Wednesday, July 1, 2026
Time & Tide
Extermination
FROM A CORRESPONDENT
SPEAKING AT LEIPZIG on February 25, 1942, Hitler announced that "the Jew will be exterminated". "Whatever this fight may bring, however long it may last, this will be its final result." And again at the Sportpalast, on September 30th: "There was a time when the Jews of Germany laughed at my prophecies. I don't know whether they are still laughing today, or whether they have forgotten how to laugh. I can only say they will stop laughing everywhere, and again I shall be correct in my prophecies". How many Englishmen, hearing or reading these words, sensed their diabolic repercussions! The Nazis, and especially their youth, have been trained to take every word of that homicidal maniac for law and for a command to be followed by immediate action: and the same night of September 30th, wild pogroms raged in the ghettos of Poland, superimposed on the organized horrors already in full swing.
Himmler, during his visit to Warsaw, in July 1942, recited as Hitler's slogan, "Jews are to die in torture"—and the order is being carried out with all the organized, systematic refinement of which Germans are capable. Again and again the question was asked whether any Germans in Poland—soldiers, civilians, S.S., or Gestapo—have turned in horror against such tasks assigned to them, or carried out under their eyes. Not one case is known: in Warsaw, during a pogrom, a small squad of Latvian Fascists, after having taken part in slaughter and been given a few hours' rest, refused to resume the work; Nazis—never. The idea is firmly planted in their minds that the Jews are poisonous vermin and have to be exterminated. The Hitler Youth in Poland (mainly sons of German residents) from the age of 15 upwards have been armed with revolvers, allegedly because they are in danger from "Polish bandits"; it is a regular pastime of these youths to go to the Warsaw ghetto (probably to others, too, but it is from Warsaw that the information reaches me), where they start hunting Jews, and practise shooting at them. There is in Warsaw a Gestapo agent who makes murdering Jews a game, a sport, and a profession: when he kills an individual, he marks the serial number on the corpse; having exterminated an entire family, he chalks it on the door of the house. At the time when the report from which I quote was drawn up, he had reached the figure 1,006: one thousand and six murders committed on helpless men, women, and children by a heavily armed Gestapo man—and nothing but amused, indulgent smiles on the part of his chiefs and colleagues!
The story of a tiny fraction of the horrors has been told in the Press: and yet there is hardly an incident or a practice which, when recounted in full by reliable eye-witnesses, does not grow still farther in its inhuman evil. I therefore say no more about new cases, and shall merely re-touch a few already recorded in the report of the Polish Ministry of Information, or the Polish diplomatic note published last week. It is known that on July 23, 1942, German police officials demanded from Mr Czerniakow, chairman of the Jewish Council in Warsaw, the delivery on the next day of 10,000 Jews for "deportation", that is, extermination, and that Mr Czerniakow, a man known for his character and integrity, went to the adjoining room and took poison. What appears now is that the Germans demanded from him, in the first place, the delivery of the children in the Jewish communal orphanages, and of the inmates of the homes for the aged; and threatened him, should he refuse to demean himself by handing over these most helpless creatures in his care, to exterminate his family. Children, the old, the sick, were singled out by the Germans as first victims for slaughter! The story of Mr Janusz Korczak, a doctor and distinguished educationalist who devoted his [life to children, and who refused to leave them when the final hour of his last march—which is spoken of with veneration by Poles, as much as by Jews—it has reached me from a non-Jew. Korczak headed the procession from the orphanage to the station where the death-train awaited them: he walked calm and collected...]
Angielska gazeta z grudnia 1942 roku: "Dzieci, starcy i chorzy zostali wskazani przez Niemców jako pierwsze ofiary na rzeź!", "Korczak poprowadził pochód z sierocińca na stację, gdzie czekał na nich pociąg śmierci".
Oto tłumaczenie części wstrząsającego artykułu EXTERMINATION (EKSTERMINACJA) z brytyjskiego tygodnika „Time and Tide” z 19 grudnia 1942 roku, oparte na pełnym tekście raportów z tamtego okresu, na które powołuje się brytyjski korespondent, a dotyczących deportacji z Getta Warszawskiego, transportów wagonami śmierci do obozów zagłady. W artykule jest wspomniana postawa Janusza Korczaka i Adama Czerniakowa.
EKSTERMINACJA
OD KORESPONDENTA
Przemawiając w Lipsku 25 lutego 1942 roku, Hitler ogłosił, że „Żyd zostanie eksterminowany”. „Cokolwiek przyniesie ta walka i jakkolwiek długo by nie trwała, taki będzie jej ostateczny rezultat”. I ponownie w Sportpalast, 30 września: „Był czas, kiedy Żydzi w Niemczech śmiali się z moich proroctw. Nie wiem, czy śmieją się jeszcze dzisiaj, czy też oduczyli się już śmiać. Mogę tylko powiedzieć, że przestaną się śmiać wszędzie, i po raz kolejny moje proroctwa okażą się słuszne”. Jakże wielu Anglików, słysząc lub czytając te słowa, wyczuło ich diaboliczne konsekwencje! Naziści, a w szczególności ich młodzież, zostali wyszkoleni do traktowania każdego słowa tego ociemniałego maniaka-mordercy jako prawo i rozkaz wymagający natychmiastowego działania; i tej samej nocy, 30 września, w gettach w Polsce rozpętały się dzikie pogromy, nakładając się na zorganizowany koszmar, który trwał już w pełni.
Himmler, podczas swojej wizyty w Warszawie w lipcu 1942 roku, powtórzył hasło Hitlera: „Żydzi mają umierać w torturach” – i rozkaz ten jest wykonywany z całym zorganizowanym, systematycznym wyrafinowaniem, do jakiego zdolni są Niemcy. Raz po raz zadawano pytanie, czy jakikolwiek Niemiec w Polsce – żołnierz, cywil, esesman czy gestapowiec – odwrócił się z przerażeniem od wyznaczonych mu zadań, bądź od tego, co działo się na jego oczach. Nie jest znany ani jeden taki przypadek; w Warszawie, podczas pogromu, mały oddział łotewskich faszystów, po udziale w rzezi i otrzymaniu kilku godzin odpoczynku, odmówił powrotu do pracy; naziści – nigdy. Infiltracja ich umysłów sprawiła, że mocno zakorzeniła się w nich myśl, iż Żydzi to trujące robactwo, które należy wytępić.
Członkowie Hitlerjugend w Polsce (głównie synowie niemieckich mieszkańców) od 15 roku życia wzwyż zostali uzbrojeni w rewolwery, rzekomo dlatego, że grozi im niebezpieczeństwo ze strony „polskich bandytów”; regularną rozrywką tych wyrostków stało się chodzenie do warszawskiego getta (zapewne do innych też, ale to z Warszawy docierają do mnie informacje), gdzie urządzają polowania na Żydów i ćwiczą się w strzelaniu do nich. Jest w Warszawie agent Gestapo, dla którego mordowanie Żydów stało się zabawą, sportem i profesją; kiedy zabija człowieka, zaznacza na zwłokach numer seryjny; po zgładzeniu całej rodziny, wypisuje go kredą na drzwiach domu. W czasie, gdy sporządzano raport, z którego cytuję, osiągnął on liczbę 1006: tysiąc sześć morderstw popełnionych na bezbronnych mężczyznach, kobietach i dzieciach przez ciężko uzbrojonego gestapowca – co wywołało jedynie rozbawione, pobłażliwe uśmiechy ze strony jego przełożonych i kolegów!
Historia zaledwie ułamka tych okropności została opowiedziana w prasie; a jednak trudno o incydent czy praktykę, które, opisane w pełni przez wiarygodnych naocznych świadków, nie urastałyby jeszcze bardziej w swoim nieludzkim złu.
Historia zaledwie ułamka tych okropności została opowiedziana w prasie; a jednak trudno o incydent czy praktykę, które, opisane w pełni przez wiarygodnych naocznych świadków, nie urastałyby jeszcze bardziej w swoim nieludzkim złu.
Nie będę więc pisał więcej o nowych przypadkach, a jedynie przypomnę kilka już odnotowanych w raporcie polskiego Ministerstwa Informacji lub w polskiej nocie dyplomatycznej opublikowanej w zeszłym tygodniu*. Wiadomo, że 23 lipca 1942 roku niemieccy urzędnicy policyjni zażądali od pana Czerniakowa, przewodniczącego Rady Żydowskiej w Warszawie, dostarczenia na następny dzień 10 000 Żydów do „deportacji”, to znaczy do eksterminacji, oraz że pan Czerniakow, człowiek znany ze swojego charakteru i prawości, przeszedł do sąsiedniego pokoju i zażył truciznę.
Z tego, co jawi się teraz, wynika, że Niemcy żądali od niego w pierwszej kolejności wydania dzieci z żydowskich sierocińców komunalnych oraz pensjonariuszy domów starców; a w razie odmowy poniżenia się poprzez wydanie tych najbardziej bezbronnych istot pozostających pod jego opieką, grozili mu zgładzeniem jego rodziny.
Dzieci, starcy i chorzy zostali wskazani przez Niemców jako pierwsze ofiary na rzeź! Opowieść o Januszu Korczaku, lekarzu i wybitnym pedagogu, który poświęcił swoje życie prowadzeniu żydowskiego sierocińca w Warszawie (dobrze znanego jeszcze przed ostatnią wojną), została już opowiedziana: pragnąc go upokorzyć moralnie, Niemcy dali mu możliwość uratowania życia, ale on naturalnie odmówił opuszczenia dzieci. Teraz dociera do nas relacja o jego ostatnim marszu – o którym z czcią mówią zarówno Polacy, jak i Żydzi – a dotarła do mnie od osoby niebędącej Żydem. Korczak poprowadził pochód z sierocińca na stację, gdzie czekał na nich pociąg śmierci: szedł spokojny i skupiony, zachowując godną postawę, z dzieckiem na każdym ramieniu; pozostałe dzieci szły za nim. Kto widział ich przechodzących, nigdy nie zapomni tej sceny. „Kiedyś”, pisze pewien Polak, „wzniesiemy Korczakowi pomnik”. Co stało się później, gdzie zginęli i jak, jakie tortury zadano im pod rządami Hitlera – nikt nie wie i być może nikt nigdy się nie dowie.
Historia pociągów towarowych stłoczonych ludnością żydowską, które odjeżdżają w nieznane, odsłania bezwzględną machinę niemieckiej logistyki śmierci. Transporty te są organizowane pod przymusem przez lokalną policję żydowską, na którą Niemcy nakładają precyzyjne limity kontyngentów, grożąc natychmiastowym rozstrzelaniem w przypadku jakiegokolwiek opóźnienia lub niedoboru. Ofiary – wycieńczone, przerażone, spędzone z likwidowanych gett – zmuszane są do oczekiwania na bocznicach kolejowych lub w punktach zbornych przez wiele dni, często od 5 do nawet 14 dni, bez żadnego dachu nad głową, bez wody i podstawowego zaopatrzenia.
Sam proces załadunku do wagonów towarowych i bydlęcych odbywa się w atmosferze dzikiej paniki, brutalności i przy ciągłym użyciu broni palnej przez niemieckich strażników. Ludzie są upychani ponad wszelką ludzką miarę – do jednego składu składającego się z kilkudziesięciu wagonów wtłacza się łącznie nawet 6000 osób, przez co wiele z nich odnosi ciężkie obrażenia i rany, jeszcze zanim pociąg w ogóle ruszy z miejsca.
Wagonu te są następnie ryglowane i plombowane. Aby uniemożliwić jakąkolwiek ucieczkę i zmaksymalizować śmiertelność, podłogi wagonów są obficie zasypywane niegaszonym wapnem. Pod wpływem wilgoci i potu stłoczonych ciał wapno zaczyna wchodzić w gwałtowną reakcję chemiczną, wydzielając potworne ilości ciepła oraz duszący, toksyczny chlor. Zamknięci wewnątrz ludzie, pozbawieni dopływu świeżego powietrza, wody i jakiejkolwiek możliwości ruchu, umierają masowo w potwornych męczarniach z powodu uduszenia, poparzeń chemicznych dróg oddechowych oraz skrajnego pragnienia.
Wiele z tych pociągów śmierci kierowanych jest do obozu w Bełżcu, który stał się jednym z głównych ośrodków tej zorganizowanej rzezi. Istnieją tam również inne, równie potworne metody masowej eksterminacji, w tym uśmiercanie prądem elektrycznym na specjalnych platformach, masowe rozstrzeliwania nad otwartymi mogiłami oraz komory gazowe. Naoczni świadkowie – polscy chłopi mieszkający w pobliżu tras kolejowych i stacji węzłowych – relacjonują, że z zamkniętych, stojących dniami na bocznicach wagonów dobiegają rozdzierające serce, nieludzkie krzyki i błagania o kroplę wody, które nie milkną przez całe doby. W ten bezwzględny sposób, we wrześniu 1942 roku, zlikwidowano i doszczętnie wycięto w pień między innymi całą społeczność żydowską w podwarszawskim Otwocku oraz wielu innych miasteczkach.
Analiza krytyczno-historyczna dokumentu
Ten unikalny wycinek prasowy stanowi bezcenny kamień milowy w dziejach światowej dokumentacji Holokaustu i narodzin legendy Janusza Korczaka:
- Przełom informacyjny w Londynie (Grudzień 1942 r.): Artykuł został opublikowany zaledwie kilka dni po oficjalnym ogłoszeniu słynnej noty dyplomatycznej rządu RP na uchodźstwie (noty Raczyńskiego* z 10 grudnia 1942 r.) i wspólnej deklaracji Narodów Zjednoczonych potępiającej eksterminację Żydów. Pokazuje, jak precyzyjne dane o Wielkiej Akcji likwidacyjnej w Warszawie (lipiec-wrzesień 1942) przenikały na Zachód.
- Śmierć Adama Czerniakowa: Trzeci akapit podaje wstrząsające kulisy samobójstwa przewodniczącego warszawskiego Judenratu. Brytyjski korespondent bezbłędnie identyfikuje daty i bezpośrednią przyczynę – żądanie wydania na śmierć dzieci z sierocińców, co stało się bezpośrednią zapowiedzią losu placówki Korczaka.
- Kronika o Januszu Korczaku to jeden z pierwszych momentów na świecie, kiedy zachodnia opinia publiczna usłyszała o jego heroizmie. Co kluczowe, informacja ta dotarła do Londynu za pośrednictwem polskiego (nieżydowskiego) świadka podziemia, co potwierdza, że niezłomny marsz Doktora na stację kolejową z dwojgiem dzieci na rękach wstrząsnął całą okupowaną Warszawą, stając się uniwersalnym symbolem ludzkiej godności w obliczu absolutnego zła.
- Akcja „Reinhardt”: Ten wstrząsający dokument z grudnia 1942 roku pokazuje, jak szczegółowa wiedza na temat horroru akcji „Reinhardt” (zagłady Żydów w Generalnym Gubernatorstwie) docierała do Londynu zaledwie kilka miesięcy po tych wydarzeniach.
* Nota Raczyńskiego z 10 grudnia 1942 roku to oficjalna nota dyplomatyczna Rządu RP na uchodźstwie. Był to pierwszy na świecie dokument w historii ostrzegający zachodnią opinię publiczną o trwającym Holokauście. Została ona sporządzona przez ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Edwarda Raczyńskiego, i wysłana do 26 rządów. Bezpośrednim impulsem do sformułowania noty były materiały i mikrofilmy przywiezione do Londynu przez kuriera Polskiego Państwa Podziemnego, Jana Karskiego, które zawierały wstrząsające raporty o eksterminacji. Dokument szczegółowo opisywał niemieckie zbrodnie, w tym funkcjonowanie obozów zagłady i metody masowego mordu w okupowanej Polsce. Zwracał uwagę, że eksterminacja dotyka nie tylko obywateli polskich, ale wszystkich europejskich Żydów. Nota doprowadziła do ogłoszenia 17 grudnia 1942 r. oficjalnej Wspólnej Deklaracji Członków Narodów Zjednoczonych, w której potępiono niemieckie zbrodnie i zapowiedziano ukaranie sprawców. Treść noty została wydana przez polski rząd w postaci anglojęzycznej broszury pt. „The Mass Extermination of Jews in German Occupied Poland”
Jerozolima, październik 1943 r. - Wspomnienie o Januszu Korczaku - Autor: Paulina Appenszlak.
![]() |
| Jerozolima, październik 1943 r. - Wspomnienie o Januszu Korczaku - Autor: Paulina Appenszlak. |
Wspomnienie o Januszu Korczaku
Paulina Appenszlak
(Jerozolima, październik 1943 r.)
Uczucie lęku przed drugim człowiekiem, o ile to nie był, naturalnie, złoczyńca, należało w cywilnem życiu przedwojennem do rzadkości. Lecz ja wyraźnie czułam, przechodząc przez środkowy pokój redakcyjny, najmniej wygodny i najbardziej upośledzony w całym lokalu, że boję się Janusza Korczaka.
Często zastawałam go przy biurku, otoczonego setną chmarą rozgadanych, dyskutujących chłopców i dziewcząt. Czasami spotykałam go w drukarni, gdy dawał jakieś wskazówki zecerowi. Było to tylko na początku istnienia tej dziwnej, jedynej chyba w całym świecie gazety, „Małego Przeglądu”, znajdującej się raczej pod kierownictwem niż pod redakcją Korczaka. W miarę jak pismo zyskiwało na popularności i powiększało nakład, Korczaka coraz rzadziej zastać można było w redakcji: zrobił swoje, dał inicjatywę, okrył imprezę wydawniczą olbrzymim autorytetem swego nazwiska, przysłał zastępcę i... wycofał się. Zastępca, red. X., bardzo przypominał zachowaniem się i sposobem bycia niewidzialnego Korczaka. Opowiadano, że Korczak spotkał go kiedyś na ulicy, w pożałowania godnym stanie, obdartego i głodnego. Nie wiem w jakich warunkach została zadzierzgnięta przyjaźń. Mówiono o jakimś palcie, które Korczak zdjął ze siebie, by okryć nim zmarzniętego. Redaktor był ułomny*. Miał oczy prawie takie same, jak Korczak, głęboko osadzone, czarne, płonące oczy fanatyka.
Wydawcy „Naszego Przeglądu” bali się redaktorów dodatku dla dzieci: walczyło się stale o większy przydział papieru i składu, o honorarja. Walkę prowadzili nie tyle Korczak, ile jego zbuntowani apostołowie. Mieli widać olbrzymią siłę moralną za sobą, skoro wydawnictwo lękało się kiedyś ich groźby, jakże brzmiącej żartobliwie, że dzieci zabiorą gazetę i będą same wydawać „Nasz Przegląd”.
Często obawiałam się, przechodząc szybko przez pokój redakcyjny, to milczącego spojrzenia Korczaka. Bo ilekroć na mnie spojrzał, wydawało mi się, że jestem winna wszystkiemu złu, które się dzieje wokół nas, że spada na mnie ciężar odpowiedzialności za zbyt wystrojone i próżnujące panieńskie, za rozpieszczone i egoistyczne dzieci, za spekulujących kupców, za sprzedających swoje poglądy polityczne działaczy, za rodziny, pyszniące się śmiercią swoich najbliższych olbrzymiemi nekrologami w gazetach i wynoszące na światło dzienne intymne związki rodzinne w rubryce powinszowań i życzeń, za panny z posagiem, szukające przyszłości w dziale ogłoszeń matrymonjalnych, za obłudę nabożeństw, na których płaciło się słone ceny za miejsce w synagodze, za frymarczenie wielkiemi słowami, za nadużywanie frazesów, za ogłupianie, oszukiwanie, za pochlebstwa, za wszelką niesprawiedliwość. Ilekroć widziałam Korczaka, pisanie szło mi niesporo. Działał on na mnie jak wyrzut sumienia.
I dziś, kiedy chcę o nim pisać wspomnienia, a wspomnień tych zebrało się nie mało ze znajomości, trwającej około lat 30, ogarnia mnie ta sama obawa, co wówczas, kiedy z za grubych szkieł w złotej oprawie padało na mnie najsmutniejsze, jak gdyby przeczuwające wielkie krzywdy spojrzenie a z za wytartego aksamitnego kołnierza zrudziałego palta odwracała się ku mnie bolesna w swej brzydocie, ale tak dobrze mi znana, tak biska i droga twarz Janusza Korczaka.
Nie śmiem napisać: Bohater, nie śmiem napisać: Męczennik, nie śmiem użyć ani jednego z tych wielkich, wytartych słów, specjalnie tak nadużywanych w epoce krwawego patosu, bo wiem, jak serdecznie nienawidził ich Korczak, jak ironicznym uśmiechem spotkałby idące mu naprzeciw strojne, błyszczące chrześcijańskie, wynajdywane wielkie słowa. Powinny o nim raczej pisać dzieci. Ubóstwo i prymitywność ich stylu mogłyby jedynie wyrazić tę opinję, jakiej sobie Korczak życzył za życia, a chyba i po śmierci. On sam może, w jakimś skrócie monosylabicznym, umiałby wyrazić swój ideał życiowy, który miał jedną myśl przewodnią: Prostotę – a jako jej konsekwencję: Prawdę. I dalsze już logicznie wypływające wnioski: Sprawiedliwość. Ani naiwne poświęcenie, ani dobroć, ani wysoki poziom moralny. Tylko: Sprawiedliwość!
W tym skomplikowanym, zakłamanym, niesprawiedliwym świecie stosowanie tych właśnie zasad i walka o nie stały się posłannictwem Korczaka.
Miałam wówczas 8 lub 9 lat, a Korczak nazywał się panem doktorem Henrykiem Goldszmitem, nosił czarny krawat, zawiązany na kokardę, i bujną rudawą czuprynę, kiedym go po raz pierwszy ujrzała z dwojgiem trzyletnich dzieci, które trzymał na kolanach. Było to w Domu Sierot na ul. Franciszkańskiej, tym słynnym Domu Sierot w Warszawie, który potem stał się domem Korczaka, ma jego jedyną rodziną stało się kilkaset sierot. Młody wówczas doktor, który przypominał Judyma, bo właśnie w owym czasie Judymowie chodzili po Warszawie, zjawiał się co dzień o 5-ej na badanie i zabawę do dzieci. Przez nauczycielkę geografji i przyrody i jej siostry, Julję i Stefanję Wilczyńskie, dwie wytworne panny z bogatego domu asymilatorskiego, które wróciły dopiero co po ukończonych studjach ze Szwajcarii, a rozgorzykowanymi głowami, nabitymi misją niesienia oświaty, a jedna z nich zaangażowana została na mieszczańską pensję dla dziewcząt, zaprzyjaźniłam się z Domem Sierot. Z gromadą dziewczynek przychodziłyśmy najpierw na wspólne zabawy z dziećmi, a potem, w miarę jak podrastałyśmy, na organizowanie przedstawień amatorskich, zagonków, pomoc w odrabianiu lekcji i t. d. O 5-ej siedziało się w dużej sali, dokoła stołu, każdy z nas dostawał blaszany kubek ciepłego mleka i po dwie bułki. Korczak, Julia i Stefania Wilczyńskie, my, obce dzieci i dzieci z Sierocińca, stanowiśmy doskonale zgraną kompanję. Prędko przyzwyczaiłyśmy się do złej polszczyzny sierot, Korczak powtarzał niektóre słowa żydowskie, żeby się ich nauczyć na pamięć. Był wówczas młodym, dobrze zapowiadającym się pisarzem polskim, którego pierwsza książka „Dziecko salonu” wywołała mnóstwo dyskusji. Nie mogłam sobie tylko wytłumaczyć jednego: dlaczego nie brzydzi się dzieci z wielkimi parchami na wygolonych czaszkach? I patrzałam w niemym podziwie, jak tuli do siebie i całuje te małe parchate stworzonka.
W późniejszym okresie – była to duża przerwa, która zajęła pół, a nieraz i całe życie ludzkie – przerwa, obficie nasycona epokowymi wydarzeniami w świecie i w Polsce, przerwa wojny europejskiej, okupacji niemieckiej i odrodzenia Polski, spotykałam Korczaka w zupełnie innych okolicznościach. Ja miałam już za sobą szkołę średnią i studja, pozwalające objektywnie ocenić Korczaka, jako jedynego w Polsce na dużą miarę pisarza dla dzieci. Korczak ostatecznie zrezygnował z piśmiennictwa beletrystycznego dla dorosłych. Był autorem „Józków, Janków i Franków” i „Jośków, Mośków i Srulów”, wspaniałego pamiętnika wakacyjnego polskich i żydowskich dzieci, autorem „Sławy” i autorem „Króla Maciusia”, powieści dla młodzieży o wartości programowo-ideologicznej, książki domagającej się samodzielności dla świata dziecięcego, głoszącej naukę, że dzieciństwo jest okresem zamkniętym, pełnym, jak okres dojrzałości, i przeto nie należy go traktować, jako epokę przejściową, przygotowującą do prawdziwego życia. Dzieciństwo jest także prawdziwym życiem, ma wobec tego prawo wymagać wszystkiego, co się prawdziwemu życiu należy. Dzieciństwo ma otrzymać samostanowienie, ma się rządzić własnymi samodzielnymi zasadami, dzieci nie mogą być upośledzone z uwagi na to, że kiedyś urosną i znajdą się w lepszych warunkach. Korczak walczył o prawo dzieci.
Konsekwencją tego śmiałego i ultranowoczesnego w pedagogice poglądu na wychowanie nie było założenie gazety dla dzieci, pisanej przez dzieci. Dzieci mają nawet prawo do ubioru własnego króla. W ten sposób z żartobliwej niejako powieści o Królu Maciusiu powstała szkoła pedagogiczna, pozostawiająca dzięki swemu radykalizmowi i oryginalności za sobą w tyle nawet teorje pedagogiczne Ameryki i eksperymenty sowieckie. W Domu Sierot rządziło się konstytucją Korczaka, i to małe państewko, chowane za murami na ulicy Krochmalnej, na najbiedniejszej ulicy żydowskiej w Warszawie, było żywą zapowiedzią możliwości stworzenia nowego świata i nowego życia.
Kontrasty aż uderzały do głowy. Na ulicy, w głębokich rynsztokach stało jesienią i na wiosnę błoto, w którem odbijało się tęczą blade słońce, a zimą rynsztoki tworzyły prawdziwą śnieżną pułapkę. Po dwóch stronach ulicy gnieździły się małe parterowe domki, przerywane od czasu do czasu wielką, szeroką, trzypiętrową kamienicą, nie odnawianą od wielu lat, huczącą mrowiem kilkuset mieszkań. Przez okna parterowych mieszkań widziało się jak na dłoni całą biedę i całą sytuację żydostwa polskiego. Jakieś wielkie łóżko, pamiętające dobre czasy, i kredens. Połamane krzesła i najczęściej zydel lub maszyna. Balia po środku, buchająca parą lub mały warsztacik trykotarski, cierpliwie nawijający kolorowe szpulki nici. Dzieci bawiły się na podwórzu lub w rynsztokach. Poczóż to opisywać? Ktokolwiek zna Warszawę, ktokolwiek bywał kiedyś w żydowskiej dzielnicy, temu znane były owe typowe obrazki, owe postacie z płócien Minkowskiego, owe dzieci blade i rachityczne, które nie pozwoliły Korczakowi więcej pisać powieści dla dorosłych o salonach, kazały mu spędzić życie, jemu, mogącemu mieć największą praktykę lekarską i duże nakłady książek – na ulicy Krochmalnej.
Nad takim właśnie rynsztokiem stał czteropiętrowy gmach Domu Sierot, na początku zupełnie nierealnie wyglądający w tym otoczeniu, z ogrodem, zagonkami, placem piłki nożnej i koszykówki, dom z marmurowymi schodami i wielkimi, przestronnymi salami do nauki, dom z sypialniami o wielkich oknach, z umywalniami i prysznicami, z kuchniami i spiżarniami, dom-marzenie dzieci z ulicy Krochmalnej. Trzeba jednak było mieć wielki przywilej, bolesny przywilej, o którym teraz opowiadają dzieci teherańskie, tragiczny przywilej sieroctwa, aby przestąpić próg iście zaczarowanego, królewsko-nowego świata dzieci, rządzonego przez dorosłego Króla Maciusia tak, jak by nim rządził sam Król Maciuś. Na końcu chłopięcej sypialni, oddzielonej ścianką, jak parawanem, z oknem, wychodzącym na sypialnie, mieścił się pokoik Janusza Korczaka. Ktoś jednak musiał dawać baczenie na zbyt rozbrykanych czasem w nocnej zabawie chłopców, ktoś musiał śledzić, czy chłopcy śpią spokojnie. Od strony sypialni dla dziewcząt analogiczny pokoik należał do Stefy Wilczyńskiej.
Ilekroć wchodziłam do sypialni, niedyskretnym spojrzeniem sięgałam do pokoju Korczaka. Nic dziwnego: Korczak był już sławą literacką, zawsze nęciło przecież ciekawskie: jak mieszka, jak żyje? Miał takie same łóżko jak dzieci, może tylko ten kąt różnił się od sypialni ogólnej przez to, że stało tam kilka książek i zielona lampa na stole. Cela mnicha nie jest bardziej bogato umeblowna. Korczak był też zawsze źle ubrany. Nie miał pieniędzy. Poprostu oddawał wszystko co zarabiał. Aby poznać świat dziecięcy, świat swoich sierot, postanowił zżyć się z dziećmi, ale nie na dzień, lub kilka godzin. Długie, długie lata spędził Korczak na ulicy Krochmalnej, latem wyjeżdżał na wakacje letnie, jadł to samo co dzieci i prowadził mniej więcej ten sam rygorystyczny tryb życia co one. Nie wydawało mi się nigdy poświęceniem z jego strony takie a nie inne obranie sobie drogi życiowej. Korczak starannie unikał objawów tego, co mogłoby być uważane za poświęcenie. Chwilami wydawało się, że poprostu jest jednym z dorosłych chłopców, tak bardzo bliskie i własne były mu sprawy dzieci. Czy rzeczywiście istniały dla niego „sprawy dzieci”? Widziałam go kiedyś na posiedzeniu Samorządu, innym razem — Kooperatywy Materjałów Piśmiennych. Zabierał głos, przejmował się, dyskutował z tą samą żarliwością, z jaką to czynili wszyscy uczestnicy zebrania. Cudowna tajemnica jego „systemu” pedagogicznego i jego talentu pisarskiego dla dzieci polegała właśnie na tym, że on nie patrzał z wysoka na swych małych towarzyszy, ale dziwnym sposobem był razem z nimi, był poprostu jednym z nich... Oto dlaczego tak okropnym oburzeniem napawało go, gdy ktoś uderzył dziecko, a już specjalnie, gdy mówiono o biciu dzieci, jako o metodzie. Korczak nie uznawał ani złych dzieci, ani trudnych do wychowania. Znajdywał właściwe podejście do dziecka, i wiedziony instynktowną sprawiedliwością człowieka, który nie wie co to snobizm, rozwiwjał łatwo najtrudniejsze kompleksy psychologiczne dzieci. Jego dzieci wymierzały sobie zawisłe karę same na zasadzie wolnej oceny wolnego sądu w tym doskonałym państwie dziecięcym, jakie budował Korczak. Ale o ściany zamkniętego, doskonałego świata sprawiedliwych dzieci, z których mieli wyrosnąć sprawiedliwi ludzie, uderzały groźne fale. Była to niejako arka Noego wśród potopu. Czas najmniej nadawał się na budowę domów szklanych, na głoszenie miłości bliźniego dla dobrych nauczycieli i rozsądnie chowanych dzieci. Jak w krzywym zwierciadle odbijały się dokoła ziejące nienawiścią twarze, tryumfował Szatan w Europie. Jak boleśnie musiał przeżywać Korczak, duchem tkwiący w pozytywizmie minionej epoki, serdeczny brat Amicisa, Kiplinga, Muntego, fale wstecznictwa, rasizmu, antysemityzmu, zalewające Europę a wraz z nią i Polskę. Nie mieszał się do polityki. Niechętnie podpisywał protesty, jak gdyby rozumiejąc ich bezradność. Nie rozgłaszał swojego rozczarowania. W słowach, w artykułach raczej beznamiętny i bardzo opanowany, usiłował ukryć się jeszcze głębiej za ścianami swojego szklanego Domu, dobrego świata dziecięcego. Dzieci wyrastały. Przychodziły czasami pobite, a czasami pokrwawione z ulicy. Wychowankowie Domu Sierot z taką pewnością siebie i pewnością słuszności swych praw wkraczali w życie... i nie dostawały pracy. Dzieci mówiły coraz więcej o Palestynie. Należały do Szomru. Niektóre rwały się do wyjazdu. Wówczas doktór Korczak, poprzedzony wielokrotnymi odwiedzinami w Palestynie swojej najbliższej współpracowniczki, Stefanii Wilczyńskiej, wyjechał do Palestyny. Do Ein-Harodu, gdzie najwięcej dzieci. Przyjeżdżał tu wiele razy. Mówiono, że miał jakieś plany, związane z Palestyną: nie wiem, czy sam chciał się przenieść, czy badał, jak wpływa na dzieci atmosfera Emeku w przeciwstawieniu do atmosfery ulicy Krochmalnej.
W czasie jednej z takich podróży powrotnych, na pokładzie trzeciej klasy „Polonji” na swoją lin, w białą noc księżycową, zastałam go siedzącego w towarzystwie prostych ludzi. Jak zwykle, więcej słuchał niż mówił, więcej patrzał niż inni, więcej widział.
Pierwszy grom wojenny uderzył naturalnie w „Mały Przegląd”, który przecież nie był gazetą, tylko dodatkiem do dużej gazety. Zabrakło papieru. Dopytywałam się o Korczaka. Mówiono, ponieważ było to pod koniec wakacji, że jest w Palestynie.
Jakże mogłam przypuścić, że jest gdzie indziej, jak na ulicy Krochmalnej, jak mogłam sobie wyobrazić, że zostawił w czasie bombardowania swoje dzieci. Jako lekarz był powołany do służby wojskowej, ale przecież musiał wrócić, samotny, do swojej sierocej rodziny.
O śmierci Janusza Korczaka dowiedziałam się z gazet**. Korespondent „Time & Tide“ tak (w grudniu 1942 roku) opisał ostatnią wędrówkę Korczaka,
który aż do chwili masowego mordu Żydów
pozostał w ghecie: „Pragnąc go poniżyć moralnie, Niemcy dali mu możliwość ratunku,
ale Korczak nie zgodził się oczywiście na
opuszczenie dzieci. O śmierci jego mówili z podziwem zarówno Żydzi, jak i Polacy. Korczak
prowadził pochód dzieci z sierocińca na dworzec, gdzie oczekiwał ich pociąg śmierci.
Szedł spokojny i skupiony, zachowując godną
postawę. Na ręku trzymał dwoje dzieci, reszta
szła za nim. Kto był świadkiem tej sceny,
nigdy jej nie zapomni.”
Na czele pochodu dzieci, trzymając dwoje
na rękach....
Takim go właśnie widziałam po raz pierwszy, przed trzydziestu laty, kiedy trzymał
dwoje maleństw na rękach. Kto wie, może i
teraz, jak wówczas w tym bardzo starym,
dobrym, przedwojennym świecie, kiedy Korczak, niedawno po otrzymaniu dyplomu, wrócił z zagranicy z sercem pełnym miłości, głową pełną ideałów, z piórem utalentowanym,
jak wówczas zabawiał dwoje nieszczęśliwych
ogolonych sierot jakąś bajeczką o państwie
Króla Maciusia, może i teraz, idąc przez czarne od błota i czerwone od krwi ulice-Warszawy do pociągu śmierci, ten polski Pied-Pieper***, kroczący na czele pochodu dzieci, opowiadał im złudna bajkę o świecie, do którego
ich wiedzie.
* Redaktor był ułomny - mowa o Igorze Newerlym.** Tłumaczenie fragmentu z brytyjskiego tygodnika „Time and Tide” z dnia 19 grudnia 1942 roku na język polski: „...[wieść] o jego ostatnim marszu — o którym z czcią mówią zarówno Polacy, jak i Żydzi — dotarła do mnie od osoby niebędącej Żydem. Korczak poprowadził pochód z sierocińca na stację, gdzie czekał na nich pociąg śmierci: szedł spokojny i skupiony...”
*** Pied-Pieper - tutaj Przywódca
Anatomy of Memory – Architects of Janusz Korczak’s Biography
Anatomy of Memory – Architects of Janusz Korczak’s Biography
| The Red Cross used to transmit short inquiries about the fates of private individuals. Here is an inquiry sent from Israel to the Orphans’ Home on Krochmalna Street, five months before the forced relocation to the ghetto on 33 Chłodna Street. [1] |
The reception of the life and tragic death of Janusz Korczak (Henryk Goldszmit) is not a homogeneous monolith. The knowledge we possess today was shaped by the first biographies. These were written under vastly different geographical, political, and emotional conditions. Analyzing the works of Paulina Appenszlak, Mieczysław Zylbertal (Moshe Zartal), and Hanna Mortkowicz-Olczakowa reveals not only the figure of the Old Doctor. Above all, it uncovers a dramatic evolution in the cognitive perspectives of the authors themselves.
The Pre-War Melting Pot: The Environment of "Nasz Przegląd" and the Weekly "EWA"
The foundation of the relationships connecting Janusz Korczak with Paulina Appenszlak and Mieczysław Zylbertal was a shared press and ideological space in interwar Warsaw. The intellectual home for this group was the powerful daily newspaper Nasz Przegląd (Our Review). It served as a platform for the Polish-speaking Jewish intelligentsia. It was there that Paulina’s husband, Jakub Appenszlak, served as an editor. Korczak himself created the revolutionary Mały Przegląd (Little Review), which was edited by children. [1, 2, 3, 4, 5]
The question of Korczak’s direct, authorial collaboration with the feminist weekly EWA (1928–1933), managed by Paulina Appenszlak, remains a matter of speculation. The magazine’s profile focused on emancipation, family relations, health, and modern upbringing. While this perfectly matched the Doctor’s mission, there is no proof that he wrote texts specifically for this title. However, Korczak’s persona and his ideas were constantly present there through reviews of his books. These included The Child's Right to Respect from 1929. His ideas also appeared via mentions in interviews with other educators of the era. The true alliance between Appenszlak and Korczak took place at the level of values. Her fight for the subjectivity of women and his battle for the subjectivity of children were two sides of the same revolutionary program to emancipate the excluded. [1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8]
The Refugee Optics: Writing "In Shock" (Palestine, 1944)
The pre-war contact of young Mieczysław Zylbertal with Korczak had a completely different character. As an activist for Hashomer Hatzair, he represented a new generation of rebellion. For this generation, the Doctor’s pre-war literature was an existential manifest. Zylbertal knew Korczak personally and recalled his first cool reception in the office on Krochmalna Street. He became his close friend, and in 1936, served as his guide through the Israeli kibbutes. Zartal saw Korczak up close in his working gray smock. He witnessed a man embittered and exhausted by the antisemitic campaign in Poland, but also full of brilliant medical intuition. [1, 2, 3, 4, 5, 6, 7]
When the war broke out, both Paulina Appenszlak (who left in December 1939) and Zartal found themselves in Mandatory Palestine. Around 1944, the first biographical accounts of the Doctor were created there. Paulina Appenszlak completed her Polish manuscript as a partly fictionalized biographical novel. It was published in 1946 in Hebrew under the title Ha-Doktor nish'ar (The Doctor Remained). At the same time Zartal, serving in military tents in the desert, wrote down his intimate memories. These were later published in the volume In the Presence of Korczak (Be-mechicato she l Korczak). [1, 2, 3, 4, 5, 6]
Both of these works were born in a state of deep wartime shock. The authors wrote at a moment when the Holocaust—the Shoah—was still unfolding on Polish lands. Only fragmentary, shocking reports about the liquidation of the Warsaw Ghetto were reaching Palestine. Their work was an emergency reaction. It was an attempt to immediately raise a moral monument to their mentor by "Survivors" affected by a sense of helplessness. [1, 2, 3, 4, 5]
The culmination of this Land of Israel phase of memory is a poignant, pre-war recollection by Zartal recorded on page 62 of his book. Korczak, hearing about the British decrees blocking Aliyah (emigration) to Palestine, asked with childish defiance: "And if I take all my children and set out on the road with them—and we go to the Land of Israel, what will they do to me?" Zartal fell silent and smiled, treating it as a poetic metaphor. The tragedy of history meant that this dream of a joint march toward the sun materialized as a horrific nightmare on August 5, 1942. Korczak indeed took all his children and marched with them—but it was the final march to the platform of death, to the Umschlagplatz on the way to the gas chambers of Treblinka. While Appenszlak created the literary myth of "The Doctor who remained," Zartal immortalized this fact as the ultimate fulfillment of a tragic fate. [1, 2, 3, 4, 5, 6, 7]
The Post-War Perspective: A Reckoning of Ruins from the Literary Salon (Warsaw, 1949)
The monograph Janusz Korczak by Hanna Mortkowicz-Olczakowa, published in 1949, opens a completely new era in the history of the Doctor's legacy. Just five years passed between the works from Palestine (1944) and the book from Warsaw (1949). Yet, in the realm of psychology and history, these dates are separated by a civilizational divide. Mortkowicz-Olczakowa wrote in a world where the final, horrific toll of the Shoah was already known. Her perspective was not dominated by sudden shock, but by deep post-war mourning and an awareness of the irreversibility of the losses. The author created her work upon the ashes, in a ruined Warsaw, walking the same streets that had become the cemetery of her pre-war world. [1, 2, 3, 4, 5]
The unique character of this biography stems directly from the author's lineage and intellectual background. As the daughter of Jakub and Janina Mortkowicz—legendary Warsaw publishers—and a graduate of Polish philology and history, Hanna grew up in the very center of the Polish literary elite. Janusz Korczak was not an ideological symbol for her; he was a long-time family friend, a constant guest, a figure from the private universe of her childhood. The Mortkowicz environment, unlike that of Appenszlak or Zylbertal, was not connected to the Zionist movement. Their point of reference was a Polish-speaking, assimilated humanist culture. For Mortkowicz-Olczakowa, Korczak was primarily an outstanding Polish creator and a universal doctor of the poor, rather than a precursor of kibbutz upbringing. [1, 2, 3, 4, 5]
The Philologist’s Craft: The Structure of Literary Montage
The training in Polish philology shaped the innovative form of Mortkowicz-Olczakowa’s 1949 monograph. The author departed from the traditional linear biographical model in favor of a sophisticated literary montage. The well-known skeletal facts of Henryk Goldszmit’s life served only as a structural frame. The true essence that filled this work became precisely selected quotes from Korczak’s own rich body of work. Treating literature as a living psychological document, she allowed the Doctor to co-create his own biography and speak with his own voice. [1, 2, 3, 4, 5]
Simultaneously, as with Appenszlak and Zartal, this structure was saturated with unique, previously unknown personal threads. Her closeness to his salon allowed Mortkowicz-Olczakowa to introduce intimate "behind the scenes" anecdotes. These included descriptions of his daily habits, his melancholy, his difficult character, and his uncompromising relationships with adults. The most important methodological difference, however, lay in the access to eyewitnesses. Writing in Warsaw, Mortkowicz-Olczakowa reached people who survived the occupation and witnessed Korczak’s tragic struggle to care for the children in the ghetto. Her key source of information became Korczak's former collaborators, including my father, "Pan Misza" (Michał Wróblewski/Wasserman), a close associate of the Doctor and an educator at the Orphans’ Home. Thanks to this, the Warsaw biography could combine the literary analysis of pre-war writings with the harrowing, documented factual history of Korczak's final months inside the enclosed district. [1, 2, 3, 4, 5, 6, 7]
A comparison of these three early biographies reveals a fascinating process behind the birth of the Korczak canon. Paulina Appenszlak remains the absolute pioneer of this literature. It was she, in the deep shock of 1944, who first erected a literary monument to the Doctor's memory, defining the message that the Doctor remained. Mieczysław Zylbertal supplemented this monument with a vivid, factual, and generational record of youthful rebellion and intimate closeness. In turn, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, utilizing her philological craft and her unique status as a family friend, filled this frame with deep literary analysis and the harrowing accounts of surviving witnesses. Although they were separated by time (political) divides, geography, and ideology, their works complemented each other, rescuing the human, multidimensional face of Henryk Goldszmit from oblivion. [1, 2, 3, 4, 5, 6]
Source Bibliography (The First Biographies of Janusz Korczak)
- Appenszlak Paulina [Appenszlak Poli], הדוקטור נשאר: רומן ביוגרפי על יאנוש קורצ'アק (Ha-Doktor nish'ar: Roman biografii al Janusz Korczak / The Doctor Remained: A Biographical Novel about Janusz Korczak), translated from the Polish manuscript into Hebrew by Avraham Ben-Yitzhak, Tel Aviv 1946, "Sifriat Poalim" Publishing House (Workers' Book Guild / Hashomer Hatzair Palestine), printing house "Ha-Sefer Ha-Tzair". [1]
- Zylbertal Mieczysław [Zartal Moshe], במחיצתו של קורצ'אק (Be-mechicato shel Korczak / In the Presence of Korczak), Tel Aviv 1949 [text completed in military tents in the desert in 1944], "Sifriat Poalim" Publishing House / Kibbutz Ein Shemer. [1]
- Mortkowicz-Olczakowa Hanna, Janusz Korczak, Kraków 1949, J. Mortkowicz Publishing House [copy from the initial print run of 5,100 copies], subsequent expanded editions: Warsaw 1957–1978, "Czytelnik" Publishing Cooperative. [1]
Brief Methodological Note for Researchers (For use in footnotes):
- Citation for Appenszlak (1946): The book was entirely completed in Palestine as early as 1944, based on the Polish notes and personal memories of the author from the circles of the weekly EWA and Nasz Przegląd. The Polish manuscript entrusted to Władysław Broniewski for publication in Poland in 1946 was irretrievably lost among his papers. Contemporary research into the text requires an analysis of the 1946 Hebrew edition. [1]
- Citation for Zylbertal / Zartal (1949): Memories of unique factual value, written down directly in military tents in the Middle Eastern desert in 1944 under the impact of the first news regarding the liquidation of the Warsaw Ghetto. It was published in book form in 1949 by the publishing house of the leftist Hashomer Hatzair movement. It contains the authentic, rare text of Janusz Korczak’s jubilee essay titled Jubilee of Action from December 1938. [1]
- Citation for Mortkowicz-Olczakowa (1949): The first complete post-war biographical account published in Poland. It was released by the prestigious pre-war publishing house of Jakub Mortkowicz (the author's father). This biography is the first in history to introduce the accounts of eyewitnesses to the Holocaust from Warsaw and the Warsaw Ghetto (including my father Michał Wróblewski – "Pan Misza").
Subscribe to:
Posts (Atom)

