Próg godności.
Janusz Korczak nie znosił „turystyki filantropijnej”. Dla Starego Doktora ani Dom Sierot na Krochmalnej, ani bielański „Nasz Dom” nie były zoologicznymi wybiegami, na których zamożni darczyńcy mogli kupić sobie czyste sumienie kosztem podglądania sierocej biedy. Drzwi tych placówek nie były jednak hermetycznie zamknięte na świat – przyjmowano tam zagraniczne delegacje naukowe czy kierowników i wychowawców z innych schronisk w Polsce. W Domu Sierot cały ruch dyplomatyczny i korespondencję z wychowawcami lub donatorami brała na siebie pragmatyczna Stefania Wilczyńska. Robiła to celowo, tworząc tarczę ochronną wokół intymności dzieci. Korczak panicznie bał się, że wizyty obcych ludzi zmuszą jego wychowanków do upokarzającego „reprezentowania i dziękowania”.
Ta bezkompromisowość rzucała wyzwanie ówczesnemu światu dorosłych. Do historii przeszło kategoryczne oświadczenie Doktora, w którym prosił zamożnych członków Towarzystwa „Nasz Dom”, aby nie stawiali swoich luksusowych, wykwintnych samochodów tuż przed budynkiem na Bielanach. Widok ostentacyjnego bogactwa podjeżdżającego pod próg domu ubogich dzieci, uważał za głęboki, psychologiczny cios w ich dumę. Chciał, aby próg jego placówek był strefą wolną od klasowych podziałów i niesprawiedliwości społecznej.
Żywe laboratoria pedagogiki*
Jeśli Korczak i Maryna Falska otwierali drzwi „Naszego Domu” na oścież, to nie dla bogaczy, lecz dla nauki. Maria Grzegorzewska, twórczyni Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej (PIPS), uczyniła z bielańskiego gmachu-samolotu prawdziwy poligon wychowawczy. To tutaj jej studenci prowadziły pionierskie, długofalowe badania nad podmiotowością dziecka, językiem „maleńkości” czy sprawiedliwością rówieśniczą Sądu Koleżeńskiego. Zarówno Janusz Korczak, jak i Maryna Falska i Maria Grzegorzewska byli członkami 8-osobowego zarządu „Naszego Domu”. Również wychowawcy z Naszego Domu brali udział w wykładach organizowanych przez PiPS.
Grzegorzewska uczyła przyszłych pedagogów empatii empirycznej – zabierała ich nie tylko na Bielany, ale i do podwarszawskich Lasek, by tam poznawali niewidzialny świat dzieci niewidomych. Ta unikalna, warszawska szkoła szacunku wobec dziecka miała w sobie tak potężną siłę, że przetrwała wojnę i granice. Po latach, niosąc to samo dziedzictwo i te same idee, moja Mama – jako wykładowca dydaktyki w Warszawie, a później na emigracji w Sztokholmie – wciąż zabierała swoje studentki w te same laskowskie ścieżki.
Formula Korczaka i teraz trochę moja „365 dni, by uszczęśliwić dziecko” dowodzi jednego: nauka i miłość do dziecka, których bronili Korczak, Falska i Grzegorzewska, nie miały daty ważności ani paszportu.
Tak, wykłady w PIPS były nierozerwalnie połączone z instytucją Bursy, a sama Bursa w systemie Janusza Korczaka i Stefanii Wilczyńskiej stanowiła nowatorskie seminarium pedagogiczne dla przyszłych wychowawców. [1, 2]
Wiele osób z kadry Naszego Domu i Domu Sierot uczęszczało na te wykłady jako słuchacze, niekoniecznie dążąc do sformalizowanego dyplomu akademickiego.
Czy wykłady PIPS łączyły się z Bursą w Naszym Domu i Domu Sierot?
Bursa Domu Sierot (działająca w latach 1923–1937) oraz bielańska bursa Naszego Domu (od 1928 r.) nie były zwykłymi akademikami. Przyjmowano do nich młodzież studencką (od maturzystów po dwudziestolatków), również dawnych wychowanków, którzy dorastali, jak i osoby z zewnątrz. Połączenie z Państwowym Instytutem Pedagogiki Specjalnej (PIPS) Marii Grzegorzewskiej miało charakter obustronnej wymiany praktyczno-teoretycznej. Bursiści, studenci PIPS oraz Wolnej Wszechnicy Polskiej (jak mój ojciec-Pan Misza z Domu Sierot), którzy mieszkali w Bursie, w zamian za darmowe utrzymanie i dach nad głową byli zobowiązani do odpracowania 3 lub 4 godzin dziennie jako wychowawcy i pomocnicy w internacie. Janusz Korczak wykładał w PIPS, a jego studenci z uczelni naturalnie trafiali do jego placówek na praktyki lub właśnie do Bursy. Tam, pod okiem Stefanii Wilczyńskiej i Maryny Falskiej, weryfikowali uniwersytecką teorię z twardą rzeczywistością opiekuńczą.
Jedne z najbardziej znanych wychowanek Naszego Domu to Tosia Antoniak) Wira (Weronika). Późniejsze współpracownice Maryny Falskiej oraz Janusza Korczaka w bielańskim Naszym Domu. Obie dziewczęta przeszły wyjątkową drogę: od osieroconych dzieci robotniczych, podopiecznych zakładu, aż do profesjonalnych wychowawczyń z dyplomami Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej (PIPS), założonego przez Marię Grzegorzewską. Tosia Antoniak trafiła do Naszego Domu jeszcze w czasach pruszkowskich (przed przenosinami na Bielany) jako skrajnie uboga sierota. Wyrosła na jedną z najbliższych i najbardziej zaufanych powierniczek Maryny Falskiej. Wira (Weronika) Plich podobnie jak Tosia, ukształtowała się w systemie samorządowym Naszego Domu. Charakteryzowała się ogromną empatią i talentem pedagogicznym, przez co szybko zaczęła pomagać w opiece nad młodszymi dziećmi jako tzw. „starsza siostra”.
Zapiski i protokoły z bielańskich zebrań Rady Samorządu Naszego Domu z lat 30. stanowią jeden z najbardziej fascynujących dokumentów w historii polskiej pedagogiki. Wpisy dokumentujące udział Krystyny Bogdanowicz, Henryki Staniszewskiej oraz Barbary Staniszewskiej, jak również ich wspomnienia spisane na 70. lecie Naszego Domu** doskonale obrazują, jak przedwojenna idea „dziecięcej republiki” i samorządności Maryny Falskiej oraz Janusza Korczaka działały w praktyce.
Atmosfera Domu była wybitnie rodzinna, przez sam fakt zwracania się do kierownictwa i personelu bez względu na wiek – pani Maryno, a nie pani kierowniczko, panno Oleńko, pani Karo. Wychowawcy byli dla nas jak starsi koledzy. Najbardziej z wychowawców utrwaliła się nam w pamięci pani Tosia, panna Oleńka i panna Wira. Służyły zawsze dobrą radą, kiedy zaszła potrzeba, rozsądną uwagą, a jednocześnie na równi z nami dowcipkowały. Pamiętamy pierwszy bal karnawałowy p. Tośki i p. Irki Wiewiórskiej – szczęśliwe prezentowały nam swoje kreacje balowe, przeżywałyśmy razem z nimi ich radość. Pani Tosia obdarzona była bardzo dobrym głosem, nauczyła nas wielu pięknych piosenek, jedną z nich pamiętamy w całości do dzisiaj „tam w pustym stepie młody kozak padł”. Bardzo często po kolacji chodząc całą gromadą po ciemnym korytarzu śpiewaliśmy robiąc tym wielką przyjemność pani Marynie i pani Karze – tak bardzo to lubiły.Ze wspomnień o pani Marynie utrwaliły nam się „zakłady”. Była to niby zabawa, niby gra, ale przez nas traktowana bardzo poważnie. Dzisiaj zdajemy sobie sprawę, że ta niby zabawa miała może zasadniczy wpływ na kształtowanie naszych charakterów. Polegało to na pozbywaniu się wad. W całej tej „zabawie” ważne było zaufanie, jakim darzyła nas pani Maryna. Respekt dla niej nie pozwolił nam kłamać.W Naszym Domu były prowadzone metody wychowawcze, które miały wpływ na kształtowanie naszych charakterów. Wyżej wspomniane „zakłady”, dyżury, które wyrabiały w nas obowiązkowość i porządek, pracowitość, a głównie szacunek do każdej pracy, co po dziś dzień jest wielką zaletą naszych charakterów. Sąd koleżeński, wybierany spośród nas, który rozstrzygał różne sporne sprawy i pretensje pomiędzy wychowankami. Ta forma wyrabiania w nas sprawiedliwości, a jednocześnie zasądzone paragrafy od 100 do 1000 w zależności od przewinienia, wywieszane na tablicy celem podania do wiadomości ogółowi, pozwalały zagrać na naszych ambicjach, porównać moje postępowanie z innymi i zastanowić się, czy nie mogę być lepsza?Organizowanie zbiorowych akcji, jak sadzenie topoli wokół terenu należącego do Naszego Domu – dziś wielkie drzewa, rosły na naszych oczach, wyrosły proste i zdrowe, bo pielęgnowane przez całą gromadkę naszodomską. Dziś biedne złamane drzewko wzbudza w nas oburzenie.Górka, która przez wiele lat służyła nam za zjazd saneczkowy, została usypana wspólnymi siłami. Brodzik, który miał podwójne zastosowanie, w lecie do ochłodzenia, zimą jako ślizgawka. Dzisiaj wiele dzieci uważa piękne baseny kąpielowe, specjalne lodowiska za rzecz naturalną, a dla nas brodzik był wspaniałym podarkiem, sprawiającym wiele radości.Nie będzie chyba przesady w wypowiedzi naszej, że prawdziwym świętem dla nas dzieci był czwartek, dzień przyjazdu dra Korczaka. Pamiętamy nasze biegi do przystanku tramwajowego, skąd szedł do nas pan Doktor, obwieszony dziećmi, każdy chciał go dotknąć, być blisko.
**Nasz Dom, 1919-1989: Kronika, Listy, Wspomnienia, Fotografie.** 1989.