Pan Misza Wasserman Wróblewski, after escaping the ghetto, joined the Red Army and later the First Polish Army (part of the Soviet Army) in 1944 (photo from October 1944), reaching the rank of officer and fighting in Berlin.
Michał (Misza) Wasserman-Wróblewski(1911–1993), affectionately known asPan Misza, was aPolish educator and close associate of Janusz Korczak.
Life and Career with Janusz Korczak
Educator at the Orphans' Home: He worked at Korczak's Dom Sierot (Orphans’ Home) at 92 Krochmalna Street in Warsaw from 1931 until August 5, 1942.
Holocaust Survival: He was the only teacher from the orphanage to survive the August 5, 1942, deportation to the Treblinka extermination camp. He escaped death because he had been sent out for work duty outside the Warsaw Ghetto earlier that morning.
Military Service: After escaping the ghetto, he eventually joined the Red Army and later the first Polish Army (part of the Soviet Army) in 1944, reaching the rank of officer and fighting in Berlin.
Legacy and Later Life
Post-War Leadership: In post-war Poland, he headed the Korczak Committee (Komitet Korczakowski) until 1968.
Life in Sweden: In 1970/1971, he moved to Sweden (settling in Stockholm in 1979), where he founded the Korczak Living Heritage Association (Föreningen för Janusz Korczaks levande arv) to continue spreading Korczak’s pedagogical ideas.
Recognition: He was honored by UNESCO for his work in education and for preserving the legacy of Korczak.
Commemoration
A commemorative stone and a 1,000-tree plantation were established in the Korczak Forest near Jerusalem in his memory.
His son, Roman Wróblewski, continues to document his father's life and work through publications and digital archives.
Specyalne kolory kart dla chłopców i dziewczynek, dla chrześcian i żydów, ułatwiają segregowanie i zapobiegają omyłkom. Jak już zaznaczyliśmy wyżej, pierwszeństwo co do wysyłania na Kolonie mają dzieci słabowitsze i uboższe. A więc wszystkie dzieci ze stopniem „1" są przeznaczane na wyjazd, o ile na karcie niema adnotacyi o chorobie zaraźliwej lub braku szczepionej ospy. 25 lat działalności Towarzystwa Kolonii Letnich w Warszawie / napisał Klemens Łazarowicz.
Z kart tych wybiera się 100 chłopców chrześcian, 100 chłopców żydów, 100 dziewczynek chrześcianek i 100 żydówek. W ten sposób otrzymujemy komplet dzieci, które w danym roku będą wysyłane do Ciechocinka. Pierwszeństwo mają dzieci, które otrzymały gorszy stopień na karcie „1", następnie „2" i wreszcie „3." Wszystkie dzieci ze stopniem „1" są wysyłane bez wyjątku. Z ogólnej liczby dzieci, mających stopień „2" dobiera się tyle, ile potrzeba do kompletu. 25 lat działalności Towarzystwa Kolonii Letnich w Warszawie / napisał Klemens Łazarowicz.
Archiwa GFH.
Wizyta Ignacego Mościckiego, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, na obozie letnim dla dzieci polskich i żydowskich imienia bankiera i filantropa Hipolita Wawelberga, w pobliżu Puszczy Kampinoskiej w Polsce, 1930 r. Pan Misza (Wasserman Wroblewski): „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?"
Pan Misza (Wasserman Wroblewski): „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?"
Pan Józek (Halpern Arnon) w 1940 r.
Pan Misza (Wasserman Wróblewski).
Janusz Korczak zdawał sobie dobrze sprawę z tego że pensja 75 złotych miesięcznie nie wystarcza na potrzeby bursistów w Domu Sierot. Pisał o tym zarówno Pan Józek (Józef Halpern, Arnon) i mój tata, Pan Misza (Wasserman, Wroblewski). Bursisci pracujący jako wychowawcy na koloniach u Wawelberga zarabiali dużo lepiej niż na koloniach Korczaka w Gocławku. W znajdowaniu takich dodatkowych, lepiej płatnych prac, byli aktywni zarówno Doktor jak i Pani Stefa.
Praca wychowawcy na „Koloniach letnich dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga” to była trudna praca, bardzo trudna. Szczególnie na koloniach w Ciechocinku. Tam bowiem razem miały wypoczywać najbardziej chorowite i najbiedniejsze dzieci Warszawy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Dzieci które przyjeżdżając na kolonie miały "wyniesiony z domu i z ulicy" wprost wrogi stosunek do siebie. Oprócz tego, mimo że ani Pan Józek ani Pan Misza o tym nie wspominają, to istniał równiez problem językowy. Dla wielu żydowskich dzieci język polski był tzw. drugim językiem. Korczak pisze o tym opisując żydowskie dzieci którymi, jako student, zajmował się na koloniach Michałówka. Korczak poświęcił temu problemowi w Mośki, Joski i Srule cały rozdział 13 pt. Gazeta „Michałówka“ — Dlaczego chłopcy źle mówią po polsku? — Smutno — jest po żydowsku też: smutno.:
O koloniach letnich można było ładniej napisać w gazecie, ale dzieci żydowskie źle rozumieją po polsku i trzeba pisać dla nich łatwemi wyrazami.
Niektórzy chłopcy wcale nie mówią po polsku, ale pomimo to radzą sobie doskonale. Mówią:
— Proszę pana — o, o, o!
— O, o-o-o! znaczy: mam za długie spodnie, brakuje mi guzika, komar mnie ugryzł, jaki ładny kwiatek, nie mam noża, albo widelca.
Wszystkie te zdania zastępuje jedno krótkie:
— O, o, o-o!
Śniadanie, podwieczorek, kolacja — wszystko nazywa się obiad. I ile razy odezwie się dzwonek, biegną z wesołym okrzykiem:
— Na obiad!
Skąd wiedzieć mają, że różne nosi imiona posiłek, w różnych porach dnia spożywany, gdy w domu, ile razy są głodne, otrzymują zawsze taki sam chleba kawałek z niedocukrzoną herbatą?
Rzecz inna ci, którzy mieszkają na ulicach, gdzie dużo jest chłopców polskich.
Grinbaum ze Starego Miasta mówi dobrze po polsku, bracia Furtkiewicz noszą już polskie imiona: Henio, Gucio się nazywają. A Topcio Mosiek razem z Frankami i Jankami gołębie podpuszcza, nauczył się od nich gwizdać na palcach i piać jak kogut, bo mieszka na Przyokopowej ulicy...
Ale są w Warszawie ulice, gdzie jeśli się słyszy polski wyraz, to tylko brzydkie przekleństwo stróża domu, że mu żydowskie bachory podwórze zaśmiecili. I jeśli tam chłopczyna usłyszy mowę polską, to tylko:
— A bodajeś zdechł, a bodaj was cholera.
Zarówno Pan Józek jak i Pan Misza świetnie znali i polski i żydowski ale tak jak poprzednio zaznaczylem to nie były tylko sprawy jezykowe. Jak nauczyć tak dwie odmienne grupy dzieci wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia? Dzieci żydowskie, (te które chciały) chodziły w sobotę do synagogi a chrześcijańskie w niedzielę do kościoła.
Wg. Pana Miszy, Korczak z ogromnym zainteresowaniem dopytywał się potem o dzień powszedni na koloniach Wawelberga, o moje spostrzeżenia, trudności, o choćby nawet i nikłe osiągnięcia, do których przywiązywał szczególną wagę.
Pan Józek (Józef Halpern, Arnon) napisał o koloniach u Wawelberga w Ciechocinku broszurę która, miał nadzieje, zostanie opublikowana przez jakieś towarzystwo kolonijne. Opisał w niej wiele problemów i dokładnie co poniektóre charactery chłopców. Jego grupa, podobnie jak inne na koloniach Wawelberga w Ciechocinku to były chore dzieci, chrześcijańskie (polskie) i żydowskie. Stopien choroby był określany przy zapisach w Warszawie. Do tej broszury Józka Arnona napisał Janusz Korczak Wstęp. Po Wstępie mój wybór z notatek Józka Halperna.
- Wstęp -
Powinna powstać bibljote(cz)ka - notatki wychowawców Kolonij letnich. Wykłady nie wypełnią luki: nie jak być powinno, a jak jest. Młodzież z tej bezpretensjonalnej literatury poznałaby zadania i trudności. Nie dzieje się zbyt dobrze. Jedni łudzą się, że sami wypoczną, a zasiedzeni, bądź siebie oskarżają, że nie umieli, bądź po prostacku oskarżają dzieci. – Inni pragną naśladować wzory obozów harcerskich. Prócz zawodu sobie, dzieciom szkodzą. Inni wreszcie skazani na li-tylko bierne wypełnianie wskazań kierownictwa, nie wnoszą własnej, barwnej inicjatywy, zniechęcają się; a szkoda dobrej woli. Gdyby udało się autorowi tych notatek znaleźć nakładcę, możeby się stały zalążkiem takiej bibljoteczki. Warto. Te nieliczne tygodnie pobytu na wsi są dla wielu tysięcy dzieci jedynym w życiu okresem beztroskiej radości. J. Korczak
Chłopcy się poznawają
-A ja do siódmego oddziału-wtrąca Turkowski
Eh, to niemożliwe, drwinę odpowiada Grynberg
Nie wierzysz -dobrze, to pójdziemy do kościoła.
?
No, bo tam ci przysięgnę na to - mówi już zupełnie wesoło Turkowski.
Turkowski płakał, bo bał się, że będą go wyśmiewali
i wyszydzali, a żadnego obrońcy mieć nie będzie.
Mama i tata daleko będą od Kolonji, bo aż 6 godzin jazdy koleją. A na Kolonje jedzie pierwszy raz, nie wie, jak tam jest, jacy będą chłopcy, jaka Pani, Pan.
Rysio przed dworcem nieufnie spodełba spozierał na mnie, po pociągu po kilku zabawach i żartach- nieśmiały, ale życzliwy uśmiech w moją stronę skierowany. Przy wysiadaniu- Ja Panu teczkę poniosę - proponuje nieśmiało. Nie chęć przymilenia się, ale szukanie sposobności przysłużenia się itd., wykazania swego przychylnego stosunku. Ogłaszam: Chłopcy pamiętajcie, że przed dziesiątą9ątą nikt jeść nie
Archiwa GFH.
6-7 we wszystkim chłopcom, że bezwzględnie nie pozwolę na to, by chłopcy przynosili szyszki, albo tym podobne rzeczy do sypialni, bo będą następstwa bardzo przykre: Noniek, kładź się! Szyszki morałem, i gromada zadowolona i Noniek ukarany i pojawienie się szyszek na sali, o ile nie na cały sezon, to przynajmniej na tydzień, dwa, niemożliwe 7. Noc spokojnie przeszła, wszystko składnie szło. I mycie się, i słanie łóżek, i śniadanie, Czyżby nie za nadto! Po śniadaniu poszliśmy do parku. Ładny, kuracyjny, zachodni park. Źródła, solanki i innych wód mineralnych. Dzieci piły wodę solankową. Orkiestra, kort tennisowy. Zadowolenie-rozkosz. Duże rozkwitłe róże, świeża, zielona trawa i "świeże słońce". Perli się wszystko i kioski, i fontanna parasolkowa z Jasiem i Małgosią, i druty przy korcie tennisowym i oczy Ludka i buzia Kazałem wszystko, wszystko.....
Archiwa GFH.
Moralność bierna - to nie krzywdzić, nie niszczyć cudzego szczęścia, cudzej pracy, nie wycisnąć łez, siać dookoła siebie smutku. - Geniek - męta społeczny. Zamęt i nieporządki - to jego żywioł. Brużdżący typ aspołeczny. Zupełny brak zainteresowań intelektualnych.
Zmiana bielizny pościelowej. Odpinanie koców, przyszywanie czystych i ich własnych prześcieradeł. Ile tutaj należy mieć doświadczenia? Rano zaczęliśmy, musieliśmy przerwać bo śniadanie. Gimnastyki przez to nie było. Jedni mają czyste prześcieradła, drudzy ich nie mają, drudzy mają tylko jedno czyste, więc należy narazie brudne zostawić. Które dać na wierzch. Chciałem dać brudne, uczyn to na spód, aż będą czyste kolonijne / pomyślałem: będą prędzej/ Sprzeciw: na wierzchu musi być czyste, a pod spodem parę kropek... W tym należy być uczciwym i mieć dużo doświadczenia. Przyjechał nowy chłopak. Padają pytania. Gdzie on będzie spał? Jak on się nazywa?
Czy Żyd?
Archiwa GFH.
-6-
A, że niedziela miały dzieci pójść do kościoła, o, jak niechętnie szły! Jaki szczęśliwy, zadowolony zdawał się być Mundek, kiedy mówił: "ja nie idę, ja jestem ewangelikiem" a ja nie idę - powiedział Geniek, bo jestem Żydem Dziwne: chciałby przez chwilę stać się Żydem, po to, aby nie iść do kościoła. Kazik powiedział coś Jurkowi o Bronce. Dowiedział się o tem Lutek. Złapał Kazika za domem i -bójka. Stałem i patrzyłem, nie przerywając. Lutek gdzieindziej mierzył, a gdzie indziej bił. Ciosy padały, Kazik nieudolnie się bronił. Trwało to kilka sekund. Kazik nie płakał, bo nie był brutalnie bity. Przypisuję to temu, że ja stałem. Intryga Kazia i obrażona duma Lutka znalazły w ten sposób wyładowanie. Mały, oczy niebieskie, niespokojne, blady i słaby to Ludwik Ryboński: Mamusia powiedzieli, żeby się Pana słuchać, żebym nóżki miał ozłate, gdzie mnie posadzą tam, żebym siedział, żeby być grzecznym, Proszę Pana, ja bym prosił o łóżeczko, na którem by rano było słoneczko, Ja tak lubię uśmiech i prośba na twarzy.
Archiwa GFH.
12 Badanie dzieci. Dużą zdobyczą pedagogji byłoby gdyby wychowawcami mogli być, byli, chcieli być lekarze. "Dziecko z moczeniem nocnem, dziecko wymiotujące, z ropiejącem uchem, dziecko, które się samaluto, z wysypką na ciele czy na głowie, on musi wysadzić, umyć opatrzyć." Gdyż jak inaczej przedstawia się dziecko w ubraniu, którego oczy są wszystkiem, słowa, zdania wyrażające myśli, ukoronowaniem jego stosunku do wychowacy, a nagie widziane i oglądane okiem lekarza, wystukiwane i badane słuchawką. Wychowawca musi widzieć dziecko oczyma medyka i psychologa.
Lutek nadwolański, kochany bandyciak, żywy, piękny, wesoły i zwinny - migdały jak dwie śliwy. Inhalacje. Jurek piękny, niebieskooki, alabastrowy. "podbijacz serc niewieścich" chłopak chore serce: dużo nie chodzić, więcej odpoczywać, dłuższe wycieczki wzbronione. -Gazówki. Piękne, to żywe, imponujące, błyszczące tylko dotykać twarzy, rąk i ciała, a broń Boże nie zaglądaj do gardła, kości, serc. Stasiek M. cóż to za ciało, co za budowa, jakie kształty! kręgosłup skrzywiony, łopatka prawa wyższa, oczy po szkarlatynie, brzydko zaropione bliznami Szkarlatyna przeleciała nad jego ciałem.
Archiwa GFH.
10 - Proszę Pana, ja bym prosił o łóżeczko, na którem by rano było słoneczko, Ja tak lubię uśmiech i prośba na twarzy. - Znalazłem 2 bułki u niego pod poduszką - Po coś je ta położył? - a nie mogłem zjeść, sama już coś zrobię z tego w domu - Wieje od niego łąk, polen, skoszoną trawą, sianem, zroszoną trawą Dobroć/ granicząca z głupotą/prawdomówność i chorobliwa /?/ uległość. Zupełnie bez samodzielnościPraca wychowawcza może wtedy być owocną, jeżeli obok sumienności, taktu i zmysłu organizatorskiego, jako cech charakteru- wychowawca ma w rękach środki represji. Aby zorganizował gromadę należy utemperować typy wyraźnie aspołeczne, unieszkodliwić, uniemożliwć im brużdżenie, dać im zajęcie, lecz trzymać w garści. Kara jest jedyną bronią w ręku wychowawcy, który musi stać na straży, kulturalnego współżycia wychowanków, zwłaszcza na kolonjach letnich, gdzie dzieci przyjeżdżają różne i na bardzo krótki czas. I oto stanąłem przed faktem. Stasik i Geniek wyraźnie przeszkadzają. Stasiek podburza, przeciwko Żydom, Geniek jest ciałem wykonaw-
Archiwa GFH.
15 Mietek i Geniek - boks.
Posprzeczali się o drobiazg - nawiązała się bójka. Mietek z podbitem okiem i opuchniętym nosem, Geniek tylko z sińcem pod lewem okiem. Zaciękłość i bezwzględność w bójce absolutnie trudne do zaobserwowania w bójce między dwoma Żydami. Bezgraniczna wściekłość;
Skończyli bójkę - poszliśmy do lasku. W nim dalszy ciąg. Stają naprzeciwko siebie - dookoła dzieci - widzownie. No, Geniek daj mu! - woła jeden - Mietek, podgzymśnij mu drugie oko, bo on tobie to zrobi. Bogdan popycha Geńka w kierunku Mietka. Oponuje. E, proszę pana, tak się zawsze robi, bo oni nie zaczną się bić odpowiada mu Bogdan, Nie wierzę.
Trącono Mietka na Geńka. Bójka się rozpoczęła. Zacięta, silna. Geniek zarobił spuchniętą rękę i stracił kilka łez, Mietek skorzystał obrzęchły nos. Wył dowali się zupełnie - nie mają nic do siebie.
Archiwa GFH.
E, ja sobie sam zrobię wanienkę - zrezygnowanie i z lekceważeniem mówi.
Narysował na piasku obwód, i z zapałem bierze się do roboty. Ciekaw jestem czy zrobi: - Pomyślałem: nie. Po minucie w piasku zagłębienie, a Geniek leży już opodal brzuchem do góry.Ja się będę lepiej opalać - pociesza się. Niedaleko Birnbaum i Berek budują w piasku tężnię, tunel, podpory, fundament. Zainteresowania techniczno - artystyczne. Wyraźnie zarysowane typy społeczne: Lutek - prowodyr, wodzirej, wysuwany przez innych. Mundek - mądry, pomysłowy, inteligentnie życiowo, chłopak. Typ aktywny. Moralność czynna - to przynosi pożytek, rzetelnie, z pożytkiem dla ludzi pełni swą najważniejszą służbę, siać pogodę, jasność, ciepłość. Uśmiechy. Jurek - pustota, dufność, brak samodzielności, przedsiębiorczości i pomysłowości. Zdziś - brak zainteresowania do prac kolektywnych, typ aspołeczny.
***********************************
* Sprawozdanie TKL (Towarzystwo Kolonii Letnich) i opis Lazarkiewicza. TKL to historyczna warszawska organizacja założona w 1882 roku przez dr. Stanisława Markiewicza, której celem było zapewnienie wypoczynku letniego (kolonii) ubogim dzieciom z miast, wysyłając je na wieś, aby korzystały ze słońca i świeżego powietrza. Inicjatywa ta, wzorowana na podobnych rozwiązaniach w Europie Zachodniej, działała do 1939 roku, a jej założyciel, higienista Markiewicz, był pionierem idei kolonii w Polsce.
Na początku XX w. Towarzystwo Kolonii Letnich posiadało już pięć własnych ośrodków zwanych „koloniami”. Wszystkie zostały sfinansowane przez prywatnych donorów. Dwie pierwsze – tzw. Wilhelmówkę i Zofiówkę (obie w guberni łomżyńskiej) – ufundowali spadkobiercy niemieckiego przedsiębiorcy W. E. Rau’a. Po wybudowaniu tych ośrodków Towarzystwo uznało za niezbędne powołanie specjalnej kolonii dla dzieci żydowskich – tak powstała tzw. Michałówka (również w guberni łomżyńskiej), sfinansowana przez spadkobierców Michała Endelmana. W następnych latach powstały kolejne dwa ośrodki - w Ciechocinku (wzniesiony kosztem Hipolita Wawelberga) oraz w Lesznie (sfinansowane przez małżeństwo Bersonów), z których korzystały zarówno dzieci chrześcijańskie, jak i żydowskie. Wszystkie te obiekty zostały zaprojektowane jako eleganckie budynki mieszkalne o charakterze letniskowym, z sypialniami, pomieszczeniami gospodarczymi, obszernymi drewnianymi werandami. Budowano je zgodnie z wymaganiami higieny oraz z myślą o wygodzie i potrzebach dzieci.
** GFH - Archiwum kibucu Ghetto Fighters w Izraelu.
25 lat działalności Towarzystwa Kolonii Letnich w Warszawie / napisał Klemens Łazarowicz.
Kolonie letnie dla dzieci żydowskich i chrześcijańskich im. Wawelberga i Rotwanda organizowane były również w Ciechocinku. Była to jedyna kolonia letnia o charakterze leczniczym. Wyposażenie budynku, przeznaczonego na sto łóżek, sfinansował Wawelberg, który opłacał też koszty utrzymania kolonii. Przez wiele lat chore dzieci z biednych rodzin przyjeżdżały do Ciechocinka na leczenie. Były lata, że frekwencja wynosiła nawet kilkaset małych kuracjuszy. W testamencie Wawelberg na jej utrzymanie zostawił 4 tysiące rubli corocznej zapomogi. Wawelberg zastrzegł też, żeby z kolonii korzystały w połowie dzieci chrześcijańskie, a w połowie żydowskie. Podczas swego pobytu w uzdrowisku otrzymywały one do użytku nowe ubrania i bieliznę.
Z kart tych wybiera się 100 chłopców chrześcian, 100 chłopców żydów, 100 dziewczynek chrześcianek i 100 żydówek. W ten sposób otrzymujemy komplet dzieci, które w danym roku będą wysyłane do Ciechocinka. Pierwszeństwo mają dzieci, które otrzymały gorszy stopień na karcie „1", następnie „2" i wreszcie „3." Wszystkie dzieci ze stopniem „1" są wysyłane bez wyjątku. Z ogólnej liczby dzieci, mających stopień „2" dobiera się tyle, ile potrzeba do kompletu. Wskazówkami przy segregowaniu dzieci, mających jednakowe stopnie, są dane lekarskie, odnotowane na karcie kwalifikacyjnej, a więc pierwszeństwo mają dzieci słabowite i uboższe. Podział dzieci na sezony jest rzeczą łatwą. Ponieważ w Ciechocinku są 4 sezony dla dzieci, więc na sezony środkowe przeznacza się dzieci, uczęszczające do szkoły. Na sezon pierwszy i ostatni przeznaczają się dzieci, które do szkoły nie chodzą. Karty kwalifikacyjné dzieci, przeznaczonych na wyjazd do Ciechocinka na poszczególne sezony, układa się w oddzielne paczki z odpowiednimi napisami. W podobny sposób postępuje się z pozostałemi kartami kwalifikacyjnemi, na których przy wyrazie Ciechocinek niema stopnia. A więc przedewszystkiem wybiera się karty, oznaczone stopniem „1," następnie stopniem „2." Jeżeli tych zabraknie do kompletu, dobiera się potrzebną ilość kart ze stopniem „3." Ponieważ zarząd Kolonii już w projekcie budżetowym, przedstawianym na ogólne zebranie, określa liczbę dzieci, które mają być wysłane na poszczególne Kolonie, więc odrazu odpowiednie karty kwalifikacyjne układa się w paczki, odpowiadające oddzielnym Koloniom i sezonom. Specyalne kolory kart dla chłopców i dziewczynek, dla chrześcian i żydów, ułatwiają segregowanie i zapobiegają omyłkom. Jak już zaznaczyliśmy wyżej, pierwszeństwo co do wysyłania na Kolonie mają dzieci słabowitsze i uboższe. A więc wszystkie dzieci ze stopniem „1" są przeznaczane na wyjazd, o ile na karcie niema adnotacyi o chorobie zaraźliwej lub braku szczepionej ospy.
Pan Misza (Wasserman Wróblewski) pisał w swoich wspomnieniach:
Zdając sobie sprawę z moich kłopotów materialnych, pani Stefa poleciła mnie jako płatnego wychowawcę na „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?
Oddano mi pod opiekę grupę starszych chłopców. Początkowo straciłem wiarę. Ale te dzieci ulicy nie były wcale złymi ludźmi. Udało mi się jakoś zdobyć ich zaufanie. Sądzę, że praca z nimi dała mi dużo. Przypuszczam, że i moi chłopcy wynieśli sporo korzyści z tego wspólnego pobytu. Kilkakrotnie z wzajemnego zainteresowania sobą zrodziło się coś na kształt przyjaźni, czy - skromniej mówiąc - sympatii, życzliwości, obietnic, że będą się spotykać i pomagać sobie w razie potrzeby.
Gdy na początku roku szkolnego wracałem na Krochmalną, Korczak z ogromnym zainteresowaniem dopytywał się o dzień powszedni na koloniach, o moje spostrzeżenia, trudności, o choćby nawet i nikłe osiągnięcia, do których przywiązywał szczególną wagę. Zazwyczaj siadaliśmy wtedy obok lub naprzeciw siebie. A Pan Doktor umiał słuchać jak nikt inny! Nie przerywał. Potem dopiero zadawał rzeczowe pytania lub rzucał jakąś uwagę. Lubiłem ogromnie te rozmowy. Przyznaję szczerze, że nie przepadałem za najmilszymi nawet rozmowami „na stojąco”. Doznawałem wówczas uczucia jakiegoś dziwnego zażenowania. Pan Doktor podnosił wtedy głowę, przewyższałem go bowiem wzrostem. A przecież czułem się przy nim, a nawet podczas jego nieobecności, w porównaniu z nim taki mały, nieważny, niewiele znaczący, choć on we mnie niejednokrotnie usiłował wyzwolić poczucie własnej wartości. Był i pozostał dla mnie autorytetem intelektualnym oraz moralnym.
Błędem jest myśleć, że tylko Żydzi cierpią. Źle jest wszystkim. Czekają i pokrzywdzeni i krzywdziciele. Można dać szczęście (na razie tylko Dzieciom. Bez radosnego dzieciństwa całe życie musi być kalekie...
Bez radosnego dzieciństwa całe życie musi być kalekie...
Autorem tych słów jest Janusz Korczak (Henryk Goldszmit). Cytat pochodzi z jego listu z 1937 roku do Edwina Markuze. Korczak wierzył, że dzieciństwo nie jest jedynie "przygotowaniem" do bycia dorosłym, ale pełnowartościowym etapem życia. Jeśli ten etap zostanie pozbawiony radości, poczucia bezpieczeństwa i szacunku, człowiek wchodzi w dorosłość z emocjonalnymi brakami („kalectwem”), które trudno później uleczyć.
Słowa te współgrają z naczelną zasadą Korczaka: „Nie ma dzieci, są ludzie” i podkreślają podmiotowość dziecka, jego prawo do szacunku i samodzielności, dokładnie tak samo jak dorosły.
Screen dump - January 4, 2026. Number of views during December: 49,791.
The blog is highly established, having been active for nearly 20 years. Its initial inspiration was the author's golden retriever, Jim Bao, who passed away in 2006.
Later, "Jim Bao Today" evolved into a niche personal blog focused on Dr. Janusz Korczak and his Orphanage in Warszawa and the Holocaust.
On January 4, 2026, "Jim Bao Today" reached a milestone post count of 1,250,000.
Its popularity can be characterized by its longevity and specific subject matter rather than mass-market traffic.
It remains active into 2026, with recent posts continuing its tradition of documenting historical sites and personal observations.
Recent posts on Jim Bao Today are continuing its tradition of documenting historical sites and personal observations.
The author's golden retriever, Jim Bao, passed away in 2006. Photo taken in 2005 on the frozen lake Riddarfjärden, Stockholm, Sweden.
Leon – Georg Glattenberg (górny rząd, drugi od lewej), znany później jako Ze'ev Harari; Edwin Markuze (górny rząd, trzeci od lewej), Lejzer Czarnobroda (górny rząd, czwarty od lewej), Madzia Markuze (górny rząd, piąta od lewej), Igor Newerly (górny rząd, szósty od lewej), Ludwig Mirabel (górny rząd, siódmy od lewej), Kuba Kirstein (górny rząd, po prawej), Szlomo Kurzbard (górny rząd, drugi od prawej), Efraim Rozen (górny rząd, czwarty od prawej), Dycia Goldgraber (dolny rząd, druga od lewej), Dorka Goldgraber (dolny rząd, trzecia od lewej), Renia Herszenfus (dolny rząd, czwarta od lewej), Stefa Reif (dolny rząd, piąta od lewej), Irena Librader (dolny rząd, trzecia od prawej) oraz Maurycy Kotler. Sfotografowani w 1936 roku.
Działo się to w środę, dn. 23 maja, o godzinie 6-ej wieczór. Wyszedłem od kolegi, który mieszkał na Browarnej, obok Karowej. Ponieważ wieczór był ładny, obrałem kierunek Wisły, zresztą Wisła jest bliżej do naszego mieszkania. Szedłem pogwizdując wesoło, zdawało mi się bowiem, że wpadłem na dobry pomysł, i napręzno naprawię aparat rakowy, nad którym napróżno głowił się kolega. Chciałem już rozpakować i jeszcze raz zajrzeć do skrzynki, gdy usłyszałem za sobą kroki. Obejrzałem się. Szło za mną kilkanaście jasnych koszul z mieczykami Chrobrego, kilku uczniów szkoły Konarskiego i parę czapek gimnazjalnych. Co robić? Uciekać? Nie ma sensu. I tak dogonią. Zresztą ściganie tylko rozpala żądze schwytania zwierzyny. Przyspieszyłem kroku. Jeśli nie mają złych zamiarów myślałem, albo jeśli się jeszcze nie zdecydowali, nadepną się i pozwolą mi odejść. Ale jeden zabiegł mi drogę i wprawnym ruchem apasza z całych sił nasunął mi kapelusz na oczy, drugi dał mi szczutka w nos, jednocześnie trzeci podstawił nogę, inni zaś rzucili mnie na ziemię, zaczęli bić i kopać w twarz, w plecy, w brzuch... Straciłem przytomność. Gdy podniosłem głowę, ujrzałem nad sobą rozbawioną gromadę. Śmieli się i dowcipkowali na temat mojej bezsilności. Wstałem, ociekając krwią. Chwiałem się na nogach, więc musiałem oprzeć się o drzewo. Widziałem wszystko, jak przez mgłę. Chciałem podnieść okulary, lecz wyprzedził mnie jeden z napastników. Podniósł okulary i spokojnie, metodycznie połamał na drobne kawałki rogową oprawę, następnie stłukł o kamienie szkiełka.
Pokrwawiony dowlokłem się do policjanta przy moście Kierbedzia. Zawiadomiłem, że mnie pobili. Prosiłem o interwencje. A co pan chce, żebym ja się z nimi bił? - odpowiedział obojętnie posterunkowy. Kulejąc, przyszedłem do domu, gdzie już zaopiekowała mną matka.
Czy byliście kiedyś bici dlatego, że to innym sprawia przyjemność, że twarz wasza programowo przeznaczyli do bicia? No, w takim razie nie warto pisać, - nie zrozumiecie, co ja czuję w tej chwili.
Jestem synem przeciętnego żyda i obywatela polskiego. Mój ojciec miał zakład przewozowy. Zrujnował go podczas wojny 1918-20 roku, bo zabrał wszystkie konie i poszedł z transportem wojskowym. Najstarszy brat, mając lat 16, wstąpił na ochotnika do armii Hallera, z której już nie wrócił. Może poległ obok brata któregoś z moich napastników? Ja uczyłem się wpierw w szkole powszechnej, potem w żydowskiej szkole rzemieślniczej. Bili mnie więc bracia kolegów mego brata i ojca z czasów wojny. przyszli rzemieślnicy jak i ja, bo uczniowie polskiej szkoły rzemieślniczej. Za co bili?
Leon Glatenberg.
English Translation
A. It happened on Wednesday, May 23rd, at 6 o'clock in the evening. I left my friend's place, who lives on Browarna Street, next to Karowa. Because the evening was nice, I headed towards the Vistula River; besides, the Vistula is closer to our apartment. I walked along whistling cheerfully, as it seemed to me that I had a good idea, and would finally fix the cancer (radio?) apparatus that my colleague had been puzzling over in vain. I was about to unpack and look into the box one more time when I heard steps behind me. I looked back. Several dozen bright shirts with Chrobry's swords, a few pupils from the Konarski school, and a couple of gymnasium caps were walking behind me. What to do? Run away? No point. They'll catch me anyway. Besides, chasing only fuels the desire to catch the prey. I quickened my pace. If they don't have bad intentions, I thought, or if they haven't decided yet, they will trip up and let me go. But one of them blocked my way and, with a practiced apaché move, pulled my hat down over my eyes with all his strength, a second one flicked my nose, at the same time a third one tripped me up, while the others threw me to the ground, started beating and kicking my face, my back, my stomach... I lost consciousness. When I lifted my head, I saw a laughing crowd above me. They were laughing and joking about my helplessness. I stood up, dripping with blood. I was swaying on my feet, so I had to lean against a tree. I saw everything as if through a fog. I wanted to pick up my glasses, but one of the assailants beat me to it. He picked up the glasses and calmly, methodically broke the horn frame into small pieces, then smashed the lenses against the stones. Bloody, I dragged myself to the policeman by the Kierbedzia Bridge. I informed him that I had been beaten up. I asked for intervention. "What do you want, me to fight them?" the indifferent constable replied. Limping, I came home, where my mother took care of me. Have you ever been beaten because it gives others pleasure, because your face was systematically designated for beating? Well, in that case, it's not worth writing, you won't understand what I feel right now. I am the son of an average Jew and a Polish citizen. My father had a transport business. He ruined it during the 1918-20 war because he took all the horses and joined a military transport. My eldest brother, aged 16, volunteered for Haller's army, from which he never returned. Maybe he fell next to the brother of one of my assailants? I studied first in a general school, then in a Jewish trade school. So I was beaten by the brothers of my brother and father's colleagues from the time of the war. They were future craftsmen just like me, as they were students of a Polish trade school. What did they beat me for? Leon Glatenberg.
Here is a summary of the powerful personal account by Leon Glatenberg:
Summary of the Account
This narrative is a firsthand description of a brutal, unprovoked, antisemitic attack that took place in Warsaw.
The Incident: The narrator was walking home on a Wednesday evening when he was ambushed by a group of youths, some wearing specific school insignia (Chrobry's swords, Konarski school caps).
The Attack: After being cornered, he was violently thrown to the ground, beaten, and kicked until he lost consciousness. The attackers laughed and joked about his helplessness.
Destruction of Property: When he came to, one of the assailants meticulously broke his glasses before smashing the lenses on the ground.
Police Indifference: Bloody and injured, the narrator sought help from a policeman nearby, who indifferently refused to intervene, asking if the narrator wanted him to "fight them".
Personal Reflection: Glatenberg reflects on the pain of being attacked purely for the pleasure of others.
Context of Identity: He identifies himself as the son of an average Jewish citizen and a Polish citizen. He highlights his family's history of Polish patriotism (his father served in the 1918-20 war, his brother died volunteering for Haller's army).
The Perpetrators' Identity: He realizes his attackers were likely the brothers of his father's and brother's former wartime colleagues—fellow Polish trade school students (future craftsmen like himself). He ends by questioning the motivation for the attack: "What did they beat me for?"