Tuesday, July 28, 2026

Min Pappa och Svenska för invandrare (sfi) / {ret var 1969.




Svenska för invandrare (sfi) startade år 1965, formaliserades i sin moderna form 1991 och har nyligen begränsats till en maximal studietid på tre år från 2026. Min pappa, då 59 år gammal, skrev denna text, prov 6 veckor efter ankomsten till Sverige. 

TBV i Stockholm                                                    4.12.69.
Jag kom till Stockholm den 17 oktober 1969 och bodde i Orminge. Den 20.10. började jag lära svenska på en kurs i TBV. Jag vet lite grand om Sverige och svenskar. Våra lärare följer med oss till museet och biblioteket. De visar oss Stockholm och den äldste delen av Sveriges huvudstad – Gamla stan. Här tittade vi på de fina gamla husen och smala gator. Själv läser jag Sveriges historia skriven av Andersson, översatt till polska. På så sätt blir jag bekant med Sverige och dess folk.


Zbieranie materiałów J. Korczaka zaczęto jeszcze w roku 1956. Największe zasługi mają w tym panie M. Temkin, B. Abramow i I. Merżan..

Wprowadzenie

I. Merżan

Niezwykle cenne dokumenty
Te dwa artykuły drukowane w nieznanym dla nas dotąd piśmie Centosu „Dos einte kind” (Dziecko niedoli) są niezwykle cenne. Mówią nam o interpretacji J. Korczaka tak dziwnych starych obyczajów żydowskich, jak śluby dzieci w młodym wieku, śluby sierot na cmentarzu, by przerwać epidemię itp. Opowiadają o refleksjach i uczuciach J. Korczaka w okresie mało nam znanym, w okresie pierwszej wojny światowej, w której brał udział. Zachęcają do nowych poszukiwań.
Jakże inaczej oceniamy teraz prace J. Korczaka niż przed laty. Zbieranie materiałów J. Korczaka zaczęto jeszcze w roku 1956. Największe zasługi mają w tym panie M. Temkin i B. Abramow. Spenetrowaliśmy wówczas biblioteki: Lekarską, Narodową, Uniwersytecką. Wiedziałyśmy już wówczas, że nie objęto wszystkich pozycji, było ich około tysiąca. Sądziłyśmy jednak, że uszło naszej uwadze kilka lub kilkanaście pozycji.
Obecnie pod redakcją M. Bronikowskiej przygotowuje się do druku całość bibliografii pism J. Korczaka. Zarówno ona, jak i inni pracownicy Instytutu Badań Pedagog. [dopisane odręcznie] odnajdują nowe, dotąd nieznane pozycje z Jego pisarstwa.
I. MERŻAN

Tłumaczenie artykułu Janusza Korczaka pt. Perły cierpienia
Dos Einte Kind. Dziecko niedoli. Warszawa, 1927, Wyd. Centos
Gdy przeczytałem przepiękny skrót Historii Świata Welsa, postanowiłem przeczytać na nowo Historię Żydów (Bałaban, 3 tomy), by uzmysłowić sobie los żydowskiego dziecka na przestrzeni wieków.
Coraz bardziej wzruszony przerzucałem strony. Coraz silniej przemawiała do mnie męka wieków, coraz natarczywiej pytałem siebie co wówczas dziecko myślało, czuło i co się działo w jego duszy. Każde historyczne przestępstwo odbijało się bezpośrednio na dziecku zabijając je, bo najsłabsze i bezbronne, albo pośrednio – zabijając lub niszcząc rodziców.
Powtarzam, postanowiłem szukać dziecka, ale nieoczekiwanie znalazłem sierotę. Tak, oto, w panice, zimą i w noce zimowe zmuszone były do ucieczki i do tułaczki. Po nocach rabowane i mordowane, oczekujące więzienia i pogromów, przedzierające się przez lasy, tonące w bagnach i potokach i wszędzie były takie dzieci, jak i teraz, bezsilne, słabe i wrażliwe. Co się zrodziło w duszy dziecka, która nie opuściła ciała, które wszystko przetrzymało.
Miniona wojna dostarczyła mi osobistych przeżyć. Kiedy w Galicji grupa aresztowanych Żydów przechodziła przez ulicę, dzieci przedzierając się przez szeregi żołnierzy, dostarczały im chleba. Dlatego dzieci, że dorośli się bali.
Gdy w nocy na wpół zwariowana Żydówka chciała biec przez miasteczko (cywilnym osobom surowo zabroniono wyjścia na ulicę) bo wyobraziła sobie, że w dali pali się akurat ten budynek, w którym dzień wcześniej uwięziono jej męża – krzyczała, a dwoje dzieci trzymało ją za fartuch. Nie pamiętam ich wyrazu oczu. Gdy w Pomorzanach, z tylnych, zamkniętych drzwi stale wybiegały dzieci z dzbankami do studni po wodę, wierzono, że nawet kozak nie skrzywdzi dziecka.
Tymi trzema epizodami, jak latarką oświetliłem ciemności przeszłości. Czerwone było to światło...
2000 lat ojciec nie wiedział i nie wierzył, że zdąży swoje dziecko wychować. Niewielu los pozwolił wyrosnąć pod opieką matki. Spieszono się, zawierano śluby już w 13-tym roku życia, aby być we dwoje.
Skąd wiara, że ślub dwojga sierot na cmentarzu wstrzyma epidemię, śmierć? Właśnie sieroty i właśnie na cmentarzu.
Powtarzam raz jeszcze, celem moim było znalezienie dziecka, a stale natrafiałem na grupy i gromady sierot.
Zrozumiałem, dlaczego tak się ukształtował stosunek Żyda do dziecka sieroty. W męce rodziła się ta perła. Nie zgubić, nie zaprzepaścić, nie sprzedać skarbu zdobytego w męce w ciągu stuleci.

Tłumaczenie artykułu Janusza Korczaka pt. Osierocenie
Dos einte kind. Dziecko niedoli. Warszawa, 1925. Wyd. Centos
Opieka nad osieroconym dzieckiem, jako dział opieki nad dzieckiem biednym, bezbronnym i nieszczęśliwym zawsze było i jest obecnie nakazem religijnym. Nasi dziadkowie ofiarowywali pomoc, nawet nie rozumiejąc, nawet nie przeczuwając, że tak należy, że inaczej być nie może. Tak było i tak jest w pewnej mierze obecnie.
Opieka nad sierotami jako głos sumienia, jako wynik poczynań państwa czy prywatnej inicjatywy daje możliwość przetrwania słabym, bezradnym, którzy stanowią pewien procent współczesnej ludzkości. Trzeźwa Ameryka udzieliła pomocy europejskim dzieciom, nie znając ich — nie wiedząc — tak sobie — bo należy utrzymać je przy życiu. Bo są i nawet jeżeli daleko, ale rosną dla przyszłości... złączeni w całość. Wspólna sprawa, wspólna odpowiedzialność, wspólny obowiązek, szerokie spojrzenie, ukazywanie wspólnych nici wiążących ludzkość, jej linię rozwojową, jej poziom moralny, jej zdrowie i ocenę dnia dzisiejszego.
I nie dziw, że gdy zgodziliśmy się na kaszę, przysłali dla głodujących dzieci ryż, kakao, czekoladę, konserwy, łososia, mleko i tłuszcze. Przysłali swetry i rękawiczki i nawet szczotki i pastę do zębów oraz piłki nożne.
Powinniśmy rozumieć Amerykę. Rozsądek im podpowiedział konieczność zaspokojenia potrzeb kulturalnych w Europie, podciągając potrzeby do norm u nich przyjętych.
Dziś łatwiej przemówić do rozumu niż do serca. Zrozumieć sieroty, odczuć je — jest trudno nawet dla tych, którzy codziennie, każdą chwilę spędzają z nimi. Sieroctwa niczym nie można wyrównać. Na całym szerokim świecie — samotny. W samotności życia, dążymy my dorośli i zahartowani, by znaleźć oparcie w rodzinie, warsztacie, posadzie, partii, związku. Łatwiej być ojcem, mężem, kupcem, urzędnikiem, Żydem. Mieć taką lub owaką etykietkę, niż być Człowiekiem. Zagadnienie sieroctwa budzi bezwzględne myśli i uczucia. Najtrudniejsze: jak zostać człowiekiem, gdy ma się przeciw sobie wszystkich, którzy mają oparcie i — być razem z nimi.
DR KORCZAK


Tłumaczyła I. Merżan
[Na dole wycinka widnieje odręczny dopisek: 25. II. 78 r.]

"Korczak repeated certain Jewish [Yiddish] words to memorize them" - "Oooo".

In his 1910 novel Mośki, Joski i Srule, Janusz Korczak describes how Jewish children, not knowing the Polish language, communicated with him using a delighted exclamation of "Oooo!", pointing their fingers at nature and their new surroundings.

2-4 Franciszkańska Street, Warszawa. I was 8 or 9 years old at the time, and Korczak went by the name of Doctor Henryk Goldszmit. He wore a black bow tie and had a thick, reddish head of hair when I saw him for the first time with two three-year-old children held on his lap. This was at the Orphans’ Home on Franciszkańska Street—that famous Orphans' Home in Warsaw, which later became Korczak's home, while several hundred orphans became his only family.


Paulina Appenszlak's Memoir (1943/1944)

Below is an excerpt from an article about Janusz Korczak published in the newspaper W Drodze (On the Way) in 1943. This text was subsequently included in the first biography of Korczak, titled Korczak, which was written by Paulina Appenszlak and published in 1944.
Paulina Appenszlak (née Jamajka), a prominent pre-war editor and publicist, secured her place in history as an absolute pioneer of literature dedicated to the memory of Janusz Korczak. She completed her book while in exile in Palestine (Eretz Israel) as early as 1944. The manuscript, written in Polish, was translated and published in Hebrew in 1946 under the poignant title Ha-Doktor nish’ar (The Doctor Remained). It was a biographical narrative. Appenszlak combined three source layers within it: her own pre-war personal memories of knowing Korczak (up to 1939), the first accounts reaching her from occupied Europe from surviving educators and orphans of the Orphans’ Home, and numerous quotes from the Doctor’s pre-war works. The book's title became a symbol—emphasizing that the Doctor did not take the opportunity to escape and remained with the children until the very end.

Excerpt from the Biography
I was 8 or 9 years old at the time, and Korczak went by the name of Doctor Henryk Goldszmit. He wore a black bow tie and had a thick, reddish head of hair when I saw him for the first time with two three-year-old children held on his lap. This was at the Orphans’ Home on Franciszkańska Street—that famous Orphans' Home in Warsaw, which later became Korczak's home, while several hundred orphans became his only family.
The doctor, young at the time, resembled Judym [a fictional idealistic doctor from Polish literature], for it was precisely during that period that the Judyms walked the streets of Warsaw. He would appear every day at 5 o’clock to examine and play with the children. I became friends with the Orphans’ Home through my geography and natural science teacher and her sisters, Julia and Stefania Wilczyńska. They were two elegant young ladies from a wealthy, assimilated home who had just returned from completing their studies in Switzerland with feverish minds packed with a mission to spread education; one of them had been hired at a middle-class girls' boarding school.
With a group of girls, we would come first for communal games with the children, and later, as we grew up, to organize amateur theater performances, tend to small garden plots, help with homework, and so on. At 5 o’clock, we would sit around a large table in the big hall. Each of us would receive a tin mug of warm milk and two buns. Korczak, Julia, and Stefania Wilczyńska, we outsider children, and the children from the Orphanage formed a perfectly harmonious company. We quickly grew accustomed to the orphans' poor Polish; Korczak repeated certain Jewish words to memorize them. He was then a young, promising Polish writer whose first book, Dziecko salonu (Child of the Drawing Room), had sparked a great deal of discussion. There was only one thing I could not explain to myself: why was he not disgusted by children with large scabs [favus/tinea capitis] on their shaven skulls? And I watched in silent admiration as he held these little scabbed creatures close and kissed them.

Analysis of Korczak's Knowledge of Yiddish
Did Korczak know Jewish [Yiddish]? Many "biographers" "swear" that he did not. This assertion (which is untrue) is the result of forcefully linking Korczak exclusively with Polish culture, as well as the fact that in many circles, the language of the Jewish intelligentsia was considered a jargon, a language of the poor—which was not entirely true. It must be emphasized that Korczak knew German (he attended lectures in Berlin), and he had previously stayed with Jewish children at summer camps where the Jewish language dominated. It is highly possible that Korczak did not speak Yiddish with adults.
A multitude of myths has grown around Janusz Korczak’s knowledge of the Yiddish language (commonly referred to at the time as the Jewish language), and the claims of many biographers that the Doctor did not know it at all are factually false. This erroneous belief stems from two reasons: the desire to completely appropriate Korczak for Polish culture, and an old, class-based prejudice of the Jewish intelligentsia, who considered Yiddish to be a "jargon of poverty" and a language unsuitable for drawing rooms. The truth is, of course, far more complex and fascinating.
After the war, a curtain of silence grew around Henryk Goldszmit’s figure regarding his actual linguistic competence. Many superficial "biographers" swear that Korczak did not know the Yiddish language, trying to forcefully fit him exclusively into the framework of Polish culture and sever him from his roots. This claim glaringly contradicts the truth and ignores the realities of the work the Doctor conducted for nearly four decades.
The Doctor's Polyglotism: German, French, and Russian
To understand Korczak’s linguistic toolkit, one must view him as a comprehensively educated, European intellectual of the turn of the century. Korczak was fluent in German. It was in this language that he listened to complex medical and pediatric lectures in Berlin in the years 1907–1908 and studied the specialist literature there. Korczak knew French well, which he used during his studies in Paris (1910). As a Tsarist subject, a student of a gymnasia, later a student at the Russified Imperial University of Warsaw, and a doctor in the Russian army during the Russo-Japanese War and World War I, he spoke Russian fluently.
The Yiddish Myth: Why Didn't He Speak It with Adults?
Indeed, Janusz Korczak did not write his books in Yiddish (although numerous of his books and articles appeared in Yiddish) and rarely, if ever, spoke the language with adults. This stemmed from the fact that for the assimilated, enlightened Jewish intelligentsia of that era, Yiddish was long considered an inferior language, a jargon of the street and the poor. Korczak, raised in a Polish-speaking home, thought and wrote in Polish. However, not speaking Yiddish in drawing rooms and not knowing it at all are two completely different things.
Korczak’s true linguistic laboratory was not the salons of writers, but his daily, hard work with children from the Jewish proletariat. This is evidenced by Paulina Appenszlak’s testimony from the orphanage at 2 Franciszkańska Street, where a young Henryk Goldszmit would pull a notebook from his pocket and feverishly write down the Yiddish words the children used, so he could memorize them for the future. For him, learning Yiddish was a necessary condition for understanding the psyche and identity of the orphans. He noted down Hebrew words in a similar fashion while in Palestine.
At summer camps (in Łapigrosz, Michałówka, or at "Różyczka" in Gocławek) and at 92 Krochmalna Street, Korczak cared for hundreds of children among whom Yiddish was the natural language, and sometimes the only one. In order to diagnose their fears, listen to their grievances before the Peer Court, and teach them independence, the Doctor had to understand this language. He understood it perfectly from hearing it. He knew its idioms, its specific humor, children's calls, and the painful mental shortcuts used by the "street children" from his 1901 debut novel. Korczak writes about this in the novel Mośki, Joski i Srule, where the Jewish children speak to Korczak by saying "oooo," pointing at objects or events.
"Oooo!"
In his 1910 novel Mośki, Joski i Srule, Janusz Korczak describes how Jewish children, not knowing the Polish language, communicated with him using a delighted exclamation of "Oooo!", pointing their fingers at nature and their new surroundings. This drawn-out "Oooo!", which accompanied the sight of birds, frogs, or a river, became an international language of emotion for the Doctor and a bridge to learning Yiddish. This scene emphasizes that communication with his young charges was based on attentive listening and shared wonder, even before the doctor mastered their speech.
*In 1904 and 1907, Korczak was an educator at summer camps for Jewish boys at the "Michałówka" center in Daniłowo-Błędnica. He described this experience in the book "Mośki, Joski i Srule" (published in 1909).
** Before it became a flagship institution, Dom Sierot orphanage operated out of a cramped, rented facility at 2 Franciszkańska Street. Franciszkańska orphanage became historically monumental as it was in this building that, in 1909, Stefania Wilczyńska (as also described by eyewitness Appenszlak), who began volunteering there, met Dr. Henryk Goldszmit (Korczak).

Monday, July 27, 2026

Korczak powtarzał niektóre słowa żydowskie, żeby się ich nauczyć na pamięć - „Oooo!”.



Dlaczego chłopcy źle mówią po polsku? – to tytuł rozdziału trzynaście książki Janusza Korczaka Mośki, Joski i Srule. Korczak pisze: „Smutno – jest po żydowsku też: smutno”.
Czy Korczak znał żydowski? Wielu "biografów” "zaklina się”, że nie znał. To stwierdzenie to efekt łączenia na siłę Korczaka wyłącznie z kulturą polską, jak również fakt, że w wielu kołach język inteligencji żydowskiej był uważany za żargon, język biedoty, co nie było zupełnie zgodne z prawdą.



Korczak powtarzał niektóre słowa żydowskie, żeby się ich nauczyć na pamięć
Poniżej to urywek artykułu o Januszu Korczaku z gazety "W Drodze” z 1943 roku. Tekst został zamieszczony następnie w pierwszej biografii Korczaka z 1944 roku pt. Korczak został napisany przez Paulinę Appenszlak.
Paulina Appenszlak (z domu Jamajka), wybitna przedwojenna redaktorka i publicystka, zapisała się w historii jako absolutna pionierka literatury poświęconej pamięci Janusza Korczaka. Swoją książkę ukończyła na emigracji w Palestynie (Erec Israel) już w 1944 roku. Napisany po polsku maszynopis został przetłumaczony i wydany w 1946 roku w języku hebrajskim pod znamiennym tytułem Ha-Doktor nish’ar (hebr. Doktor pozostał). Była to opowieść biograficzna. Appenszlak połączyła w niej trzy warstwy źródłowe: własne, przedwojenne wspomnienia osobistej znajomości z Korczakiem (do 1939 roku), pierwsze relacje docierające z okupowanej Europy od ocalałych wychowawców i wychowanków Domu Sierot oraz liczne cytaty z przedwojennych dzieł Doktora. Tytuł książki stał się symbolem – podkreślał, że Doktor nie skorzystał z szansy ucieczki i pozostał z dziećmi do samego końca.
Miałam wówczas 8 lub 9 lat, a Korczak nazywał się panem doktorem Henrykiem Goldszmitem, nosił czarny krawat, zawiązany na kokardę, i bujną rudawą czuprynę, kiedy go po raz pierwszy ujrzałam z dwojgiem trzyletnich dzieci, które trzymał na kolanach. Było to w Domu Sierot na ul. Franciszkańskiej, tym słynnym Domu Sierot w Warszawie, który potem stał się domem Korczaka, zaś jego jedyną rodziną stało się kilkaset sierot. Młody wówczas doktór, który przypominał Judyma, bo właśnie w owym czasie Judymowie chodzili po Warszawie, zjawiał się codziennie o 5-ej na badanie i zabawę do dzieci. Przez nauczycielkę geografii i przyrody i jej siostry, Julię i Stefanię Wilczyńskie, dwie wytworne panny z bogatego domu asymilatorskiego, które wróciły dopiero co po ukończonych studiach ze Szwajcarii, z rozgorączkowanymi głowami, nabitymi misją niesienia oświaty, a jedna z nich została zaangażowana na mieszczańską pensję dla dziewcząt, zaprzyjaźniłam się z Domem Sierot. Z gromadą dziewczynek przychodziłyśmy najpierw na wspólne zabawy z dziećmi, a potem, w miarę jak podrastałyśmy, na organizowanie przedstawień amatorskich, zagonków, pomoc w odrabianiu lekcji i t. d. O 5-ej siedziało się w dużej sali, dokoła stołu, każdy z nas dostawał blaszany kubek ciepłego mleka i po dwie bułki. Korczak, Julia i Stefania Wilczyńskie, my, obce dzieci i dzieci z Sierocińca, stanowiliśmy doskonale zgraną kompanię. Prędko przyzwyczailiśmy się do złej polszczyzny sierot, Korczak powtarzał niektóre słowa żydowskie, żeby się ich nauczyć na pamięć. Był wówczas młodym, dobrze zapowiadającym się pisarzem polskim, którego pierwsza książka „Dziecko salonu” wywołała mnóstwo dyskusji. Nie mogłam sobie tylko wytłumaczyć jednego: dlaczego nie brzydzi się dzieci z wielkimi parchami na wygolonych czaszkach? I patrzałam w niemym podziwie, jak tuli do siebie i całuje te małe parchate stworzonka.

Czy Korczak znał żydowski? Wielu "biografów” "zaklina się”, że nie znał. To stwierdzenie (niezgodne z prawdą) to efekt łączenia na siłę Korczaka wyłącznie z kulturą polską, jak również fakt, że w wielu kołach język inteligencji żydowskiej był uważany za żargon, język biedoty, co nie było zupełnie zgodne z prawdą. Trzeba podkreślić, że Korczak znał niemiecki (słuchał wykładów w Berlinie), a poprzednio przebywał z dziećmi żydowskimi na koloniach letnich, wśród których dominował język żydowski. Bardzo możliwe, że Korczak nie mówił po żydowsku z dorosłymi.

Wokół znajomości języka jidysz (zwanego wówczas potocznie językiem żydowskim) przez Janusza Korczaka narosło mnóstwo mitów, a twierdzenia wielu biografów, jakoby Doktor zupełnie go nie znał, są faktograficznie fałszywe. To błędne przekonanie wynika z dwóch powodów: z chęci całkowitego zawłaszczenia Korczaka przez kulturę polską oraz z dawnego, klasowego uprzedzenia inteligencji żydowskiej, która uważała jidysz za „żargon biedy” i język nieodpowiedni dla salonów. Prawda jest oczywiście znacznie bardziej złożona i fascynująca.

Po wojnie wokół postaci Henryka Goldszmita narosła kurtyna milczenia dotycząca jego realnych kompetencji językowych. Wielu powierzchownych „biografów” zaklina się, że Korczak nie znał języka jidysz, starając się na siłę wpisać go wyłącznie w ramy kultury polskiej i odciąć od jego korzeni. To twierdzenie jest rażąco sprzeczne z prawdą i ignoruje realia pracy, jaką Doktor prowadził przez blisko cztery dekady.

Poliglotyzm Doktora: Niemiecki, francuski i rosyjski
Aby zrozumieć warsztat językowy Korczaka, trzeba spojrzeć na niego jako na wszechstronnie wykształconego, europejskiego intelektualistę przełomu wieków. Korczak władał językiem niemieckim w sposób biegły. To w tym języku słuchał skomplikowanych wykładów medycznych i pediatrycznych w Berlinie w latach 1907–1908 oraz studiował tamtejszą literaturę specjalistyczną. Korczak znał dobrze język francuski, z którego korzystał podczas studiów w Paryżu (1910 r.), a jako poddany carski, uczen gimnazjum, a potem student zrusyfikowanego Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego oraz lekarz we wojsku rosyjskim podczas wojny rosyjsko-japońskiej i I wojny światowej – posługiwał się swobodnie językiem rosyjskim.

Mit o jidysz: Dlaczego nie rozmawiał z dorosłymi?
To prawda, że Janusz Korczak nie pisał swoich książek w języku jidysz i rzadko, o ile w ogóle, rozmawiał w tym języku z dorosłymi. Wynikało to z faktu, że dla zasymilowanej, oświeconej inteligencji żydowskiej tamtej epoki, jidysz był długo uważany za język gorszy, żargon ulicy i biedoty. Korczak, wychowany w polskojęzycznym domu, myślał i pisał po polsku. Jednak nie mówić po jidysz na salonach, a nie znać go wcale – to dwie zupełnie różne rzeczy.

Prawdziwym laboratorium językowym Korczaka nie były salony literatów, lecz codzienna, ciężka praca z dziećmi z żydowskiego proletariatu: Świadectwo Pauliny Appenszlak z sierocinca na Franciszkańskiej 2 gdzie młody Henryk Goldszmit wyciągał z kieszeni swój notes i gorączkowo zapisywał słowa w języku jidysz, których używały dzieci, by zapamiętać je na przyszłość. Dla niego nauka jidysz była warunkiem koniecznym do zrozumienia psychiki i tożsamości sierot. Podobnie notował hebrajskie słowa, będąc w Palestynie.

Na koloniach letnich (w Łapigroszu, Michalówce czy w „Różyczce” na Gocławku) oraz w DS Krochmalnej 92, Korczak miał pod opieką setki dzieci, wśród których jidysz był naturalnym językiem, czasami jedynym. Aby móc diagnozować ich lęki, słuchać ich skarg przed Sądem Koleżeńskim i uczyć je samodzielności, Doktor musiał ten język rozumieć. Rozumiał go ze słuchu doskonale. Znał jego idiomy, specyficzny humor, dziecięce zawołania i bolesne skróty myślowe, którymi posługiwały się „dzieci ulicy” z jego debiutanckiej powieści z 1901 roku. Korczak pisze o tym w powieści Moski, Joski i Srule, gdzie dzieci żydowskie mówią do Korczaka oooo, pokazując na przedmioty lub zdarzenia.

„Oooo!”
Janusz Korczak w swojej powieści "Mośki, Joski i Srule"* z 1910 roku opisuje, jak dzieci żydowskie, nie znając języka polskiego, komunikowały się z nim za pomocą pełnego zachwytu okrzyku „Oooo!”, wskazując palcem na przyrodę i nowe otoczenie. To przeciągłe „Oooo!”, towarzyszące widokowi ptaków, żab czy rzeki, stało się dla Doktora uniwersalnym językiem emocji i pomostem do nauki jidysz. Scena ta podkreśla, że komunikacja z podopiecznymi opierała się na uważnym słuchaniu i wspólnym zachwycie, zanim jeszcze doktor opanował ich mowę.

* Korczak w latach 1904 i 1907 – był wychowawcą na koloniach dla chłopców żydowskich w ośrodku „Michałówka” w Daniłowie-Błędnicy. To doświadczenie opisał w książce "Mośki, Joski i Srule" (wydanej w 1909 roku).

Sunday, July 26, 2026

Korczak and the tiny, scabbed little creatures - Korczak, Julia and Stefania Wilczyńska at Franciszkańska Street.

The author, Paulina Appenszlak, wrote it on October 1, 1943, in the newspaper "W drodze," published in Jerusalem. Below is the English translation of part of the text that concerns the orphanage Dom Sierot and the meeting between Korczak and the Wilczyńska sisters.

The property at 2 Franciszkańska Street was leased (rented) by the "Help for Orphans" Society. Here is the 2-4 Franciszkańska building. Number 2, where the orphanage was placed, is the part of the building in the shadow and close to the Church of St. Francis.



The property at 2 Franciszkańska Street was leased (rented) by the "Help for Orphans" Society. Here is the 2-4 Franciszkańska building. Number 2, where the orphanage was placed, is the part of the building in the shadow and close to the Church of St. Francis.

The author was Paulina Appenszlak, and she wrote it on October 1, 1943, in "W drodze," published in Jerusalem. Below is the English translation of the text written by Paulina Appenszlak on October 1, 1943.


I was 8 or 9 years old at the time, and Korczak went by the name of Doctor Henryk Goldszmit. He wore a black tie tied into a bow and had a thick, reddish mane of hair when I first saw him with two three-year-old children held on his lap. It was at the Orphanage on Franciszkańska Street—that famous Orphanage in Warsaw which later became Korczak's home, while his only family became hundreds of orphans. The doctor, young at the time, resembled Judym—because it was precisely during those days that the Judyms of the world walked the streets of Warsaw—and he would appear every day at 5 o'clock to examine and play with the children. Through my geography and natural science teacher and her sisters, Julia and Stefania Wilczyńska—two elegant young ladies from a wealthy, assimilated home who had just returned from completing their studies in Switzerland with feverish minds packed with a mission to bring education, one of whom was hired at a middle-class boarding school for girls—I became friends with the Orphanage. With a group of young girls, we would come first for communal games with the children, and later, as we grew older, to organize amateur theater plays, garden patches, help with homework, and so on. At 5 o'clock, we would sit in a large hall around a table; each of us received a tin mug of warm milk and two buns. Korczak, Julia and Stefania Wilczyńska, we outsider children, and the children from the Orphanage formed a perfectly harmonious company. We quickly grew accustomed to the poor Polish spoken by the orphans; Korczak would repeat certain Yiddish words to learn them by heart. He was then a young, highly promising Polish writer whose first book, Child of the Drawing Room (Dziecko salonu), had triggered an abundance of discussion. I could not explain one thing to myself: why was he not disgusted by children with large scabs on their shaved skulls? And I watched in silent admiration as he held close and kissed those tiny, scabbed little creatures.