![]() |
| Hania Fiszgrund - Helenka Falkowska |
Na policji zaczęło się śledztwo i bicie. Żądano, by obie się przyznały, że są Żydówkami. Anielcia cierpiała razy w milczeniu. Hania, nie mogąc znieść widoku zalanej krwią Anielci, postanowiła wyznać, że to ona jest Żydówką, a Anielcia Polką i katoliczką. Natychmiast przesłuchanie się skończyło i śledczy wyszedł z pokoju. I wtedy zdarzyło się coś, czego Hania nie jest w stanie wytłumaczyć. Siedziały, czekając na powrót śledczego, gdy zjawił się inny oficer.
Mam córkę w twoim wieku - powiedział. - Spróbuję ci pomóc. Otworzył zapasowe drzwi i krzyknął:
Wynoście się natychmiast!
Po wojnie Hania starała się odszukać tego człowieka, ale go nie znalazła.
Na tym ich kłopoty się jednak nie skończyły. Zanim dotarły w bezpieczne miejsce, wpadły w łapy szmalcowników - szantażystów, którzy krążyli po ulicach Warszawy i obrabowywali Żydów pod groźbą wydania Niemcom. Zostały ograbione ze wszystkiego, z ostatnich oszczędności Anielci, bo Hana przecież i tak niczego nie miała i wreszcie, nieludzko zmęczone, głodne i przerażone dotarły do łączniczki ruchu oporu, która zawiadomiła ojca Hani.
Wynajmował pokój w dużym mieszkaniu i był to zarazem lokal organizacji podziemnej, w którym przechowywano broń i dokumenty. Do tego pokoju zabrał je obie – Anielcię na parę dni, po których wróciła do Krakowa, a Hanę na kilka tygodni, w ciągu których nikt nie mógł się domyślać jej obecności. Po jakimś czasie udało mu się umieścić córkę w domu sierot „Nasz Dom”, kierowanym przez Marynę Falską (poprzednio z Januszem Korczakiem). Odwiedzał ją tam od czasu do czasu udając wujka i w miarę możliwości przynosił żywność.
Blisko „Naszego Domu” była polska szkoła. Jedna z dziewcząt z domu sierot, Irena Jakubowicz, mająca aryjski wygląd i czysto polską wymowę, chodziła do tej szkoły. Kierownik rozpoznał w niej Żydówkę i wydał ją władzom. Nigdy już nie wróciła.
Hanie nie wolno było wyjść nawet za bramę, ale Maryna Falska zadbała o jej naukę. Księgowa zakładu, Irena Dębska, pełniła rolę jej prywatnej nauczycielki. Kiedy Gestapo przeprowadziło rewizję, pracownicy szybko przemycali dziewczynkę z jednego skrzydła domu do drugiego, lub kładli ją do łóżka w pokoju, na drzwiach którego wisiała tabliczka z napisem: „Tyfus. Wejście wzbronione!”
Tajemiczeni byli wszyscy pracownicy „Naszego Domu”: wychowawczyni – Aleksandra Staszewska, wychowawca – Sieradzki, bibliotekarka – Czesława Kossobudzka, kierownik administracyjny – Władysław Cichosz, kierowniczka kuchni – Janina Cichosz, administratorka – Klara Partykiewicz oraz odpowiadająca za odzież – Ira Gołębiowska. Do wszystkich można było mieć absolutne zaufanie. Gorzej było z dziećmi, które szybko się domyśliły – nie było to trudne, skoro Hana nigdy nie wychodziła na ulicę – i zaczęły głośno o tym między sobą rozmawiać. W końcu zaniepokojona w najwyższym stopniu Maryna Falska zrobiła zebranie starszej grupy i po raz pierwszy skłamała, dając dzieciom słowo honoru, że Hania nie jest Żydówką. Przestrzegła ich przed lekkomyślnymi posądzeniami i rozmowami, które ich koleżankę mogą kosztować życie.
Nauka zajmowała Hanie niewielką część dnia. Brak zajęcia i myśl o rodzinie nie dawały jej spokoju; poprosiła więc Marynę Falską o przydzielenie jej jakiejś pracy, najlepiej sprzątania – niewiele przecież umiała robić, co pomogłoby rozproszyć smutne myśli. Kierowniczka rozumiała jej stan i udzieliła pozwolenia na takie prace jak mycie okien i sprzątanie łazienek i ubikacji. Niekiedy uśmiechała się do niej łagodnie.
Helenko – mówiła – po wojnie dostaniesz medal za dobrowolne zgłaszanie się do ciężkiej pracy.
Kiedy w sierpniu 1944 roku wybuchło powstanie warszawskie, urwał się kontakt Hany z ojcem. W tym okresie szczególnie Maryna Falska starała się dodawać dziewczynce otuchy. Wzywała ją do swego gabinetu, pocieszała, lub po prostu prowadziła z nią długie rozmowy. Na terenie zakładu utworzono szpital powstańczy. Hana zgłosiła się tam do pomocy. Przez długie godziny prała zakrwawione bandaże.
Po zdławieniu powstania Niemcy wydali rozkaz ewakuowania zakładu. Serce kierowniczki nie wytrzymało tego wyroku. Falska miała wtedy 66 lat i była wyczerpana ciężką pracą w warunkach wojennych. W kilka godzin po otrzymaniu tej wiadomości zmarła na atak serca. Została pochowana na podwórku „Naszego Domu”, niedaleko ławki, na której zwykła siadywać, by odpocząć po całodziennej pracy. Po wojnie zwłoki ekshumowano i pochowano na cmentarzu powązkowskim. W 1947 roku została pośmiertnie odzna-

.svg.png)


