Wednesday, October 21, 2026

Korczak – Wrzesień 1939 - Stoicka odwaga, worek chleba i mundur.

Gdy myślimy o Januszu Korczaku, przed oczami staje nam zazwyczaj tragiczny obraz z sierpnia 1942 roku – marsz bezbronnych dzieci i ich opiekunów w stronę wagonów bydlęcych na Umschlagplatz. Jednak to, kim „Stary Doktor” był w tamtej ostatecznej godzinie, wykuwało się znacznie wcześniej. Najwspanialszym, a wciąż mało znanym sprawdzianem jego rewolucyjnej pedagogiki, lekarskiego powołania i czystego człowieczeństwa był wrzesień 1939 roku – czas, gdy na oblężoną Warszawę spadały niemieckie bomby, a dzielnica żydowska zamieniała się w morze ognia.

Oto niezwykły, utkany ze wspomnień wychowanków i współpracowników obraz Doktora z tamtych pamiętnych dni.
Głos, który rozjaśniał mrok: Studio przy Mazowieckiej 5
We wrześniu 1939 roku, po zbombardowaniu głównych instalacji Polskiego Radia, bohaterska radiowa ekipa informacyjna i ratunkowa przeniosła się do prowizorycznych lokali biurowych przy ul. Mazowieckiej 5 (dawnej redakcji pisma „Antena”). To stamtąd, z prowizorycznego studia pozbawionego szyb, płynęły w eter komunikaty podtrzymujące walczące miasto na duchu.
Po latach milczenia na antenę powrócił wtedy znany i kochany głos Starego Doktora. Korczak mówił do dzieci bez paniki, tłumacząc im wojenną rzeczywistość, a rodzicom doradzał, jak chronić kruchą psychikę najmłodszych przed wojenną traumą. Adrian Czermiński, działacz Służby Informacyjnej Polskiego Radia, tak zapamiętał te wizyty:
„Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pozbawionego szyb lokalu natychmiast rozjaśnił wszystko swoim humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro – nie! w lepsze wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe i w lepsze rano, kiedy przychodził nocą. Nie zważając na rozrywające się pociski, gwiżdżące kule, zjawiał się po kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli skłonni udzielić jej innym”.
Gdy nasilał się ostrzał artyleryjski i dziennikarze próbowali siłą zatrzymać Doktora w studiu, ten rzucał tylko w biegu: „Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu” – i znikał w huku pękających szyb, spiesząc z powrotem do swoich podopiecznych.

Dom Sierot jako schron i republika zadań
We wrześniu 1939 roku w Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92 sytuacja była dramatyczna. Budynek miał ogromną wadę architektoniczną na czas wojny totalnej – nie posiadał głębokich, żelbetowych schronów, a jedynie użytkowe sutereny, które były niestety z dużymi oknami. To tam Stefania Wilczyńska (Pani Stefa) zorganizowała punkt opatrunkowy dla rannych prosto z płonącej ulicy.
W tym wojennym chaosie korczakowski system samorządowy zdał egzamin dojrzałości. Zamiast paniki, Doktor i Pani Stefa wprowadzili surowy, wojskowy podział obowiązków:
  • Chłopcy przynosili wodę wiadrami z nielicznych działających ujęć. Kanalizacja była zniszczona, woda stała się cenna jak złoto – każdy dostawał mały garnuszek na umycie rąk, twarzy i zębów.
  • Dziewczynki rozstawiały w całym gmachu wiadra z suchym piaskiem do gaszenia pożarów.
  • Starsi wychowankowie i bursiści pełnili całodobowe warty na dachu, by ręcznie odrzucać i zasypywać piaskiem niemieckie bomby zapalające. Podczas jednego z tych niebezpiecznych dyżurów tragicznie zginął Józef Sztokman – ukochany dawny wychowanek i wierny asystent Doktora.
Mundur majora i podejrzenie o szpiegostwo
Już pierwszego dnia wojny Janusz Korczak – jako major rezerwy kadr medycznych – wdział swój polski mundur wojskowy. Nosił go z dumą przez cały wrzesień (i nie zdjął aż do aresztowania przez okupanta w 1940 roku, odmawiając także noszenia opaski z gwiazdą Dawida). Mundur ten nie był jednak wyłącznie manifestacją patriotyzmu – bywał tarczą, która ratowała życie.
Fela Moszel (Teltelbaum), zapamiętała inną sytuację, która pokazała, że wojenny altruizm Korczaka nie kończył się na murach jego własnego sierocińca. Jeden z chłopców z Domu Sierot zauważył porzucone na jezdni przy ulicy Towarowej trzy metalowe cylindry. Korczak od razu rozpoznał, że to bezcenny tlen medyczny.
Zorganizowano taczki, przykryto butle kocami, by wyglądały jak transport chorego dziecka, i ruszył niezwykły konwój. Z jednej strony wózka szła nastoletnia Fela, z drugiej – Korczak w polskim mundurze. Doktor przez całą drogę żartował, by odgonić paraliżujący dzieci strach. Bezpiecznie wyładowali ładunek na dziedzińcu szpitala niedaleko ulicy Złotej.
Fela Moszel pisała później, że do tamtego dnia miała do Doktora stary, skrywany żal za jakiś dawny, chłodny gest przy krojeniu chleba. Ta akcja zmazała wszystko:
„Gdy ryzykował życie dla dzieci, to było zrozumiałe – był dla nich ojcem. Ale to, by myśleć o rannych i chorych w szpitalu i bez momentu wahania iść w takie niebezpieczeństwo – to już sięga wyżyn nadzwyczajnej odwagi i prawdziwego człowieczeństwa”.
Worek chleba dla ulicy Wolność
Głód w Warszawie narastał z każdą godziną. Pod koniec września dramatyczne wieści dotarły do Doktora z „Naszego Domu” – bliźniaczej placówki dla polskich dzieci na Bielanach, którą z powodu bombardowań ewakuowano do piwnic przy ul. Wolność 14 na Woli. Wybór Woli okazał się pułapką – dzielnica stała się celem najcięższych nalotów. Jedzenie pośpiesznie przywiezione z Bielan szybko się skończyło. Wychowawczyni Oleńka Staszewska wydzielała dzieciom po jednym śledziu z puszki i dwa cukierki irysy na dzień.
Zdesperowana Oleńka ruszyła przez płonące miasto na Krochmalną błagać o pomoc. Odpowiedź nadeszła natychmiast. Wychowanka Helena Wróbel zapamiętała ten moment jak biblijne ocalenie:
„Pewnego dnia Doktor Korczak pojawił się u nas. Jego sylwetka była mocno pochylona ku ziemi; niósł wielki worek chleba”.
Mimo że sam miał u siebie głodujące dzieci i zaledwie dwa worki ziemniaków w zapasie, podzielił się tym, co najcenniejsze.
Nie był „programem rezygnacji”
Po kapitulacji Warszawy pod koniec września, dzieci z „Naszego Domu” wróciły piechotą na Bielany, a Niemcy uznali nazwę ulicy „Wolność” za prowokację i przemianowali ją na Uhrmacherstrasse.
Wrzesień 1939 roku pokazał pełne spektrum fenomenu Janusza Korczaka. Stoicki spokój (jak wtedy, gdy żartował do dzieci zamarłych pod bombami, że nie wyjdzie już na podwórko bez czapki, bo piloci widzą z góry jego łysinę), bezgraniczne oddanie i bezkompromisowa odwaga. Jak podsumował we wspomnieniach bliski współpracownik Doktora, Pan Misza: „A jednak życie samo pokazało, że Korczak nie był »programem rezygnacji«”. Był programem walki o godność człowieka do ostatniego tchu.

Listy Janusza Korczaka do byłych wychowawców z Domu Sierot i jego młodocianych redaktorów z „Małego Przeglądu”.



Jakub Kutalczuk z żoną Janką (Johevet) Lubraniecką, którą poznał w Bursie w Domu Sierot. Razem wyemigrowali do Erec Israel.

Sabina Damm była jedną z oddanych wychowawczyń i bursistek w Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92, która przed wybuchem II wojny światowej wyemigrowała do Palestyny. Zachowały się oryginalne, pisane odręcznie po polsku listy Janusza Korczaka do Sabiny Damm z lutego i sierpnia 1939 roku. Doktor dyskutuje z Sabiną na tematy czysto pedagogiczne – analizuje jej głębokie relacje z podopiecznymi oraz pochyla się nad intelektualnym rozwojem dzieci znajdujących się pod jej opieką. Historia Sabiny i Korczaka kończy się niezwykle przejmującym akcentem. 2 września 1939 roku – w drugim dniu niemieckiej inwazji na Polskę – Sabina Damm (będąca już bezpiecznie w Palestynie) otrzymała z powrotem list, który wysłała wcześniej do Doktora z informacjami o znalezionym dla niego pokoju. List został podstemplowany przez pocztę oficjalną adnotacją: „Zwrot do nadawcy z powodu zawieszenia wszelkiej komunikacji między Palestyną a Polską”.



Ciekawa i pouczająca jest listowna dyskusja Korczaka z Edwinem Markuze zawarta w liście z 1937 roku. Edwin Markuze (redaktor z Małego Przeglądu, który w 1934 roku wyjechał do Eretz Israel) jest cytowany przez Korczaka:
Mrówki - piszesz, - wynoszą jaja z katastrofy. -
Gdyby ludzie zrozumieli, że przyszłe pokolenia -
to jedyna dziś twórcza religja. Gdyby nie będąc 
mrówkami, postępowali, jak one, możeby
chaos zatąpiony był przez współdziałanie w
poszukiwaniu drogi.


Ciekawa i pouczająca jest listowna dyskusja Korczaka z Edwinem Markuze zawarta w liście z 1937 roku. Edwin Markuze (redaktor z Małego Przeglądu, który w 1934 roku wyjechał do Eretz Israel).



List Korczaka do Arie Buchner, który wyemigrował do Erec Israel.


Większość ocalałych listów Korczaka to listy do byłych wychowawców z Domu Sierot i jego młodocianych redaktorów z „Małego Przeglądu”, którzy wyemigrowali do Palestyny. W latach 30. XX wieku, gdy w Europie gęstniała atmosfera antysemityzmu, Erec Israel - Ziemia Obiecana – stała się dla wychowanków Doktora nowym domem, a dla niego samego – oknem na świat pełen nadziei. W listach Korczak traktował tych młodych ludzi jak swoje dorosłe, duchowe dzieci. Śledził ich losy, doradzał w budowaniu nowej rzeczywistości i przelewał na papier swoje najbardziej intymne lęki oraz marzenia.
Wśród setek wysłanych kopert szczególne miejsce zajmowała korespondencja z rodzeństwem Markuze, redaktorami z Małego Przeglądu oraz grupą najbliższych współpracowników, bursistów i wychowawców z Krochmalnej.

Magdalena (Madzia) Markuze oraz jej brat Edwin byli głęboko związani z korczakowskim uniwersum. Madzia, utalentowana wychowawczyni i publicystka, po emigracji stała się jedną z najważniejszych adresatek listów Doktora. O czym pisał Korczak? Listy do Madzi to fascynujący zapis rozterek starszego człowieka. Korczak pisał do niej o swoim zmęczeniu, o trudzie prowadzenia Domu Sierot w kryzysowych latach, ale też o niezwykłej więzi, jaka łączyła go z młodym pokoleniem. To w listach do rodzeństwa Markuze Doktor najpełniej odsłaniał swoje plany i wrażenia z własnych podróży do Palestyny (w 1934 i 1936 roku), gdzie z zapartym tchem podglądał życie w kibucach.

Estera Budko była oddaną wychowawczynią, która pracowała m.in. w filii Domu Sierot – „Różyczce” w Gocławku. Po jej wyjeździe do Palestyny Korczak pisał do niej listy, które dziś uważa się za filary jego filozofii życiowej. To właśnie do Estery skierował te słynne, poruszające słowa:

„Najłatwiej umrzeć za ideę. Taki ładny film: pada z piersią przestrzeloną – strumyk krwi na piasku – i grób spowity w kwiaty. Najtrudniej dzień po dniu i rok za rokiem dla idei żyć”.

Józef Arnon (wcześniej Halpern) przeszedł w Domu Sierot drogę od bursisty, aż po bliskiego przyjaciela Korczaka.  Do Józka Korczak pisał o sprawach najbardziej intymnych. W jednym z listów o filmach w Domu Sierot robionych przez dzieci (z listopada 1938 roku) dzielił się radością z teatrzyku cieni, jaki dzieci urządziły w klasie z pudełka po papierze woskowym, dodając: 
„Gdy dla nas życie już powtarza się, jedyną radość czerpać można z tego, że dla innych zaczyna się. Oto misterium wzrostu i odnowienie się pokoleń”. 
Po wojnie Arnon stał się jednym z głównych strażników pamięci o swoim mentorze.

Jakub Kutalczuk (później Yaakov Zuk) wraz z żoną Janką Lubraniecką tworzył zręb kadry opiekuńczej na Krochmalnej. Po ich wyjeździe do Palestyny, Korczak słał do nich długie listy pełne troski o ich aklimatyzację w nowym, surowym świecie. Co ciekawe, to właśnie do Jakuba swój dramatyczny, ostatni list z kwietnia 1939 roku napisała Stefania Wilczyńska (Pani Stefa). Informowała go wtedy, że przerywa swój pobyt w Palestynie i wraca do Warszawy, bo „nie może zostawić Doktora i dzieci samych” w obliczu nadchodzącej wojny.

Lejb Arie Buchner był bursistą i studentem Korczaka w Warszawie. Podobnie jak inni, w 1932 roku wybrał życie w kibucach. Buchner nie tylko regularnie korespondował ze Starym Doktorem, ale po jego tragicznej śmierci podjął się tytanicznej pracy i przetłumaczył kluczowe dzieła Korczaka – w tym „Kiedy znów będę mały” – z języka polskiego na hebrajski, dając nowemu pokoleniu Izraelczyków klucz do zrozumienia pedagogiki serca.



Świeże powietrze i dziecięce sekrety. Co kryją okna Domu Sierot Janusza Korczaka?

Spośród wielu zachowanych fotografii przedwojennej Warszawy, to jedno zdjęcie budynku przy ul. Krochmalnej 92 przyciąga wzrok czymś niezwykłym. Spójrzcie uważnie na fasadę tego nowoczesnego jak na tamte czasy gmachu. Niemal wszystkie okna są otwarte na oścież.
Z kolei na samym poddaszu – tam, gdzie znajdowała się skromna mansarda Janusza Korczaka – w środkowym oknie widać wystawioną, wietrzącą się pościel.
To nie przypadek, ani zwykłe porządki. To namacalny dowód na to, jak w praktyce wyglądała rewolucja pedagogiczna i medyczna „Starego Doktora”.
Pokój zamknięty w dzień – dla zdrowia i snu
Dla Janusza Korczaka, lekarza-pediatry, wietrzenie sypialni było sprawą absolutnie fundamentalną. W czasach, gdy w wielkich salach spało naraz kilkadziesiąt dzieci, świeże powietrze oznaczało barierę dla chorób, na czele z gruźlicą.
Zaraz po pobudce sypialnie zamieniały się w strefę intensywnego wietrzenia. Co więcej, w ciągu dnia obowiązywał tam bezwzględny zakaz przebywania. Sypialnia miała pozostać chłodna, czysta i nietknięta aż do wieczora, by nocą zapewnić dzieciom głęboki, regenerujący sen. Całe tętniące życie małej republiki przenosiło się na niższe piętra – do jadalni, klas i na podwórko.
„Pamiętnik bez kropli” – intymna walka o godność
Jednak otwarta na oścież przestrzeń i wietrzenie pościeli wiązały się z jeszcze jednym, niezwykle delikatnym problemem, z którym Korczak mierzył się w unikalny sposób: z nocnym moczeniem się dzieci.
W tamtych latach powszechną praktyką było bicie, zawstydzanie i karanie dzieci za zmoczenie łóżka. W Domu Sierot takie podejście było nie do pomyślenia. Korczak wiedział, że za tym problemem stoi lęk, trauma lub słabe zdrowie, a wstyd tylko pogarsza sprawę. Zamiast kar, wprowadził system... współpracy i samodoskonalenia:
  • Listy sukcesów: Dzieci, które zmagały się z tym problemem, prowadziły specjalne zestawienia. Nie po to, by ktokolwiek je oceniał, ale by same widziały swój postęp. Każda „sucha” noc była małym zwycięstwem, które odnotowywano z dumą.
  • Narady z bursistami: Wychowankowie nie byli ze swoim problemem sami. Wieczorami, w zaufaniu, opowiadali starszym opiekunom (bursistom) o swoich postępach. Przełamywano tabu – dzieci uczyły się mówić o swoim ciele bez poczucia winy.
  • Dziecięce patenty: Co najbardziej poruszające, maluchy same wymieniały się między sobą radami i sposobami: „Nie pij nic po kolacji”, „Poproś dyżurnego, żeby obudził cię o północy”, „Gdy kładziesz się spać, pomyśl mocno o tym, że w nocy wstaniesz”.
Zmniejszenie liczby „wpadających” nocy z tygodnia na tydzień świętowano w Domu Sierot jak prawdziwy triumf woli nad własnym ciałem.
Budynek, który oddychał szacunkiem
Kiedy dziś patrzymy na otwarte okna Krochmalnej 92, widzimy coś więcej niż tylko wentylację budynku. Widzimy dom, który „oddychał” wolnością, higieną i głębokim zrozumieniem dla małego człowieka. Od pościeli wietrzącej się w oknie Doktora na poddaszu, aż po intymne, dziecięce sekrety i walkę o własną godność – każdy detal tego miejsca był zaplanowany tak, by dzieci, mimo sierocego losu, mogły rosnąć w poczuciu bezpieczeństwa.

Wyjątki z Zeszytu prowadzonego przez Pana Jakuba, Jakuba Kutalczuka, zatytułowane Czy świat jest suchy?, Również bursista i wychowawca Józek Halpern Arnon pisał w nowych wytycznych dla wychowawców o ich porannych obowiązkach, m.in. o sprawdzaniu porannym łóżek.


Tuesday, October 20, 2026

Korczak (1901): A Diary Ennobles and Teaches.

From the Parisian feuilleton, through the fears of 12-year-old Henryk, to the harrowing Ghetto Diary of 1942 – the wheel of history and Korczak's method of documentation came full circle with perfect, hard precision.

 Korczak (1901): A Diary Ennobles and Teaches.

In the novel “Józki, Jaśki i Franki” (1911), the fate of the boys' diaries perfectly shows how Janusz Korczak tested his pedagogical approach in practice.
DIARY.
(A Talk).
    The editor of one of Paris's most widely circulated daily newspapers delighted his readers for months with feuilletons written by chimney sweeps, messengers, caretakers, seamstresses, maids, small artisans and merchants, café boys, beggars, etc. He would choose some ordinary fellow or a young rascal, draw him into a conversation, and finally say:
— Would you like to describe this or that detail from our conversation? Come to the editorial office, you will earn a dozen or so francs.
    And the accidental contributor went, sweated over it, the editor also worked hard, but the column was excellent—often witty, rich in unusual turns of phrase, often completely unknown general expressions and words from city slang; a column always bursting with life, truth, was ready after a couple of hours. The next day, all of Paris read this unusual work with immense interest.
    I cited this example to prove that the observations, remarks, and details of the life of even the simplest person are extremely interesting; they reveal a certain fragment of existence, and I will say more—they are a treasure for a journalist, a novelist, or a researcher of social life phenomena. In every human environment, distinct and unknown features of life develop, and getting to know them is of extraordinary importance. How many times does a novelist undertake distant journeys and devote long months to research before setting out to the actual work of writing.
    The more intelligent and observant a person is, the easier it is for them to catch the characteristic details of the life of their surroundings, and their diary, if they wrote it, could be more interesting and instructive. Such a diary, given to a writer, could be an invaluable material for them.
    But that is only the first thing. Let us go further: a diary written by parents would be a precious keepsake for a child; a series of such notebooks would constitute the history of entire generations, preserve good deeds and family aspirations, and be a faithful picture of the parents' efforts in raising and educating children, binding the present with the past, and serving as reading material for your children when they grow up.
    Furthermore, a diary for the person who writes it is a pleasant memory of past years, of better years, because they were the years of youth. How many small, or even more important, events of life fade away and vanish without a trace. Writing preserves these details of life and later presents them clearly reflected in your imagination.
    And one more thing: a diary ennobles and teaches us. A daily review of what was done during the day is an account of our actions, an account of what good, useful, or bad things we have done. Omitting our bad deeds feels dishonest to us; it is a kind of hiding the bad, a desire to present oneself in a better light. This conviction does not leave us even when we have decided not to show our diary to anyone and even to burn it before death. So, slowly, slowly, a desire creeps into us not to do things that we could not note down in our written evening confession.
    And our learned diary teaches us perseverance, peace, and balance; when we review the events of past years, we see how little attention should be paid to those minor sufferings of life, temporary unpleasantness, and passing worries. We see that what worried us very much years ago has today even slipped from our memory, leaving not a trace.
    So everyone should write a diary. I will add here that I have been writing a diary for ten years and today it has become such a habit that I could not fall asleep without writing at least a few lines about the past day.
    But I do not demand the same accuracy from everyone; let them note their impressions every few days, even only when some more important event occurs in the family life, but a diary—a small history of events, a brief review of the family's sorrows and joys—should be found in every home.
    I will also add that writing a diary wonderfully develops the ease of expression, the so-called style. This is very important for youth; writing just a few dozen lines of a diary will ensure that writing a letter, a note, or a correspondence to a paper will not be hard work, but a trivial matter.
    I write these words in the conviction that many of our readers will begin writing their diaries and will turn to us for guidance, which we will gladly provide. Just one general remark: one should not touch upon matters in a diary that are too painful or too unpleasant for ourselves, because the necessity, repeating from time to time, of placing oneself at the pillory of future readers' judgments might discourage us from a good thing. This especially concerns young people, who describe the innermost secrets of their hearts in their initial enthusiasm and then burn the diary out of fear that these great secrets of the heart might catch the eyes of parents or guardians.
                                                                                                        G.
*******
Analytical Commentary on the Novel "Józki, Jaśki i Franki"
In the novel “Józki, Jaśki i Franki” (1911), the fate of the boys' diaries perfectly shows how Janusz Korczak tested his pedagogical approach in practice. The attempt to involve children in writing showed the natural evolution of children's enthusiasm—from great zeal to a clash with harsh reality. Initially, upon hearing about the distribution of notebooks, immense enthusiasm broke out. Boys signed up with the educator en masse, but the requirement to write a text "as a trial" drastically verified these desires. Most of the boys abandoned writing after just a few days, and their notebooks ended up ruined or lost, with only a few pages written. For Korczak the educator, however, this was not a failure. This whole action was proof to him that a child needs freedom, not an imposed duty.
From the Parisian feuilleton, through the fears of 12-year-old Henryk, to the harrowing Ghetto Diary with its last entry on August 4, 1942 – the wheel of history and Korczak's method of documentation came full circle with perfect, hard precision.
This text is an absolute methodological and biographical foundation for my entire series on Janusz Korczak's "Pedagogical Tree." It reveals an incredible fact: in January 1901, the young Henryk Goldszmit (signing as G.) publicly confesses that he has been writing his own intimate diary for ten years ("I have been writing a diary for ten years and today it has become such a habit that I could not fall asleep without writing at least a few lines"). This means he began keeping it as a small boy of merely 11–12 years old, around 1891, which perfectly coincides with the period of his father's mental illness and the beginning of the family drama.
What is more, already in this student text from 1901, Korczak defines keeping a diary not as a form of literary vanity, but as:
  • A sociological and diagnostic tool: Recording the lives of "ordinary people" (seamstresses, caretakers, children) as the most valuable treasure for a social researcher.
  • A pedagogical "Observation Notebook": Proposing that parents write diaries to preserve educational methods for future generations.
  • An evening confession: The diary as a moral mirror that restrains a person from doing bad things, because they would be ashamed to write them down in the evening.
From here, a straight and direct path leads to the later observation notebooks of children at summer camps, their own diaries, to the "Dormitory Resident's Notebook," and finally to his own harrowing Ghetto Diary of 1942.
The Birth of Korczak's Documentation Method
This remarkably early text is an absolute methodological and biographical foundation for the entire series on Janusz Korczak's "Pedagogical Tree." It reveals an incredible fact: in January 1901, the young Henryk Goldszmit (signed with the initial G.) publicly confesses that he has been writing his own intimate diary for ten years ("I have been writing a diary for ten years and today it has become such a habit that I could not fall asleep without writing at least a few lines"). This means he began keeping it as a boy of merely 11–12 years old, which perfectly coincides with the onset of his father's mental illness and the family's financial collapse.
Furthermore, already in this student text from 1901, Korczak defines keeping a diary not as a form of literary vanity, but as:
  • A sociological and diagnostic tool: Recording the lives of "ordinary people" (seamstresses, caretakers, maids) is the most valuable treasure for a social researcher.
  • A pedagogical "Observation Notebook": The proposal that parents write diaries to preserve educational methods and bind the past with the present.
  • An evening moral confession: The diary as an internal pillory that restrains a person from doing bad things, because they would be ashamed to write them down before sleep.
The Parisian Trace and the Birth of the "Mały Przegląd" newspaper System
The most fascinating part, however, is the very introduction to the article, where the young student Goldszmit admires a Parisian editor who engages in conversation and employs people of the street—chimney sweeps, messengers, seamstresses, and children. It is precisely here, in January 1901, that the original concept and brilliant system are born in Korczak's mind—a system that a quarter of a century later, in 1926, he applied when creating "Mały Przegląd" (The Little Review).
Korczak precisely copied and improved this model. Since young children from poor Warsaw neighborhoods had unique, profoundly interesting observations but often could not write well yet, the Doctor transferred the Parisian mechanism to the soil of Muranów and Wola. He utilized the resources of the adult, professional newspaper "Nasz Przegląd" (Our Review)—it was from there, from the adult editorial office, that a professional stenographer (and later the trained secretary Igor Newerly) came to "Mały Przegląd". He recorded live, literally and without censorship, the torrent of words, accounts, and emotions of children who could not yet hold a pen in their hands.
In this way, the raw, authentic "excellent column" full of urban slang, which the young student dreamed of in 1901, became a weekly reality of a one-of-a-kind newspaper created by children and for children. From the Parisian feuilleton, through the fears of 12-year-old Henryk, to the harrowing Ghetto Diary of 1942 – the wheel of history and Korczak's method of documentation came full circle with perfect, hard precision.
PS. Written on October 20, 2026 - my cousin Tessa´s birthday. Her mother, Chana, a chemistry student at Warsaw University, used to visit my father, Pan Misza, at Korczak´s Orphanage, 92 Krochmalna Street.