Rok 1992 - dopiero wtedy zacząłem poznawać nowego Korczaka i Pana Miszę. Tutaj podczas uroczystosci w Izraelu odkrycia tablicy pamiatkowej i zasadzeniu "Lasu Pana Miszy". Pierwsza od prawej Jadwiga Bińczycka. Pierwsza od lewej Ceska Arnon, ja w sroduku. Bińczycka była profesorem Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie i wychowała rzesze nauczycieli, forsując korczakowskie podejście oparte na szacunku, partnerstwie i podmiotowości małego człowieka. Bińczyckiej fascynacja myślą Janusza Korczaka rozpoczęła się już na wczesnym etapie pracy akademickiej – podczas studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim oraz w trakcie współpracy z wybitnym pedagogiem prof. Bogdanem Suchodolskim. Wtedy chyba spotkała moją mamę która w 1969 roku miala bronic swoja prace doktorską. Mojej mamy promotorem byl równiez Bogdanem Suchodolski.
Tak, dopiero 50 lat po 5 sierpnia 1942 roku zacząłem poznawać nowego Korczaka i Pana Miszę.
Zaznaczam "nowego", bo to ma oczywiście oznaczać, że dobrze znałem Janusza Korczaka i Pana Miśkę, mojego tatę.
Gdy byłem małym chłopcem, na ścianach mojego rodzinnego domu w Warszawie nie było obrazów ani ozdób. Wisiało tam tylko jedno, czarno-białe zdjęcie. Przez lata byłem święcie przekonany, że to mój rodzony dziadek. Ja nigdy nie poznałem żadnej z moich babć ani dziadków – zginęli podczas Zagłady. Korczak był dla mnie tą nieznaną mi i nigdy niedyskutowaną w domu generacją. Dopiero później dowiedziałem się, że ten człowiek nazywał się Janusz Korczak i nie był moim dziadkiem.
W moim dzieciństwie słowo „Komitet” nie oznaczało – jak w innych domach – komitetu partii. Dla moich rodziców istniał właściwie tylko Komitet Korczakowski. Słyszałem też ciągle drugie, tajemnicze słowo: „Krochmalna”. Jako małe dziecko nie rozumiałem, co to znaczy – myślałem, że „Krochmalna” to nazwisko jakiejś pani, która przychodzi na zebrania komitetu... pani tak samo ważnej, jak sam Korczak.
Gdy w końcu jako chłopiec – były to chyba lata 50. – trafiłem pod ten adres, zamiast tajemniczej pani zobaczyłem dom w trakcie przebudowy. W tym jasnym, odradzającym się budynku zastałem dzieci. One zdążyły już bardzo dobrze poznać mojego Tatę, który stał się ich przyjacielem. Ja byłem dla nich intruzem. Pamiętam ich morderczy wzrok – to była zazdrość o jedynego dorosłego spoza kręgu ich wychowawców, który dawał im poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Strzegły go, Pana Miszę, przed kimś obcym.
Pamiętam, że wyobrażałem sobie „Republiki Dziecięce” Korczaka na wzór kolejki pionierów w Budapeszcie – jako cudowny pociąg, w którym to uśmiechnięte dzieci obsługują kasy, odprawiają skład i same prowadzą wielki parowóz.
W tamtym okresie, dopóki mieszkałem w Polsce – do roku 1967 – w naszym domu nie mówiło się o śmierci. Co najważniejsze, mój Ojciec – Pan Misza, który cudem uniknął deportacji 5 sierpnia 1942 roku – nigdy nie podkreślał tragicznego końca Korczaka, dwustu trzydziestu dziewięciu dzieci i dziesięciu wychowawców. Ojciec ocalał z tamtego dnia, ale wolał przekazać mi testament życia Starego Doktora, a nie martyrologię. Chciał, bym poznał Korczaka żywego.
Moja własna droga do pełnego poznania Korczaka przyszła jednak dopiero po latach, w Sztokholmie. Po studiach botaniki, zoologii, aż po medycynę i doktorat z neurofizjologii. Właściwie dopiero w latach 90., po śmierci mojego Taty i przejęciu Szwedzkiego Archiwum Korczakowskiego, wróciłem do mojego „Dziadka ze zdjęcia”.
Zacząłem czytać wszystko. Szybko jednak poczułem głód i głęboki niedosyt. Dzisiejsza literatura korczakowska bywa wtórna – autorzy często przepisują poprzednich autorów, a w bibliografiach i przypisach po dziesięć razy powtarza się tylko jedno słowo: „tamże”, „tamże” i „tamże”. Chciałem poznać Korczaka od podstaw, od korzeni, a nie poprzez cudze referencje.
I wtedy przypomniałem sobie moje pierwsze studia botaniczne z początku lat 70. W botanice istnieje mała książeczka, klucz, który w Szwecji nazywamy po prostu Flora. Przy jej pomocy można oznaczyć i zrozumieć każdą roślinę. Żeby to jednak zrobić, trzeba najpierw poznać i głęboko zrozumieć specyficzny język autora tego klucza. Zrozumiałem, że do Korczaka też potrzebuję takiego klucza źródłowego. I w końcu go znalazłem.
Znalazłem go w starych dokumentach byłych wychowawców i bursistów Domu Sierot. Pierwsze z nich – dokumenty Józka Arnona – otrzymałem od jego żony w kibucu Ein Hamifratz w Izraelu. Potem rzuciłem się na kolejne archiwa, badając trudne do odczytania, pomijane dotąd rękopisy. To właśnie z tych zakurzonych kartek, pisanych ręką dzieci, ułożyła się moja własna Flora. Mój klucz do Korczaka.
Z czasem ten klucz postanowiłem przekazać dalej. Stał się nim mój blog, Jimbao-today, którego chińska nazwa oznacza niezwykle trafną metaforę: „Otwarcie bramy, droga do skarbca”. Przez tę otwartą bramę płyną dziś kolejne owoce starych i nowych poszukiwań.
Dziękuję też tym wszystkim bursistom i wychowankom, którzy w swoich trudnych do odczytania zapiskach zostawili nam najprawdziwszy, czysty klucz do poznania Starego Doktora.



