Trzy byłe wychowanki Naszego Domu* tak napisały w swoich wspomnieniach:
Nie będzie chyba przesady w wypowiedzi naszej, że prawdziwym świętem dla nas dzieci był czwartek, dzień przyjazdu dra Korczaka. Pamiętamy nasze biegi do przystanku tramwajowego, skąd szedł do nas pan Doktor, obwieszony dziećmi, każdy chciał go dotknąć, być blisko.
Jazda tramwajem była dla Doktora chwilą przejścia od ciasnoty i trosk żydowskiej biedoty na Woli ku nowoczesnej, bielańskiej idylli. Korczak zostawał zazwyczaj na Bielanach na noc z czwartku na piątek. Wspomnienia mojej cioci Irki i wychowanek pokrywają się dokładnie. Dla Korczaka ten bielański wieczór i noc były swoistym wytchnieniem. Po radosnym, głośnym powitaniu na przystanku przy Alei Zjednoczenia, wieczorem Doktor wyciszał się wraz z domem. Chodził po cichu między sypialniami, puszczał dzieciom muzykę z patefonu, asystował przy wieczornej toalecie. W „Naszym Domu” – choć twardą ręką rządzonym przez Falską – Korczak mógł przez te kilkanaście godzin być po prostu „Starym Doktorem”, wolnym od codziennego, potwornego trudu finansowego, z jakim mierzył się na Krochmalnej.
W piątkowe popołudnie doktor wsiadał do tramwaju powrotnego. Śpieszył się, bo na Krochmalnej wielkimi krokami zbliżał się wieczór piątkowy – początek Szabatu. Dla tamtejszych żydowskich dzieci, wychowanych w tradycji, był to moment szczególny, wymagający uroczystej i głębokiej oprawy. Czytanie cotygodniowej gazetki było w Domu Sierot rytuałem, Piątkowy wieczór na Krochmalnej to był czas podsumowań. To wtedy Korczak czytał dzieciom listy, omawiał z nimi wyroki Sądu Koleżeńskiego z całego tygodnia, rozmawiał o bólach i radościach.
Sobotnie publiczne czytanie gazetki Domu Sierot (nazywanej oficjalnie Tygodnikiem Domu Sierot) odbywało się zawsze w sobotnie poranki. Wtedy w Sali rekreacyjnej zbierali się wszyscy wychowankowie, Korczak, Stefania Wilczyńska oraz wychowawcy. Obecność była obowiązkowa, ponieważ gazetka stanowiła główne narzędzie komunikacji w tej „dziecięcej republice”. Był to jeden z najważniejszych i najbardziej uroczystych momentów w tygodniowym życiu Domu Sierot. Teksty i kronikę tygodnia czytało wyznaczone dziecko (redaktor) lub sam Janusz Korczak. Gazetka składała się z listów, ogłoszeń, relacji z wydarzeń, a także skarg i podziękowań składanych przez dzieci do specjalnej skrzynki listowej. Czytanie gazetki było bezpośrednio sprzężone z działaniem Sądu Koleżeńskiego. To w niej ogłaszano wyroki sądu, przeprosiny oraz przyznawane dzieciom punkty czy wyróżnienia. Dla Korczaka to sobotnie spotkanie miało głęboki sens pedagogiczny. Jak sam pisał w 1920 roku w Jak kochac dziecko, Dom Sierot:
„Instytucja wychowawcza bez gazety wydaje mi się bezładnem i beznadziejnem dreptaniem i zrzędzeniem personelu, kręceniem się w kółko bez kierunku i kontroli dla dzieci, czemś dorywczem i przypadkowem, bez tradycji, bez wspomnień, bez linji rozwojowej na przyszłość. Gazeta jest mocnem ogniwem, spaja tydzień z tygodniem i wiąże dzieci, personel i służbę w jedną nierozdzielną całość”.
Warto pamiętać, że podział ten był płynny – w przypadku nagłej choroby dziecka w którymś z domów lub kryzysu wychowawczego, Doktor wsiadał do tramwaju linii 15 i natychmiast ruszał na pomoc, niezależnie od dnia tygodnia i godziny.
| Sobotnie publiczne czytanie gazetki Domu Sierot (nazywanej oficjalnie Tygodnikiem Domu Sierot) odbywało się zawsze w sobotnie poranki. Tygodnik był pisany na maszynie w dwóch egzemplarzach. |
W artykule, liście otwartym opublikowanym w Naszym Przeglądzie w marcu 1927 roku Korczak pisze jak drogocenny jest mu czas:
Myślicie, że koniec? Nie. Brak czasu. Tu jestem niezłomny. Nieufny, czujny, przezorny, przebiegły i skąpy. Czas – to pieniądz. Gdybym był ministrem finansów, plunąłbym na majątki, dochody i obroty. Jabym opodatkował czas. Coby to były za kolosalne sumy. Czas – to pieniądz. Tego zapału sobie nie dam.
* Krystyna Bogdanowicz, Henryka i Barbara Staniszewskie. Wychowanki 1929–1942 r.



