Saturday, November 7, 2026

Korczak i Julja Wilczyńska - DOM W LESIE.





Paulina Appenzlak pisze o pierwszym spotkaniu Korczaka z Panną Stefa i podaje jako miejsce ulicę Franciszkańską 2, Dom Sierot, gdzie też ona sama regularnie bywała razem ze swoją nauczycielką od geografii, Julią Wilczyńską. Julia była starszą siostrą Stefanii i pracowała jako nauczycielka w Gimnazjum Koedukacyjnym, wł. Felicja Buki przy ulicy Orlej 11. Julja Wilczyńska jest w spisie nauczycieli z 1924 roku, gdzie są podane: "16" – liczba przepracowanych lat, wykształcenie "nd", czyli posiadanie świadectwa nauczyciela domowego, i "80" – jej data urodzenia (1880).

Ogłoszenie Zakładu Naukowo-Wychowawczego Julii Wilczyńskiej „Dom w lesie” w Śródborowie, opublikowane w „Kurjerze Porannym” (16 maja 1931 r., nr 135): „Dziecko zmęczone ciszą miejskiego mieszkania i szkolnych godzin łaknie swobody i ruchu. Nie miejscowość kuracyjna a wieś, las, nie uzdrowisko, a zakład naukowo-wychowawczy dla dziecka zdrowego. Śródborów „Dom w lesie”, telefon — Otwock 169.” Formułując słynne zdanie: „Dziecko zmęczone ciszą miejskiego mieszkania…”, Julia Wilczyńska z zegarmistrzowską precyzją zdiagnozowała ukrytą apatię, pustkę i samotność jedynaków z zamożnych inteligenckich domów w Warszawie. Julia – jako wybitna i dojrzała pedagog – doskonale wyczuwała ten wielkomiejski ból izolacji dziecka, który tak często na kartach swoich autobiograficznych dzieł opisywał sam Janusz Korczak. Zamiast luksusów i materialnych wyliczanek konkurencyjnych pensjonatów, panna Julia zaoferowała rodzicom i dzieciom lekarstwo najcenniejsze: korczakowski system rówieśniczej wspólnoty, swobody i ruchu w bezpiecznych murach leśnej republiki dziecięcej.

Prolog: Milczenie kamienia i internetu
Oficjalna historia, wydane biografie i współczesny internet milczą o Julii Wilczyńskiej. Poza rzadkimi wycinkami prasowymi, jej imię zostało niemal całkowicie wymazane z narodowej pamięci. Nie ma własnego grobu, pomnika ani placu. Nie zachowała się jej fotografia. Jej jedynym materialnym upamiętnieniem na świecie jest skromna, symboliczna inskrypcja dopisana po wojnie na prawym filarze grobowca jej rodziców – Juliana i Salomei Wilczyńskich – na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie (kwatera 64, rząd 1). Spoczywa tam symbolicznie, ramię w ramię z młodszą siostrą, panną Stefą, która dzięki niej w 1908 roku rozpoczynała swą wielką pedagogiczną podróż u boku Korczaka. Dlatego krok po kroku czas odbudować ten zaginiony świat i oddać Julii sprawiedliwość.

Rok 1908-19XX. Mistrz i dojrzała partnerka
Wokół początków Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” funkcjonuje mit przedstawiający siostry Wilczyńskie prawie jako podopieczne Janusza Korczaka. W odniesieniu do Julii Wilczyńskiej jest to jednak biograficzny fałsz – w 1908 roku, mając 28 lat i status nauczycielki domowej, była już dojrzałym i autonomicznym pedagogiem. Jako aktywna członkini Towarzystwa oraz obserwatorka rozwoju Domu Sierot na Krochmalnej, Julia dzieliła z Korczakiem wizję podmiotowości i wolności dziecka. Ich miejsce spotkań to Dom Sierot na Franciszkańskiej 2, gdzie świadomie i regularnie prowadziła swoje uczennice ze szkoły z ulicy Orlej. Jedna z jej uczennic, Paulina Appenszlak*, przyszła edytorka gazety EWA. Spotkania dzieci z lepszych rodzin żydowskich w Warszawie ze szkoły na Orlej z dziećmi z sierocińca na Franciszkańskiej nie były przypadkowe. Appenszlak opisuje to dokładnie w książce Korczak Został (Korczak Pozostał) z 1944 roku, jak również w artykule o Korczaku w tygodniku W drodze w 1943 roku. Rok po zamordowaniu Korczaka:
Wraz z grupą koleżanek przychodziłam tam początkowo do wspólnych zabaw z dziecmi, a później, w miarę jak dorastałam, do organizowania amatorskich przedstawień, zawodów sportowych, pomocy w odrabianiu lekcji itd. O godzinie piątej wszyscy siedzieli w wielkiej sali wokół stołu; każdy otrzymywał kubek gorącego mleka i dwie kromki chałki. Janusz Korczak, Julia, Stefania Wilczyńska, my i te obce dzieci. A dzieci z domu sierot szybko dołączyły do nas, tworząc jedną zżytą i zjednoczoną grupę przyjacielską. Bardzo szybko przyzwyczailiśmy się do ich łamanej polszczyzny, będącej wadliwą mową sierot, a Korczak zawsze notował sobie niektóre żydowskie słowa, aby zapamiętać je na przyszłość. Był on wówczas obiecującym, początkującym polskim pisarzem, przed którym otwierały się dobre perspektywy; jego pierwsza książka, Dzieci ulicy, wywołała już wtedy wiele dyskusji.
Julja, jako aktywna członkini Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” (wraz z zaangażowanymi rodzicami i rodziną Winawerów), stała się unikalnym świadkiem wielkiej ewolucji. Widziała dzieci stłoczone w nędznej Franciszkańskiej 2, a po 1912 roku regularnie odwiedzała flagowy okręt Doktora – nowoczesny gmach Domu Sierot na Krochmalnej 92. Julja miała rzadki przywilej obserwowania z bliska, jak korczakowskie idee, wykluwające się przy wspólnym kubku mleka, zamieniają się w potężną, sprawnie działającą instytucję wychowawczą. To doświadczenie było jak zasiane w jej sercu nasienie, które potrzebowało tylko czasu i odpowiedniego gruntu.
Rok 1924: Własna „Republika Dziecięca” w Śródborowie
W 1924 roku, po 16 latach pracy w Gimnazjum Felicji Buki przy ul. Orlej, 44-letnia Julia podjęła decyzję o stworzeniu własnej placówki. Razem z Ernestyną Felicją Winawerową założyła Zakład Naukowo-Wychowawczy „Dom w lesie” w Śródborowie. Przedwojenne ogłoszenia prasowe dokumentują ewolucję tej instytucji:
Maj 1923 roku: Pierwsze zapowiedzi nowego pensjonatu dla dzieci w Sródborowie i informacje w mieszkaniu Winawerów przy ul. Zielnej 20 w Warszawie.
Sezon zimowy 1923/1924: Przekształcenie w całoroczny zakład z internatem i klasami gimnazjalnymi.
Grudzień 1929 roku: Usunięcie nazwiska współzałożycielki (Winawer) i bezpośrednie przypisanie marki Zakładu Julii Wilczyńskiej.
Lata 30. XX wieku: Intensywny rozwój Zakładu promującego swobodę dziecka w naturalnym otoczeniu lasu.
W Śródborowie Julia przeszczepiła korczakowskie idee samorządności na grunt prywatnego gimnazjum dla dzieci z rodzin inteligenckich, co wychowankowie (w tym Marian Kalwary) wspominali jako profesjonalne i ciepłe doświadczenie.



Wokół Franciszkańskiej 2 narósł chyba jeszcze jeden mit – obraz dwóch młodych panien, panny Wilczyńskie, które bezradnie szukały drogi i dopiero u boku Starego Doktora doznały pedagogicznego oświecenia. To prawda w stosunku do 22-letniej panny Stefy, która jesienią 1908 roku dopiero chłonęła świat od podstaw. Ale nie w stosunku do Julji Wilczyńskiej.
Oficjalny spis nauczycieli z 1924 roku bezlitośnie ujawnia liczby: Julja urodziła się w 1880 roku i posiadała już status „nauczyciela domowego” (nd). Gdy w 1908 roku przychodziła do Domu Sierot na Franciszkańską, miała 28 lat i potężny, samodzielny bagaż przemyśleń. Julia nie była potulną uczennicą; była dojrzałym pedagogiem, który od pierwszego wejrzenia „poznał się na Korczaku”. Dostrzegła w nim bratnią duszę, bo sama szukała w edukacji tego samego: podmiotowości i wolności dziecka.



Rok 1924: Zakończenie pracy w szkole przy Orlej i własna „Republika Dziecięca” w Śródborowie
Ten przełomowy moment nadchodzi dokładnie w 1924 roku. Dokumenty z tego okresu uwieczniły Julię na samej granicy dwóch światów: kończy ona właśnie trwającą 16 lat pracę nauczycielki geografii w warszawskim Gimnazjum Felicji Buki przy ul. Orlej 11. Mając 44 lata, ugruntowaną pozycję i autorytet, decyduje się na radykalny krok. Postanawia zamknąć duszny, warszawski rozdział tablic i ławek, by zasiać to korczakowskie nasienie z 1908 roku na własnym, wolnym gruncie w nowopowstałym Śródborowie.
Wspólnie z Ernestyną Felicją Winawerową, na fali wielkiego deweloperskiego projektu „Miasta-Parku Leśnego” z 1922 roku, powołują do życia Zakład Naukowo-Wychowawczy „Dom w lesie” w Śródborowie. W wybudowanym od zera, luksusowym modernistycznym gmachu, Julja dokonuje rzeczy rewolucyjnej. Przeszczepia system wypracowany w przytułkach dla najuboższych warszawskich sierot do prywatnego, internatowego domowego gimnazjum dla dzieci z zamożnych rodzin inteligenckich.
W ten sposób w gęstym, sosnowym borze rodzi się autonomiczna, otwocka „Republika Dziecięca”. Julia udowadnia w niej rzecz fundamentalną: system Korczaka jest uniwersalny. Podmiotowe traktowanie, samorządność, rygorystyczne przestrzeganie czystości i odpowiedzialność za wspólnotę nie są „programem dla ubogich”, ale przyrodzonym prawem każdego dziecka.
Dla Julji Śródborów staje się też ostateczną realizacją jej życiowej pasji – lekcją geografii w praktyce. Zamiast dusznej sali na Orlej 11, jej wychowankowie (w tym mały Marian Kalwary, który po latach zapisał to przejmujące świadectwo) chłoną świat w ruchu, na świeżym powietrzu, łącząc naukę z pracą fizyczną. Bez pruskiego drylu dawnych pensji, w atmosferze, którą Kalwary określił jako „ciepłą, ale wysoce profesjonalną”, nasienie z 1908 roku stało się w 1924 roku potężnym, owocującym drzewem, dającym schronienie i godność nowemu pokoleniu:

W Śródborowie było wspaniale. Wszystkie dzieci były grzeczne, z tzw. dobrych domów. Serdeczna, a jednocześnie profesjonalna opieka. Poza zabawą mieliśmy dużo różnych zajęć edukacyjnych. Były wyświetlane wąskotaśmowe filmy dla dzieci na przenośnym projektorze, a nawet odbywały się zajęcia techniczne. Pamiętam, że skonstruowałem z kolegą kryształkowy aparat radiowy, który, o dziwo, działał.

Ze Śródborowa chodziłem do szkoły w Otwocku, do I i II klasy. Była to szkoła żydowska, ale z nauczaniem wyłącznie w języku polskim. Z pensjonatu było to ok. 2 km, więc chodziłem bardzo rzadko, tylko w dni pogodne i niezbyt mroźne. Ze szkoły tej pamiętam jedynie niesamowity hałas i harmider. Nie sądzę, abym się tam czegokolwiek nauczył.

Epilog: Przerażająca arytmetyka Akcji Reinhardt
Okupacja przyniosła kres tej leśnej instytucji. Na mocy zarządzeń z 1940 roku Julia prawdopodobnie trafiła do getta w Otwocku. Podczas likwidacji otwockiego getta, która rozpoczęła się 19 sierpnia 1942 roku w ramach Akcji Reinhardt, Julia Wilczyńska została zamordowana. Statystyki tragicznie domykają tę historię: Julja zginęła dokładnie 14 dni po śmierci Janusza Korczaka, Pani Stefy (siostry) oraz 239 dzieci i wychowawców z Domu Sierot. Dwa tygodnie po odejściu pokolenia wychowawców z 1908 roku ustała materialna i duchowa ciągłość ich dzieła, którą współcześnie przywraca się w pamięci historycznej.

Stosunki rodzinne Julji i 
Stefanii Wilczyńskiej
Czytając korespondencję Stefanii Wilczyńskiej, która zachowała się m.in. w Archiwach GFH w Izraelu uwagę zwraca uderzający brak wzmianek o jej rodzinie. Wiadomo, że miała czworo rodzeństwa: brata Stanisława oraz trzy siostry: Emilię (Kahane), Paulinę (Idzikowską) i Julię. W zachowanych listach "Pani Stefa" skupiała się wyłącznie na sprawach pedagogicznych, dzieciach, sytuacji w Domu Sierot oraz na własnych planach. Tematyka rodzeństwa w ogóle się tam nie pojawia. Ostatnie istniejące, udokumentowane ślady ich bliskości wiążą się z adresem Franciszkańska 2. To właśnie tam starsza siostra Julia, zaangażowana już w tamtejszy przytułek, przyprowadziła i wprowadziła Stefanię w ten świat. Ich nazwiska figurują 
również obok siebie jako członkinie Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”.

* Przypis do książki Pauliny Appenszlak  w 1946: Książka została w całości ukończona w Palestynie już w 1944 roku na bazie polskich zapisków i wielu osobistych (!) wspomnień autorki jako dziecko i redaktorki z kręgu tygodnika „EWA” i „Naszego Przeglądu”. Autorka miała kontakt z wieloma osobami z kręgu Korczaka w Polsce, z których większość wyemigrowała do Palestyny przed wybuchem drugiej wojny światowej. Appenszlak opublikowała w 1943 roku obszerny artykuł o Korczaku w tygodniku "W drodze" wychodzącym w Jerozolimie. Wiele wątków artykułu możemy odnaleźć w jej książce. Polski maszynopis powierzony Władysławowi Broniewskiemu w celu wydania w kraju w 1946 roku bezpowrotnie zaginął w jego spuściźnie. Współczesne badania nad tekstem wymagają analizy hebrajskiego wydania z 1946 roku. Na moim blogu Jim bao Today, jest tłumaczenie na polski drugiego (i ma język angielski) wydania hebrajskiego. We wstępie autorka napisała rzeczowo, że wszystkie zdarzenia są prawdziwe, i że przed ewentualnym użyciem biografii jako podstawy scenariusza filmowego dodała dialogi.

From Dzika Street to Franciszkańska: How Miss Julia Wilczyńska Connected Korczak and Panna Stefa.

Dr. Izaak Eliasberg and his wife Stella brought Korczak to the Orphans' Home at 2 Franciszkańska Street (photo).
A beautiful salon legend has grown around the first meeting between Janusz Korczak and Stefania Wilczyńska, uncritically repeated by post-war biographies (including Hanna Mortkowicz-Olczakowa in 1949 and Joanna Olczak-Ronnikier). According to this mythologized version, Miss Stefa "was already there" at the shelter of the "Pomoc dla Sierot" (Help for Orphans) Society, and the young doctor Henryk Goldszmit stumbled upon it by chance, invited by Stella Eliasberg to a children's creative evening dedicated to Maria Konopnicka. Another version is presented by Magdalena Kicińska, who quotes Stella Eliasberg’s recollection that young Stefania came to Franciszkańska Street to ask for a job, to which Eliasberg agreed: "even though I did not trust her."

A rigorous analysis of chronology, dates, and a unique émigré source—the wartime biography of Korczak titled “The Doctor Remained” by Paulina Appenszlak (Tel Aviv, 1944)—mercilessly debunks this myth. The truth about the beginnings of this legendary duo is far more organic, and a key, though forgotten, role was played by Stefa's sister—Miss Julia Wilczyńska.

The Witness Strikes Back: Paulina Appenszlak’s Account (1944)
In contrast to post-war accounts written second-hand, Paulina Appenszlak (later the editor of the "EWA" weekly) was a direct eyewitness to those events. As a small, 8–9-year-old girl (born at the turn of 1899 and 1900), she regularly sat at the common table in the shelter. She and her classmates ended up there under the wings of their geography teacher—Julia Wilczyńska.
In the first chapter of her wartime book, Appenszlak sketches a completely different alignment of forces:
"At five o'clock everyone sat in the great hall around the table; each received a cup of hot milk and two slices of challah. Janusz Korczak, Julia, Stefania Wilczyńska, us, and those foreign children. (...) Korczak was then called »Doctor Henryk Goldszmit«. (...) The young doctor in those days (...) appeared there every day at five o'clock to examine the children and play with them."
A clear conclusion emerges from this description: Korczak was not a one-time guest at an academy honoring Konopnicka. He was a regular fixture at Franciszkańska. He co-created that universe as a doctor. Who, then, brought Miss Stefa there, and when?

The Chronology of Facts: Debunking the Myth
Let us organize the hard, undeniable dates from the years 1907–1908, which ultimately shatter the post-war literary narrative:
  • September 1907 – Summer 1908: Henryk Goldszmit is away on a year-long medical study trip to Berlin. He is physically absent from Warsaw.
  • Turn of 1907 / 1908: At the exact same time, the independent "Pomoc dla Sierot" Society officially registers in Warsaw. The wretched, extremely cramped shelter is moved from the extreme conditions at Dzika 5 Street to a new, much better address—Franciszkańska 2.
  • Summer 1908: Korczak returns from Berlin and immediately leaves to work as a counselor at summer colonies in Wilhelmówka. It is only in this year that he officially joins the newly formed "Pomoc dla Sierot" Society as a member.
  • Autumn 1908: After his summer trips, the 30-year-old Dr. Goldszmit begins regular grassroots work at Franciszkańska 2. Exactly at the same time, 22-year-old Stefania Wilczyńska returns to Poland from her natural science studies abroad.
Miss Julia’s Family Link
It is in the autumn of 1908 that the paths of Korczak and Stefa cross permanently. Stefania is full of ideals but lacks a foothold in Warsaw. Her sister, Julia Wilczyńska, is already actively volunteering at Franciszkańska 2 (bringing her students there, including the young Paulina Appenszlak).
Seeing the energy of her sister returning from abroad, Julia simply leads Stefa to Franciszkańska 2 and introduces her to this world. Stella Eliasberg and her husband, Dr. Izaak Eliasberg, had previously brought Korczak to the Orphans' Home at Franciszkańska 2. However, it was Julia Wilczyńska who connected these two towering figures. It was Julia Wilczyńska who arranged this meeting, bringing her younger sister to the Orphans' Home, where Dr. Goldszmit was already the leading physician and caregiver. Four years later, in 1912, this duo would take charge of the newly built structure at Krochmalnej 92.

Epilog: The Haunting Circle of Topography (5 Dzika Street in 1942)
This story has a deep, almost metaphysical and painful epilogue written into Warsaw's topography, a theme I return to systematically on my blog (see the 2012 article).
The first, earliest children who came under the care of the Orphans' Help Society at the beginning of the century huddled in the partitioned rooms of the corner building at Dzika 5 Street (corner of Dzielna Street). From there, in search of sun and fresh air, the Society sent them to summer colonies in a rented house in Grodzisk Mazowiecki, eventually giving them a permanent roof at Franciszkańska 2.

The pre-war address of the orphanage, Dzika 5, sat at the very corner of the intersection with Dzielna Street. History has come full circle. This same characteristic building was captured in German photographs from the Ghetto. At the exact same point in space where the grand, love-filled idea of caring for Jewish orphans was born at the old Dzika 5 at the beginning of the 20th century, on August 5, 1942, Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska, and their 239 children walked past this building, driven by Germans and Ukrainians toward the Umschlagplatz, to the cattle cars bound for Treblinka. The site of their first refuge became a silent witness and the stage of their final journey to death.
Before the deportation column turned into Zamenhof Street, it likely passed by the building at 5–7 Nowolipki Street, which housed the editorial office of Korczak's newspaper, Mały Przegląd.
This unique photograph from 1941 depicts Jewish residents on Dzika Street / Wildstrasse (named Zamenhofa Street after 1930) in the Warsaw Ghetto. The first cross street (with tram tracks) branching off to the right is Dzielna Street. The next cross street closing off the vista is Nowolipki Street, featuring the building that housed the editorial office of Janusz Korczak’s Mały Przegląd (Little Review). The photograph was taken by Heinrich Jöst, a sergeant (Feldwebel) in the German Wehrmacht. The picture was captured precisely on September 19, 1941—on his 43rd birthday, when he used his day off to enter the ghetto area with a camera. The house marked number 5 housed the shelter taken over by the "Pomoc dla Sierot" (Help for Orphans) Society. It was from this very house that the children moved to 2 Franciszkańska Street. From this same building, my mother, Lunia Rozental Wasserman Wróblewski, witnessed the deportation column of the Orphans' Home, with Korczak leading the way. The yellow house at the end of the street is the building where the editorial office of Korczak's newspaper "The Little Review" was located - 5-7 Nowolipki Street.

Od Dzikiej do Franciszkańskiej: Jak Julia Wilczyńska połączyła Korczaka i Pannę Stefę.

Dom Sierot, Franciszkańska 2. "Korczak był wtedy nazywany »Panem Doktorem Henrykiem Goldszmitem«. (...) Młody lekarz w tamtych dniach (...) pojawiał się tam codziennie o godzinie piątej, aby zbadać dzieci i pobawić się z nimi.”

Wokół pierwszego spotkania Janusza Korczaka ze Stefanią Wilczyńską narosła piękna, salonowa legenda, powtarzana bezkrytycznie przez powojenne biografie (m.in. przez Hannę Mortkowicz-Olczakową w 1949 r. czy Joannę Olczak-Ronnikier). Według tej zmitologizowanej wersji, panna Stefa „już była” w schronisku Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, a młody lekarz Henryk Goldszmit trafił tam przypadkowo, zaproszony przez Stellę Eliasbergową na dziecięcy wieczór twórczości poświęcony Marii Konopnickiej. Inna wersja jest podana przez Magdalenę Kicińską, która, cytując wspomnienie Stelli Eliasbergowej o tym, że młoda Stefania przyszła na Franciszkańską prosić o pracę, na co Eliasbergowa się zgodziła: "mimo że jej nie ufałam”.

Twarda analiza chronologii, dat oraz unikalne źródło emigracyjne – wojenna biografia Korczaka pt. „Doktor pozostał” autorstwa Pauliny Appenszlak (Tel Awiw, 1944) – bezlitośnie obala ten mit. Prawda o początkach tego legendarnego duetu jest o wiele bardziej organiczna, a kluczową, choć zapomnianą rolę odegrała w niej siostra Stefy – panna Julia Wilczyńska.
Świadek kontratakuje: Relacja Pauliny Appenszlak (1944)
W przeciwieństwie do powojennych, spisywanych z drugiej ręki opowieści, Paulina Appenszlak (późniejsza redaktorka tygodnika „EWA”) była bezpośrednim świadkiem tamtych wydarzeń. Jako mała, 8–9-letnia dziewczynka (urodzona na przełomie 1899 i 1900 roku), regularnie siadała przy wspólnym stole w schronisku. Trafiła tam wraz z innymi koleżankami z tej samej klasy dzięki swojej nauczycielce geografii – Julii Wilczyńskiej.
W pierwszym rozdziale swojej wojennej książki Appenszlak kreśli zupełnie inny układ sił:
„O godzinie piątej wszyscy siedzieli w wielkiej sali wokół stołu; każdy otrzymywał kubek gorącego mleka i dwie kromki chałki. Janusz Korczak, Julia, Stefania Wilczyńska, my i te obce dzieci. (...) Korczak był wtedy nazywany »Panem Doktorem Henrykiem Goldszmitem«. (...) Młody lekarz w tamtych dniach (...) pojawiał się tam codziennie o godzinie piątej, aby zbadać dzieci i pobawić się z nimi.”
Z tego opisu bije jasny wniosek: Korczak nie był jednorazowym gościem na akademii ku czci Konopnickiej. Był na Franciszkańskiej stałym bywalcem. To on współtworzył to uniwersum jako lekarz. Kto więc i kiedy sprowadził tam pannę Stefę?
Chronologia faktów: Obalenie mitu
Uporządkujmy twarde, niepodważalne daty z lat 1907–1908, które ostatecznie rozbijają powojenną narrację literacką:
  1. Wrzesień 1907 – Lato 1908: Henryk Goldszmit przebywa na rocznych studiach medycznych w Berlinie. Fizycznie nie ma go w Warszawie.
  2. Przełom 1907 / 1908: W tym samym czasie w Warszawie oficjalnie rejestruje się samodzielne Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”. Nędzne, niezwykle ciasne schronisko zostaje przeniesione ze skrajnych warunków przy ulicy Dzikiej 5 pod nowy, znacznie lepszy adres – Franciszkańska 2.
  3. Lato 1908: Korczak wraca z Berlina i natychmiast wyjeżdża jako wychowawca na kolonie letnie do Wilhelmówki. Dopiero w tym roku oficjalnie wstępuje jako członek do nowo powstałego Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”.
  4. Jesień 1908: Po letnich wyjazdach, 30-letni dr Goldszmit zaczyna regularną pracę u podstaw na Franciszkańskiej 2. Dokładnie w tym samym czasie do Polski z zagranicznych studiów przyrodniczych wraca 22-letnia Stefania Wilczyńska.
Rodzinne ogniwo panny Julii
To właśnie jesienią 1908 roku drogi Korczaka i Stefy krzyżują się na stałe. Stefania jest pełna ideałów, ale nie ma punktu zaczepienia w Warszawie. Jej siostra, Julia Wilczyńska, działa już aktywnie na Franciszkańskiej 2 (to tam przychodzi ze swoimi uczennicami, w tym z małą Pauliną Appenszlak).
Widząc energię powracającej z zagranicy siostry, Julia po prostu zaprowadza Stefę na Franciszkańską 2 i wprowadza ją w ten świat. Stella Eliasbergowa i jej mąż, dr Izaak Eliasberg, sprowadzili już wcześniej Korczaka do Domu Sierot przy Franciszkańskiej 2. Jednak to Julia Wilczynska połączyła te dwie wybitne postaci. To Julia Wilczyńska zaaranżowała to spotkanie, przyprowadzając młodszą siostrę do Domu Sierot, w którym dr Goldszmit był już wiodącym lekarzem i opiekunem. Cztery lata później, w 1912 roku, ten duet stanie na czele nowo wybudowanego gmachu na Krochmalnej 92.
Epilog: Przerażające koło topografii (ul. Dzika 5 w 1942 roku)
Ta historia ma swój głęboki, niemal metafizyczny i bolesny epilog, zapisany w warszawskiej topografii, do którego wracam na moim blogu systematycznie (zob. Artykuł z 2012 r.
Pierwsze, najwcześniejsze dzieci, które na początku stulecia trafiły pod opiekę Towarzystwa Pomocy dla Sierot, gniotły się w wydzielonych izbach narożnego budynku przy ulicy Dzikiej 5 (róg Dzielnej). Stamtąd, w poszukiwaniu słońca i świeżego powietrza, Towarzystwo wysyłało je na letnie kolonie do wynajętego domu w Grodzisku Mazowieckim, by ostatecznie dać im stały dach na Franciszkańskiej 2.

Przedwojenny adres sierocińca, Dzika 5, znajdował się na samym rogu skrzyżowania z ulicą Dzielną. Historia zatoczyła potworne koło. Ten sam charakterystyczny budynek uwieczniony został na niemieckich fotografiach z Getta. Dokładnie w tym samym punkcie przestrzeni, w którym na początku XX wieku przy dawnej Dzikiej 5 rodziła się ta wielka, pełna miłości idea opieki nad żydowską sierotą, 5 sierpnia 1942 roku Janusz Korczak, Stefania Wilczyńska i ich 239 dzieci przeszli obok tego budynku, pędzeni przez Niemców i Ukraińców w kierunku Umschlagplatz, do wagonów jadących do Treblinki. Miejsce pierwszego schronienia stało się niemym świadkiem i placem ich ostatniej drogi na śmierć.
Zanim kolumna deportacyjna skręciła w ulicę Zamenhoffa, przeszła prawdopodobnie obok budynku Nowolipki 5–7, w którym mieściła się redakcja gazety Korczaka Mały Przegląd.

To wyjątkowe zdjęcie z 1941 roku przedstawia żydowskich mieszkańców na ulicy Dzikiej Wildstrasse (od 1930 roku Zamenhofa) w getcie warszawskim. Pierwsza poprzeczna ulica (z szynami tramwajowymi) odchodząca w prawo to Dzielna. Następna poprzeczna zamykająca ulicę to Nowolipki i budynek, w którym była redakcja Małego Przeglądu Janusza Korczaka. Fotografię wykonał Heinrich Jöst, który był sierżantem (Feldweblem) niemieckiego Wehrmachtu. Zdjęcie zostało zrobione dokładnie 19 września 1941 roku – w dniu jego 43. urodzin, kiedy to, wykorzystując dzień wolny, wszedł z aparatem fotograficznym na teren getta.

To wyjątkowe zdjęcie z 1941 roku przedstawia żydowskich mieszkańców na ulicy Dzikiej Wildstrasse (od 1930 roku Zamenhofa) w getcie warszawskim. Pierwsza poprzeczna ulica (z szynami tramwajowymi) odchodząca w prawo to Dzielna. Następna poprzeczna zamykająca ulicę to Nowolipki i budynek, w którym była redakcja Małego Przeglądu Janusza Korczaka. Fotografię wykonał Heinrich Jöst, który był sierżantem (Feldweblem) niemieckiego Wehrmachtu. Zdjęcie zostało zrobione dokładnie 19 września 1941 roku – w dniu jego 43. urodzin, kiedy to, wykorzystując dzień wolny, wszedł z aparatem fotograficznym na teren getta. W domu oznaczonym nr 5 mieściło się schronisko, którym zaopiekowało się Towarzystwo Pomoc dla Sierot. To z tego domu dzieci przeprowadziły się na ulicę Franciszkańską 2. Z tego samego budynku moja mama, Lunia Rozental Wasserman Wróblewski, widziała kolumnę deportacyjną Domu Sierot z Korczakiem na przedzie.

Friday, November 6, 2026

W przeciwieństwie do tragicznych numerów obozowych - Lista Korczaka.


    W przeciwieństwie do tragicznych numerów obozowych, które odzierały ludzi z godności, nazwiska i człowieczeństwa, zamieniając ich w bezosobową masę, system numeracji w Domu Sierot Janusza Korczaka na Krochmalnej 92 miał dokładnie odwrotny cel. Tam numer służył budowaniu tożsamości, porządku oraz ochronie prywatności i własności dziecka w dużej, stuosobowej społeczności. Numer w Domu Sierot nie oznaczał zniewolenia – oznaczał podmiotowość i prawo do własnego „ja”.
    Pula numerów była stała i ściśle powiązana z topografią budynku: zaczynała się od 1, a kończyła zazwyczaj na 56 (dla dziewcząt) i 51 (dla chłopców). Te najwyższe numery zawsze należały do dziewczynek, ponieważ ich sypialnia w gmachu Domu Sierot była większa i mogła pomieścić więcej łóżek. Kiedy dziecko przekraczało próg placówki, otrzymywało swojego opiekuna spośród starszych wychowanków oraz ten przypisany mu cyfrowy znak, który stawał się strażnikiem jego osobistego świata. Oznaczano nim wszystko: od ubrań i butów w szatni, przez ręcznik i szczoteczkę do zębów, aż po prywatną, nietykalną szafkę w Sali Rekreacyjnej.
    W korczakowskim świecie numery miały też wymiar głęboko symboliczny – bardzo często były przekazywane „w rodzinie”. Gdy starsze dziecko opuszczało Dom Sierot, jego młodsze rodzeństwo lub kuzyni dziedziczyli ten sam numer. Tak było w przypadku Froima (Erwina) Bauma, który na Krochmalnej nosił numer 46. Przejął go po swoim starszym bracie Icku (Dużym Icku), przez co sam zyskał przydomek „Małego Icka”. To unikalne domowe dziedzictwo brutalnie zderzyło się z niemiecką machiną Zagłady. W grudniu 1942 roku obaj bracia otrzymali w Auschwitz zupełnie inne, obozowe numery: Froim stał się numerem 79631, a jego brat 79630. Podobnie potoczyły się losy innego wychowanka, Szmulka Gogola (który w Domu Sierot nosił prawdopodobnie numer 21, 39 lub 43). On również przeszedł przez piekło Auschwitz, zabierając ze sobą pamięć o Krochmalnej.
    Używanie numerów było również genialnym rozwiązaniem czysto logistycznym, zapobiegającym pomyłkom. W przedwojennej żydowskiej Warszawie wiele dzieci nosiło te same popularne imiona (w maju 1942 roku na Siennej 16 było aż czterech chłopców o imieniu Moniuś!). Kiedy przydomki typu „Mały” i „Duży” Dawid przestawały wystarczać, numer dawał absolutną pewność. Dlatego w rejestrach bursistów, oficjalnych spisach oraz prywatnych listach, tuż po imieniu dziecka, rygorystycznie dopisywano w nawiasie jego numer. Bezcennym i niezwykle poruszającym dowodem tej praktyki jest uratowana z pamięci lista dzieci, którą odnalazłem w archiwum Kibucu Bohaterów Getta w Izraelu, a którą sporządziła po wojnie w Argentynie dawna wychowanka, Helenka Lewi. Helenka, która wyjechała z Polski wiosną 1939 roku, korespondowała z dziećmi z Domu Sierot nawet po ich przeniesieniu do getta. Jej spisana z pamięci lista, obok listów miłosnych od Irki Waffel, stanowi namacalny, bezpośredni dowód na to, jak silny był ten wewnętrzny język tożsamości. Dzięki wspomnieniom Erwina Bauma (nr 46) wiemy dziś na przykład, że pod numerem 9 krył się Jonas – genialny, niezwykle utalentowany młody skrzypek.
    System ten był tak naturalnym elementem codzienności, że przenikał do najbliższych relacji dorosłych twórców tego domu. Świadczy o tym słynna, intymna dedykacja Janusza Korczaka w książce ofiarowanej swojej najbliższej współpracowniczce, Pani Stefie (Stefanii Wilczyńskiej), w której Stary Doktor, z charakterystycznym dla siebie humorem i pokorą, podpisał się po prostu jako: 
„Pannie Stefie – chłopiec nr 51 – grzybka nie ma – metrykę zgubił w Kraju Bum-Druma – prosi o dyżur zbierania papierków – czysty (niech Pan Bóg broni). Stały mieszk.”.

In contrast to the tragic camp numbers - the numbering system in Janusz Korczak's Orphans' Home.

A unique excerpt from the list of children from Janusz Korczak's Orphans' Home, handwritten from memory in Argentina by former ward Helenka Lewi (the original is preserved in the Ghetto Fighters' House Archives – GFH in Israel). In the right-hand column, under number 46, the entry clearly reads: Froim. This is Froim Baum (later known as Erwin), who was affectionately called "Little Icek" in the orphanage. He inherited this number, along with his informal third name, from his older brother Icek ("Big Icek"), who had left the institution before him. In this way, the Korczakian system of a fixed pool of numbers beautifully reflected family continuity and the bonds between siblings. This list also reveals the strict topographical layout of the Orphans' Home: the boys' list ends precisely at number 51 (Amsrelek), whereas the left column, belonging to the girls, continues up to number 56 (Frania). This directly corresponds to the fact that the girls' dormitory at 92 Krochmalna Street was larger and held more beds. We can also spot Jonas, mentioned in testimonies, under number 9 (written as Jonek at the top right) and Szmulek under number 39. For the Baum brothers, these warm, Korczakian numbers collided brutally with the harsh reality of the camps. In December 1942 at Auschwitz, Froim (Erwin) was stamped with number 79631, while his brother Icek received number 79630. The two brothers were the only ones from their large family to survive the Holocaust, remaining forever the guardians of the memory of the Old Doctor's "cheerful house."

In contrast to the tragic camp numbers, which stripped people of their dignity, names, and humanity, turning them into a faceless mass, the numbering system in Janusz Korczak's Orphans' Home had the exact opposite purpose. There, a number served to build identity, create order, and protect the child's privacy and property within a large community of a hundred children. At 92 Krochmalna Street, a number did not mean subjugation—it meant agency and the right to one's own "self."
The pool of numbers was fixed and strictly tied to the building's topography: it started from 1 and usually ended at 56 for girls and 51 for boys. The highest numbers always belonged to the girls, as their bedroom in the Orphans' Home building was larger and could accommodate more beds. When a child crossed the threshold of the institution, they were assigned a mentor from among the older children and received this digital sign, which became the guardian of their personal world. Everything was marked with it: from clothes and shoes in the cloakroom, to a towel and toothbrush, down to a plate, a cup, and a private, untouchable locker.
In the Korczakian world, numbers also carried deep symbolic weight—often, they were kept "in the family." When an older child left the Orphans' Home, their younger siblings or cousins inherited the exact same number. Such was the case for Froim (Erwin) Baum, who held number 46 at Krochmalna. He inherited it from his older brother Icek ("Big Icek"), earning himself the nickname "Little Icek." This unique domestic heritage collided brutally with the German machinery of the Holocaust. In December 1942, at Auschwitz, both brothers received entirely different camp numbers stamped on their skin: Froim became number 79631, while his brother became 79630. A similar fate befell another ward, Szmulik Gogol (who likely held number 21, 39, or 43 in the Orphans' Home). He also endured the hell of Auschwitz, carrying with him the memory of Krochmalna.
The numbers were also an ingenious, purely logistical solution to prevent confusion. In the environment of pre-war Jewish Warsaw, many children shared the same popular names—by May 1942 at 16 Sienna Street, there were as many as four boys named Moniuś! When adding monikers like "Little" and "Big" David was no longer enough; the number provided absolute certainty. For this reason, in the registers of dormitory students, official logs, and private letters, the child's number was rigorously written in parentheses right after their name. A priceless and deeply moving proof of this practice is a list of children saved from memory, which I discovered in the archives of the Ghetto Fighters' House (GFH) in Israel. It was compiled after the war in Argentina by a former ward, Helenka Lewi. Helenka, who left Poland in the spring of 1939, corresponded with the children of the Orphans' Home even after their relocation to the ghetto. Her handwritten list, alongside love letters from Irka W., stands as tangible, direct evidence of how powerful this internal language of identity truly was. Thanks to the testimonies of Erwin Baum (No. 46), we know today, for instance, that number 9 belonged to Jonas—a brilliant, extraordinarily talented young violinist.

This system was such a natural element of daily life that it permeated the closest relationships of the adult creators of the home. This is beautifully evidenced by Janusz Korczak’s famous, intimate dedication in a book presented to his closest associate, Pani Stefa (Stefania Wilczyńska), on October 25, 1922, where the Old Doctor, signing as Henryk Goldszmit, wrote with his characteristic humor and humility: 
"To Pani Stefa – boy no. 51 – no ringworm – lost his birth certificate in the Country of Bum-Drum – requests a duty of picking up scraps of paper – clean (God forbid). Permanent resident."

Thursday, November 5, 2026

Korczak - A Specific Lesson in Botany: On Rearing Flowers and Young Shoots.

Korczak - A Specific Lesson in Botany: On Rearing Flowers and Young Shoots.

Korczak - A Specific Lesson in Botany: On Rearing Flowers and Young Shoots.

"Sometimes it seems to me that houses are alive too; because some are cheerful, and others are sad. — Oh, come on: cheerful houses. What a thing to make up!"
(“Mały Przegląd”, May 20, 1927)
This simple dialogue between a brother and sister, published by Janusz Korczak (under the pen name "K.") during the early years of the magazine Mały Przegląd, holds a profound, almost prophetic childhood intuition. In the Old Doctor's world, houses possessed a soul and shared the fate of those who dwelt within them. For years, the buildings at 92 Krochmalna Street and "Różyczka" in Gocławek were cheerful houses, filled with sunlight and children's songs. By the summer of 1942, the tenement house at 16 Sienna Street in the Warsaw Ghetto had become a profoundly sad house.
The text titled "At the Flowerpots" is, on one hand, a genuine, technical nature lesson. The Old Doctor precisely introduces basic biological concepts—children learn to distinguish what seeds are from green sprouts that will only over time unfold their first true leaves. To make this indoor gardening more exciting and closer to the child's psyche, Korczak deliberately introduces an element of healthy competition. The siblings animatedly vie with each other and count: "I have 14!", "And in mine, 23!". This simple pedagogical tool was designed to teach children patience and the systematic, daily care required for a life entrusted to them, of which careful watering was a crucial part.
In his diary, under the date of August 4, 1942, Korczak wrote these heartbreaking words:
"I watered the flowers. Poor ghetto plants, plants of urban captivity. (...) My work and their life."
Until the very end, the Old Doctor remained faithful to his botanical advice and his little charges. The following morning, August 5, 1942, promised to be exceptionally hot. It is highly likely that in the early hours, driven by that same deep sense of duty, he managed to water his flowers at 16 Sienna Street one last time. He was fully aware that the plants would need water to survive the impending oppressive heat—yet completely unaware that these were his final hours in his beloved Warsaw, and that later that same day, he would march with the children on their final journey to Treblinka.
Three years later, on January 17, 1945, Pan Misha would cross from the other side of the Vistula and gaze upon this sad, orphaned world, stripped of its children's laughter. Both the building at 92 Krochmalna Street and the final location of the Orphans' Home within the Small Ghetto at 16 Sienna Street stood amidst the ruined city—relatively intact, as if waiting for the return of memory.

* At the Flowerpots.
(A Conversation).
Flowerpots on the table. A brother and sister.
— I'm telling you: don't water it. The teacher said you can't do it too often, or it will rot.
— But there's a hole in the pot. If I pour too much, it will run out.
— Yes, it will flood the floor and there will be shouting again.
— Maybe mother will give us another saucer?
— Sure she will—give us one. She said it's the absolute last one. Mother thinks you can grow everything in one pot. Seeds need space so they don't steal each other's nutrients.
— And light.
— Not even light. After all, seeds aren't trees.
— But trees grow close together in the forest, and it doesn't harm them.
— How do you know? Maybe it does harm them. Some trees are big, and others are small.
— Because they are still young; they will grow later.
— Look how strange it is. A human grows and an animal grows. Everything just grows and grows.
— What else is it supposed to do? Everything wants to be big and strong.
— Even houses are big and small.
— Because that's how people built them. They have to be like that. They neither want to nor don’t want to. Houses aren't alive, after all.
— Sometimes it seems to me that houses are alive too; because some are cheerful, and others are sad.
— Oh, come on: cheerful houses. What a thing to make up!
— Well, but they are. Our school building is cheerful.
— If you get a good grade, it's cheerful, but if you catch a failing two—it's sad.
— Plants—yes. They are really alive, but houses are not.
— Do you remember my chestnut? How sick, sad, and miserable it was.
— Because the chestnut didn't want to suffocate in a flowerpot. It needs freedom.
— And what do you prefer: chestnuts or pines?
— I like palms and baobabs best.
— Not me. Why should I care about them—somewhere far away and so strange-looking?
— But there are strange animals there. And five men on horseback can ride right into the hollow of a baobab trunk. Now do you understand how big a baobab is?
— And man rules over all of it.
— And what do you want, for trees to rule?
— The world is very strange. Well, look: such a tiny little leaf.
— Not a leaf, a sprout.
— And this one? See, it's already divided here, you can see the leaves starting.
— Do you want to count who has more?
— All right.
— I have 14.
— And in mine, 23.
— Because you count everything, and I only count the ones that are worth it.
— It's worth counting them all, even the smallest ones. Tomorrow they will be big.
— Tomorrow is for me. Wait, I'll count it myself. Five... seven...
— And this one?
— Well, all right: eight. Yes, you have more because you planted yours earlier.
— Only by two days.
— Well, by two days then. In two days, my flowerpot will have more too. — Wait, I'll give them a good dinner. Let them eat up and grow strong and healthy.
— Don't pour so much, or you'll see.
— Why should I hold back? Let them enjoy it. A human constantly needs soup, seeds, candy, meat, and bread. And such a good-natured thing is satisfied with just pure water.
— Not water, but fertile soil. It won't grow on sand.
— How do you know?
— The teacher said so.
— Just wait: I'm going to try it. I'll fill a pot with sand and plant it.
— See? — Look what you did! I told you it would spill. — Here, let me hold it, and you run for a cloth before there's trouble! (The brother runs out). Truly, these boys are impossible to bear. I read in the Courier that men are reckless. The sacred truth!
                                                                                                    K.