![]() |
W marcu 1928 roku oficjalnie otwarto Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie. Janusz Korczak wpisał go na mapę regularnych wycieczek edukacyjnych dla swoich wychowanków z Domu Sierot przy Krochmalnej 92. Taka wyprawa tramwajem mostem przez Wisłę dla dzieci z ubogiej, pozbawionej zieleni dzielnicy Wola była ogromnym przeżyciem. Korczak uczył tam dzieci empatii wobec istot żywych, obserwacji ich zachowań oraz szacunku dla natury. Korczak był zapewne poprzednio w ZOO podczas swoich zagranicznych podróży do Paryża, Zurychu, Berlina i Londynu. W najsłynniejszej powieści Korczaka, „Król Maciuś Pierwszy”, wydanej w 1923 roku, założenie wielkiego ogrodu zoologicznego w stolicy jest jedną z trzech najważniejszych reform, jakie mały król pragnie wprowadzić dla dzieci.
Janusz Korczak pisze o ogrodzie zoologicznym w dwóch kluczowych momentach: gdy Maciuś odwiedza stolicę jednego z zagranicznych władców – tzw. Smutnego Króla, widzi tam „największy na świecie ogród zoologiczny” pełen pingwinów, niedźwiedzi polarnych, żubrów, słoni, lwów, tygrysów i małp, które król otrzymał od swoich afrykańskich przyjaciół. Maciuś postanawia, że musi wybudować taki sam ogród w swojej stolicy, aby sprawić radość wszystkim dzieciom. Po powrocie do kraju, utworzenie ogrodu zoologicznego (obok budowy domów na kolonie, huśtawek i karuzeli w każdej szkole) staje się jedną z głównych reform społecznych młodego króla. Choć początkowo w państwowym skarbie brakuje na to funduszy (co zmusza Maciusia do zaciągnięcia pożyczki u Smutnego Króla), ogród zoologiczny ostatecznie powstaje w stolicy, stając się symbolem zmian z myślą o najmłodszych.
Mój tata, Pan Misza, w książce Z Korczakiem przez życie tak opisał jeden z dni spędzonych z Korczakiem:
Wizyta w Zoo
Tego dnia nie było w szkole lekcji. Pan Doktor, korzystając ze sprzyjającej pogody postanowił zabrać Belę i Jankielka do ogrodu zoologicznego. Nie przypominam sobie, dlaczego właśnie tych dwoje. Zdaje mi się, że właśnie interesowali się zwierzętami, które znali jedynie z obrazków w książce i opisów. Zaproponowano mi, żebym dzieciom też towarzyszył. Skorzystałem chętnie z okazji. Długo wędrowaliśmy w zoo. Uwagę dzieci przyciągało coraz to inne zwierzę. Słoń budził sympatię, że taki duży, a taki łagodny. Wielbłąd raczej współczucie, że garbaty. Trudno było oderwać dzieci od klatki z różnymi okazami małp. Śmiały się, że takie podobne do ludzi i że mamy małpy opiekują się swoimi dziećmi, jak prawdziwe matki. Kangurzyce wywoływały tajone uśmieszki, a potem pytania. Dzieci były ciekawe, jak naprawdę żyją białe niedźwiedzie i czy żyrafa – samiec (mówił chłopiec) też nazywa się żyrafa czy żyraf lub żyrafon, czy w zoo przychodzą na świat małe czy też przywozi się je z dalekich krajów; czy wszystkie zwierzęta jedzą to samo. Korczak oglądał zwierzęta, przyglądał się dzieciom i z uśmiechem odpowiadał na pytania. Po upływie trzech godzin zbliżyliśmy się do wyjścia. Tuż obok zainstalowany był nowoczesny (jak na owe czasy) automat. Doktor dał dzieciom po 10 groszy, pokazał, gdzie trzeba wrzucić monetę i gdzie potem nacisnąć. Ku niezmiernej radości dzieciarni przez otwór wypadały czekoladki. Zachwyt nie do opisania. Za własne dziesięciogroszówki wysupłane z kieszeni wypróbowały działanie tej „cudownej maszyny”.
Po powrocie Korczak opowiadał z iskierką humoru o naszej wyprawie do ZOO, o różnych reakcjach dzieci. Zadał im następnego dnia pytanie: co im się najbardziej podobało, a ta dwójka zgodnie odpowiedziała: „Najbardziej to ten automat z czekoladkami”.
Mój tata, Pan Misza, w książce Z Korczakiem przez życie tak opisał jeden z dni spędzonych z Korczakiem:
Wizyta w Zoo
Tego dnia nie było w szkole lekcji. Pan Doktor, korzystając ze sprzyjającej pogody postanowił zabrać Belę i Jankielka do ogrodu zoologicznego. Nie przypominam sobie, dlaczego właśnie tych dwoje. Zdaje mi się, że właśnie interesowali się zwierzętami, które znali jedynie z obrazków w książce i opisów. Zaproponowano mi, żebym dzieciom też towarzyszył. Skorzystałem chętnie z okazji. Długo wędrowaliśmy w zoo. Uwagę dzieci przyciągało coraz to inne zwierzę. Słoń budził sympatię, że taki duży, a taki łagodny. Wielbłąd raczej współczucie, że garbaty. Trudno było oderwać dzieci od klatki z różnymi okazami małp. Śmiały się, że takie podobne do ludzi i że mamy małpy opiekują się swoimi dziećmi, jak prawdziwe matki. Kangurzyce wywoływały tajone uśmieszki, a potem pytania. Dzieci były ciekawe, jak naprawdę żyją białe niedźwiedzie i czy żyrafa – samiec (mówił chłopiec) też nazywa się żyrafa czy żyraf lub żyrafon, czy w zoo przychodzą na świat małe czy też przywozi się je z dalekich krajów; czy wszystkie zwierzęta jedzą to samo. Korczak oglądał zwierzęta, przyglądał się dzieciom i z uśmiechem odpowiadał na pytania. Po upływie trzech godzin zbliżyliśmy się do wyjścia. Tuż obok zainstalowany był nowoczesny (jak na owe czasy) automat. Doktor dał dzieciom po 10 groszy, pokazał, gdzie trzeba wrzucić monetę i gdzie potem nacisnąć. Ku niezmiernej radości dzieciarni przez otwór wypadały czekoladki. Zachwyt nie do opisania. Za własne dziesięciogroszówki wysupłane z kieszeni wypróbowały działanie tej „cudownej maszyny”.
Po powrocie Korczak opowiadał z iskierką humoru o naszej wyprawie do ZOO, o różnych reakcjach dzieci. Zadał im następnego dnia pytanie: co im się najbardziej podobało, a ta dwójka zgodnie odpowiedziała: „Najbardziej to ten automat z czekoladkami”.
A ja pół dnia straciłem na tych drani. – zakończył z uśmiechem Pan Doktor – żeby zobaczyć, jak reagują na zwierzęta zamknięte w klatkach.
