Tuesday, February 17, 2026

Janusz Korczaks´ the Little shop

On the left is the only photograph of the little shop in the Orphans’ Home on Krochmalna Street. A small table is placed in the doorway to serve as a counter. This may be the same table that Korczak describes in 1942. 

On the left is the only photograph of the little shop in the Orphans’ Home on Krochmalna Street. A small table is placed in the doorway to serve as a counter. This may be the same table that Korczak describes in 1942. On the right is one of Korczak’s documents, which Pan Misza rescued on August 5, 1942.

The Little Shop was located in a tiny room at the end of the Recreation Hall on the ground floor. Children "bought" pencils, notebooks, pens, erasers, nibs, shoelaces, needles, thimbles, buttons, and soap there. They bought these without money, but all "sales" were receipted. In addition to school supplies, children could also purchase sweets (e.g., nut brittle) with their money, which made the place especially attractive.

To avoid chaos, the shop was open once a day at a designated time. A child who was late or forgot their shopping had to wait until the next day. These restrictive opening hours taught children to plan for their own needs and to take care of their own belongings.

Janusz Korczak visited the shop in person; there, he would accept wagers from the children (e.g., regarding habit changes), which was a specific form of working on the pupils' character.
During periods of famine, such as during the First World War, the "Shop" also sold food.

After the Orphans’ Home was forced to move to the Ghetto, the "Shop"—which was an element of the broader system of self-governance in the Home, alongside the peer court and the self-government council—was present at both Chłodna 33 and Sienna 16.

The existence of the "Shop" in the Orphans' Home in the Ghetto can be learned from reading an article by Korczak in the Home's weekly newsletter. The "Shop" is mentioned as a "shop table," which was used during meals as a dining table.

(Korczak) But here is my explanation:
"When I clear [the tables] myself, I see cracked plates, I see bent spoons, scratched bowls. I free up the tables for the monitors to clean tables more quickly, as well as the shop table. I see how careless groups, partly like aristocrats and partly like boors, scatter spoons, knives, salt shakers, and mugs instead of putting them in their place. Sometimes I glance at how extras are being handed out, or I see who is sitting next to whom, and I think about this and that. Because when I do something, it is never thoughtless. This waiter's work is both useful, pleasant, and interesting to me."

 

Ida Merżans´description of the Little Shop when occupied on Saturdays by Korczak:
On Saturdays, before breakfast, bets took place in a small room—a room so tiny that I could barely squeeze between the table and the window to sit on the windowsill. At the table, where a large journal and a bag of candies lay, sat "the Doctor," and on the other side of the table — a child. In the journal, Korczak only noted whether the child had won or lost, and how many times they had broken their commitments. The child would stand before the table, almost always alone. The Doctor would ask dispassionately: "About what?". The older ones always remembered, but new and younger children often had to remind themselves what they had bet on (about shouting, lying, a smaller number of court cases, hitting, swearing, or name-calling).

The child focuses, recalling the course of the entire week—all the defeats, all the victories. Hard work for a child! The Old Doctor respected these spiritual struggles. He recommended gradual progress; he advised not to take on too much at once. He imposed nothing; he was full of understanding for weakness, sometimes urging a start from the beginning... The conversation was always brief. The Doctor would ask: "What did you bet on?" and check the notebook. "How many times did you lie?" And then a reach for a candy and, in a playful or encouraging tone, he would matter-of-factly ask: "Want to again? How many?" The Doctor looked at each child differently and spoke in a different tone. Joyfully or sadly, indifferently or kindly, etc. Only one tone was missing—a lack of trust. The child knew that Korczak believed them, that he did not verify the truth of their confessions, and this fact disposed them toward sincerity.

A bet with an individual child lasted only a short time, but it held the character of a great act, a transformation taking place within the child. The fact that it was voluntary was of great significance for those who sought improvement through this path.

Korczak experienced these bets no less than the children. This was evident not only in his face but in the way he gave a candy to those who won and a "consolation candy" to those who did not keep their bet, with a sympathetic look when a child lost. I remained silent then. He did not speak to me, explained nothing, and did not translate his thoughts as he usually did. Of course, at educational meetings, he spoke about the results and conclusions he drew from the tests for the group and for individual children. He warmly encouraged the bursars to take on bets, but only a few individuals expressed a willingness, believing they could take on obligations without the Doctor's involvement.

For Korczak, the bets were a child's examination of conscience. The matter of conscience was a very important element for him, helping a person in self-improvement. In 1914, he writes from the front to the children and advises them (this was before Yom Kippur, the Day of Atonement) to confess to Mrs. Stefa. Perhaps this was the seed of the bets? In one of the introductions to "Tygodnik Bursy" (The Bursa Weekly), he explains the meaning of confession as an examination of conscience. In the ghetto, he explains to a student-postman the significance of the profession of a judge and the problem of every human being's conscience. Hence the mood of stern gravity and authentic respect for the child fighting their own flaws that accompanied the bets.


"Sklepik" w Domu Sierot Korczaka - Od Krochmalnej 92 do Siennej 16.

Po lewej jedyna fotografia sklepiku w Domu Sierot na Krochmalnej. W drzwiach, jako lada, jest postawiony mały stolik. Możliwe, że to jest ten sam stolik, który Korczak opisuje w 1942 roku. Po prawej jeden z dokumentów Korczaka, które Pan Misza uratował 5 sierpnia 1942 roku.

W maleńkim pokoiku, na końcu Sali Rekreacyjnej na parterze, mieścił się sklepik. Dzieci "kupowały" tam ołówki, zeszyty, pióra, gumki do ścierania, stalówki, sznurowadła, igły, naparstki, guziki oraz mydło. Kupowały bez pieniędzy, ale wszystkie "sprzedaże" były kwitowane. Poza artykułami szkolnymi dzieci mogły tam nabyć za pieniądze także cukierki (np. grylażowe), co czyniło to miejsce szczególnie atrakcyjnym.

Aby uniknąć chaosu, sklepik był czynny raz dziennie o wyznaczonej godzinie. Dziecko, które spóźniło się lub zapomniało o zakupach, musiało czekać do następnego dnia. Restrykcyjne godziny otwarcia uczyły dzieci planowania własnych potrzeb i dbania o posiadane przedmioty.
Janusz Korczak bywał w sklepiku osobiście; tam przyjmował od dzieci zakłady (np. dotyczące zmiany nawyków), co było specyficzną formą pracy nad charakterem wychowanków.

W okresie głodów, np. podczas pierwszej wojny światowej, "Sklepik" sprzedawał również żywność.

Ida Merżan tak opisała "Sklepik":
W sobotę, przed śniadaniem, w małym pokoiku odbywały się zakłady, w tak małym pokoiku, że z trudem przeciskałam się między stołem a oknem, by usiąść na parapecie. Przy stole, za którym leżał wielki dziennik i torebka cukierków, siedział "Pandoktór", po drugiej stronie stołu — dziecko. Do dziennika Korczak notował tylko, czy dziecko wygrało, czy przegrało i ile razy przekroczyło swe zobowiązania. Dziecko stawało przed stołem, prawie zawsze samo. Pan Doktór pytał się beznamiętnie: "O co?". Starsze zawsze pamiętały, dzieci nowe i młodsze nieraz musiały sobie przypomnieć, o co się założyły /o krzyk, o kłamstwo, o mniejszą ilość spraw sądowych, o bicie, przeklinanie, przezywanie/. Dziecko skupia się, przypomina sobie przebieg całego tygodnia, wszystkie porażki, wszystkie zwycięstwa. Ciężka praca dla dziecka! Pan Doktór szanował te duchowe zmagania. Zalecał stopniowanie, doradzał, aby nie brać na siebie zbyt wiele na raz. Nic nie narzucał, był pełen zrozumienia dla słabości, nieraz namawiał, aby rozpocząć od początku... Rozmowa była zawsze krótka. Pan Doktór pytał: „O co się założyłeś?” i sprawdzał w zeszycie. „Ile razy skłamałeś?” A potem ruch ręki po cukierek i żartobliwym lub dodającym otuchy tonem rzeczowo pytał: „Chcesz znów? Ile?” Na każde dziecko pan Doktór patrzył inaczej i mówił innym tonem. Radośnie lub smutno, obojętnie lub życzliwie itp. Tylko jednego tonu brakowało — braku zaufania. Dziecko wiedziało, że Korczak wierzy mu, że nie sprawdza prawdziwości jego wyznań i fakt ten usposabiał do szczerości.
Zakład z poszczególnym dzieckiem trwał krótko, ale miał charakter jakiegoś wielkiego aktu, przemiany odbywającej się w dziecku. Fakt, że był dobrowolny, miał duże znaczenie dla tych, którzy tą drogą dążyli do poprawy.
Korczak przeżywał te zakłady nie mniej niż dzieci. Widać to było nie tylko po jego twarzy, po sposobie dawania cukierka tym, co wygrali i „cukierka pocieszenia” tym, którzy nie dotrzymali zakładu — ze współczującym spojrzeniem, gdy dziecko przegrało. Milczałam wtedy. Nie odzywał się do mnie, nic nie wyjaśniał, nie tłumaczył, jak to bywało zazwyczaj. Oczywiście na posiedzeniach wychowawczych mówił o wynikach i wnioskach, jakie wyciągał z zakładów dla zespołu i poszczególnych dzieci. Gorąco namawiał bursistów, by zakładali się, ale tylko pojedyncze osoby wyrażały chęć, uważając, że brać zobowiązanie mogą i bez udziału Doktora.
Dla Korczaka zakłady były rachunkiem sumienia dziecka. Sprawa sumienia była dlań bardzo ważnym elementem pomagającym człowiekowi w samodoskonaleniu. W 1914 roku pisze z frontu do dzieci i doradza im /było to przed Jom Kipur, dniem pokuty/, by się wyspowiadały u pani Stefy. Może to był zalążek zakładów? W jednym ze Wstępów do „Tygodnika Bursy” wyjaśnia znaczenie spowiedzi jako rachunku sumienia. W getcie wyjaśnia studentowi-listonoszowi znaczenie zawodu sędziego i problem sumienia każdego człowieka. Stąd towarzyszący zakładom nastrój surowej powagi, autentycznego szacunku do dziecka walczącego ze swymi wadami.Po przeprowadzce Domu Sierot to Getta, "Sklepik", który był elementem szerszego systemu samorządności w Domu Sierot, obok sądu koleżeńskiego czy rady samorządowej był również i na Chłodnej 33 i na Siennej 16.

O istnieniu "Sklepiku" w Domu Sierot w Getcie można się dowiedzieć, czytając artykuł Korczaka w tygodniowej gazetce Domu Sierot. "Sklepik" jest wspomniany jako "stół dla sklepiku", który był używany podczas posiłków jako stół jadalny.

Ale oto moje wytłumaczenie:
Kiedy zbieram sam, widzę pęknięte talerze, widzę zgięte łyżki, podrapane miseczki. Prędzej uwalniam dla dyżurnych stoły do sprzątania i stół dla sklepiku. Widzę, jak niedbałe stady trochę po arystokracku a trochę po chamsku rozrzucają łyżki, noże, solniczki i kubki, zamiast postawić na miejscu. Czasem zerknę, jak rozdaje się dodatki, albo zobaczę, kto przy kim siedzi — i pomyślę sobie o tym i owym. - Bo kiedy coś robię, to nigdy bezmyślnie. Ta praca kelnera jest dla mnie i pożyteczna i miła i ciekawa.

Sprawozdanie, Tow. Pomoc dla Sierot 1926.

MAŁY‎ ‎PRZEGLĄD‎ ‎Warszawa,‎ ‎piątek‎ ‎4‎ ‎października‎ ‎1935 12 kwietnia (1917): Mrozy zelżały, zbliża się wiosną, a z nią straszny przednówek.‎ ‎Nasz‎ ‎sklepik,‎ ‎który‎ ‎dotychczas sprzedawał, raczej wydawał darmo zeszyty, pióra i ołówki; teraz za kilka fenigów sprzedaję surową brukiew i marchew.‎ ‎Kto‎ ‎dostaje‎ ‎od‎ ‎rodziców‎ ‎pieniądze,‎ ‎biegnie‎ ‎do‎ ‎sklepiku.‎ ‎Naturalnie‎ ‎największe‎ ‎ogonki ‎są‎ ‎w‎ ‎niedzielę,‎ ‎bo‎ ‎wczoraj‎ ‎dopiero‎ ‎dzieci‎ ‎były‎ ‎u‎ rodzin‎ .‎ P.‎ ‎Stefa‎ ‎ostrzega‎ ‎wszystkich,‎ ‎aby‎ ‎nie ‎kupowali na‎ ‎Kiercelaku‎ ‎zgniłych‎ ‎śledzi‎ ‎ani‎ ‎koniny,‎ ‎bo‎ ‎możną‎ ‎odtego‎ ‎zachorować.‎ ‎Pewnie‎ ‎dlatego‎ ‎woli‎ ‎sprzedawać w‎ ‎naszym‎ ‎sklepiku,‎ ‎aby‎ ‎niektóre‎ ‎dzieci ‎nie‎ ‎jadały‎ ‎tych okropnych‎ ‎rzeczy‎ ‎z‎ ‎targu.‎ ‎


*Ida Merżan, Pan Doktór i pani Stefa. Wspomnienia. Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne, 1979.
 

Monday, February 16, 2026

Paulina Appenszlak napisała podczas wojny powieść biograficzną o Januszu Korczaku, p.t. "Doktor został w Warszawie".


Paulina Appenszlak (Pola Jamajkówna) napisała podczas wojny powieść biograficzną o Januszu Korczaku, p.t. "Doktor został w Warszawie" (Ha-Doktor Nish'ar). Powieść ta, tłumaczona z polskiego na hebrajski, ukazała się w Izraelu w 3 wydaniach (1946, 1953 i 1961). Była tam literaturą obowiązkową dla szkół. Czy to tak trudne, żeby ktoś po 80 latach przeczytał i streścił? Podobno w Izraelu jest aż 5 stowarzyszeń korczakowskich!

Paulina Appenszlak dobrze znała Korczaka i prowadzony przez niego Dom Sierot!

הנה התרגום לעברית של דבריך:

פאולינה אפנשלק כתבה במהלך המלחמה רומן ביוגרפי על יאנוש קורצ'אק בשם "הדוקטור נשאר". הרומן, שתורגם מפולנית לעברית, יצא לאור בישראל בשלוש מהדורות והיה ספר קריאה חובה בבתי הספר. האם זה כל כך קשה שמישהו יקרא ויתמצת אותו אחרי 80 שנה? אומרים שבישראל יש לא פחות מחמש אגודות על שם קורצ'אק!

List Korczaka z 11 lutego 1942 roku - Zdecydowałem zamknąć się w obozie koncentracyjnym...

List Korczaka do dr. Braude-Hellerowej, przewodniczącej Izby zdrowia, jeden z dokumentów Korczaka, który Pan Misza uratował 5 sierpnia 1942 roku.


Izba Lekarska
Szanowna Pani D-rowa Heller
    w miejscu

 

    Szanowna Pani.
    Zdecydowałem zamknąć się w obozie koncentracyjnym dla sierot okrzyczanego na całą dzielnicę Sierocińca Dzielna 39  /jeśli wierzyć alarmom, umiera tam parę dziesiątków dzieci dziennie, - Karkołomne przedsięwzięcie, ale trzeba spróbować zaradzić temu.
    Nie bardzo wierzę w powodzenie, ale nie można poprzestać na westchnieniach i okrzykach zgrozy.
    Obawiam się, że niewiele pomogę, a siostrę zamrożę. Byłaby to niepotrzebna ofiara moich ekstrawagancji.
                Z szacunkiem

Dnia 11/II 1942 r.

11 lutego 1942 – to 20. rocznica śmierci matki Korczaka. Zawsze o tym dniu pamiętał. Pisał o tym w liście do żony piekarza datowanym tego samego dnia:

    Dobra i miła Pani. Czy słyszała Pani o nieszczęsnym sierocińcu na ulicy Dzielnej 39? – W styczniu zmarło 96 dzieci.
    Dziś Śliska, dawniej Chłodna, jeszcze dawniej Krochmalna ma 200 kilo sucharków z tych, które Szanowna Pani ofiarowała. – Ileż one dobrego przyniosły, gdy nie bywało chleba.
    Pozwolę sobie odwiedzić Panią, by poprosić o radę (próba chleba) – by poprosić o ofiarę dla dzieci z niedomaganiami przewodu pokarmowego.
    
Godzina 2 w nocy. – Trzeba spać, bo jutro – trzeźwy dzień. – A także nafta, kosztowna nafta, kupiona za pieniądze dzieci (drobna, ale już kradzież dobra publicznego).

Wypaliłem podczas pisania 14 papierosów. – To dużo.

Dziwny zbieg okoliczności: dzień dzisiejszy – to rocznica śmierci matki mojej, która pielęgnując mię przed laty dwudziestu zaraziła się durem i zmarła.

Friday, February 13, 2026

Potrzebna Totalna Dekonstrukcja „Humanitarnego sukcesu” Białych Autobusów!




Potrzebna Totalna Dekonstrukcja „Humanitarnego sukcesu” Białych Autobusów

Współczesna historiografia akcji Folke Bernadotte’a wymaga radykalnego oczyszczenia z propagandowych naleciałości okresu powojennego. Kluczowym narzędziem tworzenia szwedzkiego mitu „sumienia świata” była m.in. zaawansowana manipulacja statystyką, która miała pokazać szwedzki heroizm i ukryć niewygodne prawdy. M.in. Co właściwie było priorytetem akcji.
Czy było to rozgłoszone na cały świat ratowanie ofiar Holocaustu, czy np. bezpieczna ewakuacja osób, obywateli niemieckich z „niemiecko-szwedzkimi koneksjami”.

Akcja Białych Autobusów była oficjalnie skierowana do obywateli skandynawskich – Duńczyków i Norwegów, w których uratowano ponad 7700. To jedyna część akcji, której cyfry nie były zbytnio manipulowane.

Statystyki Szwedzkiego Czerwonego Krzyża – Inflacja liczb: od 60 000 do brutalnej prawdy!
Bezpośrednio po wojnie szeroko operowano liczbą 60 000 ocalałych, którą Szwedzki Czerwony Krzyż (SZCK) musiał z czasem wielokrotnie i drastycznie korygować (o kilkadziesiąt tysięcy w dół). Ta „ucieczka od prawdy” trwała dekady, a każda kolejna redukcja liczb obnażała fakt, że Białe Autobusy były operacją znacznie mniejszą i bardziej selektywną niż chciano wierzyć.

Duński Czerwony Krzyż zajął się tymi kobietami które dotarły w maju 1945 do duńskiej stacji granicznej Padborg tzw. „Pociągami widmo”. Szwedzki Czerwony Krzyż jedynie przejął opiekę nad tymi kobietami na ostatnim etapie drogi do Szwecji.

Mechanizm dodawania do swoich statystyk przybyłych do Danii „Pociągami Widmo” (Stacja Padborg)

Twierdzenie o uratowaniu 7 000 Polek z Ravensbrücku jest w dużej mierze historycznym nadużyciem. Szwedzki Czerwony Krzyż (SZCK) włączył do swoich statystyk tysiące kobiet, które dotarły w maju 1945 do duńskiej stacji granicznej Padborg tzw. „Pociągami widmo”. Transporty te nie były zorganizowane przez Białe Autobusy, lecz stanowiły element chaotycznej ewakuacji obozów zarządzonej przez samych Niemców pod naporem frontu.
Duński Czerwony Krzyż zajął się tymi kobietami które dotarły w maju 1945 do duńskiej stacji granicznej Padborg tzw. „Pociągami widmo”. SZCK jedynie przejął opiekę nad tymi kobietami na ostatnim etapie drogi do Szwecji. Przypisanie sobie ich „ocalenia” to klasyczne zawłaszczenie cudzego losu w celach wizerunkowych. Wśród tych kobiet, które przybyły pociągami, widmo do Danii były również polskie Żydówki.

Narodowość ważniejsza od cierpienia
Podczas gdy liczby uratowanych Polek czy Żydówek były „pompowane” post factum, jedna grupa pozostawała stałym i pewnym punktem akcji: około 3 000 – 3 500 Niemców ze szwedzkimi powiązaniami.Ta grupa uprzywilejowanych obywateli Rzeszy była ewakuowana jako pierwsza, a następnie systematycznie przez cały czas trwania akcji.
Ewakuowanie to stawia akcję Bernadotte’a w jednym rzędzie z działaniami admirała Dönitza (Operacja Hannibal). Obie operacje – choć z różnych pozycji – skupiały się przede wszystkim na ratowaniu „swoich”, wykorzystując więźniów obozów jedynie jako kartę przetargową w ostatnich dniach wojny.

Wednesday, February 11, 2026

Ulica Waliców nr. 10 i 14 - Irena Librader - Rywka Boszes i Władysław Szlengel.

Waliców 14 to kamienica w lewym dolnym rogu. W narożnym domu, Waliców 10, mieszkała dr. Rywka Boszes, która poprzednio była bursistką w Domu Sierot Korczaka. Budynki istnieją do dzisiaj.

Z wielkim zainteresowaniem czytałem po szwedzku książkę Ireny Smigielski (De stulna åren). Dlatego przypomniałem sobie kartkę umieszczoną na drzwiach wejściowych - mieszkania przy ul. Waliców 14 w Getcie Warszawskim. Kartka z informacją, jak dzwonić do poszczególnych lokatorów - wśród nich Władysława Szlengla - i Lurie (Jerzy). Pod nazwiskiem Lurie mieszkała z matką, Irena (Librader ) Smigielski.

Irena to "Aneri" z Małego Przeglądu Janusza Korczaka. Współpracowniczką posługującą się pseudonimem Aneri w „Małym Przeglądzie” Janusza Korczaka była Irena Librader.

Należała ona do grupy najbardziej rozpoznawalnych, stałych autorów pisma, obok takich postaci jak Lejzor z Gęsiej, Emkot czy Edwin. Była ceniona za swój styl reporterski; w archiwalnych numerach można odnaleźć m.in. jej obszerny reportaż „Zorganizowane społeczeństwo”, w którym opisywała świat dziecięco-dorosły z perspektywy młodej obserwatorki. Choć niektórzy czytelnicy w listach do redakcji zarzucali jej styl bycia pełen pozy lub „napuszony”, pozostawała jedną z „legendarnych” postaci redakcji.

Warto dodać, że pseudonim „ANERI” jest anagramem imienia IRENA.

Gazetka Szlengla
19 stycznia 1943

Akcja w mieście...

                   Akcja u Schultza

                            Akcja u Toebbensa...

 

Pierwsze ożywiające nerwy wiadomości.

 

Opór! Padają strzały. Żydzi mają granaty. Żydzi mają broń. Na Niskiej podpalono dom. U Schultza rzucano granaty.

 

Są zabici esesmani.

Niemiecka karetka pogotowia krąży po dzielnicy.

Getto przestaje być knieją trzebionej zwierzyny.

S t a j e  s i ę  f r o n t e m.  

Legenda urasta. Mit nabrzmiewa. Opowiadają o walkach. O wycofywaniu się żandarmów.

 

Esesmani nie wchodzą do piwnic. Na skrzyżowaniu ulicy rozpłaszczył się trup pierwszego esesmana.

Pejcz leży w rowie.

 

Z getta wywieziono szpital. Wszystkich chorych i całą obsługę szpitalną. Siostry, lekarzy, wydział zdrowia.

 

Na sali chirurgicznej leżących w gipsie wolno (jeden po drugim) zastrzeliwano.






The Ships are Sailing... - Mietek Zylbertal, a friend of Janusz Korczak, described how Maapilim were trying to get to Eretz Israel before WWII - "... the ships sail and will continue to sail. And they will reach land. They will surely reach the shore, the only shore."

Moshe Zylbertal, "In the Presence of Korczak" (Memories) 1944.

Five years have passed since the last encounters with Janusz Korczak on the soil of Poland, on the threshold of the ghetto and the slaughter. Between Korczak and Zylbertal, members of the pioneers' movement in Poland, who lived in closeness and shared daily work, there were also personal ties that did not cease even after Zylbertal arrived in Eretz Israel. They corresponded, exchanged opinions, and kept in direct contact.
Six years after Korczak and Wilczyńska went on their final journey, we find it appropriate to present these memories to the Hebrew reader as a drop of yeast and a small legacy to follow in their path and their devotion to the child. Tel Aviv, April 1948.

Mietek (Moshe) Zylbertal, a friend of Janusz Korczak, described how Maapilim were trying to get to Eretz Israel before WWII.

In 1938, Korczak wrote in Młody Czyn, where Zylbertal was one of the most frequent contributors.


Mieczysław (Mietek Z) Zylbertal (1909–1993) was a Polish-Jewish educator and activist who served as a conversational partner and friend to the legendary educator Janusz Korczak. Zylbertal was active in the Jewish scout movement Hashomer Hatzair. Actually, as early as the late 1920s, he tried to recruit Korczak as a lecturer for the movement's teacher seminars. In 1938, Korczak wrote in Młody Czyn, where Zylbertal was one of the most frequent contributors. Korczak invited Zylbertal to participate in the newspaper, Mały Przegląd (The Little Review). Zylbertal emigrated to Eretz Israel before the outbreak of World War II. It was to him that Korczak sent his famous letters during the 1930s, in which he discussed everything from his existential anxiety to his thoughts on moving to Palestine himself. Their correspondence is today one of the most important sources for understanding Korczak's inner life during his final years. In a letter from March 1937, Korczak confided in Zylbertal about why he chose never start his own family, and instead to dedicate his life entirely to orphaned children.


                                                                The Ships are Sailing...

When I was already in the port, gazing at the gray sea and the white ship that was to take me to a foreign land—a worker I knew approached me and whispered in my ear: "They caught three hundred people tonight..." and left—
And I felt an emptiness in my chest and a strange, moist mist in my eyes—
And later I saw them. On a ship as wretched and black as their fate. They were crowded and silent. Like a wall, a wall of misery and endurance. On the bow of the ship, I saw its name: "Sanda"—but I read "Hope". On the high mast fluttered a poor, tattered flag, but to me, it seemed like a proud banner of liberation.  
And so I stood, staring at this ship-fate, which wandered the seas and ports as a living symbol of Jewish wandering, as a protest of people who lacked firm ground under their feet and a clear sky over their heads.
On the black body of the ship burned a patch of red paint—like a bleeding heart, while the people stood crowded, gazing at the shores of their homeland.
No one cried, no one lamented, no one wrung their hands. There was silence; a terrible, piercing silence.
These people knew that this was the end of the journey. That foreign violence would be of no use; a blunt, lawless, ridiculous attempt to close the road home.

I thought: They are not the first and not the last. Thousands of years ago, their ancestors returned here from Egyptian bondage, tormented, beaten, and driven—but in their hearts was joy, and on their lips, psalms of freedom.
To this country, the hearts of those tortured in Spain yearned; here came masses of the faithful from Turkey and the Balkans, listening to the visions of the ill-fated Sabbatai Zevi. To the distant homeland, scorched by the heat of the sun and prayer, came sons from frozen Siberia and from the wide Russian fields, where, by order of the Tsar, there was no room for Jews.
They came here from all sides, across the Caucasus mountains and the Syrian desert, across the Mediterranean Sea and the sands of Egypt—young, sacrificial people—at the news of the heroism of Tel Hai...
Here they come, they come, they come, tens, hundreds, and thousands of young and old, women and children, burned by a longing for freedom, for work, for life—

And again, ships sail across the seas. Without a flag and without a name. Without fuel and without bread. Driven by the gale of hatred that has broken out in the world, the fire of longing for the mother-homeland burns in their boilers.
And they sail. Neither prohibition nor violence will stop them. No foreign, brutal force will push them away. For this is their raft, their land, their fate.
Perhaps not always worthy, late, perhaps prodigal sons. But sons, children. Blood of blood. — The thread of history.
And that is why the resistance is poor, small, and ridiculous, because the ships sail and will continue to sail.
And they will reach land. They will surely reach the shore, the only shore.
    Mietek Z.


Płyną okręty...

Gdy już byłem w porcie zapatrzony w szare morze i biały okręt, który miał mnie zabrać na obczyznę — doszedł do mnie znajomy robotnik i szepnął do ucha: „Złapali trzystu ludzi tej nocy...” i odszedł —

A ja poczułem pustkę w piersiach i dziwną, wilgotną mgłę w oczach —

A później widziałem ich. Na statku nędznym i czarnym, jako ich los. Byli stłoczeni i milczący. Niby mur, mur niedoli i wytrwania. Na dziobie statku widziałem nazwę jego: „Sanda” — a ja czytałem „Nadzieja”. Na maszcie wysokim trzepotała marna, zniszczona flaga, a mnie się zdało, że to dumny sztandar wyzwolenia.

I tak stałem wpatrzony w ten okręt-los, który błąkał się po morzach i portach, jako żywy symbol żydowskiego tułactwa, jako protest ludzi, którym nie stało twardej ziemi pod nogami i jasnego nieba nad głową.

Na czarnym ciele okrętu płonęła plama czerwonej farby — jak serce krwawiące, a ludzie stali stłoczeni i wpatrywali się w brzeg ojczysty.

Nikt nie płakał, nie lamentował, nie załamywał rąk. Była cisza; straszna, przejmująca cisza.

Ci ludzie wiedzieli, że tu jest kres wędrówki. Że na nic się zda obca przemoc; tępa bezprawna, śmieszna próba zamknięcia drogi do domu.
Pomyślałem: Nie pierwsi są i nie ostatni. Tu wracali przed tysiącami lat ich przodkowie z niewoli egipskiej, umęczeni, bici i zgonieni — a w sercach była radość, na ustach psalmy wolności.
Do tego kraju rwało się serce męczonych w Hiszpanii, tu szły masy wiernych z Turcji i Bałkanów, zasłuchanych w wizje nieszczęsnego Szabbataja Cwi. Do dalekiej, spalonej żarem słońca i modlitwy ojczyzny, szli synowie z mroźnej Syberii i z szerokich pól rosyjskich, gdzie z rozkazu cara zabrakło miejsca dla Żydów.
Tu przybyli ze wszech stron, poprzez góry Kaukazu i pustynię syryjską, przez Morze Śródziemne i piaski Egiptu — młodzi, ofiarni ludzie — na wieść o bohaterstwie Tel-Chaj...
Tu idą, idą, idą dziesiątki, setki i tysiące młodych i starych, kobiet i dzieci, których pali tęsknota do wolności, do pracy, do życia —

I znów po morzach płyną okręty. Bez bandery i bez imienia. Bez paliwa i bez chleba. Gna je wicher nienawiści, jaka rozpętała się na świecie, w kotłach płonie ogień tęsknoty do matki-ojczyzny.
I płyną. Nie powstrzyma ich ani zakaz, ani przemoc. Nie odepchnie ich obca, brutalna siła. Bo ta ich tratwa, ich ziemia, ich los.
Może niezawsze godni, spóźnieni, może marnotrawni synowie. Ale synowie, dzieci. Krew z krwi. — Nić historii.
I dlatego marny, mały, śmieszny jest opór, Bo okręty płyną i płynąć będą.
I dobiją. Dobiją napewno do brzegu, do jedynego brzegu.
Mietek Z.