Tuesday, August 25, 2026

Korczakowska kaligrafia i klucz wiolinowy.


Powyżej, fragment tekstu (pochodzący z listu Janusza Korczaka do Estery Budko z 7 marca 1926 roku). Cztery litery w tym fragmencie to najbardziej intrygujące elementy jego pisma. Korczak pisał specyficzną odmianą kursywy dziewiętnastowiecznej, silnie zindywidualizowanej, na którą wpływ miały zarówno klasyczne przedwojenne pismo szkolne (prawdopodobnie i cyrylica w gimnazjum), jak i pośpiech w zapisywaniu tloczących się myśli.

Te cztery intrygujące litery to przede wszystkim wielka litera "P" wyglądająca jak klucz wiolinowy, litery "m" i "n", obydwie z daszkami, i litera „ż” wyglądająca jak przekreślony paragraf.

Analiza anatomii tych czterech liter, sposobu ich kreślenia oraz fascynująca historia tajemniczych daszków.
Wielka litera „P” (jak klucz wiolinowy)
Litera P w wykonaniu Korczaka przypomina dynamiczny, ekspresyjny gest kaligraficzny. Korczak zaczynał pisać tę literę dokładnie od jej środka/brzuszka. Ruch pióra rozpoczynał się od małej pętli pośrodku, po czym stalówka szła łukiem w górę i w lewo, tworząc obszerną, zaokrągloną koronę. Dopiero stamtąd gwałtownym ruchem w dół kreślił pionowy pion (trzon) litery, kończąc go zamaszystym, dolnym zawijasem. Korczak nagminnie stosował ten uproszczony, wielki znak „P” w środku wyrazów (co doskonale widać na próbce w słowie „Pani”, ale też w innych jego rękopisach, gdzie zastępuje nim małe „p”). Wynikało to z czystego pragmatyzmu i ergonomii pisania stalówką – płynny ruch „klucza wiolinowego” pozwalał mu pisać szybciej, bez odrywania ręki, podczas gdy tradycyjne małe „p” wymagało bardziej kanciastych zmian kierunku. Tyle o użyciu dużego P zamiast małej litery. 
Litery „m” oraz „n” z horyzontalnymi kreskami (makronami)
Poziome kreski (daszki) nad literami „m” oraz „n” to nie przypadek ani prywatny wymysł Doktora. To klasyczny element dawnej paleografii i skrótów kancelaryjnychZnak ten wywodzi się bezpośrednio ze średniowiecznych manuskryptów oraz renesansowej i dziewiętnastowiecznej praktyki urzędowej. W dawnych pismach (zarówno w łacinie, jak i w języku niemieckim czy polskim) pozioma kreska nad samogłoską lub spółgłoską oznaczała skrót (tzw. suspensję) – najczęściej sygnalizowała, że w danym słowie podwójna litera została zapisana jako pojedyncza (np. kreska nad „m” oznaczała pierwotnie „mm”). Z czasem, w XIX i na początku XX wieku, daszek nad „m” i „n” zaczął pełnić funkcję czytelnościową. W szybkiej kursywie szkolnej, pisanej elastyczną stalówką, litery składające się z pionowych lasek (takie jak u, n, m, i) zlewały się w trudny do odczytania ciąg falistych linii (tzw. "płotek"). Stawianie poziomej kreski nad „m” i „n” miało natychmiast sygnalizować oku czytelnika: „Uwaga, to jest konkretnie litera m/n, a nie zlepek liter i/u”. Korczak, jako lekarz i pisarz tworzący w ogromnym tempie, używał tego zabiegu instynktownie, aby jego dynamiczne pismo pozostało czytelne dla odbiorcy.
Litera „ż” jako przekreślony paragraf
Ta litera to kolejny dowód na uleganie przez Korczaka wpływom dawnej kaligrafii, zwłaszcza niemieckiego pisma urzędowego (kurrenty/Sütterlina), z którym jako student i lekarz medycyny miał styczność podczas zaborów i staży w Berlinie. Pisząc, ruch zaczynał się od górnej pętli, która schodziła w dół falistą, pionową linią, tworząc kształt wydłużonej litery „S” lub znaku paragrafu (§). Na samym końcu Korczak odrywał pióro i zdecydowanym ruchem przekreślał trzon litery poziomą kreską. Nie wiadomo, dlaczego tak pisał? W klasycznym piśmie polskim kropka nad „ż” wymagała uniesienia pióra wysoko nad linię pisma. Jeden ruch przekreślenia w poprzek litery (zamiast stawiania kropki) był o wiele szybszy i bardziej naturalny. Taki kształt eliminował też ryzyko, że kropka zleje się w kleksa lub zostanie niezauważona.

Wg. mnie to litera „ż” w wykonaniu Korczaka to bezpośrednia hybryda polskiego znaku, dziewiętnastowiecznej kaligrafii oraz małej, pisanej litery „з” (z) z rosyjskiej cyrylicy.
Próbka całego listu (poniżej) doskonale pokazuje to zjawisko, które u Korczaka miało głębokie podłoże biograficzne i historyczne. Prawdopodobnie, tradycyjne polskie małe „ż” (lub „z”) wymagało nakreślenia łamanego, zygzakowatego kształtu, który przy szybkim pisaniu piórem faktycznie zamieniał się w nieczytelny „płotek”, zlewający się z innymi literami. Tymczasem pisana cyrylica oferowała o wiele bardziej ergonomiczne rozwiązanie. Rosyjskie małe „з” kreśli się jednym, płynnym ruchem: górne zaokrąglenie, a potem dolna pętla schodząca pod linię pisma. Korczak, zamiast stawiać kropkę nad polskim „z”, zapożyczył ten zaokrąglony, rosyjski kształt z pętlą na dole, a dla pełnej jasności, że chodzi o polskie „ż”, przecinał jego środek poziomą kreską.


To doskonale widać w trzeciej i czwartej linijce listu w słowie „że” (zapisane jako „że porozmawiałem”) i (zapisane jako „nie leżało w niej”). Litera ta wygląda niemal identycznie jak pisane rosyjskie „з” lub wspomniany wcześniej znak paragrafu.
Moje inne spostrzeżenia dotyczą liter z długimi dolnymi elementami (p, j, g, y) oraz specyficznego „ę”, które idealnie trafiają w sedno psychologii tego pisma. W grafologii kierunek w prawo to przyszłość, cel, dążenie do drugiego człowieka i do realizacji myśli. U Korczaka ten pęd jest wręcz organiczny. Gdy patrzymy na dolne pętle liter g, j, y, to zamiast klasycznego, szkolnego powrotu pętli do góry i zamknięcia jej po lewej stronie, Korczak gwałtownie urywa ruch na dole i rzuca stalówkę (lub ołówek) ostro po skosie w prawo, ku następnej literze. Widać to doskonale w słowach takich jak „zorganizować” (litera g) czy „tygodni” (litera y). Korczak się spieszy, nie ma czasu na domykanie formy – litera ma być tylko drogowskazem dla biegnącej myśli. Podobnie dolna kreska litery p (np. w słowach „imprezą”, „powróci”, „sprawa”) nie zatrzymuje się w pionie. Ona ucieka w prawo, tworząc dynamiczny, ukośny wektor, który dosłownie popycha całe słowo naprzód.
Ogonkowe „ę” jako zintegrowany zawijas
Zwróciłem specjalną uwagę na literę „ę”. Jest taka typowa dla szybkiego pisania Korczaka. W tradycyjnej polskiej kaligrafii ogonek (nasienie) dopisywano jako oddzielny element po zakończeniu głównego korpusu litery. Dla Korczaka jednak takie odrywanie ręki od papieru było stratą czasu i niepotrzebnym hamulcem. Dlatego jego ę posiada ogonek będący integralnym, a co najważniejsze, płynnym przedłużeniem linii w dół. Stalówka wykonuje tylko jeden nieprzerwany ruch: tworzy trochę niekompletny łuk litery „e”, schodzi płynnie pod linię i kończy się małym, pośpiesznym, półkolistym zawijasem, oczywiście w prawo, do następnej litery w wyrazie. Pismo Korczaka to pismo człowieka, który eliminuje z zapisu każdy zbędny gest, by zsynchronizować rękę z pracą mózgu.
Szerokie korytarze (Interlinia) 
Korczak w wielu listach utrzymuje duże, gigantyczne odległości między wersami, o których poprzednio pisałem, wspominając jego patchwork z liter P. Te szerokie, jasne przestrzenie między linijkami ołówka pokazują, że ten pośpiech nie był chaosem – to był pośpiech genialnie zorganizowany.
Rękopisy Korczaka to fascynujący zapis epoki – z jednej strony pełen rygorystycznych nawyków wyniesionych z dziewiętnastowiecznej szkoły, z drugiej – skrajnie dynamiczny, podporządkowany potrzebie natychmiastowego przelewania myśli na papier.

Korczaka sposób kreślenia cyfr i dat też jest bardzo specjalny, patrząc na literę 7 w prawym górnym rogu.

Grafologia to swoista „nieudana” stenografia, czyli dramat "za wolnej" ręki
To, co analizowałem w listach Korczaka do Estery Budko – te gwałtownie urywane pętle liter p, j, g, y, uciekające w prawo, oraz zintegrowane ogonki w literze ę – to nic innego jak podświadoma próba stworzenia własnego systemu stenograficznego. Korczak nie znał oficjalnych znaków stenograficznych, ale jego mózg pracował w tempie huraganu. Dlatego tradycyjne, szkolne pismo kaligraficzne ze swoimi ozdobnikami było dla niego potwornym hamulcem. Jego grafologia to w rzeczywistości walka z materią: on celowo upraszczał formy liter, łączył je w jedną linię i skracał ruchy ręki, byle tylko zbliżyć się do prędkości biegu własnych myśli. Ta „zamaszystość” to była jego prywatna, intuicyjna stenografia.
Igor Newerly – Ludzki „sejsmograf” Doktora
Skoro Korczak sam nie potrafił pisać tak szybko, jak myślał (co udowadnia ten porzucony w pośpiechu atrament na rzecz ołówka), zatrudnienie 22-letniego Igora Newerlego było dla niego zbawieniem.
Wspomnienie Jarosława Abramowa ujawnia genialny paradoks: Newerly, dzięki swojej biegłości w stenografowaniu posiedzeń Sejmu, stał się jedynym człowiekiem, który potrafił nadążyć za „Starym Doktorem”. Korczak poprzez zatrudnienie sekretarza znającego stenografię zyskał wolność, nie musiał już męczyć dłoni stalówką ani ołówkiem. Mógł chodzić po pokoju i wyrzucać z siebie potoki zdań, a Newerly, za pomocą błyskawicznych, geometrycznych znaków stenograficznych, zamrażał te myśli na papierze. Dla Newerlego była to, jak sam wspomina, „szkoła pisarska” – uczył się struktury tekstu wprost z żywego, pulsującego umysłu mistrza.
„Każdy wychowawca znać winien stenografję” to cytat Korczaka z tygodnika Pion (19 października 1935 r.), to absolutna rewolucja w myśleniu o pedagogice. Dlaczego Korczak tak bardzo upierał się, że to narzędzie jest niezbędne dla wychowawcy? Korczak wiedział, że dziecko mówi pod wpływem impulsu, emocji, w sposób rany i nieskrępowany. Tradycyjne notowanie tradycyjnym pismem sprawia, że dorosły gubi połowę słów, filtruje je i zniekształca. Stenografia pozwalała pedagogowi na dosłowne, fotograficzne wręcz zarejestrowanie żywego słowa dziecka, bez straty jego unikalnej dynamiki.
Stenograf w „Małym Przeglądzie”
Ta symbioza znalazła swój finał na Nowolipkach. Fakt, że raz w tygodniu do redakcji Małego Przeglądu przychodził zawodowy stenograf z Naszego Przeglądu, by dzieci mogły mu dyktować swoje teksty, to było genialne posunięcie. Korczak zdjął z dzieci barierę techniczną. Maluchy, które słabo pisały, robiły błędy lub pisały potwornie wolno, zyskały „supermoc” – mogły mówić tak szybko, jak chciały, a profesjonalny system dorosłych rejestrował ich myśli jako pełnoprawne artykuły.

Monday, August 24, 2026

Pismo Korczaka skierowane do niemieckiego Urzędu oskarżycielskiego-Sondergericht Warschau na 10 tygodni przed śmiercią.

Obwieszczenie Sondergerichts Warschau (Sądu Specjalnego w Warszawie) o wykonanym wyroku śmierci na 6 Żydówkach i 2 Żydach za opuszczenie terenu Getta Warszawskiego.

Bardzo interesującym dokumentem, który ocalał dzięki Panu Miszy jest pismo Korczaka skierowane do Sondergericht Warschau (Sądu Specjalnego w Warszawie), a konkretnie do podległego mu urzędu oskarżycielskiego (Anklagebehörde / Deutsche Staatsanwaltschaft). Sąd ten wraz z prokuraturą mieścił się pod adresem ul. Długa 7, czyli w zabytkowym Pałacu pod Czterema Wiatrami, który Niemcy zaadaptowali na potrzeby swojego aparatu sprawiedliwości.

    Od lat 30 jestem kierownikiem Domu Sierot Krochmalna 92. Za pracę miałem i mam utrzymanie.
    Przed wojną zarabiałem pisaniem i wykładami, i poradami dla matek i wychowawców.
    Byłem członkiem Lekarskiej Kasy Pogrzebowej, zaasekurowany na 5000 zł, które po mojej śmierci miała otrzymać siostra, starsza o 3 lata. Innej rodziny nie mam.
    Posiadam 3000 zł. Książeczka oszczędnościowa nr 658734 D. Wypłacono mi złotych 250 + 130 + 250 + 130 (19 I 1942).
    Przed dwoma laty sprzedałem zegarek i ubranie.
    Ostatni raz zapłaciłem podatek dnia 20 IX 1939 – 6 Urz[ąd] 200 zł. – Na ulicy Złotej nr 8 – zostawiłem u dozorcy szafę i biurko.
List dostałem 29 V 42 r. Dlatego odpowiadam z opóźnieniem.

                Tłumaczenie niemieckie, prawdopodobnie wysłane.
    Von 30 Jahren an, bin ich Leiter des Waisenhauses, Krochmalnastr. 92. In Bezahlung für meine Arbeit hatte und habe ich Lebensunterhalt.
    Vor dem Kriege verdiente ich bei Schreiben und Vorträgen sowie mit Ratschlägen für Mütter und Erzieher.
    Ich war Angehöriger der Ärztlichen Begräbniskasse, assekuriert mit 5000 zl.
    Meine Schwester, welche um drei Jahre älter ist als ich, sollte das Geld nach meinem Tode erhalten. Andere Familienangehörigen habe ich nicht.
    Ich besitze 3000 zł. Nr. des Sparbuches 658734D. Am 19 I 1942 zahlte man mir 250 zł. – 130 zł. – 250 zł. – 130 zł. aus.
    Vor zwei Jahren verkaufte ich eine Uhr und einen Anzug.
Letztens bezahlte ich eine Abgabe, und zwar am 20 IX 1939 – Amt Nr. VI – 200 zł. 
    Auf der Zlotastr. Nr. 8 lies ich beim Hausmeister einen Schrank und einen Schreibtisch.
    Da ich den Brief erst am 29 V 1942 erhielt, beantworte ich mit Verspätung.
                Hochachtungsvoll
Analiza tego dokumentu w kontekście historycznym ujawnia uderzający, chwytający za serce kontrast między dawnym statusem szanowanego prelegenta, lekarza i pisarza a nędzą, w jakiej znalazł się Korczak pod koniec życia. Data 29 maja 1942 roku, kiedy Korczak dostał list z Sondergericht Warschau (Sądu Specjalnego w Warszawie), to zaledwie 9 tygodni przed Wielką Akcją wysiedleńczą w getcie warszawskim, która zaczęła się 22 lipca 1942 roku i podczas której 5 sierpnia doktor oraz jego dzieci zostali wywiezieni do obozu zagłady w Treblince.

Z dokumentu wynika całkowity brak bieżących dochodów. Korczak pisze wprost: „Za pracę miałem i mam utrzymanie”. Oznacza to, że za tytaniczną pracę w getcie nie otrzymywał żadnej pensji – pracował wyłącznie za dach nad głową i głodowe racje żywnościowe, które dzielił z dziećmi. Pokreśla to również jego podanie o kierownictwo w Głównym Domu Schronienia na Dzielnej 39. Prosi tylko o łóżko i posiłki. Przedwojenne źródła dochodu (książki, audycje radiowe, płatne wykłady) bezpowrotnie zniknęły.

Korczak wspomina także wyprzedaż osobistego majątku: „Przed dwoma laty sprzedałem zegarek i ubranie”. Ten akt, pokazuje bezwzględną walkę o przetrwanie. Schorowany Korczak wyzbywał się najbardziej podstawowych rzeczy osobistych, aby zdobyć środki na bieżące funkcjonowanie Domu Sierot. Korczak wspomina o książeczce oszczędnościowej na kwotę 3000 zł. W warunkach szalejącej w getcie hiperinflacji i blokad kont żydowskich były to środki całkowicie nierealne. Świadczą o tym skąpe, drobne wypłaty z początku 1942 roku (kwoty rzędu 130–250 zł), które urzędnicy niemieccy raczyli mu wypłacić – kropla w morzu potrzeb instytucji liczącej ponad setkę dzieci. Przynależność do Lekarskiej Kasy Pogrzebowej i polisa na 5000 zł dla starszej siostry (Anny Lui) w maju 1942 roku były już tylko tragicznym, bezwartościowym zapisem na papierze.

Wspomnienie Korczaka o meblach zostawionych u dozorcy (woźnego) przy ul. Złotej 8 to wspaniały i niezwykle głęboki detal historyczny. Kamienica przy ul. Złotej 8 (tuż obok Marszałkowskiej) była rzeczywiście ostatnim prywatnym adresem mieszkaniowym Korczaka przed wybuchem wojny. To tam próbował prowadzić swoje osobiste życie poza murami Domu Sierot. Pod tym samym adresem mieściły się redakcja oraz administracja legendarnego tygodnika społeczno-literackiego „Wiadomości Literackie”. Tygodnik był redagowany przez Mieczysława Grydzewskiego, właściciela domu i sąsiada Korczaka i jego siostry Anny. Korczak, jako wybitny literat, publicysta i myśliciel, naturalnie funkcjonował w tym samym środowisku kulturalnym. Wspomniane szafa i biurko to pewnego rodzaju kotwica tożsamości Korczaka. Prawdopodobnie chodzi o szafę opisaną przez Igora Newerlego, która wypełniona manuskryptami stała na poddaszu w Domu Sierot. Opisane biurko to możliwie to samo biurko, które było, oprócz łóżka, głównym meblem na poddaszu Domu Sierot. Pozostawienie „u dozorcy szafy i biurka” ma wymiar głęboko symboliczny. Biurko dla pisarza to warsztat pracy, serce jego twórczości. Zostawiając je po tamtej, „aryjskiej” stronie u zaufanego człowieka (związanego z elitą literacką Warszawy), Korczak zostawił tam cząstkę swojej przedwojennej, wolnej tożsamości. Pisząc o tym w oficjalnym piśmie do władz niemieckich w maju 1942 roku, Doktor prawdopodobnie miał jeszcze nikłą nadzieję na odzyskanie tych przedmiotów lub traktował je jako ostatni, materialny ślad swojego dawnego życia, do którego już nigdy nie było mu dane powrócić.

Niemiecki tekst zamieszczony w tym dokumencie nie jest napisany w pełni poprawnie gramatycznie ani stylistycznie. Wszystko wskazuje na to, że autorem tego tłumaczenia był sam Janusz Korczak lub ktoś z jego bliskiego otoczenia w getcie, kto znał język niemiecki w stopniu komunikatywnym. Myślałem poprzednio, że został przetłumaczony, poprawiony przez znajomych Korczaka, Żydów niemieckich, którzy mieszkali w pobliżu Domu Sierot, tych, dzięki którym Korczak załatwił pracę poza gettem dla Pana Miszy i trzech dawnych wychowanków.

Sprawa w Sondergericht Warschau (Sądzie Specjalnym w Warszawie) oraz nałożone opłaty dotyczyły spłaty rat rygorystycznej kary sądowej, którą okupant nałożył na Janusza Korczaka. Kara ta była bezpośrednią konsekwencją aresztowania Starego Doktora na przełomie listopada i grudnia 1940 roku. Korczak został zatrzymany za odmowę noszenia opaski z gwiazdą Dawida (co uważał za naruszenie godności) oraz za gwałtowny protest przeciwko niemieckiej konfiskacie wozu z ziemniakami dla Domu Sierot. Niemiecki Sąd Specjalny skazał go wówczas na miesiąc więzienia oraz gigantyczną jak na jego warunki grzywnę. Po wyjściu z Pawiaka (dzięki kaucji wpłaconej m.in. przez środowisko dawnych wychowanków), Korczak musiał spłacać zasądzoną karę w ratach.

Większość spraw o mniejszym ciężarze gatunkowym (jak nienoszenie opaski z gwiazdą Dawida czy awantura z urzędnikiem) 
załatwiała niemiecka prokuratura przy Sondergericfht w trybie nakazowym. Oznaczało to, że prokurator formułował wniosek o ukaranie na podstawie raportu policji lub Gestapo, a sędzia podpisywał gotowy nakaz karny (Strafbefehl). Odbywało się to wyłącznie przy biurku, na podstawie dokumentów, bez wyznaczania terminu publicznej rozprawy i bez wzywania oskarżonego na salę sądową.

Ilustracja, obwieszczenie Sondergerichts Warschau (Sądu Specjalnego w Warszawie) o wyroku śmierci na 6 Żydówkach i 2 Żydach za opuszczenie terenu Getta Warszawskiego pokazuje, że niemiecki Sąd Specjalny był ostrym wykonawcą terroru przeciwko Żydom.

Korczak w pamiętnych dniach września 1939 r., gdy bomby z niemieckich samolotów spadały na oblężoną Warszawę.

Bombowce niemieckie Junkers Ju-87 (Stuka) w szyku nurkującym.

W pamiętnych dniach września 1939 roku, gdy niemieckie bomby niszczyły oblężoną Warszawę, stolica stała się symbolem heroicznego oporu. Mieszkańcy i żołnierze walczyli w niezwykle trudnych warunkach, niosąc pomoc rannym i gasząc pożary pod ciągłym ostrzałem wroga. Niemieckie samoloty codziennie zrzucały bomby na szpitale, domy mieszkalne i zabytki. Uszkodzone wodociągi zmusiły ludzi do czerpania wody z nielicznych studni. Cywile budowali prowizoryczne barykady i pomagali w obronie cywilnej.
Korczak, będący majorem rezerwy kadry medycznej, nałożył polski mundur wojskowy i nosił go z dumą przez cały wrzesień (oraz później, aż do aresztowania przez okupanta). Choć przyjaciele namawiali go do zdjęcia munduru ze względu na ogromne ryzyko, stanowczo odmawiał, traktując to jako wyraz lojalności wobec państwa i obowiązek oficera.

Wykorzystując swój autorytet i rozpoznawalny głos „Starego Doktora”, występował na antenie Polskiego Radia, apelując do mieszkańców o zachowanie spokoju, tłumaczył dzieciom rzeczywistość wojny w sposób, który nie wywoływał paniki, a rodzicom dawał wskazówki, jak chronić psychikę najmłodszych przed wojenną traumą.

Organizacja ratunku i zaopatrzenia dla sierotJako dyrektor Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92, Korczak musiał mierzyć się z permanentnym brakiem żywności, wody i leków. Zwróciły się do niego z prośbą o pomoc wychowawczynie z Naszego Domu, który został przeniesiony z Bielan na ulicę Wolność. Korczak przemierzał bombardowane ulice Warszawy, by zdobywać jedzenie dla swoich wychowanków oraz dla innych błąkających się po mieście dzieci. Organizował także pomoc medyczną dla rannych w wyniku niemieckich nalotów.
W czasie bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku zdecydowano się ewakuować Nasz Dom na ulicę Wolność 14, gdzie niby miało być bezpieczniej. Mieścił się tam poprzednio dom noclegowy dla bezdomnych chłopców Towarzystwa Ognisk dla Młodzieży.. Wybór dzielnicy Woli jako bardziej bezpiecznego miejsca okazał się fatalny, albowiem Wola należała do najbardziej bombardowanych dzielnic Warszawy. Dzieci z Naszego Domu opisują te koszmarne dni bombardowania spędzone w piwnicy i to, jak jedzenie pospiesznie zabrane z Bielan szybko się skończyło.


Wychowawczyni, Pani Wira-Irena Wiewiórska opisuje jak podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 roku szukała wraz z Korczakiem pomocy u polskich władz wojskowych na dalekim Mokotowie:
Jednym z najcięższych moich przeżyć z czasów wojny 1939 roku jest wymarsz z drem Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów do władz wojskowych w celu zdobycia żywności dla ewakuowanych z Naszego Domu wychowanków. Straszny to był przemarsz przez palące się miasto, wśród ognia i wojny, bezustannie rozrywających się bomb i strzałów armatnich. Groza, lęk i determinacja towarzyszyły naszemu marszowi przez opustoszałe przez ludzi ulice. Pan doktor był opanowany, szedł naprzód mężnie - co w pewnej mierze i mnie się udzielało - dzięki czemu zdołaliśmy dotrzeć do celu i otrzymać środki do przetrwania najgorszych dni 1939 roku.

Wychowanka Helena Wróbel wspomina głód i jedną z wychowawczyń Naszego Domu, panią Oleńkę Staszewską:
Głód był straszny Pani Oleńka przydzielała nam po śledziu z puszki i dwa irysy.


Inna wychowanka, Maria Żurawska, wspomina, jak to Pani Oleńka idzie do Domu Sierot na Krochmalnej 92 (też na Woli) z prośbą o pomoc. Wspomina później:
Pewnego dnia zjawił się u nas doktor Korczak. Sylwetka jego mocno pochylona ku ziemi, niesie duży worek z chlebem.


Po kapitulacji Warszawy we wrześniu 1939 roku wróciły dzieci na piechotę z ulicy Wolności 14 z powrotem na Bielany, gdzie działał tam jeszcze polski szpital wojskowy.
Niemcy uważali nazwę ulicy Wolność za prowokującą tak ze w okresie okupacji niemieckiej ulicy nadano nową nazwę, Zegarmistrzowska.



Redaktor Adrian Czermiński, jeden z dziennikarzy uczestniczących wówczas w akcji tzw. Służby Informacyjnej i Pogotowia Polskiego Radio — wspomina po latach (w dzienniku „Życie Warszawy”) Korczaka, takim jakim go zapamiętał w owym czasie:
„Zadaniem naszym było nieść pomoc ludności, dostarczać opieki lekarskiej, wyszukiwać noclegi dla pogorzelców, odnajdować zagubionych, informować przez Radio i prasę o potrzebach mieszkańców. Byliśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi władzami oblężonego miasta, prócz tego mieliśmy własnych informatorów, którzy nie zważając na grożące niebezpieczeństwo przychodzili na Mazowiecką. Jednym z nich był Janusz Korczak. Zamilkły od kilku lat głos Korczaka powrócił na antenę w tragicznych dniach oblężenia.
Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pozbawionego szyb lokalu natychmiast rozjaśnił wszystko swym humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro — nie! w lepszy wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe i w lepsze rano, kiedy przychodził nocą. Nie zważając na rozrywające się pociski, gwiżdżące kule, zjawiał się po kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli skłonni udzielić jej innym. (...) Kiedy usiłowaliśmy go zatrzymać słysząc wzmagający się ostrzał artyleryjski, wyrywał się:
— Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu — i znikał szybko za drzwiami.
Słychać było jedynie odgłos oddalających się kroków pośród grzechotu rozpryskujących się odłamków, dźwięku lecących szyb, wiedzieliśmy, że Stary Doktor spieszy do swych dzieci i podopiecznych, że idzie, aby nieść pomoc cierpiącym i nieszczęśliwym, aby wlewać otuchę w serca tych, którzy już upadli na duchu”.

Anatomia monologu polifonicznego Janusza Korczaka – 1936 vs 1941 – „Nie – to nie…” – „Będziecie Pamętali...".

Janusz Korczak, tekst do gazetki Domu Sierot: Będziecie pamiętali całe życie (pisane pod koniec 1941 roku) czyli po październikowej przeprowadzce z ulicy Chłodnej 33 na ulicę Sienną 16/Śliską 9.Analiza porównawcza radiogadaninki Janusza Korczaka z 1936 r. oraz maszynopisu do gazetki Domu Sierot, pisanego na papierze przebitkowym z getta, z 1941 r. ujawnia tożsamą, trzyetapową strukturę dramatyczną opartą na polifonicznym monologu. W obu przypadkach autor wykorzystuje tożsamy mechanizm psychologiczny — odczucie zranienia ciszą, tworzenie chóru domniemanych głosów adresatów oraz wątpienie w sens misji — co stanowi dowód na stosowanie przez Korczaka metody oswajania osamotnienia i lęku przed porzuceniem.

Będziecie pamiętali całe życie

    Są w Warszawie wychowańcy, którzy od wystąpienia ani razu nie byli w Domu Sierot na Krochmalnej. Ani na Chłodnej. Ani na Siennej. Mało jest takich, ale są.
    Są daleko w Europie na Zachodzie, w Palestynie, w Ameryce Północnej i Południowej wychowańcy, którzy od wyjazdu ani jednego listu nie napisali do Domu Sierot. Mało jest takich, ale są.
    Myślą tak:
„Pójdę na przyszłą sobotę. Napiszę jutro. – Może nie będą mieli czasu i będzie mi przykro stać, jakbym był obcy; patrzeć na ściany sali, na mój stół, na moją kasetkę w dębowej szafie? – I co? – I nic”.
    Myślą tak:
„Może list nie dojdzie? Może nie będą pamiętali nawet tego, kto napisał? – Może nie żyją już? – Może gniewają się, że piszę dopiero teraz pierwszy raz? – Może powiedzą: «To był zdaje się ten leniuch, który źle spełniał swój dyżur i w szkole źle uczył się i sprawował»”.
    Jeden tak myśli:
    „Jeśli przyjdę elegancko ubrany, powiedzą, że wystroiłem się. Jeśli przyjdę biednie ubrany, będą myśleli, że chcę o coś prosić, coś dostać albo pożyczyć pieniądze”.
    Drugi ma jakiś zadawniony żal. Dali mu mniej niż innym albo nie to, co było potrzebne, a czego brak sprawił mu tyle trudności i kłopotów, i bólu, i straty.
    Różnie różni ludzie rozumieją i czują.
Ale nie ma ni jednego, który by od czasu do czasu nie przypomniał sobie Domu Sierot ani jego mieszkańców.
    Widzi wycieczkę szkolną. Przypomina sobie szkołę i własne przechadzki za miasto. – Jest w kąpieli, przypomina sobie białe wanny, drabinkę z ręcznikami, mycie nóg, umywalnię i zielone łóżko w wielkiej sypialni.


GAWĘDY „STAREGO DOKTORA” („Antena”, Rok III (1936), nr 3, strona 18.
NIE—TO NIE...
A co ja mam sam tylko pisać? A co ja będę sam tylko smarował? Ani mi się śni! Swoją starą głowę męczyć? Starą głowę wysilać i łamać? Nie! Nie ma głupich. (Eee, są. Ale ja nie będę głupi).
Dla dużego pisze duży. Dla młodego może młody pisać. Jeden napisze, a drugi czyta. Tak.
Napisałem raz. Napisałem znów. A ty nic. A ty nic znów.
Czekam, czekam.
Jest list.
Dałem do „Anteny”. Wydrukowali. Znów list. Znów „Antena” drukuje.
No i nic. A ja czekam. I co? — Nic.
Nie, to nie.
Mam sam? Co to — to nie. Ani mi się śni.
Wiem. Szkoła — nie mają czasu pisać. Ale będą święta, będzie czas.
Wiem. Odpoczywają, bo szkoły nie ma, bo święta.
Wiem. Choinka, wizyta, zabawki nowe.
Bawią się wesoło, i nie chce się pisać.
A ja to co? Też chcę. Chcę też odpoczywać i chcę bawić się
Bo to może nawet nie podoba się nikomu, bo może nawet nie trzeba. Bo może nawet nikt tego nie czyta?
Ano — zabieram manatki i wynoszę się z „Anteny”.
— Świat nie torba — mówił Stasiek mały.
— Świat nie torba — mówił.
Nie tu, to tam.
Nie obraziłem się, nie gniewam się. Poczekam. Sto listów muszę dostać. A nie, to nie, — to próba się nie udała.
Mówi się: trudno — no to nie!
I już...
                                    Stary Doktór.

Anatomia monologu polifonicznego Janusza Korczaka – 1936 vs 1941.
W poprzednim wpisie rozkodowałem polityczny szyfr ukryty w ostatniej radiowej gawędzie Janusza Korczaka „Nie – to nie…” ze stycznia 1936 roku. Pokazaliśmy, jak Stary Doktor pod parawanem „focha na milczące dzieci” przeszmuglował prawdę o tym, że władze radia wyrzucają go z anteny.
Dziś spojrzymy na ten dokument z zupełnie innej, głęboko psychologicznej perspektywy. Analiza literacka i strukturalna pism Korczaka ujawnia bowiem niezwykłe zjawisko: w momentach najtrudniejszych kryzysów Doktor posługiwał się unikalnym narzędziem – monologiem polifonicznym. Rozmawiał sam ze sobą na papierze, ale jednocześnie wcielał się w głosy, lęki i myśli swoich nieobecnych odbiorców.
Gdy zestawimy radiową „Gadaninkę” z 1936 roku z wstrząsającym maszynopisem „Będziecie Pamiętali całe życie" z warszawskiego getta z przełomu listopada i grudnia 1941 roku („Będziecie pamiętali całe życie”), odkrywamy, że oba te teksty zostały wycięte dokładnie z tej samej matrycy emocjonalnej.
Bliźniacza struktura dwóch różnych epok
Choć oba te dokumenty dzieli pięć lat, mur i drut kolczasty, głód i miliony ludzkich istnień, ich konstrukcja dramaturgiczna opiera się na tym samym, trzystopniowym planie:
1. Punkt wyjścia: Zranienie ciszą
W obu przypadkach Korczak zaczyna od bolesnego wyrzutu, że druga strona milczy. W 1936 roku fuka na brak listów od słuchaczy: „Napisałem raz. Napisałem znów. A ty nic. A ty nic znów. Czekam, czekam. (...) No i nic. A ja czekam. I co? — Nic”. W 1941 roku, w kleszczach umierającego getta na Siennej, z tą samą goryczą wylicza nieobecnych: „Są daleko w Europie na Zachodzie, w Palestynie, w Ameryce Północnej i Południowej wychowankowie, którzy od wyjazdu ani jednego listu nie napisali do Domu Sierot”.
2. Rozwinięcie: Chór domniemanych głosów
Ponieważ adresaci milczą, Korczak nie pozostawia tej próżni bezgłośnej. Sam zaczyna pisać scenariusz za nich i za pomocą swojej potężnej empatii buduje dla nich psychologiczne alibi. W radiowej „Gadanince” z 1936 roku udaje głosy dzieci, znajduje dla nich wytłumaczenia: „Wiem. Szkoła – nie mają czasu pisać. (...) Wiem. Odpoczywają, bo szkoły nie ma... Wiem. Choinka, wizyta, zabawki nowe”.
W dokumencie z getta z 1941 roku dokładnie ten sam zabieg staje się rozdzierający. Doktor wciela się w dorosłych już wychowanków i krok po kroku tłumaczy ich lęki przed nawiązaniem kontaktu z dawnym Domem Sierot: „Myślą tak: (...) Może nie będą mieli czasu i będzie mi przykro stać, jakbym był obcy? (...) Może list nie dojdzie? – Może nie żyją już? – Może gniewają się, że piszę dopiero teraz pierwszy raz?”.
3. Finał: Zwątpienie w sens własnej misji
Oba monologi kończą się ucieczką w głębokie zwątpienie i bolesną, niską samooceną. W „Antenie” pyta na koniec: „Bo to może nawet nie podoba się nikomu, bo może nawet nie trzeba. Bo może nawet nikt tego nie czyta?”. W getcie podsumowuje to strachem wychowanków przed jego surową oceną z przeszłości: „Może powiedzą: «To był zdaje się ten leniuch, który źle spełniał swój dyżur...»”.
Papier jako jedyny bezpieczny azyl
Pod kątem psychologicznym ten monolog polifoniczny był u Korczaka unikalną metodą oswajania samotności i lęku przed odrzuceniem. Kiedy świat realny go wykluczał, cenzurował (jak w Polskim Radiu) lub odcinał murem i głodem (jak w getcie), przelewanie myśli na papier było jedynym sposobem na utrzymanie iluzji, że dialog wciąż trwa. Stary Doktor stawał się jednocześnie nadawcą i odbiorcą, byle tylko utrzymać przy życiu poczucie więzi z ludźmi, którzy byli daleko.
Ta struktura niesamowicie rymuje się z uniwersalnym doświadczeniem ludzkim w sytuacjach granicznych. To dokładnie ten sam mechanizm, który towarzyszy uchodźcom i emigrantom walczącym o byt w obcych krajach – gdy pisze się dziesiątki listów do szuflady, tylko po to, by poprzez sam akt pisania uciec na chwilę od chłodu, głodu i niepewności, przenosząc się w bezpieczny, wyobrażony świat bliskich.
Cień ostateczności
Różnica między tekstem z 1936 a 1941 roku jest jedna, ale porażająca. W „Antenie”, pod maską pretensji do dzieci, Korczak ukrył polityczne upokorzenie i dumne odejście z radia, kończąc tekst przekornym pójściem na odpoczynek.
W 1941 roku na Siennej maski ostatecznie opadły. Na tekst z getta pada już bezwzględny, mroczny cień końca. Tam, w ostatnim wersie maszynopisu, to udawane pisanie za innych zderza się z tragiczną pewnością, że wielu z tych, którzy milczą, nie ma już po prostu wśród żywych: „...teraz jest daleko – może go nawet nie ma już na świecie”.