Monday, January 5, 2026

Na koloniach Hipolita Wawelberga - Janusz Korczak - Pan Józek (Halpern Arnon) - Pan Misza (Wasserman Wróblewski).

Specyalne kolory kart dla chłopców i dziewczynek, dla chrześcian i żydów, ułatwiają segregowanie i zapobiegają omyłkom. Jak już zaznaczyliśmy wyżej, pierwszeństwo co do wysyłania na Kolonie mają dzieci słabowitsze i uboższe. A więc wszystkie dzieci ze stopniem „1" są przeznaczane na wyjazd, o ile na karcie niema adnotacyi o chorobie zaraźliwej lub braku szczepionej ospy.

Z kart tych wybiera się 100 chłopców chrześcian, 100 chłopców żydów, 100 dziewczynek chrześcianek i 100 żydówek. W ten sposób otrzymujemy komplet dzieci, które w danym roku będą wysyłane do Ciechocinka. Pierwszeństwo mają dzieci, które otrzymały gorszy stopień na karcie „1", następnie „2" i wreszcie „3." Wszystkie dzieci ze stopniem „1" są wysyłane bez wyjątku. Z ogólnej liczby dzieci, mających stopień „2" dobiera się tyle, ile potrzeba do kompletu.


Wizyta Ignacego Mościckiego, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, na obozie letnim dla dzieci polskich i żydowskich imienia bankiera i filantropa Hipolita Wawelberga, w pobliżu Puszczy Kampinoskiej w Polsce, 1930 r.


Korczak zdawał sobie dobrze sprawę z tego ze pensja 75 złotych miesięcznie nie wystarcza na potrzeby bursistów. Pisał o tym zarówno Pan Józek (Józef Halpern, Arnon) i mój tata, Pan Misza (Wasserman Wroblewski). Bursisci pracujacy jako wychowawcy na koloniach u Wawelberga zarabiali dużo lepiej niż na koloniach Korczaka w Gocławku. W znajdowaniu takich dodatkowych, lepiej płatnych prac, byli aktywni zarówno Doktor jak i Pani Stefa.
Pan Józek (Józef Halpern, Arnon) napisał o koloniach u Wawelberga w 
Ciechocinku broszurę która, miał nadzieje, zostanie opublikowana przez jakies towarzystwo kolonijne. Opisał w niej wiele problemów i dokładnie co poniektóre charactery chłopców. Jego grupa, podobnie jak inne na koloniach Wawelberga w Ciechocinku to były chore dzieci, chrześcijańskie (polskie) i żydowskie. Stopien choroby był okreslany przy zapisach w Warszawie. Do tej broszury Józka Arnona napisal Janusz Korczak Wstęp. 

Wg. Pana Miszy, Korczak z ogromnym zainteresowaniem dopytywał się o dzień powszedni na koloniach Wawelberga, o moje spostrzeżenia, trudności, o choćby nawet i nikłe osiągnięcia, do których przywiązywał szczególną wagę.


- Wstęp -

Powinna powstać bibljote(cz)ka - notatki wychowawców Kolonij letnich. Wykłady nie wypełnią luki: nie jak być powinno, a jak jest.
Młodzież z tej bezpretensjonalnej literatury poznałaby zadania i trudności.
Nie dzieje się zbyt dobrze.
Jedni łudzą się, że sami wypoczną, a zasiedzeni, bądź siebie oskarżają, że nie umieli, bądź po prostacku oskarżają dzieci. –
Inni pragną naśladować wzory obozów harcerskich. Prócz zawodu sobie, dzieciom szkodzą. Inni wreszcie skazani na li-tylko bierne wypełnianie wskazań kierownictwa, nie wnoszą własnej, barwnej inicjatywy, zniechęcają się; a szkoda dobrej woli.
Gdyby udało się autorowi tych notatek znaleźć nakładcę, możeby się stały zalążkiem takiej bibljoteczki. Warto.
Te nieliczne tygodnie pobytu na wsi są dla wielu tysięcy dzieci jedynym w życiu okresem beztroskiej radości.
                    J. Korczak


6-7
we wszystkim chłopcom, że bezwzględnie nie pozwolę na to, by chłopcy przynosili szyszki, albo tym podobne rzeczy do sypialni, bo będą następstwa bardzo przykre: Noniek, kładź się!
Szyszki morałem, i gromada zadowolona i Noniek ukarany
i pojawienie się szyszek na sali, o ile nie na cały sezon, to przynajmniej na tydzień, dwa, niemożliwe
7. Noc spokojnie przeszła, wszystko składnie szło. I mycie się, i słanie łóżek, i śniadanie, Czyżby nie za nadto!
Po śniadaniu poszliśmy do parku. Ładny, kuracyjny, zachodni park. Źródła, solanki i innych wód mineralnych. Dzieci piły wodę solankową. Orkiestra, kort tennisowy. Zadowolenie-rozkosz. Duże rozkwitłe róże, świeża, zielona trawa i "świeże słońce". Perli się wszystko i kioski, i fontanna parasolkowa z Jasiem i Małgosią, i druty przy korcie tennisowym i oczy Ludka i buzia Kazałem wszystko, wszystko.....


Moralność bierna - to nie krzywdzić, nie niszczyć cudzego szczęścia, cudzej pracy, nie wycisnąć łez, siać dookoła siebie smutku. -
Geniek - męta społeczny. Zamęt i nieporządki - to jego żywioł. Brużdżący typ aspołeczny. Zupełny brak zainteresowań intelektualnych.

Zmiana bielizny pościelowej.
Odpinanie koców, przyszywanie czystych i ich własnych prześcieradeł. Ile tutaj należy mieć doświadczenia? Rano zaczęliśmy, musieliśmy przerwać bo śniadanie. Gimnastyki przez to nie było. Jedni mają czyste prześcieradła, drudzy ich nie mają, drudzy mają tylko jedno czyste, więc należy narazie brudne zostawić. Które dać na wierzch. Chciałem dać brudne, uczyn to na spód, aż będą czyste kolonijne / pomyślałem: będą prędzej/
Sprzeciw: na wierzchu musi być czyste, a pod spodem parę kropek...
W tym należy być uczciwym i mieć dużo doświadczenia.
Przyjechał nowy chłopak. Padają pytania. Gdzie on będzie spał?
Jak on się nazywa?
Czy Żyd?




-6-
A, że niedziela miały dzieci pójść do kościoła, o, jak niechętnie szły! Jaki szczęśliwy, zadowolony zdawał się być Mundek, kiedy mówił: "ja nie idę, ja jestem ewangelikiem" a ja nie idę - powiedział Geniek, bo jestem Żydem
Dziwne: chciałby przez chwilę stać się Żydem, po to, aby nie iść do kościoła. Kazik powiedział coś Jurkowi o Bronce. Dowiedział się o tem Lutek. Złapał Kazika za domem i -bójka. Stałem i patrzyłem, nie przerywając. Lutek gdzieindziej mierzył, a gdzie indziej bił. Ciosy padały, Kazik nieudolnie się bronił. Trwało to kilka sekund. Kazik nie płakał, bo nie był brutalnie bity. Przypisuję to temu, że ja stałem. Intryga Kazia i obrażona duma Lutka znalazły w ten sposób wyładowanie.
Mały, oczy niebieskie, niespokojne, blady i słaby to Ludwik Ryboński: Mamusia powiedzieli, żeby się Pana słuchać, żebym nóżki miał ozłate, gdzie mnie posadzą tam, żebym siedział, żeby być grzecznym,
Proszę Pana, ja bym prosił o łóżeczko, na którem by rano było słoneczko, Ja tak lubię uśmiech i prośba na twarzy.


12
Badanie dzieci. Dużą zdobyczą pedagogji byłoby gdyby wychowawcami mogli być, byli, chcieli być lekarze. "Dziecko z moczeniem nocnem, dziecko wymiotujące, z ropiejącem uchem, dziecko, które się samaluto, z wysypką na ciele czy na głowie, on musi wysadzić, umyć opatrzyć." Gdyż jak inaczej przedstawia się dziecko w ubraniu, którego oczy są wszystkiem, słowa, zdania wyrażające myśli, ukoronowaniem jego stosunku do wychowacy, a nagie widziane i oglądane okiem lekarsa, wystukiwane i badane słuchawką. Wychowawca musi widzieć dziecko oczyma medyka i psychologa.

Lutek nadwolański, kochany bandyciak, żywy, piękny, wesoły i zwinny - migdały jak dwie śliwy. Inhalacje.
Jurek piękny, niebieskooki, alabastrowy. "podbijacz serc niewieścich" chłopak chore serce: dużo nie chodzić, więcej odpoczywać, dłuższe wycieczki wzbronione. -Gazówki.
Piękne, to żywe, imponujące, błyszczące tylko dotykać twarzy, rąk i ciała, a broń Boże nie zaglądaj do gardła, kości, serc.
Stasiek M. cóż to za ciało, co za budowa, jakie kształty!
kręgosłup skrzywiony, łopatka prawa wyższa, oczy po szkarlatynie, brzydko zaropione bliznami Szkarlatyna przeleciała nad jego ciałem.


10
- Proszę Pana, ja bym prosił o łóżeczko, na którem by rano było słoneczko, Ja tak lubię uśmiech i prośba na twarzy.
- Znalazłem 2 bułki u niego pod poduszką 
- Po coś je ta położył?
- a nie mogłem zjeść, sama już coś zrobię z tego w domu
- Wieje od niego łąk, polen, skoszoną trawą, sianem, zroszoną trawą Dobroć/ granicząca z głupotą/prawdomówność i chorobliwa /?/
uległość. Zupełnie bez samodzielnościPraca wychowawcza może wtedy być owocną, jeżeli obok sumienności, taktu i zmysłu organizatorskiego, jako cech charakteru- wychowawca ma w rękach środki represji. Aby zorganizował gromadę należy utemperować typy wyraźnie aspołeczne, unieszkodliwić, uniemożliwć im brużdżenie, dać im zajęcie, lecz trzymać w garści.
    Kara jest jedyną bronią w ręku wychowawcy, który musi stać na straży, kulturalnego współżycia wychowanków, zwłaszcza na kolonjach letnich, gdzie dzieci przyjeżdżają różne i na bardzo krótki czas.
    I oto stanąłem przed faktem. Stasik i Geniek wyraźnie przeszkadzają. Stasiek podburza, przeciwko Żydom, Geniek jest ciałem wykonaw-


15
Mietek i Geniek - boks.

Posprzeczali się o drobiazg - nawiązała się bójka. Mietek z podbitem okiem i opuchniętym nosem, Geniek tylko z sińcem pod lewem okiem.
Zaciękłość i bezwzględność w bójce absolutnie trudne do zaobserwowania w bójce między dwoma Żydami. Bezgraniczna wściekłość;

Skończyli bójkę - poszliśmy do lasku. W nim dalszy ciąg. Stają naprzeciwko siebie - dookoła dzieci - widzownie.
No, Geniek daj mu! - woła jeden - Mietek, podgzymśnij mu drugie oko, bo on tobie to zrobi. Bogdan popycha Geńka w kierunku Mietka.
Oponuje.
E, proszę pana, tak się zawsze robi, bo oni nie zaczną się bić odpowiada mu Bogdan, Nie wierzę.

Trącono Mietka na Geńka. Bójka się rozpoczęła. Zacięta, silna. Geniek zarobił spuchniętą rękę i stracił kilka łez, Mietek skorzystał obrzęchły nos. Wył dowali się zupełnie - nie mają nic do siebie.




E, ja sobie sam zrobię wanienkę - zrezygnowanie i z lekceważeniem mówi.
Narysował na piasku obwód, i z zapałem bierze się do roboty. Ciekaw jestem czy zrobi: - Pomyślałem: nie.
Po minucie w piasku zagłębienie, a Geniek leży już opodal brzuchem do góry.Ja się będę lepiej opalać - pociesza się.
Niedaleko Birnbaum i Berek budują w piasku tężnię, tunel, podpory, fundament.
Zainteresowania techniczno - artystyczne.
Wyraźnie zarysowane typy społeczne: Lutek - prowodyr, wodzirej, wysuwany przez innych.
Kundek - mądry, pomysłowy, inteligentnie życiowo, chłopak. Typ aktywny. Moralność czynna - to przynosi pożytek, rzetelnie, z pożytkiem dla ludzi pełni swą najważniejszą służbę, siać pogodę, jasność, ciepłość. Uśmiechy.
Jurek - pustota, dufność, brak samodzielności, przedsiębiorczości i pomysłowości.
Zdziś - brak zainteresowania do prac kolektywnych, typ aspołeczny.



Kolonie letnie dla dzieci żydowskich i chrześcijańskich im. Wawelberga i Rotwanda organizowane były również w Ciechocinku. Była to jedyna kolonia letnia o charakterze leczniczym. Wyposażenie budynku, przeznaczonego na sto łóżek, sfinansował Wawelberg, który opłacał też koszty utrzymania kolonii. Przez wiele lat chore dzieci z biednych rodzin przyjeżdżały do Ciechocinka na leczenie. Były lata, że frekwencja wynosiła nawet kilkaset małych kuracjuszy. W testamencie Wawelberg na jej utrzymanie zostawił 4 tysiące rubli corocznej zapomogi. Wawelberg zastrzegł też, żeby z kolonii korzystały w połowie dzieci chrześcijańskie, a w połowie żydowskie. Podczas swego pobytu w uzdrowisku otrzymywały one do użytku nowe ubrania i bieliznę.
Z kart tych wybiera się 100 chłopców chrześcian, 100 chłopców żydów, 100 dziewczynek chrześcianek i 100 żydówek. W ten sposób otrzymujemy komplet dzieci, które w danym roku będą wysyłane do Ciechocinka. Pierwszeństwo mają dzieci, które otrzymały gorszy stopień na karcie „1", następnie „2" i wreszcie „3." Wszystkie dzieci ze stopniem „1" są wysyłane bez wyjątku. Z ogólnej liczby dzieci, mających stopień „2" dobiera się tyle, ile potrzeba do kompletu. Wskazówkami przy segregowaniu dzieci, mających jednakowe stopnie, są dane lekarskie, odnotowane na karcie kwalifikacyjnej, a więc pierwszeństwo mają dzieci słabowite i uboższe. Podział dzieci na sezony jest rzeczą łatwą. Ponieważ w Ciechocinku są 4 sezony dla dzieci, więc na sezony środkowe przeznacza się dzieci, uczęszczające do szkoły. Na sezon pierwszy i ostatni przeznaczają się dzieci, które do szkoły nie chodzą. Karty kwalifikacyjné dzieci, przeznaczonych na wyjazd do Ciechocinka na poszczególne sezony, układa się w oddzielne paczki z odpowiednimi napisami.
W podobny sposób postępuje się z pozostałemi kartami kwalifikacyjnemi, na których przy wyrazie Ciechocinek niema stopnia. A więc przedewszystkiem wybiera się karty, oznaczone stopniem „1," następnie stopniem „2." Jeżeli tych zabraknie do kompletu, dobiera się potrzebną ilość kart ze stopniem „3." Ponieważ zarząd Kolonii już w projekcie budżetowym, przedstawianym na ogólne zebranie, określa liczbę dzieci, które mają być wysłane na poszczególne Kolonie, więc odrazu odpowiednie karty kwalifikacyjne układa się w paczki, odpowiadające oddzielnym Koloniom i sezonom.
Specyalne kolory kart dla chłopców i dziewczynek, dla chrześcian i żydów, ułatwiają segregowanie i zapobiegają omyłkom.
Jak już zaznaczyliśmy wyżej, pierwszeństwo co do wysyłania na Kolonie mają dzieci słabowitsze i uboższe. A więc wszystkie dzieci ze stopniem „1" są przeznaczane na wyjazd, o ile na karcie niema adnotacyi o chorobie zaraźliwej lub braku szczepionej ospy.


Pan Misza (Wasserman Wróblewski) pisał w swoich wspomnieniach:

Zdając sobie sprawę z moich kłopotów materialnych, pani Stefa poleciła mnie jako płatnego wychowawcę na „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?

Oddano mi pod opiekę grupę starszych chłopców. Początkowo straciłem wiarę. Ale te dzieci ulicy nie były wcale złymi ludźmi. Udało mi się jakoś zdobyć ich zaufanie. Sądzę, że praca z nimi dała mi dużo. Przypuszczam, że i moi chłopcy wynieśli sporo korzyści z tego wspólnego pobytu. Kilkakrotnie z wzajemnego zainteresowania sobą zrodziło się coś na kształt przyjaźni, czy - skromniej mówiąc - sympatii, życzliwości, obietnic, że będą się spotykać i pomagać sobie w razie potrzeby.

Gdy na początku roku szkolnego wracałem na Krochmalną, Korczak z ogromnym zainteresowaniem dopytywał się o dzień powszedni na koloniach, o moje spostrzeżenia, trudności, o choćby nawet i nikłe osiągnięcia, do których przywiązywał szczególną wagę. Zazwyczaj siadaliśmy wtedy obok lub naprzeciw siebie. A Pan Doktor umiał słuchać jak nikt inny! Nie przerywał. Potem dopiero zadawał rzeczowe pytania lub rzucał jakąś uwagę. Lubiłem ogromnie te rozmowy. Przyznaję szczerze, że nie przepadałem za najmilszymi nawet rozmowami „na stojąco”. Doznawałem wówczas uczucia jakiegoś dziwnego zażenowania. Pan Doktor podnosił wtedy głowę, przewyższałem go bowiem wzrostem. A przecież czułem się przy nim, a nawet podczas jego nieobecności, w porównaniu z nim taki mały, nieważny, niewiele znaczący, choć on we mnie niejednokrotnie usiłował wyzwolić poczucie własnej wartości. Był i pozostał dla mnie autorytetem intelektualnym oraz moralnym.

******************************************************** 




Korczak: Bez radosnego dzieciństwa całe życie musi być kalekie... - Dzieciństwo pełnowartościowy etap życia.

Błędem jest myśleć, że tylko Żydzi cierpią. Źle jest wszystkim. Czekają i pokrzywdzeni i krzywdziciele. Można dać szczęście (na razie tylko Dzieciom. Bez radosnego dzieciństwa całe życie musi być kalekie...

Bez radosnego dzieciństwa całe życie musi być kalekie...

Autorem tych słów jest Janusz Korczak (Henryk Goldszmit). Cytat pochodzi z jego listu z 1937 roku do Edwina Markuze. Korczak wierzył, że dzieciństwo nie jest jedynie "przygotowaniem" do bycia dorosłym, ale pełnowartościowym etapem życia. Jeśli ten etap zostanie pozbawiony radości, poczucia bezpieczeństwa i szacunku, człowiek wchodzi w dorosłość z emocjonalnymi brakami („kalectwem”), które trudno później uleczyć.

Słowa te współgrają z naczelną zasadą Korczaka: „Nie ma dzieci, są ludzie” i podkreślają podmiotowość dziecka, jego prawo do szacunku i samodzielności, dokładnie tak samo jak dorosły.

Sunday, January 4, 2026

1 250 000 - "Jim Bao Today" became a niche personal blog about Dr. Janusz Korczak and his Orphanage in Warszawa.

Screen dump - January 4, 2026. Number of views during December: 49,791.

The blog is highly established, having been active for nearly 20 years. Its initial inspiration was the author's golden retriever, Jim Bao, who passed away in 2006.

Later, "Jim Bao Today" evolved into a niche personal blog focused on Dr. Janusz Korczak and his Orphanage in Warszawa and the Holocaust.

On January 4, 2026, "Jim Bao Today" reached a milestone post count of 1,250,000.

Its popularity can be characterized by its longevity and specific subject matter rather than mass-market traffic.

It remains active into 2026, with recent posts continuing its tradition of documenting historical sites and personal observations.

Recent posts on Jim Bao Today are continuing its tradition of documenting historical sites and personal observations.

The author's golden retriever, Jim Bao, passed away in 2006. Photo taken in 2005 on the frozen lake Riddarfjärden, Stockholm, Sweden.


How does it start?
https://jimbaotoday.blogspot.com/2006/11/julgran-utan-jimbao.html

Saturday, January 3, 2026

Za co bili? - Redaktor Małego Przeglądu, Leon Glattenberg na Powiślu w środę, dn. 23 maja, o godzinie 6-ej wieczór.

Leon – Georg Glattenberg (górny rząd, drugi od lewej), znany później jako Ze'ev Harari; Edwin Markuze (górny rząd, trzeci od lewej), Lejzer Czarnobroda (górny rząd, czwarty od lewej), Madzia Markuze (górny rząd, piąta od lewej), Igor Newerly (górny rząd, szósty od lewej), Ludwig Mirabel (górny rząd, siódmy od lewej), Kuba Kirstein (górny rząd, po prawej), Szlomo Kurzbard (górny rząd, drugi od prawej), Efraim Rozen (górny rząd, czwarty od prawej), Dycia Goldgraber (dolny rząd, druga od lewej), Dorka Goldgraber (dolny rząd, trzecia od lewej), Renia Herszenfus (dolny rząd, czwarta od lewej), Stefa Reif (dolny rząd, piąta od lewej), Irena Librader (dolny rząd, trzecia od prawej) oraz Maurycy Kotler. Sfotografowani w 1936 roku.



Działo się to w środę, dn. 23 maja, o godzinie 6-ej wieczór.
Wyszedłem od kolegi, który mieszkał na Browarnej, obok Karowej. Ponieważ wieczór był ładny, obrałem kierunek Wisły, zresztą Wisła jest bliżej do naszego mieszkania.
Szedłem pogwizdując wesoło, zdawało mi się bowiem, że wpadłem na dobry pomysł, i napręzno naprawię aparat rakowy, nad którym napróżno głowił się kolega. Chciałem już rozpakować i jeszcze raz zajrzeć do skrzynki, gdy usłyszałem za sobą kroki. Obejrzałem się. Szło za mną kilkanaście jasnych koszul z mieczykami Chrobrego, kilku uczniów szkoły Konarskiego i parę czapek gimnazjalnych. Co robić? Uciekać? Nie ma sensu. I tak dogonią. Zresztą ściganie tylko rozpala żądze schwytania zwierzyny. Przyspieszyłem kroku. Jeśli nie mają złych zamiarów myślałem, albo jeśli się jeszcze nie zdecydowali, nadepną się i pozwolą mi odejść. Ale jeden zabiegł mi drogę i wprawnym ruchem apasza z całych sił nasunął mi kapelusz na oczy, drugi dał mi szczutka w nos, jednocześnie trzeci podstawił nogę, inni zaś rzucili mnie na ziemię, zaczęli bić i kopać w twarz, w plecy, w brzuch...
Straciłem przytomność. Gdy podniosłem głowę, ujrzałem nad sobą rozbawioną gromadę. Śmieli się i dowcipkowali na temat mojej bezsilności.
Wstałem, ociekając krwią. Chwiałem się na nogach, więc musiałem oprzeć się o drzewo. Widziałem wszystko, jak przez mgłę. Chciałem podnieść okulary, lecz wyprzedził mnie jeden z napastników. Podniósł okulary i spokojnie, metodycznie połamał na drobne kawałki rogową oprawę, następnie stłukł o kamienie szkiełka.

Pokrwawiony dowlokłem się do policjanta przy moście Kierbedzia. Zawiadomiłem, że mnie pobili. Prosiłem o interwencje.
A co pan chce, żebym ja się z nimi bił? - odpowiedział obojętnie posterunkowy.
Kulejąc, przyszedłem do domu, gdzie już zaopiekowała mną matka.

Czy byliście kiedyś bici dlatego, że to innym sprawia przyjemność, że twarz wasza programowo przeznaczyli do bicia? No, w takim razie nie warto pisać, - nie zrozumiecie, co ja czuję w tej chwili.
Jestem synem przeciętnego żyda i obywatela polskiego. Mój ojciec miał zakład przewozowy. Zrujnował go podczas wojny 1918-20 roku, bo zabrał wszystkie konie i poszedł z transportem wojskowym. Najstarszy brat, mając lat 16, wstąpił na ochotnika do armii Hallera, z której już nie wrócił. Może poległ obok brata któregoś z moich napastników? Ja uczyłem się wpierw w szkole powszechnej, potem w żydowskiej szkole rzemieślniczej. Bili mnie więc bracia kolegów mego brata i ojca z czasów wojny. przyszli rzemieślnicy jak i ja, bo uczniowie polskiej szkoły rzemieślniczej. Za co bili?
Leon Glatenberg.


English Translation
A. It happened on Wednesday, May 23rd, at 6 o'clock in the evening.
I left my friend's place, who lives on Browarna Street, next to Karowa. Because the evening was nice, I headed towards the Vistula River; besides, the Vistula is closer to our apartment.
I walked along whistling cheerfully, as it seemed to me that I had a good idea, and would finally fix the cancer (radio?) apparatus that my colleague had been puzzling over in vain. I was about to unpack and look into the box one more time when I heard steps behind me. I looked back. Several dozen bright shirts with Chrobry's swords, a few pupils from the Konarski school, and a couple of gymnasium caps were walking behind me. What to do? Run away? No point. They'll catch me anyway. Besides, chasing only fuels the desire to catch the prey. I quickened my pace. If they don't have bad intentions, I thought, or if they haven't decided yet, they will trip up and let me go. But one of them blocked my way and, with a practiced apaché move, pulled my hat down over my eyes with all his strength, a second one flicked my nose, at the same time a third one tripped me up, while the others threw me to the ground, started beating and kicking my face, my back, my stomach...
I lost consciousness. When I lifted my head, I saw a laughing crowd above me. They were laughing and joking about my helplessness.
I stood up, dripping with blood. I was swaying on my feet, so I had to lean against a tree. I saw everything as if through a fog. I wanted to pick up my glasses, but one of the assailants beat me to it. He picked up the glasses and calmly, methodically broke the horn frame into small pieces, then smashed the lenses against the stones.
Bloody, I dragged myself to the policeman by the Kierbedzia Bridge. I informed him that I had been beaten up. I asked for intervention.
"What do you want, me to fight them?" the indifferent constable replied.
Limping, I came home, where my mother took care of me.
Have you ever been beaten because it gives others pleasure, because your face was systematically designated for beating? Well, in that case, it's not worth writing, you won't understand what I feel right now.
I am the son of an average Jew and a Polish citizen. My father had a transport business. He ruined it during the 1918-20 war because he took all the horses and joined a military transport. My eldest brother, aged 16, volunteered for Haller's army, from which he never returned. Maybe he fell next to the brother of one of my assailants? I studied first in a general school, then in a Jewish trade school. So I was beaten by the brothers of my brother and father's colleagues from the time of the war. They were future craftsmen just like me, as they were students of a Polish trade school. What did they beat me for?
Leon Glatenberg.
Here is a summary of the powerful personal account by Leon Glatenberg:
Summary of the Account
This narrative is a firsthand description of a brutal, unprovoked, antisemitic attack that took place in Warsaw.
  • The Incident: The narrator was walking home on a Wednesday evening when he was ambushed by a group of youths, some wearing specific school insignia (Chrobry's swords, Konarski school caps).
  • The Attack: After being cornered, he was violently thrown to the ground, beaten, and kicked until he lost consciousness. The attackers laughed and joked about his helplessness.
  • Destruction of Property: When he came to, one of the assailants meticulously broke his glasses before smashing the lenses on the ground.
  • Police Indifference: Bloody and injured, the narrator sought help from a policeman nearby, who indifferently refused to intervene, asking if the narrator wanted him to "fight them".
  • Personal Reflection: Glatenberg reflects on the pain of being attacked purely for the pleasure of others.
  • Context of Identity: He identifies himself as the son of an average Jewish citizen and a Polish citizen. He highlights his family's history of Polish patriotism (his father served in the 1918-20 war, his brother died volunteering for Haller's army).
  • The Perpetrators' Identity: He realizes his attackers were likely the brothers of his father's and brother's former wartime colleagues—fellow Polish trade school students (future craftsmen like himself). He ends by questioning the motivation for the attack: "What did they beat me for?"


"Storyteller" - boy from Janusz Korczak´s Orphanage who actually flew around Warsaw on a real aeroplane.

Motek's article "I have no luck with business" for "Mały Przegląd" - Korczak´s children's newspaper (May 25, 1934).

Summary
A true story from Janusz Korczak´s Orphanage, where a storyteller, Motek (Motuś) Tytelman, actually flew around Warsaw in a real airplane. Storyteller is a true story from the Korczak Orphanage written after WWII. I found it in the GFH archives in Israel after I found a letter and the photograph of Motek in my father's, Pan Misza´s, archives in Stockholm. Motek recalls a happy and carefree time in an orphanage (Dom Sierot) under the supervision of a beloved doctor (likely Janusz Korczak). An idyllic childhood during the seven years there. Motek was not a regular orphan, but his orthodox family in Warszawa lived in poverty, and they were glad he was at the orphanage, which meant one less mouth to feed at home, especially after his little sister was born. His progressive uncle advised him to keep a diary of his daily events, paying him 50 groszy a week for it, money he spent on his great passion: the cinema. After that, Motek began retelling the movies to the other children, which became so popular that he received awards from the management and earned the nickname "Storyteller".
Korczak encouraged him to write an article for the children's newspaper "Mały Przegląd". He won a prize for his article, which was either a cinema ticket or a flight around Warsaw.
Motek initially wanted the cinema ticket as a prize, but his friend Anka persuaded him to take the flight, which turned out to be an unforgettable experience. 
Motek - survived the Holocaust in the Soviet. He returned to Poland after WWII ended and emigrated to Australia in 1963. Motek had number 42 when at Dom Sierot Orphanage.  Motek was in contact with Pan Misza (Michal Wasserman Wroblewski) after he left the Orphanage and also after WWII in Poland, and thereafter from Australia.


MEMORIES FROM MY STAY AT THE ORPHANAGE.
My seven years of staying at the Orphanage I consider the best years of my life.
I was born in Warsaw, into a family of poverty. My first memories from childhood are of hunger, dirt, and tears. We lived in the Jewish district in a small, rented room; our parents, us, and four children.

By the time I entered the Orphanage, only my younger sister and I remained of our four siblings. The youngest ones, a little brother and sister, died of diphtheria. My fanatically religious father insisted that I attend a religious school. I strongly objected to this. Fortunately, my mother, who was more progressive and whom I adored, managed to persuade my father, and I was placed in a normal, general school.

I was accepted into the Orphanage in 1929. How this happened, I do not know, because I was not an orphan. In the Orphanage, I came alive again. I liked everything there, most of all, Dr. Korczak; - "Pandoktór" (Mr. Doctor), as he was commonly called, - He so captured my heart with his simplicity, that every encounter with this adored man gave me the greatest joy and happiness. A completely radical change occurred in my life. I attended a normal school, and I had male and female friends. Every child in the Orphanage had their number. Mine was 42. I was looked after by Herman, a boy much older than me, whom I liked very much. The Orphanage was like an independent state: there were various institutions run by the children, such as a court. The educators replaced our parents. The manager, I. Stefa was like a mother to us; she experienced our sorrows and joys with us. I was happiest when summer came. We would then go away to our summer camp, Gocławek. Gocławek, there were two months full of joy and happiness; a period of fun, trips, and wonderful rest. Our beloved doctor often visited, knowing everyone and always finding a moment for each person. We returned from Gocławek tanned, full of health and energy.

Every Saturday, I visited my parents and sister. In the same period, Mom gave us a new little brother. My parents were doing very poorly, and they were glad that at least I was away from home, one less mouth to feed. I remember my uncle well, a progressive man, who advised me to keep a diary, where I would write down my daily events at the Orphanage. I listened to my uncle, and he reviewed this diary every week and gave me 50 groszy for it, which I spent on the cinema. I loved the cinema. Sometimes I could watch the same movie twice. Then I told my friends what I saw; they said I had a gift for storytelling. So it happened that I started telling stories about movies once a week, sometimes in the boys' bedroom, sometimes in the girls' bedroom. My stories became so popular that the children waited impatiently for these evenings. I received many awards from the management, mostly in the form of commemorative postcards.

The Doctor was so delighted with my stories that he even started encouraging me to write an article for "Mały Przegląd" - a children's newspaper. With the doctor's help, I wrote an article titled "I have no luck with business" (Nie mam szczęścia do interesów"). The first prize was a flight around Warsaw by plane, or a cinema ticket. Anka Paweł and I received the first prize for our articles. I, of course, wanted a cinema ticket, but Anka persuaded me to take the flight. It was an unforgettable experience for us! I could write volumes about my stay at the Orphanage. One thing is certain. Under the supervision of the Doctor, our childhood was happy and carefree. After leaving the Orphanage, I encountered a difficult life.


Motek´s story in the archives of GFH in Israel.

Czy Motek (Motuś), Gerszon i inni to nie są chłopcy opisani przez "Szymona z Krochmalnej" w Małym Przeglądzie z 20 maja 1932 roku.

Translation of parts of Motek's article "I have no luck with business" for "Mały Przegląd" - Korczak´s children's newspaper published on May 25th, 1934.

CINEMA
Without brands and with a small capital, I joined a new company. Herszek, Lejbus, Gerszon, Jakóbek, and I founded a cinema. For 40 groszy we bought cardboard, I gave colored paper which I got from my aunt, because my other uncle is a bookbinder. We made frames for slides from plywood. We had two batteries and a light bulb. Herszek had the magnifying glass. They were to pay us 2 groszy for watching 20 slides. The apparatus worked poorly, so we made the whole thing out of plywood. Then we started making the cinema slides ourselves. We painted Pat and Patachon, soldiers, a fat man, wild animals, and a nature teacher. At first there was a lot of audience, but on credit. To start with, they already wanted to watch even for free. Before, even older boys were pushing in because they thought it wouldn't work out, and then, there were only small ones left. We earned 3 groszy, 7 ordinary marks, and 20 anglasów (a colloquial term for some form of currency). And we spent almost 5 złoty. I added more than a złotówka (colloquial for złoty), and after dissolving the company, I received two slides and a burnt-out light bulb. Cinema - it's a poor business.


KICK SCOOTER
One of my last partnerships was a kick scooter, and again with Henio. I wanted to make a scooter myself. I bought two wheels for 75 groszy at Kercelak market, fittings from Berek for a złoty, a board from Karolek for 30 groszy, but I ran out of money for the handlebars. But Henio had good handlebars and a large wheel. Herszek promised to give us a fitting and a wheel. Then I sold my wheels for 40 groszy, the fitting for 60 groszy — and all I had was just the board.
We started riding. And so it lasted for three days. But they guessed right away that I had actually contributed very little. At first, they didn't kick me out, because I treated them once to soda water, twice to halva, and once to chocolate cubes.
They ate it all, licked their lips, and kicked me out. I wouldn't even worry, but why are they now spreading the word that they didn't just kick me out normally, but "on a beaten head" (a harsh idiomatic expression for being decisively thrown out).
I have no luck with business.
Motek.

Motek and his wife are in front of the former Dom Sierot Orphanage. Probably the year 1986, according to Pan Misza (Wasserman Wróblewski) annotations.

Motel Tytelman ur. 1922 r. Był w Domu Sierot Korczaka w latach 1929-1936 (miał nr 42). Motel Tytelman ,później Michał/Michael Tyler przeżył Zaglade w ZSRR, wrócił po wojnie do Polski, a w 1963 wyemigrował z rodziną do Australii.


                WSPOMIENIA Z POBYTU W DOMU SIEROT.
Moje siedem lat pobytu w Domu Sierot uwazam za najlepsze lata swojego życia.
Urodzilem sie w Warszawie, w rodzinie biedoty. Moje pierwsze wspomnienia z okresu dziecinstwa to okres głodu, brudu i łez. Mieszkaliśmy w dzielnicy żydowskiej w małym, czynszowym pokoiku; - rodzice, nasi i czworo dzieci. 
Do okresu mego wstąpienia do DS (DS - Dom Sierot) z czwórki naszego rodzeństwa pozostałem ja i moja młodsza siostra. Najmłodsi, braciszek i siostrzyczka, umarli na dyfteryt. Ojciec moj, który był fanatycznie religijnym, nalegał bym uczęszczał do religijnej szkoły. Ja się temu silnie sprzeciwiłem. Na szczęscie, mama moja, która była bardziej postępowa i którą ja ubóstwiałem zdołała wskorać na ojca i umieszczono mnie w normalnej, powszechnej szkole.

Do Domu Sierot zostałem przyjęty w roku 1929. Jak to się stało, nie wiem, bo sierotą nie byłem.
W Domu Sierot odżyłem. Wszystko tam mnie się podobało, a najbardziej, to Dr. Korczak; - Pandoktór, jak go powszechnie zwali, - On prostotę swoją tak ujął mnie za serce, że każde moje zetknięcie się z tym ubóstwionym człowiekiem, sprawiało mi największą radość i szczęscie.
Całkowicie radykalna zmiana zaszła w mym życiu.
Chodziłem do normalnej szkoły, miałem kolegów i koleżanki. Każde dziecko w Domu Sierot miało swoj numer. Mój był 42. Opiekowal sie mną Herman, chłopak o dużo starszy ode mnie, którego ja bardzo lubiłem.

Dom Sierot był jakby samodzielnym państwem: były przeróżne instytucje, prowadzone przez dzieci, jak nap., sąd. Wychowawcy zastępowali nam rodzicow. Kierowniczka, I. Stefa, była dla nas matka; przeżywała wraz z nami nasze smutki i radości. Najbardziej cieszyłem sie następieniem lata.
Wyjeżdżaliśmy wtedy do naszej kolonii letniej, Gocławek. Gocławek, były to dwa miesiące pełne radości i szczęścia; okres zabaw, wycieczek, cudnego wypoczynku. Często bywał nasz ukochany dokiór, który znał każdego i zawsze dlo każdego znajdował chwilę czasu. Wracaliśmy z Gocławka zabrązowieni, pełni zdrowia i energii. Co soboty odwiedzałem swoich rodziców i siostrę. W tymże okresie, mama uraczyła nas nowym braciszkiem. Rodzicom moim bardzo źle się wiodło i oni zadowoleni byli, że chociaż ja jeden jestem poza domem, jedne mniej usta do karmienia. Dobrze pamiętam swego wujka, człowieka postępowego, który poradził mnie, abym prowadził dziennik, do którego zapisywałbym codzienne zdarzenia moje w Domu Sierot. Posłuchałem wujka i on co tygodnia ten dziennik przeglądał i dawał mi za to 50 gr. ktore ja wydawałem na kino. Ubóstwiałem kino. Mogłem czasami dwa razy ten sam program oglądać. Potem kolegom opowiadałem, co widziałem. mówili, że mam dar do opowiadanie. Tak się więc stało, że zacząłem opowiadać filmy raz w tygodniu, to w sypialni chłopców, to u dziewczynek. Moje opowiadania stały tak popularne, że dzieci z niecierpliwością oczekiwały my tych wieczorów. Dostawałem dużo nagród od kierownictwa, przeważnie, w postaci pocztówek pamiątkowych. P. Doktor (Korczak) był do tego stopnia zachwycony mymi opowiadaniami, że aż zaczął namawiać mnie, abym napisał artykuł do "Małego przeglądu", -Gazety dziecięcej-. Przy pomocy doktora, napisałem artykuł p.t. "Nie mam szczęścia do interesów". Pierwsza nagroda była przelot samolotem dookoła Warszawy, albo bilet do kina. Ja i Anka Pawe otrzymaliśmy pierwszą nagrodę za nasze artykuły. Ja, oczywiście, chciałem bilet do kina, ale Anka namówiła mnie do lotu. Było to niezapomnianym przeżyciem dla nas! Z pobytu mego w Domu Sierot mógłbym tomy napisać. Jedno jest pewnym. Pod nadzorem P. Doktora dzieciństwo nasze było szczęśliwe i beztroskie. Po opuszczeniu Domu Sierot zetknąłem się z ciężkim życiem.

Urywki artykułu Motka p.t. "Nie mam szczęścia do interesów", Mały Przegląd. 25 maja 1934.

KINO

Bez marek i z małym kapitałem przystąpiłem do nowej spółki. Herszek, Lejbus, Gerszon, Jakóbek i ja założyliśmy kino. Za 40 groszy kupiliśmy tekturę, ja dałem papier kolorowy, który dostałem od ciotki, bo drugi mój wujek jest introligatorem. Zrobiliśmy z dykty ramki na klisze. Mieliśmy dwie baterje i żarówkę. Szkło powiększające miał Herszek. Za obejrzenie 20 klisz mieli nam płacić po 2 grosze. Aparat żłe działał, więc cały zrobiliśmy z dykty. Potem klisze kinowe zaczęliśmy sami robić. Namalowaliśmy Pata i Patachona, żołnierzy, grubasa, dzikie zwierzęta i nauczyciela przyrody. Z początku dużo było publiczności, ale na kredyt. Potem niechcieli już patrzeć nawet za darmo. Przedtem pchali się nawet starsi chłopcy, bo myśleli, że się nie uda, a potem, byli już tylko mali. Zarobiliśmy 3 grosze, 7 zwyczajnych marek i 20 anglasów. A wydaliśmy prawie 5 złotych. Ja dołożyłem więcej, niż złotówkę, a dostałem po rozwiązaniu spółki dwie klisze i wypaloną żarówkę. Kino - to marny interes.


HULAJNOGA
Jedna z ostatnich moich spółek to hulajnoga i znów z Heniem. Chciałem sam zrobić hulajnoga.
Kupiłem na Kercelaku dwa kółka za 75 groszy, okucia od Berka za złotówkę, deskę od Karolka za 30 groszy, ale zabrakło mi już na kierownik. A Henio miał dobry kierownik i duże kółko. Herszek obiecał nam dać okucie i kółko. Wtedy ja sprzedałem swoje kółka za 40 groszy, okucie za 60 groszy i moja była tylko deska.
Zaczęliśmy jeździć. I tak trwało trzy dni. Ale oni domyślili się zaraz, że ja właściwie bardzo mało dałem. Z początku mnie nie wyrzucili, bo zafundowałem im raz wodę sodową, dwa razy chałwę i raz kostki czekoladowe.
Wszystko to zjedli, oblizali się i wyrzucili mnie. Jabym się nawet nie martwił, ale dlaczego teraz rozpowiadają, że nie zwyczajnie mnie wyrzucili, tylko „na zbity łeb”.
Nie mam szczęścia do interesów.
Motek.




Friday, January 2, 2026

25 rocznica powstania Haszomer Hacair - Korczak: Dziecko miłe: nauczysz się uśmiechać przyjaźnie w odpowiedzi na ponure spojrzenie, uśmiechać się pobłażliwie, gdy inni pięści zaciskają. „Czynię to, co do mnie należy”. Co słuszne.








Janusz Korczak (Henryk Goldszmit) (i Dom Sierot) był silnie związany z organizacją Haszomer Hacair (z hebr. Młody Strażnik), będącą lewicową, syjonistyczną organizacją skautową, która odegrała kluczową rolę w jego późniejszej aktywności ideowej i pedagogicznej.
 
Korczak znalazł się w grupie założycielskiej Haszomer Hacair w Polsce (ok. 1916–1918). Jego koncepcje pedagogiczne, oparte na partnerstwie i samorządności dzieci, współgrały z egalitarnymi i kolektywistycznymi ideami ruchu.
Wizyty w Palestynie: Dzięki kontaktom z członkami organizacji (m.in. ze swoim byłym wychowankiem Józefem Arnonem), Korczak dwukrotnie odwiedził Palestynę (Eretz Israel)  w 1934 i 1936 roku. Miał zamiar pojechac po raz trzeci (na stłe?) w 1939 roku. Spędził tam czas m.in. w kibucu Ejn Harod, gdzie obserwował model życia wspólnotowego, który go zafascynował.
Wpływ na syjonizm: Pod wpływem tych doświadczeń Korczak, choć nigdy nie złożył publicznych deklaracji politycznych, stał się zwolennikiem osadnictwa żydowskiego w Palestynie i rozważał stałą emigrację, od której powstrzymało go poczucie obowiązku wobec dzieci w Warszawie.
Edukacja i praca organiczna: Współpracował z „szomerami” przy szkoleniu instruktorów i propagowaniu metod wychowawczych. Organizacja ta przygotowywała młodzież do pracy fizycznej (jako pionierzy – chalutzim) i budowy nowego społeczeństwa w Ziemi Izraela.

Przestrzeń, dziecko moje są gwiazdy, odległe od ziemi o 150 milionów lat świetlnych; a dalej, nie wiemy. Czas, dziecko moje? 1500 milionów kiedy kropla gorącej gazu-cieczy, kurcząc stę i marszcząc, skrzepła, stygła; potem życie (ca) rośliny, potem życie by i gada, wreszcie ssak najmłodszy z żyjących świecie człowiek. Tak myśli. 

Uczucie, dziecko mile? Głód, lęk, ból, miłość, zdziwienie. Pytanie. Więc i myśl chwiejna, niedokładna. I ducha głód: tęsknota. A potem dopiero mowa. Potem dopiero: mowa nie dawniej, niż tylko 100.000 lat (obliczyli) i młoda, nieporadna, uboga, gdy ma odtworzyć bezkresy przestrzeni i czasu, uczuć i myśli.

Ale... Człowiek zuchwały w zamierzeniach i naiwny w walce i niedoskonały w miłości i okrucieństwie, bardzo naonny w ambicjach, w bogactwie i ubóstwie, blasku i cieniu, w porażkach, zwycięstwie, mocy i słabości swej.

Ale odpowiedzialny za los własny, los własnego potomstwa, za losy świata, za równowagę i pogodę swego ducha, odpowiedzialny za harmonię tego, co na ziemi i w jej głębi, w wodzie i powietrzu i pod powierzchnią wód. Rozglądamy się dopiero, od astronoma, zapatrzonego przez szkła w niebo, bakteriologa nad mikroskopem, pilota i nurka aż do zagubionego w dżungli brata, uzbrojonego w łuk, ozdobionego paciorkami muszel...
Pośpiesznie i niedbale patrzymy, słuchamy i myślimy, czujemy niedbale, i dziecko moje. Pragniemy wygładzić i ułatwić sobie wędrówkę przez życie. Powierzchownie wiemy i nie wiemy, krótko pamiętamy, ospale wierzymy, wola uśpiona.
Udając się w drogę, to tylko kładę do plecaka, co niezbędne, na codzień, lekkie, mało zajmuje miejsca.
Zabawki łamie, się tłuką i gubią. Dziewczynka nie będzie bawiła się lalką, a chłopiec bacikiem. Zwiędłe kwiaty. Popiół starych listów. Za ciasny będzie płaszczyk, skrojony nawet na wyrost...
Kto przed ćwierćwieczem miał lat 15, liczy dziś lat 40. Króciutki odcinek czasu, pracy, szukania, doświadczeń, goryczy, nadziei.
Rok za rokiem, krok za krokiem. Pomnij, że w dniu następnego jubileuszu stanie przed tobą i w oczy ci spojrzy twój syn, twoja córka. Jakie dla nich nowe ścieżki, nowe bramy, nowe ugory i warsztaty, nowe sprawy i prawdy? Ale...
Ale mimo perspektywy wieczności i wszechności, odpowiadamy przed sobą i następcą za każdą zlekceważoną godzinę, która nie powtórzy się, nie wróci nigdy. Nie hasło tu, ale już czyn. Czyn. Cegłę ułożyłem pod budowę, odrzuciłem łopatę ziemi, drzewo zasadziłem, zaczerpnąłem dzban wody, wbiłem gwóźdź, zagotowałem mleko, przyszyłem guzik, wyprałem bluzę, umyłem szybę w oknie, uśpiłem niemowlę, towarzyszowi pomogłem. Krople czynów; rzeki składają się z kropel. Piękno dokonanego czynu nie odbierze nikt. Wielka jest doskonałość nawet w najdrobniejszem. Najskromniejsze narzędzie pracy młotek, igła, kubeł, kosa. Są prawdy, wieczne, które dostrzega się dopiero po wielu doświadczeniach życia. Zrozumiesz, gdy dojrzeją w tobie, dziecko miłe: nauczysz się uśmiechać przyjaźnie w odpowiedzi na ponure spojrzenie, uśmiechać się pobłażliwie, gdy inni pięści zaciskają. „Czynię to, co do mnie należy”. Co słuszne.