Thursday, November 5, 2026

Korczak - A Specific Lesson in Botany: On Rearing Flowers and Young Shoots.

Korczak - A Specific Lesson in Botany: On Rearing Flowers and Young Shoots.

Korczak - A Specific Lesson in Botany: On Rearing Flowers and Young Shoots.

"Sometimes it seems to me that houses are alive too; because some are cheerful, and others are sad. — Oh, come on: cheerful houses. What a thing to make up!"
(“Mały Przegląd”, May 20, 1927)
This simple dialogue between a brother and sister, published by Janusz Korczak (under the pen name "K.") during the early years of the magazine Mały Przegląd, holds a profound, almost prophetic childhood intuition. In the Old Doctor's world, houses possessed a soul and shared the fate of those who dwelt within them. For years, the buildings at 92 Krochmalna Street and "Różyczka" in Gocławek were cheerful houses, filled with sunlight and children's songs. By the summer of 1942, the tenement house at 16 Sienna Street in the Warsaw Ghetto had become a profoundly sad house.
The text titled "At the Flowerpots" is, on one hand, a genuine, technical nature lesson. The Old Doctor precisely introduces basic biological concepts—children learn to distinguish what seeds are from green sprouts that will only over time unfold their first true leaves. To make this indoor gardening more exciting and closer to the child's psyche, Korczak deliberately introduces an element of healthy competition. The siblings animatedly vie with each other and count: "I have 14!", "And in mine, 23!". This simple pedagogical tool was designed to teach children patience and the systematic, daily care required for a life entrusted to them, of which careful watering was a crucial part.
In his diary, under the date of August 4, 1942, Korczak wrote these heartbreaking words:
"I watered the flowers. Poor ghetto plants, plants of urban captivity. (...) My work and their life."
Until the very end, the Old Doctor remained faithful to his botanical advice and his little charges. The following morning, August 5, 1942, promised to be exceptionally hot. It is highly likely that in the early hours, driven by that same deep sense of duty, he managed to water his flowers at 16 Sienna Street one last time. He was fully aware that the plants would need water to survive the impending oppressive heat—yet completely unaware that these were his final hours in his beloved Warsaw, and that later that same day, he would march with the children on their final journey to Treblinka.
Three years later, on January 17, 1945, Pan Misha would cross from the other side of the Vistula and gaze upon this sad, orphaned world, stripped of its children's laughter. Both the building at 92 Krochmalna Street and the final location of the Orphans' Home within the Small Ghetto at 16 Sienna Street stood amidst the ruined city—relatively intact, as if waiting for the return of memory.

* At the Flowerpots.
(A Conversation).
Flowerpots on the table. A brother and sister.
— I'm telling you: don't water it. The teacher said you can't do it too often, or it will rot.
— But there's a hole in the pot. If I pour too much, it will run out.
— Yes, it will flood the floor and there will be shouting again.
— Maybe mother will give us another saucer?
— Sure she will—give us one. She said it's the absolute last one. Mother thinks you can grow everything in one pot. Seeds need space so they don't steal each other's nutrients.
— And light.
— Not even light. After all, seeds aren't trees.
— But trees grow close together in the forest, and it doesn't harm them.
— How do you know? Maybe it does harm them. Some trees are big, and others are small.
— Because they are still young; they will grow later.
— Look how strange it is. A human grows and an animal grows. Everything just grows and grows.
— What else is it supposed to do? Everything wants to be big and strong.
— Even houses are big and small.
— Because that's how people built them. They have to be like that. They neither want to nor don’t want to. Houses aren't alive, after all.
— Sometimes it seems to me that houses are alive too; because some are cheerful, and others are sad.
— Oh, come on: cheerful houses. What a thing to make up!
— Well, but they are. Our school building is cheerful.
— If you get a good grade, it's cheerful, but if you catch a failing two—it's sad.
— Plants—yes. They are really alive, but houses are not.
— Do you remember my chestnut? How sick, sad, and miserable it was.
— Because the chestnut didn't want to suffocate in a flowerpot. It needs freedom.
— And what do you prefer: chestnuts or pines?
— I like palms and baobabs best.
— Not me. Why should I care about them—somewhere far away and so strange-looking?
— But there are strange animals there. And five men on horseback can ride right into the hollow of a baobab trunk. Now do you understand how big a baobab is?
— And man rules over all of it.
— And what do you want, for trees to rule?
— The world is very strange. Well, look: such a tiny little leaf.
— Not a leaf, a sprout.
— And this one? See, it's already divided here, you can see the leaves starting.
— Do you want to count who has more?
— All right.
— I have 14.
— And in mine, 23.
— Because you count everything, and I only count the ones that are worth it.
— It's worth counting them all, even the smallest ones. Tomorrow they will be big.
— Tomorrow is for me. Wait, I'll count it myself. Five... seven...
— And this one?
— Well, all right: eight. Yes, you have more because you planted yours earlier.
— Only by two days.
— Well, by two days then. In two days, my flowerpot will have more too. — Wait, I'll give them a good dinner. Let them eat up and grow strong and healthy.
— Don't pour so much, or you'll see.
— Why should I hold back? Let them enjoy it. A human constantly needs soup, seeds, candy, meat, and bread. And such a good-natured thing is satisfied with just pure water.
— Not water, but fertile soil. It won't grow on sand.
— How do you know?
— The teacher said so.
— Just wait: I'm going to try it. I'll fill a pot with sand and plant it.
— See? — Look what you did! I told you it would spill. — Here, let me hold it, and you run for a cloth before there's trouble! (The brother runs out). Truly, these boys are impossible to bear. I read in the Courier that men are reckless. The sacred truth!
                                                                                                    K.

Korczak - Specyficzna lekcja botaniki: O hodowli kwiatów i latorośli.



Specyficzna lekcja botaniki: O hodowli kwiatów i latorośli

„Czasem zdaje mi się, że i domy żyją; bo jedne są wesołe, a drugie smutne. — Et tam: wesołe domy. Także wymyśliła.”

(„Mały Przegląd”, 20 maja 1927 r.)
W tym prostym dialogu rodzeństwa*, opublikowanym przez Janusza Korczaka (pod pseudonimem „K.”) na początku istnienia pisma Mały Przegląd, kryje się niezwykła, dziecięca intuicja. Domy w świecie Starego Doktora miały duszę i dzieliły losy swoich mieszkańców. Przez lata budynki na Krochmalnej 92 czy „Różyczka” na Gocławku były domami wesołymi, pełnymi słońca i dziecięcego śpiewu. Latem 1942 roku domem skrajnie smutnym stała się kamienica przy Siennej 16 w warszawskim getcie.
Tekst pt. „Przy doniczkach”*, to z jednej strony autentyczna, techniczna lekcja przyrody. Stary Doktor precyzyjnie wprowadza w niej podstawowe pojęcia biologiczne – dzieci uczą się rozróżniać, czym są nasiona, a czym zielone kiełki, które dopiero z czasem wypuszczą pierwsze prawdziwe listki. Aby uczynić tę domową hodowlę bardziej ekscytującą i bliską dziecięcej psychice, Korczak celowo wprowadza element zdrowego współzawodnictwa. Rodzeństwo z ożywieniem licytuje się i liczy: „U mnie 14!”, „A w mojej 23!”. To proste, pedagogiczne narzędzie miało uczyć dzieci cierpliwości oraz codziennej, systematycznej opieki nad powierzonym im życiem, której kluczowym elementem było uważne podlewanie.


W swoim „Pamiętniku”, pod datą 4 sierpnia 1942 roku, Korczak zapisał przejmujące słowa:
„Podlałem kwiaty. Biedne rośliny gettowe, rośliny niewoli miejskiej. (...) Praca moja i ich życie”.
Stary Doktor do samego końca pozostał wierny swoim poradom botanicznym i małym podopiecznym. Następnego ranka, 5 sierpnia 1942 roku, zapowiadał się wyjątkowo upalny dzień. Bardzo prawdopodobne, że rano, kierowany tym samym głębokim poczuciem obowiązku, zdążył jeszcze raz podlać swoje kwiaty na Siennej 16. Był w pełni świadomy, że rośliny będą potrzebowały wody w ten nadchodzący skwar – ale zupełnie nieświadomy, że to jego ostatnie godziny w ukochanej Warszawie i że jeszcze tego samego dnia wyruszy z dziećmi w ich ostatnią drogę do Treblinki.
Trzy lata później, 17 stycznia 1945 roku, ten smutny, osierocony i ograbiony z dziecięcego śmiechu świat ujrzał powracającego zza Wisły Pana Miszę. Zarówno budynek na Krochmalnej 92 jak i ostatnie lokum Domu Sierot na terenie Małego Getta przy ul. Siennej 16 były stosunkowo nienaruszone, jakby czekały na powrót pamięci.


* Przy doniczkach.
    (Rozmowa).
Na stole doniczki. Brat i siostra.
— Mówię ci: nie podlewaj. Pani powiedziała, że nie można za często, bo zgnije.
— Przecież w doniczce jest dziurka. Jeśli naleję za dużo, wyleci.
— Tak, zaleje podłogę i będzie znów krzyk.
— Może mama da jeszcze jedną podstawkę?
— A jakże - da. Powiedziała, że już ostatnia. Mama myśli, że można wszystko w jednej doniczce. Przecież nasionka muszą mieć miejsce, żeby nie zabierały soków.
— I światła.
— Światła nawet nie. Przecież nasiona, to nie drzewa.
— A w lesie drzewa gęsto rosną, i nic im nie szkodzi.
— Skąd wiesz: może właśnie szkodzi. Jedne drzewa są duże, a drugie małe.
— Bo jeszcze młode; później urosną.
— Patrz: jakie to dziwne. Człowiek rośnie i zwierzę rośnie. Wszystko tylko rośnie i rośnie.
— A co ma robić? Przecież wszystko chce być duże i silne.
— Nawet domy są duże i małe.
— Bo tak je ludzie zbudowali. Muszą być takie. Ani chcą, ani nie chcą. Domy przecież nie żyją.
— Czasem zdaje mi się, że i domy żyją; bo jedne są wesołe, a drugie smutne.
— Et tam: wesołe domy. Także wymyśliła.
— No, bo są. Dom naszej szkoły jest wesoły.
— Jeżeli dostaniesz dobry stopień, to wesoły, a jak złapiesz dwóję — smutny.
— Rośliny — tak. One naprawdę żyją, a domy nieprawda.
— Pamiętasz mój kasztan? Jaki on był chory, smutny, nieszczęśliwy.
— Bo kasztan nie chciał się dusić w doniczce. Jemu potrzeba wolności.
— A co wolisz: kasztany, czy sosny?
— Ja najlepiej lubię palmy i baobaby.
— A ja nie. Co mnie obchodzą: gdzieś daleko i takie jakieś dziwne?
— Ale tam są dziwne zwierzęta. A do dziupli baobabu może pięciu ludzi wjechać na koniu. Rozumiesz teraz, jak wielki jest baobab.
— A człowiek panuje nad tem wszystkiem.
— A ty może chcesz, żeby drzewa panowały?
— Świat jest bardzo dziwny. No, patrz: taki malusieńki listeczek.
— Nie listeczek, a kiełek.
— A ten? Widzisz: tu już przedzielony, tu widać już listki.
— Chcesz: policzymy u kogo więcej.
— Dobrze.
— U mnie 14.
— A w mojej 23.
— Bo ty wszystko liczysz, a ja tylko takie, które warto.
— Warto wszystkie liczyć, nawet najmniejsze. Jutro będą duże.
— Jutro to dla mnie. Poczekaj, sam policzę. Pięć... siedem...
— A to?
— No, dobrze: osiem. Tak, u ciebie więcej, bo zasiałeś wcześniej.
— Tylko o dwa dni.
— No, to o dwa dni. Za dwa dni i w mojej doniczce będzie więcej. — Poczekaj: dam im dobry obiadek. Niech się najedzą i rosną na zdrowie.
— Nie lej tak dużo, bo zobaczysz.
— A co mam żałować. Niech przy doniczkach z używają. Człowiekowi zaraz potrzeba zupy, pestek, cukierków, mięsa i chleba. A taka poczciwa gachlapie się czystej wody.
— Nie wody, a żyznej ziemi. Na piasku nie urośnie.
— Skąd wiesz?
— Pani mówiła.
— Poczekaj: właśnie spróbuję. Nasypię do doniczki piasku i zasadzę.
— Widzisz? — Patrz, co zrobiłeś? Mówiłam, że się naleje. — Dawaj: ja potrzymam, a ty biegnij po ścierkę, bo będzie awantura. (Brat wybiega). Naprawdę, że z tymi chłopcami trudno wytrzymać. Czytałam w Kurierze, że mężczyźni są lekkomyślni. Święta prawda!
K.

Korczak – Orphans’ Home – Summer Colonies in Gocławek – Poniatówka and Świder.

The destination for bath excursions for children at Korczak´s summer camp at Gocławek was the bustling Brothers Kozłowski Beach and the neighboring free municipal beach, known today as Poniatówka. The photo was taken during this actual period.

The destination for bath excursions for children at Korczak´s summer camp at Gocławek was the bustling Brothers Kozłowski Beach and the neighboring free municipal beach, known today as Poniatówka. The photo was taken during this period.

"Poniatówka in the 1960s. I worked there in 1966 as the youngest lifeguard in Poland, 16 years old. During that summer, I saved three children from drowning. I learned that when children drown, they do not scream; they do not wave their hands... My next job, as a docker, was already in Sweden, starting in 1967. So I have been continuing to work for the next 60 years."

Historical Letter Excerpt Translation: "In the 1920s and 1930s, the closest and most popular beach that children could reach directly by tram line 24 from the Gocławek loop (opened in 1925) without having to cross the river to the left bank was the Brothers Kozłowski Beach (and neighboring it, closer to the bridge, the free municipal beach, today's Poniatówka). This text comes directly from a letter regarding Różyczka – the summer holiday center and farm of Janusz Korczak's Orphans' Home, which was located in Gocławek (at 1 Klasztorna Street)."
Świder River on the pre-war postcard. Children are searching for deeper places to swim.

Świder River on the pre-war photo. Children are searching for deeper places to swim.


Janusz Korczak's summer colonies are most often associated with Michałówka, Wilhelmówka, or Zofjówka. Yet, suddenly, a name like Poniatówka (our Warsaw beach) appears in this lineup. For me personally, this is a very special place – it was there, in 1966, that I took on my first official job in Poland, being at the time the youngest lifeguard in the country at just 16 years old. History likes to come full circle, because as it turns out, Poniatówka was a remarkably important spot on the map of summer joys for the pre-war charges of the Old Doctor.

When Janusz Korczak (The Aid to Orphans - Society Dom Sierot) accepted the donation from the Cohn family and established "Różyczka" (Little Rose) – a satellite holiday center and farm for the Orphans’ Home located in Gocławek at 1 Klasztorna Street – he had one serious reservation: the lack of an immediate swimming area on-site. All the summer colonies where he had worked as a counselor in his youth had easy access to water, which he so sorely missed on the sun-baked grounds of Gocławek. To ensure the children escaped summer boredom, two completely different types of excursions to the water were organized, perfectly illustrating the contrasts in travel at the time.

On one hand, there were the grand, exciting, but less frequent trips, actually always regarded as excursions by train to Świder, where wild nature, pine forests, and safe "waist-deep" water in a little river of the same name awaited the children. However, getting to the train to Świder required a longer walk from the colony buildings to the railway station Wawer. This 24-kilometer journey by rail (train with whistling locomotives) was a true holiday for the children – loud singing echoed through the carriages, and the children, with the help of their counselors, counted down the stations, waiting for the cue: "We are getting off at the seventh station!". Since rail transport was more expensive and the Orphans' Home budget was always tight, Korczak and Stefania Wilczyńska had to calculate these costs meticulously.

For this reason, as I learned directly from a pre-war letter containing instructions for former educators, the children from "Różyczka" were regularly sent in the completely opposite direction – to the beach in Warsaw. This was a logistically much simpler and, above all, cheaper daily alternative. Dormitory students and counselors led the groups to the nearby Gocławek tram loop, opened at the intersection of Grochowska and Olszynki Grochowskiej streets in 1925. To reach the end stop of the tram line at Gocławek, as my father, Pan Misza, used to recall, it was an incredibly pleasant march through fragrant, green meadows all the way to the tram stop.

From there, the direct municipal tram line number 24, connecting Gocławek with Plac Trzech Krzyży (Three Crosses Square), offered excellent travel conditions. The route along Grochowska Street to the Poniatowski Bridge itself was about 5 kilometers long. The electric trams of that era covered this distance efficiently, making the entire journey take only 15–20 minutes. The immense advantage of this connection was that the tram brought the passengers right to the entrance of the bridge viaduct, allowing the children to reach their destination, the beaches of the riverbank of the Wisła, without the kinky trouble of crossing over to the left bank of the river.

Most importantly for the institution's budget, tram communication was incomparably cheaper than the railway. A ride for children and school youth cost only 15 groszy for a discounted ticket (while adults paid 25 groszy), which, with large groups, allowed for very substantial savings and permitted regular trips to the Wisła sand.
The destination for these bath excursions was the bustling Brothers Kozłowski Beach and the neighboring free municipal beach, known today as Poniatówka. After the summer, returning by tram to Warsaw meant the end of holiday freedom for the children and – as a ward named Dorcia wrote in "Mały Przegląd" (The Little Review) in October 1929 – re-entering school duties and a "new life." Yet, the proximity to Poniatówka Beach allowed Korczak to fulfill his most important goal: giving the children sun, swimming, and carefree happiness on every hot summer day.
The destinations for the bath excursions, Świder and Brothers Kozłowski Beach and the neighboring free municipal beach, known today as Poniatówka, were described by Dom Sierot ward named Dorcia, who wrote about it in "Mały Przegląd" (The Little Review) in October 1929.

However, the history of this location, close to the Poniatowski bridge, would come full circle in a much darker, yet deeply heroic way. The very same municipal beach where the laughter of the wading "Różyczka" charges once echoed transformed into the front line in August 1944. 
On January 17, 1945, Polish and Soviet troops started the biggest offensive during WWII that ended 4 months later in Berlin. It was precisely from the Poniatówka beach area that the decisive assault to liberate the ruined left bank of Warsaw was launched across the frozen Vistula River. The advance was spearheaded by the reconnaissance battalion commanded by my father, Lieutenant Michał Wróblewski (Pan Misha / Wasserman-Wróblewski), who drove the first group of Willys jeeps across the thick ice to scout the assault route for the infantry.
This extraordinary, almost mystical moment—where a former pre-war educator and close associate of Janusz Korczak returns to the very same beach as a liberating soldier—is immortalized in the acclaimed historical biographical novel “The Good Doctor of Warsaw” by Elisabeth Gifford, as well as documented in detail on my blog. After navigating the heavily mined banks under the Poniatowski Bridge viaduct, Pan Misha's scout team pushed forward into Aleje Jerozolimskie. Later that afternoon, he headed straight for 92 Krochmalna Street, breathing a sigh of relief upon seeing that the building of the Orphans' Home stood relatively intact and could be rebuilt. The former site of childhood innocence had transformed into a staging ground for freedom, allowing Pan Misha to fight for the future and honor the memory of those orphans who once took tram line 24 from Gocławek but were never allowed to return.

Wednesday, November 4, 2026

Korczak - Dom Sierot - Kolonie na Gocławku - Poniatówka i Świder.


W latach 20–30. najbliższą i najpopularniejszą plażą, do której dzieci mogły dojechać bezpośrednio tramwajem linii 24 z pętli Gocławek (uruchomionej w 1925 roku) bez konieczności przekraczania rzeki na lewy brzeg, była Plaża Braci Kozłowskich (oraz sąsiadująca z nią, bliżej mostu, bezpłatna plaża miejska, dzisiejsza Poniatówka).



Tekst ten pochodzi bezpośrednio z listu dotyczącego Różyczki – ośrodka kolonijnego i fermy Domu Sierot Janusza Korczaka, który znajdował się na Gocławku (przy ul. Klasztornej 1).


Korczak - Dom Sierot - Kolonie na Gocławku - Poniatówka.

Kolonie Janusza Korczaka najczęściej kojarzą się z Michałówką, Wilhelmówką czy Zofjówką. A tutaj nagle w tym zestawieniu pojawi się nasza warszawska Poniatówka. Dla mnie osobiście to miejsce szczególne – właśnie tam w 1966 roku podjąłem swoją pierwszą oficjalną pracę w Polsce, będąc wówczas najmłodszym, zaledwie 17-letnim ratownikiem. Historia lubi jednak zataczać kręgi, bo jak się okazuje, Poniatówka była niezwykle ważnym punktem na mapie letnich radości przedwojennych wychowanków Starego Doktora.
Kiedy Janusz Korczak objął darowiznę od rodziny Cohn i zakładał „Różyczkę” – satelicki ośrodek kolonijny i fermę Domu Sierot mieszczącą się na Gocławku przy ulicy Klasztornej 1 – miał jedno poważne zastrzeżenie: brak bezpośredniego kąpieliska na miejscu. Wszystkie kolonie, w których za młodu pracował jako wychowawca, miały ułatwiony dostęp do wody, której tak bardzo brakowało mu na rozgrzanym Gocławku. Aby zapewnić dzieciom ucieczkę od letniej nudy, organizowano dla nich dwa zupełnie różne rodzaje wypraw nad wodę, które idealnie pokazywały ówczesne kontrasty w podróżowaniu.
Z jednej strony były to wielkie, ekscytujące, ale rzadsze wyprawy pociągiem do Świdra, gdzie na dzieci czekała dzika przyroda, sosnowe lasy i bezpieczna woda „do pasa”. Droga na pociąg wymagała jednak dłuższego, choć, jak wspominał mój tata, Pan Misza, niezwykle marszu z budynków kolonii aż do stacji kolejowej Wawer. Trasa Wawer–Świder, licząca 24 kilometry koleją, była dla wychowanków prawdziwym świętem – parowóz głośno gwizdał, a w wagonach rozbrzmiewał głośny śpiew, a dzieci z pomocą wychowawców odliczały kolejne stacje, czekając na hasło: „Wysiadamy na siódmej stacji!”. Ponieważ transport kolejowy był droższy, a budżet Domu Sierot zawsze napięty, Korczak i Stefania Wilczyńska musieli te koszty skrupulatnie kalkulować.
Z tego powodu, o czym dowiedziałem się bezpośrednio z przedwojennego listu z informacjami dla byłych wychowanków, dzieci z „Różyczki” regularnie wysyłano w zupełnie przeciwnym kierunku – na plażę do Warszawy. Była to logistycznie znacznie prostsza i przede wszystkim tańsza, codzienna alternatywa. Bursiści i wychowawcy prowadzili grupy na pobliską pętlę tramwajową Gocławek, uruchomioną u zbiegu ulic Grochowskiej i Olszynki Grochowskiej w 1925 roku.
Stamtąd bezpośrednia linia miejska nr 24, łącząca Gocławek z Placem Trzech Krzyży, oferowała znakomite warunki podróży. Trasa wzdłuż ulicy Grochowskiej pod sam most Poniatowskiego liczyła około 5 kilometrów długości. Ówczesne tramwaje elektryczne pokonywały ten dystans sprawnie, a cała podróż trwała zaledwie 15–20 minut. Ogromną zaletą tego połączenia był fakt, że tramwaj dowoził pasażerów pod sam wjazd na wiadukt mostu, dzięki czemu dzieci docierały na miejsce bez konieczności kłopotliwego przeprawiania się na lewy brzeg rzeki.
Co najważniejsze dla budżetu placówki, komunikacja tramwajowa była nieporównywalnie tańsza od kolejowej. Przejazd dla dzieci i młodzieży szkolnej kosztował wtedy zaledwie 15 groszy za bilet ulgowy (podczas gdy dorośli płacili 25 groszy), co przy licznych grupach pozwalało na bardzo duże oszczędności i regularne wyjazdy na nadwiślański piasek.
Celem tych wycieczek były rzeka Wisła i tętniące życiem Plaża Braci Kozłowskich oraz sąsiadująca z nią bezpłatna plaża miejska, czyli dzisiejsza Poniatówka. Po wakacjach powrót tramwajem do Warszawy oznaczał dla dzieci koniec wakacyjnej swobody i – jak pisała wychowanka Dorcia w „Małym Przeglądzie” z 1929 roku – ponowne wejście w szkolne obowiązki i „nowe życie”, a bliskość Poniatówki dała Korczakowi możliwość zrealizowania najważniejszego celu: podarowania dzieciom słońca, kąpieli i beztroski w każdy upalny, letni dzień.

Poniatówka w latach 60. Pracowałem w 1966 roku tam jako najmłodszy w Polsce ratownik, 16-letni. Uratowałem podczas tego lata troje dzieci przed utonięciem. Nauczyłem się, że dzieci jak tona nie krzyczą, nie machają rękami…Następna praca, dokera, to już w Szwecji, od 1967 roku. Tak że kontynuuję prace przez kolejne 60 lat.


Gdy Korczak objął „Różyczkę” – filię Domu Sierot na Gocławku (ul. Klasztorna 1) – placówka nie posiadała własnego kąpieliska. Aby zapewnić dzieciom odpoczynek, organizowano dwa rodzaje wycieczek nad wodę. Były to rzadsze, dłuższe i droższe wyprawy pociągiem do Świdra, wymagające marszu do stacji Wawer i radosnego liczenia stacji lub tanie i logistycznie proste wyprawy tramwajowe bezpośrednio nad Wisłę (linia nr 24 spod pętli na Gocławku pod sam most Poniatowskiego, zajmujące ok. 15–20 minut). 
Cele miejskich wypadów stanowiły plaża Braci Kozłowskich oraz bezpłatna plaża miejska (dzisiejsza Poniatówka). Bezcennym świadectwem tych wyjazdów jest „Pamiętnik z Kolonji” Dorci* opublikowany w „Małym Przeglądzie” 15 listopada 1929 roku. Dorcia precyzyjnie rozróżniała w relacjach codzienne wypady „na plażę” od podróży „wycieczką do Świdra” oraz wspominała o swobodnych kąpielach nago („Rozbieramy się i hop do wody”), co koresponduje z materiałami z innych kolonii Korczaka.

Wojenny Epilog: 17 stycznia 1945 roku
17 stycznia 1945 roku wojska polskie i sowieckie rozpoczęły największą ofensywę podczas II wojny światowej, która zakończyła się cztery miesiące później w Berlinie. To właśnie z rejonu plaży Poniatówka ruszył przez zamarzniętą Wisłę decydujący atak mający na celu wyzwolenie zrujnowanej, lewobrzeżnej Warszawy. Natarcie było prowadzone przez batalion zwiadowczy dowodzony przez mojego taty, porucznika Michała Wróblewskiego (Pana Miszę / Wassermana-Wróblewskiego), który przeprowadził pierwszą grupę jeepów Willys po grubym lodzie, aby wytyczyć drogę ataku dla piechoty.
Ten niezwykły, niemal mistyczny moment — w którym przedwojenny wychowawca i bliski współpracownik Janusza Korczaka powraca na tę samą plażę jako żołnierz-wyzwoliciel — został uwieczniony w cenionej powieści biograficzno-historycznej „The Good Doctor of Warsaw” autorstwa Elisabeth Gifford, a także szczegółowo udokumentowany na moim blogu. Po przedostaniu się przez silnie zaminowane brzegi pod wiaduktem mostu Poniatowskiego, oddział zwiadowczy Pana Miszy ruszył w głąb Alei Jerozolimskich. Jeszcze tego samego popołudnia tata skierował się prosto na ulicę Krochmalną 92, oddychając z ulgą na widok budynku Domu Sierot, który stał stosunkowo nienaruszony i nadawał się do odbudowy. Dawne miejsce dziecięcej niewinności przekształciło się w punkt wyjścia do walki o wolność, pozwalając Panu Miszy walczyć o przyszłość i uczcić pamięć tych sierot, które niegdyś jeździły linią tramwajową nr 24 z Gocławka, ale którym nigdy nie pozwolono powrócić.


* Kim była Dorcia? W świecie „Małego Przeglądu” i Domu Sierot, Dorcia była jedną z pierwszych i najbardziej rozpoznawalnych korespondentek oraz wychowanek Janusza Korczaka. Jej imię pojawia się już w legendarnym, pierwszym numerze pisma z 1926 roku. W artykule wstępnym sam Stary Doktor wymienia ją z imienia, pisząc ciepło, ale z charakterystycznym humorem: „Gdyby Dorcia nie była brudasem, byłoby dobrze, ale teraz więcej się stara”. Wygrała ona również zorganizowany w Domu Sierot wyścig z tabliczki mnożenia, za co otrzymała w nagrodę piórnik. Jej „Pamiętnik z Kolonii”, opublikowany w listopadzie 1929 roku, nie był więc tekstem przypadkowego dziecka, lecz relacją wychowanki głęboko zakorzenionej w korczakowskim systemie wychowawczym. Cechowała ją niezwykła spostrzegawczość i szczerość, co czyni jej zapiski bezcennym dokumentem z epoki.

Sekretarz Sądu w Domu Sierot Korczaka - Pan Misza.

Sekretarz Sądu w Domu Sierot Korczaka - Pan Misza


W skład Sądu Koleżeńskiego w Domu Sierot Janusza Korczaka wchodziły wyłącznie dzieci, co było fundamentem jego sprawiedliwości i niezależności. Skład oraz strukturę sądu tworzyły następujące elementy:

1. Sędziowie (Skład Orzekający). Liczba: Sąd składał się z 5 sędziów.
Kto mógł zostać sędzią: Sędziami były dzieci (wychowankowie), których nazwiska zostały wylosowane ze specjalnej listy.
Warunek losowania: W losowaniu mogli wziąć udział tylko ci wychowankowie, wobec których w poprzednim tygodniu Sąd nie zgłosił żadnych skarg ani zarzutów. Gwarantowało to, że sprawiedliwość wymierzały osoby, które same w danym momencie przestrzegały zasad.

2. Protokolant (Sekretarz Sądu)
Kto pełnił tę funkcję: Jedyny dorosły zaangażowany bezpośrednio w posiedzenie – najczęściej był to sam Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska albo wychowawca, jak Pan Misza.
Rola dorosłego: Dorosły nie miał prawa głosu ani wpływu na wyrok. Jego zadaniem było jedynie sprawne prowadzenie dokumentacji: odczytywanie wnoszonych oskarżeń, spisywanie przebiegu rozprawy oraz protokołowanie ogłoszonych przez dzieci wyroków.

3. Sąd Apelacyjny (Rada Samorządowa). Jeśli ktoś (dziecko lub dorosły) uważał, że pięcioosobowy skład sędziowski wydał niesprawiedliwy wyrok, sprawa trafiała do instancji odwoławczej.
Funkcję tę pełniła Rada Samorządowa, składająca się z dojrzałych, wybieranych przez całą społeczność wychowanków.

Jak to działało w praktyce?
Sąd zbierał się raz w tygodniu (zazwyczaj w soboty). Każdy – zarówno najmłodsze dziecko, jak i dyrektor (Korczak) – mógł podać kogoś do sądu, wpisując sprawę na tablicę ogłoszeń. Sędziowie-dzieci rygorystycznie posługiwali się stworzonym przez Korczaka Kodeksem Sądowym (zawierającym m.in. wspomniany wcześniej § 100).

Przed tym sądem Korczak stawał wielokrotnie jako oskarżony (m.in. za złość na dzieci czy wspomnianą prowokację z Helenką) i z pełną powagą poddawał się wyrokom swoich wychowanków, co budowało w dzieciach bezgraniczne zaufanie do litery prawa.

Potsdamer Straße i Berlin - Judiska butiksägare tvingas städa upp glaskrossen efter Kristallnatten.



Det historiska fotografiet togs den 10 november 1938 av fotografen Karl Paulmann på Potsdamer Straße i Berlin. Bilden visar hur judiska butiksägare tvingas städa upp glaskrossen efter Kristallnatten.

I Sverige vill man plötsligt införa ett nytt begrepp i historien: ”Novemberpogromerna”. Begreppet "pogrom" passar dock inte riktigt för det som hände i Tyskland 1938.De ryska pogromerna: Det är härifrån ordet ”pogrom” härstammar. De ryska pogromerna var ofta spontana eller lokalt anstiftade upplopp som sprang ur folkligt judehat. Tsarens myndigheter lät det ske och uppmuntrade handlingarna i efterhand, men det rörde sig sällan om en centralt planerad militär order från högsta ort. Dessa pogromer återkom dessutom på flera platser under flera årtionden i Ryssland.
Kristallnatten (den så kallade novemberpogromen 1938): Detta var den totala motsatsen till en spontan pogrom. Det var en helt toppstyrd, statlig operation iscensatt av Reinhard Heydrich och Joseph Goebbels, och utförd av disciplinerade paramilitära förband (SA och SS) klädda i civila kläder. Det var en generalrepetition för statsterror – inte ett folkligt upplopp. Dessutom varade aktionen endast i några få dagar.






Tuesday, November 3, 2026

Remember - The Kristallnacht was not a pogrom. Kristallnacht was the Kristallnacht! Pogroms were in Russia!

 

In Sweden, there is a sudden push to introduce a new historical term: "The November Pogroms." However, the term "pogrom" does not accurately fit the events that took place in Germany in 1938.
  • The Russian pogroms: This is where the word pogrom originates. The Russian pogroms were often spontaneous or locally instigated riots stemming from popular antisemitism. The Tsarist authorities allowed them to happen and encouraged them after the fact, but they were rarely a centrally planned military order from the highest levels of government. Furthermore, these pogroms recurred in various locations across Russia over several decades.
  • Kristallnacht (the so-called November Pogrom of 1938): This was the exact opposite of a spontaneous pogrom. It was a completely top-down, state-organized operation orchestrated by Reinhard Heydrich and Joseph Goebbels, and executed by disciplined paramilitary units (SA and SS) dressed in civilian clothing. It was a dress rehearsal for state-sponsored terror – not a popular riot. Additionally, the action lasted for only a few days.