W pamiętnych dniach września 1939 roku, gdy niemieckie bomby niszczyły oblężoną Warszawę, stolica stała się symbolem heroicznego oporu. Mieszkańcy i żołnierze walczyli w niezwykle trudnych warunkach, niosąc pomoc rannym i gasząc pożary pod ciągłym ostrzałem wroga. Niemieckie samoloty codziennie zrzucały bomby na szpitale, domy mieszkalne i zabytki. Uszkodzone wodociągi zmusiły ludzi do czerpania wody z nielicznych studni. Cywile budowali prowizoryczne barykady i pomagali w obronie cywilnej.
Korczak, będący majorem rezerwy kadry medycznej, nałożył polski mundur wojskowy i nosił go z dumą przez cały wrzesień (oraz później, aż do aresztowania przez okupanta). Choć przyjaciele namawiali go do zdjęcia munduru ze względu na ogromne ryzyko, stanowczo odmawiał, traktując to jako wyraz lojalności wobec państwa i obowiązek oficera.
Wykorzystując swój autorytet i rozpoznawalny głos „Starego Doktora”, występował na antenie Polskiego Radia, apelując do mieszkańców o zachowanie spokoju, tłumaczył dzieciom rzeczywistość wojny w sposób, który nie wywoływał paniki, a rodzicom dawał wskazówki, jak chronić psychikę najmłodszych przed wojenną traumą.
Organizacja ratunku i zaopatrzenia dla sierot
Jako dyrektor Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92, Korczak musiał mierzyć się z permanentnym brakiem żywności, wody i leków. Zwróciły się do niego z prośbą o pomoc wychowawczynie z Naszego Domu, który został przeniesiony z Bielan na ulicę Wolność. Korczak przemierzał bombardowane ulice Warszawy, by zdobywać jedzenie dla swoich wychowanków oraz dla innych błąkających się po mieście dzieci. Organizował także pomoc medyczną dla rannych w wyniku niemieckich nalotów.W czasie bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku zdecydowano się ewakuować Nasz Dom na ulicę Wolność 14, gdzie niby miało być bezpieczniej. Mieścił się tam poprzednio dom noclegowy dla bezdomnych chłopców Towarzystwa Ognisk dla Młodzieży.. Wybór dzielnicy Woli jako bardziej bezpiecznego miejsca okazał się fatalny, albowiem Wola należała do najbardziej bombardowanych dzielnic Warszawy. Dzieci z Naszego Domu opisują te koszmarne dni bombardowania spędzone w piwnicy i to, jak jedzenie pospiesznie zabrane z Bielan szybko się skończyło.
Wychowanka Helena Wróbel wspomina głód i jedną z wychowawczyń Naszego Domu, panią Oleńkę Staszewską:
Wychowawczyni, Pani Wira-Irena Wiewiórska opisuje jak podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 roku szukała wraz z Korczakiem pomocy u polskich władz wojskowych na dalekim Mokotowie:
Jednym z najcięższych moich przeżyć z czasów wojny 1939 roku jest wymarsz z drem Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów do władz wojskowych w celu zdobycia żywności dla ewakuowanych z Naszego Domu wychowanków. Straszny to był przemarsz przez palące się miasto, wśród ognia i wojny, bezustannie rozrywających się bomb i strzałów armatnich. Groza, lęk i determinacja towarzyszyły naszemu marszowi przez opustoszałe przez ludzi ulice. Pan doktor był opanowany, szedł naprzód mężnie - co w pewnej mierze i mnie się udzielało - dzięki czemu zdołaliśmy dotrzeć do celu i otrzymać środki do przetrwania najgorszych dni 1939 roku.
Głód był straszny Pani Oleńka przydzielała nam po śledziu z puszki i dwa irysy.
Inna wychowanka, Maria Żurawska, wspomina, jak to Pani Oleńka idzie do Domu Sierot na Krochmalnej 92 (też na Woli) z prośbą o pomoc. Wspomina później:
Pewnego dnia zjawił się u nas doktor Korczak. Sylwetka jego mocno pochylona ku ziemi, niesie duży worek z chlebem.
Pewnego dnia zjawił się u nas doktor Korczak. Sylwetka jego mocno pochylona ku ziemi, niesie duży worek z chlebem.
Po kapitulacji Warszawy we wrześniu 1939 roku wróciły dzieci na piechotę z ulicy Wolności 14 z powrotem na Bielany, gdzie działał tam jeszcze polski szpital wojskowy.
Niemcy uważali nazwę ulicy Wolność za prowokującą tak ze w okresie okupacji niemieckiej ulicy nadano nową nazwę, Zegarmistrzowska.
Niemcy uważali nazwę ulicy Wolność za prowokującą tak ze w okresie okupacji niemieckiej ulicy nadano nową nazwę, Zegarmistrzowska.
Redaktor Adrian Czermiński, jeden z dziennikarzy uczestniczących wówczas w akcji tzw. Służby Informacyjnej i Pogotowia Polskiego Radio — wspomina po latach (w dzienniku „Życie Warszawy”) Korczaka, takim jakim go zapamiętał w owym czasie:
„Zadaniem naszym było nieść pomoc ludności, dostarczać opieki lekarskiej, wyszukiwać noclegi dla pogorzelców, odnajdować zagubionych, informować przez Radio i prasę o potrzebach mieszkańców. Byliśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi władzami oblężonego miasta, prócz tego mieliśmy własnych informatorów, którzy nie zważając na grożące niebezpieczeństwo przychodzili na Mazowiecką. Jednym z nich był Janusz Korczak. Zamilkły od kilku lat głos Korczaka powrócił na antenę w tragicznych dniach oblężenia.
Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pozbawionego szyb lokalu natychmiast rozjaśnił wszystko swym humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro — nie! w lepszy wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe i w lepsze rano, kiedy przychodził nocą. Nie zważając na rozrywające się pociski, gwiżdżące kule, zjawiał się po kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli skłonni udzielić jej innym. (...) Kiedy usiłowaliśmy go zatrzymać słysząc wzmagający się ostrzał artyleryjski, wyrywał się:
— Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu — i znikał szybko za drzwiami.
— Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu — i znikał szybko za drzwiami.
Słychać było jedynie odgłos oddalających się kroków pośród grzechotu rozpryskujących się odłamków, dźwięku lecących szyb, wiedzieliśmy, że Stary Doktor spieszy do swych dzieci i podopiecznych, że idzie, aby nieść pomoc cierpiącym i nieszczęśliwym, aby wlewać otuchę w serca tych, którzy już upadli na duchu”.







