JANUSZ KORCZAK.
Żydowski niepokój.
Termometr wskazuje 12 stopni poniżej zera.
Krawcowa miała na 11-tą przysłać suknię.
Już pierwsza.
— Czy tylko napewno — niepokoi się pani Stefa przy telefonie.
— Zapewniam panią: dziewczynka przed kwadransem wyszła. Lada chwila będzie.
— Przed kwadransem? — Więc powinna już być. — Chyba się coś w drodze stało?
— Może pani być zupełnie spokojna: mojej Różce nic się nie stanie.
— „Różka”? — Pani Stefa niechętnie się skrzywiła i odłożyła tubę. Rozległ się dzwonek.
— Natalko, otwórz prędko.
— Suknia bez zarzutu. — Jak nie z żydowskiej pracowni.
— Natalko, czy nie masz 50 groszy? Albo zmień mi 5 złotych?
Natalka nie ma.
Różka w lekkim paltocie bez rękawiczek czeka w przedpokoju na pudło.
— Masz.
— Za co?
— Za drogę.
— 5 złotych?
— Wyjdź. Zabrudziłaś podłogę. Trzeba nogi dobrze wycierać.
Rózia wyszła. Natalka poszła sprzątać. I już.
Fakty są zawsze drobne i niezłożone.
Pani Stefa stanęła przy oknie rozdrażniona. Co pomyśli, postanowi — wszystko złe i niezdarne. Każdy krok, każdy czyn.
Zmieniła pracownię. Obraziła się. Powiedzieli: „żydowskie fanaberje”. Ma dobry słuch. Słyszała. I to już drugi raz. Wtedy kazali czekać, choć przyszła przed panią pułkownikową Będzie się teraz w żydowskiej pracowni ubierała.
Władek nie wiedział dlaczego i szorstko, jak on to umie:
— Dwugroszowa polityka.
Krawcowa miała na 11-tą przysłać suknię.
Już pierwsza.
— Czy tylko napewno — niepokoi się pani Stefa przy telefonie.
— Zapewniam panią: dziewczynka przed kwadransem wyszła. Lada chwila będzie.
— Przed kwadransem? — Więc powinna już być. — Chyba się coś w drodze stało?
— Może pani być zupełnie spokojna: mojej Różce nic się nie stanie.
— „Różka”? — Pani Stefa niechętnie się skrzywiła i odłożyła tubę. Rozległ się dzwonek.
— Natalko, otwórz prędko.
— Suknia bez zarzutu. — Jak nie z żydowskiej pracowni.
— Natalko, czy nie masz 50 groszy? Albo zmień mi 5 złotych?
Natalka nie ma.
Różka w lekkim paltocie bez rękawiczek czeka w przedpokoju na pudło.
— Masz.
— Za co?
— Za drogę.
— 5 złotych?
— Wyjdź. Zabrudziłaś podłogę. Trzeba nogi dobrze wycierać.
Rózia wyszła. Natalka poszła sprzątać. I już.
Fakty są zawsze drobne i niezłożone.
Pani Stefa stanęła przy oknie rozdrażniona. Co pomyśli, postanowi — wszystko złe i niezdarne. Każdy krok, każdy czyn.
Zmieniła pracownię. Obraziła się. Powiedzieli: „żydowskie fanaberje”. Ma dobry słuch. Słyszała. I to już drugi raz. Wtedy kazali czekać, choć przyszła przed panią pułkownikową Będzie się teraz w żydowskiej pracowni ubierała.
Władek nie wiedział dlaczego i szorstko, jak on to umie:
— Dwugroszowa polityka.
Niech będzie dwugroszowa. I ubierać się i kupować będzie teraz tylko u Żydów. — Właśnie — na złość.
Och, jakie to wszystko trudne i męczące.
Dawniej odnosiła suknie Zosia, teraz ta Różka. Zosi dawała złotówkę, Rózia chciała dać 50 groszy za drogę. No tak: wyraźnie zapytała się przecież, czy Natalka ma 50 groszy. Dlaczego? — A przez telefon — to ohydne zapytanie: „może się coś w drodze stało?” No tak: Rózia wpadnie pod tramwaj — i pani Stefa nie będzie miała sukni. A wieczorem zobaczy ją Karol. — Poco ten znów się przyplątał?
I właśnie, żeby się ukarać dała 5 złotych na piwo. Ale co pomyśli pokojowa? Zosi za drogę dawała zawsze złotówkę, a „swojej” pięć? — I gniewnie, wyniośle wyrzuciła prawie zmarznięte dziecko. Przecież tak łatwo było: szklaneczkę herbaty.
I wszystko to trzeba tłumić w sobie, bo komu się zwierzy: próbowała mężowi... przymrużenie oczu, pogardliwy uśmiech i — — „żydowski niepokój.”
Och, jakie to wszystko trudne i męczące.
Dawniej odnosiła suknie Zosia, teraz ta Różka. Zosi dawała złotówkę, Rózia chciała dać 50 groszy za drogę. No tak: wyraźnie zapytała się przecież, czy Natalka ma 50 groszy. Dlaczego? — A przez telefon — to ohydne zapytanie: „może się coś w drodze stało?” No tak: Rózia wpadnie pod tramwaj — i pani Stefa nie będzie miała sukni. A wieczorem zobaczy ją Karol. — Poco ten znów się przyplątał?
I właśnie, żeby się ukarać dała 5 złotych na piwo. Ale co pomyśli pokojowa? Zosi za drogę dawała zawsze złotówkę, a „swojej” pięć? — I gniewnie, wyniośle wyrzuciła prawie zmarznięte dziecko. Przecież tak łatwo było: szklaneczkę herbaty.
I wszystko to trzeba tłumić w sobie, bo komu się zwierzy: próbowała mężowi... przymrużenie oczu, pogardliwy uśmiech i — — „żydowski niepokój.”
Różka biegnie. Uszy, ręce, twarz — szczypie, piecze, pali. W mocno zaciśniętej dłoni — „na piwo”. W zeszłym roku o tej porze w szkole jeszcze: chciała być, rozumie się, nauczycielką albo wielką artystką albo — do Palestyny. — „Na piwo”.
Czy wszystko matce oddać? — Może tylko 3 złote, a resztę ukryć i z Gutą do kina na „Tajemnice nocy.” — Film dla dorosłych! — Albo rękawiczki? — Albo braciszkowi piernik? — Albo i to i to?...
Biedna mama. — W taki mróz z ciężkim koszem. Gdy wstawała rano, tak głucho jęknęła.
Wiatr bije w twarz i oczy.
— Panienko, nie tak prędko, bo ślisko; jeszcze się panienka przewróci.
Ten sam. Już trzeci raz ją zaczepia. Co on sobie myśli? Jakie to wszystko trudne i męczące.
Różka wbiega do pracowni. Z zgrabiałych rąk wysuwa się rzemień pudła. Siada na krześle i płacze.
— Co się stało? Czy oddałaś, — pyta się niespokojnie „stara”.
— Oddałam. — Nic, — zimno.
— No, no moja mała tylko bez fochów. — Myślałby kto. — Zimno...
Czy wszystko matce oddać? — Może tylko 3 złote, a resztę ukryć i z Gutą do kina na „Tajemnice nocy.” — Film dla dorosłych! — Albo rękawiczki? — Albo braciszkowi piernik? — Albo i to i to?...
Biedna mama. — W taki mróz z ciężkim koszem. Gdy wstawała rano, tak głucho jęknęła.
Wiatr bije w twarz i oczy.
— Panienko, nie tak prędko, bo ślisko; jeszcze się panienka przewróci.
Ten sam. Już trzeci raz ją zaczepia. Co on sobie myśli? Jakie to wszystko trudne i męczące.
Różka wbiega do pracowni. Z zgrabiałych rąk wysuwa się rzemień pudła. Siada na krześle i płacze.
— Co się stało? Czy oddałaś, — pyta się niespokojnie „stara”.
— Oddałam. — Nic, — zimno.
— No, no moja mała tylko bez fochów. — Myślałby kto. — Zimno...

