The discovered fragment of Pan Misza’s typescript offers a brilliant and rare insight into how the practical, "Korczakian" formation of young educators and bursars looked at the Orphans’ Home on 92 Krochmalna Street:
Friday, July 17, 2026
Korczak: "When you are young, you feel just as children do. That is important. It is a major asset in the work of an educator."
Korczak: „Kiedy się jest młodym, czuje się podobnie jak dzieci” .
![]() |
| Odnaleziony fragment maszynopisu Pana Miszy niesie w sobie genialny i rzadki wgląd w to, jak wyglądała praktyczna „korczakowska” formacja młodych wychowawców i bursistów w Domu Sierot na Krochmalnej. |
- Topografia Domu Sierot („Bar pod schodami”): Szczegół o „drugiej kolacji dla bursistów” i unikalnej nazwie zakątka – „barem pod schodami” – to bezcenna perełka faktograficzna. Pokazuje wewnętrzne, intymne życie internatu, którego nie znajdziemy w oficjalnych podręcznikach pedagogicznych. Świadczy o tym, że bursiści tworzyli w gmachu swoją własną, autonomiczną społeczność rówieśniczą.
- Kluczowa cecha wychowawcy – pamięć własnego dzieciństwa: Odpowiedź Korczaka stanowi potężny fundament jego pedagogiki. Stary Doktor nie chciał sztywnych, autorytarnych wychowawców, którzy mechanicznie rozdzielają bijące się dzieci. Bardziej cenił u mojego Ojca to, że ten zachował w sobie żywą pamięć o mechanizmach chłopięcego świata („Z lat chłopięcych pamiętam...”). Korczakowskie zdanie: „Kiedy się jest młodym, czuje się podobnie jak dzieci” to bezpośredni dowód na to, jak Stary Doktor budował u Pana Miszy poczucie pewności siebie jako przyszłego pedagoga.
- Klamra z „Akademią cierpliwości” z 1909 roku: Ten tekst z lat 30. idealnie rymuje się z analizowanym na moim blogu artykułem Korczaka z 1909 roku o szkole dla opóźnionych dzieci w zakładzie na ul. Oboźnej. Tam Korczak pisał o konieczności przejścia przez „akademię cierpliwości”, by młoda nauczycielka zyskała pobłażliwość i szacunek dla umysłowości dziecka. W tym maszynopisie widzimy, jak Pan Misza przechodzi dokładnie taką samą, osobistą „akademię” pod okiem samego Doktora.
Thursday, July 16, 2026
"And I wasted half a day on those rascals," Janusz Korczak concluded with a smile.
There were no classes at school that day. The Doctor, taking advantage of the favorable weather, decided to take Bella and Jankielek to the Zoological Garden. I do not recall exactly why those two were chosen. It seems to me that they had shown a particular interest in animals that they previously knew only from book illustrations and descriptions. It was suggested that I accompany the children as well. I gladly seized the opportunity.
We wandered through the ZOO for a long time. The children's attention was captured by one animal after another. The elephant aroused fondness because it was so large yet so gentle. The camel, on the other hand, evoked rather pity for being... humpbacked. It was difficult to pull the children away from the cage containing various species of monkeys. They laughed at how similar they were to humans, and noted that the monkey-mothers cared for their babies just like real human mothers do. The female kangaroos brought about hidden smiles, followed by questions. The children were curious about how polar bears actually live, and whether a male giraffe /they called it a "boy"/ is also called a giraffe, or perhaps in Polish "żyrafa". They wondered if baby animals were born in the Zoo or if they were brought from distant lands, and whether all animals ate the very same food. Korczak observed the animals, watched the children attentively, and answered their questions with a smile.
After three hours had passed, we approached the exit. Installed right beside it was a modern vending machine—modern, at least, for those times. The Doctor gave each of the children 10 groszy, showed them where to insert the coin, and where to press afterward. To the immense joy of the young ones, small chocolates shot out through the opening. Their delight was beyond description. Spending their own 10-groszy coins fished out of their pockets, they repeatedly tested the mechanism of this "wondrous machine".
"And I wasted half a day on those rascals," the Doctor concluded with a smile, "just to see how they would react to animals locked in a cage."
Korczak: A ja pół dnia straciłem na tych drani...”
Korczak: A ja pół dnia straciłem na tych drani...”
Ta odnaleziona strona z rękopisu/maszynopisu Pana Miszy to absolutny literacki i pedagogiczny majstersztyk, który w genialny sposób dopełnia obraz życia w przedwojennym Domu Sierot (DS) przy Krochmalnej 92.
Druga część tekstu za XXXXXXXX dokumentuje unikalną strukturę korczakowskiej placówki. Wspomniane „piątkowe posiedzenie pedagogiczne” to nic innego jak oficjalne, cotygodniowe spotkanie personelu i wychowawców (w którym brał udział mój tata, Pan Misza). Pokazuje to, że Korczak traktował nawet zwykłą wycieczkę do ZOO jako poważny materiał badawczy do analizy psychologii dziecięcej, z którego zdawał raport swoim współpracownikom.
Finałowa pointa, w której dzieci zamiast zachwycać się egzotyczną fauną, uznają za największą atrakcję automat z czekoladkami, to kwintesencja korczakowskiego realizmu. Korczak nie idealizował dzieci. Jego pełne miłości określenie o „draniach” („A ja pół dnia straciłem na tych drani...”) i uśmiech pokazują głębokie zrozumienie, że dziecko ma prawo do własnych, przyziemnych zachwytów, bez dorosłego, napuszonego dydaktyzmu.
Wspomnienie o „nowoczesnym automacie” i klatkach doskonale oddaje klimat nowo otwartego (w 1928 roku) Ogrodu Zoologicznego na praskim brzegu Wisły, którym kierował wówczas Jan Żabiński. To tam Korczak uczył dzieci empatii wobec „zwierząt zamkniętych w klatce”.
Wednesday, July 15, 2026
Z Krochmalnej 92 na fronty świata: Żołnierze Starego Doktora.
Długo się zastanawiałem, jaki dać tytuł i jak opisać dwóch bursistów Korczaka, Pana Józka i Pana Miszę, walczących z faszyzmem z bronią w ręku. Józek Halpern Arnon był w szeregach armii brytyjskiej i walczył w Afryce, a potem we Włoszech itd. Pan Misza był w Armii Czerwonej, a potem od miejscowości Sumy na Ukrainie w Wojsku Polskim. W moim archiwum w Sztokholmie znalazłem 30 stron rękopisu o Panu Józku w tym okresie.
Ci, którzy znali ich przed wojną i po wojnie, zapamiętali ich jako ludzi niezwykle spokojnych, opanowanych i zrównoważonych. Rzadko podnosili głos, emanowali głęboką, pedagogiczną cierpliwością. Jednak kiedy faszyzm zagroził całemu światu, ci dwaj dawni bursiści z Domu Sierot (DS) Janusza Korczaka zostali zmuszeni, by naukę Starego Doktora o odwadze i ludzkiej godności przekuć w czyn – z bronią w ręku.
Aby w pełni zrozumieć ich drogę, trzeba najpierw cofnąć się do tragicznego września 1939 roku i spojrzeć na specyficzny, bolesny stosunek samego Janusza Korczaka do wojny. Doktor nie był teoretykiem pacyfizmu, który o koszmarze frontu czytał jedynie w książkach – jak sam pisał, przeżył aktywnie aż cztery wojny (jako lekarz polowy m.in. w wojnie rosyjsko-japońskiej, I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej). Korczak postrzegał wojnę nie tylko jako tragedię humanitarną, ale przede wszystkim jako destrukcyjne, nieludzkie zjawisko socjalne, w którym normy społeczne ulegają całkowitemu rozkładowi, a najbardziej bezbronną ofiarą staje się dziecko.
Gdy we wrześniu 1939 roku na Warszawę spadały niemieckie bomby, młody Pan Misza podszedł do Doktora z dramatycznym pytaniem: „Co mam robić?”. Korczak, mimo swojego głębokiego humanizmu i miłości do wychowanków, nie zatrzymywał go przy sobie. Odpowiedział krótko i stanowczo: Pan Misza powinien natychmiast przejść przez Wisłę na prawy brzeg i szukać punktów zbiornych formującego się Wojska Polskiego, by podjąć walkę z najeźdźcą.
Mój Ojciec posłuchał rozkazu Starego Doktora i ruszył na drugą stronę Wisły. Jednak rzeczywistość tamtych wrześniowych dni była pełna chaosu i klęski. Żadnych punktów zbiornych Pan Misza nie znalazł, a polscy oficerowie, których zdezorientowany pytał o miejsca formowania oddziałów, patrzyli na młodego chłopaka z niedowierzaniem i dosłownie „pukali się w czoło”. Polskie dowództwo było w rozsypce, a kraj chylił się ku upadkowi. To właśnie ten moment załamania zmusił mojego Ojca do podjęcia samotnej walki o przetrwanie, która po latach zaprowadziła go do munduru żołnierza na froncie wschodnim.
Pan Józek (Józef Halpern Arnon) – Wojownik pustyni i imperium
Józek był małomównym bursistą, który wyemigrował do ówczesnej Palestyny już w 1932 roku. Był chyba najbardziej cenionym przez Korczaka wychowawcą. Wtedy Pan Misza przejął po nim tzw. Gimnastike poranną". To do Józka Korczak napisał swój słynny, gorzki list o polskim antysemityzmie, który podcinał skrzydła wszelkiej pracy pedagogicznej. Gdy wybuchła wojna, Józek nie zwlekał. Wstąpił w szeregi armii brytyjskiej i został wysłany do palących walk w Afryce Północnej, gdzie stanął oko w oko z Korpusem Afrykańskim Rommla. Stamtąd jego szlak bojowy wiódł przez krwawe potyczki we Włoszech, aż do legendarnej Brygady Żydowskiej. W moim archiwum w Sztokholmie odnalazłem 30 stron jego unikalnych, odręcznych wspomnień z tego okresu – skarb, który wkrótce zacznę przepisywać na blogu.
Pan Misza (Michał Wróblewski/Wasserman) – Ochotnik z opustaszonego getta
Mój Ojciec, Pan Misza, był w gruncie rzeczy człowiekiem pokoju – pedagogiem z powołania i zamiłowania. Jego droga na front była jednak czystym majstersztykiem walki o przetrwanie. Po udanej ucieczce z warszawskiego getta przedostał się na wschód. Trafił do okupowanego Kijowa, gdzie pod fałszywą tożsamością „polskiego robotnika” i fachowca murarza zdołał utrzymać się przy życiu pod samym nosem Niemców. Pracował (na aryjskich papierach) i czekał na ofensywę Armii Czerwonej. Gdy front wreszcie dotarł do Kijowa, Ojciec zrobił coś, co pokazało jego niezłomny charakter: natychmiast zapisał się do Armii Czerwonej jako ochotnik. Chciał walczyć z faszyzmem. Od miejscowości Sumy na Ukrainie został następnie przeniesiony do formujących się jednostek Wojska Polskiego (1. Armia WP), gdzie jako oficer (i późniejszy major) przeszedł cały szlak bojowy przez wyzwoloną Warszawę, aż po ostateczny szturm na Berlin. O udziale wychowawców i wychowanków w ruchu oporu w Getcie Warszawskim piszę oddzielnie w ramach mojego blogu.
Przedwojenne „bitwy” na ulicy Krochmalnej
Choć zarówno Józek, jak i Misza słynęli ze swojego spokoju, twarda rzeczywistość ulicy nie była moim Ojcu obca. Jego pierwsze „bojowe” doświadczenia sięgały bowiem lat przedwojennych na Krochmalnej 92. W tamtych czasach żydowscy wychowankowie, którzy opuszczali sierociniec, by udać się do szkół lub z nich powrócić, byli nieustannie narażeni na brutalne ataki ze strony lokalnych chuliganów z Woli.
Mój Ojciec, Pan Misza, stworzył wtedy swoisty patrol ochronny wspólnie z panią Wosią – stanowczą i energiczną praczką z Domu Sierot. Mając panią Wosię u swego boku, Ojciec stał na ulicy i własnymi rękami bronił bezbronnych sierot Korczaka. To tam, w obronie dzieci na chodnikach Krochmalnej, rodził się ten sam fundament. Gdy nadeszła wielka wojna, Ojciec po prostu zamienił obronę wychowanków na obronę całej ludzkości.
Walczyli w różnych mundurach, tysiące kilometrów od siebie – jeden w piaskach Afryki, drugi w błocie frontu wschodniego. W rzeczywistości jednak bili się pod tym samym, niewidzialnym sztandarem. Obaj byli żołnierzami z Krochmalnej 92.
Mieszkałem w getcie u dawnych wychowanków Korczaka, należeli do tajnej organizacji, zwrócili się do mnie, czy bym im nie pomógł dostarczyć broni z aryjskiej strony. Skontaktowała się ze mną Niuta Tajtelbaum (Wanda Wytwicka), mieszkała po aryjskiej stronie, miała złote włosy, niebieskie oczy, więc nie budziła po aryjskiej stronie podejrzeń. Przeszła nami do getta, przynosząc broń.Tak został przetarty jeden ze szlaków, którym polskie podziemie przekazywało broń.W końcu zdecydowałem się opuścić getto. Nie wierzyłem...
- Pan Józek - Pionier i żołnierz Brygady Żydowskiej: Strona 7 s opowieści Ceśki Arnon, pokazuje Józka jako budowniczego i pioniera [w Polsce należał do Haszomer Hacair], a strona 8 jako żołnierza, który wraca do Europy w brytyjskim mundurze, by nie tylko walczyć, ale ratować ocalałych.
- Pan Misza (Wasserman Wróblewski). Wspomnienie jego dotyczy okresu po Wielkiej Akcji i deportacji Domu Sierot do Treblinki w 1942 roku. Pan Misza, jak również jego szwagierka Krystyna Rozental, współpracowali z szmuglerami. M.in. poprzez nich przerzucono na strone aryjska dokumenty i okulary Korczaka uratowane przez Pana Misze:
Mieszkałem w getcie u dawnych wychowanków Korczaka, należeli do tajnej organizacji, zwrócili się do mnie, czy bym im nie pomógł dostarczyć broni z aryjskiej strony. Skontaktowała się ze mną Niuta Tajtelbaum (Wanda Wytwicka), mieszkała po aryjskiej stronie, miała złote włosy, niebieskie oczy, więc nie budziła po aryjskiej stronie podejrzeń. Przeszła nami do getta, przynosząc broń.
- Wątek UNRRA i obozów-kibuców (Akcja Bricha): Zapis o tym, że Józek spędził tygodnie w obozach DP UNRRA, prowadząc wykłady dla ocalałej młodzieży syjonistycznej, to kolejny bezpośredni punkt wspólny z akcją Brichy i Aliah Beth, o której pisałem przy okazji statku Transilvania i Pana Miszy, oficera na granicy polsko-czechosłowackiej w 1946 roku! Pokazuje to, że podczas gdy mój Ojciec, Pan Misza, zabezpieczał przejście, emigrację Ocalałych z Polski na Zachód, to Józek w tym samym czasie przygotowywał ich mentalnie i organizacyjnie do dalszego wjazdu do Palestyny jako żołnierz Brygady.
- Emocjonalna klamra Bergen-Belsen i wpis na moim blogu: Wzmianka w rekopisie Ceśki o odnalezieniu przez Józka we Włoszech szwagrów (ocalonych z Auschwitz i Bergen-Belsen) to potężna klamra z historią małej Sali i Gitli Najkron, która w tym samym Bergen-Belsen oddała życie.
| Pan Misza i Pan Józek - Warszawa, lata trzydzieste. |
Tuesday, July 14, 2026
DS och D.S. - Dom Sierot Korczaka.
Używał go zarówno w kontekście instytucji, jak i w potocznym, wewnętrznym języku. Pisał o „budżecie D.S.”, „personelu D.S.” czy „historii D.S.".
Monday, July 13, 2026
Historia jednego potwierdzenia: Ocalić imiona z nieludzkiej statystyki Treblinki.
Ofiary Treblinki nie mają własnych grobów, a ich nazwiska przepadły w popiołach, ponieważ w komorach gazowych ginęły bezpowrotnie całe wielopokoleniowe rodziny. Wraz z ludźmi umierała pamięć o nich. Dziś, z okazji wyjątkowego jubileuszu 3 milionów odsłon mojego bloga, dzielę się z Wami niezwykłą „historią jednego potwierdzenia”. To zapis prawie "detektywistycznego śledztwa", które – dzięki jednemu szwedzkiemu zdaniu z archiwów wideo Shoah Foundation oraz pożółkłym stronom w języku jidysz – pozwoliło wyrwać z nieludzkiej statystyki kolei Deutsche Reichsbahn dwie nastoletnie dziewczynki: Chanę i Chawę Najkron. Poniżej publikuję unikalne, ocalałe fotografie ich matki Gitli z córkami oraz skany odnalezionych stron z Księgi Pamięci, które na zawsze przywracają im tożsamość. Zapraszam do lektury tej przejmującej opowieści o małym triumfie pamięci w walce z zapomnieniem.
„Potwierdzanie śmierci” i Fundacja Pamięć Treblinki
W tym miejscu kluczową, tytaniczną pracę wykonuje Fundacja Pamięć Treblinki – niezwykle poważna, zdeterminowana i pozytywna grupa ludzi, która od lat z rzetelnością godną najwyższego szacunku walczy o każdą pojedynczą tożsamość. Wolontariusze i historycy z tej organizacji krok po kroku, niczym z rozbitych kawałków szkła, rekonstruują Listę Ofiar, weryfikując każdy strzęp informacji. Dla nich każde nowo potwierdzone imię to wyrwanie człowieka z rąk oprawców i przywrócenie go ludzkości.
Od lat biorę udział w tym procesie. Na początku to podałem znane nazwiska mojej własnej rodziny, ponad 100 osób. Następnie dzieci z Domu Sierot i tysiące nazwisk z Monumentu Zagłady w Sztokholmie, które zgromadziłem w latach 1993–1995.
Sala Zyskind, urodzona w 1939 roku, składała w 1997 roku swoje poruszające świadectwo dla Shoah Foundation w języku szwedzkim – kraju, który w 1945 roku stał się jej nową ojczyzną. To właśnie słuchając jej szwedzkiej relacji, w której zderzały się dwa światy: przedwojenna trauma Piotrkowa i spokojna powojenna Skandynawia, wyłowiłem to jedno fundamentalne zdanie o deportacji córek Najkron. Sala, mówiąc po szwedzku o tragedii polsko-żydowskiej rodziny, dała mi klucz. Wiedziałem, że muszę to wyznanie o dwóch bezimiennych nastolatkach zamienić na język faktów dla Fundacji Treblinka. To znaczy odnaleźć ich imiona.
To jest historia jednego potwierdzenia. To opowieść o tym, jak jedno krótkie, z pozoru (nie)przeoczone zdanie z cyfrowego archiwum wideo potrafi przywrócić tożsamość i ludzką godność osobom, które nazistowska machina Zagłady próbowała na zawsze wymazać z ludzkiej pamięci.
W 1939 roku Sala wraz z najbliższymi znalazła się w grupie dzieci, które jako pierwsze trafiły wraz z rodzicami do getta w Piotrkowie Trybunalskim – pierwszego nazistowskiego getta utworzonego w okupowanej Europie. Gdy w 1940 roku jej ojciec, Wolf, został zamordowany przez Niemców, opiekę nad dziewczynką przejęli matka, Rózia, oraz wuj Abram Bogdański. Długo udawało im się chronić Salę. Wtedy nastąpiła katastrofa: najpierw matka została deportowana do niewolniczej pracy w fabryce amunicji w Skarżysku-Kamiennej, a wkrótce potem nie wrócił z pracy, zaginął wuj Abram. Żadne z nich, bez ostrzeżenia, po prostu nie wróciło z pracy i Sala została sama na podwórku domu, gdzie mieszkali.
Osamotnioną, bezbronną dziewczynką zaopiekowało się wówczas małżeństwo Nejkron. Gitla i Chaim Najkron mieszkali i pracowali w getcie, a potem na terenie tartaku i fabryki drewnianej Bugaj na obrzeżach miasta, fabryki, która w praktyce funkcjonowała jako zamknięty obóz pracy przymusowej. To właśnie dzięki statusowi fabryki pracującej na rzecz niemieckiego przemysłu zbrojeniowego, pozostający tam przy życiu Żydzi oraz ich dzieci mogli chwilowo przetrwać – starsze dzieci pracowały jako pomocnicy, młodsze ukrywano. Gdy pod koniec 1944 roku do Piotrkowa zbliżał się front, obóz zlikwidowano, a wszystkich żydowskich pracowników wraz z dziećmi wtłoczono do wagonów bydlęcych. Niemcy konsekwentnie rozdzielali rodziny: mężczyzn pędzono do Buchenwaldu, a kobiety i córki do Ravensbrück. Rodzina Nejkronów została rozdarta na pół – Chaim trafił do Buchenwaldu, a Gitla wraz z małą Salą, którą chroniła jak własną córkę, do Ravensbrück.
Poszukiwanie córek Nejkronów było ekstremalnie trudne, ponieważ z całej czteroosobowej rodziny wojnę przeżył tylko ojciec – Chaim Nejkron. I to właśnie w jego własnoręcznych, spisanych po latach w języku jidysz wspomnieniach, odnalezionych w starej Księdze Pamięci (Yizkor Book), obok poruszającego opisu wdzięczności dla swojej żony Gitli za ratowanie małej Sali, ojciec, Chaim Najkron wymienił imiona córek: Chawa i Chana.
T.N.Z.B.H. (Niech jej dusza zostanie wpleciona w węzeł życia)
GUTA NAJKRONGuta Najkron, żona Chaima-Benjamina Nejkronga, urodziła się w 1897 roku w Warszawie. Była córką Meira Danzigera, jednego z założycieli fabryki tekstylnej „Lodzia” w Eretz Izrael. Pomimo swojego bogatego, arystokratycznego pochodzenia i wywodzenia się ze znamienitych rodów, Guta Najkron całkowicie poświęciła się działalności społecznej i filantropijnej wśród szerokich mas mieszkańców miasta. Była niezwykle aktywna w komitecie „Keren Kajemet” (Żydowskiego Funduszu Narodowego), w bibliotece im. Szolema Alejchema oraz w prawie wszystkich stowarzyszeniach i instytucjach społecznych.Guta Najkron założyła syjonistyczną organizację kobiecą „WIZO”, lecz kategorycznie sprzeciwiała się zasiadaniu w jej zarządzie. Ta cecha skromności i powściągliwości zawsze towarzyszyła jej pracy i stylowi życia. Oprócz działalności w ramach oficjalnych stowarzyszeń i instytucji, wykonywała bardzo ważną pracę w tajemnicy i sekrecie. Rozdawała ubogim chały na szabat, zaopatrywała ich w leki, wysyłała ubrania i buty, a czasem wspomagała pożyczką lub gotówką. Tylko nieliczni w mieście wiedzieli o tych tajnych kontaktach między tą wieloduszną kobietą a biedą...Swój ostatni, pełen chwały rozdział Guta Najkron zapisała w mrocznych dniach Zagłady. Znajdując się w obozie w Piotrkowie Trybunalskim, opiekowała się wszystkimi nieszczęśliwymi żydowskimi sierotami niczym matka dbająca o własne dzieci, które straciły tam swoich rodziców. Przez cały ten czas ukrywała u swojego boku 5-letnią dziewczynkę – Salę Paszenowską, pulchną sierotkę – i niejednokrotnie zasłaniała to dziecko własnym ciałem, gdy w obozie przeprowadzano specjalne akcje wymierzone w dzieci (tak zwane dziecięce selekcje).Guta Najkron zmarła z głodu i wycieńczenia w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen, w ostatnią noc przed jego wyzwoleniem...H.B. (Inicjały męża: Chaim Benjamin)
Chaim-Benjamin Najkron
- Chana i Chawa (חנה און חווה): Tekst w jidysz, czarno na białym, wymienia obie nastoletnie córki: Chanę i Chawę Najkron. Pod ich imionami znajduje się jednoznaczny, tragiczny zapis w nawiasie: (umgekommen in Treblinka) – zamordowane/zgładzone w Treblince.
- Pisownia imienia ojca: Na samym dole ojciec podpisał się jako Chaim-Benjamin Najkron. Pisownia w jidysz (חיים־בנימין) jednoznacznie wskazuje na podwójne imię Chaim-Benjamin, co idealnie spina się z inicjałami H.B. z poprzednich dokumentów.
SALA PARSZIENSKA [PASZENOWSKA], urodzona w październiku 1938 r., Łódź, polska Żydówka [INDEX].
Matka: Rusia [Rózia] Bogadinska [Bogdańska], urodzona w 1907? r., Łódź [INDEX]. [Odręczny dopisek po szwedzku:] Prawdopodobnie na zewnątrz (poza obozem).
Ojciec: Wolf Parsziemski [Paszenowski], zmarł w więzieniu w Polsce [w Piotrkowie] [INDEX].
Mieszkała w Piotrkowie do 1943 r [INDEX].
Wuj: Abraham Bogdański, wciąż w [Bergen-]Belsen [Skreślone:
MINIA RUBINOVICZ, urodzona 3.5.1907 r., Łódź, polska Żydówka [INDEX]. [Odręczny dopisek urzędnika:] wyjechała przez Göteborg 26.4.49 r. [INDEX]
Mąż: Joine Rubinowicz, urodzony w 1907 r. w Łodzi, wywieziony do Częstochowy w 1944 r., czy wciąż tam przebywa? [INDEX]
Wujowie: Józef Rubinowicz i Dawid Rubinowicz w Nowym Jorku [INDEX]. Kuzyn: Stuhlberg-Weinfelt w Nowym Jorku [INDEX]. Siostra: Lola Rumian-Weinfelt, wyjechała do Rosji [ZSRR] w 1939 r [INDEX].
W Szwecji razem z córką: DORA RUBINOVICZ, urodzona 16.8.1930 r., Łódź [INDEX]. [Skreślone:
Przeszły przez: Auschwitz (1944), Hamburg, [obóz pracy] Sasel, Bergen-Belsen [INDEX]. [Skreślone:
PAULINA JANASZEWICZ, urodzona 5.9.1932 r., Piotrków, polska Żydówka [INDEX].
Ojciec: Samuel Dawid Janaszewicz, urodzony 14.10.1900 r. w Piotrkowie, najpierw wywieziony do Landeck (Tyrol) w 1942 r., a następnie do Reichenau [INDEX]. [Odręczny dopisek urzędnika:] wyjechał przez Trelleborg 15.12.47 r. do Polski [INDEX].
Matka: zmarła przed wojną [INDEX].
Wuj: Cyryl Kaminsky, wyjechał do Rosji [ZSRR] w 1939 r [INDEX].
Wujowie: Hermann Janaszewicz, urodzony w 1900 r., w getcie łódzkim; Leon Janaszewicz, wywieziony do obozu w pobliżu Poznania [].
Przebywała w Innsbrucku od 25.1.1944 r []. Przeszła przez Ravensbrück i Bergen-Belsen (marzec 1945 r.) [].
[Skreślone:
- Dla Sali: Dokument urzędowo potwierdza, że szwedzkie władze zidentyfikowały ją jako „Salę Parszieńską / Paszenowską” i odnotowały tragiczny los jej ojca Wolfa. Co najwspanialsze, dopisek „Troligen ute” to narodziny nadziei na jej zjednoczenie z matką Rózią.
- Dla Dorki Rubinowicz: Karta wprost wymienia dziewczynkę, o której pisałem, że przebywała w baraku w Bergen-Belsen razem z Salą. Widzimy jej pełną, udokumentowaną trasę przez Auschwitz i Hamburg.
![]() |
| Treblinka. Autor wpisu, Roman Wasserman Wróblewski, czyści Kamien Piotrków. |




