Sunday, June 3, 2018

Хенрик Гольдшмит (Януш Корчак) - Дата рождения: 22 июля 1878 - Варшава - Место смерти Треблинка, 5 августа 1942 (64 года)

Мы отмечаем, сейчас отмечается 140 лет
со дня рождения
Хенрикa Гольдшмитa (Янушa Корчакa).
Дата рождения: 22 июля 1878 (Варшава).

Так как существует некоторая неясность относительно года рождения Я.Корчака, то отмечать его 140-летие следует в течение всего ближайшего года

Место смерти Треблинка, 5 августа 1942 (64 года).


Итак, когда я был такой, как на этой фотографии, я сам хотел совершить все, о чем тут написано. Но потом забыл, а теперь я стал уже стар. (...) И думаю, что лучше давать фотографии королей, путешественников и писателей, когда они не стали еще взрослыми и старыми, потому что в этом случае может показаться, что они всегда были умными и никогда не были маленькими. И дети думают, что они не могут быть министрами, путешественниками и писателями, а это неправда.
(Из предисловия к повести Король Матиуш Первый)




В ноябре 1940 года Дом сирот был переведен в Варшавское гетто, созданное немцами.

5 августа 1942 года, во время ликвидации гетто, Хенрик Гольдшмит (Януш Корчак), 239 дети и сотрудники Дома Cирот были убиты в немецком лагере смерти в Треблинке.



Gdzie mieszkali lekarze miejscowi dr. Kramsztyk i dr. Goldszmit (Korczak) na terenie Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów?


Szpital Dziecięcy im. Bersonów i Baumanów. Górne zdjęcie - 1938 rok. Dolne zdjęcie w czasie Powstania Warszawskiego sierpien 1944.
Szpital Dziecięcy im. Bersonów i Baumanów. Górne zdjęcie - 2005 rok. Dolne zdjęcie 1945 r. Dr Julian Kramsztyk (1851–1926) – pediatra i specjalista z zakresu chemii patologicznej i fizjologicznej był pierwszym lekarzem miejscowym. W późniejszych latach stanowisko to, jak i mieszkanie w szpitalu, zajął Henryk Goldszmit - Janusz Korczak. Gdzie mieszkali? Prawdopodobnie w budynku, oficynie po prawej stronie od głównego budynku od ulicy Śliskiej (2) lub w domu od ulicy Siennej (3).
Budynki przyszłego Muzeum Getta Warszawskiego to dawne  budynki Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów.

Dr Julian Kramsztyk (1851–1926) – pediatra i specjalista z zakresu chemii patologicznej i fizjologicznej był pierwszym lekarzem miejscowym* w Szpitalu im. Bersonów i Baumanów. W późniejszych latach stanowisko to, jak i mieszkanie w szpitalu, zajął Henryk Goldszmit. Gdzie mieszkali? Prawdopodobnie w budynku, oficynie po prawej stronie od głównego budynku od ulicy Śliskiej (2) lub w domu od ulicy Siennej (3).

Szczegółowy opis głównego budynku zawdzięczamy doktorowi Julianowi Kramsztykowi (syn rabina Izaaka Kramsztyka, ojciec malarza Romana Kramsztyka):
Pierwsze piętro budynku zajmuje korytarz i 5 sal obszernych, (…). W każdej z tych sal znajduje się sześć łóżek dla chorych dzieci, jako też łóżko większe dla posługaczki. (…). Z powyższych pięciu sal cztery łączące się bezpośrednio ze sobą przeznaczone się dla pomieszczenia chorych wewnętrznych i chirurgicznych, piąta (…) dla pomieszczenia dzieci z chorobami zakaźnymi. (…) W suterenach na koniec znajduje się obszerna kuchnia, magiel, pomieszczenia dla służby, kucharki, praczki, spiżarnia, skład ubiorów i węgli, piwnice itp. Na parterze znajdowała się poczekalnia, ambulatorium, sala operacyjna i pomieszczenie pooperacyjne, biblioteka i apteka szpitalna i sala seminaryjna.

* Lekarz miejscowy - posada lekarza przy szpitalu. Lekarz miejscowy miał własciwie dyżur 24 godziny na dobe. Lekarze miejscowi dysponowali i mieszkaniem w szpitalu.

Tuesday, May 29, 2018

Mordechaj Anielewicz - Komendant Powstania w Getcie Warszawskim - Matura 1938 czy 1939 r?

Mordechaj Anielewicz
Mordechaj Anielewicz uczył się w szkole podstawowej kierowanej przez organizację Tarbut (Kultura). Organizacja ta prowadziła szkoły z językiem hebrajskim jako wykładowym. Tarbut obejmowała w 1934/1935 – 72 przedszkola, 183 szkoły powszechne, 9 średnich, 1 szkołę rolniczą, 4 wieczorowe i 4 seminaria nauczycielskie (ogółem 44 780 uczniów). W Warszawie było co namniej 5 szkół powszechnych Tarbutu. Nie wiem do której z nich chodził Mordechaj Anielewicz.

Po szkole powszechnej Tarbutu Anielewicz rozpoczął naukę w hebrajskojęzycznym gimnazjum Laor na Nalewkach, Nalewki 2a róg Długiej. Czyli w budynkach Pasażu Simonsa – nieistniejącego olbrzymiego kompleksu domów który w latach 1903–1944 znajdował się u zbiegu ulic Długiej i Nalewek w Warszawie. Z domu na Powiślu dojeżdżał tramwajami P lub Z.

Większość źródeł podaje że tam, w gimnazjum Laor, w 1938 r roku Mordechaj Anielewicz zdał maturę. Inni podaja że przystąpił do matury, ale nie udało mu się jej zdać.

Wszystko to brzmi może trochę niewiarygodnie szczególnie to że przystąpił do matury, ale nie udało mu się jej zdać. Wiadomo że był najlepszym uczniem w klasie. Chyba też się grzecznie zachowywał, jak Aniołek, gdyż z tego okresu własnie pochodzi jego "pseudonim szkolny" Aniołek. Pseudonim który używał, pdobnie jak Antek, w konspiracji.

Mordechaj Anielewicz z przyjaciółmi z organizacji Haszomer Hacir, tu na zdjeciu, pierwszy z prawej, w spodniach dochodzacych do kolan.

Gimnazjum Laor na Nalewkach, Nalewki 2a róg Długiej. Czyli w budynkach Pasażu Simonsa – nieistniejącego kompleksu domów który w latach 1903–1944 znajdował się u zbiegu ulic Długiej i Nalewek w Warszawie.
Gimnazjum Laor na Nalewkach. Po prawej Nalewki 2a róg Długiej, czyli budynki Pasażu Simonsa – nieistniejącego kompleksu domów który w latach 1903–1944 znajdował się u zbiegu ulic Długiej i Nalewek w Warszawie. Po lewej mury więzienia przy ul. Długiej.


Nie wiem czy to są uczniowie gimnazjum Laor na Nalewkach. Grupa jest jednak zfotografowana na krawędzi chodnika przy ulicy Nalewki 2a róg Długiej. Uczniowskie czapki i jakiś rodzaj dyplomów świadczy o tym. Oczywiście najciekawsze jest to ze uczniowie po prawej stronie ubrani są w spodniach które dosięgały tylko za kolana. Już drugiej połowie XVI wieku nosi się w Europie takie krótkie (3/4) i mocno bufiaste spodnie i długie pończochy.  Firma Kacew to wytwórnia i sprzedaz kapeluszy.

Dzisiaj poruszyłem ten temat z Heleną, córką profesora Włodzimierza Brusa (właściwie Beniamin Zylberberg) który chodził z Anielewiczem do tego samego gimnazjum, prawdopodobnie do równoległej klasy. Według relacji Brusa to rzeczywiście Anielewicz nie zdał matury wtedy kiedy powinien. Po prostu nie dopuszczono Mordechaja do egzaminów gdyz przyszedł w spodniach które dosięgały tylko za kolana. Może to byla jakas demonstracja przynależnosci do Ha-Szomer ha-Cair a może po prostu nie mial innych.

Znana od szkalowania Anielewicza, Hanna Krall, ta która niby wiernie oddawała czytelnikowi słowa Marka Edelmana na pewno by o tym napisała - przyszedł syn handlarki rybami na mature w krótkich spodenkach. Taka nowa półprawda jak zreszta dużo informacji z jej książki na temat Anielewicza. Książki która stała sie literaturą obowiazkową w polskich szkołach. Krall/Edelman używa tam zresztą przezwiska Anielewicza które używali tylko goje, Mordka. Po co?

Piękny (i prawdziwy!) jest opis Mordechaja Anielewicza w Pamiętnikach Ringelbluma*. Tak różny od obrazu przedstawionego i rozpowszechnianego przez p. Krall i Edelmana.
Tego młodego człowieka, lat 25, średniego wzrostu, o wąskiej, bladej, spiczastej twarzy, o długich włosach, sympatycznej powierzchowności, poznałem na początku wojny. Przyszedł do mnie ubrany po sportowemu i poprosił o pożyczenie książki. Od tego czasu często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie z zakresu ekonomii, którą bardzo się interesował. Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny i sympatyczny młodzieniec wyrośnie na człowieka, który po trzech latach stanie się najznaczniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem.

Anielewicz gdy był uczniem gimnazjum LaOr był członkiem komendy warszawskiej organizacji Ha-Szomer ha-Cair. W 1939 r. wszedł w skład ścisłego zarządu – Komendy Naczelnej. Organizował grupy samoobrony do walki z Obozem Narodowo-Radykalnym (ONR). Jako przedstawiciel organizacji nawiązał dobre stosunki ze Związkiem Harcerstwa Polskiego, co okazało się pomocne po wybuchu wojny w 1939 r. np. dla członków Ha-Szomer ha-Cair w Wilnie.

Po inwazji sowieckiej na Polskę 17.09.1939 r. Anielewicz bez powodzenia usiłował zorganizować szlak uchodźstwa młodzieży żydowskiej przez granicę polsko-węgierską do Palestyny. 

Po wojnie, udało się  to Izakowi Cukiermanowi - który w czasie Powstania w Getcie Warszawskim  byl zastępcą komendanta - Mordechaja Anielewicza. Izak Cukierman wracając z delegacją rządową samolotem z pogrzebu ofiar Pogromu Kieleckiego, wywalczył w trakcie tego lotu "furtkę emigracyjną" na granicy z Czechosłowacją dla polskich Żydów pragnących wtedy ratowac życie uciekajac z Polski. Około 100.000 - 200 000 osób skorzystało z tej możliwości, nie chcąc w przyszlosci dzielic losu pomordowanych w Kielcach.

Monday, May 28, 2018

Thursday, May 24, 2018

Janusz Korczak was born Henryk Goldszmit to a Jewish family in Warsaw, in 1878 or 1879. - This year is 140th anniversary of Korczak's birth.

The photograph of 10 years old Henryk Goldszmit (Janusz Korczak) from the first edition of his book "King Matt the First". He used his own picture as a child for the frontispiece of the book, with this explanation to his young readers: When I was the little boy you see in the photograph, I wanted to do all the things that are in this book. But I forgot to, and now I'm old. I no longer have the time or the strength to go to war or travel to the land of the cannibals. I have included this photo because it's important what I looked like when I truly wanted to be a king, and not when I was writing about King Matt
JB Lifton described this photography: Korczak in the studio is sitting stiffly on a bench next to a potted plant, in a jacket and high stiff white collar with a bow, he looks, not at us, but out past the camera into some distant space of his own-a far gaze that Korczak would take with him through life. He is both there and not there. One hand rests lightly in his lap; the other grips the corner of the bench as if the boy is waiting to take off the moment the signal comes.

The very first known document connected with Korczak is the one from the year 1881 from the Jewish Community in Warsaw where Korczaks name Goldszmit Henryk is written in Russian: Гольдшмитъ Генрикъ.
Janusz Korczak was born Henryk Goldszmit to a Jewish family in Warsaw, in 1878 or 1879.

His father failed to register his birth and registered him first in 1881, hence the uncertainty. At that time numerous peoples registered their children several months, sometimes even years later and often the children knew about it as they were celebrating the birthdays, not on the day they had stated in their birth certificate.

Korczak wrote about it on July 21, 1942:
Tomorrow I am finishing sixty-three or sixty-four years. My father did not arrange with my birth certificate for a few years (Jutro kończę sześćdziesiąt trzy albo sześćdziesiąt cztery lat(a). Ojciec przez parę lat nie wyrabiał mi metryki..).

The very first known document (photo above) is from the Jewish Community in Warsaw written in Russian. This document was from the time when Korczak parents moved from 18 Bielańska street where he was probably born to 77 Krakowskie Przedmieście.

I the dedication of his book King Matt the First for Stefa Wilczynska, Korczak wrote in the third line"...he lost his birth certificate in the country of Bum-Drum" (October 25th, 1922).

In the dedication of his book King Matt the First for Stefa Wilczynska, Korczak wrote in the third line about himself "...he lost his birth certificate in the country of Bum-Drum" October 25th, 1922).

In the later document in the Russian Army Archives most common is the year 1878, however, 1879 appears in one document.
Registration card of Henryk Goldszmit - Janusz Korczak from the time in the Polish Army
The most known document is the questionnaire from the Warsaw Ghetto where there is the year 1878 and also 1879 within the parenthesis. Jewish Physicians of the Warsaw Ghetto were obliged to submit the personal questionnaires in 1940. Janusz Korczak filed his personal questionnaire on September 20th, 1940.

Korczak´s questionnaire from September 20, 1940, with the photograph. Concerning the date of birth, he wrote the year 1878 but also 1879 within the parenthesis. 


Monday, May 21, 2018

The month of May is cold this year, And tonight is the quietest of all nights wrote Korczak in 1942



A few weeks after Bloody Friday*, Janusz Korczak sat up in bed and turned to the diary.
He wrote:
The month of May is cold this year, And tonight is the quietest of all nights. it is five in the morning. The little ones are asleep. There are actually two hundred of them. In the east wing-Madame Stefa, and I in the west-in the so-called 'isolation ward.' "

Later he wrote:
It is half past six.
In the dormitory someone shouts:
"Boys, time for a bath" get up!" I put away my pen. Should I get up or not? It is a long time since I have had a bath. Yesterday I killed a louse I found on myself without batting an eye-with one dexterous squeeze of the nail-a louse.
If I have time, I shall write a eulogy to a louse. For our attitude toward this fine insect is unjust and unfitting.
An embittered Russian peasant once declared: " A louse is not like a man, it will not suck up every last drop of blood."


* Bloody Friday - April 18th, 1942, an execution of printers and distributors of Ghetto undercover press. Emanuel Ringelblum blames Kohn and Heller that were coworking with Germans.

Sunday, May 13, 2018

Korczak - Ponura, przygnębiająca jest literatura pamiętnikowa - Maj 1942

Janusz Korczak - portret ołówkiem Justyna Bamba (baMba)
Janusz Korczak pisał, (kontynuował) w ostatnich trzech miesiącach życia w Warszawskim Getcie, w Domu Sierot na Siennej, pamiętnik.

Urywki
Ponura, przygnębiająca jest literatura pamiętnikowa. Artysta czy uczony, polityk czy wódz wchodzą w życie, niosąc pełnię ambitnych zamierzeń, mocnych, zaczepnych i gładkich poruszeń, żywy mobilizm działania. Wspinają się w górę, zwalczają przeszkody, zwiększają zasięg wpływów, zbrojni w doświadczenie i liczbę przyjaciół, coraz owocniej i łatwiej, etap po etapie zmierzają do swych celów. Trwa to lat dziesiątek, czasem dwa, trzy dziesiątki. A potem...

Potem już zmęczenie, potem już tylko krok za krokiem, uparcie w raz obranym kierunku, już wygodniejszym gościńcem, z mniejszym zapałem i z przeświadczeniem bolesnym, że nie tak, że zbyt mało, że daleko trudniej samotnie, że przybywa już tylko biel włosów, więcej zmarszczek na gładkim dawniej i zuchwałym czole, że oko słabiej już widzi, krew wolniej krąży a nogi niosą z wysiłkiem.

Cóż? - Starość.

Jeden opiera się i [nie] dopuszcza, pragnie po dawnemu, nawet szybciej i silniej, by zdążyć. Łudzi się, broni się, buntuje się i miota. Drugi w smutnej rezygnacji zaczyna nie tylko zrzekać się, ale nawet cofać.

- Już nie mogę.

- Już nawet nie chcę próbować.

- Nie warto.

- Już nie rozumiem.

- Gdyby zwrócono mi urnę spopielonych lat, energię strwonionę w błądzeniach, rozrzutny rozmach dawnych sił...

Nowi ludzie, nowe pokolenie, nowe potrzeby. - Już jego drażnią i on drażni - zrazu nieporozumienia a potem i stale już nierozumienie. Ich gesty, ich kroki, ich oczy, białe zęby i gładkie czoło, choć usta milczą...

Wszystko i wszyscy wokoło, i ziemia, i ty sam, i gwiazdy twoje mówią:

- Dosyć... Twój zachód... Teraz my... Twój kres... Twierdzisz, że my [nie] tak... Nie spieramy się z tobą - wiesz lepiej, doświadczony, ale pozwól samodzielnie próbować.

Taki jest porządek życia.

Tak człowiek i zwierzęta, tak bodaj drzewa, a kto wie, może nawet kamienie, ich teraz wola, moc i czas.

Twoja dziś starość, a pojutrze zgrzybiałość.

I coraz śpieszniej krążą wskazówki na tarczy zegarów.

Kamienne sfinksa spojrzenie zadaje odwieczne pytanie:

- Kto rano na czterech nogach, w południe raźnie na dwóch, a wieczorem na trzech.

Ty na kiju wsparty, zapatrzony w gasnące, chłodne promienie słoń-

[ca], które zachodzi.

Spróbuję inaczej w własnym życiorysie. Może myśl szczęśliwa, może uda się, może tak właśnie trzeba.

Gdy kopiesz studnię, zaczynasz robotę nie od głębokiego dna, poruszasz szeroko zrazu górną warstwę, odrzucasz ziemię łopata za łopatą, nie wiedząc, co niżej, ile splątanych korzeni, jakie przeszkody i braki, ile uciążliwych, zakopanych przez innych i przez ciebie, zapomnianych kamieni i różnych twardych przedmiotów.

Decyzja powzięta. Dosyć sił, by zacząć. - A w ogóle, czy jest kiedy jaka robota skończona. Spluń w garść. Mocny chwyt łopaty. Śmiało.

- Raz, dwa, raz, dwa.

- Boże dopomóż, dziaduniu. Co zamierzasz?

- Widzisz przecie. Szukam podziemnych źródeł, czysty, chłodny żywioł wody odgarniam i rozgarniam wspomnienia.

- Pomóc ci?

- O nie, kochanie ty moje, każdy to musi sam. Nikt nie pośpieszy z wyręką ani nie zastąpi. Wszystko inne razem, jeśli ufasz mi jeszcze i nie ważysz lekce, ale tę ostatnią moją robotę ja sam.

- Szczęść Boże.

Tak tedy...

Zamierzam odpowiedzieć na kłamliwą książkę fałszywego proroka. Książka ta wiele wyrządziła szkody.

Tak[o] rzecze Zaratustra.

I ja rozmawiałem, miałem honor z Zaratustrą rozmawiać. Mądre jego wtajemniczenia, ciężkie, twarde i ostre. Ciebie, biedny filozofie, zaprowadziły za mroczne mury i ciasne kraty szpitala wariatów, bo tak przecież było. Stoi czarne na białym:

"Nietzsche zmarł w rozterce z życiem - obłąkany".

Chcę w mojej książce dowieść, że w bolesnej rozterce z prawdą.

Ten sam Zaratustra inaczej mnie nauczał. Może miałem lepszy słuch, może czujniej słuchałem.

Czytaj dalej: "Pamiętnik i inne pisma z getta" Janusz Korczak

Na jedno zgadzamy się: droga mistrza i moja, ucznia - były uciążliwe. Wiele częściej porażki niż powodzenia, wiele krzywizn, więc czas i wysiłek na marne, pozornie na marne.

Bo w godzinie wypłaty nie w samotnej celi najsmutniejszego szpitala,

[--]

i motyle, i polne koniki, i świętojańskie robaczki, i koncert świerszczów, i solista w błękitach wysokich - skowronek.

Dobry Boże.

Dzięki Ci, dobry Boże, za łąkę i barwne zachody, za rześki wietrzyk wieczorny po upalnym dniu znoju i mozołu.

Dobry Boże, który wymyśliłeś tak mądrze, że kwiaty mają zapach, świętojanki świecą na ziemi, iskry gwiazd na niebie.

Jakże radosna jest starość.

Jaka miła cisza.

Miły wypoczynek.

"Człowiek, który bez miary obsypany Twymi dary, coś go stworzył i ocalił..."

Ano dobrze. - Zaczynam.

- Raz, dwa.

Grzeją się na słońcu dwa dziady.

- Powiedz, stary grzybie, jak to się stało, że żyjesz jeszcze.

- Ba, życie wiodłem solidne, rozważne, bez wstrząsów i nagłych zwrotów. Nie palę, nie piję, w karty nie gram, za dziewczętami nie biegałem. Nigdy głodny ani nazbyt zmęczony, ani pośpiesznie, ani ryzykownie. Zawsze w porę i w miarę. Nie dręczyłem serca, nie forsowałem płuc, nie fatygowałem głowy. Umiar, spokój i rozwaga. Dlatego żyję jeszcze. A kolega?

- Ja nieco inaczej. Zawsze tam, gdzie łatwo o guzy i sińce. Szczenięciem byłem, gdy pierwsza rewolta i pukanina. Były noce bezsenne i tyle kozy, ile trzeba młodziakowi pokazać, by z gruba bodaj utemperować. - Potem wojna. Taka sobie. Trzeba jej było szukać daleko, za górą uralską, za morzem bajkalskim, poprzez Tatarów, Kirgizów, Buriatów aż do Chińczyków. O wieś mandżurską Taołaj-Dżou oparłem się i znów rewolucja. Potem krótki niby spokój. Wódkę piłem, owszem, nieraz na kartę stawiałem życie, nie zmięty papierek. Tylko na dziewczęta nie miałem czasu, bo gdyby nie to, że juchy zachłanne i na noce łase, no i rodzą dzieci. Paskudny obyczaj. Raz mi się zdarzyło. Pozostał niesmak na całe życie. Dość mi tego było. I gróźb, i łez. Papierosy paliłem bez miary. I w dzień, i w dyskusji szukania, raz w raz, jak komin. I nie ma we mnie zdrowego kawałka. Zrosty, bóle, przepukliny, blizna, rozłażę się, skwierczę, pruję, żyję. I to jak jeszcze. Wiedzą coś o tym ci, co mi włażą w drogę. Kopniaki moje są wcale i owszem. Bywa i teraz, że cała banda chyłkiem przede mną. Mam zresztą stronników i przyjaciół.

- Ja też. Mam dzieci i wnuków. A wy? A pan, a kolega?

- Ja mam dwieście.

- Filut z waści.

Teraz rok 1942. Maj. Chłodny maj w tym roku. I ta dzisiejsza noc najcichsza z cichych. Godzina piąta rano. Dzieciaki śpią. Jest ich naprawdę dwie setki. Na prawym skrzydle pani Stefa, ja na lewo w tzw. izolatce.

Łóżko moje w środku pokoju. Pod łóżkiem butelka wódki. Na nocnym stoliku razowy chleb i dzbanek wody.

Poczciwy Felek naostrzył ołówki, każdy z dwóch stron. Mógłbym pisać piórem wiecznym, jedno dała mi Hadaska, drugie pewien papa niesfornego synka.

Rowek mi się od tego ołówka na palcu wyżłobił. Teraz dopiero przypomniało mi się, że można inaczej, że można wygodniej, że łatwiej piórem.

Nie darmo tatulo nazywał mnie w dzieciństwie gapą i cymbałem, a w burzliwych momentach nawet idiotą i osłem. Jedna tylko babcia wierzyła w moją gwiazdę. A tak to leń, beksa, mazgaj (mówiłem już), idiota i do luftu.

Ale o tym potem.

Mieli słuszność. Po równu. Pół na pół. Babunia i papa.

Ale o tym potem.

Leń... słusznie... Nie lubię pisać. Rozmyślać to tak. Nie sprawia mi to trudności. Tak jakbym bajeczki sobie opowiadał.

Czytałem gdzieś:

"Są ludzie, którzy tak samo nie myślą, jak inni mówią: «Nie palę»".

Ja myślę.

- Raz, dwa, raz, dwa. - Na każdą niezdarną łopatę mojej studni obowiązkowo zagapię się. Zamyślę się na minut dziesięć. I nie, że słaby dziś jestem, bo stary. Tak zawsze było.

Babcia dawała mi rodzynki i mówiła:

- Filozof.

Podobno już wtedy zwierzyłem babuni w intymnej rozmowie mój śmiały plan przebudowy świata. Ni mniej, ni więcej, tylko wyrzucić wszystkie pieniądze. Jak i dokąd wyrzucić, i co potem robić, zapewne nie wiedziałem. Nie należy sądzić zbyt surowo. Liczyłem wówczas pięć lat, a zagadnienie żenująco trudne: co robić, żeby nie było dzieci brudnych, obdartych i głodnych, z którymi nie wolno mi bawić się na podwórku, gdzie pod kasztanem pochowany był w wacie, w blaszanym pudełku od landrynek pierwszy mój zmarły, bliski i kochany, na razie tylko kanarek. Jego śmierć wysunęła tajemnicze zagadnienie wyznania.

Chciałem na jego grobie postawić krzyż. Służąca powiedziała, że nie, bo on ptak, coś bardzo niższego niż człowiek. Płakać nawet grzech.

Tyle służąca. Ale gorsze to, że syn dozorcy domu orzekł, że kanarek był Żydem.

I ja.

Ja też Żyd, a on - Polak katolik. On w raju, ja natomiast, jeżeli nie będę mówił brzydkich wyrazów i będę mu posłusznie przynosił kradziony w domu cukier - dostanę się po śmierci do czegoś, co wprawdzie piekłem nie jest, ale tam jest ciemno. A ja bałem się ciemnego pokoju.

Śmierć. - Żyd. - Piekło. Czarny, żydowski raj. - Było co rozważać.