Thursday, June 25, 2026

Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział dwudziesty siódmy (STRONY 291–308): Pożegnanie ponad ziemią i kolebką



Rozdział dwudziesty siódmy

Pożegnanie ponad ziemią i kolebką
Godzina była późna.
Przez całą noc do uszu dochodziły pojedyncze strzały z sąsiednich ulic. Przez całą noc promień reflektora z wieży strażniczej przecinał niebo, opadał na ziemię, a Niemcy szukali celu.
Doktor, mimo zmęczenia, nie mógł zasnąć.
Do tej pory powtarzał i mówił z fatalistyczną wiarą:
– Zniesiemy to, wycierpimy i przetrwamy... Tak wiele wojen przeszło już nad moją głową za mojego życia.
Jednak dzisiaj ta wiara całkowicie wygasła.
Wsłuchiwał się w nocne odgłosy dzieci: niektóre z nich budziły się ze snu z krzykiem.
Był do tego przyzwyczajony.
Miał zamiar wyjść ze schroniska niezauważony, w całkowitej tajemnicy. Nikomu nie powie, dokąd idzie, aby nikt nie martwił się, jeśli nie wróci o wyznaczonym czasie, i aby nie zadawać im bólu z powodu kolejnej nieudanej próby pomocy.
Spiął spodnie agrafką, bo nie miał już nic innego, co mogło zastąpić wyrwany i zgubiony guzik. Nieogolony, przepłukał gardło zimną wodą i zszedł po schodach jak uciekinier.
W brzasku poranka ruch przy bramach getta był największy, ponieważ wtedy właśnie robotnicy wychodzili do swoich prac.
Zsunął daszek czapki na oczy i wcisnął się między szeregi robotników. Gdy znajdował się wewnątrz tego ludzkiego tłumu, po przejściu przez drugą bramę, skręcił w boczny zaułek, aby nikt nie zauważył uciekiniera. Ukrył pod połami płaszcza swoją opaskę z gwiazdą i wszedł na polską stronę.
Teraz był już Januszem Korczakiem, posiadającym świadectwo chrztu i dokumenty tożsamości zwykłego obywatela.
Wszedł do tramwaju. Przedział dla Żydów był pusty. Usiadł, zakrywając twarz kołnierzem płaszcza.
Jechał w kierunku przedmieścia położonego za linią kolejową. Na rogu ulicy Solnej czuł się o wiele bezpieczniej niż w tej zrujnowanej i spalonej części miasta, nad którą unosił się zapach spalenizny. Z muru getta zwieszała się wielka flaga, przyciągająca wzrok swoimi krzykliwymi kolorami. Pomimo woli poczuł ucisk w sercu.
Wydawało mu się, że jego nogi ugięły się pod nim...
Afisz na murze był namalowany czerwoną i czarną farbą, jakby wylano na niego krew i żółć. Wielki napis na górze głosił:
„Żydowskie dziecko potrzebuje mniej – chleba i więcej pracy”.
Poniżej tego napisu widać było rysunek przedstawiający grupę dzieci: w otoczeniu dwóch żołnierzy, dzieci płakały...
Co oznacza ten afisz, który rozwieszono w dzielnicy robotniczej, tej biedniejszej części miasta? Czy to głód zmusił Niemców do szukania usprawiedliwienia dla swoich zbrodni? A może v ich mniemaniu należy oswoić mieszkańców z myślą o eksterminacji Żydów, skoro powszechnie wiadomo, że postępują oni zgodnie z wymaganiami aktualnej sytuacji wojennej?
Poczuł nagłe ukłucie bólu v klatce piersiowej.
– Nic nie jadłem... – pomyślał. – Zaraz minie.
Słaniając się na nogach, opierając się raz po raz o mur, dotarł do ulicy „Dwunastego grudnia”. Stanął przed drzwiami domu. Afisz wisiał v tym samym miejscu co dawniej, a jego krzykliwe kolory i zaokrąglenia liter sprawiały wrażenie, jakby krzyczały v jego stronę.
Ta skromna próba przyniosła ulgę. Poczuł przypływ sił, gdy zobaczył gmach teatru. Poczuł się podbudowany na duchu i wspomnienia z dawnych lat splotły się w jego umyśle z tym budynkiem. Przez ostatnie lata to właśnie tutaj znajdowało się schronienie jego przyjaciela, Jaracza – jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Jaracz założył teatr w dzielnicy robotniczej, v gmachu należącym do związków zawodowych. Teatr ten stał się najważniejszą sceną v stolicy, słynącą z ambitnego repertuaru i wspaniałych kreacji aktorskich. Przed południem, w godzinach prób, przesiadywali tam razem v wielkiej sali widowiskowej. Przy małym stoliku, obok sceny, prowadzili długie dyskusje.
Doktor przedstawił w tym teatrze, przed wybuchem wojny, sztukę, którą napisał. Choć wiedział z góry, że sztuka ta nie utrzyma się długo na afiszu, to jednak postać głównego bohatera była pełna humoru i wdzięku. Ze sceny padło wówczas wiele mądrych i głębokich słów, których publiczność nie była v stanie w pełni pojąć.
To właśnie Jaracz wyszedł mu na spotkanie. Spoglądał teraz na ulicę i odrywał niemiecki afisz z muru.
– Jaracz! – Głos utknął mu w gardle. Podszedł bliżej i chciał uścisnąć dłoń przyjaciela, zapytać o wejście na podwórko, sprawdzić, gdzie znajduje się jego przyjaciel.
Wielki budynek teatru Ateneum został przejęty przez Niemców już w pierwszym dniu ich wkroczenia do miasta. Gmach ten zamieniono w teatr dla niemieckich żołnierzy, a jego wnętrza zostały całkowicie przebudowane.
Wyszedł na plac przed budynkiem. Nad wejściem wisiały flagi ze swastyką, a pośród nich wielki portret z czerwonymi literami na białym tle.
Nie mógł się powstrzymać od zdziwienia, ponieważ wszystko wokół wyglądało dokładnie tak samo jak przed wojną – czyste, uporządkowane, pełne świeżości i zieleni. Jakby przez te ulice nigdy nie przetoczyła się fala zniszczenia, jakby krew obrońców Warszawy nigdy nie splamiła tych chodników, jakby pociski artyleryjskie nie rozrywały murów domów, jakby te wszystkie zbrodnie nigdy nie miały tu miejsca.
– Są jednak sprawy ważniejsze niż kwiaty – pomyślał z goryczą i zniecierpliwieniem. Wyciągnął z kieszeni paszport na nazwisko Starzyński, co w tamtej chwili uratowało go przed uwięzieniem w klatce, choć jego serce drżało z niepokoju.
– A Warszawa stroi się v kwiaty – pomyślał z gorzkim uśmiechem – i rzuca kwiaty...
Dom, w którym mieszkał Izaak Wilczyk, nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród innych luksusowych kamienic na przedmieściach Warszawy. Znał ten adres jeszcze z czasów swojej młodości.
– Jakby nigdy nie było tu getta i jakby na świecie nie było żadnych kwiatów – pomyślał, wciągając w płuca zapach jedzenia unoszący się na klatce schodowej.
Izaak nie zostawił mu dokładnego adresu, więc musiał przez dłuższą chwilę szukać jego mieszkania. Nacisnął klamkę i wszedł do jasnego pokoju o wysokim suficie.
Wilczyk siedział przy stole i jadł śniadanie. Usługiwała mu młoda kobieta o jasnych włosach i zmęczonej twarzy. Sądząc po pośpiechu, z jakim zbierała ze stołu naczynia, jej głębokie oczy zdradzały lęk.
– W końcu jesteś... – zawołał, gdy tylko zobaczył Doktora, a lęk zniknął z jego twarzy.
– To jest moja żona. Czy zje Pan z nami śniandanie?
Postawili przed nim talerz z zupą. Pachniała świeżym masłem i przyprawami. Ciepły wywar rozlał się przyjemnie po jego żołądku. Dopiero wtedy Doktor zrozumiał, jak bardzo był głodny.
– Pracuję na nocną zmianę – powiedział Izaak – i dlatego zastałeś mnie w domu. Mieszkamy tu w kilka rodzin, ale nikogo nie ma, wszyscy są w fabrykach. Możemy spokojnie i bez pośpiechu porozmawiać o naszych sprawach.
Doktor zebrał palcem okruchy chleba ze stołu. Ten nawyk z getta... – pomyślał i poczuł, że bierze udział w zakazanej grze.
– Musisz połączyć się ze swoimi dowódcami – powiedział cicho. – Czas ucieka.
Żona Izaaka na chwilę opuściła pokój. Przełknął ślinę i zapytał cichym głosem, trzymając v ręku szklankę z herbatą.
Izaak spojrzał na niego badawczo.
– Nie ma pośpiechu – odpowiedział. – Doktor przypomni sobie moje słowa i odpocznie u mnie. Nie ma tu nikogo z naszych ludzi – dodał – robotników... Wieczorem skontaktuję się z ludźmi z organizacji i dam ci znać, dzisiaj...
– Nie – przerwał mu Doktor. – Nie mam czasu na odpoczynek dzisiaj. Nie przyszedłem tu, by ukrywać się za murami schroniska – wyjaśnił – lecz by z nimi porozmawiać. Sprawa jest niecierpiąca zwłoki.
Gorycz zarysowała się na twarzy Wilczyka.
– Czy Doktor zamierza wrócić do getta? – zapytał głucho. – Przecież to czyste szaleństwo. Chcemy Pana ukryć, jest praca... Możemy załatwić Panu schronienie, dopóki włos z głowy Panu nie spadnie.
– Wiem, wiem – przerwał mu Doktor. – Nie spadnie mi ani jeden włos... – Przesunął dłonią po łysinie. – Nie o to chodzi... Izaak – spojrzał mu prosto w oczy – mam do ciebie zaufanie, dlatego przyszedłem. Gdyby było inaczej, nie byłoby mnie tutaj. A now zrób to, o co cię proszę, i połącz mnie ze swoimi ludźmi...
– Sprawa leży v gestii dowództwa – szepnął Izaak. – Musimy poczynić przygotowania.
– Nie ma czasu na przygotowania – odparł Doktor. – Jeśli sprawa dotyczy przymusowego przesiedlenia, to jutro wywiozą nas z getta... Dzisiaj jest ten dzień. Izaak, sytuacja jest krytyczna.
– Zostań tutaj, panie Doktorze – powiedział. – Ja wyjdę tylko na pół godziny, sprawdzę sytuację i sprowadzę kogoś do Pana.
Został sam. Żona Izaaka, milcząca i poważna, narzuciła chustkę na głowę i stanęła v progu.
– Jeśli przyjdzie tu ktoś – powiedziała – proszę powiedzieć, że Doktor jest u nas gościem; bliskim krewnym rodziny – dodała. – Lepiej zdjąć okulary.
Z tonu jej głosu wynikało, że to zalecenie nie było bezpodstawne. Zdjął okulary. Natychmiast, w mgnieniu oka, mgła spowiła wszystkie zarysy pokoju. Wszystko stało się niewyraźne, jakby zamazane i zmieszane w jedną szarą plamę. Głębokie zmęczenie ogarnęło go tak bardzo, że nie był v stanie się opierać. Bez zdejmowania butów położył się na łóżku, by odpocząć. Zasnął.
Widocznie spał długo i sen jego był bardzo głęboki; poczuł, że ktoś nim potrząsa, zerwał się szybko, stanął na nogach, rześki i odświeżony.
– Żal mi było Pana budzić – powiedział Izaak – ale nasze spotkanie jest zaplanowane na godzinę trzecią.
Doktor poprosił o szczoteczkę do zębów i ręcznik. Potem, razem z Izaakiem, poszedł do fryzjera. Wypił w małym sklepiku jeszcze jeden kubek kawy i odświeżony ruszył pod górę, drogą w kierunku Moskwy, w stronę Starego Miasta.
Wszystko wydawało mu się łatwiejsze niż na początku. Zdarzyło mu się spotkać ludzi, którzy sądzili, że jest jednym z nich. Uczyli się w owym czasie w szkole medycznej ramię w ramię, czytali te same gazety. Rozmawiali w tym samym języku, mieli te same wspomnienia. Stał twarzą w twarz ze znajomymi, którzy rzucali mu współczujące spojrzenia. Nie musiał już tak bardzo kryć się przed przechodniami... Razem poszli – cóż było robić...
– Izaaku, – zapytał – czy zobaczymy się z przywódcami ruchu?
– Nie wiem, czy są w tym mieście – odpowiedział Izaak przytłumionym głosem. – Nie było możliwości powiadomić ich z wyprzedzeniem o Pana przybyciu. Nie odpowiedzieli mi, czy są gotowi na spotkanie. Bywały już wcześniej spory, kłótnie, niesnaski – pomyślał – przed laty sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Dziś istnieje wspólny wróg, wspólna sprawa; wspólny wróg i wspólny cel – powtórzył i rzekł.
Z tą myślą Doktor przyspieszył kroku.
– Może odpoczniemy? – zapytał Izaak.
Czuł głęboki wstyd z powodu swojej słabości, ponieważ ta słabość była słabością fizyczną, a nie duchową. Strach wkradł się do jego serca. Wspólny wróg? Przecież wieści z getta o paczkach żywnościowych, które docierały tam zza muru w dniach udręki, nie były bezpodstawne. Ale czy była to zasługa zorganizowanej akcji, czy pojedynczych ludzi? Zdania na ten temat były podzielone; dotyczyły one instrukcji, jakie wydano Niemcom w sprawie deportacji i zagłady Żydów, którzy pozostali...
– Nie ma prawdy, prawda leży pośrodku – tłumaczył sobie – są tacy i tacy. Ludzie dobrzy, podli i obojętni.
But z jakim planem idzie do nich? Co ma im zaproponować? Kogo on właściwie reprezentuje, kogo, jeśli nie samego siebie, aby ta pomoc im służyła? W getcie nikt nie wiedział o jego wyjściu.
To był pierwszy raz, kiedy musiał prosić o pomoc dla siebie samego i dla swoich dzieci. Ale to nie była propozycja dyplomatyczna – wołanie z głębi serca o ratunek. Czy postąpił słusznie, podejmując tę próbę bez porozumienia z przywódcami getta, z „akcją ratunkową”, jak nazwał v duchu tę wyprawę?
Wchodząc po schodach, zmieniał swój plan. Nie miał prawa żądać niczego ani prosić o nic. Nie przyszedł prosić o jałmużnę, lecz pytać... i odpowiadać.
Z sercem pełnym niepokoju, niepewny siebie, niczym po porażce, nacisnął klamkę.
Słowo „ojczyzna” to wielkie słowo: trudno je pojąć, trudno je zdefiniować; słowo to potrafi zranić człowieka do głębi. Nic v tym złego. Nie da się kochać naprawdę bez błędów i potknięć, bez cierpienia. Dlatego też ludzie są bardziej beredda (szw. gotowi) wpaść v bój dla tego, niż dla swojego własnego fädernesland (szw. ojczyzny).
Można było zamknąć oczy i wciąż wędrować przez jego rodzinne miasto. Dało się przymknąć oczy na fasady domów i piękne okna, które ozdabiały ulice. Poprzez kształt domów i kąty dachów każdy człowiek wiedział dokładnie, gdzie się znajduje.
Nie dało się zapomnieć języka. Asymilować się z kulturą, zdradzić swój lud – tego nie chciała zrobić żadna osoba w mieście. To było jak opłakiwanie osoby, która stała najbliżej, drogiego członka rodziny. Żałobnicy ubierali się w żałobne całuny, nie świętowali swojego zwycięstwa.
Czy dało się zapomnieć? Czy dało się zapomnieć to, co przeżyli razem przez tak wiele lat? To zawsze pozostawało v naszej pamięci, dokładnie tak, jak to, co wydarzyło się tam niedawno. Jedynie ludzkie dłonie mogą zaświadczyć, że miasta już nie ma. Poprzez bombardowania domy obróciły się v ruiny. Miejsce to nigdy nie zniknie z powierzchni ziemi.
Jak człowiek, który wychodzi po ciężkiej chorobie po raz pierwszy na ulicę, tak Doktor wyszedł ku Staremu Miastu, gdy zostawił mur za sobą. Zatrzymał się v gathörnet (szw. gathörnet – narożniku ulicy), zmrużył oczy i przyglądał się rynkowi.
Przed wojną malowali stare domy w sprakające (szw. żywe/jaskrawe) kolory: zielony i niebieski, jako znak bezpłatnej opieki zdrowotnej. Now traktowali je z wyjątkową troską, v różnych kolorach i ze złotem, które podkreślało strukturę kamieni, rysunki pałaców i dachy dworków. W jego środku wznieśli ten mur, który był ozdobiony inskrypcjami i herbami Warszawy. Przed murami, v niszy, stał słynny posąg F u k a, stworzony przed setkami lat. Stał tam v swoim pięknie, z błyszczącymi monstrancjami i świecznikami v złocie, które zachowały się aż do burzy podczas ostatniej rewolucji. W obrębie przedmieścia budziło to zdziwienie przed widokiem wolnych ludzi, muru, który chroni ludzkość i łączy ją z Bogiem. Wolni ludzie dyskutowali o działalności drukarni i sentymentalnych drzeworytach v bibliotece, która znajdowała się v murach b a z y l i a k i.
Now, po ciężkich wydarzeniach, kolorowa fasada została wymazana. Żadna osoba nie dbała o wolną duszę Warszawy, duszę, która została wyzwolona i osiągnęła niepodległość v walkach toczonych v nocnym mroku, walkach, które nie zostały zapomniane przed morzem łez. To, co się działo, obudziło głęboki i szczery instynkt u mieszkańców, którzy żyli v otoczeniu. Stare Miasto było duszą Warszawy.
Mogli obrabować muzea i biblioteki, wynieść z miasta stare wino F u k a, ale nie dało się odebrać im ukochanego zapachu przypraw, goździków v glöggu (szw. grzanym winie) i tego aromatu wypieków, który był v wielkich salach. Przy małym stole Doktor poczuł ten zapach, jakby wdychał zapach rynku z odległości.
Ulica nie zawsze była taka sama. Droga była wyboista, jak dzisiaj. Doktor wciągał zapachy rynku v swoje płuca, podczas gdy wdychał zapach wiecznych kwiatów.
– W którą stronę zwraca się Doktor? – zapytał Izaak.
Nie zdążyli wymienić między sobą ani jednego słowa więcej. Kiedy Doktor wyszedł z ciemnego pokoju do silnego światła, poczuł uśmiech i radość. To było tak, jakby Izaak nie zadał mu swojego pytania.
Wiedział, że Doktor szukał pomocy dla dzieci zamkniętych) w getcie. Ale tutaj nie było nikogo, Izaaku, przyjaciele z ruchu, których miał spotkać, nie mogli pomóc na poważnie.
Doktor podsumował rozmowę w pamięci. Wszystko, co spotykał, było trudne. Starsi mężczyźni byli twardzi i zamknięci. Sądził, że spotka wolnych ludzi, idealistów, z płomienną pasją, tak jak pamiętał ich z 1905 roku.
Ubrania, które nosili, nie świadczyły o ubóstwie. Wydawało się, jakby ci ludzie dzielili jego myśli o terminach wojskowych, jakby zmienili się w ciągu tych lat. Ale tutaj było inaczej...
Jeśli chodzi o wojskową dyscyplinę, nie dało się stworzyć armii bez dyscypliny. Powiedzieli mu, że w ich domach dali mu dowód tego zaufania, w którym jego uczciwość była ceniona najwyżej.
Oni odmówili wysłuchania moich słów, wiedzą już wszystko. Jak się wydaje, sprawy te są znane również za granicą. Rezolucje i protesty zostały wysłane przez specjalnych wysłanników i drogami dyplomatycznymi. Zna je prezydent Roosevelt i premier Churchill, wie o nich Rosja i Żydzi na całym świecie... Przecież prasa i gazety w Stanach Zjednoczonych donoszą o tej antysemickiej polityce; znane są im statystyki zmarłych z głodu i tyfusu, wiedzą, ile ciał leży owiniętych v stare gazety na ulicach, znane są im nawet plany Niemców na przyszłość, na nadchodzące dni...
– I co? Co z tego wynika? – padła odpowiedź.
W jego pamięci ożyły losy owych petycji i wniosków, które składano v owym czasie różnym ministerstwom. „Zajmujemy się tym i odpowiemy ministrowi” – odpowiadano zawsze. Ale prawda była taka, że ta pomoc nie nadeszła. To było życie pół miliona Żydów, zamkniętych v getcie, i milionów innych, zamkniętych v pozostałych gettach.
– Słyszeliśmy, że organizujecie obronę własną, – powiedział jeden z nich.
On odpowiedział, że nie wie zupełnie nic. Nie miał prawa mówić nic, nikt nie wysłał go tutaj. Sądził, że to tylko jeden z donosów... ogólny strajk – jak ten v Belgii, v Holandii –
– Kto dał instrukcje z Londynu?
Jakże trudno było odpowiedzieć Stefie na to pytanie, przecież nie dla dzieci, nie dla nich przyszedł tutaj. Za godzinę, za dwie, po południu, będą sądzić, że jest zaangażowany w zbieranie funduszy w mieście.
– Co tam się stało? – zapytał Izaaka.
Nadeszła godzina czwarta po południu. W jego zamierzeniach było wrócić do getta o piątej, razem z robotnikami. Ta myśl nie dawała mu spokój.
Nie był w stanie przezwyciężyć smutku, który go ogarnął. Instrukcje z Londynu i dyscyplina – to przecież można zrozumieć. Ale to, że wojsko nie spieszy na pomoc przy rozładunku wagonów, transporcie broni, amunicji i sprzętu – tego nie pojmował. Czy akcje „sabotażu” miały rzekomo szkodzić wyłącznie niemieckiej machinie wojennej? Przecież to nielogiczne i nie do przyjęcia.
But czy v warszawskim getcie nie ma pół miliona Polaków? – Czy ta polska ludność czeka na instrukcje? Czy oni nie zrobili sami wszystkiego, co możliwe, i na ile to było możliwe? Dlaczego nie podjęto prób przerwania murów getta? Dlaczego nie wysłano broni i żywności? Dlaczego nie przekopano tuneli pod ziemią, aby uratować tych ludzi?
Dlaczego nie spróbowali choćby... dlaczego nie było protestu?
Dlaczego nie było buntu?
Wszak w 1939 roku ginęli razem, w obronie Warszawy i całej Polski… I tak samo w 1920 roku, a także v 1917 roku i wcześniej. W powstaniach przeciwko carskiemu imperium, synowie tego narodu stali u boku Polski, a ostatecznie ten los dotknął wyłącznie Żydów.
– A więc co? Może z tego powodu nienawidzę mojego miasta? – Pragnął zapytać na głos. Nagle wydało mu się, że wygnano go z Warszawy. Przed powrotem do getta chciał zobaczyć jeszcze raz...
Kto wie, czy przyjdzie mu jeszcze zobaczyć ulice ukochane przez wszystkich, domy, drzewa, legendy...
Uniósł wzrok. Zamiast żywego człowieka stał przed nim kamienny Adam Mickiewicz, wznoszący dłoń ku niebu.
W owych dniach, kiedy chłopak z getta brał raz po raz udział v świętowaniu rocznicy urodzin poety, te momenty zapadały mu głęboko v serce... Przez całe swoje życie, od tamtych chwil, gmach Teatru i ten kamienny plac sprawiały, że w jego oczach cała ta sprawa stanowiła symbol Polski. Ta pomoc dla pomnika wydawała mu się teraz stratą i goryczą.
But przed kościołem Wizytek stał inny pomnik. White kwiaty bzu pachniały w ogrodzie, czyste i nietknięte, dusza, ze swymi bzami w pełnym rozkwicie, które zasłaniały zieleń przed oczami. Po ciężkiej zimie i mrozie ocalały one v miesiącu maju, jak zwykle, ale na początku czerwca. Nieopodal małego uniwersytetu widniał budynek małej kawiarni, w której zwykł bywać jako student. Wejście do jej wnętrza nie było mu zabronione, jako że do tej pory nie wiedział o tym.
– Chciałbym jeszcze raz spojrzeć na twarz g u b e r n a t o r a, – powiedział do Izaaka, i ten nie był v stanie odebrać wzroku od purpurowych kwiatów. – Radziłem ci, abyś nie szedł tam... Niebezpieczeństwo wiąże się z tym marszem, – upomniał go Izaak.
Rozstali się na rogu ulicy Trębackiej.
– Nie wolno Doktorowi spóźnić się na najbliższą okazję, – obiecał Izaak. – Może nastąpi jakaś zmiana na lepsze, – pocieszał go.
Doktor wlókł swoje nogi z trudem. Zatrzymał się na chwilę przy oknie wystawowym, tak jak miał v zwyczaju czynić przed laty, gdy był jeszcze młody.
Nie wszystkie sklepy ocalały: na wielu z nich okna były zabite deskami, a kościoły były zamknięte; bramy innych były całkowicie zniszczone, tak że nie sposób było utrzymać v nich życia v czasie wojny.
Nie było już śladu po sklepie F a s s a, v którym sprzedawano dawniej słodycze i kanarki – to miejsce służyło teraz za schronienie dla niemowląt uchodźców. W oknach małej kawiarni „A s t o r i a”, v której dawniej damy i arystokracja z zagranicy, zapomniawszy o troskach serca, przesiadywały przy małych stolikach i piły herbatę, podawano teraz w filiżankach chłodną wodę zupną zepsutą ze sproszkowanej czekolady i mąki ziemniaczanej.
Z hal „Moniuszki” wyjechali dwaj niemieccy oficerowie, ubrani w czerwone mundury z okresu pokoju, skręcili na drugą stronę ulicy.
– Nie wolno ulegać tym nastrojom, – pomyślał. I znów w jego pamięci ożyła postać Szymona. To była ta druga godzina. Nie to było w jego zamiarach, ale nagle poczuł niepokój i smutek w sercu.
– Przyśpieszę chyba nieco kroku, – podjął decyzję i przeszedł obok gmachu Teatru, nie patrząc nawet na budynek Opery, którego wygląd zmienił się z powodu zniszczeń wojennych.
Zegar miejski wskazywał pięć minut przed godziną piątą.
Pozostało mu zaledwie kilka minut, aby pośpieszyć i stanąć na rogu ulic B i e l a ń s k i e j i T ł o m a c k i e j.
Z daleka widać było zbliżającą się kolumnę robotników, idących rzędami pod eskortą wojskową, wracających ze swojej pracy przez bramę na ulicy N a l e w k i.
Wygląd ulicy był teraz inny niż we wszystkie poprzednie dni.
Miejsce przed bramą, gdzie zazwyczaj tłoczył się tłum ludzi, a zwłaszcza wiele dzieci czekających na powracających z pracy – było teraz niemal całkowicie puste.
– Mimo to coś się stało, – dotarły do jego uszu słowa wypowiedziane przez jednego ze stojących obok ludzi.
Kobieta wybuchnęła głośnym płaczem:
– Gdzie są moje dzieci? – krzyczała.
Wydawało się, że w jednej sekundzie nastąpiła wielka zmiana: strach ogarnął twarze robotników. Zaczęli z trudem torować sobie drogę do bramy po powrocie.
Skręcił v kierunku ulicy Z a m e n h o f a.
– Co się stało? – zapytał pierwszego człowieka, który wyszedł mu na spotkanie.
– Zabrano dzieci, – dotarła do jego uszu odpowiedź.
Zimny pot zrosił jego czoło. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, ale w tym czasie poczuł w głębi duszy siłę buntu, który narodził się w nim z rozpaczy.
Kiedy nastąpiła ta łapanka? Czy w czasie, gdy dzieci były w pracy? Czy Stefa zdążyła zamknąć drzwi schroniska?
Przypadki takie jak ten miały już miejsce. Było to ultimatum ze strony Gestapo, i jasnym było, że na ulicach trwa łapanka na ludzi. Chwytano każdego, kogo napotkano; czasami ofiarami stawali się także starcy i dzieci.
But dla nich ta godzina była opóźniona do now. Czyżby dzieci z domu dziecka i ich wychowawcy byli spośród tych ostatnich, a może ich nogi zaniosły ich dalej... Jedno było pewne: o tej porze obława skupiała się wokół domu dziecka.
Nanieść now przypomniał sobie afisz rozklejony na ulicach Warszawy: „Żydowskie dziecko potrzebuje mniej...”. Dlaczego rozkleili to ogłoszenie właśnie dzisiaj?
Na ulicy Dzielnej spotkał kilku przechodniów, którzy szli ze spuszczonymi głowami i omijali go wzrokiem. Czyżby i oni oszaleli? A może ten mrok był w nich samych? – Nie miał czasu na rozwijanie myśli o przechodniach w tamtej chwili.
Przy bramie getta rozpoczęła się akcja wysiedleńcza. Pomimo woli Doktor poczuł ucisk na gardle i pieczenie v oczach, gdy usłyszał płacz i zawodzenie kobiet v tłumie.
Miał w zwyczaju odnosić się z szacunkiem do wolnych obywateli. Dlatego też z gniewem v sercu i determinacją v krokach wszedł po schodach, ignorując lamenty kobiet.
Drzwi były otwarte. Schronisko było puste.
Materace, pościel, porozrzucane dokumenty; na podłodze walały się strzępy ubrań. Wygląd pokoju był zupełnie inny niż zwykle. O tej porze dzieci nigdy nie wychodziły do pracy bez uprzedniego posprzątania pokoju. Spojrzał do drugiego pokoju, do kuchni, do izby chorych. Wszędzie panował ten sam porządek, ta sama pustka.

Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział dwudziesty szósty (STRONY 282–290): W małym szpitalu dziecięcym


 CAŁY ROZDZIAŁ 26 (STRONY 282–290) – PEŁNE TŁUMACZENIE

Rozdział dwudziesty szósty
W małym szpitalu dziecięcym
Choć Stefa nie ukończyła oficjalnych studiów medycznych, każdy w szpitalu dziecięcym wiedział, że jej wiedza z zakresu pediatrii jest niemal tak głęboka jak wiedza samego Doktora.
Nieraz przed wojną, gdy Doktor wracał do domu po upływie kilku dni, zastawał tam chore lub ranne dziecko. Wtedy okazywało się, że właściwa pomoc została już udzielona maluchowi, a diagnoza została postawiona prawidłowo, bez błędu. Zwykł mawiać:
– Właściwie to Stefa jest lekarzem, a ja jestem jedynie wychowawcą.
Teraz jej zachowanie zawsze budziło podziw. Ponieważ nie mieszała się w sprawy czysto medyczne, ale z powodu tego wszystkiego, co działo się wokół, wzięła na siebie odpowiedzialność za zapewnienie opieki dzieciom getta, niczym dyplomowana lekarka i pielęgniarka. Spośród dzieci z sekcji – dźwięk tych słów brzmiał niemal ironicznie. I tak oto zastąpiła ona siostrę przełożoną, która od tygodnia nie pojawiała się na swoim stanowisku. In the sekcji dla niemowląt panował porządek.
Dzieci przyvożone do szpitala były niemal żywymi trupami, z których nie dało się już nic wykrzesać. W ich wnętrzu tliły się jedynie resztki sił witalnych. Przebywanie Doktora w tym miejscu nie pozwalało na utrzymanie ogólnego porządku, nawet gdy w kuchni nie było już żadnych zapasów żywności. Należało kontrolować sytuację w sposób niespodziewany, bez uprzedzenia. Ludzie z administracji zwykli kraść jedzenie chorym i brać je dla własnych potrzeb. Dlatego też przeniesiono dzieci do piwnicy szpitala, który znajdował się na terenie getta...
Piwnice warszawskich schronisk były przystosowane jeszcze od września, od okresu obrony stolicy, w sposób, który pozwalał im służyć jako mieszkania zastępcze. Mury były solidne, posadzka z kamienia była twarda, a narożniki pomieszczeń zostały wzmocnione.
Przez małe okienka światło wpadało bardzo skąpo; od zawsze roiło się tam od setek robaków, ponieważ piwnice były wilgotne, a w ich wnętrzu unosił się zaduch stęchłych ubrań. Jednak było to miejsce chroniące przed pojawieniem się nieproszonych i groźnych gości.
Dzieci nie miały tam żadnych łóżek. Należało składać podziękowania Bogu za każde znalezione prześcieradło czy siennik. Ale największą bolączką była nędza spowodowana brakiem leków: z tego powodu Stefa starała się leczyć infekcje za pomocą starych metod i przy użyciu domowych sposobów, na miarę skąpych zasobów, które posiadała. „Medycyna” ludowa u Żydów służyła jej jako jedyne źródło pomocy dla chorego dziecka, zastępując lekarstwa. Miała ze sobą notes, w którym zapisała swoje uwagi z czasów pobytu Doktora, a na jego stronach zapisana była cała nauka chirurgii. Wiedziała, jak przeprowadzać proste zabiegi, ale przed tą operacją nie miała odwagi przystąpić do działania, opierając się wyłącznie na przemywaniu ran i okładach z ziół.
W szpitalu dziecięcym nie było lekarza-radiologa; dzieci nie przynosiły ze sobą żadnych zdjęć rentgenowskich w małej kopercie, w której znajdowało się świadectwo ich zdrowia; zamiast tego u większości bogatych rodzin nie było już w domu śladu po chlebie.
U podnóża wielkiego, mrocznego pieca, z którego zniknął czarny dym, leżała zmarła mała dziewczynka w wieku około trzech lat. Na początku wojny otrzymała od Doktora dar w postaci stu ubrań.
Ona strzegła jej wraz z dowodem tożsamości, portfelem, kilkoma biletami i rzeczami, które uchodziły za cenne i wartościowe, kilkoma fotografiami, a także chusteczką – wspomnieniem wszystkich jej zmarłych.
Niekiedy grozili im i żądali wydania kluczy: teraz nie było już na co zamknąć schronienia.
Podczas tamtej nocy pełnej grozy, która poprzedziła przymusowe przesiedlenie do nowego mieszkania, sprawdziła ona wszystkie swoje klucze. Zanim zamknęła paczkę z dokumentami, którą wyjęła z szafy, zapakowała ją w dużą tekturową skrzynkę. Przed świtem zakopała tę skrzynkę w ziemi, pod rynną biegnącą wokół domu dziecka. Dokumenty te nie miały już dla niej żadnej wartości sentymentalnej. Zakopała je w ziemi tak, jak chowa się ciało kogoś bliskiego sercu.
Wtedy wciąż jeszcze wierzyli, że wojna skończy się lada dzień, a wojska alianckie przyniosą oswobodzenie Polsce. Stefa rozumiała, że przyjdzie im jeszcze długo poczekać na ten dzień, i że ona sama najprawdopodobniej nie dożyje kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości.
Niektórzy odważyli się ją o to podejrzewać, jako że nikt nie był w stanie odebrać jej męstwa.
Gdy postawiono dzieci w rzędzie, tuż przed ich wyjściem na spacer, wzięła małą Salię na ręce i ruszyła na czele grupy. Na ulicy Dzielnej czekał już na nią Doktor. Dzieci szły ubrane w ciepłe ubrania i wkrótce miały rozpocząć nowy dzień w „Schronisku”.
Już następnego dnia zrozumiała, że najważniejsze to zadbać o ich zdrowie. Doktor nakazał jej zbadać je wszystkie, a ona zapisała stan ich zdrowia jedno po drugim. Potrzebne były lekarstwa, aby poprawić stan fizyczny dzieci, który pogorszył się do tej pory.
Przypomnieli sobie, jak przed wieloma laty, na ulicy Franciszkańskiej, Doktor badał po raz pierwszy dzieci z domu dziecka.
– Fundusze – powiedziała – jak mamy zapewnić pieniądze, skoro znaleźliśmy zavedwie skromną sumę tak wielką liczbę chorych na tyfus i czerwonkę?... Czyż ten świat nie był otwarty na ich wołanie? Wszystkie te małe dzieci miały jeszcze przed sobą całe życie, a ich udręka wołała o pomstę do ludzkich serc.
In the pierwszej połowie 1942 roku stracili już nadzieję po pierwszych badaniach i zapoznaniu się z ich wynikami. Cóż mogła zrobić ta garstka personelu medycznego, skoro nie sposób było ich wyleczyć i odsunąć od nich przyczyn tej straszliwej choroby? Z leków nie pozostało już zupełnie nic, poza czystą wodą z kranu. Te czyste krople wody, dzięki staraniom Stefy, stały się tym wielkim, dobrym lekarstwem, którym leczono chorych. Z powodu tej ciężkiej pracy czuła ogromne zmęczenie, które dawało się jej we znaki.
W piwnicy zapadł zmierzch. Nie było widać żadnej zmiany na lepsze od tamtego dnia: tylko w tym małym kąciku leżał przygotowany mały materac, na którym spoczywały dzieci. Salosia leżała skulona na boku. Na jej paluszku u rączki widniała mała rana, a jej główka płonęła z gorączki. Stefa zrozumiała, że wkrótce pojawią się objawy choroby, która nie była zwykłym tyfusem: była to odmiana tyfusu plamistego. Jednak Salosia była chora jedynie na odrę, zwykłą chorobę wieku dziecięcego, która u zdrowych maluchów mija bez śladu. Niemowlę kwiliło cicho, bez wyraźnych oznak poprawy. Z jej ust wydobywały się dźwięki przypominające słowa: jeść, jeść, daj mi pić...
Stefa siedziała bezradna. Kto przyniesie jej choćby odrobinę jedzenia dla dzieci ze szpitala? Kto przyniesie od Doktora cokolwiek dla tego maleństwa? Zmieniała opatrunki na rozpalonym ciele dziecka i wyżymała mokrą szmatkę w misce z wodą. Z trudem stała na nogach.
Rano skierowała swoje kroki w stronę krzesła, na którym siedziała przez wiele godzin, a jej oddech stawał się coraz krótszy. Kilka razy w ciągu dnia była zmuszona oprzeć się o ścianę, aby nie upaść.
– Połóż się, pani Stefo! – dobiegł do niej cichy głos z sąsiedniego łóżka. To była Dorka. Z jej postaci nie pozostało już nic, prócz wielkich oczu w jej wychudzonym ciele i wąskich ramionach, bladych i zniszczonych. Reszta ciała wydawała się pozbawiona wszelkiej ziemskiej formy. Dorka chorowała na zanik mięśni i to już od kilku miesięcy leżała w tym szpitalu.
– Ależ oczywiście, ja widzę, przecież ta pani ledwo stoi na nogach; niech pani położy się i odpocznie trochę przy niemowlętach.
Dawniej potrafiła przynieść ulgę nie tylko dzięki opiece nad Salosią i maluchami. Doktor nazywał ją „Kierowniczką” z powodu jej dobrego serca. Była znana ze swojej mądrości i pracy przy szyciu ubrań. W swojej pracy wyróżniała się bardziej niż inni i poświęcała swój czas dla Domu Sierot, pomagając w zaspokajaniu potrzeb niemowląt.
Jednak te sprawy nie były obce Dorce i niejednokrotnie chodziła w sandałach, podczas gdy krople potu zalewały jej dwie nogi i dlatego nie było jej łatwo otrzymać choćby kubek wody.
– Nie, Dorko, – odpowiedziała jej – nie wolno mi wstawać z łóżka.
– Dlaczego nie wolno? W czasie wojny ludzie są bardziej wyrozumiali – odpowiedziała dziewczynka szeptem, jak zwykle. – Przyzwyczaiłam się cierpieć i znosić wiele rzeczy. Zobaczysz, pani, wyzdrowieję. Nic mi nie będzie.
Niemożliwością było dla Stefy nie przyjąć tej propozycji. Czuła, że ogarnia ją słabość – słabość w kościach. Musiała wyjść na świeże powietrze, wyjść natychmiast ze szpitala.
– Pamiętaj, aby zmieniać na czas te mokre okłady i podawać jej wodę do picia – dodała.
Wyszła na zewnątrz. „Schronisko” tętniło życiem. Na zewnątrz szpitala panowało powietrze podobne do tego, które dobrze znała. Nie przestała jednak kuśtykać na jedną nogę na posadzce, podczas gdy siedziała zgięta nad stołami w korytarzu. Może ten krok da jej chwilę oddechu.
– Stefio! Sądziłem, że jest tu ktoś...
– Kto miałby przyjść o tej godzinie? Czy każdy nie woli odpoczywać w swoim domu?... Widzisz, lepiej leżeć na schodach niż w zatłoczonym pokoju.
Przyzwyczaili się już do tego, co mówiono o strasznych warunkach w Rosji, o Syberii. Przecież człowiek może znosić i cierpieć głód, zimno, brak ubrań – i to tylko po to, by pozostać człowiekiem, w pokoju, w swoim łóżku, a nawet pod dachem swojego domu.
– W tym bloku nie ma ani jednego człowieka, który mógłby żyć samotnie, zamknąć się w sobie – powiedziała.
– To prawda, człowiek sam nie zdziała nic w tym zamęcie. Jest nas wielu razem, trzeba działać.
– Działać? – przerwała. – Kto ma siłę do tego?
– Stefio, – potrząsnął jej ramionami – nie mów tak, na miłość boską. Nie wolno ci tak mówić, to tylko chwilowa słabość. Kiedy odpoczniesz, odzyskasz jasność umysłu...
– Przestań... Robimy, co do nas należy dla dzieci, dla niemowląt. Zrobiliśmy to. Widzisz, dzień minął, i oto znowu mamy nadzieję na te jutrzejsze, przyszłe sprawy...
Złe wieści spadły nagle i uderzyły ponownie w jej głowę – myślał Doktor w duchu. Przerażenie ścisnęło mu gardło:
– Wydano rozkaz oczyszczenia z ludzi wszystkich tych, którzy nie pracują na rzecz Niemców, w fabrykach na terenie miasta. Wysiedlają nas w kierunku ulicy Solnej.
Ona wstała i stanęła na nogach. Pod wpływem zmęczenia poddała się.
– Nie poszłam za nimi... Nie posłuchałam mojej intuicji, bo przecież jesteśmy zmuszeni ratować samych siebie. Rozwiązanie się znajdzie, ale musimy się spieszyć, czas ucieka...
– Wysiedlenie – zaczął i rzekł – nie jest najgorszą rzeczą... Właściwie nie wiadomo dokładnie, dokąd zabiorą wysiedleńców.
– Nie łudź mojej duszy – przerwała mu. – Nie jestem dzieckiem. Doskonale znam prawdę i to, że nie jest ona znana. Rada powtarza i ogłasza dzień w dzień, że wysiedleńcy są wysyłani do prac przymusowych, aby zapobiec widokowi ludzi, których ogarnęła panika i lęk. Ale Czerniakow wiedział i wiedział dobrze, i dlatego do dziś nie pogodził się z tym i cierpiał. Wywożą ich do obozów zagłady...
– Wszystkie te słowa to nic innego jak plotki i pogłoski, to plotki chorych i tchórzy...
– Nie, ja nie wierzę – mówiła pośpiesznie, z goryczą i bólem. – Ja nie wiem, nie czuję ani jednej rzeczy...
Rzucił na nią spojrzenie pełne pytania.
– Przecież musisz opuścić to getto, to twój obowiązek...
– Oszalałeś, rozmawiasz jak inni, co to za nagła myśl w twojej głowie?
– Posłuchaj mnie, – mówiła ochrypłym szeptem, jednym tchem – to już od dawna miałam zamiar ci powiedzieć... Zrozum, że nie ma sensu ginąć bez celu. Każdy, kto ma choć cień możliwości, musi ratować swoje życie... Wiem, że Izaak załatwił ci ucieczkę.
– Dlaczego mnie namawiasz? Czy słyszałaś o poddaniu się? Ci uciekinierzy narażają swoje życie nie mniej niż ci, którzy pozostają w getcie.
– Ale przecież nie możesz pracować dla Niemców w ich szpitalu polowym.
– Czy moim obowiązkiem jest leczyć tyfus? Stefio! I to ty, która szłaś do szpitala, by leczyć ich ze względu na dzisiejszą radość, gdy byli zdrowi, wstawałaś i organizowałaś tych ludzi?
– Najważniejsze to ocalić swoje życie. Pomyśl, co jeszcze będziesz mógł zrobić w przyszłości. Wojna się skończy, świat powróci do normy, może będzie lepszy, czystszy, po tym rozlewie krwi. Może powróci do swojego serca i opamięta się w swoich czynach. Może zechce naprawić swoje drogi. Właśnie na świecie, gdzie ta pomoc będzie potrzebna, aby pokazać, jak wychowywać wolne dzieci na ludzi...
Przerwała potok swoich słów. Jakby nie dostrzegła jego twarzy, ale poczuła wzbierający płacz i gorycz w nich zawartą. Przez całe swoje życie wierzyła, wierzyła w te wartości wychowania i czystości. Wydawało się jej w owym czasie w jej oczach, że są one niczym narzędzia nowego porządku. Wydawało jej się, że świat nie jest taki zły, że to nie jest wina tych ludzi, którzy otrzymali złe wychowanie. Ale jeśli z ich powodu cierpią dzieci – nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia, bez względu na uprzedzenia. Przez te uprzedzenia, od pierwszych chwil ich życia będą traktowani w małym społeczeństwie sprawiedliwie – wyrosną na innych ludzi.
– Podłość i okrucieństwo utonęły we własnej krwi. Kontynuacja – po wojnie będzie dla ciebie szerokie i otwarte pole do działania, przecież nie jesteś im nic winien. Pamiętasz to? Te słowa były zawsze w twoich ustach, należą do czynu – a czyn żyje, nie umarł...
Zakrył dłonią usta.
– Nie, – odpowiedział – nie przyjmuję twojego zdania. Czy nie widzisz, co się dzieje? Jak można zostawić i opuścić dom, w którym widzieliśmy to wszystko? Propozycja, abyśmy uciekli – ty, ja i dzieci, z getta? Czy ty proponujesz mi to z całego serca? Czy ty zrobiłabyś to, gdybyś była na moim miejscu?...
– Tak, oczywiście, przecież moje życie nie jest twoim życiem.
– Posłuchaj mnie, – wstał z trudem ze schodów i stanął przed nią. – Przecież ty znasz mnie: oto jestem dla tych, których nadzieja została im odebrana. Mam aryjskie dokumenty, wyjdę na polską stronę, spotkam się z Izaakiem i innymi, poproszę ich i zażądam porady. Słyszałem, że mają broń, nawet w podziemiach, mówią, i organizację... Słyszałem, że mają mundury niemieckie i duże sumy pieniędzy. Słyszałem, że są tam ludzie obcy... Wszak ja wierzę w człowieka, – dodał z nutą czarnego humoru.
– Idź, – uczepiła się tej myśli. Może nie wróci... Może przemówią do jego serca, przekonają go, może zostanie tam... Może nie będzie mógł wrócić? Może... znajdzie pomoc? – Gdy płomień świecy migotał, zrodziła się w niej ta ostatnia myśl, zapłonęła i zgasła. Włócząc z trudem nogami, weszła po schodach na górę.

Gdy będziesz gotowy, prześlij zdjęcia kolejnego rozdziału. Daj znać, czy chcesz do tego fragmentu otrzymać dodatkowe streszczenie historyczne!