Sunday, May 31, 2026

Dwa spotkania na kadłubie samolotu bielańskiego – Janusz Korczak i Maryna Falska.


Bielańska siedziba Naszego Domu przy al. Zjednoczenia 34 w Warszawie, wzniesiona w latach 1927–1929 według projektu architekta Zygmunta Tarasina, była na owe czasy realizacją niezwykle nowoczesną. Janusz Korczak brał czynny udział jako współprojektant i konsultant budynku, dbając o to, by układ architektoniczny odzwierciedlał założenia jego pedagogiki. Bogate doświadczenia Korczaka z budowy i funkcjonowania Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej 92 przyczyniły się do wprowadzenia wielu praktycznych „poprawek” – między innymi zmniejszono wielkość sal sypialnych. Na fotografii widać na pierwszym piętrze prawego skrzydła południowe słońce prześwietlające sypialnię. 

Spotkania na kadłubie samolotu bielańskiego.

W przedwojennej Warszawie budynek Naszego Domu – widziany z lotu ptaka lub na planach architektonicznych – był powszechnie nazywany przez mieszkańców i specjalistów właśnie „samolotem”. Dla Janusza Korczaka i Maryny Falskiej ten kształt miał również głęboki wymiar symboliczny. Dom miał być dla osieroconych dzieci bezpieczną, nowoczesną „maszyną”, która pozwalała im rozwinąć skrzydła i pomyślnie wystartować w dorosłe, samodzielne życie.


Po lewej Hania Fiszgrund (Helenka Falkowska) z rodzicami, bratem i kuzynem. Kraków przed WWII. Po prawej Hania w 1946 roku w Domu Sierot Leny Küchler. Mama Hani, Malka, została wywieziona z getta w Piotrkowie Trybunalskim i uduszona gazem w obozie zagłady Treblinka.
Hania Fiszgrund (Helenka Falkowska) na pierwszym planie podczas uroczystości nadania Marynie Falskiej medalu Sprawiedliwa wśród Narodów Świata.

Dwa spotkania na kadłubie samolotu bielańskiego – Janusz Korczak i Maryna Falska.
Bielańska siedziba Naszego Domu przy al. Zjednoczenia 34 w Warszawie, wzniesiona w latach 1927–1929 według projektu architekta Zygmunta Tarasina, była na owe czasy realizacją niezwykle nowoczesną. Janusz Korczak brał czynny udział jako współprojektant i konsultant budynku, dbając o to, by układ architektoniczny odzwierciedlał założenia jego pedagogiki. Bogate doświadczenia Korczaka z budowy i funkcjonowania Domu Sierot przy ulicy Krochmalnej 92 przyczyniły się do wprowadzenia wielu praktycznych „poprawek” – między innymi zdecydowano o zmniejszeniu wielkości sal sypialnych na rzecz bardziej kameralnych pokoi.
Układ gmachu Naszego Domu na Bielanach został celowo zaprojektowany na planie przypominającym samolot. Ta lotnicza metafora stanowiła kluczowy element bielańskiego projektu Zygmunta Tarasina i doskonale współgrała z modernistycznym duchem lat 20. XX wieku, kiedy to lotnictwo symbolizowało nowoczesność, wolność i odważne spojrzenie w przyszłość. W przedwojennej Warszawie budynek ten – widziany z lotu ptaka lub na planach architektonicznych – był powszechnie nazywany przez mieszkańców i specjalistów właśnie „samolotem”. Dla Janusza Korczaka i Maryny Falskiej ten kształt miał również głęboki wymiar symboliczny. Dom miał być dla osieroconych dzieci bezpieczną, nowoczesną „maszyną”, która pozwalała im rozwinąć skrzydła i pomyślnie wystartować w dorosłe, samodzielne życie.
Przedwojenny układ architektoniczny tego niezwykłego gmachu prezentował się następująco:
  • Kadłub samolotu: Główna, centralna część budynku biegła prostopadle do ulicy. To tam znajdowało się „serce” placówki – wejście, administracja oraz piony komunikacyjne i gospodarcze. Warto dodać, że ta centralna część została po wojnie przebudowana – między dawną kabiną pilota a ogonem, w miejscu dotychczasowego otwartego tarasu, dobudowano dodatkowe piętro.
  • Boczne skrzydła: Od centralnego kadłuba odchodziły dwa symetryczne, długie skrzydła boczne. Mieściły one jasne, doskonale doświetlone dzięki wielkim oknom sypialnie dzieci oraz sale lekcyjne. Dzięki takiej konstrukcji okna pokoi wychodziły na optymalne strony świata, zapewniając dostęp do słońca przez cały dzień, co stanowiło wówczas higieniczny standard nowoczesnego budownictwa.
  • Ogon samolotu: Tył budynku, zamykający całą konstrukcję, formował architektoniczny odpowiednik ogona maszyny.
Co ciekawe, budynek ten szczęśliwie przetrwał wojnę i do dziś pełni swoją pierwotną funkcję – obecnie mieści się tam Dom Dziecka nr 1 im. Maryny Falskiej. Gmach wzniesiono w stylu wczesnego modernizmu o surowej, geometrycznej i prostej bryle. Pozbawiony był zbędnych, pałacowych zdobień, co nadawało mu minimalistyczny, ale i monumentalny charakter. W latach 30. budynek stał na piaszczystym nieużytku otoczonym sosnowym laskiem bielańskim, co zapewniało dzieciom stały kontakt z naturą i świeżym powietrzem.
Centralnym punktem ułatwiającym integrację była duża sala rekreacyjno-teatralna ze sceną, na której odbywały się zebrania społeczności, sądy koleżeńskie oraz wspólne uroczystości. Na najwyższym piętrze znajdowały się mieszkania dla personelu, w tym małe lokum na samym „ogonie” samolotu, w którym mieszkała Maryna Falska. Z kolei bursiści, w tym pan Jerzy (Igor Newerly), mieszkali po przeciwnej stronie kadłuba, w przestrzeni odpowiadającej „kabinie pilota”. W budynku działały również nowoczesne warsztaty rzemieślnicze, szwalnie oraz pracownie, w których wychowankowie uczyli się praktycznych zawodów. Zaplanowano także specjalne pokoje dla redakcji gazetki domowej oraz przestrzeń na kasę oszczędnościowo-pożyczkową prowadzoną samodzielnie przez dzieci.
Z tą unikalną architekturą bielańskiego samolotu wiążą się dwa niezwykłe spotkania na jego kadłubie.
Pierwsze spotkanie: Przedwojenny dialog w kabinie pilota
Pierwsze z nich – a właściwie cykl regularnych spotkań na kadłubie bielańskiego samolotu – to przedwojenne rozmowy Janusza Korczaka z Igorem Newerlym (panem Jerzym), który mieszkał w części nazwanej przeze mnie kabiną pilota. Obaj mężczyźni godzinami spacerowali i dyskutowali na otwartym tarasie łączącym kabinę pilota z głównym korpusem budynku. W tamtych spokojnych, przedwojennych czasach dzieci prawdopodobnie nie miały wstępu na ten taras, dzięki czemu Korczak mógł w ciszy i skupieniu debatować ze swoim bliskim współpracownikiem nad meandrami pedagogiki i literatury.
Drugie spotkanie: Wojenny płacz nad płonącym gettem
Drugie spotkanie miało zupełnie inny charakter. Było wojenne, dramatyczne i całkowicie nieplanowane – doszło do niego na przełomie kwietnia i maja 1943 roku. Znamy je dzięki relacji trzynastoletniej wówczas Hani Fiszgrund, Żydówki, która przez ponad dwa lata była potajemnie ukrywana w Naszym Domu na Bielanach jako Helenka Falkowska.
Dzięki odważnej pomocy Stefanii Sępołowskiej udało się umieścić Hannę Fiszgrund (pod przybranym nazwiskiem Helenki Falkowskiej) w bielańskiej placówce, gdzie spędziła kolejne 2,5 roku. Ze względu na bardzo wyraźny, semicki wygląd dziewczynka nie mogła uczęszczać do publicznej szkoły, co samo w sobie wzbudzało podejrzenia otoczenia. Personel Naszego Domu doskonale znał jednak jej prawdziwe pochodzenie i solidarnie ukrywał ją podczas częstych, niespodziewanych kontroli niemieckich.
Inne ukrywane dzieci, które posiadały tzw. „dobry wygląd”, starały się żyć normalnie. Rysiek Próchnik oraz Irena Jakubowicz uczęszczali do pobliskiej polskiej szkoły. Losy Ireny potoczyły się jednak tragicznie – w którymś dniu nauczyciel bezwzględnie oznajmił, że nie chce mieć jej w swojej klasie i nakazał opuszczenie szkoły. Przerażona Irena musiała opuścić zarówno klasę, jak i bezpieczne mury Naszego Domu. Zdołała odnaleźć swoją ukrywającą się matkę, lecz niedługo potem do Maryny Falskiej dotarła wstrząsająca wiadomość: matka i jej córka Irena zostały wytropione i rozstrzelane przez Niemców.
W tym czasie w Naszym Domu księgowa, Irena Dębska, próbowała uczyć Hanię prywatnie, jednak dziewczynka żyła w permanentnym stresie i depresji, przez co nauka przychodziła jej z ogromnym trudem. Nie miała żadnych wiadomości o ukochanej mamie (zamordowanej w Treblince), o bracie ani o Anieli – swojej oddanej niani, która przywiozła ją bezpiecznie do Warszawy. Drżała o życie ojca, który rzadko i w wielkiej konspiracji ją odwiedzał. Podczas jednej z wizyt zauważyła, że ktoś idzie śladem jej ojca – zamarła wtedy z przerażenia, odliczając kolejne dwa tygodnie w strachu, czy wujek (jak oficjalnie go nazywano) w ogóle jeszcze wróci.
Przez cały okres pobytu na Bielanach Hania ani razu nie wyszła na zewnątrz. Uwielbiała za to noce w Naszym Domu. Uważała, że w mroku wielkiej sypialni dla dziewcząt staje się niewidzialna i nikt nie jest w stanie rozpoznać w niej Żydówki. Jedna z wychowawczyń, Cesia Kossobudzka (kierowniczka domowej czytelni), często siadała nocą przy łóżku Hani, trzymając ją za rękę, by dodać jej otuchy. Gdy do Naszego Domu przyjeżdżało Gestapo, Hania była natychmiast zamykana w osobnym, odizolowanym pokoju, na którego drzwiach widniał przerażający dla Niemców napis: „Tyfus”.
Mimo ochrony personelu, starsze wychowanki w Naszym Domu stawały się wobec Hani coraz bardziej dokuczliwe i podejrzliwe. Pokazywały jej dłonie, szepcząc okrutnie, że „takie ręce może mieć tylko Żydówka”. Reagując na to śmiertelne zagrożenie, Maryna Falska przyszła pewnego wieczoru do sypialni starszych dziewcząt i stanowczo zainterweniowała: „Wy gubicie waszą koleżankę! Ona nie jest Żydówką! Jej zmarła matka była Francuzką i to właśnie dlatego Helenka nie może chodzić do polskiej szkoły. To również tłumaczy jej nietypowe rysy i ciemne włosy” – skłamała bez wahania dyrektorka, ratując dziecku życie.
Gdy w kwietniu 1943 roku wybuchło Powstanie w Getcie Warszawskim, wszyscy na Bielanach byli tego świadomi. Przerażające łuny ognia i gęsty dym nad miastem były doskonale widoczne z okien Naszego Domu. Jednej z tych koszmarnych nocy, gdy Hania wymknęła się na dach – na otwarty taras łączący przednią część bielańskiego samolotu z jego ogonem – dostrzegła stojącą tam samotnie postać. Była to Maryna Falska, ubrana w głęboką czerń. Stała nieruchomo, wpatrując się w płonące za horyzontem getto. I płakała.
Powstańczy epilog i powojenne losy
Kiedy w sierpniu 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie, w budynku Naszego Domu natychmiast zorganizowano powstańczy szpital polowy Armii Krajowej. Hania, chcąc być użyteczna, bez wahania zgłosiła się do pomocy – jej zadaniem było pranie i prasowanie zakrwawionych bandaży rannych powstańców. Po kapitulacji zrywu przyszedł bezwzględny niemiecki rozkaz ewakuacji placówki. Serce Maryny Falskiej nie wytrzymało tego ostatecznego ciosu – dyrektorka zmarła na zawał serca w trakcie przygotowań.
Sieroty z Naszego Domu zostały wywiezione najpierw do obozu przejściowego w Pruszkowie, a następnie trafiły do miejscowości Sokolniki w województwie łódzkim. Dzieci ulokowano w tamtejszej szkole, gdzie cierpiały skrajny głód i były zmuszone chodzić „po prośbie” na okoliczne wsie. Hani, ze względu na jej wygląd, personel nigdy nie puszczał na wieś, chroniąc ją do samego końca. W Sokolnikach doczekała wyzwolenia. Po zakończeniu działań wojennych przyjechała po nią łączniczka Bundu, Krystyna Mucznik, która zabrała ją do swojego warszawskiego domu.
Z Warszawy Hania udała się do Łodzi, do ocalałego brata. Ten jednak budował wówczas własne życie od nowa i nie miał czasu ani przestrzeni dla młodszej siostry, która mimo ogromnych zaległości edukacyjnych dopiero rozpoczynała naukę w pierwszej klasie gimnazjum. Po pół roku ojciec zdecydował się na umieszczenie Hani w żydowskim domu dziecka w Zakopanem.
Po latach wojennej rozłąki, Hania i jej ukochana niania Anielcia ponownie stały się rodziną. W 1969 roku, na fali przymusowej emigracji marcowej, opuściły razem Polskę i wyjechały do Izraela. Anielcia Krzysztonek dożyła tam późnego wieku i została pochowana na cmentarzu katolickim w Jaffie. Hanna Fiszgrund-Gdalewicz mieszka do dziś w Tel Awiwie (stan na maj 2026 roku).
Nasz Dom na Bielanach, ze swoją unikalną bryłą przedwojennego samolotu, przetrwał jako niemy świadek tych wydarzeń – symbol wielkich idei pedagogicznych Korczaka oraz cichego, heroicznego oporu Maryny Falskiej w obliczu totalitarnego zła.

Opis Szpitala Polowego AK w Naszym Domu. Sierpien 1944. Wg. innych relacji "Helenka Falkowska" (Hania Fiszgrund) prała tam i prasowała zakrwawione bandaże.

* Kadłub samolotu, ta główna, centralna część budynku, został po wojnie przebudowany. Między Kabiną pilota a Ogonem, na miejscu poprzedniego tarasu dobudowano jeszcze jedno piętro.

** Historia Ireny Jakubowicz - Żydówki z Naszego Domu która chodziła do polskiej szkoły. Irena miała "Dobry wygląd". Jednak jej polski nie był najlepszy! Jednak ze względu na "dobry wygląd" chodziła z innymi dziećmi z naszego domu do polskiej szkoły w pobliżu. Którego dnia nauczyciel oznajmił Irenie, że nie chce mieć jej w swojej klasie i że musi opuścić szkołę. Irena opuściła i szkołę i Nasz Dom. Znalazła swoją ukrywająca się matkę. Po niedługim czasie kierowniczka Naszego Domu, Maryna Falska, dostała wiadomość, że matka i córka Irena zostały rozstrzelane.

Komisja budowlana, która nadzorowała powstawanie bielańskiego „samolotu”, miała unikalny, partnerski charakter. Łączyła ona nadzór techniczny, pedagogiczny oraz robotnicze zaplecze finansowe. Janusz Korczak był oficjalnym współprojektantem i konsultem z ramienia Zarządu, i to on nanosił „architektoniczne poprawki pedagogiczne”.




 

Saturday, May 30, 2026

The Story That Cannot Be Erased: My Father’s Escape from the Ghetto and the Trauma That Never Faded - Remembering "Pan Misza" of Korczak’s Orphans’ Home.


The Geography of Death - Tracing the Rail Line to Treblinka. When examining this German military map of Warsaw-Praga, one feature stands out with terrifying historical weight: the railway line that cuts horizontally across the landscape. Tracing this track reveals the direct, physical link between "Pan Misza’s" place of forced labor and the industrial annihilation of Warsaw's Jews. The railway line begins just off the left edge of this map, stemming directly from the infamous Umschlagplatz located only a few hundred meters west of the river. This was the assembly point where the mass deportations were organized. The track crosses the Vistula River via the strategic railway bridge and passes directly through the heart of Praga. As shown on the map, it runs immediately alongside the heavily militarized zone encircled by a solid red line and marked "Kosz" (Koszary / military barracks). This was the exact site where Pan Misza was forced to work as a construction laborer in 1942, enduring the occupation while under the constant watch of German guards. After passing the barracks, the track continues toward the upper right corner of the map. This is the main railway artery leading northeast out of Warsaw toward Białystok. Following this specific track for 95 kilometers out of Warsaw, it crosses the Bug River and reaches the railway station of Małkinia Górna. From Małkinia Górna, a short 5-kilometer spur track headed due south. That spur led directly into the Treblinka death camp. This very line—visible here as a cold, green-inked trackline, logistical route on a military map—was the exact path the Germans used to transport more than 350,000 Jews from the Warsaw Ghetto to their deaths. Among them, in August 1942, were Dr. Janusz Korczak, his staff, and the children of the Dom Sierot. While my father, Pan Misza, was building structures next to these tracks in Praga, the trains carrying the children he had cared for were rattling past him on their way to the gas chambers of Treblinka. This map is not just a layout of roads and barracks; it is a physical blueprint of the Holocaust in action.


The document shown in the image carries a vital piece of our family’s history. It is a priceless testimony penned by my mother, documenting the dramatic escape of my father, Michał—known affectionately as "Pan Misza" in Janusz Korczak’s Orphans’ Home—from the Warsaw Ghetto, the people who risked their lives to help him, and the deep, invisible wounds left behind by the war.

By blending my mother’s written words with my own vivid childhood memories of growing up in Warsaw, I have compiled our family's story below. This is the kind of raw material and physical reality of the Holocaust that must never be forgotten, hidden away, or turned into abstract academic exercises.
Michał WRÓBLEWSKI / Waserman / born in Pińsk on October 29, 1911
longtime employee of the Orphans' Home (Dom Sierot) run by dr Janusz Korczak
After many adventures and an escape from the Umschlagplatz, my Husband finally decided to leave the ghetto. He went outside the walls using a forged Kenkarta [identity card]. Someone followed him and saw Misza taking off his armband. A Polish szmalcownik [blackmailer who extorted hidden Jews] took his heirloom watch / which belonged to his father / with a fob chain and 200 PLN. Other Poles helped him: Mrs. Bakalarska and a building caretaker near the place where he worked in the Praga district, when he used to go out for forced labor together with German Jews. Guided by instinct and convinced that he might resemble a Ukrainian more than a Pole from Warsaw, he went to Lwów. There, through a newspaper advertisement, he got a job as a bricklayer's assistant. He acted on information from a coworker that a certain construction enterprise was recruiting workers for Kyiv. He was accepted. From there, I received two letters from him sent to Kopyczyniści, stating that he was working and in good health. Then, silence. When the Germans retreated, he enlisted as a volunteer in the 1st Army of the Polish Armed Forces. He arrived in Łowicz as an officer.
Even 8–10 years after the war, my Husband would wake up in the middle of the night with a horrific scream and literally drenched in sweat. He dreamed that he was being chased by Germans wearing leather belts inscribed with "Gott mit uns" and others, as well as uniformed Latvians, while he had our children with him.
The reverse gear being engaged [the haunting persistence of the past] gave him no peace. Doctors claimed it was simply neurosis vegetativa maioris gradus [severe vegetative neurosis]. It did not "go with the wind."
Misza died of cancer on March 13, 1993.
His sister, Niura Waserman – Anna Trzcińska, survived the war and died 17 years ago.
To the history of the Warsaw Ghetto, he was Michał Wróblewski (born Waserman in Pińsk, 1911)—a longtime, dedicated staff member at the Dom Sierot (Orphans’ Home) run by Dr. Janusz Korczak. In our family, he was simply my father, known affectionately to the children and staff of the orphanage as "Pan Misza."
The foundational record of his harrowing escape and survival was preserved in writing by his wife, my mother. It is through her dedicated words, combined with my own childhood memories, that his story remains alive.
In her accounts, my mother describes how, after enduring the horrors of the ghetto and surviving a desperate escape from the Umschlagplatz, my father finally made the agonizing decision to cross to the "Aryan side." Armed with a forged Kenkarta (identity card), he slipped past the ghetto walls. The escape was immediately met with the brutal reality of occupied Warsaw: someone tracked him, witnessed him removing his identification armband, and a Polish szmalcownik (blackmailer) extorted him, robbing him of 200 zlotys and a cherished heirloom watch passed down from his father.
Yet, as my mother recorded, his survival was also paved by acts of human decency. Other Poles stepped in to help him—namely, a Mrs. Bakalarska and a building caretaker. They lived near the military barracks in the Praga district, the very area where Pan Misza had been forced to work as a construction laborer alongside German Jews earlier in 1942.
Guided by a sharp survival instinct and believing his physical appearance could pass for a Ukrainian rather than a Warsaw local, my father fled further east to Lwów. There, he found work as a bricklayer's assistant through a newspaper advertisement. He later acted on a tip from a coworker about a construction firm recruiting in Kyiv and moved deeper into occupied territory. For a time, letters reached Kopyczyniści stating he was alive and working. Then, silence. When the German front lines finally collapsed, he volunteered for the 1st Army of the Polish Armed Forces, eventually arriving in Łowicz as a liberated officer.
My father never forgot those who risked their lives for him. In the autumn of 1944, shortly after the Soviet and Polish forces captured the Praga district, he went back. He tracked down Mrs. Bakalarska and the caretaker near the old military barracks to thank them for the shelter and mercy they had shown him during his darkest hours.
But while the war ended politically, it never truly ended in our home. My mother wrote that for nearly a decade into the 1950s, my father would wake up in the middle of the night, drenched in sweat, letting out horrific screams. In his recurring nightmares, he was being hunted through the ruins, carrying us—his children—in his arms. His pursuers were uniformed Latvians and German soldiers wearing leather military belts with the infamous inscription Gott mit uns.

The physical artifacts of that trauma were woven into the fabric of my own childhood. I vividly remember a German bayonet and one of those very military belts—stamped with Gott mit uns—lying quietly inside my father’s wardrobe in our Warsaw apartment.
The doctors who treated him in the post-war years dismissed his night terrors as neurosis vegetativa maioris gradus (severe vegetative neurosis). They treated it as a medical condition, a simple glitch in the nervous system. But it was far deeper than that. The haunting persistence of the past gave him no peace. As my mother poignantly concluded in her written testimony, the trauma of the Holocaust never "went with the wind."

Pan Misza survived the ghetto, outlived the perpetrators, and saw his children grow, but he carried the weight of the Dom Sierot and the physical terror of the occupation until he passed away from cancer on March 13, 1993. His sister, Miura Waserman (Anna Trzcińska), who also survived the war, passed away 17 years ago.

These words—written by his wife and remembered by his son, Roman —are not just to honor their memory, but to ensure that the raw, physical reality of what they endured is never sanitized, intellectualized, or forgotten. The reality of the Holocaust.

German map of Warszawa from 1942 - Ghetto borders are marked.


Po deportacji Korczaka, wychowawców i 239 dzieci - Szmalcownik, Pani Bakalarska i Dozorca.

Geografia Śmierci – Śledząc linię kolejową do Treblinki. Kiedy analizuje się tę niemiecką mapę wojskową Warszawy-Pragi, jeden element wyróżnia się przerażającym ciężarem historycznym: linia kolejowa przecinająca krajobraz w poziomie. Śledzenie tego toru ujawnia bezpośrednie, fizyczne powiązanie między miejscem przymusowej pracy „Pana Miszy” a przemysłową zagładą warszawskich Żydów. Linia kolejowa zaczyna się tuż przy lewej krawędzi tej mapy, biorąc swój początek bezpośrednio z ponurego Umschlagplatzu, zlokalizowanego zaledwie kilkaset metrów na zachód od rzeki. To tam organizowano masowe deportacje. Tor przecina Wisłę strategicznym mostem kolejowym i biegnie bezpośrednio przez serce Pragi. Jak widać na mapie, przebiega on tuż obok zmilitaryzowanej strefy otoczonej czerwoną linią i oznaczonej jako „Kosz” (Koszary). Było to dokładnie to miejsce, w którym Pan Misza został zmuszony do pracy jako robotnik budowlany w 1942 roku, znosząc okupację pod nieustannym okiem niemieckich strażników. Po minięciu koszar tor biegnie dalej w kierunku prawego górnego rogu mapy. Jest to główna arteria kolejowa prowadząca z Warszawy na północny wschód, w stronę Białegostoku. Podążając tym konkretnym torem przez 95 kilometrów od Warszawy, przecina się rzekę Bug i dociera do stacji kolejowej Małkinia Górna. Z Małkini Górnej krótki, 5-kilometrowy tor prowadził prostopadle na południe. Jego odgałęzienie, zaraz po stacji Treblinka, prowadziło bezpośrednio do Obozu Zagłady w Treblince. Ta sama linia – widoczna tutaj jako wykreślona zielonym tuszem nitka torów, szlak logistyczny na wojskowej mapie – była dokładnie tą drogą, którą Niemcy wywieźli na śmierć ponad 350 000 Żydów z getta warszawskiego. Wśród nich, w sierpniu 1942 roku, znalazł się dr Janusz Korczak, jego współpracownicy oraz dzieci z Domu Sierot. Podczas gdy mój ojciec, Pan Misza, reperował budynki na terenie niemieckich koszar tuż obok tych torów na Pradze, pociągi wiozące dzieci, którymi się opiekował, terkotały tuż obok niego w drodze do komór gazowych Treblinki. Ta mapa to nie tylko układ dróg i koszar; to fizyczny plan Holocaustu w działaniu.

Michał WRÓBLEWSKI / Waserman / ur. w Pińsku 29/X-1911 r.
długoletni pracownik Domu Sierot prowadzonego przez dr Janusza Korczaka
Mój Mąż po wielu przygodach i ucieczce z Umschlagplatzu zdecydował się wreszcie opuścić getto. Wyszedł poza mury z fałszywą kenkartą. Ktoś szedł za nim i widział, jak Misza zdjął opaskę. Polski szmalcownik zabrał mu pamiątkowy zegarek / po ojcu / z dewizką oraz 200 zł. Pomogli mu inni Polacy. P. Bakalarska i dozorca domu niedaleko miejsca, w którym pracował na Pradze gdy z Żydami niemieckimi wychodził na roboty. Wiedziony instynktem i przekonany, że bardziej może przypominać Ukraińca aniżeli Polaka-warszawiaka (czytaj Żyda), pojechał do Lwowa. Tam, z ogłoszenia w gazecie, dostał pracę jako pomocnik murarza. Skorzystał z informacji kolegi z pracy, że jakieś przedsiębiorstwo budowlane werbuje do pracy w Kijowie. Został przyjęty. Od niego stamtąd do Kopyczyniec dostałam 2 listy (takie wojskowe, w kształcie trójkąta), że pracuje, jest zdrów. Potem milczenie. Gdy Niemcy odstąpili, zaciągnął się jako ochotnik do 1. Armii Wojska Polskiego. Do Łowicza przyjechał jako oficer.
Jeszcze 8-10 lat po wojnie mój Mąż budził się wśród nocy z krzykiem okropnym i dosłownie zlany potem. Śniło mu się, że gonią go Niemcy, którzy noszą skórzane pasy z napisem "Gott mit uns" i inni, umundurowani Łotysze, A on ma przy sobie nasze dzieci.
Włączony wsteczny bieg nie dawał mu spokoju. Lekarze twierdzili, że to po prostu nerwice wegetatywne maioris gradus. Nie "przeminęło z wiatrem"
Misza zmarł na raka 13 marca 1993 r.
Wojnę przeżyła jego siostra Niura Waserman - Anna Trzcińska zmarła 17 lat temu.

W 1944 roku, po zdobyciu Pragi, mój tata, znany w Domu Sierot jako Pan Misza, odnalazł jesienią 1944 roku panią Bakalarską i dozorce. Mieszkali koło koszarów wojskowych, gdzie Pan Misza pracował jako robotnik budowlany z getta w 1942 roku. 

Bagnet niemiecki i pas wojskowy z Gott mit uns — pamiętam, że leżały w szafie ojca w Warszawie.

This is an incredibly powerful document linking back directly to Janusz Korczak's inner circle.
English Translation
Michał WRÓBLEWSKI / Waserman / born in Pińsk on October 29, 1911
longtime employee of the Orphans' Home (Dom Sierot) run by dr Janusz Korczak
After many adventures and an escape from the Umschlagplatz, my Husband finally decided to leave the ghetto. He went outside the walls using a forged Kenkarta [identity card]. Someone followed him and saw Misza taking off his armband. A Polish szmalcownik [blackmailer who extorted hidden Jews] took his heirloom watch / which belonged to his father / with a fob chain and 200 PLN. Other Poles helped him: Mrs. Bakalarska and a building caretaker near the place where he worked in the Praga district, when he used to go out for forced labor together with German Jews. Guided by instinct and convinced that he might resemble a Ukrainian more than a Pole from Warsaw, he went to Lwów. There, through a newspaper advertisement, he got a job as a bricklayer's assistant. He acted on information from a coworker that a certain construction enterprise was recruiting workers for Kyiv. He was accepted. From there, I received two letters from him sent to Kopyczyniści, stating that he was working and in good health. Then, silence. When the Germans retreated, he enlisted as a volunteer in the 1st Army of the Polish Armed Forces. He arrived in Łowicz as an officer.
Even 8–10 years after the war, my Husband would wake up in the middle of the night with a horrific scream and literally drenched in sweat. He dreamed that he was being chased by Germans wearing leather belts inscribed with "Gott mit uns" and others, as well as uniformed Latvians, while he had our children with him.
The reverse gear being engaged [the haunting persistence of the past] gave him no peace. Doctors claimed it was simply neurosis vegetativa maioris gradus [severe vegetative neurosis]. It did not "go with the wind."
Misza died of cancer on March 13, 1993.
His sister, Niura Waserman – Anna Trzcińska, survived the war and died 17 years ago.

Niemiecka mapa z 1942 z zaznaczonymi granicami Getta Warszawskiego.

Nasz Dom w Pruszkowie został zorganizowany przez Janusza Korczaka i Marię Falską, na wzór działającego już w Warszawie Domu Sierot.



Posiedzenie Rady Samorządowej Naszego Domu w Pruszkowie z udziałem Marii Falskiej. Nasz Dom został stworzony w 1919 roku dla polskich dzieci robotniczych. Zorganizowany został przez Janusza Korczaka i Marię Falską, na wzór działającego już od 1912 roku w Warszawie Domu Sierot.



Friday, May 29, 2026

Droga Pamiętnika Janusza Korczaka: Od Siennej do bielańskiej skrytki


Poprzednio opisane wydarzenia doprowadziły do dramatycznego momentu z wieczora 5 sierpnia 1942 roku. Ledwie kilka godzin po tym, jak Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i personel Domu Sierot zostali pognani z ulicy Siennej 16 na Umschlagplatz, do opustoszałego, splądrowanego budynku powrócił Pan Misza (po wojnie znany jako Michał Wróblewski). Wstrząśnięty i zrozpaczony, pośród porozrzucanych ubrań i dziecięcych pamiątek, odnalazł ostatnie, najgłębiej skrywane osobiste rzeczy Starego Doktora. Były to: bezcenny, pisany nocami „Pamiętnik”, pliki notatek pedagogicznych oraz ikoniczne, druciane okulary Doktora. Pan Misza zapakował je pospiesznie do małej walizki i pod osłoną zapadającego zmroku, ryzykując życie, przeniósł ten ładunek przez most łączący Małe getto z Dużym.
Pierwszym miejscem schronienia, gdzie Pan Misza i trzej nastoletni chłopcy – byli wychowankowie, którym udało się uniknąć transportu do Treblinki – zatrzymali się na tę pełną grozy noc, było skromne mieszkanie byłego wychowanka Felka Grzyba przy ul. Ostrowskiej. W kolejnych dniach, w ucieczce przed nieustannymi niemieckimi blokadami i łapankami, zmuszeni byli nieustannie zmieniać kryjówki. Zatrzymywali się w opuszczonych lokalach, między innymi w domu przy ul. Świętojerskiej. Tam, z okien zrujnowanej kamienicy, widzieli zielone drzewa Ogrodu Krasińskich po stronie aryjskiej – pewien symbol wolności, która była tak blisko, a zarazem tak nieosiągalnie daleko.
Ciężka walizka towarzyszyła im na każdym kroku podczas wielokrotnych przenosin, stając się dla nich najświętszą relikwią. To było wszystko, co pozostało po Doktorze i Domu Sierot. Po kilku dniach Pan Misza podjął decyzję o ich przerzucie walizki na zewnątrz getta. Wykorzystał swoje dawne kontakty i przekazał walizkę zaprzyjaźnionej grupie szmuglerów. Dla przemytników, którzy codziennie przerzucali przez mury żywność i broń, paczka z papierami była techniczną rutyną. Dlatego sam Pan Misza nigdy po wojnie nie przywiązywał większej wagi do szczegółów technicznych samego przerzutu. W realiach szalejącej Zagłady, gdy ludzkie życie kończyło się w kilka minut, ta akcja była po prostu kolejnym zadaniem do wykonania.
Kamień spadł mu z serca, gdy tajnymi kanałami konspiracyjnymi, jeszcze na terenie getta, otrzymał lakoniczny, wyczekiwany meldunek: „Walizka dotarła!”. Kontrahentem po drugiej stronie muru był jego wieloletni przyjaciel, bursista i redaktor „Małego Przeglądu” – Pan Jerzy (Igor Newerly, posługujący się wówczas swoim rodowym nazwiskiem Jerzy Abramow). Pan Misza doskonale znał jego bezpieczny i nowoczesny adres na lewicowym, inteligenckim osiedlu III Kolonii WSM (Żoliborskiej Spółdzielni Mieszkaniowej) przy ul. Krasińskiego 16.
Walizka trafiła najpierw do mieszkania Newerlego, jednak lokal ten tętnił życiem konspiracyjnym i był pod stałą obserwacją Gestapo. Żona pisarza, Barbara Abramow-Newerly (z domu Szejnbaum, dawna wychowanka Domu Sierot Korczaka), słusznie przewidziała potężne zagrożenie. W obawie przed rewizją spakowała spuściznę po Doktorze i 8 stycznia 1943 roku potajemnie przewiozła ją z Żoliborza dalej na północ – do zakładu wychowawczego „Nasz Dom” na Bielanach. Wiedziała, że u kierowniczki placówki i bliskiej przyjaciółki Korczaka, Maryny Falskiej, papiery znajdą bezpieczny schron. 
Intuicja Barbary okazała się zbawienna – zaledwie kilka dni później Igor Newerly został aresztowany przez Gestapo w swoim żoliborskim mieszkaniu i trafił do obozów koncentracyjnych. Tymczasem na Bielanach, z polecenia Falskiej, zaufany pracownik „Naszego Domu”, Władysław Cichosz, przeniósł walizkę na strych gmachu i bezpiecznie zamurował ją w specjalnie przygotowanej wnęce pod dachem.
Mimo wybuchu Powstania warszawskiego i ogromnych zniszczeń stolicy, bielański gmach Naszego Domu i jego sekretna skrytka przetrwały wojnę. Gdy pod koniec 1945 roku Igor Newerly powrócił z niemieckich obozów, odnalazł Władysława Cichosza. Mężczyźni udali się na strych, gdzie rozkuli ścianę. Dokumenty, nienaruszony rękopis „Pamiętnika” oraz okulary Janusza Korczaka zostały ocalone, stając się jednym z najważniejszych świadectw ludzkiej godności w czasach pogardy.