Saturday, January 31, 2026

Higiena historyczna - Pomarcowe (68) Trendy (Trędy) i Narracje historyczne.

    Jednym z najtragiczniejszych skutków Marca ’68 była wymuszona emigracja elit intelektualnych – rzetelnych historyków, którzy zabrali ze sobą etos pracy badawczej, pozostawiając w kraju niebezpieczną próżnię. W tę pustkę weszły „narracje pomarcowe”, które z czasem stały się fundamentem współczesnych instytucji. Dziś jesteśmy świadkami paradoksu: trzy kluczowe instytucje zajmujące się historią Żydów – od Zagłady po współczesność – operują odmiennymi, często wykluczającymi się narracjami tych samych faktów.

    To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Wasserman Wróblewski - współpracownik Korczaka 1931-1942), który często przypominał, łacińską maksymę „Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku czytając nowonapisane, "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.

    Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe, trędowate teksty” staną się dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.

    W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mnie o analizę tekstów (wydażen) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.

    Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.

    Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
 
Osobiscie uważam użycie hasła za prawidłowe gdyż według Słownika Języka Polskiego PWN przymiotnik trędowaty w znaczeniu przenośnym oznacza kogoś „budzącego odrazę, unikanego przez innych”. Takie mam obecnie uczucie do tych nowych narratorów.

Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności”. W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.

Obserwujemy niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia, uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.

    Osobiście obserwuję ten proces od lat. Zaczęło się od publikacji i informacji na temat Janusza Korczaka i Domu Sierot i uwag mojego ojca, Pana Miszy, w latach 80. i 90 na temet pomarcowych nowo napisanych i książek z "Wspomnieniami o Korczaku" lub masowo drukowanych jego nowych biografi. Moje własne doświadczenia z „trędowatymi nurtami” to później m.in. wieloletnia batalia z Muzeum Polin o elementarną prawdę faktograficzną.

     Pierwszym z poruszonych przeze mnie tematów z Muzeum Polin była kwestia emigracji. Nie tej „bezpiecznej” narracyjnie, pomarcowej, lecz tej największej, rozpoczętej już 22 lipca 1945 roku, a przypieczętowanej traumą Pogromu Kieleckiego z 4 lipca 1946 roku. Fakt, że w mordowaniu Ocalonych (ocalonych z Zagłady) brali udział cywilni mieszkańcy Kielc, milicjanci i wojsko, przyczynił się do pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski za zgodą władz polskich (150–175 tysięcy osób).
 
    Temat ten znałem z pierwszej ręki od oficerów Wojska Polskiego – mjr. Michała Wróblewskiego (mojego ojca) oraz mjr. Michała Rudawskiego (autora książki „Mój obcy kraj”***, pisanej wraz z moją mamą). Rudawski był pogranicznikiem, a mój ojciec, jako oficer polityczny oddelegowany przez gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego szefa GZP, na granicę polsko-czeską, dokumentował ten proces na bieżąco.
    Mimo ogólnej wiedzy, w pracach ówczesnej dyrekcji Muzeum Polin temat ten został zmarginalizowany lub wręcz poddany historycznej resekcji. W pracy dr. Stoli****, próżno szukać haseł „Kielce” czy „1946” w kontekście przyczyn emigracji – liczba pozytywnych rezultatów wynosi zero. To tendencyjne omijanie kluczowych lat 1945–1948 na rzecz narracji o „migracji od 1949 do 1989 roku” jest modelowym przykładem dezinformacji.

    Jeszcze bardziej porażająca była moja walka o liczby dotyczące Wielkiej Akcji Likwidacyjnej w getcie warszawskim. Na stronach Muzeum Polin widniała skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była nie do przyjęcia. Dopiero po dwóch latach mojej presji, przesyłaniu dokumentów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), list pisanych przez członków grupy Oneg Szabat i niemieckich listów przewozowych, instytucja ta zdecydowała się zmienić dane. Prawda jest bowiem inna i tragiczna: w pierwszych czterech dniach wysyłano ponad 7 000 osób dziennie a potem srednio po 6 500. Ponad 100 osob w bydlęcym wagonie. Wśród nich był mój dziadek, Gabriel Rozental (opis Mariana Turskiego), wywieziony 26 lipca 1942 roku (transport liczył 6 357 osób), oraz moja babcia Helena z Polirsztoków Rozental, zabrana 3 sierpnia 1942 roku (transport 6 276 osób). Janusza Korczaka i 239 dzieci i wychowawców Domu Sierot wywieziono do Treblinki 5 sierpnia 1942 roku (cały transport liczył 6 623) a w nastepne kolejne dwa dni po deportacji Korczaka wywieziono do Treblinki ponad 10 000 Zydów dziennie. To nie są „narracje” – to liczby zapisane krwią i udokumentowane w archiwach, których instytucje mieniące się historycznymi nie mają prawa ich „nie znać”. 

„Bzdury” informacyjne na stronach internetowych Muzeum Polin pozostawały niepoprawione przez ponad dwa lata. Problem ten nie dotyczył wyłącznie przemilczeń w sprawie emigracji po pogromie kieleckim czy skandalicznych opisów deportacji z Umschlagplatzu. Gdy wytykałem te błędy, dyrektor Dariusz Stola stosował strategię rozmywania odpowiedzialności: odsyłał mnie do współpracowników, a ci z kolei wskazywali na... agencje fotograficzne i ich opisy. Sugerowano tym samym, że źródłem wiedzy historycznej dla muzeum są notatki dołączone do kupowanych, darmowych (pozbawionych praw autorskich) fotografii. To sytuacja kuriozalna: instytucja naukowa abdykuje z roli badacza na rzecz handlarza zdjęć.

    W toku wymiany zdań pan Stola zarzucił mi „permanentne pretensje”. Przyznaję – to jedyna prawda w jego wypowiedziach. Moje pretensje są i będą permanentne, ponieważ dyrektor muzeum permanentnie uchylał się od obowiązku usunięcia błędów, za które odpowiadał.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
„Bardzo dziękuję wszystkim powyżej za obronę przed p. Romanem Wróblewskim, dla którego atakowanie Muzeum Polin jest chyba ulubionym hobby. Z jego licznych wpisów można odnieść wrażenie, że nasze muzeum i ja osobiście jesteśmy wiodącymi przykładami antysemityzmu i manipulowania historią w Polsce. Obawiam się, że niestety tak nie jest. Proszę się rozejrzeć, a może znajdzie Pan jakiś lepiej uzasadniony obiekt krytyki”.

     Ta odpowiedź to podręcznikowy przykład ucieczki od faktów w stronę manipulacji emocjonalnej. Zamiast skonfrontować się z twardymi danymi z Archiwum Ringelbluma (Oneg Szabat) czy dokumentami transportowymi, dyrektor sprowadził walkę o prawdę o losie moich dziadków do poziomu „hobby”. Sugestia, bym znalazł sobie „lepiej uzasadniony obiekt krytyki”, jest wyrazem głębokiej arogancji – to próba relatywizacji kłamstwa na zasadzie: „inni kłamią bardziej, więc nasze błędy są nieistotne”. Tak właśnie domyka się mechanizm „trędowatej narracji”: zamiast leczyć infekcję kłamstwa, atakuje się tego, kto przyniósł diagnozę.

    Kolejne przykłady indolencji Muzeum Polin dotyczą postaci Janusza Korczaka i lokalizacji Domu Sierot. Dokładnie dziesięć lat temu instytucja ta uruchomiła specjalną stronę: „Kroczymy śladami Janusza Korczaka”. 31 marca 2016 roku wykonałem na tym wirtualnym szlaku zaledwie cztery kroki i znalazłem pięć kardynalnych błędów.
    Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację.   Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc: 
„Panie Profesorze, jest Pan wspaniałym dyrektorem, jestem szczęśliwy, że zajmuje się Pan MOJĄ historią”. 

    Słowo „moja” jest tu kluczowe – sugeruje, że historia jest niby prywatną własnością, którą można kształtować według uznania, zamiast traktować ją jako wspólną prawdę, wolną od karygodnych błędów.
    
    Nikt z obrońców dyrekcji Muzeum Polin nie podjął jednak najmniejszej merytorycznej dyskusji. Zamiast argumentów pojawił się „smród” – atmosfera, którą znam aż nazbyt dobrze z autopsji. Przez dziesięć lat pracowałem na Wydziale Patologii, a dwa lata w budynku Patologii Sądowej. Spośród wszystkich zapachów śmierci, do których człowiek może przywyknąć, jeden pozostaje nie do zniesienia: zapach zwłok wyłowionych po latach ze słodkiej wody.

    Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim, rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.

    Innym przykładem „historycznej resekcji” i budowania fałszywych hierarchii jest eksponowanie przez Muzeum Polin (i innych) Marka Edelmana jako jedynego, niemal mitycznego komendanta Powstania w Getcie Warszawskim i założyciela ŻOB. Edelman w pewnym sensie sam mianował się na tę funkcję za pośrednictwem książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Wydana u schyłku lat 70., już po marcowej emigracji. Książka ta stworzyła specyficzny, przefiltrowany przez "subiektywną pamięć" Edelmana obraz prawdziwego dowódcy – Mordechaja Anielewicza.

    Efekty tej narracji „dla przyszłych pokoleń” są do dziś widoczne w szkołach, gdzie lektura Krall stała się wyrocznią. Na popularnych portalach typu [streszczenia.pl].
Opracowanie/zdazyc-przed-panem-bogiem/charakterystyka-bohaterow/) gdzie postać Anielewicza redukuje się do syna handlarki ryb, który malował skrzela farbą, i człowieka „nieprzygotowanego psychicznie”, który zakończył życie samobójstwem. To uderzające, że ta uproszczona, wręcz karykaturowana wersja przenika do instytucji naukowych. Nawet w Muzeum Powstania Warszawskiego czy tez podczas wykładów w ŻIH, prelegenci z tytułami naukowymi powielają te same wątki: „czy Anielewicz malował skrzela ryb?” I ze zostal komendantem bo bardzo tego sam chciał.

    Ta operacja historyczna, wspierana przez Muzeum Polin, udała się nadzwyczaj skutecznie. Nazwisko prawdziwego komendanta oraz jego zastępcy, Icchaka „Antka” Cukiermana, wyciszano konsekwentnie pod koniec ubiegłego milenium. Miejsce rzetelnej analizy wojskowej i politycznej struktury ŻOB zajęła „gadżetowa” polityka pamięci. W Muzeum Polin Edelman stał się marką – można tam było kupić koszulki czy kubki z jego fizjonomią, a zamawiane murale i graffiti utrwalają ten jednowymiarowy obraz. To klasyczny przykład „trędowatego nurtu”: gdy autentyczna, złożona historia dowódców powstania zostaje wyparta przez łatwo przyswajalną narrację, która zamiast prawdy, oferuje porcelanowy kubek z wizerunkiem „jedynego słusznego” bohatera.

Inna historia powiazana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i załozyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem, za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki tak specjalny (dla przyszłych pokolen) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Ksiazka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po Marcowej Emigracji Żydów pod koniec lat 60-tych.

    Co wlasciwie oznacza "dla przyszłych pokolen"? Czy to chodzi o młodzież szkolną dla której książka Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiazkową. W skrótach typu Readers Digest znajdujemy typowy oddzwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Mordechaj Anielewicz - charakterystyka • Zdążyć przed Panem Bogiem
Komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej; syn handlarki ryb, którym malował skrzela farbą czerwoną farbą. Nie uczestniczył w żadnej akcji, ale pamięta się go jako zdolnego, oczytanego i pełnego wigoru. Niestety psychicznie nie był przygotowany do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. 8 maja 1943 roku najpierw zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, a później popełnił samobójstwo.

Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego (1944) znajdujemy zawiadomienie o wykladzie naukowym: 
Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono? Czy chaluce uprawiali ziemię? W jakim języku rozmawiali ze sobą ŻOB-owcy? Kto założył kibuc Lochamej Ha Geta'ot? Co znaczy: Ha-Szomer -Ha-Cair, Dror, Cukunft, ŻZW, hachszara, bricha.Zofia Zańko - Studiowała na KUL-u, jest absolwentką historii UW. Redagowała miesięcznik społeczno-religijny „Credo", Współorganizowała Dzień Żydowski na UW. Pracuje jako przewodnik w Muzeum Powstania Warszawskiego.
W zeszłym roku (2025) zreszta jakas pani z tytulem doktorskim zaczeła transmitowany z ŻIH w podobny sposób swój wykład o Anielewiczu. Prawie kopia ze www.streszczenia.pl.
Ta akcja, popierana do dzisiaj przez Muzeum Polin udała się świetnie. Nazwisko prawdziwego komendanta - Mordechaja Anielewicza wyciszano wszędzie pod koniec zeszłego milenium. Podobnie z jego zastepca Antkiem Cukiermanem. W Muzeum Polin mozna było kupic kubki porcelanowe i koszulki z fizjonomia Edelmana. Podobnie zamawiane graffiti w zwiazku z Rocznicami Powstania w Getcie przedstawiały Edelmana.

Jeden z Żydów którzy po marcu zostali w Polsce napisał do mnie oficjalnie na Face book:
Uważam, że określanie Marka Edelmana "pomarcowym Komendantem" jest haniebną, skandaliczną obelgą. Wyzwiska w stosunku do któregokolwiek z ludzi, którzy walczyli w Getcie, a zwłaszcza człowieka, który ma takie zasługi w sprawie upamiętnienia Powstania, nie powinny mieć na tym forum miejsca. Protestuję!

Ta idiotyczna reakcja, popierana przez wielu "pomarcowych" to reakcja na moje wpisy i wklejenie listu od znajomego z Polski:
"Pozwoliłem sobie położyć w Twoim imieniu kamień (tak jak poprzednio były na nim inicjały R.W.) - podsyłam tu oddzielnie fotografię z albumu", napisał Polak, przyjaciel z Warszawy który wie że Anielewicz i Szlengel jak również Powstanie w Getcie Warszawskim są mnie tego dnia tak bliskie. Dlatego, co roku, różne osoby kładą kamień z moimi inicjalami RW (lub bez) na Kopcu Anielewicza. Taki kamień pamięci i bólu.
Dzięki LT 

Dopisalem Ta "tradycja" to od wielu lat, a własciwie od chwili gdy zapomniano w Polsce o Anielewiczu i bojownikach którzy są tam pochowani. Smutne ale prawdziwe, mam zdjęcia. Nawet 3-4 lata temu to "mój kamień", złożony przez Polaka, był tam bardzo, bardzo samotny. Reakcja pomarcowych nastąpiła gdy napisałem że w Polsce zapomniano o prawdziwym komendancie i hołduje się tylko nowomianowanego pomarcowego komendanta. Napisałem prawdę. 



Tak opisywał Anielewicza Emanuel Ringelblum w 1943 roku:
„Młody człowiek, lat 25, średniego wzrostu, o wąskiej, bladej, pociągłej twarzy, długich włosach, sympatycznej powierzchowności. Po raz pierwszy spotkałem go na początku wojny, gdy przyszedł do mnie ubrany po sportowemu i poprosił o pożyczenie mu książki. Od tego czasu często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie ekonomii, którą tow. Mordechaj bardzo się interesował. Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny i sympatyczny młodzieniec wyrośnie na człowieka, który po trzech latach stanie się najważniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem”.
 
Komendantura Getta ZOB
Krall Edelman - kłamstwa pomarcowe wirusy sterowane 
Zbikowski o narracjach

Najbardziej porażająca była walka z Muzeum Polin o liczby dotyczące Wielkiej Akcji Likwidacyjnej w getcie warszawskim. Na stronach Muzeum Polin widniała skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była nie do przyjęcia. Dopiero po dwóch latach mojej presji, nielicznych prósb i przesyłaniu dokumentów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), listów członków grupy Oneg Szabat i niemieckich listów przewozowych, instytucja ta zdecydowała się zmienić dane.

Muzeum Polin - KROCZYMY ŚLADAMI JANUSZA KORCZAKA. Budynek znajduje się pod adresem ul. Sienna 16 / Śliska 9, a nie w szpitalu Bershonów i Baumanów przy ul. Siennej 60. Zdjęcie pochodzi z mojego bloga; znalazłem je w Przeglądzie Technicznym (nr 50-52, str. 513-514) z 1914 roku.

Muzeum Polin - KROCZYMY ŚLADAMI JANUSZA KORCZAKA. Po lewej stronie mapka Muzeum Polin gdzie na zdjęciu rzekomo z ulicy Siennej16/Śliskiej 9 jest jednak pokazany nie budynek Domu Sierot lecz budynek szpitala Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów. Na mapce, w zaznaczonym przez Muzeum Polin miejscu były tylko domy czynszowe (miedzy Panska a Śliska).
Po prawej, zdjęcie domu na ulicy Siennej 16. Widok z roku 1914. To unikalne zdjęcie znalazłem w Przeglądzie Technicznym z 1914 roku.

Kubki i koszulki w Muzeum Polin to proces „komercjalizacji” Edelmana kosztem Anielewicza. Kolejny wstrząsający przykład „trędowatej narracji” – mechanizmu, w którym żywa pamięć zostaje zastąpiona przez marketingowy produkt, a rzetelna hierarchia historyczna ustępuje miejsca wygodnej popkulturze gdzie postać Mordechaja Anielewicza w oficjalnym obiegu zredukowano do anegdoty o malowaniu rybich skrzeli.
Książka Krall "dla przyszłych pokolen"? Czy to chodzi o młodzież szkolną dla której książka Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiazkową. W skrótach typu "Readers Digest" znajdujemy typowy oddzwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy: Mordechaj Anielewicz - charakterystyka • Zdążyć przed Panem Bogiem - Komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej; syn handlarki ryb, którym malował skrzela farbą czerwoną farbą. Nie uczestniczył w żadnej akcji, ale pamięta się go jako zdolnego, oczytanego i pełnego wigoru. Niestety psychicznie nie był przygotowany do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. 8 maja 1943 roku najpierw zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, a później popełnił samobójstwo.

Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego (1944) znajdujemy zawiadomienie o wykładzie naukowym: Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono? Czy chaluce uprawiali ziemię? W jakim języku rozmawiali ze sobą ŻOB-owcy? Kto założył kibuc Lochamej Ha Geta'ot? Co znaczy: Ha-Szomer -Ha-Cair, Dror, Cukunft, ŻZW, hachszara, bricha. Zofia Zańko.... Pracuje jako przewodnik w Muzeum Powstania Warszawskiego. W zeszłym roku (2024 i 2025) zresztą jakaś pani z tytułem doktorskim zaczęła w podobny sposób swój wykład o Mordechaju Anielewiczu transmitowany z ŻIH. Jej slowa: Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem? Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy” – mówił po latach reporterce Hannie Krall Marek Edelman. Czy Anielewicz był tylko bohaterem z przypadku? A może człowiekiem, w którym wojenna sytuacja wyzwoliła talent przywódczy i siłę? Co tak naprawdę wiemy o jego życiu i wyborach, których dokonywał? Jak z chłopca wychowanego na biednym warszawskim Powiślu, jednego z wielu lokalnych liderów Ha‑Szomer ha‑Cair, stał się „Anielewiczem”, którego historię znamy dziś? Prawie kopia ze www.streszczenia.pl.


* Korczak w krzywym zwierciadle. 
** Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a Muzeum POLIN (ul. Anielewicza 6) w Warszawie wynosi w linii prostej około 800-900 metrów.
Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a adresem Muzeum Getta Warszawskiego, ul. Zielna 39 w Warszawie wynosi około 1,7 km.
*** Michał Rudawski. Mój obcy kraj? Pamieć Europy. Agencja Wydawnicza Tu, 1996.
**** Dariusz Stola. „Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949–1989”, Wydawnictwo: IPN, ISP PAN, 2010