Tuesday, September 1, 2026

Stacja Treblinka zostaje od dnia 1 września 1942r. aż do odwołania zamknięta dla publicznego ruchu pasażerskiego.


Dyrekcja Generalna Kolei Wschodniej (Generaldirektion der Ostbahn)

Kraków, dnia 27 sierpnia 1942 r.
Zarządzenie rozkładowe nr 245 (Fahrplananordnung Nr 245)
W celu umożliwienia sprawnej odprawy specjalnych pociągów z przesiedleńcami (Umsiedlersonderzüge), stacja Treblinka zostaje od dnia 1 września 1942 r. aż do odwołania zamknięta dla publicznego ruchu pasażerskiego.
Od tego momentu pociągi pasażerskie P 1570, 1573, 1574 i 1577 będą przejeżdżać przez stację Treblinka bez zatrzymywania się. Dla pociągów P 1570, 1574 i 1577 dotychczasowe godziny odjazdów stają się godzinami przejazdu.
Ten niemiecki dokument kolejowy z 27 sierpnia 1942 roku został wydany w samym środku Wielkiej Akcji likwidacyjnej w warszawskim getcie. Pod kryptonimem „pociągów specjalnych z przesiedleńcami” (Umsiedlersonderzüge) kryły się transporty wiozące setki tysięcy ludzi — w tym Janusza Korczaka, Stefanię Wilczyńską i dzieci z Krochmalnej i moich dziadków — na natychmiastową śmierć w komorach gazowych.
Decyzja władz okupacyjnych o całkowitym zamknięciu stacji Treblinka dla publicznego ruchu pasażerskiego i nakaz bezwzględnego przejeżdżania innych pociągów bez zatrzymywania się wynikały z dwóch przyczyn. Po pierwsze, Niemcy chcieli odciąć przypadkowych świadków od makabrycznego widoku i krzyków uwięzionych w wagonach ludzi. Po drugie, chodziło o brutalne ukrócenie handlu wodą, za którą część miejscowej ludności żądała od umierających z pragnienia Żydów zapłaty w złocie, kosztownościach i obcych walutach. Ta kolejowa instrukcja to chłodny zapis izolacji miejsca masowej zagłady.
Pociągi śmierci miały absolutny priorytet, nawet przed transportami wojskowymi jadącymi na front wschodni. Standardowy skład pociągu z Warszawy to 60 wagonów towarowych. W każdym wagonie upychano od 80 do 150 osób. Warunki były tak dramatyczne, że wiele osób umierało jeszcze przed dotarciem do Treblinki.

The Doctor's Bald Head in the German Crosshairs: The Tragic Shorthand of 1939–1942.

Gun sight of a German Messerschmitt 109.

Janusz Korczak in the front yard of 92 Krochmalna. My father, Pan Misza, stands first on the left.

Janusz Korczak´s Bald Head in the German Crosshairs: The Tragic Shorthand of 1939–1942.
From a wartime joke on Krochmalna Street to the final seconds before Treblinka.
In official history, Janusz Korczak remains a monumental figure. Yet few are able to detect the hidden, tragic seismograph of his own body that returned with staggering repetition in his final moments: his own bald head. Linking two independent testimonies from the beginning and the end of his wartime ordeal unlocks a shattering psychological klamra (brace).
September 1939: The Bald Head as a Soothing Joke
The first trace is found in the memoirs of Szmul Gogol—the very boy from the Orphans' Home who would later play the harmonica in the camp orchestra at Auschwitz. Gogol captured the terror of the first Luftwaffe air raids over the Wola district and Dom Sierot at 92 Krochmalna:
"We survived two weeks of heavy bombardment. One day I will never forget. We were sitting in the dining room when suddenly bombs started falling. Korczak went out into the yard. Not two minutes passed and Korczak stood in the room[...] He said with his characteristic calmness: 'You can keep eating. Nothing happened. I won't go out without a hat anymore, because they already saw my bald head from the planes.'"
In that fraction of a second, under the 1939 bombs, Korczak uses his physical traits as a shield to protect the children's minds from a paralyzing panic. He reduces a mortal threat from the sky to pure absurdity: the German pilots are not targeting the building—they simply spotted the glistening head of the Old Doctor. The children could keep eating. Terror was disarmed by humor.
August 4, 1942: The Bald Head as the Ultimate Target
That very same bald head returns less than three years later, on August 4, 1942. The Great Deportation of the Warsaw Ghetto is underway. Outside the window of the Orphans' Home on Sienna Street stands a German sentry with a rifle. Korczak writes his final, legendary words in his Diary, mere hours before boarding the death train:
"I am watering the flowers. My bald head in the window—such a good target. He has a rifle. Why does he stand and look so calmly? There is no order. And maybe in civilian life he was a village teacher, maybe a notary, a street sweeper in Leipzig, a waiter in Cologne? What would he do if I nodded my head? Greeted him friendly with my hand? Maybe he doesn't even know that things are the way they are? Maybe he only arrived yesterday, from far away..."
What a devastating and profound psychological evolution takes place between these two accounts. In 1939, his bald head was part of a theater for the children—meant to make them laugh and secure their peace. In August 1942, there is no one left to tell jokes to. The Doctor stands face-to-face with the enemy. His bald head in the window becomes "such a good target" for a German rifle.
Yet even in this final second, looking at a barrel aimed directly at his head, Korczak does not surrender as a humanist. He refuses to see a monster in the soldier; instead, he tries to see the former waiter from Cologne or a teacher. He wonders what would happen if he offered a friendly greeting to the man who would soon send him to his execution.
These two images fuse into a powerful whole. They prove that for Janusz Korczak, his own body and his own life were merely instruments to fulfill his mission. Dispelling the children's fear in 1939 and watering flowers in the crosshairs in 1942, the Old Doctor proved once again what my father, Pan Misza, so profoundly noted at the very end: until his last breath, he never became a "program of resignation." He sought to turn an enemy into a friend, and used his own vulnerability as an enduring manifesto of human dignity.

Monday, August 31, 2026

Janusz Korczak w pamiętnych dniach września 1939 r., gdy bomby z niemieckich samolotów spadały na oblężoną Warszawę.

Janusz Korczak w pamiętnych dniach września 1939 r., gdy bomby z niemieckich samolotów spadały na oblężoną Warszawę.

Bomby z niemieckich samolotów spadają na Dom Sierot na Krochmalnej – Tragiczna ewakuacja „Naszego Domu” na ulicę Wolność – Powrót głosu Starego Doktora na antenę radiową – Korczak publikuje w Naszym Przeglądzie.

W pamiętnych dniach września 1939 roku, gdy niemieckie bomby niszczyły oblężoną Warszawę, stolica stała się symbolem heroicznego oporu. Mieszkańcy i żołnierze walczyli w niezwykle trudnych warunkach, niosąc pomoc rannym i gasząc pożary pod ciągłym ostrzałem wroga. Niemieckie samoloty codziennie zrzucały bomby na szpitale, domy mieszkalne i zabytki. Uszkodzone wodociągi zmusiły ludzi do czerpania wody z nielicznych studni. Cywile budowali prowizoryczne barykady i pomagali w obronie cywilnej.
Korczak, będący majorem rezerwy kadry medycznej, nałożył polski mundur wojskowy i nosił go z dumą przez cały wrzesień (oraz później, aż do aresztowania przez okupanta w 1940 roku). Choć przyjaciele namawiali go do zdjęcia munduru ze względu na ogromne ryzyko, stanowczo odmawiał, traktując to jako wyraz lojalności wobec państwa i obowiązek oficera. Wykorzystując swój autorytet i rozpoznawalny głos „Starego Doktora”, występował na antenie Polskiego Radia, apelując do mieszkańców o zachowanie spokoju, tłumaczył dzieciom rzeczywistość wojny w sposób, który nie wywoływał paniki, a rodzicom dawał wskazówki, jak chronić psychikę najmłodszych przed wojenną traumą. Korczak był aktywny we wszystkich środkach przekazu. 4 września 1939 roku — w czwartym dniu wojny — opublikował obszerny i poruszający tekst zatytułowany „List do Redakcji” na 11. stronie dziennika „Nasz Przegląd” (którego ostatni numer ukazał się 20 września), w którym uczył wojennej pedagogiki, nakazując zabezpieczenie zapasów książek i zabawek obok żywności, oraz prosząc o zachowanie pogody ducha zamiast ponurych min.
Niemieckie bombowce nurkujące Junkers Ju-87 (Stuka) w szyku.
4 września 1939 roku — w czwartym dniu wojny — Janusz Korczak opublikował obszerny i poruszający tekst zatytułowany „List do Redakcji” na 11. stronie dziennika „Nasz Przegląd”.
Fela Moszel, wychowanka Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku wychowawczyni-bursistka, wspomina Korczaka i wrzesień 1939 roku. Tutaj stojąca, druga od lewej na koloniach letnich. Wychowawca w środku to Kutulczuk.
Organizacja ratunku i zaopatrzenia dla sierot w Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92
Jako dyrektor Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92, Korczak musiał mierzyć się z permanentnym brakiem żywności, wody i leków. Sam budynek posiadał poważną wadę konstrukcyjną w realiach wojny totalnej — nie miał głębokich, betonowych piwnic, a jedynie użytkowe sutereny z dość dużymi oknami. To tam, w tych częściowo podziemnych salach, Stefania Wilczyńska (która wróciła z Palestyny w maju) wraz z personelem zorganizowała schron przeciwlotniczy i oficjalny punkt opatrunkowy. Jak we wspomnieniach pisał naoczny świadek, Fela Moszel. Fela, która była wychowanką Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku pełniła rolę wychowawczyni-bursistki, wspomina Korczaka i wrzesień 1939 roku:
Wspomnienia Feli Moszel, która była wychowanką Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku pełniła rolę wychowawczyni-bursistki.
Wspomnienia Feli Moszel, która była wychowanką Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku pełniła rolę wychowawczyni-bursistki.
Wspomnienia Feli Moszel, która była wychowanką Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku pełniła rolę wychowawczyni-bursistki.

Okazało się, że jeden chłopak, wracając skądś, zauważył leżące na jezdni trzy metalowe cylindry. Nie wiedząc, co to było, ale podejrzewając, że to coś cennego, on pędem pobiegł do „Domu” i opowiedział P. Doktorowi. Poszli i znaleźli te cylindry napełnione tlenem. „A to cenna rzecz.” – orzekł P. Doktór – „Uratuje dużo chorych w szpitalu”.
P. Zalewski zdobył taczkę i myśmy nakryli te cylindry tak, że wyglądały jakbyśmy chore dziecko do szpitala prowadzili. Dwóch chłopców pchało taczkę naprzemian wzdłuż ulicy Towarowej, w stronę Złotej. Ja chodziłam po jednej stronie taczki, a P. Doktór w swym mundurze Polskim, po drugiej.
P. Doktór dowcipkował i podkpiwał trochę, chyba chcąc dodać nam otuchy, a my chociaż śmiało chodziliśmy, to strach nas obejmował. Na szczęście, obeszło się bez przygód. Nie dostrzeżeni przez nikogo, wyładowaliśmy nasz ciężar na bruk podwórka szpitalnego, i z pustą taczką powróciliśmy do „Domu”.
Ja aż do tego wydarzenia nosiłam się z ukrytym żalem do P. Doktora. Zdawało mi się, że on jest jakoś chłodny do mnie od przygody z chlebem. Ale ostatnie wydarzenie całkowicie przekreśliło wszelkie wątpliwości. Nagle w sercu mym pojawiła się niezmierna ufność i wielkie uwielbienie dla P. Doktora. Wtedy, kiedy narażał swe życie dla dzieci, to było zrozumiałe — był dla nich ojcem. Ale pomyśleć o rannych i chorych w szpitalu i bez chwili namysłu pójść na takie nebezpieczeństwo to już sięga szczytów niezwykłej odwagi, prawdziwej humanitarności; to coś wyższego i jednostkowego.
„Ranni i bezdomni przychodzili z ulicy. Pani Stefa i Doktor udzielali pierwszej pomocy, uspokajali i radzili. W te pierwsze dni wojny każde dziecko pełniło jakąś funkcję. Chłopcy przynosili skądś wodę wiadrami. Kanalizacja była nieczynna lub uszkodzona, woda była na wagę złota; każdy otrzymywał wydzielony mały kubeczek wody i ta ilość musiała wystarczyć na umycie zębów i rąk. Dziewczęta roznosiły wiadra z suchym piaskiem do ochrony przed pożarem.”
W tym samym czasie Korczak wraz ze starszymi wychowankami i wychowawcami dyżurował dzień i noc na wysokim dachu Domu Sierot, gołymi rękami i piaskiem gasić spadające niemieckie bomby zapalające. To właśnie podczas tych morderczych dyżurów zginął tragicznie Józef Sztokman — wieloletni wychowanek, bursista i oddany pomocnik Doktora. W tych pierwszych dniach września toczyły się dramatyczne narady: czy pozostać i trwać na posterunku, czy oddać dzieci rodzinom. 
Stella Eliasbergowa w swoich wspomnieniach „Dni zagłady” uratowała twardą deklarację Korczaka: 
„O ile do soboty nie dostanę wezwania do wojska, biorę Dom Sierot na swoją odpowiedzialność i trwamy”.  
To właśnie w tym dramatycznym okresie Stary Doktor, prawdopodobnie po 7 września, wysłał mojego Ojca, Pana Miszę, na wschód od Wisły, do formujących się tam punktów mobilizacyjnych Wojska Polskiego. Ta decyzja rozdzieliła ich drogi w wojennym koszmarze na dwa lata.
Głód w Warszawie narastał z godziny na godzinę. Wstrząsający, niezwykle intymny obraz tamtych dni zachował się we wspomnieniach Idy Halperin-Merżan (1907–1987). Ida została ranna w głowę podczas nalotu, po czym przyszła szukać ratunku na Krochmalną, gdy rana zaczęła potwornie ropieć. Doktor i Pani Stefa natychmiast położyli ranną dziewczynę w pokoju bursistów i usiedli przy jej łóżku kompletnie „bezczynnie” — co z racji ich tytanicznego rytmu pracy było zjawiskiem wręcz szokującym. Myśląc, że ranna Ida jest nieprzytomna, te dwa filary Domu Sierot zaczęli szeptem dzielić się paraliżującymi problemami placówki:
„Pani Stefa powiedziała Doktorowi, że mają tylko dwa worki kartofli. Zrozumiałam, że nie mają czym karmić dzieci.”
Wracając do września 1939 roku. W tzw. Odezwie nr 3 (a 1940 r.) Korczak podaje najświeższe informacje o sytuacji w Domu Sierot, notując:
„Trudne, rozumne, bogate i piękne płyną tygodnie: Kiedy pocisk uderzył w Dom Sierot, dzieci bez popłochu przeszły trzy piętra z sypialni do schronu…”
Jedno z najbardziej poruszających wspomnień pierwszych niemieckich nalotów na Warszawę we wrześniu 1939 roku to wspomnienie Szmula Gogola (tego, który w Auschwitz grał na harmonijce w orkiestrze obozowej). Opisał m.in. sytuację, gdy podczas jedzenia posiłku w jadalni na Krochmalnej 92, nagle zaczął się ciężki ostrzał. Przerażone dzieci zamarły, a Korczak wyszedł na chwilę na podwórko. Gdy wrócił, powiedział do nich z całkowitym, kojącym spokojem:
W godzinach spokoju spaliśmy w sypialni, gdy było silne bombardowanie- w pokoju kąpielowym. Posiłki otrzymywaliśmy regularnie, ale nie uczęszczaliśmy do szkoły[…] Przeżyliśmy dwa tygodnie ciężkiego bombardowania. Jednego nigdy nie zapomnę. Siedzieliśmy w jadalni, nagle zaczynają spadać bomby. Korczak wyszedł na podwórko.
Nie minęły dwie minuty i Korczak stanął w Sali[…] Powiedział z właściwym sobie spokojem: „Możecie jeść dalej. Nic się nie stało. Nie wyjdę więcej bez czapki, bo już z samolotów widzieli moja łysinę”


To wspomnienie idealnie obrazuje, jak Korczak ryzykował własnym życiem i używał humoru oraz stoickiego spokoju, by chronić psychikę dzieci przed wojennym terrorem. Opis: „W godzinach spokoju spaliśmy w sypialni, gdy było silne bombardowanie — w pokoju kąpielowym.” — Sypialnie dzieci, 200 łóżek, były na drugim, najwyższym piętrze, a umywalnie w suterenie. Piwnic ani schronów nie bylo w Domu Sierot.
Organizacja ratunku i zaopatrzenia dla sierot z „Naszego Domu” na Bielanach
Wychowawczynie z „Naszego Domu”, który z powodu ciężkich bombardowań został pospiesznie ewakuowany z Bielan na ulicę Wolność 14 na Woli, również zwróciły się do niego z prośbą o pomoc. Wybór Woli jako bezpiecznego schronienia okazał się fatalny, gdyż stała się ona jedną z najbardziej niszczonych i bombardowanych dzielnic Warszawy. Wychowawczyni z Naszego Domu, Pani Wira-Irena Wiewiórska, opisała jak maszerowała ramię w ramię z dr. Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów przez płonące, całkowicie opustoszałe miasto pod ciężkim ostrzałem artyleryjskim, by błagać władze wojskowe o żywność dla podopiecznych. Dzięki odwadze Doktora cel został osiągnięty.
Wychowawczyni z Naszego Domu na Bielanach, Pani Wira-Irena Wiewiórska, opisuje jak podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 roku szukała wraz z Korczakiem pomocy u polskich władz wojskowych na dalekim Mokotowie:
„Jednym z najcięższych moich przeżyć z wojny 1939 roku jest marsz z dr. Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów, do władz wojskowych, w celu zdobycia żywności dla ewakuowanych wychowanków Naszego Domu. Był to koszmarny marsz przez płonące miasto, pośród ognia i wojny, gdy wokół nas nieustannie rozrywały się bomby i pociski artyleryjskie. Groza, strach i determinacja towarzyszyły naszemu marszowi przez całkowicie opustoszałe ulice. Doktor zachowywał spokój; szedł naprzód mężnie — a ta odwaga w jakiś sposób udzieliła się i mnie — dzięki czemu zdołaliśmy dotrzeć do celu i otrzymać środki na przetrwanie najgorszych dni 1939 roku.”
Wychowanka Helena Wróbel wspomina głód i jedną z wychowawczyń Naszego Domu, panią Oleńkę Staszewską:
„Głód był straszny. Pani Oleńka przydzielała nam po śledziu z puszki i dwa irysy.”
Inna wychowanka, Maria Żurawska, wspomina, jak to pani Oleńka udała się do Domu Sierot na Krochmalnej 92 (również znajdującego się na Woli) z prośbą o pomoc. Wspominała później:
„Pewnego dnia zjawił się u nas doktor Korczak. Sylwetka jego mocno pochylona ku ziemi; niósł duży worek z chlebem.” 
Po kapitulacji Warszawy pod koniec września, dzieci wróciły pieszo z ulicy Wolność z powrotem na Bielany. Niemcy uznali nazwę ulicy „Wolność” za prowokującą, tak że w okresie okupacji zmienili ją na Uhrmacherstraße (Zegarmistrzowską).

Janusz Korczak w Służbie Informacyjnej i Pogotowiu Raportowym Polskiego Radia
Redaktor gazety „Antena”, Adrian Czermiński, jeden z dziennikarzy uczestniczących w owym czasie w Służbie Informacyjnej i Pogotowiu Raportowym Polskiego Radia, wspominał Korczaka po latach (na łamach dziennika „Życie Warszawy”) dokładnie takim, jakim zapamiętał go z tamtych dni:
„Zadaniem naszym było nieść pomoc ludności, zapewnić opiekę medyczną, znaleźć schronienie dla tych, którzy stracili domy, lokalizować zaginionych i informować mieszkańców o ich potrzebach za pośrednictwem Radia i prasy. Byliśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi władzami oblężonego miasta; ponadto mieliśmy własnych informatorów, którzy przychodzili na ulicę Mazowiecką bez względu na czyhające niebezpieczeństwo. Jednym z nich był Janusz Korczak. Głos Korczaka, milczący od kilku lat, powrócił na antenę w tragicznych dniach oblężenia.
Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pomieszczeń, w których nie było szyb w oknach, natychmiast rozjaśniał wszystko swoim humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro — nie! lepszy wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe, i lepszy poranek, gdy przychodził w nocy. Lekceważąc wybuchające pociski i świszczące kule, pojawiał się kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli gotowi nieść ją innym. (...) Kiedy próbowaliśmy go zatrzymać, słysząc nasilający się ogień artyleryjski, wyrywał się:
— „Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu” — i znikał szybko za drzwiami.
Słychać było jedynie odgłos oddalających się kroków pośród grzechotu rozpryskujących się odłamków i dźwięku tłuczonych szyb. Wiedzieliśmy, że Stary Doktor spieszy do swych dzieci i podopiecznych, że idzie nieść pomoc cierpiącym i nieszczęśliwym, wlać otuchę w serca tych, co już upadli na duchu.”

A na koniec, jak tak głęboko zauważył mój Ojciec, Pan Misza na końcu swoich własnych wspomnień: 

„A jednak życie pokazało samo, że Korczak nie był programem rezygnacji”. 

Podczas ciężkiego bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku podjęto decyzję o ewakuacji Naszego Domu na ulicę Wolność 14, gdzie miało być bezpieczniej. W budynku tym wcześniej mieścił się dom noclegowy dla bezdomnych chłopców prowadzony przez Towarzystwo Ognisk dla Młodzieży. Wybór dzielnicy Wola jako bezpiecznego azylu okazał się fatalny, gdyż Wola stała się jedną z najbardziej bombardowanych dzielnic Warszawy. Dzieci z Naszego Domu opisywały te koszmarne dni bombardowania spędzone w piwnicy i to, jak jedzenie pospiesznie zabrane z Bielan szybko się skończyło. Po kapitulacji Warszawy pod koniec września 1939 roku, dzieci z Naszego Domu wróciły pieszo z ulicy Wolność 14 z powrotem na Bielany, gdzie działał jeszcze polski szpital wojskowy. Niemcy uznali nazwę ulicy „Wolność” za prowokującą, tak że w okresie niemieckiej okupacji ulicę przemianowano na Uhrmacherstraße - Zegarmistrzowską (Watchmaker Street). Fotografia z 1935 roku. Koloryzowanie współczesne.