Sunday, June 21, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ JEDENASTY W DOMU SIEROT

ROZDZIAŁ JEDENASTY
W DOMU SIEROT
Rozdział jedenasty
Rok szkolny rozpoczynał się pierwszego września. Tego dnia rozpoczynał się również wzmożony ruch w mieście po przerwie letniej.
W Ogrodzie Saskim unosił się zapach więdnących liści i wilgotnej ziemi, ale w powiewach wiatru czuć było już wiosenną ostrość.
W Polsce jesień była milsza dla stworzenia niż wiosna; była w niej tradycja. Nie tylko ze względu na złoty kolor, który jej przypisywano, ale także dlatego, że była przepełniona smutkiem i melancholią porannych mgieł. Z nieba zdjęto już letni błękit, a zawieszone i rozpostarte nad miastem chmury były niemal przezroczyste...
W sklepach, w teatrach, w polityce, w gazetach dało się wyczuć ożywienie po „sezonie ogórkowym”, który usypiał miasto, orzeźwiając duszę. Elektryczność raz w roku opanowywała młodzież szkolną.
Wszyscy wychodzą na zewnątrz, ale tego dnia to dzieci idą na przedzie, pełne powagi i zajęte swoimi sprawami, a za nimi ciągną dorośli. Zupełnie tak, jakby przywykli do ciągnięcia milczących i zbędnych przedmiotów, bez których nie sposób się obejść.
Rola dorosłych polegała jedynie na tym, by być obecnymi i płacić.
Na ulicach Świętokrzyskiej i Nowiniarskiej, gdzie rzędem stały sklepy i stragany z książkami nowymi i używanymi, człowiek musiał torować sobie drogę łokciami.
Również na ulicy robiono już interesy. Wymieniano tu książki na książki, z dopłatą lub bez. Odkrywano tu talenty handlowe: usuwano plamy z książek i brakujące kartki, a handlarz starał się szeptać do ucha młodego klienta niewiarygodne obietnice.
Strona 110
Klienci w sklepach szacują i ustalają ceny podręczników. Umawiają się na wymianę za dopłatą. Wychodzą ze sklepów zadowoleni i uśmiechnięci. Obie strony mają poczucie, że ubiły świetny interes...
Twarze handlarzy są jednak zmęczone. Ich klienci to dzieci, a u nich nie ma pojęcia o wartości pieniądza ani o tym, co kupują. Ich jedynym drogowskazem jest cena.
Po zakupieniu podręczników nadchodzi kolej na przybory piśmiennicze.
Gimnazja i pensje żeńskie wymagały, aby zeszyt nie był zwykłym zeszytem w linię czy kratkę, ale posiadał określony wzór. Na błyszczącej, kolorowej okładce umieszczano kolejną warstwę szarego papieru, a na nią nakładano jeszcze naklejkę z imieniem i nazwiskiem właścicielki. Taki zeszyt przypominał młodą pannę młodą pod welonem. Dziewczynki aż drżały od chęci dotknięcia tego papieru, który szeleścił pod palcami, a dołączony do niego sznurek potęgował jego urok. To zwykłe zeszyty (te bez dodatkowych ozdób) miały długie i nudne godziny życia, wyznaczone przez plan lekcji. Na pensjach żeńskich kładziono nacisk na staranność, która przejawiała się w zewnętrznym wyglądzie zeszytów. Do rysunku geometrycznego wymagano grubych kartek, zeszytów do nut w podłużnym formacie, ciężkich i grubych brulionów w czarnych okładkach, w których dziewczęta zapisywały swoje myśli, przemyślenia i tajemnice.
W kuchni słychać było stukanie moździerzy, w których gospodynie ucierały szafran i cynamon. W piwnicach sprawdzano zapasy beczek na kapustę i ogórki.
A to był dopiero początek wieczoru. Ustalenie nowej godziny lekcyjnej, obietnice i strach przed nowymi zeszytami napawały serca młodzieży i starszych niepokojem przed nowym rokiem szkolnym.
Z tych wszystkich najszczęśliwszy dzień przypadał zazwyczaj na pierwszy dzień września – dzień, w którym wylewano na ulicę rzekę dzieci. Z okien tramwajów wyglądały uśmiechnięte twarze najmłodszych, jakby na powitanie nowego ucznia, który dopiero co zakupił książki, a jego serce przepełniało pragnienie nauki.
W głębi serca dorośli zazdrościli dzieciom tego święta na Świętokrzyskiej. Każdy z nich chciałby cofnąć czas i usłyszeć te słowa, ale dzisiaj to nie dla nich była ta wielka chwila.
On zaczął iść w stronę ulicy Franciszkańskiej, zgodnie z adresem podanym w ogłoszeniu z „Gazety Żydowskiej” (w języku jidysz):
„Poszukiwany lekarz do żłobka / domu dziecka dla niemowląt. Warunki według umowy.”
Szedł ulicą Długą, potem skręcił w róg ulicy Tłomackie i Nalewki. Znalazł się w dzielnicy, która tętniła życiem i handlem.
Strona 111
Wkraczał w samo serce ruchu i zgiełku dzielnicy handlowej. Ruch ten tętnił w wąskich przejściach między kamienicami, w podwórzach-labiryntach pełnych ukrytych warsztatów i małych fabryczek, w których pracowali rzemieślnicy, oraz w bocznych uliczkach zamieszkałych przez najuboższych. Na ulicy Franciszkańskiej poczuł zapach ryb, cebuli i zgniłych owoców.
Handlowa część ulicy, po przejściu przez plac Muranowski, docierała do ulicy Gęsiej, która ciągnęła się dalej aż do placu Parysowskiego. Stały tam rzędy nędznych straganów, z których unosił się zapach śledzi i ziemniaków.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, do jego uszu dotarł dziwny, jednostajny dźwięk. Był to płacz dzieci. Zrozumiał, że dotarł na miejsce. Przeszedł przez bramę szarej, obskurnej kamienicy, wszedł na klatkę schodową o obitych i zniszczonych stopniach i podążył za tym dźwiękiem, aż poczuł zapach stęchłego mleka.
Na drzwiach wisiała tabliczka:
„Żłobek / Dom dziecka”
Słychać było krzyk mijanych przechodniów. Nie pukając do drzwi, wszedł dziarskim krokiem. Nie pytał, nie szukał.
Drzwi na pierwszym piętrze okazały się zamknięte. Otworzył je i znalazł się w długim, ciemnym korytarzu. Na ścianach wisiały ubranka dziecięce.
– Gdyby nie zapach, rozpoznałbym to miejsce po samych ubraniach. „Arme Leute Geruch” (zapach biednych ludzi) – pomyślał sobie.
N持t nie zauważył jego wejścia, więc wsunął głowę do pokoju. Sala, w której się znaleźli, była duża i dość jasna. Wzdłuż ściany stało zaledwie kilka małych stołków. Na czystej, drewnianej podłodze z grubych desek siedziały dzieci.
Strona 112
Szybko policzył wzrokiem ich głowy. Był zaskoczony ogromną liczbą małych, ogolonych główek. Z tego powodu trudno było odróżnić dziewczynki od chłopców. Wszystkie nosiły takie same fartuszki, uszyte z niebieskiego materiału z białymi tasiemkami. Na stopach miały jedynie sandały.
Zdążył też dostrzec kilka roślin doniczkowych, „pelargonii”, stojących na parapecie w rogu sali.
Dzieci były pozostawione same sobie. Były tak zaskoczone, że postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. W swoim entuzjazmie zostawił kapelusz oraz płaszcz, po czym wkradł się na palcach do pokoju i usiadł na podłodze. Zrobił to zapewne tak naturalnie i z takim nawykiem, że dzieci nie okazały ani trochę strachu czy nieśmiałości.
W tym samym momencie, gdy wszedł, w pokoju nastała cisza, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wtedy zaczął naśladować brzęczenie muchy, a zaraz potem zaczął śpiewać razem z nimi:
Aba u'Inyanyim lifne et ha-panim
She-yi-yu lo kesef me'a ve-arba'im...
Jednak to wyjątkowe badanie zostało przerwane przez głos wychowawczyni, kobiety, która nagle weszła z drugiego, ciemnego pokoju. Była ubrana w czarną spódnicę i biały fartuch.
Natychmiast go rozpoznała.
Strona 113
– Rzeczywiście, to właśnie tego pana mogłam się tutaj spodziewać – wykrzyknęła, wyciągając do niego obie ręce.
On podniósł się z podłogi.
– Co to ma znaczyć?
– Dzieci siedzą same na podłodze... Ogłoszenie, że potrzebny jest stały lekarz do domu dziecka... Czy nie pamięta pani wykładów, których słuchaliśmy w Zurychu? Przecież to jest dokładnie jak „Casa dei Bambini” na ulicy Franciszkańskiej.
Nie zgodziła się z jego słowami, uśmiechnęła się i zaprosiła go do swojego gabinetu.
– Według tego, jak to u nas zorganizowano, wszystko jest dość skromne. Mamy tylko trzy pokoje: przedpokój, salę zabaw i mój gabinet – biuro.
– Ale cóż to za szczęśliwy zbieg okoliczności sprowadził pana tutaj? – Nie mogła się powstrzymać od pytania.
– To nie przypadek, lecz po prostu szukam posady. Jako lekarz – wyjaśnił. – Wypełniłem już swój obowiązek w wojsku i mam doświadczenie z pracy w szpitalu. Poświęciłem się pediatrii.
Wiedziała o wszystkim. Czytała jego książki wydane w księgarni, w której znajdowało się laboratorium, razem z panią Mutermilch, która tłumaczyła bajki.
– Nikt nie potrafi zrozumieć duszy dziecka lepiej niż pan. Nikt nie zna jego języka... Wydaje się, że lata pracy pedagogicznej przygotowały pana do tego...
– Nie mam zupełnie żadnego doświadczenia pedagogicznego. Po prostu wszystkie dzieci tego świata są w moich oczach najpiękniejsze, a szczególnie te dzieci – dzieci z biednych dzielnic. Ale skąd u pani wziął się pomysł, by poświęcić się nauczaniu?
Nie mogła postąpić inaczej. Zaczęła jako nauczycielka. Była wychowawczynią dla swoich uczennic. Po prostu nie mogła znieść widoku głodnych dzieci, tej biedoty, tych inteligentnych małych sprzedawców bawiących się w rynsztoku... Właśnie tak narodziła się jej misja...
Strona 114
– Czyż nie opowiadałam panu, że on sam jest jak wielki dom opieki. Udało mu się wynająć lokum za niewielkie pieniądze, ale czynsz i tak nie jest mały. Gmina daje mu wsparcie. Zmieniałam dwa razy łóżka z powodu jednej plagi, a prześcieradła dostałam od piekarza. Sukienki uszyły mi dziewczęta z pracowni krawieckiej pana G. N. S. z ulicy Gęsiej. Znam ich ojca. Przyznano im na ten cel specjalny budżet od rządu...
– I to wszystko sama pani ogarnia? Z tych skromnych funduszy utrzymuje pani to schronisko dla niemowląt?
– Trochę pomagają mi znajomi. Mam też małą pomocnicę, bardzo młodą – przedstawię ją panu później – ma osiemnaście lat... A teraz pan dołączy do naszego zespołu jako lekarz...
Jej odwaga i naiwność poruszyły jego serce: co warte jest dla trzydziestu niemowląt w tym schronisku te kilka groszy? A jeśli dzieci zachorują, dopadnie ich jaglica – czy wystarczy szklanka mleka i krople do oczu?
– To przecież dopiero początek – powiedziała. – W każdym razie to lepsze niż nic.
W drzwiach biura zapukała Estera. Skierowała w ich stronę parę dużych, bystrych oczu, które patrzyły z zaciekawieniem.
– Pani Adela przyszła – zawołała i natychmiast zniknęła.
Stefania zaśmiała się zmieszana. To był pierwszy raz, kiedy zwrócił na nią uwagę. Śmiech ten rozjaśnił jej twarz i ukazał dwa dołeczki w policzkach, zupełnie jakby u dzieci, które przed chwilą się śmiały. Jej włosy były upięte z tyłu, odsłaniając jasne, szerokie czoło. Jednak cała ta bladość i zmęczenie pod jej oczami świadczyły o skłonnościach kobiety, która oddała całe swoje życie tej misji.
– Czy Adela już jest?
Weszła wystrojona, zawstydzona, w kolorowym, wzorzystym kaftanie, z ufryzowanymi włosami, w sandałach na wysokim obcasie.
– Przyniosłam cukierki dla dzieci – usprawiedliwiała się na progu i stanęła zmieszana na widok młodego doktora.
Strona 115
– Stefania to kuzynka mojego męża – powiedziała, witając go ze spuszczonymi oczami.
Spojrzał na nią z bliska, niemal z dystansem, jakby oboje zbliżyli się do siebie tylko po to, by szeptać i patrzeć na drugi brzeg rzeki. Rozdzielał ich jednak mur, który był wyższy od nich samych...
Zastanawiał się w duchu, jak zdoła uleczyć jej serce i choćby na chwilę przywrócić jej radość życia.
W blasku słońca jej twarz wydawała się blada w porównaniu z pokrytym kurzem białym czołem. Jej jasnoniebieskie oczy wyrażały nieustanny niepokój. Nie zawiodła jego nadziei, choć była daleko od swojej ojczyzny i nie napisała ani jednej książki, której stronice ociekałyby łzami. Nie była też pisarką, choć niejedną swoją myśl zapisała.
Zaczęła odczuwać głęboki smutek z powodu tego życia, które jawiło się jej jako symbol otaczającego ją środowiska. Ta nędza, to codzienne życie...
– Dlaczego ona tu przyszła? Co ją tu sprowadza? – pytał sam siebie, starając się nie urazić jej żadnym grubiańskim słowem.
Nie chciał być niesprawiedliwy w stosunku do niej, mimo że spotkał ją w tym stanie. Choć her obecność nie przynosiła mu ukojenia ani wewnętrznego spokoju... Przygryzł usta i milczał. Nie miał ochoty wyjaśniać jej powodu swojej obecności w tym biurze.
Stefania poczuła się nieswojo.
– Zostawię pana na chwilę samego – powiedziała.
Obydwie kobiety wyszły do dzieci. On został sam. Na jego ustach pojawiły się wspomnienia z czasów młodości w Szwajcarii. Usiadł przy stole i zaczął pisać na kartce papieru, która leżała przed nim. Pojawiły się na niej małe domki z dachami pokrytymi strzechą.
– Przecież wie pan, że nie opuszczę tych dzieci – powiedziała Stefania cichym głosem.
– Myślałem, że pogoda jest ładna i dlatego... Ale poproszę jedną z sąsiadek, żeby przypilnowała niemowląt. A tak przy okazji, ta kobieta, która tu była...
Strona 116
– Zamierzam wyjść za pół godziny, gdy to przedstawienie się skończy... Czekam na tramwaj. Czy skończyłeś już pracę? O tej porze nie ma sensu wybierać się na żadne spacery...
– Aha, rozumiem. Łączysz przyjemne z pożytecznym z tym młodym doktorem.
– W ogóle go nie znam. To pierwszy raz, kiedy widzę go na oczy – skłamała. – Według ogłoszenia szuka pracy.
– Radziłam ci, żebyś się z nim nie kontaktowała. Znam go trochę. Wiadomo, że to człowiek dziwny i niestały w swoich przekonaniach. Zresztą – dodała po chwili namysłu – całkiem możliwe, że pasujecie do siebie.
Stefania poczuła gorycz w jej głosie.
– Ile razy prosiłam cię, żebyś nie przychodziła na ulicę Franciszkańską w powozie – powiedziała. – Przecież możesz odwiedzić mnie w domu, wieczorem.
Wieczorem ulica była cicha i pogrążona we śnie. Stefania, na miłość boską – zwróciła się do niej błagalnym tonem, niemal szeptem – nie jesteś już dzieckiem, ale młodą kobietą. Odpuść sobie te kwiatki, twoje starania nie są doceniane. Adela bardzo chciała wyrwać Stefanię z tego letargu. Adela nie była stąd.
– Czyż nie wiesz, że nie mówię tego złośliwie, ale dlatego, że zależy mi na tuoim dobrym imieniu? Co będzie na końcu? Nie przyjmujesz od nikogo pomocy. Nie widzisz przyszłości. Ten brud, ten hałas! Czy nigdy nie wyjdziesz za mąż? – zagroziła jej, jakby to było jej ostatnie ostrzeżenie.
– Dobrze, nie wyjdę za mąż – odpowiedziała. – Ale teraz już idź stąd.
Chcąc złagodzić szorstkość swoich słów, dodała łagodniejszym głosem:
– Dziękuję ci za cukierki. Odwiedź mnie, Adela, w sobotę.
Gdy Adela wyszła za drzwi i odetchnęła z ulgą, Stefania wróciła do biura. Wokół stołu-biurka tłoczyły się dzieci. Ze wszystkich stron...
Strona 117
Przyglądały się młodemu doktorowi. Jakże wspaniale dodawał do swoich rysunków drzewa, kury i kwiaty!
Poprosiła je, aby wyszły z pokoju.
– Musimy ustalić warunki pracy.
Wymienił kwotę nowego, najwyższego wynagrodzenia. Spojrzała na niego z lękiem. Budżet nie był aż tak wysoki, nie nadążał za wydatkami. Bała się, że on odejdzie, że straci zapał. Z trudem ukrywała swoje poruszenie.
– I cóż, ile mogłabym panu zapłacić? – zapytała z uśmiechem, ze strachem czekając na odpowiedź.
Najważniejsze, żeby starczyło na koszty podróży.
Wyciągnęła z torebki banknot pięciorublowy i podała mu go.
– Rzeczywiście, dziwne są moje obyczaje – pomyślała w duchu – ale jakże miły to człowiek!


Komentarz: Warszawskie zaplecze Rozdziału 11
Ta strona stanowi przepiękne, literackie otwarcie kolejnego etapu opowieści Pauliny Appenszlak i przynosi cenne szczegóły topograficzne przedwojennej Warszawy:
  1. Sezon ogórkowy i powrót do szkół: Autorka z wielkim humorem i realizmem opisuje warszawski wrzesień z przełomu wieków. Koniec letniego zastoju (tzw. „sezonu ogórkowego”) i moment, w którym dzieci przejmują władzę nad miastem, pędząc do szkół i „ciągnąc dorosłych jak nieme istoty”, to wspaniały, socjologiczny obrazek dawnej Warszawy.
  2. Topografia antykwariatów – Świętokrzyska i Nowiniarska: Tekst precyzyjnie wymienia dwie legendarne warszawskie ulice handlu książkami: ulicę Świętokrzyską (słynącą z dziesiątek żydowskich i polskich antykwariatów) oraz ulicę Nowiniarską (mieszczącą się na Muranowie, będącą sercem handlu używanymi podręcznikami i literaturą w dzielnicy północnej). Opis dziecięcego handlu wymiennego, tuszowania plam w starych książkach i „wciskania towaru” to kapitalny detal obyczajowy.
  3. Klamra z Domem Sierot: Choć tytuł rozdziału brzmi „W domu sierot”, strona ta wprowadza nas w ten wątek poprzez opis dzieci starszych, szkolnych, co w kolejnych krokach prawdopodobnie doprowadzi do zderzenia tej dynamicznej rzeczywistości z losem najmłodszych, porzuconych dzieci w żłobkach, którymi Korczak również się opiekował.