Thursday, October 15, 2026

Różyczka, Gocławek - Ferma Korczaka -

Ferma - 1940 rok.





Opis fermy Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” przez Ignacego Cukiermana. Wstep Ida Merzan.


 Opis fermy Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” przez Ignacego Cukiermana.


Artykuł "Święto sadzenia drzewek" napisany przez wychowanka Domu Sierot i reportera „Małego Przeglądu” Maksia (Majer Kulawski, Mały Przegląd numer z 13 maja 1927).

W sprawozdaniach Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” można śledzić rozwój i upadek Fermy, liczbę zatrudnionych, ilość krów i swin, jak również dochody z wynajmu konia z wozem i sprzedaży kwiatów i warzyw. Tutaj dwie strony opisujące lata 1922 i 1929.

KOLONJE CHALUCÓW GROCHOWIE - opis z gazety Janusza Korczaka Mały Przegląd, 23 marca 1928 roku. Z gazety Janusza Korczaka Mały Przegląd. Ważna jest data, 1928 rok. 


Gocławek 1940 rok. Ferma Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”. W tym samym roku nastąpiła przeprowadzka Domu Sierot z ul. Krochmalnej 92 do Getta.


Zapytali mnie dzisiaj znajomi o Dom Sierot Korczaka i o powiązanie z Różyczką. Odpowiedziałem, że Różyczka to nazwa używana po wojnie i że przedtem używano nazwy Gocławek. Również nazwa Gocławek, jeżeli mówimy o terenach przy ulicy Klasztornej 1, to właściwie dwie instytucje. Opisała to w artykule z końca lat 80. Niezastąpiona Ida Merzan w artykule Ferma Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”.:  Towarzystwo „Pomoc dla Sierot” utrzymywało przed wojną zorganizowane przez tę instytucję Dom Sierot, Kolonie Letnie (Internat), Przedszkole, Zimowisko. O tych placówkach pisano wiele zarówno w kraju, jak i za granicą. Drukowano wspomnienia wychowanków i pracowników. Sam dr Janusz Korczak zostawił w pismach świadectwo swej pracy. Jednak istniała jeszcze jedna placówka dotąd przez nikogo nieznana, bowiem nie doczekała się dokładnego opisu.

W sprawozdaniach Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” można śledzić rozwój Fermy: Ilość zatrudnionych, ilość krów i swin, jak również dochody z wynajmu konia z wozem i sprzedaży kwiatów i warzyw. Studiując sprawozdania, mogłem zrozumieć wiele fotografii i dokumentów, które dotychczas były dla mnie zagadką, tak jak dziewczynka na koniu czy też opisy "nauki zawodu".

Korczak w „Społeczeństwie”  numerze 6 rozdziale „Nowy uczeń” z 1908 roku opisuje 

Na kolonji uczy się wychowaniec: myć, ubierać, słać łóżko, czyścić ubranie i obuwie, usługiwać sobie przy stole, poznaje plan szkoły życia, i czytać. Wraz z planem szkoły otrzymuje najpowierzchowniejszy zarys tego, co czyni każdy z jej wydziałów. Nie jest to nauką martwą z rysunków i modeli: kolonja nasza jest budowana i prowadzona na wzór szkoły życia; i tu jest bibljoteka, warsztaty, ferma, szpital; brak zaledwie paru wydziałów, i jeśli mówi się o nich na odległość, toć wychowaniec wie, że zobaczy je za dwa tygodnie, dziesięć dni, za tydzień, jutro.

Ten tekst z 1908 roku to teoretyczny i utopijny projekt, który kilkanaście lat później zyskał realną, praktyczną realizację właśnie w Różyczce. W cytowanym tekście Korczak podkreśla, że nowy uczeń na kolonii uczy się podstawowych czynności życiowych i unika „martwej aovfl z rysunków i modeli”. Dokładnie ta sama filozofia przyświecała później działalności na koloniach w Gocławku. Dzieci z Krochmalnej 92 nie uczyły się o przyrodzie z podręczników: sadziły tam realny sad. Zajmowały się uprawą warzyw i owoców. Opiekowały się zwierzętami (wspomnianymi wcześniej krowami zakupionymi przez Towarzystwo).

Reporter „Małego Przeglądu” Maksio Majer Kulawski (Mały Przegląd, numer z 13 maja 1927) tak zakończył swój artykuł „Święto sadzenia drzewek": 

Po śniadaniu zaczęliśmy sadzić. Znamy tę robotę, bo w lecie pan Koszur kazał nam wykopywać pnie i zeschłe drzewa; zresztą pomagamy przy żniwach od lat paru.

Chłopcy udawali zawodowych kopaczy, a Sura delikatnie dziobała ziemię, jak łyżeczką w filiżance kakao. Co który nasypał kilka łopat, panowie mówili: „Dosyć, dosyć”, i odbierali łopaty. Widząc, że to nie prawdziwa robota, a tylko bujanie, zniechęciliśmy się prędko. W powrotnej drodze w tramwaju było strasznie ciasno, a jeden pan krzyknął: „Fabryka szwajcarskich serów”.



Kolonie i ferma na Gocławku były, podobnie jak Dom Sierot, opłacane przez Towarzystwo Pomoc dla Sierot. Ferma to marzenia Korczaka i wielu członków zarządu Towarzystwa: nauka, przyroda, kibuc i przygotowanie dzieci do ewentualnego wyjazdu do Palestyny.

Korczakowi był dobrze znany program Hachszary (Przygotowania), bowiem Korczak był członkiem zarządu polskiego Sochnutu, Agencji Żydowskiej, której głównym zadaniem była działalność związana z aliją – emigracją do Izraela. Organizacja Sochnut istnieje do dzisiaj i jej praca, tak jak poprzednio, wiąże się z pomocą w przeprowadzeniu procesu emigracyjnego związanego z wyjazdem do Izraela.

Wszystkie dzieci w Domu Sierot uczyły się języka hebrajskiego, wg. zapisków w zeszytach bursistów i w Sprawozdaniach Towarzystwa Pomoc dla Sierot, codziennie 1 godzinę lekcyjną. Oprócz tego uczyły się geografii regionu.
Co to była Hachszara?  Hachszara (z hebrajskiego, Przygotowanie) to program przygotowujący Żydów do emigracji do Eretz Israel (Palestyny) i życia w kibucach. Hachszary odbywały się przed drugą wojną światową w wielu krajach europejskich. Miejsca, w których odbywały się „przygotowania”, nazywano również hachszarami. Program Hachszar był wspierany i propagowany przez organizacje syjonistyczne, takie jak: He-Chaluc, Ha-Szomer Ha-Cair, Hanoar Ha-Cijoni, Hanoar Ha-Iwri „Akiba”, Frajhajt, Dror oraz Betar. Żydów odbywających hachszarę nazywano chalucami. Przygotowanie umożliwiało nabycie umiejętności zawodowych w wielu dziedzinach nie tylko w rolnictwie i ogrodnictwie, lecz również w zawodach rzemieślniczych.

Odpowiedzialny za rozwój fermy na Gocławku był kierownik, inżynier agronom Bernard Dobrzyński, członek Zarządu Towarzystwa Pomoc dla Sierot. Według jego wskazówek rozpoczęto uprawę warzyw i ziemniaków. Ta działalność przyniosła pierwsze dochody. Zakupiono pierwsze dwie krowy i konie. W następnym roku zniwelowano teren i zasadzono 250 drzew owocowych i dokupiono trzy kolejne krowy. Sprawozdania Towarzystwa Pomoc dla Sierot z lat 1925–1927 wykazują zrównoważenie wydatków i dochodów. W następnych latach pojawiły się pewne straty związane ze spadkiem cen i nieurodzajem.

Ciekawym elementem na koloniach Różyczka było aktywne uczestnictwo dzieci (swojego rodzaju dyżury jak w DS) w pracach związanych z fermą, jak również w mniejszych pracach budowlanych na terenie kolonii. Przykład bursistów i innych wychowawców, którzy jeden po drugim emigrowali, sprzyjał oczywiście temu, by również wychowankowie byli bliscy myśli wyjazdu.

J. Wajngarter pomógł Korczakowi w redagowaniu „Małego Przeglądu”, gdzie pisał pod pseudonimem Javan. Latem 1929 roku Wajngarten zaczyna wydawać tygodnik w języku polskim „Gazeta Młodych". Jest to okres, gdy Korczak przekazał redakcję gazety Małego Przeglądu Igorowi Newerlemu. Gazeta Wajngartera wychodzi w niedzielę i jest sprzedawana jako ilustrowany tygodnik. Jest w swoim układzie podobna do Małego Przeglądu. Artykuł podpisany Harry to artykuł Harrego Kaliszera, przyjaciela Korczaka. Był poprzednio młodym redaktorem Małego Przeglądu.

            Nasza kolonja dawniej a dziś
Byłem tam po raz pierwszy w 1920 roku. Jakże wiele się zmieniło!
Pamiętam wyjazd. Wpakowano nas na ciężarowy samochód, jak śledzie, a kazano nam śpiewać. Na Krakowskiem Przedmieściu wypadło, żeby śpiewać „Wicher kurę chwycił”... Ludzie nas oglądali z podziwem, a my, chcący sławy, darliśmy się dalej.
Przyjechaliśmy do Gocławka.
Wykończono budowę kuchni, więc narazie jadło się z zabranych zapasów. Każdy łaził, gdzie mu się podobało, każdy robił jakieś nowe odkrycia:
Był dziki zagajnik w którym rosły ulęgałki. Chowaliśmy je do ziemi, żeby się ulęgły. Jeden wykopywał drugiemu ulęgałki i z tego powodu były częste bójki.
Pan Teofilak budował z chojaków szałasy.
Chodziliśmy do lasu i Fruchtman opylał się zamiast jagodami koziemi kulkami... Był pierwszy raz na wsi, więc nie rozróżniał.
Brdon darł wszystkim ubrania i skórę.
Leżały wielkie bele, z których robiliśmy sobie huśtawki.
Chodziliśmy kryjomu do naszego sadu kraść i przypadkowo łapaliśmy tam Sawitusów, Stefanów i wielu innych chłopców wiejskich — kolegów po fachu.
Poiliśmy nieszczęsnego Wiktora tranem, aby miał siły odpierać bury wychowawców.
Łapaliśmy motylki i zające.
Codzień sprawdzano nam majtki czy nie zmieniły barwę, bo opychaliśmy się pomidorami i ogórkami niedojrzałemi... Szczyglaczkowi zatruwały te rewizje słodkie chwile pobytu na kolonji, bo ciągle miał dryga...
Spaliśmy w namiotach Czerwonego Krzyża i codziennie przyjeżdżali jacyś Amerykanie w dużych okularach. Raz przyjechał sam Hoover. (Dziś jest prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki).
Naokoło były pagórki i gęste zarośla. Kolejka pruła dziewicze zagajniki i omijała cuchnące bagna.
Dziś wsiadam w tramwaj i jadę po gładkiej szosie, a po obu jej stronach są wyłożone trotuary.
Kolonja nazywa się „Różyczka”*)
Na miejscu starego zagajnika wyrósł piękny park.
Wszystko jest ogrodzone, ale już nie drutem kolczastym, bo młodsze pokolenie jest kulturalniejsze i samo rozumie, że nie należy przelazić.
Zamiast lamp naftowych wszędzie elektryczność.
Na miejscu namiotów są teraz piękne budynki otoczone klombami.
Jest tam teraz własna wielka ferma. Piętnaście krów dwa razy dziennie poją dzieci mlekiem. Z własnych plonów koloniści jedzą kartofle, cebulę, kalafjory i wiele innych jarzyn.
Pamiętam młodą Baśkę, która była chuda i słabowita i nic nie potrafiła udźwignąć, teraz jest silna szkapą i boją się zostawić ją samą z kasztankiem.
Maciory stały się arystokratyczne i wybredne: nie jedzą nic prócz marchwi i czerstwego, moczonego chleba. Antoniowa nazywa je „darmozjadami”. (Jaka świnia nie jest darmozjadem?).
Smutna jest historja Bzdona. Siedemnaście lat wiernie służył ludziom. Bzdon był żywym napisem: „Osobom obcym wstęp na kolonję surowo wzbroniony”. Nielitościwie gryzł lydki. (Coś o tem mógłby również opowiedzieć p. Jawan, który opuścił raz nocą namiot, by przynieść trochę bromu choremu dziecku).
Osiem razy był Bzdon wściekły i trzeba było go zastrzelić, ale Brdon umiał prosić. Nieubłagane były jednak wielkie mrozy tegorocznej zimy i one zabrały nam Brdona. Brdon zostawił kilka tuzinów Bzdonków w kolonji, w cegielni i w szklanej hucie.
Ze wspomnień dni minionych budzi mnie nadchodzący fermiarz pan Jan. Dziś jest p. Jan w szczególnie dobrym humorze, bo żniwa za pasem.
— Panie Janku, czy będzie jutro ładna pogoda, bo mamy kosić?
Pan Jan znika, za chwilę wychodzi z obory:
— O! Jutro pewnie będzie deszcz, bo krowy zezują.
Harry.
*) „Różyczka” — kolonja letnia, zimowisko i ferma w Gocławku pod Warszawą. „Różyczka” jest własnością „Towarzystwa pomocy dla sierot” i pozostaje pod kierownictwem Janusza Korczaka.

Jawan, pod pseudonimem Jawan w „Małym Przeglądzie” pisał Jerachmiel Wajngarten (znany również jako Jerachmiel Weingarten). Był on od początku powstania jednym z najważniejszych starszych współpracowników i redaktorów Małego Przeglądu, pisma założonego przez Janusza Korczaka w 1926 roku. W „Małym Przeglądzie” pisał artykuły, felietony oraz przeprowadzał wywiady (m.in. z młodymi artystami teatralnymi). W 1929 roku założył i redagował własne ilustrowane pismo dla młodzieży wzorowane na idei korczakowskiej – „Gazetę Młodych”. 

Wychowankowie Domu Sierot odwiedzali regularnie wraz z Korczakiem Kibuc na Grochowie. Prawdopodobnie Korczak uważał, że to może być w przyszłości miejsce dla dzieci z Domu Sierot (i ich wychowawców) planujących wyjazd do Erec Israel. Liczba chalucy w kibucu Grochów stale rosła w związku ze zwiększonym zainteresowaniem emigracją i ideami syjonistycznymi. W przededniu wojny w kibucu grochowskim mieszkało 200 osób. Głównym celem działalności była nauka pracy fizycznej, nowoczesnego rolnictwa, ogrodnictwa i hodowli zwierząt, co miało umożliwić (od)budowę przyszłego państwa żydowskiego. Chaluce po kilkunastu miesiącach szkolenia mieli wyjechać do Palestyny. 

W 1939 roku, gdy wybuchła wojna, Chaluce opuścili kibuc Grochów. Wrócili jednak po dłuższej przerwie. Korczak nie mógł im jednak wybaczyć tego "chwilowego opuszczenia ziemi". Pisze o tym obszernie Antek Cukierman, późniejszy zastępca komendanta Powstania w Getcie Warszawskim, Mordechaja Anielewicza:
Mieliśmy bezpośredni kontakt z Korczakiem. Inicjatorką była Cywia, która pewnego dnia udała się do niego z prośbą o narzędzia dla naszej odbudowanej farmy na Grochowie (miał narzędzia ze swojej farmy we Gocławku). Ale Korczak odmówił. Powiedział nam wówczas: „Rolnik, który opuszcza ziemię, nie zasługuje na pomoc". Miał na myśli fakt, że z wybuchem wojny nasi towarzysze opuścili Grochów.
Oczywiście Stefa Wilczyńska pomogła nam w tej sprawie. Potem zaprosiliśmy Korczaka na odczyt na naszym pierwszym seminarium. Pamiętam go w mundurze polskiego oficera, na który narzucił letni cywilny płaszcz. Mundur zobaczyłem dopiero, gdy zdjął płaszcz. Ostatnie nasze spotkanie z Korczakiem i ze Stefą miało miejsce, jeśli się nie mylę, 20 lipca 1942 roku, w sobotę. Jedno jest pewne, była to ostatnia sobota przed deportacją. Mamy jeszcze zaproszenie od Korczaka dla mnie i dla Cywii. Jego treść: „Zapraszamy Was niniejszym na przedstawienie dzieci..." Poszliśmy na przedstawienie. Była to niezwykła sobota — ostatnia przed śmiercią.

List do Chaji Lewi, wychowanki Domu Sierot, która wyemigrowała do ojca w Argentynie wiosną 1939 roku, opisujący m.in. prace na fermie. Jej przyjaciółka, Irka Waffel, pisze: Od 9-tej rano do 2.30 mamy "zawód", a potem do godziny 5-tej wolny czas. Autorka Irka była później bursistką i pracowała w Domu Sierot aż do dnia deportacji do obozu śmierci Treblinka, 5 sierpnia 1942 roku.