Jednym z najtragiczniejszych skutków Marca ’68 była wymuszona emigracja elit intelektualnych – rzetelnych historyków, którzy zabrali ze sobą etos pracy badawczej, pozostawiając w kraju niebezpieczną próżnię. W tę pustkę weszły „narracje pomarcowe”, które z czasem stały się fundamentem współczesnych instytucji. Dziś jesteśmy świadkami paradoksu: trzy kluczowe instytucje zajmujące się historią Żydów – od Zagłady po współczesność – operują odmiennymi, często wykluczającymi się narracjami tych samych faktów.
To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Michał Wasserman Wróblewski - współpracownik Korczaka 1931-1942), który często przypominał, łacińską maksymę „
Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku czytając nowonapisane, "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.
Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe, "trędowate teksty” staną się (wg. mnie, stały się) dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie, ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.
W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mnie o analizę tekstów (wydażen) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.
Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.
Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
Epidemia dezinformacji
Osobiście uważam użycie hasła „trędowate nurty" za prawidłowe gdyż według Słownika Języka Polskiego PWN przymiotnik trędowaty w znaczeniu przenośnym oznacza kogoś „budzącego odrazę, unikanego przez innych”. Takie mam obecnie uczucie do tych nowych narratorów.
Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności” (Niepodatności). W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.
Obserwujemy bardzo niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia, uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed chorobą, kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.
Stary proces
Osobiście obserwuję ten proces od lat. Zaczęło się od publikacji i informacji na temat Janusza Korczaka i Domu Sierot i uwag mojego ojca, Pana Miszy, w latach 80. i 90 na temet pomarcowych nowo napisanych i książek z "Wspomnieniami o Korczaku" lub masowo drukowanych jego nowych biografi. Moje własne doświadczenia z „trędowatymi nurtami” to później m.in. wieloletnia, tak wieloletnia batalia z Muzeum Polin o elementarną prawdę faktograficzną.
Pierwszym z poruszonych przeze mnie tematów z Muzeum Polin była kwestia emigracji. Nie tej „bezpiecznej” narracyjnie, pomarcowej, lecz tej największej, rozpoczętej już 22 lipca 1946 roku, a przypieczętowanej traumą Pogromu Kieleckiego z 4 lipca 1946 roku. Fakt, że w mordowaniu Ocalonych (ocalonych z Zagłady) brali udział cywilni mieszkańcy Kielc, milicjanci i wojsko, przyczynił się do pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski za zgodą władz polskich (150–175 tysięcy osób).
Temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski znałem z pierwszej ręki, od dwóch oficerów Wojska Polskiego – mjr. Michała Wróblewskiego (mojego ojca) oraz mjr. Michała Rudawskiego (autora książki „Mój obcy kraj”***, pisanej wraz z moją mamą). Major Rudawski był pogranicznikiem, a mój ojciec, jako oficer polityczny oddelegowany przez gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego szefa GZP, kontrolował i dokumentował ten proces na bieżąco na samej granicy polsko-czeskiej.
Mimo ogólnej wiedzy na temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski, w pracach ówczesnej dyrekcji Muzeum Polin temat ten został zmarginalizowany lub wręcz poddany historycznej resekcji. W pracy dr. Stoli****, próżno szukać haseł „Kielce” czy „1946” w kontekście przyczyn emigracji – liczba pozytywnych rezultatów wynosi zero. To tendencyjne omijanie kluczowych lat 1945–1948 na rzecz narracji o „migracji od 1949 do 1989 roku” jest modelowym przykładem dezinformacji.
Muzeum Polin - Wielka Akcja Likwidacyjna w Getcie Warszawskim
Jeszcze bardziej porażająca była moja walka o liczby dotyczące Wielkiej Akcji Likwidacyjnej w getcie warszawskim. Na stronach Muzeum Polin widniała latami skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była dla mnie nie do przyjęcia. Dopiero po dwóch latach mojej presji, przesyłaniu dokumentów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), list dotyczących transportów z Umszlagu pisanych przez członków grupy Oneg Szabat i niemieckich listów przewozowych, instytucja ta zdecydowała się zmienić dane.
Prawda jest bowiem inna i tragiczna: w pierwszych czterech dniach Wielkiej Akcji Likwidacyjnej wysyłano ponad 7 000 osób dziennie a potem średnio po 6 500. Ponad 100 osob w bydlęcym wagonie. Wśród nich był mój dziadek, Gabriel Rozental (opis Mariana Turskiego), wywieziony 26 lipca 1942 roku (transport liczył 6 357 osób), oraz moja babcia Helena z Polirsztoków Rozental, zabrana 3 sierpnia 1942 roku (transport 6 276 osób). Janusza Korczaka i 239 dzieci i wychowawców Domu Sierot wywieziono do Treblinki 5 sierpnia 1942 roku (cały transport liczył 6 623) a w nastepne kolejne dwa dni po deportacji Korczaka wywieziono do Treblinki ponad 10 000 Żydów dziennie. To nie są „narracje” – to liczby zapisane krwią i udokumentowane w archiwach, których instytucje mieniące się historycznymi nie mają prawa ich „nie znać”.
Zapomniana hierarchia i sukcesja w Bundzie w Getcie Warszawskim - Sznajdmil, Edelman, Blum.
Kolejnym dowodem na proces „infiltracji patogennej” i resekcji niewygodnych faktów jest całkowite wymazanie z powszechnej świadomości postaci Berka Sznajdmila. To właśnie on, a nie Marek Edelman, był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku.
Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Milczenie współczesnych instytucji na temat Sznajdmila czy Abraszy Bluma (kluczowego stratega Bundu) służy budowaniu jednowymiarowego kultu jednostki.
Indolencja Muzeum Polin
„Bzdury” informacyjne na stronach internetowych Muzeum Polin pozostawały niepoprawione przez ponad dwa lata. Problem ten nie dotyczył wyłącznie przemilczeń w sprawie emigracji po pogromie kieleckim czy skandalicznych opisów deportacji z Umschlagplatzu. Gdy wytykałem te błędy, dyrektor Dariusz Stola stosował strategię rozmywania odpowiedzialności: odsyłał mnie do współpracowników, a ci z kolei wskazywali na... agencje fotograficzne i ich opisy pod zdjęciami. Sugerowano tym samym, że źródłem wiedzy historycznej dla muzeum są notatki dołączone do kupowanych, jednoczesnie darmowych (pozbawionych praw autorskich) fotografii. To sytuacja kuriozalna: instytucja naukowa abdykuje z roli badacza na rzecz handlarza zdjęć.
W toku wymiany zdań pan Stola zarzucił mi „permanentne pretensje”. Przyznaję – to jedyna prawda w jego wypowiedziach. Moje pretensje są i będą permanentne, ponieważ dyrektor muzeum permanentnie uchylał się od obowiązku usunięcia błędów, za które odpowiadał.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
„Bardzo dziękuję wszystkim powyżej za obronę przed p. Romanem Wróblewskim, dla którego atakowanie Muzeum Polin jest chyba ulubionym hobby. Z jego licznych wpisów można odnieść wrażenie, że nasze muzeum i ja osobiście jesteśmy wiodącymi przykładami antysemityzmu i manipulowania historią w Polsce. Obawiam się, że niestety tak nie jest. Proszę się rozejrzeć, a może znajdzie Pan jakiś lepiej uzasadniony obiekt krytyki”.
Ta odpowiedź to podręcznikowy przykład ucieczki od faktów w stronę manipulacji emocjonalnej. Zamiast skonfrontować się z twardymi danymi z Archiwum Ringelbluma (Oneg Szabat) czy dokumentami transportowymi, dyrektor sprowadził walkę o prawdę o losie moich dziadków do poziomu „hobby”. Sugestia, bym znalazł sobie „lepiej uzasadniony obiekt krytyki”, jest wyrazem głębokiej arogancji – to próba relatywizacji kłamstwa na zasadzie: „inni kłamią bardziej, więc nasze błędy są nieistotne”. Tak właśnie domyka się mechanizm „trędowatej narracji”: zamiast leczyć infekcję kłamstwa, atakuje się tego, kto przyniósł diagnozę.
Kolejne przykłady indolencji Muzeum Polin dotyczą postaci Janusza Korczaka i lokalizacji Domu Sierot. Dokładnie dziesięć lat temu instytucja ta uruchomiła specjalną stronę: „Kroczymy śladami Janusza Korczaka”. 31 marca 2016 roku wykonałem na tym wirtualnym szlaku zaledwie cztery kroki i znalazłem pięć kardynalnych błędów.
Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację. Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc:
„Panie Profesorze, jest Pan wspaniałym dyrektorem, jestem szczęśliwy, że zajmuje się Pan MOJĄ historią”.
Słowo „moja” jest tu kluczowe – sugeruje, że historia jest niby prywatną własnością, którą można kształtować według uznania, zamiast traktować ją jako wspólną prawdę, wolną od karygodnych błędów.
Nikt z obrońców dyrekcji Muzeum Polin nie podjął jednak najmniejszej merytorycznej dyskusji. Zamiast argumentów pojawił się „smród” – atmosfera, którą znam aż nazbyt dobrze z autopsji. Przez dziesięć lat pracowałem na Wydziale Patologii, a dwa lata w budynku Patologii Sądowej. Spośród wszystkich zapachów śmierci, do których człowiek może przywyknąć, jeden pozostaje nie do zniesienia: zapach zwłok wyłowionych po latach ze słodkiej wody.
Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim, rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.
Innym przykładem „historycznej resekcji” i budowania fałszywych hierarchii jest eksponowanie przez Muzeum Polin (i innych) Marka Edelmana jako jedynego, niemal mitycznego komendanta Powstania w Getcie Warszawskim i założyciela ŻOB. Edelman w pewnym sensie sam mianował się na tę funkcję za pośrednictwem książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Wydana u schyłku lat 70., już po marcowej emigracji, książka ta stworzyła specyficzny, przefiltrowany przez "subiektywną pamięć" Edelmana obraz prawdziwego dowódcy – Mordechaja Anielewicza.
Efekty tej narracji „dla przyszłych pokoleń” są do dziś widoczne w szkołach, gdzie lektura Krall stała się wyrocznią. Na popularnych portalach typu [streszczenia.pl].
Opracowanie/zdazyc-przed-panem-bogiem/charakterystyka-bohaterow/) gdzie postać Anielewicza redukuje się do syna handlarki ryb, który malował skrzela farbą, i człowieka „nieprzygotowanego psychicznie”, który zakończył życie samobójstwem. To uderzające, że ta uproszczona, wręcz karykaturowana wersja przenika do instytucji naukowych. Nawet w Muzeum Powstania Warszawskiego czy tez podczas wykładów w ŻIH, prelegenci z tytułami naukowymi powielają te same wątki: „czy Anielewicz malował skrzela ryb?” I ze zostal komendantem bo bardzo tego sam chciał.
Ta operacja historyczna, wspierana przez Muzeum Polin, udała się nadzwyczaj skutecznie. Nazwisko prawdziwego komendanta oraz jego zastępcy, Icchaka „Antka” Cukiermana, wyciszano konsekwentnie pod koniec ubiegłego milenium. Miejsce rzetelnej analizy wojskowej i politycznej struktury ŻOB zajęła „gadżetowa” polityka pamięci. W Muzeum Polin Edelman stał się marką – można tam było kupić koszulki czy kubki z jego fizjonomią, a zamawiane murale i graffiti utrwalają ten jednowymiarowy obraz. To klasyczny przykład „trędowatego nurtu”: gdy autentyczna, złożona historia dowódców powstania zostaje wyparta przez łatwo przyswajalną narrację, która zamiast prawdy, oferuje porcelanowy kubek z wizerunkiem „jedynego słusznego” bohatera.
Inna historia powiazana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i załozyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem, za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki tak specjalny (dla przyszłych pokolen) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Ksiazka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po Marcowej Emigracji Żydów pod koniec lat 60-tych.
Czerwony Anielewicz - Bez Higieny historycznej, same brudy!Obecnie wielu młodych badaczy w Polsce próbuje przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – wszystko aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to, niezbyt naukowe, ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem (31 stycznia 1943) na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Co własciwie oznacza "dla przyszłych pokolen"? Czy to chodzi o młodzież szkolną dla której książka Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiazkową. W skrótach typu Readers Digest znajdujemy typowy oddzwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Mordechaj Anielewicz - charakterystyka • Zdążyć przed Panem Bogiem
Komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej; syn handlarki ryb, którym malował skrzela farbą czerwoną farbą. Nie uczestniczył w żadnej akcji, ale pamięta się go jako zdolnego, oczytanego i pełnego wigoru. Niestety psychicznie nie był przygotowany do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. 8 maja 1943 roku najpierw zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, a później popełnił samobójstwo.
Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego znajdujemy zawiadomienie o wykładzie naukowym: Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono? Czy chaluce uprawiali ziemię? W jakim języku rozmawiali ze sobą ŻOB-owcy? Kto założył kibuc Lochamej Ha Geta'ot? Co znaczy: Ha-Szomer -Ha-Cair, Dror, Cukunft, ŻZW, hachszara, bricha. Zofia Zańko - Studiowała na KUL-u, jest absolwentką historii UW. Redagowała miesięcznik społeczno-religijny „Credo", Współorganizowała Dzień Żydowski na UW. Pracuje jako przewodnik w Muzeum Powstania Warszawskiego.
W zeszłym roku (2025) zreszta jakas pani z tytulem doktorskim zaczeła transmitowany z ŻIH w podobny sposób swój wykład o Anielewiczu. Prawie kopia ze www.streszczenia.pl.
Ta akcja, popierana do dzisiaj przez Muzeum Polin udała się świetnie. Nazwisko prawdziwego komendanta - Mordechaja Anielewicza wyciszano wszędzie pod koniec zeszłego milenium. Podobnie z jego zastepca Antkiem Cukiermanem. W Muzeum Polin mozna było kupic kubki porcelanowe i koszulki z fizjonomia Edelmana. Podobnie zamawiane graffiti w zwiazku z Rocznicami Powstania w Getcie przedstawiały Edelmana.
Jeden z polskich Żydów którzy po marcu zostali w Polsce napisał do mnie oficjalnie na Face book:
Ta idiotyczna reakcja, popierana przez wielu "pomarcowych" to reakcja na moje wpisy i wklejenie listu od znajomego z Polski:
"Pozwoliłem sobie położyć w Twoim imieniu kamień (tak jak poprzednio były na nim inicjały R.W.) - podsyłam tu oddzielnie fotografię z albumu", napisał Polak, przyjaciel z Warszawy który wie że Anielewicz i Szlengel jak również Powstanie w Getcie Warszawskim są mnie tego dnia tak bliskie. Dlatego, co roku, różne osoby kładą kamień z moimi inicjalami RW (lub bez) na Kopcu Anielewicza. Taki kamień pamięci i bólu.
Dopisalem Ta "tradycja" to od wielu lat, a własciwie od chwili gdy zapomniano w Polsce o Anielewiczu i bojownikach którzy są tam pochowani. Smutne ale prawdziwe, mam zdjęcia. Nawet 3-4 lata temu to "mój kamień", złożony przez Polaka, był tam bardzo, bardzo samotny. Reakcja pomarcowych nastąpiła gdy napisałem że w Polsce zapomniano o prawdziwym komendancie i hołduje się tylko nowomianowanego pomarcowego komendanta. Napisałem prawdę.
Tak opisywał Anielewicza Emanuel Ringelblum w 1943 roku:
„Młody człowiek, lat 25, średniego wzrostu, o wąskiej, bladej, pociągłej twarzy, długich włosach, sympatycznej powierzchowności. Po raz pierwszy spotkałem go na początku wojny, gdy przyszedł do mnie ubrany po sportowemu i poprosił o pożyczenie mu książki. Od tego czasu często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie ekonomii, którą tow. Mordechaj bardzo się interesował. Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny i sympatyczny młodzieniec wyrośnie na człowieka, który po trzech latach stanie się najważniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem”.
Ciekawy jest wywiad z nowym dyrektorem ŻIH, Michałem Trębaczem (2025) który używa bardzo bezpiecznego języka, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała legendy o komendancie Powstania w Getcie, Anielewiczu zaczerpniete ze stron internetowych dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Trębacz twierdzi, że nie musi być jednej narracji, wystarczy zgoda co do faktów. To prawdziwa – pułapka definicji. Wynika to co ja równiez opisałem, udowodniłem, że instytucje te nie zgadzają się nawet co do faktów (np. liczba osób w transportach do Treblinki opisywana przez Muzeum Polin i dokumenty w Archiwum Ringelbluma przechowywane przez ŻIH. Jeśli nie ma zgody co do liczb i dat, to „różnorodność interpretacji”, o której mówi dyrektor, staje się jedynie parawanem dla dezinformacji. Postulat, by w pewnych sprawach Polin, Muzeum Getta i ŻIH mówiły „silnym, wspólnym głosem”, może budzić niepokój. W Twojej analizie brzmi to jak zapowiedź kartelu narracyjnego. Rzeczywistość?
Dyrektor Trębacz mówi, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała na początku wykładu legendy o Komendancie Powstania w Getcie ze stron dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Oprócz tego jest stała grozba "Infiltracji patogennej” procesu w którym typowe jest ciche, podstępne przenikanie obcych, szkodliwych elementów w głąb zdrowej struktury.
Prawda o strukturze ŻOB: Diagnoza manipulacji
Współczesna „infiltracja patogenna” polskiej pamięci polega na świadomym zacieraniu struktury ścisłego dowództwa ŻOB kosztem wykreowanego po latach wizerunku opartego na jednej osobie. Instytucje takie jak Muzeum Polin oraz polska prasa od dekad promują niemal wyłączny kult Marka Edelmana, który w rzeczywistości był odpowiedzialny tylko za jeden z trzech głównych obszarów walki. Ten proces rekonstrukcji historii i budowania nowego mitu nabrał tempa wraz z powstaniem organizacji KOR (Komitetu Obrony Robotników), a dziś – po 80 latach – ewoluuje w stronę teorii, które de facto zmieniają historię Powstania nie tylko w Polsce, ale i w skali światowej.
Niezaprzeczalne fakty dotyczące struktury ŻOB z kwietnia 1943 roku są jednak jednoznaczne:
- Dowództwo (Komenda): Oprócz samej Komendy Głównej, opartej na ścisłym podziale kompetencji (Komendant Główny: Mordechaj Anielewicz; Zastępca Komendanta Głównego: Icchak Cukierman, finanse: Johanan Morgenstern; operacje: Hersz Berliński, itp), reszta dowodzenia miała charakter kolegialny. Decyzje podejmowała grupa liderów z różnych frakcji politycznych (Ha-Szomer Ha-Cair, Dror, Poalej Syjon, PPR, Bund), które selektywnie odpowiadały za trzy sektory bojowe.
- Sektory bojowe: ŻOB liczył 22 grupy bojowe. Grupy Bundu były odpowiedzialne za najmniejszy z trzech obszarów walki – Sektor Szopu Szczotkarzy. Marek Edelman był dowódcą tego sektora i kiedy jego odcinek upadł, wycofał się on do bunkra przy Miłej 18 – ostatniej kwatery głównej w Sektorze Centralnym, podległej bezpośrednio Anielewiczowi.
Mit o „Ostatnim komendancie”: Status ocalałych liderów.
Analiza faktów dotyczących końca walk ŻOB ostatecznie demontuje mit o „ostatnim komendancie”. Należy jasno powiedzieć: wyjście Marka Edelmana z getta nie było aktem dowódczym, lecz operacją ratunkową zorganizowaną przez Symchę Ratajzera („Kazika”). Powstanie dla struktur ŻOB zakończyło się de facto 8 maja 1943 roku wraz z upadkiem kwatery głównej na Miłej 18 i śmiercią Mordechaja Anielewicza.
Nieliczna grupa bojowników, w tym Cywia Lubetkin i Marek Edelman, którym udało się opuścić bunkier przy Miłej 18, przedostała się przez gruzy do kamienicy przy Franciszkańskiej 22, gdzie w ruinach dawnej synagogi oczekiwali na pomoc. Jeszcze tej samej nocy „Kazik” odnalazł ocalałych, a tuż po północy, 9 maja, grupa około 50 osób – bojowników i cywilów – zeszła do kanałów. Dzięki pomocy polskich kanalarzy, Wacława Śledziewskiego i Czesława Wojciechowskiego, zostali oni przeprowadzeni do włazu przy ulicy Prostej, skąd rano 10 maja ewakuowano ich ciężarówką do lasu pod Łomiankami.