Zarówno Joanna Olczak-Ronikier w książce „Korczak. Próba biografii” (2002), jak i Magdalena Kicińska w biografii „Pani Stefa” (2015), stają bezradne wobec kluczowego pytania: po co właściwie Stefania Wilczyńska przyjechała do Warszawy w maju 1939 roku? Obie autorki kompletnie porzucają rzetelną analizę stosunków społecznych i prywatnych Stefy w tamtym okresie, zostawiając czytelnikowi zaledwie dwa lub trzy banalne zdania oparte na czystych spekulacjach.
Olczak-Ronikier podsuwa nam dwie chwiejne wersje. Pierwsza z nich – ta o „przerażeniu złą formą Doktora” i chęci „pomocy w pakowaniu się przed wyjazdem” – w zderzeniu z kalendariem tytanicznej pracy Korczaka z lat 1938–1939 brzmi po prostu naiwnie. Człowiek, który w tamtym czasie przyjmuje pacjentów na Złotej 8, nadaje w radiu 15-odcinkowe słuchowiska, wydaje książki i pisze eseje do „Szkoły Specjalnej”, nie potrzebuje niańki do pakowania walizki, ew. walizek.
Druga wersja, chętnie powtarzana przez biografów jako hagiograficzny pewnik, odwołuje się do rzekomego "zewu macierzyństwa”, że czuje się potrzebna dzieciom z Domu Sierot na Krochmalnej, i cytuje jej słowa: „Moje dzieci są w Warszawie. Tam jest moje miejsce” (Kicińska 2015). I tutaj właśnie wkracza najbardziej bezwzględny, logiczny argument historyczny.
Gdybyśmy mieli bezkrytycznie uwierzyć w tę hagiograficzną legendę – że Stefa "skróciła" swój „stały” pobyt w Palestynie, bo pękało jej serce z tęsknoty za wychowankami – to jej pierwszym, natychmiastowym odruchem po przyjeździe do Polski w maju 1939 roku byłoby spakowanie torby i wyjazd z nimi po 30 czerwca (zakończenie roku szkolnego) na kolonie letnie do Gocławka, by wreszcie uścisnąć te „utęsknione dzieci”.
Tymczasem z dokumentów, a przede wszystkim z Listu nr 14 Janusza Korczaka z 2 sierpnia 1939 roku (do Józka Arnona), wyłania się zupełnie inny obraz. Korczak opisuje tam ze szczegółami dramatyczną, lipcową codzienność w Gocławku:
„Czarujący był lipiec. 20 nowych dzieci do odczytania [...] Spałem w izolacji z dziećmi, chorymi na odrę; kiedy do cna zmęczony musiałem przecież zasnąć, mówiłem sobie: »szkoda, jeszcze 10 minut...«”.
W całym tym długim, intymnym i drobiazgowym raporcie, w którym Stary Doktor sam, udręczony i zmęczony, nocami czuwa przy chorych na odrę malcach, nie ma ani jednego słowa o obecności pani Stefy! Korczak nie wspomina o niej w Gocławku, bo jej tam po prostu nie było. Co więcej, po kilkunastu miesiącach całkowitej nieobecności w Warszawie, Stefa zastała na Krochmalnej nową rotację wychowanków – przyjechała więc do dzieci, których w większości nawet nie znała.
Wiadome jest, że Stefa jeszcze daleko przed emigracją formalnie zamknęła rozdział pracy na Krochmalnej, zostawiła tam etat i wyprowadziła się do prywatnego mieszkania na Woli. Gdzie dokładnie zatrzymała się w maju 1939 roku – gdy status jej wolskiego lokalu mógł już ulec zmianie w związku z Aliją – pozostaje białą plamą, której biografowie nie potrafią zbadać.
Jej majowa podróż z kibucu Ein Harod do Warszawy nie była więc sentymentalnym powrotem do gniazda, lecz skomplikowanym przyjazdem o charakterze urzędowo-likwidacyjnym. Jako osoba posiadająca oficjalną zgodę na stałe osiedlenie w Ein Harod, Stefa musiała osobiście zamknąć swoje polskie sprawy majątkowe, lokalowe i podatkowe przed planowanym na jesień ostatecznym wylotem.
Muszę z całą mocą powtórzyć: w lecie 1939 roku nikt – ani rząd polski, ani Korczak, ani sama Wilczyńska – nie spodziewał się wybuchu wojny w tym konkretnym momencie, 1 września 1939 roku. Wszyscy żyli perspektywą normalnego, jesiennego jutra. Odręczne słowa Doktora z listu do Gilada z 22 sierpnia 1939 roku: „Nie chcę, żebyście mi odpisywali, jeżeli mamy zobaczyć się” to ostateczny dowód. Korczak był gotowy do jesiennego lotu do Tel Awiwu. Dopiero nagły, brutalny wybuch globalnej apokalipsy 1 września bezpowrotnie zmienił klimat, zatrzasnął granice i z urzędowej, krótkiej wizyty uczynił Polskę pułapką bez wyjścia.


