Artykuł Janusza Korczaka z grudnia 1926 roku stanowi kamień milowy w historii światowej pedagogiki medialnej. Tekst ten ujawnia genialną intuicję Starego Doktora, który staje w obliczu rewolucji technologicznej z mieszaniną forensicznego niepokoju, ale jednocześnie i głębokiej, wizjonerskiej nadziei.
Korczak zaczyna od kina przedmieścia. Widzi robotników, kobiety z dziećmi na ręku, terminatorów składających sylaby z napisów filmowych. Dostrzega, że nowe media (kino i radio) mają potężną siłę demokratyzacyjną. Nie potrzeba już drogich bibliotek czy elitarnych szkół – „nowy człowiek: masa, tłum, każdy” uzyskuje dostęp do globalnego repozytorium ludzkich doświadczeń. Dla Korczaka technologia to narzędzie emancypacji najuboższych i najbardziej marginalizowanych dzieci.
Jako ścisły i odpowiedzialny badacz, Korczak nie jest ślepym entuzjastą. Po chwili stawia fundamentalne, dramatyczne pytanie: „Rozgrywamy wielką grę: czy staniemy się jako dzicy, czy człowiek – bestja?”. Obawia się, że eter zostanie zalany przez „padalcze pióra” i „bezwstydne obrazy”. Czuje ciężar odpowiedzialności – nadawanie w przestworzu może stać się źródłem moralnego zepsucia i „szkołą grzechu”, jeśli zostanie oddane w ręce komercyjnych manipulatorów.
Najbardziej uderzająca jest propozycja Korczaka dotycząca struktury programu radiowego. Odrzuca on nudną, szkolną metodykę, która potrafi „znudzić bajkę”. Zamiast tego proponuje radykalną interaktywność edukacyjną:
- Majsterkowanie przez radio: „na jutro przygotuj deskę i karton... będziemy robili przybory choinki”.
- Globalna wielojęzyczność: Nauka liczenia do trzech w piętnastu językach (w tym po hebrajsku).
- Reportaż społeczny i autentyzm: Głos oddany dzieciom – dziewczynka ze szpitala opowiadająca, jak potrącił ją tramwaj. W przyszłości zrobi taką bezpośrednią transmisję z kliniki chorób dziecięcych (1935).
Korczak kończy artykuł genialnym, metafizycznym dialogiem z dzieckiem, które pyta: „Jak Bóg słyszy modlitwę?”. Odpowiedź Doktora to czysta poezja połączona z nauką: „A słyszysz, synu, ten miarowy szmer? To bicie serca pana, który ci bajkę z Londynu przesyła”. Radio staje się dla Korczaka namacalnym, empirycznym symbolem tego, że ludzka myśl, dobro i głos mogą pokonać przestrzeń i czas. Jeśli technologia potrafi przenieść bicie serca człowieka z Londynu do pokoju dziecka w Warszawie, to tym bardziej niewidoczne, moralne intencje człowieka są słyszane we wszechświecie.
Gdy w 1926 roku Janusz Korczak sformułował manifest wolnego, interaktywnego radia edukacyjnego, domagał się prawdy, powolności, czasu na namysł i bezwzględnej uczciwości wobec dziecka-słuchacza.
KINO—RADJO—PROGRAM DLA DZIECI (1926)
Janusz Korczak (Radjofon Polski, Nr 51, Str. 431)
Radjo i dziecko. Trudny temat. A duża pokusa. Rozumie się, jako wstęp – przede wszystkiem – kino.
Kino przedmieścia. Robotnicy po bladym dniu pracy, – kobieta z dzieckiem na ręku, – wysokie buciska, chustka na głowie, chłopak z deską pod pachą. Obraz sprzed miesiąca dla wybranych, wcześniej jeszcze – w bogatych stolicach, jutro w miasteczku, w miasteczku, w mieścinie.
Nie rzadki amatorski spektakl i „świeczka zgasła”, – a proste was – wszystko, co dziwem szerokiego świata, jego przeszłości, zbrodni, cierpień, uciech, wzruszeń. Grubas – śmieszliwy kompanjon w piwiarni, a garść uliczników, kino wplotło komiczną postać w akcję najzabawniejszych momentów. Patrz: miljarder płacze; bogacz też cierpi! Widzisz teraz, że złoto szczęścia nie daje? Okręt – murzyn – eskimose – wyprawa na szczyt Everestu – Patrz: tak sprzedawano kobiety – Atila – cyrk Nerona, – tortury. – Bóg daje dziesięcinie przykazań. Tak oto robią samochód. Malec – świetny aktor, – ba Rin-tin-tin, pies tresowany. Strzeż się dziewczyno, zasadzki!
Słyszysz wybuchy śmiechu, marzenia niedorosiąt, widzisz wmdlone w ekran oczy, czujesz, że nowy człowiek – nie wyjątkowy – księgi, a masa, tłum, każdy! Seans się skończył. Nowa fala zalewa krzesła, widowni.
Jast nie tylko kino, ale w przerwach kabaret, śpiew, żart i taniec. Jak oni się cieszą, jak ręce zgrubiałe składają do oklasku. No – i dziecko wrzeszczy. Pędzą je, lekceważą. Poczekaj, nie tu, nie teraz, nie pchać się... Czy będziecie cicho, szczeniaki”?
Moralista tępy, zastraszony – półślepy, przygłuchy, – nie wie, że ono przez szczelinę się wślizgnie, bo musi.
Bał się niewinnej lektury, Pinkertona i Palassów, a na niewymyślnej budzie terminator uczył się czytać, jak z popisów kina – mozolnie składać sylaby. Czerwoniak wydoskonalił w kunszcie. Ot, szkoła grzechu. Tu się nauczysz, ku czemuś. Teraz czas na książkę prawdziwą.
Kino wychowuje, uczy cierpieć wytwornie, jeść, chodzić, całować, ręce podawać. Niepotrzebne napisy: „Nie palić” – pestki nie rzucać” – ale uczy już publikę... wytej, – te, tysiące, gray...
I rozwiał się tuman: chłopak ogląda nieśmiałe wywieszone obrazy. Na pauzie szkolnej rozpyta kolegów: krytykuje, dyskutuje, waha się, wybiera, za nim w kasie w niedzielę połoty półzłotek. Film niedozwolony – już go sam unika. Ani się pośmiać, ani strzelają. Nie lwy i tygrysy, – a meduzy, w ciemnej sali spokojnie, patrzysz jak się całują – gorzej przecież, niż w szkole...
Gutenberg nie książkę stworzył, – książka i tak by istniała. Gutenberg – gazetę. Nowy inny człowiek: który wie co się dzieje w świecie...
...Kino – gawędrka uliczny; krzykliwy z wściekłości. Co z niego wyrośnie? Jaki będzie człowiek nie gazety, a kina, radja, samolotu?
W nabożnem zdumieniu myślisz, jak Stany Zjednoczone z taborów, awanturników, półdzikich obieżyświatów, czarnych, żółtych, czerwonych, – stworzyły społeczeństwo dzielne, zwarte, karne. Dziś łatwiej... bo kino, bo radjo. – Już nie powszechne nauczanie i agitator wyborczy. Tamten kopcący ogarek, ta elektryczność, tam przetarta postronkiem skąpana w krwi, wrotny samochód, tam okiełzano chaty, kurzei, tu stadjon, – Kabaret, jazz-band, wykładowca – woltyżer, prestidigitator pięknego słowa i wiedzy.
Radjo. Szukam słusznego stylu, by mówić o widzu. Wzdycham ciężko; sięgam pamięcią; wywlekam z lamusa zakurzone zdania: „biedna ludzka mowa”. Szukam stylu, jak szuka go radjo... Jutro trzeba zacząć. Jużci, hardzi wiele, ale na Boga, co będzie – co później dopiero z tem będzie?
Biorę słuchawkę, – słyszę tysiąc wywrotów od kity rękopisu. Uchem widzę taktyka mowy.
Kto pół wieku smarował w bibule, wydawał burkliwe dźwięki w powozach z toną, ślężącą, kto, rzucał jeden tylko rozkaz: pół czarnej, średnia z kroplami – ten spłoszy się, nie nadąży, zabłądzi, zadrży, gdy mówić będzie w przestworzu.
Program dla dzieci. Więc bajka i recytacja. Ale... Czyto tylko dzieci słuchają? Nie. Słucha chory, więzień, niewidomy, starzec, robotnica, co czekoladki srebrnym papierem owija. Matka niemowlęcia do ucha sartem przykłada słuchawkę. Więc i jemu trzeba... „mama – tata – baba”. Niech i najmłodsze posłucha.
W gazecie wnuk znajduje sporty i pożary, a babcia patrzy ile lat liczy dzisiejszy nieboszczyk, smrod wśród nekrologów znajomych. Na filmie „Messalina” ono się rozpasze, a ono – wyścigi. Co za konsekwencja...
Bajka? No tak, już jest. Skarżą się, że za szybko i niewyraźnie. I bajka – przecież w szkole i małem pisemku. Tu trzeba inaczej i oczem innem jeszcze. Inaczej i czegoś więcej.
Dziś słucha, bo nowe i dziwne. Ale możemy znudzić, jak je po trochu szkoła znudziła.
Jeśli nawet bajka, to inaczej i inna. Może bardzo powoli – i pauza – dać czas na namysł; – może bardzo łatwo, potem magja szybka i trudno, żeby je rozgniewać, zbudzić poczucie niemocy. Mały, leszcz – słuchaj – nie wszystko zrozumiesz. Bo mówię do wielu, nie tylko do ciebie, mały zarozumiały gawronie.
Trzeba dziecku prawdy. Niech nie wie z góry, co będzie. Radjo, rozleniwi, lub targnie do wysiłku. Albo co łatwe, albo to najtrudniejsze, ale nie warto. Słucha, czeka, wie, że otrzyma rękopis.
– Mieliśmy, proszę, nie licznych proroków, dziś tysiące poetów. Orkiestra pieściła uszy najmożniejszych, dziś w szynku na Walicowie gra w takt kieliszków. Improwizacja – dziś dar i przywilej, będzie zwykłą robin, przemową. Zacznij najprościej od gawęd.
Dziecko chce wiedzieć, rozumieć. Wiadomość – z rubryki „ze świata”. Z pism dla dorosłych. Czyż nie widzicie, jak potrzebne dziecięcinie, poważne gazety, poważnie dzieci?
Dziecko lubi majstrować. Więc mówisz przez radjo: na jutro przygotuj deskę i karton – klej, gwoździe – będziemy robili przybory choinki.
Weź ołówek: zapisz jak będzie po francusku, angielsku, japońsku, hebrajsku, turecku, chińsku i murzyńsku: jeden, dwa, trzy, będziesz umiał liczyć do trzech w piętnastu językach...
A wiesz, jak wkładali buty, żeby się sznurowadła nie darły”?
Radjo utrzymało wiadomość, że niechętnie się myjesz. To źle. Widzę, że masz brudne uszy przy słuchawce...
„Stasia i Paryża przysyła Kaziowi pozdrowienie”.
Teraz dofotkarz Walenty opowie o koniach; kolega, jak ściągał klasówkę; wypisana ze szpitala dziewczynka powie jak ją tramwaj przejechał...
Na zakończenie żarcik. Do jutra.
Rozgrywamy wielką grę: czy staniemy się jako dzicy, czy człowiek – bestja? Są padalcze pióra, bezwstydne obrazy, czy przybędzie jezór plugawy? Stare komunały, zepsucie w powietrzu – atmosfera przesycona miazmatami zepsucia. Każdy krok splamił ciężar ziemi...
Radjo zmieni ciężar gatunkowy człowieka.
Pyta się dziecko:
– „Jak Bóg słyszy modlitwę”?
– „A słyszysz, synu, ten miarowy szmer? To bicie serca pana, który ci bajkę z Londynu przesyła. Teraz wierzysz, że bóg słyszy myśl dobrą i złą”?
– „Jak Bóg słyszy modlitwę”?
– „A słyszysz, synu, ten miarowy szmer? To bicie serca pana, który ci bajkę z Londynu przesyła. Teraz wierzysz, że bóg słyszy myśl dobrą i złą”?
Naiwny symbol:
Krzyż – kotwica – serce...
Jedno wyczuwam bez wahania: improwizować dla dzieci!
Krzyż – kotwica – serce...
Jedno wyczuwam bez wahania: improwizować dla dzieci!
Ale obok postawić surowych sędziów, dać usterkę w ręce. Jeśli zechce nadużyć – kuls w łeb i po krzyku. Tu się wolno nie manić; rozgrywa się ważną stawkę: człowiek – dziecko – wrażliwy, ufny i szczery, czy homo lupus – są szczere...
Janusz Korczak
