ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: KRYZYS (Całość, strony 90–96)
Zgodnie z Twoją prośbą, poniżej znajduje się zintegrowany, kompletny tekst Rozdziału Dziewiątego przygotowany bezpośrednio do publikacji na Twoim blogu Jim bao Today.
Ten rozdział ma nieprawdopodobną dynamikę – splata wstrząsający, wojenny dramat straty siostry w getcie z triumfem narodzin wielkiej literatury, która dała Korczakowi nieśmiertelność.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY: KRYZYS
Na małym bileciku, zapisanym nerwowym, tak charakterystycznym pismem pielęgniarki, widniały słowa: „Przyjedź szybko. Anna jest chora”.
Wiadomość ta spadła na niego niczym nagły, potworny cios. Choć w tamtych dniach serce Doktora było już niemal całkowicie znieczulone na grozę wojny, to ta nagła wieść o siostrze obudziła v jego duszy głęboki, paraliżujący strach. Anna, jego ukochana siostra, ta, która towarzyszyła mu przez całe życie, która dzieliła z nim tajemnice pokoju dziecięcego i salonu Goldszmitów – leżała teraz samotnie, walcząc ze śmiercią w małym szpitalu na Śliskiej.
Doktor natychmiast narzucił na ramiona swój znoszony, spłowiały płaszcz oficerski, zapiął mocno guziki munduru i wybiegł na korytarz. Nie myślał o godzinie policyjnej, o patrolach Gestapo ani o niebezpieczeństwach nocy. W głowie kołatała mu tylko jedna, rozpaczliwa myśl: „Oby tylko zdążyć, oby nie było za późno...”.
Przejście przez mroczne, zabetonowane ulice getta było koszmarem. W oknach kamienic nie tliło się ani jedno światło; panowała głucha, namacalna cisza, przerywana jedynie dalekimi odgłosami strzałów. Doktor szedł miarowo, szybko, wspierając się na swojej małej laseczce. Jego błękitne oczy, zazwyczaj pełne głębokiego smutku, były teraz utkwione przed siebie w mrok. Szedł przez to wielkie niemieckie więzienie, nie patrząc na boki, prowadzony jedynie głosem braterskiej miłości. Kiedy dotarł do żelaznej bramy szpitala dziecięcego im. Bersohnów i Baumanów na ulicy Śliskiej, polski policjant granatowy salutował mu z szacunkiem i przepuścił go bez słowa, życząc spokojnej nocy. Doktor szybko pokonał schody ganku i wszedł do budynku, w którym przed laty rozpoczynał swoją misję jako lekarz miejscowy. Wewnątrz panował chaos i przerażenie. Na schodach piwnicy, w salach chorych i na korytarzach leżały setki dzieci, udręczonych przez głód, wilgoć i epidemie tyfusu. Zapach leków mieszał się z zaduszonym powietrzem, a ciche pojękiwania chorych maluchów napełniały sale ponurym nastrojem. Doktor szedł przez ten labirynt cierpienia, szukając izolatki, w której leżała jego siostra...
...w tamtych dniach. Lekarze i pielęgniarki krzątali się w pośpiechu, bezsilni wobec tej potwornej fali chorób i nędzy. Nie było wystarczająco dużo lekarstw ani jedzenia; niemowlęta umierały na łóżeczkach z powodu skrajnego wycieńczenia organizmu, a ich blada, ziemista skóra świadczyła o głębokiej anemii. Doktor pchnął powoli drzwi małego pokoju na piętrze. Wewnątrz paliła się mała lampka, rzucająca słabe, żółte światło wokół. Na łóżku, pod grubym kocem, leżała Anna. Swoim wyglądem przypominała teraz cień tamtej dawnej, dumnej i eleganckiej dziewczyny z warszawskiego salonu. Jej twarz była wychudzona, blada jak ściana, a oczy – zamknięte. Henryk podszedł cicho do łóżka, usiadł na krześle i ujął jej wysuszoną, drżącą dłoń w swoje dłonie.
– Aniu, mój drogi... – szepnął łagodnym głosem, a w jego oczach lśniły łzy buntu i bezsilności wobec losu.
Nie było odpowiedzi. Siostra leżała bez ruchu, a jej oddech był płytki i nieregularny.
Nie było odpowiedzi. Siostra leżała bez ruchu, a jej oddech był płytki i nieregularny.
W tamtym momencie v gabinecie lekarskim, obok biurka, Doktor poczuł ogromny ciężar odpowiedzialności, który przytłaczał jego duszę. Przypomniał sobie te wszystkie dawne, skomplikowane teorie medyczne, które studiował na uniwersytecie, te wszystkie opisy chorób żołądkowo-jelitowych (gastritis, enteritis) – ale tutaj, wobec agonii własnej siostry, ta cała wiedza akademicka wydawała mu się bezużyteczna, pozbawiona mocy uzdrawiania. „To brud, to głód i to potworne getto zabijają ją, tak samo jak zabijają nasze małe dzieci” – pomyślał w duchu z głęboką goryczą. Wyrok zapadł, bez cienia nadziei. Nagle Anna poruszyła się lekko na łóżku. Otworzyła na chwilę swoje wielkie, błękitne oczy, spojrzała na twarz brata i na jej ustach pojawił się blady, ledwo widoczny uśmiech pełen głębokiej czułości.
– Henryku... przybyłeś... – wykrztusiła z trudem przez wysuszone usta.
– Jestem przy tobie, Aniu, i nie opuszczę cię ani na chwilę – odpowiedział, mocniej zaciskając dłonie.
Pielęgniarka weszła do pokoju, niosąc miskę z wodą i czyste chusty, by przemyć rozpalone czoło chorej. Ta walka o życie Anny miała trwać przez całą noc, w atmosferze surowej, wojennej grozy, w której słowo „rozkaz” oznaczało wyrok śmierci dla tysięcy niewinnych istnień...
– Jestem przy tobie, Aniu, i nie opuszczę cię ani na chwilę – odpowiedział, mocniej zaciskając dłonie.
Pielęgniarka weszła do pokoju, niosąc miskę z wodą i czyste chusty, by przemyć rozpalone czoło chorej. Ta walka o życie Anny miała trwać przez całą noc, w atmosferze surowej, wojennej grozy, w której słowo „rozkaz” oznaczało wyrok śmierci dla tysięcy niewinnych istnień...
...nie był w stanie znaleźć w swoim umyśle ani jednego wspomnienia z tych wszystkich doświadczeń, które przetoczyły się przez jego życie aż do owego momentu.
– Cicho, nie płacz – przemówił cichym głosem. – Może za rok sytuacja się odmieni...
Jednak jego ciało nie kłamało. Anna wyjawiła mu całą prawdę.
– Dziecko potrzebuje opieki. Pamiętaj o dzieciach – powtórzyła po raz kolejny; i po tym, jak Doktor uświadomił sobie, że jej misja wobec najmłodszych dobiegła końca, zamknął za sobą drzwi izolatki.
– Cicho, nie płacz – przemówił cichym głosem. – Może za rok sytuacja się odmieni...
Jednak jego ciało nie kłamało. Anna wyjawiła mu całą prawdę.
– Dziecko potrzebuje opieki. Pamiętaj o dzieciach – powtórzyła po raz kolejny; i po tym, jak Doktor uświadomił sobie, że jej misja wobec najmłodszych dobiegła końca, zamknął za sobą drzwi izolatki.
– My nie opuścimy cię. Ja odnowię moje studia. Dokończę ten kurs nauk medycznych. Razem staniemy do walki.
Wydawało mu się, że nie ma nikogo bardziej godnego zaufania niż ona na całej ziemi. Czy można było polegać na opiekunie prawnym o jego statusie? Do tej pory Doktor brał od nich tylko te małe kwoty pieniędzy, które dawali mu na życie.
Wydawało mu się, że nie ma nikogo bardziej godnego zaufania niż ona na całej ziemi. Czy można było polegać na opiekunie prawnym o jego statusie? Do tej pory Doktor brał od nich tylko te małe kwoty pieniędzy, które dawali mu na życie.
– Dalej, ruszaj się – popędzał sam siebie. – Nie ma czasu do stracenia. Nie będę dłużej zwlekał z egzaminami na uniwersytecie. Za rok, w ciągu tych trzech lat studiów medycznych, będę już lekarzem, ukończę naukę... Zawsze powtarzał sobie w duchu, że nie ma sensu marnować czasu na puste rozważania. Czyż jeszcze wczoraj jego zamiarem nie było pozostanie w robotniczej dzielnicy, na Woli, i służenie tam jako lekarz lokalnej społeczności? Z pieniędzy, które płacono mu za lekcje, był w stanie utrzymać siebie i zorganizować swoje życie. Chodził skromnie ubrany, mieszkał z przyjaciółmi, pomagając w utrzymaniu czwórki uchodźców z biedy. Każde dziecko z tego domu miało prawo do nauki; uczył ich czytania i pisania, a także podstaw higieny, dbając o to, by w tej małej izbie zawsze panował porządek. Co w gruncie rzeczy było ważniejsze dla człowieka?
Jednak matka nie pochwalała tej decyzji; Ludwika uważała, że syn adwokata nie może żyć na bruku. Bardzo pragnęła, by Henryk powrócił do rodzinnego salonu i podjął praktykę jako lekarz prywatny, co przyniosłoby rodzinie dochód i wysoką pozycję społeczną.
– Lekarz z Woli?... – mawiała z goryczą. – To nie jest zawód, który zapewni byt rodzinie...
– Lekarz z Woli?... – mawiała z goryczą. – To nie jest zawód, który zapewni byt rodzinie...
– ...Tu tkwi sekret całego zła, mamo – odpowiedział Henryk jako dojrzały i niezależny człowiek. – Dom rodzinny przestał być dla mnie schronieniem. Znam ja naturę tej mieszczańskiej hipokryzji. Koledzy z uniwersytetu przyjęli moją decyzję z lekkim uśmiechem, ale na podwórku, wśród biednych ludzi, zyskałem szacunek, na który pracowałem z wielką cierpliwością.
W owym okresie, w roku 1901, Henryk napisał i wydał swoją pierwszą książkę, dramat zatytułowany „Dzieci ulicy”. Wydawcą był znany księgarz z ulicy Świętokrzyskiej, który odkupił od niego rękopis za kwotę pięćdziesięciu rubli. Książka ta nie odniosła od razu oszałamiającego sukcesu komercyjnego, mimo że nakład wyprzedał się w ciągu kilku miesięcy. Autor opisał w niej losy warszawskich sierot, dzieci ulicy, z którymi mieszkał i pracował na Woli. Te wstrząsające opisy nędzy, chorób i braku opieki ze strony dorosłych wywołały wielką dyskusję w prasie; artykuły i recenzje ukazały się w „Głosie” i w „Kurierze Warszawskim”. Krytycy podkreślali wielki talent literacki młodego autora, ale przede wszystkim – głęboki humanizm i odwagę w poruszaniu tematów tabu. Żaden z autorów przed nim nie opisał świata dzieci z nizin społecznych v tak autentyczny i pełen szacunku sposób. Ta książka była jego manifestem, w oparciu o który budował swoje przyszłe programy wychowawcze. Henryk zyskał status obrońcy praw dziecka, a jego nazwisko stawało się coraz bardziej popularne w Warszawie.
Wtedy, gdy otrzymał pierwsze honorarium autorskie, przesłał połowę tej kwoty swojej matce w Warszawie, pragnąc w ten sposób dowieść swojej samodzielności i zrekompensować wydatki na studia w Szwajcarii. Ten czyn był dla niego źródłem wielkiej dumy i satysfakcji. Na uniwersytecie profesorowie i studenci zaczęli nazywać go „Panem Pisarzem”, zwracając się do niego z wielkim szacunkiem w salach wykładowych. Jeden z profesorów powiedział do niego:
– Panie Goldszmit, w tej książce widać rękę nie tylko literata, ale przede wszystkim – genialnego psychiatry i pedagoga...
Henryk pamiętał te słowa przez całe swoje życie. Te młodzieńcze marzenia o wielkiej literaturze, o ucieczce od szarych realiów carskiej Warszawy, zaczęły się spełniać. Ale to nie sława była jego celem; w głębi duszy wiedział, że ta książka to dopiero... „początek”...
– Panie Goldszmit, w tej książce widać rękę nie tylko literata, ale przede wszystkim – genialnego psychiatry i pedagoga...
Henryk pamiętał te słowa przez całe swoje życie. Te młodzieńcze marzenia o wielkiej literaturze, o ucieczce od szarych realiów carskiej Warszawy, zaczęły się spełniać. Ale to nie sława była jego celem; w głębi duszy wiedział, że ta książka to dopiero... „początek”...
...dni nadeszły. Lekarz, który przeprowadzał badania kliniczne, spojrzał na twarz Doktora z głębokim współczuciem, po czym skinął głową w stronę wyjścia. Wszystko było jasne.
– Kryzys minął, ale serce nie wytrzymało owego potwornego wysiłku – szepnął cicho profesor. – Gorączka tyfusowa zniszczyła jej organizm. Przykro mi, panie doktorze Goldszmit... zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy.
– Kryzys minął, ale serce nie wytrzymało owego potwornego wysiłku – szepnął cicho profesor. – Gorączka tyfusowa zniszczyła jej organizm. Przykro mi, panie doktorze Goldszmit... zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy.
Henryk nie odpowiedział ani jednym słowem. Jego twarz była jak skamieniała, a oczy – błękitne i bezdennie smutne – utkwione były v nieruchome ciało Anny. Śmierć siostry była dla niego ostatecznym ciosem, który zerwał ostatnią nić łączącą go z dawnym, przedwojennym światem jego rodziny. Uszedł na brzegu łóżka. Ujął jej dłoń, która była już zimna, i przycisnął ją do swoich ust, zalewając się łzami w absolutnej ciszy izolatki. Ta strata była dla niego nie do zniesienia; czuł się teraz niczym całkowity rozbitek w tym oceanie wojennej grozy.
– Odeszłaś, Aniu, moja droga... – szepnął, a jego głos załamał się od płaczu. – Zostałem sam na tym okrutnym świecie dorosłych.
– Odeszłaś, Aniu, moja droga... – szepnął, a jego głos załamał się od płaczu. – Zostałem sam na tym okrutnym świecie dorosłych.
Wokół niego szpital tętnił swoim tradycyjnym, wojennym rytmem biedy i cierpienia. Z korytarza dobiegały ciche pojękiwania chorych dzieci, płacz matek i szorstkie kroki personelu, ale w tym małym pokoju na piętrze zapanował spokój śmierci. Pielęgniarka weszła cicho do środka, nakryła twarz Anny białym prześcieradłem i położyła dłoń na ramieniu Doktora, pragnąc podnieść go na duchu.
– Nadszedł czas powrotu do domu, Doktorze – powiedziała łagodnie. – Dzieci na Krochmalnej czekają na pana. One potrzebują pana opieki w tej trudnej godzinie.
Doktor wstał powoli z krzesła. Zapiął guziki swojego znoszonego munduru oficerskiego, poprawił kołnierz płaszcza, wziął swoją laseczkę i bez ani jednego spojrzenia za siebie opuścił salę chorych, wkraczając w mroczną, zimną noc getta...
– Nadszedł czas powrotu do domu, Doktorze – powiedziała łagodnie. – Dzieci na Krochmalnej czekają na pana. One potrzebują pana opieki w tej trudnej godzinie.
Doktor wstał powoli z krzesła. Zapiął guziki swojego znoszonego munduru oficerskiego, poprawił kołnierz płaszcza, wziął swoją laseczkę i bez ani jednego spojrzenia za siebie opuścił salę chorych, wkraczając w mroczną, zimną noc getta...
...w odmierzonych krokach, zmierzając z powrotem w stronę nowej siedziby sierocińca. Przejście przez mroczne ulice było dla niego czasem głębokiej, paraliżującej refleksji. Szedł miarowo, ignorując patrole niemieckie i strzały rozbrzmiewające w oddali. Strata siostry wywołała v jego duszy rewolucję: czuł, że od tej pory jego jedyną i prawdziwą rodziną są wyłącznie te osierocone dzieci, które powierzyły mu swój los. Kiedy wszedł po schodach ganku do budynku, w jadalni czekała na niego Stefania Wilczyńska. Paliła się tam mała lampka naftowa, a na stole leżały pożółkłe dokumenty i księgi sądowe, które Stefa porządkowała przez całą noc.
– Jak sytuacja, Henryku? – zapytała od progu, a na jej zmęczonej, pokrytej zmarszczkami twarzy odmalował się głęboki niepokój.
Doktor spuścił głowę, oparł się o biurko i odpowiedział cichym, pozbawionym sił głosem:
– Anna odeszła...
Stefa tylko pokiwała głową w milczeniu. Na jej twarzy nie pojawiła się ani jedna łza; to potworne zmęczenie i apatia wojennych dni znieczuliły jej serce na nagłe ciosy. Podeszła do niego, położyła dłoń na jego zgarbionym ramieniu i szepnęła cicho:
– Pokój jej duszy... Ona jest już wolna od tego potwornego losu, od głodu i od mrozów, które na nas czekają.
Doktor spuścił głowę, oparł się o biurko i odpowiedział cichym, pozbawionym sił głosem:
– Anna odeszła...
Stefa tylko pokiwała głową w milczeniu. Na jej twarzy nie pojawiła się ani jedna łza; to potworne zmęczenie i apatia wojennych dni znieczuliły jej serce na nagłe ciosy. Podeszła do niego, położyła dłoń na jego zgarbionym ramieniu i szepnęła cicho:
– Pokój jej duszy... Ona jest już wolna od tego potwornego losu, od głodu i od mrozów, które na nas czekają.
– Tak, ona jest już bezpieczna, – podsumował Doktor, a w jego błękitnych oczach lśniła iskra niezłomnej godności. – Ale nasze dzieci wciąż tu są. Jutro rano Gestapo przeprowadzi ewakuację; musimy wykorzystać te ostatnie godziny nocy, by przygotować plan przeprowadzki i ukryć najważniejsze zapiski z szafy.
Stefa Wilczyńska otworzyła drzwi szafy archiwalnej. Znajdowały się tam pięknie poukładane segregatory z fotografiami, protokoły Sądu Koleżeńskiego i notatki pedagogiczne, które gromadzili przez blisko cztery dekady działalności.
– Te dokumenty stanowią plon całego naszego życia, – powiedziała z powagą. – Nie wolno nam pozwolić, by hitlerowska bezwzględność zniszczyła to dziedzictwo. Starszy chłopak, Szymon, i mały Szmualik pomogą nam wyciągnąć te teczki i schować je w bezpiecznym miejscu pod podłogą w piwnicy.
– Dobrze, zacznijmy od razu, – odpowiedział Doktor, powoli zdejmując swój poplamiony płaszcz wojskowy. – Praca ta wymaga od nas całkowitego skupienia i precyzji, nim słońce zdąży ogrzać mury kamienic i nadejdzie ów tragiczny, poranny rozkaz... Z powodu wysokiego poziomu wydawanych przez niego książek – „Pragnę porozmawiać z panem o kilku kwestiach dotyczących wydawnictwa”.
– Te dokumenty stanowią plon całego naszego życia, – powiedziała z powagą. – Nie wolno nam pozwolić, by hitlerowska bezwzględność zniszczyła to dziedzictwo. Starszy chłopak, Szymon, i mały Szmualik pomogą nam wyciągnąć te teczki i schować je w bezpiecznym miejscu pod podłogą w piwnicy.
– Dobrze, zacznijmy od razu, – odpowiedział Doktor, powoli zdejmując swój poplamiony płaszcz wojskowy. – Praca ta wymaga od nas całkowitego skupienia i precyzji, nim słońce zdąży ogrzać mury kamienic i nadejdzie ów tragiczny, poranny rozkaz... Z powodu wysokiego poziomu wydawanych przez niego książek – „Pragnę porozmawiać z panem o kilku kwestiach dotyczących wydawnictwa”.
Książka „Dzieci salonu”, która ukazała się nakładem słynnego wydawnictwa Jakuba Mortkowicza, w której opisał swoją ucieczkę z domu, swoje doświadczenia na Woli oraz w Warszawie, została przyjęta z ogromnym uznaniem zarówno przez krytyków, jak i przez szeroką publiczność czytelników. Opublikował ją, podpisując swoim oficjalnym, nieśmiertelnym pseudonimem literackim: Janusz Korczak.
Dziewiąty rozdział jest już kompletnie gotowy do wrzucenia na bloga. Ta część niesie w sobie niesamowity ładunek emocjonalny i faktograficzny (szczególnie wątek z wydawnictwem Mortkowicza na końcu).
