![]() |
| Artykuł „Karmelki” autorstwa Janusza Korczaka (podpisanego jako Janusz), opublikowany w 1899 roku w„Czytelni dla Wszystkich” (nr 42, str. 5). |

Zakończenie artykułu „Karmelki” autorstwa Janusza Korczaka (podpisanego jako Janusz), opublikowanego w 1899 roku w„Czytelni dla Wszystkich” (nr 42, str. 5).
Korczak zawsze miał przy sobie miodowe cukierki. Fabryka Czekolady „Plutos” na ulicy Barskiej regularnie ofiarowywała Domowi Sierot swoje wyroby. Czy wśród nich były miodowe cukierki? Nie wiem. Według neonu na Marszałkowskiej „Plutos” produkowała zarówno czekoladę, jak i karmelki, cukierki.
Oto dokładna, wierna transkrypcja artykułu „Karmelki” autorstwa Janusza Korczaka (podpisanego jako Janusz), opublikowanego w 1899 roku w„Czytelni dla Wszystkich” (nr 42, str. 5). Pod tekstem znajduje się analiza kwerendalna i psychologiczna.
KARMELKI.— Dzień dobry, panieneczce — rzekł pan Ignacy, stary kawaler w niebieskich okularach, siadając na krześle i wyjmując z kieszeni tabakierkę z tabaką, przyrządzaną w tajemnicy, by nie zdradzić, co on tam kładzie, że zapach jej aż podziwiają towarzysze z ogrodu Saskiego.— Pół funta karmelków panu dobrodziejowi? — zapytała z uśmiechem „panienka”.— A no tak, jak zwykle, jak zwykle, za piętnaście kopiejek.— Muszą panu smakować nasze karmelki!— To nie dla mnie.— Dla wnuczka pewnie!— Nie, moja dobrodziejko, nie dla wnuczka; nie mam ja wnuczka. To tylko tak dla dzieci. Jak panienka będzie miała kiedy czas, to panience coś powiem, a może i dam do przeczytania coś o tych karmelkach.Mówiąc to, schował do kieszeni starannie zawinięte karmelki i wyszedł.Wypadkiem poznałem pana Ignacego. Gdym mu przypomniał, że obiecał on panience z cukierni przeczytać coś o karmelkach i że ja też pragnąłbym dowiedzieć się co on o tych karmelkach napisał, mruknął niechętnie:— E, co panu po tem; wy, młodzi, nie zrozumiecie mnie, a w najlepszym razie śmiać się ze mnie będziecie.Wiele trudu mnie kosztowało, nim zgodził się wreszcie na przeczytanie swych notatek. Mieściły się one w dość grubym zeszycie.— Siadaj pan i słuchaj.Zaczął czytać:„Gdy byłem młody, miałem zdolności, pamięć, siły, a mimo to nic mi się robić nie chciało. Niebo dało mi wiele, alem ja te dary marnował, zamiast oddać je na użytek innym i sobie. Nietylko nic dobrego nie zrobiłem przez pierwsze dwadzieścia pięć lat życia, ale nawet nie wykształciłem się na pożytecznego pracownika i samodzielnego człowieka. Matka na rok przed śmiercią, wypłakała mi u dawnego kolegi jej męża, a mego ojca, jakąś posadę, na której też siedemnaście lat przasiedziałem. Potem dostałem emeryturę i zacząłem żyć odtąd bez celu, bez zajęcia i bez zdrowia, które mi skurcz w tej trzydziestoletniej bezczynności. Nie miałem ani żony, ani nikogo z bliskich, więc mi bardzo źle było. Chodziłem całemi godzinami po ulicach i patrzałem, jak wyglądają to miasto, w którem tyle lat żyłem, a którego prawie nie znałem, bo całe dnie przepędzałem w jednym pokoju nad biurkiem. Chociaż mnie bardzo nogi bolały, bo odwykły one od chodzenia, ja jednak chodziłem, bo mnie wszystko tak zajmowało, jak dziecko, on pierwszy raz widzi motylka i inne ładne rzeczy. Dużo myślałem podczas tych spacerów i doszedłem do wniosku: Gdybym był pracował, jak się należy, i rozwijał moje zdolności, to bym teraz mógł mieć wielki majątek i mógłbym pomódz nie jednemu z tych biednych ludzi, na których tak tylko mogę patrzeć i nic więcej.I nie wiem, jak się to stało, ale wiem, że przyszło mi na myśl, że ponieważ dzieciom trudno troskę zgonić z czoła, a dzieciom łatwo, bo można jednym karmelkiem wywołać na usta uśmiech, a z oczu zgonić łzy, więc postanowiłem choć tyle dobrego zrobić, ile sił we mnie na schyłku mego życia.„Więc kupiłem wtedy pierwszy raz kilka pierników i karmelków i rozdałem je, ale jeszcze wtedy nie wyrobiłem sobie w tem metody, więc mi to szło niezgrabnie. Ale powoli sobie tak wymyśliłem: że będę dawał karmelki w trzech wypadkach: po pierwsze, kiedy dziecko płacze, że je skrzywdzono. Kuprzykład, jeżeli mu ujmą kasztany, które sobie uzbierało, albo jeżeli je uderzą, albo coś podobnego. Po drugie, będę dawał karmelek, nie jako nagrodę za grzeczność, ale za pracę. Nieprzykład jeśli malec niesie ciężki kosz ze śniadaniem dla ojca, albo jeżeli dziewczynka mała pierze w wodzie bieliznę, albo niesie niewiele młodsze od siebie niemowlę. Po trzecie, jeżeli zobaczę, że dziecko siedzi gdzie i patrzy bezmyślnie w jeden punkt: widać ma dom karmelek, to chociaż na chwilę obudzę w niem myśl. Będzie myślało, co to za pan, po co dał karmelek, może i inne myśli do głowy mu przyjdą.„Smutno jest, jeżeli już człowiek widzi, że nie więcej zrobić nie może, bo mu sił i środków brak, a tyle darów nieba w młodości zmarnował, ale i to dobre z temi karmelkami, bo chociaż w miarę możności staram się coś dobrego uczynić, chociaż mało i za późno.”Nie wiem, jak nazwać ten traktat karmelkowy pana Ignacego, warm tylko, iż uczynił na mnie wrażenie. Przestał, a głos jego był tak smutny podczas czytania.— No i cóż pan powie? — zapytał.— Jedno tylko: szczerze pana współczuję.Ucałował mnie w głowę, ale karmelkiem nie poczęstował, bo to... dla dzieci. I odtąd często jestem w mojem posiadaniu. W ciągu ostatnich siedmnastu lat życia pan Ignacy rozdał siedmset dziewięćdziesiąt trzy funty karmelków, a każdy karmelek dany ma swoją linijkę w zeszycie. Lubię ten stary, pożółkły zeszyt dziwaka. Czasem, znużony pracą, biorę do ręki i czytam:„Przed cukiernią stał druciarczyk i patrzał na wielkanocne przysmaki. Trzy karmelki.”„Mania i Władzio zbierają mętne [?] węgle nad Wisłą na opał. Po dwa karmelki.”„Jaś płacze, bo mu chłopcy zabrali witkę. Karmelek.”„Judaś z mamą idzie na targ sprzedawać wycieraczki. Dwa karmelki” i t. d. bez końca.I myślę wówczas o tem, ile ten człowiek, zniszczony przez tyloletnią pracę, biedny, prawie niedołężny, zdołał jeszcze wywołać uśmiechów i myśli. Gdyby był zamożniejszy, mógłby książeczki elementarne rozdawać, gdyby był silniejszy, mógłby tak naukę rozdawać. Ba, jeden człowiek, oddany pracy dla innych, to olbrzym, który może cuda uczynić.Minęło wiele lat od śmierci pana Ignacego w niebieskich okularach, a tabaka, która tak pachniała, że zachwyt budziła w gronie snobów z ogrodu Saskiego. Tajemnica zaprawiania tabaki poszła z nim do grobu, a co się tyczy karmelków, to w wolnych chwilach wole iść z niemi nad Wisłą, by dodać kilka linij do zeszytu pana Ignacego.Janusz.
ANALIZA KWERENDALNA I PEDAGOGICZNA
Ten niezwykle rzadki tekst to prawdziwy kamień milowy w rozwoju młodego Henryka Goldszmita. Wydrukowany w „Czytelni dla Wszystkich” pod pseudonimem Janusz (na długo przed pełnym ukształtowaniem się marki „Janusz Korczak”), odsłania moment narodzin jego unikalnej filozofii dziecka.
Oto cztery kluczowe, rewolucyjne wnioski, które łączą ten tekst z Twoim konceptem „Pedagogicznego drzewa”:
1. Pierwszy zarys „Zeszytu Bursisty” i statystyki serca
Zdumiewający jest fakt, że już w tym tekście z przełomu wieków Korczak wprowadza motyw grubego, pożółkłego zeszytu, w którym każda najmniejsza interakcja z dzieckiem jest skrupulatnie notowana: „w ciągu ostatnich siedmnastu lat życia pan Ignacy rozdał siedmset dziewięćdziesiąt trzy funty karmelków, a każdy karmelek dany ma swoją linijkę w zeszycie”.
To jest bezpośredni, embrionalny praprzodek Zeszytów Bursisty i Książki Dyżurnej z II piętra, wychowanki Jadzi Wejsztok, który analizowałem na blogu Jimbao wcześniej! Korczak już wtedy marzył o klinicznym, precyzyjnym zapisywaniu życia dzieci – od zgubionych trepków po rozdane karmelki.
To jest bezpośredni, embrionalny praprzodek Zeszytów Bursisty i Książki Dyżurnej z II piętra, wychowanki Jadzi Wejsztok, który analizowałem na blogu Jimbao wcześniej! Korczak już wtedy marzył o klinicznym, precyzyjnym zapisywaniu życia dzieci – od zgubionych trepków po rozdane karmelki.
2. Manifestacja uniwersalizmu i warszawska bieda
Podobnie jak w „Szpitaliku” ze Śliskiej, tak i tutaj Korczak uderza w tony głębokiego uniwersalizmu społecznego. Wymienia dzieci z imienia i profesji: obok polskiej Mani i Władzia zbierających węgle nad Wisłą, pojawia się żydowski Judaś idący z mamą na targ sprzedawać wycieraczki. Dla Korczaka (i jego bohatera, pana Ignacego) nie ma różnicy wyznania – cierpienie i trud dziecka wyrobnika są ponadnarodowe.
3. Topografia Ogrodu Saskiego jako azylu
Tekst idealnie cementuje moje ostatnie odkrycie dotyczące topografii Warszawy. Pan Ignacy to stały bywalec Ogrodu Saskiego, którego specyficzny zapach tabaki budzi podziw spacerowiczów. Ogród Saski jawi się tu jako przestrzeń, gdzie świat dorosłych (emerytów, snobów) miesza się z dynamicznym, badawczym światem dziecięcej zabawy, którą młody student medycyny Goldszmit dopiero zaczynał „diagnozować”.
4. Metodologia małego kroku i psychologia bodźca
Filozofia pana Ignacego to w istocie wczesna miniatura pedagogiki Korczaka. Karmelek nie jest tanią przekupną nagrodą za to, że dziecko jest „grzeczne” (co Korczak zawsze potępiał). Karmelek to:
- Tarcza chroniąca przed dorosłą niesprawiedliwością (gdy Jaś płacze, bo mu zabrano witkę).
- Uznanie podmiotowości i ciężkiej pracy dziecka (gdy mała dziewczynka pierze bieliznę).
- Budzik dla dziecięcej wyobraźni (gdy dziecko patrzy bezmyślnie w jeden punkt, karmelek ma „obudzić w nim myśl”).
Finał tego tekstu (poniżej), w którym młody Janusz deklaruje, że po śmierci staruszka sam kontynuuje jego dzieło i dodaje kolejne linijki do tego wielkiego zeszytu nad Wisłą, to najpiękniejsza zapowiedź tego, czym stanie się Dom Sierot. Korczak sam stał się panem Ignacym w niebieskich okularach dla tysięcy warszawskich dzieci.
I myślę wówczas o tem, ile ten człowiek, zniszczony przez tyloletnią pracę, biedny, prawie niedołężny, zdołał jeszcze wywołać uśmiechów i myśli. Gdyby był zamożniejszy, mógłby książeczki elementarne rozdawać, gdyby był silniejszy, mógłby tak naukę rozdawać. Ba, jeden człowiek, oddany pracy dla innych, to olbrzym, który może cuda uczynić.Minęło wiele lat od śmierci pana Ignacego w niebieskich okularach, a tabaka, która tak pachniała, że zachwyt budziła w gronie snobów z Ogrodu Saskiego. Tajemnica zaprawiania tabaki poszła z nim do grobu, a co się tyczy karmelków, to w wolnych chwilach wolę iść z niemi nad Wisłą, by dodać kilka linij do zeszytu pana Ignacego.












