Detta dokument är en Wehrmacht-fraktremsa (Wehrmachtfahrschein), Del 1, daterad den 13 september 1942. Det är ett historiskt bevis på hur nazisterna transporterade plundrat gods från förintelselägret Treblinka. Innehållet i detta dokument är djupt tragiskt. De "beklädnadsartiklar" som nämns var i själva verket kläder som tagits från de judiska offren som mördats i gaskamrarna i Treblinka. Kläderna skickades till Lublin (ofta till lägret Majdanek) för att sorteras, desinficeras och sedan skickas vidare till Tyskland för att användas av civilbefolkningen eller SS. Datumet den 13 sep. 1942 sammanfaller med sista dagarna av den så kallade Großaktion Warschau. Under Stora Aktionen sommaren 1942 deporterades uppskattningsvis nära 300 000 judar från Warszawas getto. Majoriteten mördades omedelbart vid ankomsten till dödslägret Treblinka. Den 12 september 1942 kom den sista egentliga transporten från Warszawas getto med 4 806 judar. Först den 15 september anlände nästa transport till Treblinka.
Rubrik och stämplar: Wehrmacht-biljett/fraktremsa, Del 1 (Behålls av avgångsstationen som kvitto). Stämpel: Ostbahn (Öststatsjärnvägen), Godsexpedition Treblinka, 13 sep. 1942. Transportdetaljer:Transportnummer: 6710 002. Avgår den: 14 september 1942. Från: Treblinka. Till: Lublin (via Siedlce). Beskrivning av lasten (handskrivet mitt i dokumentet):Vagnslast med krigsmateriel i täckt vagn: Beklädnadsartiklar tillhörande Waffen-SS (Bekleidungsstücke der Waffen-SS). Betalning och signatur (längst ner): Ersättningen ska begäras hos: SS-Führungshauptamt (SS:s centrala ledningskontor) i Berlin. Ort och datum: Treblinka, den 13 september 1942.
Logistiken bakom Förintelsen byggde på attDeutsche Reichsbahn(den tyska riksbanan) fungerade med industriell precision. Utan järnvägen hade den Industriella Förintelsen i den skala vi såg varit omöjlig.
Här är de viktigaste punkterna kring dödstågens logistik:
En logistisk förutsättning: Järnvägen förvandlade förintelsen från lokala massakrer till ett kontinentalt projekt. Judar transporterades från nästan hela det ockuperade Europa – från Grekland i söder till Norge i norr – till dödslägren i det ockuperade Polen.
Vagnarnas beskaffenhet: Transporterna skedde nästan uteslutande i godsvagnar eller boskapsvagnar. Dessa saknade fönster, ventilation, vatten, mat och sanitära faciliteter. En vagn avsedd för 8 hästar fylldes ofta med 80–100 personer.
Dödligheten under resan: Resorna kunde pågå i allt från ett par dagar till över en vecka (t.ex. från Korfu eller Nederländerna). På grund av extrem trängsel, syrebrist och uttorkning dog ofta upp till 20–30 % av passagerarna innan tåget ens nådde fram till förintelselägret.
Byråkrati och finansiering: Transporterna hanterades som vanliga tågbeställningar. SS betalade Reichsbahn för varje "passagerare": en enkelbiljett för vuxna och halva priset för barn under 4 år. Pengarna togs ofta från de tillgångar nazisterna hade konfiskerat från de deporterade.
Prioritering i krigstid: Även när den tyska armén (Wehrmacht) var i desperat behov av förstärkningar vid fronten, prioriterades ofta "specialtågen" till dödslägren. Detta visar hur ideologiskt centralt utrotningen var för den nazistiska regimen.
Historikern Raul Hilberg konstaterade att "Reichsbahn var en oumbärlig länk i förintelsekedjan". Utan de tusentals tjänstemän som schemalade tågen hade dödsmaskineriet stannat.
Niemiecki obóz zagłady Treblinka II działał od lipca 1942 roku do listopada 1943 roku, a transporty Żydów (głównie z Polski, ale także z Europy) przybywały niemal codziennie, osiągając apogeum w okresie likwidacji getta warszawskiego.
Oto chronologia głównych deportacji i transportów do obozu śmierci Treblinka:
23 lipca 1942 r. – Przybycie pierwszego transportu Żydów z getta warszawskiego (rozpoczęcie wielkiej akcji likwidacyjnej – Grossaktion Warschau).
Lipiec – Wrzesień 1942 r. – Najintensywniejszy okres zagłady. W ciągu 3 miesięcy deportowano z getta warszawskiego około 265-300 tysięcy Żydów. Transporty przychodziły codziennie, często po kilka na dzień.
Sierpień 1942 r. – Transporty z gett w dystrykcie radomskim (m.in. Radom, Częstochowa) oraz kolejne z Warszawy.
Wrzesień 1942 r. – Transporty z gett dystryktu radomskiego oraz warszawskiego (w tym likwidacja mniejszych gett w okolicy).
Październik 1942 r. – Transporty z gett dystryktu radomskiego i warszawskiego.
Listopad 1942 r. – Początek deportacji z terenów Okręgu Białystok (np. Białystok, Wołkowysk).
Styczeń 1943 r. – Transporty z getta warszawskiego (styczniowa akcja) oraz z gett w Okręgu Białystok.
Marzec 1943 r. – Transporty z Grecji oraz Żydów z Bułgarii (z terenów okupowanych przez Bułgarów).
Kwiecień – Maj 1943 r. – Transporty z getta warszawskiego po powstaniu oraz Żydzi z Macedonii.
Lipiec 1943 r. – Ostatnie większe transporty z getta w Białymstoku.
21 sierpnia 1943 r. – Ostatnie transporty Żydów z Białegostoku (oznaczone nr PJ 207 i PJ 208), które trafiły do komór gazowych.
20 października 1943 r. – Ostatni transport żydowskich więźniów z Treblinki do obozu zagłady w Sobiborze (po buncie z 2 sierpnia 1943 r.).
17 listopada 1943 r. – Ostatni transport z wyposażeniem obozu po jego likwidacji.
Szacuje się, że w Treblince zamordowano od 700 do ponad 800 tysięcy osób. W większości były to transporty kolejowe kierowane na bocznicę obozową.
August 5th, 1942 - Korczak’s Last Journey and Death
From the gate of the house on Śliska Street, one had to cover 2,495 meters to reach the Umschlagplatz. Based on a conversation with Marek Rudnicki, it appears that the group from the Orphans' Home had a peculiar privilege of stopping and resting in the shade. This was mainly due to Korczak's poor health. What happened later can only be surmised based on information about the typical fate of people driven there. They were crammed into cattle wagons, which, according to regulations, were designed to transport eight horses or forty people. However, the Germans would pack between 100 and as many as 150 people into them. To make this possible, the guards beat everyone cruelly. The floors of the wagons were strewn with quicklime and chlorine. The people, crowded to the limit of endurance, relieved themselves where they stood. The excrement flowing under their feet triggered the process of slaking the lime, which caused body burns, irritation of the mucous membranes, and breathing difficulties. According to witnesses, when the wagons rolled onto the ramp at Treblinka station after four hours, steam billowed from the small windows reinforced with barbed wire. According to a report by a Home Army unit (codename "1631"), between 20% and 30% of the people died during the transit. It can therefore be assumed that an ill, 64-year-old man like Janusz Korczak might not have survived the transport under such conditions. Even if he did survive, he likely perished shortly thereafter during the next stage of martyrdom in the extermination camp. We know that as soon as those murdered were cleared, new transports of death arrived every day.
Lucyna Perla - Lunia Rozental (Zofia Wróblewska), my mother, recalls:
“August 5th, my birthday, 10–11 a.m.; it was a hot summer day. I looked out the window because I heard voices and sounds. To the left, I saw a crowd of people walking from the southern part of the ghetto. They were being led down the middle of the street by soldiers in German uniforms. I don’t know if those soldiers were Germans, Estonians, Latvians or Ukrainians. Suddenly, in the crowd of adults and children, I saw Dr. Janusz Korczak. Janusz Korczak walked first, with heavy steps, and the children followed Him. No one spoke. No one sang. A few people stood along the sidewalks. My first thought: Where is my Misza (Michał), who worked as an educator in Korczak’s orphanage? I immediately realized he wasn't there. Misza was very tall, over 1.83 meters, and always towered over the crowd of children in the courtyard of the Orphans' Home. Misza was sometimes called 'the giraffe' by the children because of his height. But now, he was not among them. I didn't look at the other teachers I knew. I saw Korczak, and then I automatically looked for Misza. After a few seconds, the children moved away.
It is known that August 5th, 1942, was a sweltering day. I checked this 30 years ago in newspapers and by contacting the German meteorological institute. It confirmed the stories of the deportation witnesses, including my parents and Marek Rudnicki, whom I used to meet in Paris.
Skąd wziął się pomysł na opracowanie tej książki? Moją intencją było spełnienie marzenia Ojca – bliskiego współpracownika Janusza Korczaka (Henryka Goldszmita), znanego jako „Pan Misza”. Był on jedynym wychowawcą, który 5 sierpnia 1942 roku uniknął deportacji z Domu Sierot do obozu zagłady w Treblince.
Aby zachować pamięć o Korczaku i jego życiu pełnym pasji, Ojciec marzył o wydaniu albumu, w którym dokument, fotografia i rysunek przemawiałyby do odbiorcy silniej niż słowo. Pragnąc jednak przypomnieć wątki z życiorysu Starego Doktora (nie zawsze właściwie interpretowane) oraz losy związanych z nim ludzi, nie ograniczam się wyłącznie do formy albumowej. Chcę, aby ta książka była hołdem, a jednocześnie inspirowała do odkrywania przeszłości. W tym kontekście odczytuję słowa Janusza Korczaka:
„Dumne miejcie zamiary, górne miejcie marzenia... Coś z tego zawsze się stanie...”
Dorastałem w domu przesiąkniętym ideami Korczaka. Były one obecne od rana do nocy, siedem dni w tygodniu, ponieważ moi rodzice, Michał i Zofia Wróblewscy, byli głęboko zaangażowani w tzw. Ruch Korczakowski. Jedyne zdjęcie, które stało u nas w domu w metalowej ramce za szkłem, przedstawiało Janusza Korczaka. Przez wiele lat myślałem, że to mój dziadek – nie wiedziałem tylko, czy ze strony matki, czy ojca. Zadawanie pytań o poprzednie pokolenie było tematem tabu, więc nie pytałem. Spotkania jakiegoś „komitetu”, o których słyszałem często jako dziecko, okazały się zebraniami Komitetu Korczakowskiego, w których Ojciec regularnie uczestniczył. Imiona, które wtedy padały – Igor, Basia, Ela, Szura, Ida i inne – należały do osób, które poznałem wiele lat później: byli to Igor Newerly, Barbara Abramow, Ela Frydman, Aleksander (Szura) Lewin, Ida Merżan czy Stanisław Żemis...
O Domu Sierot po raz pierwszy dowiedziałem się w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy wybrałem się z Ojcem na ulicę Krochmalną w Warszawie. Trwała tam wówczas przebudowa – wkrótce miał zostać otwarty Państwowy Dom Dziecka (1958). Z późniejszych lat szczególnie zapamiętałem jedną wizytę, gdy w placówce mieszkały już dzieci. Kiedy weszliśmy na podwórko, natychmiast otoczyły mojego Ojca. Zrozumiałem wtedy, że znają go bardzo dobrze. Mnie natomiast traktowały jak intruza. Kiedy Ojciec mówił: „Idę na Krochmalną”, szedł do dawnego Domu Sierot – przy ulicy Krochmalnej 92 (dziś Jaktorowska 6).
Był ostatnim przewodniczącym Komitetu Korczakowskiego, który „rozwiązano” w roku 1968. Polska po raz drugi odwróciła się od Korczaka. W okresie stalinowskim „zawieszono” działalność powołanego w roku 1946 Komitetu Uczczenia Pamięci Janusza Korczaka. Ojciec, przebywając na wymuszonej emigracji, założył w Szwecji Föreningen för Janusz Korczak levande arv – Stowarzyszenie na rzecz żywego dziedzictwa Janusza Korczaka. Do końca pozostał mu wierny.
W moim warszawskim pokoju na półkach wyróżniały się dzieła Korczaka. Czytano mi je i podsuwano do samodzielnej lektury – oczywiście Króla Maciusia Pierwszego, Sławę, Kajtusia Czarodzieja, a jako ostatnią książkę dostałem prawdopodobnie Bankructwo małego Dżeka. Szkoła podstawowa, do której uczęszczałem, nosiła imię Janusza Korczaka. Przy szkole działała drużyna harcerska. Pamiętam, że nosiliśmy białe chusty z niebieskim szlaczkiem. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że mogło to być nawiązanie do barw flagi Izraela.
Przełomowe w moim życiu okazało się lato 1967 roku. To wtedy zdawałem maturę i jednocześnie egzamin na prawo jazdy gdzieś na Pradze – dzielnicy kojarzonej przeze mnie z ZOO, Stadionem X-lecia i Wałem Miedzeszyńskim. Gdy pisałem maturę z języka polskiego w liceum im. Tadeusza Czackiego przy ulicy Karowej 18, przez okna na drugim piętrze widziałem budynek Towarzystwa Higienicznego. To tam, wiele lat wcześniej, swoje odczyty wygłaszał Janusz Korczak (a ja w tej samej sali, w latach pięćdziesiątych, oglądałem poranki filmowe dla dzieci). Potem nadeszły egzaminy na wyższe studia, wakacje i trudne pytanie: obóz pływacki czy wyjazd do Szwecji? Wybór Szwecji był podyktowany narastającą w Polsce napiętą sytuacją polityczną i niepewnością co do przyszłości. Tymczasem w pierwszym tygodniu czerwca 1967 roku rozpoczęła się wojna sześciodniowa w Izraelu. Wybrałem Szwecję. 23 lipca przyjechałem do Sztokholmu. Gdy otworzyłem walizkę, ze zdziwieniem znalazłem w niej ciepłe, białe, zimowe kalesony. Walizkę pakował Ojciec. Te zimowe kalesony w środku lata były dla mnie jasnym sygnałem: „Nie wracaj!”. Za bardzo mnie kochał, by...
Świat „dzieci Korczaka” zrozumiałem dopiero wtedy, gdy zaczęły one odwiedzać Ojca, kiedy byliśmy już całą rodziną w Szwecji. To wówczas dowiedziałem się, że mój Ojciec to „Pan Misza” – tak bowiem zwracano się do niego w Domu Sierot. Poznawałem historię śmierci Korczaka, o której opowiadali mi Rodzice, oraz losy dzieci, które nie przeżyły Zagłady. Właściwie wydawało mi się niemożliwe, by ktoś mógł przetrwać. To „niemożliwe” dotyczyło dzieci z getta warszawskiego. O innych, które wyjechały z Polski przed wojną i ocalały, jeszcze wtedy nie wiedziałem.
Ojciec już nie żył, gdy w Izraelu w roku 1994 poznałem wychowanków oraz osoby pracujące niegdyś na Krochmalnej. Niektórzy z nich mentalnie i emocjonalnie mnie „usynowili”. Dla Ceśki, żony dawnego bursisty Józka Arnona, który w latach trzydziestych wyjechał do Palestyny, stałem się niemal rodzonym synem. Powiedziała mi, że będzie babcią dla moich córek. Także Jakubek Dodjuk, inny wychowanek, traktował mnie jak syna. Już przed wojną mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził warsztat galanterii skórzanej. Po wojnie, podczas naszych spotkań w Paryżu i Sztokholmie, on mnie i moim dzieciom za każdym razem dawał w prezencie wykonane przez siebie portmonetki. Mamy je do dzisiaj. Kolejny wychowanek, Szmulek Gogol, przywiózł mojej córce dziecięce organki. To właśnie organki, które otrzymał od Korczaka, pomogły mu przeżyć Auschwitz. Od Szlomy Nadla (przeżył wojnę na Wschodzie) dostałem fotografie, ale przede wszystkim poświęcił mi wiele godzin na rozmowy.
Gdy wspominali mojego Ojca, poczułem bliskość z nimi wszystkimi. Tak szczególnych darów nie otrzymałbym ani ja, ani moje dzieci, gdyby nie bursista – Pan Misza – mój Ojciec a w papierach różnie, m.in. Mojsiej (Mojżesz) Wajserman/Wasserman.
Vad såg barnen som kom från Bergen-Belsen till Sverige den 26 juli 1945, 3 månader innan? - Massgrav nr. 8!
Vad såg barnen som kom från Bergen-Belsen till Sverige den 26 juli 1945, 3 månader innan? - Massgrav nr. 8!
24 April 1945.
Barack 211 som låg i utkanten av "Kvinnolägret" fotograferades ett antal gånger och filmades. Innan dess kunde barnen bevittna hur de tusentals döda fördes till massgravar. Här finns barnen som tittar på hur de tyska soldaterna lastar kroppar på lastbilar på ett flertal fotografier tagna dagarna efter befrielsen.
Vad såg barnen som kom från Bergen-Belsen till Sverige den 26 juli 1945, 3 månader innan? - Massgrav nr. 8!
Vad såg barnen som kom från Bergen-Belsen till Sverige den 26 juli 1945, 3 månader innan? - Massgrav nr 8!
Massgrav nr 8 i Bergen-Belsen är en av de 13 markerade massgravarna på det nuvarande minnesområdet. Den rymmer kvarlevorna av uppskattningsvis 2 500 offer som dog i anslutning till lägrets befrielse i april 1945. Graven ligger i den västra delen av det tidigare lägerområdet, alldeles intill där Block 211 (även känt som Kinderbaracke – Barnblocket) tidigare stod.
Bilderna visar arbetet vid just denna grav. Det var här de brittiska styrkorna tvingade de tillfångatagna SS-vakterna och de tillfångatagna ungerska soldaterna (som slogs på Hitlers sida under andra världskriget) att först gräva och därefter bära och begrava kropparna för att stoppa epidemier, främst fläcktyfus, som härjade i lägret.
Idag är graven omgiven av en låg sandstensmur och bär en minnessten med inskriptionen "Hier ruhen 2500 Tote" (Här vilar 2500 döda).
I de 13 massgravarna som finns på minnesplatsen i Bergen-Belsen vilar minst 20 000 och upp till 23 200 offer.
W piekle Treblinki II morderstwo nie kończyło się na komorze gazowej. W ramach akcji Sonderaktion 1005 wyrywano ziemi ciała, by palić je na szynach kolejowych, a prochy mieszano z gruntem.
Gdy Szwedzkie Muzeum Holokaustu – Sveriges Museum om Förintelsen w Sztokholmie – decyduje się opowiadać o masowych mordach fotografią kojącego, szumiącego lasu, dopuszcza się aktu moralnej kapitulacji. Czyniąc naturę pośmiertnym wspólnikiem katów, muzeum nie tylko ucieka w estetykę – ono nieświadomie kontynuuje dzieło nazistowskich oprawców, którzy do perfekcji opanowali sztukę zacierania śladów własnego bestialstwa. Natura, która stała się mimowolnym wspólnikiem milczenia.
Natura jako wspólnik zacierania zbrodni – od Lipawy* i Treblinki po Sztokholm
Gdy Szwedzkie Muzeum Holokaustu (Sveriges Museum om Förintelsen) decyduje się opowiadać o masowych mordach fotografią kojącego, szumiącego lasu, dopuszcza się aktu moralnej kapitulacji. Czyniąc naturę pośmiertnym wspólnikiem katów, muzeum nie tylko ucieka w estetykę – ono nieświadomie kontynuuje dzieło nazistowskich oprawców, którzy do perfekcji opanowali sztukę zacierania śladów własnego bestialstwa.
W piekle Treblinki II morderstwo nie kończyło się na komorze gazowej. Zacieranie śladów było częścią Sonderaktion 1005. Od marca do lipca 1943 roku więźniowie Sonderkommando, pod lufami karabinów, wydzierali ciała z ziemi, by palić je na ogromnych rusztach z szyn kolejowych. Jednak ogień to było za mało. Aby całkowicie unicestwić szczątki i uniemożliwić identyfikację ofiar, naziści sprowadzili Knochenmühle – specjalne młyny do mielenia kości.
Pozyskaną w ten sposób „mączkę kostną” mieszano z piaskiem i popiołem, a następnie zakopywano w głębokich dołach lub rozsypywano po terenie obozu. Na grobach, w których jeszcze niedawno stygła krew, wzniesiono sielankowe gospodarstwo rolne i posadzono łubin. Budynki wyburzono, a teren zaorano, zmuszając naturę do noszenia maski – miała zamienić technologię zagłady w niewinną, letnią łąkę. Większość więźniów obsługujących młyny zamordowano, by usunąć ostatnich świadków.
To jednak nie koniec tragicznej historii tej ziemi. Po likwidacji obozu i przejściu frontu w 1944 roku „maskująca” funkcja natury ustąpiła miejsca mrocznej stronie natury ludzkiej. Teren Treblinki stał się miejscem nielegalnego procederu, który przeszedł do historii jako „Złote żniwa”.
Setki ludzi, zwabionych legendami o „żydowskim złocie”, przekopywały ziemię nasyconą ludzkimi prochami. Używając łopat i sit, przeszukiwali popioły w poszukiwaniu kosztowności – biżuterii czy złotych zębów, które mogły przetrwać proces mielenia. Powojenny krajobraz obozu przypominał „krajobraz księżycowy”, pełen głębokich dołów i rozrzuconych kości.
Dziś, gdy muzea uciekają w obrazy pięknej przyrody, warto pamiętać: las w miejscach zagłady nie jest tylko tłem. To zasłona, którą naziści sami zaprojektowali, byśmy zapomnieli o tym, co kryje się w ziemi.
Morderstwa w Lipawie* (Liepāja) na Łotwie w grudniu 1941 roku to jedna z najbardziej udokumentowanych zbrodni Holocaustu, znana głównie dzięki zachowanym fotografiom wykonanym przez samych oprawców. Masowe egzekucje miały miejsce między 15 a 17 grudnia 1941 roku w nadmorskich wydmach Bałtyku w miejscowości Šķēde, na północ od Lipawy. W ciągu tych trzech dni zamordowano około 2731 Żydów, w większości kobiety i dzieci. Stanowiło to niemal połowę żydowskiej populacji miasta. Ofiary zmuszano do rozebrania się na mrozie, a następnie ustawiano w grupach nad wykopanymi rowami i rozstrzeliwano.
Morderstwa w Lipawie* (Liepāja) na Łotwie w grudniu 1941 roku to jedna z najbardziej udokumentowanych zbrodni Holocaustu, znana głównie dzięki zachowanym fotografiom wykonanym przez samych oprawców. Masowe egzekucje miały miejsce między 15 a 17 grudnia 1941 roku w nadmorskich wydmach Bałtyku w miejscowości Šķēde, na północ od Lipawy. W ciągu tych trzech dni zamordowano około 2731 Żydów, w większości kobiety i dzieci. Stanowiło to niemal połowę żydowskiej populacji miasta. Ofiary zmuszano do rozebrania się na mrozie, a następnie ustawiano w grupach nad wykopanymi rowami i rozstrzeliwano. 14 października 1971 roku SS-man Carl Emil Strott został uznany za winnego pomocnictwa w morderstwie zbiorowym w siedmiu przypadkach i skazany na 7 lat więzienia. Sąd potwierdził, że nie tylko fotografował ofiary, ale również aktywnie uczestniczył w akcji, m.in. używając bicza do zapędzania kobiet i dzieci do rowów egzekucyjnych. Podczas procesu zdjęcia wykonane przez Strotta stanowiły niepodważalny dowód. Na jednym z nich widać ofiary zmuszane do pozowania przed kamerą – historycy ustalili, że Strott kazał im patrzeć w obiektyw, aby „uwiecznić” ich przerażenie, co czyni te fotografie jeszcze bardziej okrutnym świadectwem zbrodni.
* Morderstwa w Lipawie (Liepāja) na Łotwie w grudniu 1941 roku to jedna z najbardziej udokumentowanych zbrodni Holocaustu, znana głównie dzięki zachowanym fotografiom wykonanym przez samych oprawców. Masowe egzekucje miały miejsce między 15 a 17 grudnia 1941 roku w nadmorskich wydmach Bałtyku w miejscowości Šķēde, na północ od Lipawy. W ciągu tych trzech dni zamordowano około 2731 Żydów, w większości kobiety i dzieci. Stanowiło to niemal połowę żydowskiej populacji miasta. Ofiary zmuszano do rozebrania się na mrozie, a następnie ustawiano w grupach nad wykopanymi rowami i rozstrzeliwano. Zbrodnia w Šķēde jest wstrząsająca ze względu na serię zdjęć wykonanych przez esesmana Carla-Emila Stroota (SS-Scharführer Carl Emil Strott). To jego fotografie pokazują przerażone kobiety i dzieci na chwilę przed śmiercią. Po wojnie stały się one kluczowymi dowodami w procesach zbrodniarzy wojennych.
Po wojnie Carl Emil Strott uniknął natychmiastowej kary. Przeniósł się do Wiesbaden w Niemczech Zachodnich, gdzie przez wiele lat pracował w branży hotelarskiej. Ostatecznie został dyrektorem hotelu, żyjąc jako szanowany obywatel, podczas gdy zdjęcia, które zrobił w Šķēde, były już dawno znane historykom i śledczym. Dopiero w 1969 roku stanął przed sądem w Hanowerze wraz z innymi członkami SD i policji z Lipawy. Proces ten był jednym z najdłuższych i najdroższych w historii niemieckiego sądownictwa dotyczącego zbrodni nazistowskich. 14 października 1971 roku Carl Emil Strott został uznany za winnego pomocnictwa w morderstwie zbiorowym w siedmiu przypadkach i skazany na 7 lat więzienia. Sąd potwierdził, że nie tylko fotografował ofiary, ale również aktywnie uczestniczył w akcji, m.in. używając bicza do zapędzania kobiet i dzieci do rowów egzekucyjnych. Podczas procesu zdjęcia wykonane przez Strotta stanowiły niepodważalny dowód. Na jednym z nich widać ofiary zmuszane do pozowania przed kamerą – historycy ustalili, że Strott kazał im patrzeć w obiektyw, aby „uwiecznić” ich przerażenie, co czyni te fotografie jeszcze bardziej okrutnym świadectwem zbrodni. Strott nie odbył całej kary w pełnym wymiarze. Ze względu na zły stan zdrowia został zwolniony z więzienia w 1977 roku. Zmarł w czerwcu 1989 roku w Wiesbaden w wieku 86 lat. W większości zdjęć oprawcy to Łotysze. Wykonywali oni również 2/3 egzekucji.
** Trzy kluczowe postacie (oprócz Stroopa) odpowiedzialne za masakry w Lipawie i ich powojenne losy.
Fritz Dietrich (SS-Obersturmbannführer, szef policji w Rydze i Lipawie) To on wydał bezpośredni rozkaz do masakry w Šķēde w grudniu 1941 roku.SS-Obersturmbannführer, szef policji w Rydze i Lipawie. Został po wojnie schwytany przez Amerykanów. Co ciekawe, nie sądzono go bezpośrednio o zbrodnie w Lipawie, lecz o udział w zabójstwach siedmiu alianckich lotników (tzw. "Flieger-Morde"). Skazany na śmierć przez amerykański trybunał wojskowy w Dachau. Został powieszony w więzieniu Landsberg 22 października 1948 roku.
Wolfgang Kügler (SS-Untersturmführer, dowódca oddziału Einsatzkommando 2 w Lipawie) Bezpośredni przełożony Carla Emila Strotta. Nadzorował egzekucje i osobiście dobijał ofiary.Rola: . Powojenne losy: Przez wiele lat po wojnie żył spokojnie w Niemczech Zachodnich. Pracował jako sprzedawca. Był sądzony w tym samym procesie co Strott w Hanowerze i skazany na 10 lat więzienia za pomocnictwo w morderstwie. Zmarł w 1988 roku.
Pēteris Galiņš (Łotewski kolaborant - Porucznik łotewskiej policji pomocniczej (Schutzmannschaften) Dowódca łotewskiego plutonu egzekucyjnego, który widać na zdjęciach Strotta. Zginął na froncie wschodnim w 1943 roku.
Otwarte okno - Janusz Korczak - Szkoła Specjalna 1926/7, str. 24.
Otwarte okno - Janusz Korczak - Szkoła Specjalna 1926/7, str. 24.
Otwarte okno - Janusz Korczak - Szkoła Specjalna 1926/7, str. 24.
DR. JANUSZ KORCZAK. Otwarte okno.
Dzieci mają wolny wstęp do mojego pokoju. Umowa zgóry: będzie wolno się bawić, lub tylko półgłosem rozmawiać, albo bezwzględna cisza. Mam na przyjęcie gości małe krzesło, fotelik i stołeczek. Są trzy okna, stykające się wzajemnie; środkowe otwarte; parapety nisko, 30 ctm nad podłogą. Od szeregu lat, codziennie — umieszczam krzesełko, fotelik i stołek zdala od otwartego okna, bywa, że je ukrywam gdzie w kącie. I codziennie wieczorem stoją niezmiennie przy oknie otwartem. Niekiedy widzę jak je odrazu zdecydowanym ruchem przysuwają, niekiedy podnoszą cicho i ostrożnie niemal ukradkiem. Najczęściej nie wiem, jak to się stało. W różnych miejscach umieszczałem tygodniki ilustrowane, utrudniałem dostęp do okna doniczkami. I cieszyło mnie, jak przemyślnie wymijają pokusy i usuwają przeszkody; otwarte okno zwycięża; nawet, gdy wiatr, nawet, gdy deszcz, gdy zimno. Tropizm, który każe wodorostom zbierać się tu czy tam, który wzwyż i wniż aż do krystalizacji chemicznego pokrewieństwa — rozkazuje wiązać się tak, a nie inaczej; prawo, które każe naci kartoflanej i wspinać się w piwnicy po murze do zakratowanego w górze okienka — i ten sam nakaz, wbrew ludzkim zakazom, który więźnia pcha do okna, by-spojrzeć w przestrzeń.
Dziecku potrzebny ruch, powietrze, światło — zgoda, ale i coś jeszcze. Spojrzenie w przestrzeń, poczucie wolności, — otwarte okno. Mamy dwa podwórka: tylne, okolone murami, i frontowe, mniej dogodne, a przecież wyżej cenione. Tu cieplej, jaśniej — zgoda; ale nie tylko to: bo brama wprost na ulicę. Nieomal szał, gdy z ulicy wypadną na pole, tęsknota do rzeki. A cóż dopiero morze, obce lądy — świat cały. Śmiesznem zdawałoby mi się żądanie, by dać dowody, że wielu ginie w kryminale dlatego tylko, że nie posiadamy okrętów.
Zamknięcie nie jest izolacją szkodliwych i występnych, ale ciężką karą, niezależnie od takiego czy innego jadła czy rygoru. Oby stało się jedyną, stosowaną przez niedoskonałą ludzkość, zanim eugenika nie pozwoli obywać się już zupełnie bez kar. Subiektywnie oceniamy i osądzamy tortury średniowiecza. Trudno wtedy było pochwycić zbrodniarza. Skryć się i uciec w lasy albo obce kraje, skorzystać z pożaru, zamieszania, najazdu, przekupić straż więzienną — dla silnych, odważnych, przemyślnych — drobne przedsięwzięcie. Trzeba było zamurować, łańcuchami przykuć w podziemiu, ćwiartować, palić na stosach, wbijać na pal, siec na placu publicznym. Inaczej nie można było, ponoć i to nie pomagało. Może pozornie tylko? Nie wiemy, ilu drapieżników ginęło w lasach, górach, wezbranych rzekach, ilu tworzyło nowe dalekie osiedla. Czyż Ameryka do niedawna nie była asylu awanturników i przestępców całego starego świata? Dziś więzienie jest najpowszechniejszą i najcięższą zarazem karą.
Nie wiem, w jaki system ujęte jest zamknięcie w więzieniu: karcer ciemny, separatka, pozbawienie spaceru, widzeń. Na dzień, tydzień, miesiąc. Jakość i ilość. Czy i w jakim stopniu stosują tę karę zakłady poprawcze? Czy wzorują się na więzieniu, czy opracowały własny, łagodniejszy system? Boć ambicją wychowawcy być musi, osiągać najpomyślniejsze wyniki drogą najmniejszych pogwałceń praw człowieka. Zamknięty, ale z oknem, otwartem na boisko. Zamknięty, ale tylko na czas posiłków. Okno zamknięte, okratowane, okno w górze. Zamknięty na parterze. Podwórko ciasne i obszerne. Trawnik, ale tylko ten jeden.
Na kierowanej przeze mnie kolonii letniej swoboda poruszania się taką miała gradację: 1. prawo wychodzenia poza kolonję bez opieki, 2. prawo wychodzenia pod opieką odpowiedzialnego wychowawcy, 3. prawo wychodzenia na polankę poza obrębem kolonji, 4. prawo swobodnego ruchu w obrębie całej kolonji (5 mórg ziemi), 5. prawo do zabaw w rejonie danego wartownika („areszt”), 6. izolacja na trawniku pod kasztanem („klatka”).
Jeśli zgodzimy się, że nieznaczna tylko część dzieci ze złymi skłonnościami, i to przypadkowo, dostała się do zakładu poprawczego, gdy większość wiele szkodliwszych grasuje na swobodzie, czy nie są wskazane najdalej idące ulgi: urlopy, zbiorowe blizkie i dalekie wycieczki, właśnie w góry, do morza, nad jeziora i w puszcze? Tu właśnie, a nie w zamknięciu lepiej je poznamy. Tabela kar i nagród wyłącznie niemal oparta być może na dozowaniu swobody. Nie coś niecoś, a logiczny system, skodyfikowane prawo. Bez ograniczeń otwarta brama zakładu, ograniczenia co do dni i godzin, promienia, w którym wolno się swobodnie poruszać (wyjazd koleją, przechadzka do sąsiedniego miasteczka, lasu). I dopiero jako najwyższe szczeble kary: zamknięcie w pokoju na krótki przeciąg czasu. Wiadomo, że ustrój w szerokich granicach przystosowuje się do warunków. Muszą istnieć przypadki, że zamknięty przyzwyczaja się do niewoli, może ją nawet polubić. Zamknięcie, jako kara, przestanie działać; co wówczas?
Czy zakłady poprawcze, nawet na wsi umieszczone, posiadają kolonje letnie, obozy wakacyjne? Czy poszczególne zakłady wymieniają wychowawców na czas pewien, dla zmiany wrażeń, poznania innych warunków. Czy dzieci tak zwanych zakładów poprawczych mniejsze mają prawo, by poznać Kraków, Poznań, Wilno, morze, jeziora Suwalszczyzny? Zobaczyć kopalnię węgla, warzelnie, muzea, kino, teatr? Jeśli nawet podnieci, wzbudzi chęć ucieczki, czy nie zachęci do wysiłków poprawy, czy nie wniesie Świętego Powiewu. Pojedyńcze umieszczać w obozach skautów przysposobienia wojskowego — pokazać im dobre życie i rozproszyć zabójczą sugestię, że raz na zawsze napiętnowane, trędowate, wyklęte. Pragnąłbym: 1. wiedzieć, jak jest, 2. przeprowadzić dyskusję z wychowawcami naszych internatów dla dzieci moralnie obarczonych. Mój pogląd: okno otworzyć, zastawić doniczkami kwiatów, rozłożyć po kątach przynęty i uważnie patrzeć, czy mimo przeszkody i wbrew nęcącym pokusom, nie będą w tym właśnie kierunku zwracały tęsknego wzroku. Dodam: jeśli radość sprawia wypuszczenie więzionego ptaka, jakże ta stała praca myśli: kogo wypuścić z więzienia — ubarwi zaprawdę szarą pracę wychowawcy.
English Translation
DR. JANUSZ KORCZAK. The Open Window.
Children have free access to my room. An agreement made in advance: they may play, or speak only in a whisper, or there must be absolute silence. For receiving guests, I have a small chair, an armchair, and a stool. There are three windows, touching each other; the middle one is open; the sills are low, 30 cm above the floor. For several years, every day, I place the little chair, the armchair, and the stool far from the open window—sometimes I even hide them in a corner. And every evening, without fail, they stand by the open window. Sometimes I see them move them over at once with a decisive motion; sometimes they lift them quietly and cautiously, almost stealthily. Most often, I do not know how it happened. In various places, I placed illustrated weeklies, and I hindered access to the window with flowerpots. And it pleased me how cleverly they bypass the temptations and remove the obstacles; the open window triumphs, even when there is wind, even when it rains, when it is cold. The tropism that commands seaweed to gather here or there, which moves up and down until the crystallization of chemical affinity—ordering it to bind in this way and no other; the law that compels potato sprouts in a cellar to climb the wall toward a small barred window high above—and that same command, contrary to human prohibitions, which pushes a prisoner toward the window to gaze into space.
A child needs movement, air, light—granted, but something else as well. A gaze into space, a sense of freedom—the open window.
We have two courtyards: the back one, surrounded by walls, and the front one, less convenient, yet more highly valued. It is warmer and brighter here—granted, but not only that, because the gate leads straight to the street. It is almost a frenzy when they burst from the street into the fields, a longing for the river. And what of the sea, foreign lands, the whole world? It would seem ridiculous to me to demand, to provide evidence that many perish in prison only because we do not possess ships.
Confinement is not just the isolation of the harmful and the delinquent, but a severe punishment, regardless of this or that food or rigor. May it become the only one used by imperfect humanity, until eugenics allows us to do without punishments altogether. Subjectively, we evaluate and judge the tortures of the Middle Ages. Back then, it was difficult to catch a criminal. To hide and escape into the forests or foreign lands, to take advantage of a fire, turmoil, or invasion, to bribe a prison guard—for the strong, the brave, and the clever, it was a minor undertaking. It was necessary to wall them in, chain them in dungeons, quarter them, burn them at the stake, impale them, or lash them in the public square. It could not be done otherwise, and supposedly, even that did not help. Or perhaps only seemingly? We do not know how many predators perished in forests, mountains, or swollen rivers, or how many established new, distant settlements. Was America not, until recently, an asylum for adventurers and criminals from the entire old world? Today, prison is both the most common and the most severe punishment. I do not know what system governs confinement in prison: a dark cell, solitary confinement, deprivation of walks or visits. For a day, a week, a month. Quality and quantity. To what extent do reformatories apply this punishment? Do they model themselves after prisons, or have they developed their own milder system? For it must be the ambition of an educator to achieve the most favorable results through the minimal violation of human rights. Locked up, but with a window open to the playing field. Locked up, but only during mealtimes. A closed window, barred, a window high above. Locked up on the ground floor. A courtyard, cramped or spacious. A lawn, but only this one.
At the summer camp I directed, the freedom of movement had the following gradation: 1. the right to go outside the camp without supervision, 2. the right to go out under the care of a responsible educator, 3. the right to go to a clearing outside the camp boundaries, 4. the right of free movement within the entire camp (5 morgs of land), 5. the right to play in the area of a given sentry ("arrest"), 6. isolation on the lawn under the chestnut tree ("the cage"). If we agree that only a small fraction of children with bad inclinations—and that by chance—ended up in a reformatory, while the majority of much more harmful ones roam free, are not the most far-reaching concessions advisable: leaves of absence, collective near and far excursions, precisely to the mountains, the sea, lakes, and the wilderness? It is there, rather than in confinement, that we will get to know them better. A table of punishments and rewards can be based almost exclusively on the dosage of freedom. Not just a bit of this or that, but a logical system, a codified law. The gate of the institution open without restrictions, or restrictions regarding days, hours, and the radius within which one may freely move (traveling by rail, a walk to the neighboring town or forest). And only as the highest levels of punishment: confinement in a room for a short period of time. It is known that the organism adapts to conditions within broad limits. There must be cases where the confined person grows accustomed to captivity, may even come to like it. Confinement, as a punishment, will cease to work; what then?
Do reformatories, even those located in the countryside, have summer colonies or holiday camps? Do individual institutions exchange educators for a certain period, for a change of impressions, and to learn about other conditions? Do children of so-called reformatories have less of a right to get to know Kraków, Poznań, Wilno, the sea, or the lakes of the Suwałki region? To see a coal mine, saltworks, museums, a cinema, or a theater? Even if it excites them or stirs a desire to escape, might it not also encourage efforts toward improvement, or bring in a Sacred Breath? To place individuals in scout camps or military training camps—to show them a good life and dispel the lethal suggestion that they are forever branded, leprous, and outcast. I would wish: 1. to know how things are, 2. to hold a discussion with the educators of our boarding houses for morally burdened children.
My view: open the window, block it with flowerpots, scatter lures in the corners, and watch carefully whether, despite the obstacles and contrary to enticing temptations, they will not turn their longing gaze in that very direction. I will add: if releasing a caged bird brings joy, how much more will this constant labor of thought—of whom to release from prison—truly color the gray work of an educator.
"The Open Window" is a concept and publication associated with the educator Janusz Korczak from 1926, symbolizing a "sense of freedom" for children. It represents his pedagogical approach aimed at providing children with freedom, autonomy, and better conditions within his orphanages, often documented in photographs of him and his children.