Od darmowych biletów dla dzieci, przez „Bezdomnych” (1931) i „Sabrę” (1933), aż po łzy na „Małym Lordzie” (1936).
Większość historyków i biografów zamyka Janusza Korczaka w ugrzecznionej, pomnikowej matrycy „Starego Doktora” pochylonego nad dziecięcym łóżkiem. Mało kto wie, że ten wielki pedagog był do głębi zafascynowany kinem. Co więcej, stworzył w Warszawie unikalny system, w którym kino stało się oknem na świat dla jego podopiecznych. Dzięki specjalnym pocztówkom i bezpłatnym kartom wstępu przysyłanym przez warszawskie kina, dzieci z Domu Sierot na Krochmalnej oraz mali, nastoletni reporterzy z Małego Przeglądu mieli stały dostęp do seansów. Kino było dla nich darmowe, bo Korczak uważał, że nowoczesny człowiek – nawet ten najmłodszy – musi potrafić czytać ruchomy obraz.
Jednak najważniejszym, „ukrytym przedmiotem” tej historii są jego własne, niezwykle intymne i dotąd nieopisane przez historyków recenzje filmowe. Korczak nie pisał ich do oficjalnych gazet. Przemycał swoje wrażenia w prywatnych listach do przyjaciół i w nocnych rozmowach z wychowawcami, traktując ekran jak lustro własnej duszy i swojej tragicznej misji.
1. Recenzja w liście do Estery Budko: „Mały Lord” (1936) i bolesny bilans
Najważniejsza, najbardziej wstrząsająca recenzja filmowa Korczaka odnalazła się w liście do Estery Budko z 9 grudnia 1936 roku, tuż po jego powrocie z Palestyny. Osaczony przez narastający w Polsce antysemityzm, zmęczony walką o byt placówki, Doktor idzie sam do kina na hollywoodzką superprodukcję „Mały Lord” (Little Lord Fauntleroy). Ogląda historię czystego, małego chłopca, który samą swoją miłością kruszy lód w sercu złośliwego, despotycznego dziadka-hrabiego. Nazajutrz pisze do Estery słowa pełne krytycznej afirmacji:
„Byłem wczoraj (pierwszy raz od przyjazdu) na pięknym filmie: „Mały Lord”. Dziecko odegra znaczną rolę w odrodzeniu duchowem człowieka. Pewien jestem tego.”
Ale ta hollywoodzka baśń otwiera w nim potworną ranę. Przypomina mu jego własną powieść o Królu Maciusiu Pierwszym z 1923 roku. Maciuś też był dzieckiem, które chciało odmienić świat dorosłych, ale poniósł tragiczną klęskę. Nawet dobra, współczująca mu królowa Kampanella (której imię brzmi jak łaciński dzwonek, Campanula) ostatecznie ugięła się przed systemem dorosłych, podpisała wyrok i skazała Maciusia na bezludną wyspę, pozwalając mu jedynie na podwójne uwięzienie: zamknięcie ukochanego kanarka w klatce, wewnątrz jego więziennej celi.
Patrząc na sukces Małego Lorda, Korczak czuje się jak zdetronizowany Maciuś. Dokonuje rozdzierającej samorecenzji:
„Chciałem, ale nie umiałem odegrać roli w tem najważniejszem zagadnieniu życia. – Bolesny bilans własnych wysiłków.”
2. Relacja Pana Miszy: Sowieccy „Bezdomni” (1931)
Zupełnie inny, surowy i profesjonalny wymiar miała recenzja, którą Korczak wygłosił pięć lat wcześniej w rozmowie z moim Ojcem, Panem Miszą (Michałem Wassermanem Wróblewskim). Wybrali się wtedy ze starszymi dziećmi do kina „Kometa” na pierwszy radziecki film dźwiękowy „Bezdomni” (Путёвка w życie), opowiadający o dzikich dzieciach ulicy, bezprizornych, i ich resocjalizacji przez pracę w komunie.
Gdy film kończy się dramatycznym kadrem zrujnowanej fabryki i słowami wychowawcy: „No cóż, trzeba zaczynać od początku!”, w drodze powrotnej na Krochmalną Korczak bierze mojego Ojca pod rękę i pyta: „Panie Misza, a co Pan by zrobił?”. Gdy Pan Misza odpowiada, że postąpiłby tak samo, bo dawne nawyki i pokusy w dzieciach zawsze zostają, Doktor wzdycha głęboko:
„To dobrze, to dobrze. Bo jeżeli chodzi o mnie, to ja – nie. Zbyt dużo rozczarowań przeżyłem. Teraz już jestem programem rezygnacji.”
To była recenzja dwóch twardych praktyków. Rozmawiali o mechanizmach buntu, o granicach resocjalizacji i o tym, jak przedwojenny świat bezlitośnie niszczy efekty pracy pedagoga.
3. Recenzja w liście do Józka Arnona: „Sabra” (1933) i lęk przed głuchym ekranem
W 1933 roku, przygotowując się do podróży do Palestyny, Korczak przeżywa paraliżujący lęk. Człowiek, dla którego polskie słowo, szept, żart i intonacja były wszystkim, boi się, że bez znajomości hebrajskiego w kibucach zostanie zredukowany do „migów i gestów”.
Aby zrozumieć ten nowy świat, idzie do warszawskiego kina na głośny, polsko-palestyński film fabularno-dokumentalny „Sabra” w reżyserii Aleksandra Forda. Chce zobaczyć nowe pokolenie dzieci rodzących się na pustyni – owych „Sabrów”, twardych jak kaktus z zewnątrz, a słodkich w środku. I ta recenzja, przesłana w liście do byłego bursisty Józka Arnona (Halperna), okazuje się chłodna: „Podobno zwiecie urodzonych tam imieniem rośliny «Sabra». Byłem na tym filmie i nie zrozumiałem”. Propaganda Forda go rozczarowała. Nie odnalazła psychologicznej prawdy o dziecku. Ten niedosyt pchnął go, by pojechać do Erec Israel i zbadać tę duszę osobiście.
4. Recenzja Leona Glattenberga w „Małym Przeglądzie”
Te trzy ukryte, pełne smutku recenzje Korczaka zderzają się z niesamowitym głosem młodego pokolenia. Gdy Stary Doktor pogrążał się w depresji, wychowani przez niego młodzi ludzie patrzyli na świat z potężnym optymizmem. Idealnym dowodem są słowa Pana Miszy:
„A jednak życie pokazało samo, że Korczak nie był «programem rezygnacji»”.
Młodzi krytycy z gazety Korczaka widzieli w nim ogień, którego on sam w sobie już nie dostrzegał. I mieli rację. Gdy nadeszły wojna i getto, Doktor odrzucił cały swój filmowy smutek i zyskał nadludzką energię, by chronić swoje dzieci do samego końca.
Podsumowanie: Świat nie torba mała (Korczak w tygodniku Polskiego Radia - Antena)
Te cztery ślady tworzą niesamowity, zamknięty krąg. Korczak dał dzieciom darmowe pocztówki do kin, by uczyły się świata, a sam w tych kinach szukał odpowiedzi na najtrudniejsze pytania o sens własnego życia. Oglądał sowiecką komunę z Panem Miszą, palestyńską pustynię u Forda i hollywoodzkie łzy na Małym Lordzie, bez przerwy recenzując nie tyle filmy, ile samego siebie.




