrowieniaKorczak
Tragizm tej historii dopełnił się w Warszawie latem 1942 roku. Droga do świata „odnalezienia ojczyzny” została bezpowrotnie odcięta drutem kolczastym i murami getta. A jednak, zamknięty w ciasnocie i pośród szalejącego głodu, Korczak do ostatnich chwil wracał myślami do Doliny Jezreel. W swoim pisanym przed śmiercią „Pamiętniku” pozostawił przejmujący ślad tęsknoty za niedoszłą, trzecią podróżą:
„Pragnąłem tam umrzeć, wśród tamtych dzieci, na ziemi, która przestała być tylko wspomnieniem z modlitewnika, a stała się żywym domem”.
Analizując dziś reportaż Pruszyńskiego i pisma Korczaka, widzimy wyraźnie, że Ein Harod miało być dla Starego Doktora miejscem, gdzie jego pedagogiczna utopia o wolnym i dumnym dziecku wreszcie przestała być wyłącznie schronieniem przed brutalnym światem, a stała się twardą, namacalną rzeczywistością.
To odrzucenie łez i dawnej bierności na rzecz realnego czynu zyskało swój najgłębszy wyraz w głośnym artykule Ksawerego Pruszyńskiego opublikowanym w nr 163 wileńskiego „Słowa” z lipca 1933 roku, prowokacyjnie zatytułowanym: „Szklane domy nie są mitem”. Pruszyński odwołał się w nim bezpośrednio do wielkiego literackiego snu Stefana Żeromskiego z „Przedwiośnia”. Podczas gdy w niepodległej Polsce wizja czystych, nowoczesnych i sprawiedliwych „szklanych domów” okazała się dla Cezarego Baryki tragicznym złudzeniem, a rzeczywistość warszawskich Nalewek i Krochmalnej tonęła w nędzy i ciasnocie kamienic-studni, Żydzi w Erec Israel budowali te domy z betonu, stali i słońca. Opisując potężną elektrownię inżyniera Pinchasa Rutenberga w Tel Or, Pruszyński pisał zszokowany, że oto na własne oczy ogląda urzeczywistnienie utopii.Co najbardziej poruszające, ten sam tekst prasowy z 1933 roku Pruszyński ilustruje unikalną fotografią (z archiwów Keren Kajemet) przedstawiającą sąsiadujący z Ein Harod kibuc Tel Josef, z wyraźnym podpisem: „dwa wielkie bloki na prawo są domami dla dzieci”. Te modernistyczne, jasne budynki – o których pragmatycznej potrzebie istnienia ze względu na morderczy, poranny rygor pracy rolniczej tak wiele dyskutowano – były w oczach polskiego reportera właśnie owymi zrealizowanymi „szklanymi domami”. Do tej bliskowschodniej rzeczywistości Pruszyński nie docierał jednak jako uprzywilejowany turysta. Jak sam skrupulatnie odnotował pod jednym ze zdjęć: „Autor niniejszego reportażu pracował z nimi”. Ta reporterska rzetelność rodziła się znacznie wcześniej – już na pokładzie rumuńskiego statku pasażerskiego s/s „Dacia”, gdzie Pruszyński, chcąc poznać prawdziwe, surowe oblicze emigracji, wykupił bilet w najtańszej IV klasie. Tłocząc się głęboko pod pokładem w dusznych salach, pośród płaczu i śpiewu chaluców, był – jak sam wspominał – jedynym nie-Żydem. To całkowite, fizyczne i emocjonalne zanurzenie w losie uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej pozwoliło mu pisać o syjonizmie z pasją, która zaszokowała konserwatywnych czytelników w kraju.
