Sunday, June 21, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ JEDENASTY W DOMU SIEROT

ROZDZIAŁ JEDENASTY
W DOMU SIEROT
Rozdział jedenasty
Rok szkolny rozpoczynał się pierwszego września. Tego dnia rozpoczynał się również wzmożony ruch w mieście po przerwie letniej.
W Ogrodzie Saskim unosił się zapach więdnących liści i wilgotnej ziemi, ale w powiewach wiatru czuć było już wiosenną ostrość.
W Polsce jesień była milsza dla stworzenia niż wiosna; była w niej tradycja. Nie tylko ze względu na złoty kolor, który jej przypisywano, ale także dlatego, że była przepełniona smutkiem i melancholią porannych mgieł. Z nieba zdjęto już letni błękit, a zawieszone i rozpostarte nad miastem chmury były niemal przezroczyste...
W sklepach, w teatrach, w polityce, w gazetach dało się wyczuć ożywienie po „sezonie ogórkowym”, który usypiał miasto, orzeźwiając duszę. Elektryczność raz w roku opanowywała młodzież szkolną.
Wszyscy wychodzą na zewnątrz, ale tego dnia to dzieci idą na przedzie, pełne powagi i zajęte swoimi sprawami, a za nimi ciągną dorośli. Zupełnie tak, jakby przywykli do ciągnięcia milczących i zbędnych przedmiotów, bez których nie sposób się obejść.
Rola dorosłych polegała jedynie na tym, by być obecnymi i płacić.
Na ulicach Świętokrzyskiej i Nowiniarskiej, gdzie rzędem stały sklepy i stragany z książkami nowymi i używanymi, człowiek musiał torować sobie drogę łokciami.
Również na ulicy robiono już interesy. Wymieniano tu książki na książki, z dopłatą lub bez. Odkrywano tu talenty handlowe: usuwano plamy z książek i brakujące kartki, a handlarz starał się szeptać do ucha młodego klienta niewiarygodne obietnice.
Strona 110
Klienci w sklepach szacują i ustalają ceny podręczników. Umawiają się na wymianę za dopłatą. Wychodzą ze sklepów zadowoleni i uśmiechnięci. Obie strony mają poczucie, że ubiły świetny interes...
Twarze handlarzy są jednak zmęczone. Ich klienci to dzieci, a u nich nie ma pojęcia o wartości pieniądza ani o tym, co kupują. Ich jedynym drogowskazem jest cena.
Po zakupieniu podręczników nadchodzi kolej na przybory piśmiennicze.
Gimnazja i pensje żeńskie wymagały, aby zeszyt nie był zwykłym zeszytem w linię czy kratkę, ale posiadał określony wzór. Na błyszczącej, kolorowej okładce umieszczano kolejną warstwę szarego papieru, a na nią nakładano jeszcze naklejkę z imieniem i nazwiskiem właścicielki. Taki zeszyt przypominał młodą pannę młodą pod welonem. Dziewczynki aż drżały od chęci dotknięcia tego papieru, który szeleścił pod palcami, a dołączony do niego sznurek potęgował jego urok. To zwykłe zeszyty (te bez dodatkowych ozdób) miały długie i nudne godziny życia, wyznaczone przez plan lekcji. Na pensjach żeńskich kładziono nacisk na staranność, która przejawiała się w zewnętrznym wyglądzie zeszytów. Do rysunku geometrycznego wymagano grubych kartek, zeszytów do nut w podłużnym formacie, ciężkich i grubych brulionów w czarnych okładkach, w których dziewczęta zapisywały swoje myśli, przemyślenia i tajemnice.
W kuchni słychać było stukanie moździerzy, w których gospodynie ucierały szafran i cynamon. W piwnicach sprawdzano zapasy beczek na kapustę i ogórki.
A to był dopiero początek wieczoru. Ustalenie nowej godziny lekcyjnej, obietnice i strach przed nowymi zeszytami napawały serca młodzieży i starszych niepokojem przed nowym rokiem szkolnym.
Z tych wszystkich najszczęśliwszy dzień przypadał zazwyczaj na pierwszy dzień września – dzień, w którym wylewano na ulicę rzekę dzieci. Z okien tramwajów wyglądały uśmiechnięte twarze najmłodszych, jakby na powitanie nowego ucznia, który dopiero co zakupił książki, a jego serce przepełniało pragnienie nauki.
W głębi serca dorośli zazdrościli dzieciom tego święta na Świętokrzyskiej. Każdy z nich chciałby cofnąć czas i usłyszeć te słowa, ale dzisiaj to nie dla nich była ta wielka chwila.
On zaczął iść w stronę ulicy Franciszkańskiej, zgodnie z adresem podanym w ogłoszeniu z „Gazety Żydowskiej” (w języku jidysz):
„Poszukiwany lekarz do żłobka / domu dziecka dla niemowląt. Warunki według umowy.”
Szedł ulicą Długą, potem skręcił w róg ulicy Tłomackie i Nalewki. Znalazł się w dzielnicy, która tętniła życiem i handlem.
Strona 111
Wkraczał w samo serce ruchu i zgiełku dzielnicy handlowej. Ruch ten tętnił w wąskich przejściach między kamienicami, w podwórzach-labiryntach pełnych ukrytych warsztatów i małych fabryczek, w których pracowali rzemieślnicy, oraz w bocznych uliczkach zamieszkałych przez najuboższych. Na ulicy Franciszkańskiej poczuł zapach ryb, cebuli i zgniłych owoców.
Handlowa część ulicy, po przejściu przez plac Muranowski, docierała do ulicy Gęsiej, która ciągnęła się dalej aż do placu Parysowskiego. Stały tam rzędy nędznych straganów, z których unosił się zapach śledzi i ziemniaków.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, do jego uszu dotarł dziwny, jednostajny dźwięk. Był to płacz dzieci. Zrozumiał, że dotarł na miejsce. Przeszedł przez bramę szarej, obskurnej kamienicy, wszedł na klatkę schodową o obitych i zniszczonych stopniach i podążył za tym dźwiękiem, aż poczuł zapach stęchłego mleka.
Na drzwiach wisiała tabliczka:
„Żłobek / Dom dziecka”
Słychać było krzyk mijanych przechodniów. Nie pukając do drzwi, wszedł dziarskim krokiem. Nie pytał, nie szukał.
Drzwi na pierwszym piętrze okazały się zamknięte. Otworzył je i znalazł się w długim, ciemnym korytarzu. Na ścianach wisiały ubranka dziecięce.
– Gdyby nie zapach, rozpoznałbym to miejsce po samych ubraniach. „Arme Leute Geruch” (zapach biednych ludzi) – pomyślał sobie.
N持t nie zauważył jego wejścia, więc wsunął głowę do pokoju. Sala, w której się znaleźli, była duża i dość jasna. Wzdłuż ściany stało zaledwie kilka małych stołków. Na czystej, drewnianej podłodze z grubych desek siedziały dzieci.
Strona 112
Szybko policzył wzrokiem ich głowy. Był zaskoczony ogromną liczbą małych, ogolonych główek. Z tego powodu trudno było odróżnić dziewczynki od chłopców. Wszystkie nosiły takie same fartuszki, uszyte z niebieskiego materiału z białymi tasiemkami. Na stopach miały jedynie sandały.
Zdążył też dostrzec kilka roślin doniczkowych, „pelargonii”, stojących na parapecie w rogu sali.
Dzieci były pozostawione same sobie. Były tak zaskoczone, że postanowił wykorzystać nadarzającą się okazję. W swoim entuzjazmie zostawił kapelusz oraz płaszcz, po czym wkradł się na palcach do pokoju i usiadł na podłodze. Zrobił to zapewne tak naturalnie i z takim nawykiem, że dzieci nie okazały ani trochę strachu czy nieśmiałości.
W tym samym momencie, gdy wszedł, w pokoju nastała cisza, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wtedy zaczął naśladować brzęczenie muchy, a zaraz potem zaczął śpiewać razem z nimi:
Aba u'Inyanyim lifne et ha-panim
She-yi-yu lo kesef me'a ve-arba'im...
Jednak to wyjątkowe badanie zostało przerwane przez głos wychowawczyni, kobiety, która nagle weszła z drugiego, ciemnego pokoju. Była ubrana w czarną spódnicę i biały fartuch.
Natychmiast go rozpoznała.
Strona 113
– Rzeczywiście, to właśnie tego pana mogłam się tutaj spodziewać – wykrzyknęła, wyciągając do niego obie ręce.
On podniósł się z podłogi.
– Co to ma znaczyć?
– Dzieci siedzą same na podłodze... Ogłoszenie, że potrzebny jest stały lekarz do domu dziecka... Czy nie pamięta pani wykładów, których słuchaliśmy w Zurychu? Przecież to jest dokładnie jak „Casa dei Bambini” na ulicy Franciszkańskiej.
Nie zgodziła się z jego słowami, uśmiechnęła się i zaprosiła go do swojego gabinetu.
– Według tego, jak to u nas zorganizowano, wszystko jest dość skromne. Mamy tylko trzy pokoje: przedpokój, salę zabaw i mój gabinet – biuro.
– Ale cóż to za szczęśliwy zbieg okoliczności sprowadził pana tutaj? – Nie mogła się powstrzymać od pytania.
– To nie przypadek, lecz po prostu szukam posady. Jako lekarz – wyjaśnił. – Wypełniłem już swój obowiązek w wojsku i mam doświadczenie z pracy w szpitalu. Poświęciłem się pediatrii.
Wiedziała o wszystkim. Czytała jego książki wydane w księgarni, w której znajdowało się laboratorium, razem z panią Mutermilch, która tłumaczyła bajki.
– Nikt nie potrafi zrozumieć duszy dziecka lepiej niż pan. Nikt nie zna jego języka... Wydaje się, że lata pracy pedagogicznej przygotowały pana do tego...
– Nie mam zupełnie żadnego doświadczenia pedagogicznego. Po prostu wszystkie dzieci tego świata są w moich oczach najpiękniejsze, a szczególnie te dzieci – dzieci z biednych dzielnic. Ale skąd u pani wziął się pomysł, by poświęcić się nauczaniu?
Nie mogła postąpić inaczej. Zaczęła jako nauczycielka. Była wychowawczynią dla swoich uczennic. Po prostu nie mogła znieść widoku głodnych dzieci, tej biedoty, tych inteligentnych małych sprzedawców bawiących się w rynsztoku... Właśnie tak narodziła się jej misja...
Strona 114
– Czyż nie opowiadałam panu, że on sam jest jak wielki dom opieki. Udało mu się wynająć lokum za niewielkie pieniądze, ale czynsz i tak nie jest mały. Gmina daje mu wsparcie. Zmieniałam dwa razy łóżka z powodu jednej plagi, a prześcieradła dostałam od piekarza. Sukienki uszyły mi dziewczęta z pracowni krawieckiej pana G. N. S. z ulicy Gęsiej. Znam ich ojca. Przyznano im na ten cel specjalny budżet od rządu...
– I to wszystko sama pani ogarnia? Z tych skromnych funduszy utrzymuje pani to schronisko dla niemowląt?
– Trochę pomagają mi znajomi. Mam też małą pomocnicę, bardzo młodą – przedstawię ją panu później – ma osiemnaście lat... A teraz pan dołączy do naszego zespołu jako lekarz...
Jej odwaga i naiwność poruszyły jego serce: co warte jest dla trzydziestu niemowląt w tym schronisku te kilka groszy? A jeśli dzieci zachorują, dopadnie ich jaglica – czy wystarczy szklanka mleka i krople do oczu?
– To przecież dopiero początek – powiedziała. – W każdym razie to lepsze niż nic.
W drzwiach biura zapukała Estera. Skierowała w ich stronę parę dużych, bystrych oczu, które patrzyły z zaciekawieniem.
– Pani Adela przyszła – zawołała i natychmiast zniknęła.
Stefania zaśmiała się zmieszana. To był pierwszy raz, kiedy zwrócił na nią uwagę. Śmiech ten rozjaśnił jej twarz i ukazał dwa dołeczki w policzkach, zupełnie jakby u dzieci, które przed chwilą się śmiały. Jej włosy były upięte z tyłu, odsłaniając jasne, szerokie czoło. Jednak cała ta bladość i zmęczenie pod jej oczami świadczyły o skłonnościach kobiety, która oddała całe swoje życie tej misji.
– Czy Adela już jest?
Weszła wystrojona, zawstydzona, w kolorowym, wzorzystym kaftanie, z ufryzowanymi włosami, w sandałach na wysokim obcasie.
– Przyniosłam cukierki dla dzieci – usprawiedliwiała się na progu i stanęła zmieszana na widok młodego doktora.
Strona 115
– Stefania to kuzynka mojego męża – powiedziała, witając go ze spuszczonymi oczami.
Spojrzał na nią z bliska, niemal z dystansem, jakby oboje zbliżyli się do siebie tylko po to, by szeptać i patrzeć na drugi brzeg rzeki. Rozdzielał ich jednak mur, który był wyższy od nich samych...
Zastanawiał się w duchu, jak zdoła uleczyć jej serce i choćby na chwilę przywrócić jej radość życia.
W blasku słońca jej twarz wydawała się blada w porównaniu z pokrytym kurzem białym czołem. Jej jasnoniebieskie oczy wyrażały nieustanny niepokój. Nie zawiodła jego nadziei, choć była daleko od swojej ojczyzny i nie napisała ani jednej książki, której stronice ociekałyby łzami. Nie była też pisarką, choć niejedną swoją myśl zapisała.
Zaczęła odczuwać głęboki smutek z powodu tego życia, które jawiło się jej jako symbol otaczającego ją środowiska. Ta nędza, to codzienne życie...
– Dlaczego ona tu przyszła? Co ją tu sprowadza? – pytał sam siebie, starając się nie urazić jej żadnym grubiańskim słowem.
Nie chciał być niesprawiedliwy w stosunku do niej, mimo że spotkał ją w tym stanie. Choć her obecność nie przynosiła mu ukojenia ani wewnętrznego spokoju... Przygryzł usta i milczał. Nie miał ochoty wyjaśniać jej powodu swojej obecności w tym biurze.
Stefania poczuła się nieswojo.
– Zostawię pana na chwilę samego – powiedziała.
Obydwie kobiety wyszły do dzieci. On został sam. Na jego ustach pojawiły się wspomnienia z czasów młodości w Szwajcarii. Usiadł przy stole i zaczął pisać na kartce papieru, która leżała przed nim. Pojawiły się na niej małe domki z dachami pokrytymi strzechą.
– Przecież wie pan, że nie opuszczę tych dzieci – powiedziała Stefania cichym głosem.
– Myślałem, że pogoda jest ładna i dlatego... Ale poproszę jedną z sąsiadek, żeby przypilnowała niemowląt. A tak przy okazji, ta kobieta, która tu była...
Strona 116
– Zamierzam wyjść za pół godziny, gdy to przedstawienie się skończy... Czekam na tramwaj. Czy skończyłeś już pracę? O tej porze nie ma sensu wybierać się na żadne spacery...
– Aha, rozumiem. Łączysz przyjemne z pożytecznym z tym młodym doktorem.
– W ogóle go nie znam. To pierwszy raz, kiedy widzę go na oczy – skłamała. – Według ogłoszenia szuka pracy.
– Radziłam ci, żebyś się z nim nie kontaktowała. Znam go trochę. Wiadomo, że to człowiek dziwny i niestały w swoich przekonaniach. Zresztą – dodała po chwili namysłu – całkiem możliwe, że pasujecie do siebie.
Stefania poczuła gorycz w jej głosie.
– Ile razy prosiłam cię, żebyś nie przychodziła na ulicę Franciszkańską w powozie – powiedziała. – Przecież możesz odwiedzić mnie w domu, wieczorem.
Wieczorem ulica była cicha i pogrążona we śnie. Stefania, na miłość boską – zwróciła się do niej błagalnym tonem, niemal szeptem – nie jesteś już dzieckiem, ale młodą kobietą. Odpuść sobie te kwiatki, twoje starania nie są doceniane. Adela bardzo chciała wyrwać Stefanię z tego letargu. Adela nie była stąd.
– Czyż nie wiesz, że nie mówię tego złośliwie, ale dlatego, że zależy mi na tuoim dobrym imieniu? Co będzie na końcu? Nie przyjmujesz od nikogo pomocy. Nie widzisz przyszłości. Ten brud, ten hałas! Czy nigdy nie wyjdziesz za mąż? – zagroziła jej, jakby to było jej ostatnie ostrzeżenie.
– Dobrze, nie wyjdę za mąż – odpowiedziała. – Ale teraz już idź stąd.
Chcąc złagodzić szorstkość swoich słów, dodała łagodniejszym głosem:
– Dziękuję ci za cukierki. Odwiedź mnie, Adela, w sobotę.
Gdy Adela wyszła za drzwi i odetchnęła z ulgą, Stefania wróciła do biura. Wokół stołu-biurka tłoczyły się dzieci. Ze wszystkich stron...
Strona 117
Przyglądały się młodemu doktorowi. Jakże wspaniale dodawał do swoich rysunków drzewa, kury i kwiaty!
Poprosiła je, aby wyszły z pokoju.
– Musimy ustalić warunki pracy.
Wymienił kwotę nowego, najwyższego wynagrodzenia. Spojrzała na niego z lękiem. Budżet nie był aż tak wysoki, nie nadążał za wydatkami. Bała się, że on odejdzie, że straci zapał. Z trudem ukrywała swoje poruszenie.
– I cóż, ile mogłabym panu zapłacić? – zapytała z uśmiechem, ze strachem czekając na odpowiedź.
Najważniejsze, żeby starczyło na koszty podróży.
Wyciągnęła z torebki banknot pięciorublowy i podała mu go.
– Rzeczywiście, dziwne są moje obyczaje – pomyślała w duchu – ale jakże miły to człowiek!


Komentarz: Warszawskie zaplecze Rozdziału 11
Ta strona stanowi przepiękne, literackie otwarcie kolejnego etapu opowieści Pauliny Appenszlak i przynosi cenne szczegóły topograficzne przedwojennej Warszawy:
  1. Sezon ogórkowy i powrót do szkół: Autorka z wielkim humorem i realizmem opisuje warszawski wrzesień z przełomu wieków. Koniec letniego zastoju (tzw. „sezonu ogórkowego”) i moment, w którym dzieci przejmują władzę nad miastem, pędząc do szkół i „ciągnąc dorosłych jak nieme istoty”, to wspaniały, socjologiczny obrazek dawnej Warszawy.
  2. Topografia antykwariatów – Świętokrzyska i Nowiniarska: Tekst precyzyjnie wymienia dwie legendarne warszawskie ulice handlu książkami: ulicę Świętokrzyską (słynącą z dziesiątek żydowskich i polskich antykwariatów) oraz ulicę Nowiniarską (mieszczącą się na Muranowie, będącą sercem handlu używanymi podręcznikami i literaturą w dzielnicy północnej). Opis dziecięcego handlu wymiennego, tuszowania plam w starych książkach i „wciskania towaru” to kapitalny detal obyczajowy.
  3. Klamra z Domem Sierot: Choć tytuł rozdziału brzmi „W domu sierot”, strona ta wprowadza nas w ten wątek poprzez opis dzieci starszych, szkolnych, co w kolejnych krokach prawdopodobnie doprowadzi do zderzenia tej dynamicznej rzeczywistości z losem najmłodszych, porzuconych dzieci w żłobkach, którymi Korczak również się opiekował.

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: W MAŁYM SZPITALU NA ULICY ŚLISKIEJ (Strony 97–108)

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: W MAŁYM SZPITALU NA ULICY ŚLISKIEJ (Całość, strony 97–108)

Oto tekst całego Rozdziału Dziesiątego, przygotowany bezpośrednio do wklejenia na mój blog Jim bao Today:

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY: W MAŁYM SZPITALU NA ULICY ŚLISKIEJ
– Czego szuka pielęgniarka?
Naczelny lekarz rzucił w jej stronę surowe spojrzenie zza swoich okularów. Nie lubił, gdy ktoś z jego podwładnych wchodził do niego bez wezwania. Czerwone policzki pielęgniarki Felicji, jej czarne, niespokojne oczy, świadczyły o stanie wzburzenia. Miętosiła w dłoni róg swojego fartucha, przygotowana najwyżej na potok łez.
Mały szpital, o którym mowa, noszący imiona Baumanów i Bersohnów, znajdował się na ulicy Śliskiej. Usytuowany w głębi, nie był odgrodzony od ulicy niczym innym jak żelazną bramą, a jego zewnętrzny wygląd i prymitywne wyposażenie nie przypominały w niczym innych szpitali miejskich. W swoim czasie został ufundowany przez dwie znane rodziny żydowskie; obecnie był utrzymywany na koszt gminy. Pracowało tu kilku młodych pediatrów oraz zaledwie kilka pielęgniarek. Jednym z tych młodych lekarzy, początkujących na tej drodze, był Doktór Henryk Goldszmit.
– Przychodzę w sprawie Doktora Goldszmita, – ogłosiła pielęgniarka.
Twarz naczelnego lekarza spoważniała. Nie poprosił jej, by usiadła, ponieważ od razu domyślił się natury sprawy, która ją tu sprowadziła. Ale sprawa ta nie była nowa; to nie była pierwsza taka skarga. W ubiegłym tygodniu, jak go poinformowano, ten młody lekarz wyszedł do bramy szpitala i nakazał wpuścić wszystkich krewnych, którzy przyszli odwiedzić dzieci. Co więcej, złamał w ten sposób sztywne przepisy szpitalne dopuszczające na teren tylko dwie osoby, i to wyłącznie raz w tygodniu, w określonych godzinach. Jak się okazało, Doktor obiecał dzieciom, że jeśli w ciągu dnia wypiją swoje lekarstwa bez buntu, pozwoli ich matkom wejść do nich następnego dnia... aby każdy mógł zobaczyć: siostry i bracia, wujkowie i ciotki, a nawet przyjaciele. Ogromny tłum ludzi stał przed bramą, jak zwykle w dni odwiedzin. Stałem tam i czekałem. Za kilka chwil ten potok ludzki zaliczył wejście do szpitala. Łatwo było pojąć, jak wtedy wyglądał ten dom chorych.
Ale to naruszyło autorytet lekarki w oczach pielęgniarek i personelu. Naczelny lekarz nie zareagował od razu na tę aferę, która wisiała w powietrzu, lecz milczał.
– Widzę, że szanowny pan Doktor pragnie sprowadzić do szpitala groźne zarazy w tak wielkiej liczbie, jak to tylko możliwe – ironizował naczelny lekarz pod adresem Doktora. – Gdyby pan widział, jak te dzieci śpią i jak żaden strażnik nie potrafi zapewnić im spokoju w nocy... – kontynuował. – On pozwolił na te wizyty w każdy wtorek i czwartek. Przecież to nakłada na szpital ogromny ciężar zmartwień. Dlaczego tak często ulegamy tym prośbom, skoro to sprzyja szerzeniu się chorób? Dlaczego nie odmawiamy matkom, gdy przynoszą do szpitala te chore niemowlęta, mimo że warunki w ich domach są tak potworne? Dlaczego pozwalamy, by rodzina z nizin społecznych narzucała nam swoją wolę, co nie podoba się kierownictwu i łamie serce?... – zakończył, a z jego ust unosił się zapach tytoniu. – I to nie przynosi nam żadnych korzyści.
Naczelny lekarz nie pozwolił jej na dalszą dyskusję. Sprawa ta powróciła do niego z wielką siłą, zmuszając do podjęcia radykalnych kroków. Wydał rozkaz, by wyznaczyć godzinę, w której Doktor złoży oficjalne wyjaśnienia i zakończy tę samowolną praktykę w szpitalu, co miało służyć za przykład dla innych.
Lekarze pracujący w szpitalu mieli zwyczaj spotykać się wieczorami w jadalni. Często zapraszali go do siebie i radzili mu, by w trudnych przypadkach nie unikał konsultacji medycznych. „Kiedy tylko nadarzy się okazja, wyjdź na świeże powietrze, zdejmij ten stary płaszcz roboczy” – prosili go z życzliwością. W ich obecności, przy badaniu ran i bandażowaniu chorych dzieci, jego zachwyt nad pacjentami nie był im obcy. Ale w tej małej izolatce, płacz niemowlęcia nie był tak głośny jak przedtem.
– Co znowu się stało? – zapytał naczelny lekarz z niechęcią w głosie.
– Nie mam już siły, by to tolerować, – odpowiedziała pielęgniarka. – Ale nie potrafię udzielić panu rady w tej materii.
– Opowiedz mi wszystko, siostro.
– ...Sprzątaliśmy dziś salę chorych w szpitalu. Pod łóżkiem jednego z małych pacjentów znalazłam prawdziwy schowek na śmieci, ukryty przed naszym wzrokiem. Nie potrafię nawet opisać, co tam było: potłuczone kamienie, gwoździe, kawałki gumy, stare bilety tramwajowe, a nawet sznurki od paczek. Wyjaśniłam chłopakowi, że muszę wyrzucić te wszystkie śmieci. Mały pacjent uparcie bronił swojego schowka i nie pozwalał mi dotknąć owych skarbów. Wyciągnęłam więc na siłę jego pudełko, na co chłopak zaczął głośno płakać. W tym samym momencie do sali wszedł dr Goldszmit, podszedł do łóżka chorych i zapytał chłopca, dlaczego płacze.
– Ona zabrała mi mój „Żelazny Fundusz”... – poskarżył się maluch.
– Parsknęłam śmiechem. Pokazałam Doktorowi tę „kolekcję”. Te gwoździe i sznurki były dla niego ważniejsze niż czysta szafka przy łóżku!
– To nie są zwykłe śmieci... – powiedział Doktor, a w jego głosie brzmiała nuta głębokiej powagi. – Zobacz, siostro, jak te przedmioty łączą dziecko z jego domem i z rodzicami. Gdyby mały pacjent nie miał przy sobie tych pamiątek, jakże trudna byłaby dla niego ta walka z chorobą i samotnością?
Sądziłam, że Doktor żartuje ze mnie.
– Ale to jest moja wina! – zawołała pielęgniarka.
– W naszych oczach ta kolekcja nie ma żadnej wartości, siostro, – kontynuował Doktor. – Ale dla dziecka te drobiazgi są bezcenne. Każda rzecz ma swoją historię i budzi wspomnienia o bliskich. Za tymi szafkami ukryty jest cały intymny świat dziecięcy, który musimy otoczyć szacunkiem i opieką.
– Nie, panie Doktorze, v takich warunkach nie będę dłużej pracować w tym szpitalu. Albo ja odejdę, albo...
– Uspokój się, siostro, spróbujemy rozwiązać tę sprawę polubownie – wtrącił się naczelny lekarz.
Milczenie, jakie zapanowało w gabinecie, było trudne do zniesienia dla wszystkich. Ta dyskusja nie prowadziła do niczego dobrego.
– Szpital nie jest miejscem na te wychowawcze eksperymenty, panie Doktorze – powiedział surowym głosem dyrektor.
Doktor spuścił głowę i nie odpowiedział.
– Wszędzie tam, gdzie te eksperymenty naruszają higienę i porządek, musimy reagować z wielką surowością – dodał naczelny lekarz.
Ta dyskusja była dla Henryka bolesnym doświadczeniem. Widział, że biurokracja medyczna... przerywała jego wywody. Atmosfera w pokoju stała się gęsta od niepokoju.
– Pomyśl tylko, co ja tutaj widzę. Jestem zszokowany tymi wszystkimi nowinkami, które sprowadził pan z zagranicy, – kontynuował naczelny lekarz swoją tyradę pod adresem Henryka. – Słyszałem o tych różnych, dziwnych rzeczach: nazywa pan tę metodę imieniem owej rzymskiej lekarki, „dr Montessori”. Żądacie wolności dla dzieci, szacunku dla ich podmiotowości. Ale przecież my nie jesteśmy tutaj w zakładzie opiekuńczym czy w szkole, panie Doktorze. Nasz dom jest szpitalem, instytucją medyczną, i cała ta samowola z pana strony godzi bezpośrednio w autorytet kierownictwa. Ale pan najwyraźniej nie dba o te zasady; zamyka pan oczy na fakty i na przepisy, a dla pana ważniejszy jest humor chorych dzieci niż dyscyplina i porządek sanitarny...
Henryk milczał. Rozkaz, władza, autorytet – pomyślał w duchu – co te wzniosłe słowa wnoszą do leczenia chorych niemowląt?
– A co do „nowoczesnego wychowania”, o którym pan tak pięknie mówi, – wtrącił się do rozmowy ten drugi, starszy lekarz w zniszczonym garniturze. – Proszę mi wyjaśnić, czy te wszystkie rewolucyjne teorie i eksperymenty, które pan testuje, sprawią, że te dzieci nie będą odczuwać bólu, głodu i cierpienia? Czyż te metody uchronią je przed epidemiami i przed śmiercią? Czy te wiersze i te opowieści...
W tym miejscu dyskusja przybrała na sile. Za każdym razem, gdy rozmowa schodziła na temat systemu kar w szpitalu, Doktor stawał się niespokojny, aż do granic wytrzymałości. Nie panował już wtedy nad swoim gniewem:
– W tym szpitalu brakuje empatii, brakuje szacunku dla drugiego człowieka! – zawołał, a jego głos drżał od nadmiaru emocji. – Uważacie te dzieci za bezimienne przypadki medyczne, skazane na wasz los, a nie za małych ludzi, którzy potrzebują miłości i duchowego oparcia. Ta wasza surowa dyscyplina to jest więzienie...
Naczelny lekarz zmierzył go wzrokiem pełnym złości i pogardy. W odpowiedzi Henryka dopatrzył się buntu przeciwko swojemu autorytetowi, a złość ta potęgowała się na myśl o tym, że ten młody student-lekarz ośmiela się pouczać doświadczonych medyków. Nie było tam miejsca na dyskusję; dyrektor uważał, że słowo „rozkaz” oznacza rozkaz, a każda próba sprzeciwu musi być ukarana w sposób radykalny i bezwzględny, tak aby Doktor zrozumiał swój błąd – i nie wracał do niego nigdy więcej.
Nawiasem mówiąc, to spotkanie z dyrektorem nie zakończyło się wcale pomyślnie dla Henryka. Rozmowa ta, która miała miejsce w biurze przed wejściem Doktora do pracy w szpitalu, została przerwana przez nagłe pukanie do drzwi. Na progu pokoju stanął mały stróż i podał mu mały liścik papieru, na którym widniał odręczny napis: Dr Henryk Goldszmit, Lekarz miejscowy, Szpital Oficjalny dla Dzieci, od godziny 5 do 7 po południu. Dla matki Henryka ten dzień był dniem oficjalnego zapisu jej syna na listę lekarzy szpitala... według tego, co zostało zapisane w owej księdze, od czasu jego powrotu z podróży studyjnej.
But w domu rodziców Sytuacja stawała się coraz gorsza. Trudno było wyobrazić sobie, w jaki sposób Doktor zdoła uciec od tych rozmyślań, jak zorganizuje swoje nowe, samodzielne życie. Przecież do tej pory to on utrzymywał matkę i siostrę z pieniędzy, które zarabiał na lekcjach i z pierwszych honorariów; ta praca nauczyciela domowego była jego jedynym źródłem dochodu w tamtym okresie. Wybuch wojny, owej wielkiej wojny rosyjsko-japońskiej, odebrał młodemu lekarzowi szansę na spokojny rozwój kariery naukowej na uniwersytecie w Warszawie. Został zmobilizowany i wysłany na daleki front jako lekarz polowy armii carskiej.
Na szczęście wojna ta skończyła się po kilku miesiącach. Po powrocie z dalekiego Wschodu, Henryk wysłał swój kolejny artykuł z głębokimi wspomnieniami o domu i o latach dzieciństwa. Po ubiegłym roku, w którym przebywał poza krajem, powrócił do pracy w szpitalu na Śliskiej, starając się zapomnieć o tych wszystkich okropnościach, jakich doświadczył na froncie, o mrocznych i dusznych okopach, o krwawej rzezi i o ranach żołnierzy. Doktor nie lubił opowiadać o wojnie. Zwykle mawiał: „Pierwszy rok na froncie to jest okres trudnych doświadczeń, ale drugi rok to już pasmo potwornego cierpienia, z którego człowiek powraca z sercem pełnym żalu i bezsilności wobec losu, a trzeci rok... to już tylko śmierć, bez cienia nadziei i litości”.
Po powrocie do szpitala na Śliskiej, Henryk stał się człowiekiem powszechnie znanym i szanowanym w Warszawie. Po latach, gdy jego nazwisko stawało się coraz bardziej popularne w kraju, redakcje gazet zaczęły prosić go o pisanie artykułów publicystycznych, na co chętnie się zgadzał. Pamiętał te wszystkie szczegóły – rozmowy z dziećmi, ich uśmiechy, ich małe tajemnice z pokoju chorych, w oparciu o które budował swoje nowe, rewolucyjne opowiadania literackie. Książka ta ukazała się w druku tuż po powrocie z frontu, stanowiąc owoc jego przemyśleń i obserwacji nad losem najmłodszych. Ta analiza psychologiczna i medyczna była pełna głębokiej empatii, a styl autora – jasny, rzeczowy i pełen miłości do dzieci. Sukces tej publikacji nie wywołał jednak u Henryka dumy czy pychy; matka i siostra były z niego dumne, ale v jego sercu tliła się tylko jedna myśl: jak pomóc tym biednym sierotom, które kochał nad życie.
Od czasu do czasu w szpitalu pojawiała się jakaś uboga kobieta, owinięta w chustę, trzymająca na rękach chore niemowlę. Ten widok budził w Doktorze głębokie wzruszenie. Przyjmował matkę z dzieckiem w swoim gabinecie, badał malucha z wielką precyzją, przepisywał leki, a na koniec – wyciągał z kieszeni kilka groszy i podawał kobiecie na zakup mleka dla dziecka, starając się nie urazić jej dumy i godności osobistej. Doktor nie był tym lekarzem, który leczy tylko bogatych pacjentów dla zysku i zaszczytów. Służył najbiedniejszym, oddając swoje siły na rzecz cierpiących dzieci ulicy, a ta bezkompromisowa walka z nędzą i brudem była jego prawdziwą misją życiową. Z tej pracy naukowej i literackiej czerpał wielką siłę i radość, mimo potwornego zmęczenia. Choć los nie szczędził mu bolesnych ciosów, w jego sercu wznosiła się nowa idea, świetlany plan stworzenia wielkiego domu dla sierot w Warszawie... Smorstokiewicz. On płacił w terminie, a ten ciągle domagał się kolejnych, nowych książek.
Tego lata młody lekarz po raz pierwszy wyjechał na kolonie letnie z polskimi dziećmi. Pojechał tam wraz z nimi, by odpocząć. Od samego początku jego matka sprzeciwiała się pomysłowi zmniejszenia jego zaangażowania i roli jako lekarza. Ale po upływie trzech miesięcy lata, gdy powrócił, sprzeciw z jej strony ustał, a on otrzymał kolejną propozycję wejścia w zupełnie nowe otoczenie. Wspomnienia z owych kolonii letnich z dziećmi zostały spisane w formie relacji, które opublikował wkrótce potem w dwóch książkach zatytułowanych: Mośki, Jośki i Srule oraz Józki, Jaśki i Franki. Przyniosły mu one ogromną popularność. Książki te nie tylko opisywały codzienne zabawy i życie małych dzieci z kolonii, ale stanowiły unikalny materiał badawczy, próbujący wyciągnąć naukowe wnioski z obserwacji dzieci polskich i żydowskich z nizin społecznych. Ta analiza literacka i wychowawcza była doskonałym źródłem wiedzy dla pedagogów i badaczy zajmujących się tym tematem.
Trzy miesiące lata miały dla niego ogromną wartość z punktu widzenia zbierania budżetu. Doktor nie trzymał w swoim biurze w szpitalu żadnych oszczędności, z tego powodu wszystkie te pieniądze przekazywał na utrzymanie matki w domu. Sądził jednak, że ta sytuacja nie potrwa długo, i miał rację, o czym przekonał się wkrótce. Pragnął napisać nową książkę dla dzieci, a ta propozycja zorganizowania nowej pracy spotkała się w owym momencie z gwałtownym sprzeciwem ze strony kierownictwa szpitala. Uważał on to pisanie za sprawę ostateczną. Stał w obliczu wydania książki Początek. Przez trzy dni prawie nie opuszczał swojego pokoju, nie chciał jeść ani pić. Czuł się skrajnie wyczerpany nerwowo. Z tego powodu nie był w stanie odpowiedzieć na pytania, dlaczego nie pojawia się w szpitalu; leżał w łóżku bez ani jednej myśli w głowie i zupełnie bez sił.
Rachunki w sklepach spożywczych rosły, a długi stawały się coraz większym i cięższym problemem. W ciągu ubiegłych trzech miesięcy rodzice byli zmuszeni płacić szpitalowi za czynsz lokalu, a z pieniędzy ze sprzedaży artykułów nie starczało nawet na opłacenie ubrań. Czyż ta sytuacja nie była dla matki powodem do gniewu i niepokoju o los syna? Ona wiedziała, że on jest chory. Wtedy otworzyła się przed nim dyskusja na temat „Idealistów i ludzi czynu”, w której z wielkim smutkiem i zaangażowaniem opisywał tych wszystkich, którzy unoszą oczy ku gwiazdom i nie widzą tego, co dzieje się wokół nich na ziemi – w tym nędznym pokoju. Doktor spuścił głowę i nie odpowiedział. Ta kłótnia z matką zepchnęła go znowu na pozycję samotnika. Słowa te wywarły na niego potworny wpływ; ta porzucona praca literacka nie pozwalała mu już na dalsze pisanie opowiadań, a v jego sercu mieszały się sprzeczne uczucia... uprzedzenia i ograniczenia, jakie nałożyło na niego otoczenie. Ale on nie narzekał. Zaczął z wielką wiarą wierzyć w misję, jaka na nim spoczywała. Znowu stał się wolnym człowiekiem, który spędza długie godziny na rozmyślaniach i notuje te spostrzeżenia w swoich pamiętnikach. O godzinie piątej po południu siadał przy stole w jadalni, a na stole leżała miska pełna kapusty i dwie kromki chleba, pasujące do atmosfery tego ubogiego domu.
– Czy chłopak znowu jest głodny?
– Nie, – odpowiedział. Ale jego wzrok był pełen smutku i znużenia.
Żona właściciela mieszkania wysłała list ze skargą do jego matki, w którym opisała trudne warunki bytowe her syna w tym ciasnym pokoju. Od tego czasu nikt już nie zaglądał do jego mieszkania, a on nie potrafił znaleźć dla siebie nowej pracy. Przez kilka dni Staszek bawił się z nim na podwórku, badając te małe, unikalne drobiazgi w szafce tajemnic.
Wiadomość ta spadła na pannę Wilczyńską przy ulicy Solec, w owym małym pokoju, w którym przebywała od czasu zakończenia wojny. Pojawiła się u niej matka tego chorego chłopca, ta sama, która mieszkała tam przez sześć miesięcy. Kobieta była owinięta w chustę, na nogach miała zniszczone buty, a na jej twarzy, pokrytej plamami i zmarszczkami, odmalowało się głębokie zmęczenie. Złożyła przed nią niski ukłon.
– Dawne, dobre czasy powróciły, – wspominała. – Pamięta pani Doktora?
– Tak, oczywiście, pamiętam go, – odpowiedziała ze łzami w oczach. Dla obu tych kobiet te lata spędzone w rodzinie Wójcikiewiczów przy ulicy Solec były okresem najważniejszych i najpiękniejszych doświadczeń życiowych.
– Gdzie jest teraz ojciec dzieci? – zapytała.
Kobieta wybuchnęła płaczem.
– To już dwa lata, odkąd zabrano go do szpitala, – łkała w milczeniu. – Zachorował w fabryce na zapalenie płuc, zabrali go do tego małego szpitala miejskiego, a lekarze nie zdołali go uratować. Zmarł tam, w nędzy, i nikt go nie pochował jak należy.
Henryk stał tam jak rażony piorunem.
– A jak poradziłaś sobie z tą sytuacją?
– Cóż, poszłam do pracy jako praczka, tak jak dawniej. Wikta pomaga mi przy praniu... – wołała kobieta ze łzami w oczach, a her małe dziecko, Kazio, trzymało się mocno jej fartucha, płacząc z głodu i zimna... Nie zapytał o nic. Odczekał, aż ona sama dojdzie do siebie. Jej prośba dotyczyła pomocy towarzystwa filantropijnego w her uwięzieniu w owej izbie nędzarzy.
– Ale przecież to małe dziecko umarło, prawie natychmiast.
– Czyż mało jest małych dzieci, które rodzą się i natychmiast są grzebane w ziemi, na cmentarzach?! – wołała. – Nikt nie spieszy się, by w ogóle zainteresować się tą sprawą, by zapytać patronat towarzystwa pomocy więźniom i ich rodzinom. Przecież nałożono na nas obowiązek milczenia, a prośba wysłana do nich ugrzęzła u stróża w biurze. Znowu nadeszła fala potwornych utrapień, która miała trwać przez całe miesiące. Ona dawała z siebie wszystko, niemal do końca. Dla matki i siostry zostawił tylko skromną kwotę pieniędzy na opłacenie najpilniejszych wydatków, aby mogły pokryć koszty zakupu ubrań i uniknąć nędzy.
Dwa razy w tygodniu Henryk spotykał się z młodymi chłopcami w ochronce dla dzieci. Inni lekarze pojawiali się tam raz na jakiś czas, w soboty, na krótką chwilę. Ale dla dzieci to nie była zwykła izba opieki, lecz schronienie pełne miłości, w którym mogły zjeść i napić się herbaty, siedząc wokół małego stołu. Wszystko to zorganizował bez żadnych dotacji czy pomocy finansowej z zewnątrz. Nie szukał też specjalnych funduszy w komitetach, mimo że na białych listach darczyńców ich nazwiska lśniły czystością. W tamtych czasach te spotkania i wizyty w ochronce nie były dobrze widziane przez oficjalne, konserwatywne kierownictwo. Przecież to on – ten młody lekarz – ośmielił się zmienić dotychczasowy, surowy regulamin i nie pozwalał na to, by biurokracja narzucała swoją wolę dzieciom, podczas gdy wokół szalały epidemie tyfusu i zapalenia płuc.
– Wszyscy ci urzędnicy uważają, że te dzieci z nizin społecznych nie są w ogóle ludźmi i nie mają żadnych praw do godnego życia i zdrowia! – pisał Henryk w swoich notatkach, pełen buntu i goryczy.
I w ten sposób, mimo sprzeciwów, Doktor nie zaprzestał spotykać się ze swoimi młodymi przyjaciółmi z dzielnic biedy. Umawiał się z nimi v różnych miejscach, w tanich garkuchniach dla robotników, przy kubku gorącej kawy i kromce chleba, a czasami spędzał z nimi długie godziny na podwórkach kamienic. W pierwszym rzędzie tych spotkań stał wielki, solidny stół z ciemnego drewna, nakryty czystym obrusem, na którym leżały przysmaki: drożdżówki, obwarzanki, gruszki w syropie, a obok nich – garnek z mlekiem i kubki z gorącą herbatą. W drugim pokoju paliła się mała lampka naftowa, rzucająca ciepłe światło wokół; stół ten, przeznaczony dla chorych maluchów, lśnił czystością, a w powietrzu unosił się zapach... wieczornego posiłku. W tym pokoju nie było już tamtego strachu przed głodem. Kelner przyniósł na tacy miski z ciepłą zupą, a nad jadalnią unosił się radosny gwar dziecięcych głosów.
Właściciel kawiarni, starszy mężczyzna o siwych włosach i zniszczonej twarzy, od razu rzucał się w oczy. Z wielkim szacunkiem podawał Doktorowi notatki i zeszyty, które przynieśli z ochronki. Ten kontakt z żydowskim światem biedy trwał aż do późnych godzin nocnych, do zamknięcia lokalu. Żaden z młodych studentów-lekarzy nie przychodził tam do nich, by uczyć się od Doktora, ani nie dbał o te dzieci z nizin. Na podłodze, pod biurkiem, leżały worki z ziemniakami i kapustą, które przynieśli starsi chłopcy; ten „żelazny zapas” żywności był owym skarbem, który chronił ich przed głodem i wilgocią. Te podwieczorki, pełne miłości i ciepła, były dla dzieci z biednych rodzin źródłem wielkiej radości i zabawy, trwającej zawsze aż do momentu, gdy małe główki omdlewały od nadmiaru wysiłku i zmęczenia, po czym dzieci zasypiały spokojnie jedno obok drugiego. O godzinie siódmej wieczorem wokół stołu siadała grupa jego przyjaciół i wszyscy razem pomagali w sprzątaniu naczyń i myciu podłogi.
Znajomości zawarte w tym okresie życia były dla Henryka bardzo ważne. Z tego mroku robotniczych izb wychodził prosto na ulicę, by udać się na kolejne spotkania i dyskusje z młodymi działaczami społecznymi. Więź łącząca autorkę z tymi młodymi ludźmi miała jednak znacznie głębszy charakter, ukształtowany w obliczu nadchodzącej, wielkiej rewolucji 1905 roku. Wraz z Felixem Sachsem, znanym działaczem i lekarzem, stali ramię w ramię przy pracy w tajnych organizacjach samokształceniowych proletariatu.
To był bardzo trudny i niebezpieczny okres w życiu Doktora. Pewnego wieczoru, gdy w nędznej izbie na Wolskiej udzielał nielegalnych lekcji, do budynku wtargnął carski patrol żandarmerii, szukając nielegalnych druków. W sali zapanowało przerażenie i głębokie milczenie; na głowach żołnierzy lśniły carskie orły, a w ich dłoniach... Po chwili strażnicy wyprowadzili Doktora z domu.
„Zostałem zmuszony do tego, by spędzić w więzieniu carskim długie tygodnie. Sędziowie śledczy w ogóle nie chcieli słuchać moich wyjaśnień; te tajne komplety i te artykuły w postępowej prasie uznano za zbrodnię stanu i bunt przeciwko carowi. Przypłaciłem tę moją niezależność i miłość do najuboższych uwięzieniem w murach Cytadeli Warszawskiej, w Pawilonie X, skąd zza małego, zakratowanego okna celi widziałem jedynie szare mury więzienia i niebo za kratami...” Słowa te z pamiętnika Doktora... które przetoczyły się przede mną, a on stoi na schodach i zwraca się do mnie: „Dlaczego pcha się pan tutaj? Przecież pan tu runie!”. W głębi duszy rozważałem: „W istocie, uderzenie kolbą karabinu było bolesne, to prawda”. Ale nie było w tym żadnego strachu. Sędzia śledczy był człowiekiem, który pragnęt wydobyć ze mnie zeznania; jego wzrok był pełen chłodu. Ja nie miałem zamiaru niczego dowodzić. Sędzia śledczy uważał, że mój przypadek jest jasny. I znowu te surowe nakazy i przepisy. Żołnierze niosący karabiny stali po obu stronach przejścia. Ten strach, który mną wstrząsał, nie pozwolił mi na to, by uratować te zapiski. Wszystko to było dla mnie czasem udręki. Z wielkim trudem, w nocy, zdołałem wdrapać się na łóżko polowe w celi. Czyż te dzieci z nizin społecznych nie są warte tego cierpienia?
On nie był tam sam. Razem z nim Doktor przebywał w celi, i w ten sposób narodziła się ta unikalna grupa przyjacielska.
– Szanować każdego człowieka, kimkolwiek by on był! – pisał w kółkach samokształceniowych, które organizował dla młodych więźniów. – Byliśmy więzieni w tych murach, skazani na bezczynność przez długie miesiące. Kiedy w końcu ustały możliwości pisania, zaczęliśmy uczyć się nawzajem. Wokół nas panował potworny chaos. Dorośli nie wiedzą, jak bardzo te dzieci cierpią w dzielnicach biedy. Wolą odwrócić wzrok od tej niesprawiedliwości. Żyjemy jak ludzie, przed którymi zamknięto drzwi. Byliśmy dumni, czyści i niezłomni w tamtych dniach wojny na tamtym świecie. Z tego punktu widzenia, pragnęliśmy zachować nasze zasady i wierność etosowi za cenę małego, skromnego pokoju, który był naszym domem. Zdecydowałem napisać w moim notesie krótkie podsumowanie tych skarg moich młodych przyjaciół. Kilka razy przerywał mi strażnik, sprawdzając, czy w celi nie ma ukrytych pocztówek czy słodyczy. Ta chwila wyczekiwania ustała: ta młoda dziewczyna, która przysłała mi te wiadomości, pisała z głębi swego czystego serca – formułkami, które miały na celu pocieszyć nas na duchu. Pielęgniarka zapytała mnie, czego mi potrzeba.
– Wygląda na to, że te skargi dotarły już do dyrekcji, – mawiał Doktor.
– Ojej, panie Doktorze, jakże oni są sumienni! Te proste dziewczęta wybierają te pocztówki i te notesy, które są wam potrzebne na tamtym świecie, aby móc żyć z czystym sercem.