Monday, June 22, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ TRZYNASTY: Pierwsze spotkanie.


 Rozdział trzynasty: Pierwsze spotkanie
— Pozwoli pan, że sama się przedstawię.
Stefa wymówiła swoje nazwisko. Nie brzmiało ono obco w domu doktora. Gdy badała go wzrokiem od stóp do głów, zauważyła: postawna, choć uprzejma, w skromnym, czarnym kostiumie, skrojonym ze smakiem, w czarnych, płaskich sandałach, wykonanych według dawnej mody. Syn nie mówił o niej inaczej jak w samych superlatywach.
Jednak uszy Anii wychwyciły już plotki krążące wśród młodych ludzi pracujących razem. Przekazała ona te słowa w zestawie pasujących interpretacji: Stefa to nastoletnia panna, stojąca na ślubnym kobiercu, wykształcona, z szanowanej rodziny, ale taka, której wszelkie znajomości oddalają ją od środowiska, do którego należy. Mówią, że cały swój czas poświęca na edukację ubogich dzieci. Niemal ta sama generacja, do której należał Henryk…
— Czy doktor jest w domu?
W tonie jej pytania kryły się oczy i usta zmuszające do serdeczności, które udzieliły się również rozmówcy. Jej twarz wyprzedziła skromną poczekalnię. Fikusy, paprocie i palmy pamiętały jeszcze lepsze czasy, mały stoliczek, okrągłe krzesła i twarde fotele, choć były to meble z warsztatu „Thoneta”, służyły pacjentom przychodzącym do lekarza — to były rzeczy, które ukazały się oczom Stefy, gdy wchodziła do pokoju. Usiedli naprzeciwko siebie i przyglądali się sobie z ciekawością, której nie ukrywali. Tak patrzyły na siebie podczas pierwszego spotkania dwie rywalizujące kobiety, mierząc nawzajem swoje siły.
Doktorka, o której wszyscy tak mówili, to znaczy, przerywali jej pracę w domu: Janusz, czy przyszedł ten lub ów. Stąd Stefa wywnioskowała, że kochała matkę miłością wielką i szczególną, jakiej nikt inny poza nią nie wspominał nigdy ze strony żadnego członka swojej rodziny.
— Rzeczywiście, tak bardzo przypominasz mi jej twarz — pomyślała i spuściła wzrok, czując w sobie przypływ silnego wzruszenia.
— Wiele słyszałam o pani, panno... — zaczęła matka — choć to miłośniczka dzieci, jest pani dla mnie jak własna córka.
Nie wiedziała, jakim tonem powinna prowadzić rozmowę. Kim jest ta stojąca przed nią kobieta? Przyjaciółką czy wrogiem? Odkąd doktor zaczął pracować w domu opieki, porzucił wszystko; swoich pacjentów przyjmował bez zapłaty, zawsze gotowy odpowiedzieć im, bo praca to praca. To lekarz, a nie dziewczyna siedząca bezczynnie, odcięta przez niego od praktyki, która najwyraźniej ma na niego wpływ. Może warto z nią porozmawiać o tym wpływie i wyjaśnić jej, że praca przez dwadzieścia cztery godziny na dobę z biednymi dziećmi może położyć kres trudnym początkom, jakie stoją na drodze kariery lekarza.
Stefa uśmiechnęła się do niej, mrużąc oczy niczym dziecko.
— Urodziliśmy się z naturalną skłonnością do bycia pedagogami — odpowiedziała, kiedy tamta powtórzyła swoją uwagę o dzieciach. — Córka bogatych rodziców może być doskonałą nauczycielką.
— Tylko że to wciąż zawód pozbawiony zysku — westchnęła matka z goryczą. — „Nauczycielka” to przecież najgorzej płatny zawód u nas — dodała — nie ma żadnych szans na zdobycie majątku. Mimo że ode mnie czasem bije wiara, że mój syn osiągnie cel swojego życia...
— To nie ma nic wspólnego z tym, ile zarabia człowiek. Widzi swoje powołanie w dzieciach, a nie w karierze.
— To prawda, Janusz trafił w samo sedno... pochodzi przecież z zamożnego domu, radzi sobie z tym, co nie jest proste, i musi żyć. — Matka kontynuowała — dla kogo to wszystko, dla domu, rodziny — mówiła dalej z żalem.
Natura ta zrodziła w niej potrzebę posiadania trzech cnót — trzeba przecież zacząć od ideałów... Stefa poczuła, że ogarnia ją zakłopotanie z powodu słów tej kobiety, która siedziała przed nią. Przed chwilą była jej niemal obca. Nie tylko zakłopotanie, ale i zdumienie ją ogarnęło. Nie leżało to w naturze planów na jej własną przyszłość.
— Nie mam żadnych podstaw, by sądzić, że uważa inaczej — pomyślała — przecież to nie jest zwykły lekarz z burżuazyjnego środowiska, który martwi się najpierw o swój portfel. Wielkie dochody lub małe pensje nie mają dla niego dużego znaczenia w kontekście obowiązków, które na siebie przyjął. Gdyby tak było, nie szukałby korzyści w tym — dodała.
Kobieta spojrzała w głąb pokoju. Przez okno i drzwi wpadało blade światło. Była to wysoka i szczupła kobieta. Próbowała ukryć przed córką swój wiek.
— Ale przyjdzie dzień, kiedy te dni w końcu miną. Zostanie zmuszona odejść ode mnie — matka pocieszała się w duchu i broniła przed falami zazdrości. Ta dziewczyna, która pomagała mu w pracy, tak bardzo prosta, miła, sympatyczna — te wszystkie słowa, które o niej mówiono, sprawiały, że czuła niepokój, iż może ona nie być dla niego odpowiednia...
Chcąc naprawić złe wrażenie, które mogła wywrzeć:
— Ja też jestem z niego dumna — powtórzyła — wiem dobrze, jak bardzo go cenią. Ma złote serce... Iluż młodych ludzi wybiera w tych czasach taką drogę...
Jakże ten dialog między nimi obnażał całą gorycz...
— Our dzieci kochają nas bezgranicznie. Chciałbym móc mu w tym pomóc... ale co my mamy, z czego żyć — te słowa kosztowały ją wiele trudu. Rozmowa w tym tonie, ze świadomością, że wkrótce przyjdzie mu stanąć twarzą w dół z bogaczami i zamożnymi... opisać mu całą grozę sytuacji... zorganizować pomoc dla sierot. Mecenas Goldszmit wydaje się odpowiednią osobą, pierwsze spotkanie zostanie zwołane w naszym domu — kontynuowała.
— Wiem, że mój syn doktor nie może znieść tych rzeczy, ponieważ odmówi przyjęcia tej pomocy, ale musisz do niego przyjść i z nim porozmawiać. Wpływ, jaki na niego wywarłaś — czy wolno mi cię o to zapytać? — który ujawnił się wczoraj wieczorem, nie daje mi spokoju.
Matka rozłożyła ręce w geście bezradności.
— To trudna sprawa. On nie kocha salonów, nawet kiedy zaprasza go najbardziej wykwintne towarzystwo, nawet to „najlepsze”, woli być sam…
Przez długi czas nie wracali już do tej rozmowy.
— Zawsze był dzikusem — opowiadała, na nowo rozbudzając w sobie dawną pasję i zaciętość. W jej rozmowie przeplatały się anegdoty o jego uporze i odmowach wychodzenia do gości.
W godzinie rozstania uścisnęły sobie dłonie serdecznie, jak ludzie, których coś łączy i wiąże ze sobą. Stefa wróciła do domu ożywiona i podbudowana.
— Jakże skromna jest ta mała rezydencja w porównaniu z luksusami wokół niej — rozmyślała po drodze — ale jakże tam czysto, jak cicho; a jeśli ona jest zakochana w swoim synu… Czy zrobiłam dobre wrażenie? — zastanawiała się.
Co miało przynieść to spotkanie? Fakt, że doktor jest tak przywiązany do swojej matki, wystarczył, by poczuła, że nie jest jej obojętny. Doktor wrócił do domu późno; młodzieńcy już dawno się rozeszli.
— Spodziewam się gości — powiedział Janusz, wspominając o wizycie Stefy — bo mama nie wyjawiła mu tajemnicy intymnych szczegółów ich rozmowy. Wiedział o tym od matki, jak zwykle. Znał też skłonność do wyolbrzymiania.
— Naprawdę? — powtórzyła — Stefa bardzo mnie interesuje. Nie zwracaj na to uwagi.
— Jest niezwykle miła i wyróżnia się ze wszystkich — kontynuowała matka — cała jej postawa emanuje poczuciem własnej wartości, a przy tym ma w sobie tyle wdzięku… Ale ty przecież nie patrzysz na nią w ten sposób.
Przymknął powieki. Przestał bębnić palcami po stole… Uśmiech rozjaśnił jego twarz. Podniósł wzrok, jakby po raz pierwszy widział ją w tym świetle.
— Skąd to u mamy? — zapytał chłopak zuchwale.
— To intuicja — odparła.
— …zaglądanie w miejsca, gdzie nie ma potrzeby zaglądać i dostrzeganie rzeczy, których nie ma i nie było.
— Mnie nie oszukasz… — powiedziała po chwili, sprzątając stół. — Wyglądacie razem tak pięknie. Ten uroczy zapał, jaki bije od vous obojga — dodała z westchnieniem.
— Nie daj się zwieść mamie — powiedział szorstko.
Wydawało się, że nikt nie jest w stanie wmieszać się w tę sprawę, nawet matka.
Następnego dnia, gdy przygotowywała mu ubranie i kładła na łóżku czystą koszulę oraz wyprasowany kołnierzyk, zapytała:
— Co to za święto dzisiaj? Czy to dzień wolny?
— Nie, przecież wiesz, że idę na zebranie, to spotkanie z komitetem. Towarzyski nastrój zostanie dobrze przyjęty.
— Tak… — westchnęła — w moich oczach to bardzo ważna rzecz, ale mama nie wie, że u mnie nie ma miejsca na plotki o… — rzucił z uśmiechem, a wspomnienie jej twarzy powróciło. Spośród luksusowych mebli i kryształowych żyrandoli, elegancja tamtego domu rzucała blask na jej skromne otoczenie. Spojrzał na nią z niemal dziecięcym zachwytem.
Zgromadzenie to było jakby próbą generalną przed nadchodzącym dniem pojednania i postu. Gdyby nie to, że spotkanie odbywało się w salonie Stefy, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego.
— Rozpocznie się sprawa datków, loterii, przyjęć, tańców na rzecz sierot — pomyślał w duchu. — Będą się popisywać swoimi wielkimi domami, liczyć pieniądze; zacznie się rywalizacja w handlu na tym wielkim „bazarze próżności”, a potem te wszystkie kobiety będą cierpieć z powodu bólów głowy, zgagi… Drogie wina – parę kropel spłynie na korzyść sierot... Trzeba pić na umór i bawić się dobrze, na chwałę i cześć maluchów tonących we łzach...
Dwie pokojówki, ubrane w białe fartuszki i z białe czepki na głowach, zdjęły futrzane okrycia z gości wchodzących do przedpokoju. Czerwona aksamitna kotara rzucała cień na luksusowy salon, który oświetlały wysokie, szerokie okna wychodzące na sufit, przedzielony pośrodku gipsową półką w jasnoróżowym kolorze. Na ścianach wisiały wielkie obrazy w pozłacanych ramach, „pejzaże” (autorstwa słynnego malarza Poussina), których twórca był znany wszystkim gościom. Wielki dywan, utkany z barwnych nici, miękki i gruby, pokrywał całą podłogę. Krzesła ustawiono w półkolu w trzech rzędach, a na tyłach znajdowały się fotele. Na małych stolikach, rozmieszczonych tu i ówdzie, podawano drogie wina i drobne przekąski. Ważną rolę odgrywała srebrna taca z dużym puddingiem oraz talerze z jabłkami i pomarańczami.
Goście przybyli w licznej grupie. Gospodyni domu witała ich z uśmiechem na twarzy. Rozmawiała z każdym z osobna, co nieco łagodziło chłód panujący na zewnątrz i dawało poczucie, że „czujemy się jak u siebie”. Mimo to, z jej twarzy nie znikała powaga, która współgrała z nastrojem panującym wśród zgromadzonych, na co wpływ miały zbliżające się dni pokuty i postu. Panowie, ubrani w czarne garnitury, z nienagannie przystrzyżonymi brodami i wąsami, wyglądali dostojnie. Na pierwszy rzut oka niemal wszyscy wydawali się ludźmi zamożnymi i wpływowymi. Z salonu dobiegały szepty na temat celu tego spotkania.
— Nie przyszłam tu dla jego zaszczytów, panie mecenasie — powiedziała jedna z kobiet, zwracając się do właściciela domu.
— Od dnia, w którym zostałam wybrana na młodszą przewodniczącą — mówiła inna do gospodyni domu. W tym samym momencie otworzyły się drzwi koncertowe, zapowiadając rozpoczęcie oficjalnej części zgromadzenia, zgodnie z ogólnie przyjętym zwyczajem.
Doktor zmrużył oczy z powodu jasnego światła. To poczucie obcości w tym otoczeniu sprawiło, że poczuł się nieswojo, jakby znalazł się v pułapce. Jednak nie dał po sobie poznać tych emocji właścicielom domu. Wszedł do salonu i zaczął przyglądać się obrazom wiszącym na ścianach. Wszyscy zebrani milczeli. Nikt nie odważył się odezwać, by nie wywołać niepotrzebnego zamieszania. Nie chciano sprawić przykrości gospodyni, ale w zachowaniu Asafa... nie wierzono.
A potem, gdy zapadła głęboka i całkowita cisza, przerywana jedynie cichymi krokami i ciężkimi oddechami, zgromadzeni zasiedli na miejscach. Usłyszano cichy głos, który wydobywał się z gardła jednego z mężczyzn, mówiącego powoli i wyraźnie, bez pośpiechu.
— Ja nie proszę o łaskę... ona... nie proszę o to. Domagam się jedynie sprawiedliwości... Nie chcę litości dla dzieci, ale sprawiedliwości dla was samych... — Te słowa wywarły ogromne wrażenie na zgromadzonych.
— Poczułem się nieswojo w tych luksusowych ubraniach, z tą moją twarzą człowieka z ludu — pomyślał Janusz. Po raz pierwszy ogarnęło go uczucie wstydu z powodu tej całej sytuacji. Dostrzegł w tym wszystkim ogromną próżność bogatych kobiet, co zrodziło w jego sercu głęboki smutek. Im dłużej przyglądał się zgromadzonym i poziomowi ich zamożności, tym bardziej czuł, że te wszystkie słowa o wielkich ideałach są puste i bezwartościowe. Czego oni od niego oczekiwali? Kto dał im prawo do decydowania o losie tych dzieci? Czego od nich żądali?
— Jesteśmy zobowiązani, zobowiązani, zobowiązani — powtórzył w duchu z wielką goryczą.
Ona szła dalej, jakby prosząc los, by zrzucił na nich swój cień za sprawą tego kaprysu. Tymczasem lekarz widział przed sobą małe kuleczki, splecone i otoczone czarnymi liniami. Były to smutne rysunki autorstwa Asenat, rozrzucone wokół pokoju po tym, jak Stefa wróciła ze zgromadzenia. Smutek udzielił się również jej, a jej twarz wyrażała ból.
— Panie doktorze, pańskie przemówienie wywarło niezwykłe wrażenie — szepnęła z niepokojem.
Nie odpowiedział jej na to.
— Mecenas Goldszmit obiecał wstawić się w sprawie kredytu w banku i dać mi poręczenie na kwotę trzech tysięcy rubli.
Te wiadomości wpłynęły na niego nieco pozytywnie, ale jego ponury nastrój nie dawał się tak łatwo rozproszyć. Zaproponował jej krótką przechadzkę. Promienie słońca przemykały po twarzach obojga niczym krzyże na tle alei.
Wieczór był chłodny, powietrze rześkie, przezroczyste. Gwiazdy wyglądały, jakby ich blask zamarł. Śnieg skrzypiał ostro pod ich stopami. Spacer wydawał się na wpół nierealny. Słowa uchodziły z ich ust, spowite w obłoczki pary. Przez długą godzinę nie rozmawiali ze sobą; przyjemnie było tak iść i pozwolić, by te same myśli ich przenikały. W gęstwinie drzew splatały się czarne i poskręcane gałęzie, niczym ozdobne japońskie ornamenty w ramach ze srebra i bieli. Śpiew ptaków ucichł niemal zupełnie. Melodia dzwonków przypominała mu dzieciństwo. Od czasu do czasu na ich twarze opadały zamarznięte płatki śniegu, mieszając się w pośpiechu z kroplami potu. To dawało uczucie słodko-gorzkiej, przejmującej, a zarazem radosnej samotności.
Stefie wydawało się, że on idzie tuż obok niej. Była dumna z tego powodu. Zawsze, przez całe dni, nieśmiała, skromna, spychała od siebie te uczucia — teraz wszystko to nagle prysło, ulatniając się pod wpływem tego wspólnego spaceru.
— Pięknie?
— Tak, mogłabym tak iść bez końca.
— Nieskończoność kończy się tuż za tamtą barierą — na Drodze Fińskiej. Można obejść całe miasto dookoła.
Ania nie pamiętała, kiedy ostatnio spacerowali tą drogą. Domy, które mijali, wydawały się puste. Między nimi ziały puste przestrzenie; ciągnęły się tam rzędy małych domków, jednopiętrowych, o niskich dachach, zatopionych w głębokim śniegu. Szli tak już od blisko trzech godzin.
— Napijmy się teraz filiżanki herbaty — zaproponował.
Mała kawiarnia na rogu ulicy tliła się słabym blaskiem. Wewnątrz, w gęstwinie dymu tytoniowego, majaczyło kilka postaci. Stefa nie była przyzwyczajona do takich miejsc; wśród młodzieży z jej sfery nie było w zwyczaju chadzać do podrzędnych knajpek na herbatę i ciastka. Jednak oczy doktora błyszczały już zza szkieł okularów. Poczuł się pewnie w tym otoczeniu, które kochał. Dla niego to byli po prostu zwykli ludzie.
— Jest herbata? — zapytał głośno.
— Przyniosę zaraz gorący napar.
— Tutaj możemy porozmawiać swobodnie; odsunąć myśli od tamtego zgromadzenia — powiedział — bez uprzedzeń i fałszu…
Jakże miała przyjąć te słowa podczas ich picia herbaty? Czy on powie jej to wprost, bez czekania na jej zdanie?
— Musimy zebrać dla nich dziesiątki tysięcy rubli na budowę domu. Można, na przykład, przekazać te datki panu Goldszmitowi i założyć fundusz opiekuńczy dla sierot.
— Nie, nie, nie — zareagowała i stanęła niemal instynktownie przed nim, jakby broniąc go przed tym pomysłem.
Ten spacer na świeżym powietrzu podziałał na nią ożywczo. Podniosła głowę niczym lew; ta knajpka i ta rozmowa wyrwały ją całkowicie z kręgu obcych ludzi… Walczyła przeciwko zdrowemu rozsądkowi. Łzy niemal zakręciły się w jej oczach. Mimo to była kobietą, kobietą dojrzałą i mądrą…
— Nie mam nastroju rozmawiać o planach…
— Myślę o dzieciach — jej odpowiedź miała na celu ucięcie rozmów o kwestiach finansowych.
— Trzeba będzie, kiedy zbierzemy kilkaset marek, poświęcić na to wszystko, całkowicie, całe życie, bez żadnego „ale”…
— Przez całe życie marzyłam o tym. Byłam pewna, że to mi wystarczy.
— Czy ty w ogóle rozumiesz, co to oznacza w tym przypadku? On nie ma nic i nie oczekuje żadnych zysków.
— Poświęcić życie — to znaczy oddać całą siebie, wszystko, dzieciom. Bez reszty. Nie zostawiając ani chwili dla siebie. Zrezygnować z życia osobistego. Czy rozumiesz, co to oznacza dla kogoś, kto chce odejść z rodziny, z miejsca, które stworzyłaś dla siebie?
Jego słowa były stanowcze i suche.
— Każdy moment spędzony dla tego dziecka, czy dla jego żony, musi mieć negatywny wpływ na formę ogólnej pracy. Zło, które płynie z tego zysku, nie pozostawia miejsca na wybór. Budowa domu dla niemowląt, rozpoczęcie, walka o dochody na naprawy, wzięcie na siebie ciężaru edukacji setek dzieci — i kto wie, może i tysięcy — taki plan wymaga całego człowieka, bardziej niż cokolwiek innego.
— Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób — odpowiedziała. — Ale sądzę, że można znaleźć rozwiązanie. Jeśli kobieta, ta partnerka, zechce i pokocha tę pracę, to ona również pomoże…
— Nigdy… — zaoponował. — Wiadomo, jak wyglądają te sprawy. Pragnienia kulturalne i przyjemności domowe przyciągają serce i umysł w tym samym stopniu. Kiedy nie można się od nich uwolnić, praca ucierpi. Wtedy trzeba walczyć z głosem natury — a to jest czasami najtrudniejsza rzecz…
— To jest misja — słowa te brzmiały z wielkim patosem. — Poświęcenie ludzi, którzy mają w sobie głęboki sens.
Nie przyjęła jego słów zbyt poważnie.
— Poddałam się miłości w sercu tej kobiety — powiedział w końcu cichym, stłumionym głosem, który niemal zamarł w jego piersi.
Tamtej nocy uciekł jej sen. Czerwone plamy wystąpiły na jej twarzy, gdy spojrzała w lustro w nowym, wspaniałym pokoju. W tamtej godzinie poczuła, że przyjdzie jej zapłacić za to wszystko bardzo wysoką cenę.

Sunday, June 21, 2026

My own "I" and "AI" - Paulina Appenszlak: My Meetings with the Doctor and Preserving Memory (1944).



MY INTRODUCTION
Why did Paulina Appenszlak’s book 'Korczak Stays' fall into oblivion? I have asked many people this question, but I have never received a truly genuine, concrete answer. I turned to members of the Korczak Organizations in Israel, requesting a translation or at least a summary of the book. I was mainly interested in the moments of Korczak’s life that are unknown to us but were undoubtedly known to the author. Unfortunately, I was met with silence—except for one organization member who declared that he had the book in his home library but had never read it because it was 'old, from the 1940s.' Therefore, while visiting Israel, I managed to purchase the Hebrew edition of this book with over 300 pages.

Everyone knows that I personally dislike reading works about Korczak where the authors merely relay their observations based on previous authors, filling the entire work with the word 'ibid.'—signifying a previously published biography that itself was based on an even earlier one. The failure to cite genuine primary sources dominates many of these works.


Another reason for the book's oblivion is the criticism of the 'professor'—as he was called, or rather mocked, before he officially received that title. Aleksander Lewin wrote about this book, stating that someone had said it had no value, and that Leon Harari, a former youth journalist for Korczak’s newspaper 'Mały Przegląd,' confirmed this. It should be added that Leon was neither a pupil nor an educator in Korczak’s orphanage. Since Lewin 'distinguished himself' during the Stalinist period in Poland—where he actively contributed to suffocating the newly formed Korczak Committee and halting the publication of Korczak’s works—I decided, with the help of AI and my own 'I' (Intelligence), to translate Paulina Appenszlak’s book into Polish.



INTRODUCTION BY PAULINA APPENSZLAK
Paulina Appenszlak: My Meetings with the Doctor and Preserving Memory (1944)
When I saw him for the first time, I was eight or nine years old. In those days, Korczak was known as "Doctor Henryk Goldszmit." He wore a black tie around his neck, knotted according to the fashion embraced by writers of that era. His hair was thick and golden, and two children about three years old sat on his knees. This took place at the Foundling Home on Franciszkańska Street—the famous Warsaw orphanage that later became Korczak’s home, where hundreds of orphans became members of his family.
In those days, the young doctor—whose appearance resembled a character from Stefan Żeromski's work, specifically one of the figures in the novel Homeless People—frequently appeared there. During that period, while those homeless people walked the streets of Warsaw, he arrived every day at five o’clock to examine the infants and play with them.
I became connected to this orphanage through my geography teacher, Julia, and Stefania Wilczyńska—two young women from wealthy homes who had just returned from Switzerland after completing their university studies there. Their hearts were set ablaze and overflowing with the idea of the mission that lay upon them: bringing education to the masses. One of them was invited to the municipal care facility where I was also enrolled.
Along with a group of my peers, I initially came there to play with the infants, and later, as I grew up, to organize amateur plays, sports competitions, help with homework, and so on. At five o’clock, everyone sat around the table in the grand hall; each person received a cup of hot milk and two slices of challah bread. Janusz Korczak, Julia, Stefania Wilczyńska, us, and those unfamiliar children. Soon, the children from the orphanage joined us, creating a single, close-knit, and united group of friends. We quickly grew accustomed to their broken Polish, which was the flawed speech of orphans, and Korczak always noted down certain Yiddish words to remember them for the future. He was then a promising, budding Polish writer with bright prospects ahead of him; even then, his first book, Children of the Street, provoked a great deal of discussion.
In a later period—after a hiatus that lasted nearly half a human lifetime, encompassing entire epochs filled with cataclysmic events shaking both the world and Poland—I had the opportunity to meet Korczak under entirely different circumstances. By then, I had completed my secondary education and university studies, which allowed me to objectively evaluate Korczak’s literary stature. It had grown and matured before my eyes, completely sidelining beautiful literature for adults to become the creator of stories about Jasis, Mośkes, Józeks, and Franeks—about "Mośkes, Jośkes, and Sruls"—and the author of a diary from summer camps for Polish and Jewish children. He became the author of The Beginning, King Matt the First, and King Matt on a Desert Island—tales for youth that formed the ideological structure of his programs, books demanding independence for the world of children.
After many years, I found myself in the editorial office of Nasz Przegląd, working side by side at an editorial desk. There, he was surrounded by crowds of rowdy, rebellious teenagers and young girls. I also met him frequently in the print shop, where he gave instructions to the typesetters. This took place during the early days of his unique publication, Mały Przegląd, which was edited by Korczak himself. As the newspaper grew more popular and its circulation increased, it became harder to find Korczak in the editorial room. He had done his part, given the initial impulse, infused new, fresh blood with the full authority of his great name, and then sent a deputy in his place—withdrawing from editorial work.
The thing that struck fear into me every time I passed the editorial room was Korczak’s searching gaze. Whenever he looked at me, I felt as though I were guilty of all the evil happening around us, that a massive weight of responsibility lay upon me for all those dressed-up, idle young ladies, for spoiled infants and egocentrics, for politicians trading their political views, and for bestselling literature written with lofty words, used poorly through all kinds of empty clichés that dull minds and serve only profit and flattery. Every time I saw Korczak, writing became difficult for me. He acted upon me like a pang of conscience.
Yet today, as I begin to write down these memories, which have accumulated in great volume over a friendship lasting nearly thirty years, that old feeling of dread returns to haunt me. Tumbled down upon me, from behind the thick lenses of his gold-rimmed glasses, comes that sad, blue-tinted gaze that seemed to foresee all the acts of injustice and terror destined to arrive in the future. From behind the collar of the faded, worn military jacket that characterized him, that deeply dear, precious, and familiar face of Janusz Korczak turned toward me.
In 1941, the possibility of letters written from Poland reaching Eretz Israel—which we had relied upon since the outbreak of the war—ceased completely. There were no longer even those famous twenty-five words sent to us via the Red Cross, written in block letters in familiar, routine formulas—formulas meant to substitute for the presence of all those we yearned for through the years of wartime separation. From behind borders that were perfectly guarded, refugees arrived one by one from the great German prison into which Poland had been transformed. These were political activists, youth from "He-Chalutz" who, thanks to their membership in this organization, managed to maintain contact with countries neighboring Poland. These were children who had saved themselves by some miracle, smuggled under train cars or in sacks, as well as numerous citizens of allied states exchanged for German citizens. They were the ones who told the stories. For two years, I recorded testimonies from their lips. They spent the days in the ghetto alongside you. News also poured in from neutral countries, from journalists and public institutions.
For a long time, we lacked the will to believe any of it. Only later, gradually, step by step, did the terrible truth penetrate our consciousness. There is no one left. Everyone drowned in a sea of blood. Not even any documents remained. Nothing survived of the once-vibrant life of this community, which only a moment ago flourished in its full development. They faced what is most terrifying for the deceased—the death of oblivion.
And in those days, a well-known Polish film director, Józef Lejtes, approached me with a proposal to write a screenplay for a film about a legendary figure from the ghetto—Janusz Korczak. In search of documents, testimonies, and press clippings about Janusz Korczak, I met with people who knew him, who had been his classmates in school and university, and who had participated alongside him in various social works. I came to know many from his circle: his students and pupils. They, too, refused to believe that he was gone. I traveled from city to city, from village to village, looking for these people. They were like a living museum of Korczak.
Fate favored me, and I also recovered almost all of his books, which had been nearly entirely burned by the Germans in Poland, as well as dozens of his local letters. From the stories of these people, from their writings, and from my own private memories, I drew my material and decided to write a book about Janusz Korczak. No other goal stood before my eyes except this single one: to preserve his memory and unfold the story of his life before the reader.
Apart from the dialogues, there is almost nothing in this book that is fabricated or invented from the heart; in this, I rely on the goodwill of the people who provided me with this information. I do not list their names here because they consider these meetings and relationships with Korczak as a kind of their most intimate memories. Nevertheless, I offer my thanks to everyone for their participation in my work in that world. I wish to express my special gratitude here to Mr. Lejtes for his invaluable help in developing the structure of this book. A few paragraphs, which we have marked with an asterisk, have been copied from the writings of Korczak himself, as I recognized in them material of an autobiographical nature.

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ DWUNASTY: Dom Sierot NIE WYSTARCZA (Połączony tekst stron 118–132).



ROZDZIAŁ DWUNASTY: ŻŁOBEK NIE WYSTARCZA
(Połączone strony 118–132)
Strona 118
Ich praca była podzielona w następujący sposób: doktor badał dzieci, a Panna Stefania zapisywała wyniki badań, które on dyktował jej do ucha. W kieszeni lekarza zawsze znajdował się notes. Od drugiego dnia ich wspólnej pracy, oprócz standardowych rubryk, pojawił się w nim specjalny zeszyt medyczny. Zapisywano w nim dane z pomiarów nowych ubrań, które zamawiano dla dzieci. Była to nowość dla placówki, która wydawała się nie mieć żadnego związku ze stanem zdrowia pacjenta.
W „zeszycie medycznym” nie było ani jednego dziecka bez adnotacji o jego wzroście i wadze. Choroby, które przeszło, jego stan fizyczny w danym momencie – to wszystko składało się na pełny obraz i szczegółowy opis warunków jego życia.
Po południu, po zakończeniu pracy, dzielili między sobą adresy i wychodzili na wizyty domowe, aby na własne oczy zobaczyć warunki życia każdego dziecka z tego przytułku.
Z tych wędrówek i wizyt wracali przygnębieni i bezradni wobec tego, co dane im było oglądać dzień po dniu.
Większość żydowskich mieszkańców Warszawy gnieździła się w przeludnionych mieszkaniach, gdzie w jednym pokoju mieszkało czasem po kilka rodzin lub jedna rodzina licząca od dziesięciu do piętnastu osób.
Wśród maluchów z tego przytułku było wielu chorych na gruźlicę płuc, którą przynieśli ze sobą z domu. Ponad połowa z nich miała rany na ciele, chorobę rąk, astmę itp. Często spotykana u nich choroba skóry miała swoje źródło w brudzie i była bardzo zaraźliwa.
W ciemnych i brudnych pokojach warunki higieniczne były niezwykle złe. Wilgoć panująca w tych piwnicach i izbach sięgała bardzo wysoko, o wiele wyżej niż w porze deszczowej. Wraz z nią niemowlęta
Strona 119
poznawały smak głodu. Każde z tych dzieci zostało odstawione od piersi matki, a to, co dostawało w zamian, było ich codziennym pożywieniem.
Dzieci w wieku pięciu lat i starsze były wysyłane do „chederu”.
W „chederze” – tradycyjnej szkole, która służyła również jako pokój mieszkalny dla nauczyciela i jego rodziny – siedziało po kilkadziesiąt dzieci przez cały dzień, a nawet do późnej nocy. Na grzbietach świętych ksiąg, z których czerpały swoją wiedzę, nie było ani jednego wolnego miejsca, a za najmniejszy brak posłuszeństwa lub uwagi dzieci były surowo karane i otrzymywały razy skórzanym pasem.
Większość z nich nie wychodziła ze swoich domów ani z miasta. Nie widziały nawet trawy poza granicami swojej ulicy; bawiły się tylko na błotnistym podwórku. Stefania wylewała z nich na zewnątrz wszelkie rodzaje brudu, ponieważ w domu nie było kanalizacji.
Wielu z nich nie wiedziało, jak wygląda źdźbło trawy czy drzewo, i nic nie słyszało o istnieniu ptaków. Nie widziały w swoim życiu czystego powietrza.
Notes lekarski, podobnie jak „zeszyt medyczny”, budził dreszcz przerażenia u doktora i Stefanii. Większość chorób wymagała nie tylko stałej opieki lekarza, ale także pilnej zmiany środowiska i poprawy warunków życia.
Same lekarstwa nie pomagały. Nie przyniosłyby pożytku nawet wielogodzinne pobyty w żłobku.
I tak pewnego dnia stało się jasne, że nie można odsyłać dzieci ze schroniska do ich domów. Postanowiono zatrzymać je na noc.
Jedną z pierwszych była Estera, mała dziewczynka, która została opuszczona przez matkę i ojca, a jej dotychczasowa opiekunka uciekła po usłyszeniu złej wiadomości. Razem ze swoim zawiniątkiem ubrań i zabawek została przyprowadzona do schroniska. Nie miała nikogo bliskiego: sąsiedzi przysłali ją do Stefanii.
I tak oto zamieszkało tam pierwszych dziesięciu wychowanków. I rozpoczęła się praca wymagająca wysiłku i środków finansowych na utrzymanie i rozwój internatu.
Czasami robili wpisy do rejestru na wypadek, gdyby ktoś został porzucony, i zmagali się z brakiem nadziei, szukając jakichkolwiek możliwości utrzymania placówki.
Strona 120
W tym rozdziale podjęto próbę zorganizowania stowarzyszenia „Pomoc Bratnia” i założenia „Funduszu Sierot”.
– Jelita bezdomnych, osieroconych lub porzuconych dzieci – mówiła Stefania – mogą pęknąć w dniach głodu. Ich losem jest popadnięcie w ruinę społeczną. W placówkach takich jak ta otwieramy im drzwi do bogactwa.
Stefania zrozumiała, że warunki bytowe, które zastał doktor, nie są najlepsze. Ale ona sama nigdy nie była szczęśliwsza niż wtedy. Jej kieszenie były zawsze pełne i pękały od słodyczy. Zgodnie z jej podejściem, należało cofnąć całe to wychowanie, aby otworzyć na nowo świadomość każdego dziecka „w bibliotece”. Nie było w niej chęci wprowadzania nowego porządku, ani też nie zastępowała go niczym skomplikowanym. Po prostu pragnęła otworzyć ich świadomość na sprawę, która przyniesie dziecku korzyść.
Od czasu do czasu w domu doktora pojawiali się chorzy z innego otoczenia, zamożni i wpływowi. Nie miał on jednak ochoty zajmować się praktyką w bogatych domach, choć stanowiłoby to źródło godziwego zarobku.
Pewnego razu, gdy siedział zatopiony w pracy, w dziele miłości i troski o nowe dzieci przyjmowane do internatu, rozległ się głośny dzwonek u drzwi wejściowych.
– Znów ktoś przyszedł – pomyślała matka, wychodząc z kuchni. W korytarzu, który służył za poczekalnię, stała Estera z korytarza.
Przez uchylone drzwi ukazała się dystyngowana, elegancko ubrana kobieta w kapeluszu z piórem.
– Proszę chwilę poczekać – zawołała.
Szybkim ruchem poprawiła spinkę we włosach, przeczesała grzywkę i całkowicie zmieniła swój wygląd, jaki miała chwilę wcześniej. Chciała pokazać się doktorowi. Sama otworzyła drzwi, aby wejść, zanim doktor zdążył wstać ze swojego krzesła. Pokój uniemożliwiał mu swobodne poruszanie się ze względu na stojący pośrodku stół do pisania.
– O co chodzi?
– Chciałabym zaprosić doktora na wizytę.
Weszła do pokoju doktora, a ta elegancka kobieta przyniosła ze sobą zapach drogich perfum.
Strona 121
nie mógł znieść zapachu tych perfum. Oni sami zdołali już zaszczepić w swoich sercach niechęć do Tory.
– Czy to ta mała dziewczynka? – zapytał głosem pozbawionym gniewu, nie odrywając oczu od swojego biurka.
– Ta mała... zachorowała bardzo nagle i nie może przyjść.
– Co jej jest?
– Nie chce jeść.
– I dlatego nie je, bo... – zaoponował doktor – nie jest dobrze jeść zbyt dużo. Przecież to prowadzi do tuczenia – dodał ze stoickim spokojem.
I w tym tkwiła cała prawda, w znaczeniu słów: „ona wcale nie je”. W takich przypadkach podawano zazwyczaj: kakao, jajka i banany od rana do wieczora. W ciągu całego dnia nie brakowało też czekolady i ciastek.
I natychmiast, jak zawsze, na jego twarzy pojawił się uśmiech: moje dzieci zawsze mają dobry apetyt.
Opieka nad tą wrażliwą matką była zawsze w jego myślach. Był gotów i chętny pomóc jej rzucić się w głąb tego oceanu, ku tamtemu brzegowi. Skierował wzrok w tamtą stronę – w stronę tamtej dziewczynki, jak się wydawało. Mama poczuła, że zrobiło się trochę raźniej.
– Ale dlaczego ta pani nie przyprowadziła dziecka? Przecież o tej porze mogła wyjść na wizytę...
– Ona jest zbyt słaba, by móc chodzić.
Wizyta u państwa Goldbaumów była dokładnie taką samą wizytą jak u wszystkich dzieci z internatu, który mieścił się na ulicy Stawki – w przeciwieństwie do wizyty u tamtych na ulicy Miłej lub Niskiej.
W trakcie tej drogi powrotnej rozważał, w jaki sposób przekazać to kakao i banany, skoro tamta dziewczynka jest chora. To oznacza, że jej wyżywienie jest niewystarczające...
W korytarzu zebrała się cała rodzina: ojciec, matka – tłum zatroskanych twarzy.
Droga prowadziła ich prosto do pokoju chorej dziewczynki.
Strona 122
– Chcę zostać sam z nią – powiedział, stojąc na progu, stanowczym i kategorycznym głosem.
Rodzina wycofała się po kryjomu.
Pokój pogrążony był w półmroku. Żaluzje w oknach były zaciągnięte aż do dołu. Na podłodze leżał gruby, miękki dywan. Wokół, pod ścianami, na półkach i stołach, poukładane były w rzędach zabawki: wielki miś, słoń, kotki, pieski, mnóstwo lalek, zupełnie jak w sklepie z zabawkami. W kącie, przy zimnej ścianie, na łóżeczku leżała blada dziewczynka, mająca około siedmiu lat, przykryta jedwabną kołderką w kolorze różowym.
Niania, w białym fartuchu i białym czepku, rzuciła badawcze spojrzenie w stronę lekarza, po czym lekkim krokiem wyszła z pokoju.
– Wejdź, wejdź! – zawołał doktor od progu. – Wyciągnij do mnie rękę na powitanie.
Dziewczynka nie zareagowała na głos nieznajomego.
– Czy masz ochotę porozmawiać ze mną? Jak masz na imię?
– Idź sobie... – mruknęła spod kołderki.
– Jeśli odejdę, już nigdy tu nie wrócę i nie pokażę ci, jak żyją szczenięta w budzie, trzymając się za łapki.
Dziewczynka poruszyła się pod kołderką.
Obudziła się w niej chęć do zabawy i lekko uniosła głowę.
– Pokaż.
– Ale najpierw ty się przedstaw. Nie rozmawiam z obcymi ludźmi.
Dziewczynka wyciągnęła lewą rękę.
– Nie tę, prawą.
– Nie chcę.
– Nie trzeba. Przecież ta też jest spuchnięta, ta prawa.
– Wcale nie! – obruszyła się i wyciągnęła drugą rękę spod kołderki.
– A więc jak masz na imię?
– Lela.
Strona 123
– Twoje prawdziwe imię to Lela? Lela – to znaczy noc, to znaczy płacz.
Ona się zawstydziła. Zacisnęła usta, nie mówiąc już nic więcej.
– „...niegrzeczne dziecko wyrośnie na złego człowieka” *).
– To nieprawda, nie jestem zła! Jestem małą córeczką tatusia i... – Ale ugryzła się w język ze strachu przed mamą.
On zaśmiał się sam do siebie. Te uprzedzenia, te bezmyślne opinie dorosłych, interpretujące każdy kaprys dziecka jako złą wolę.
Bez słowa podszedł do okna. Podniósł żaluzje, odsunął zasłonę i otworzył na oścież okno. Do pokoju wpadł ożywczy powiew wiatru.
Jednym ruchem doktor zrzucił wszystkie zabawki z półek na podłogę i zostawił tylko te ulubione, starając się niczego nie zepsuć. Podniósł dywan i stopami przesunął go w kąt. Potem podszedł do chorej i zdjął z niej kołdrę.
Dziewczynka leżała skulona na łóżku.
– Co pan robi? – zawołała oburzona.
– Chcę się z tobą pobawić. W powrót... – urwał.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza, jakby oboje zastanawiali się nad tą propozycją.
– Zimno mi – uciszyła się dziewczynka, gotowa w każdej chwili wybuchnąć płaczem.
– W takim razie ubierz się i pomóż mi – odpowiedział.
Podał jej sandały.
– Nie potrafię sama.
– Pośpiesz się, nie mam czasu. Czekają na mnie... – tam są inne dzieci, które czekają na mnie w swoich domach, na swoją kolej.
Propozycja nieznajomego zrobiła swoje. Widocznie wywarła na niej odpowiednie wrażenie, bo mała chętnie zaczęła się ubierać.

*) „Mądrości życiowe”
Strona 124
– Wolę bawić się w dom, albo w sklep – odpowiedziała uciszona.
Za drzwiami stali członkowie rodziny.
Wyszła po upływie pół godziny. W sąsiednim pokoju panował nieład, a ich nowa przyjaciółka siedziała na kanapie z zeszytem w ręku. W kolorowo pomalowanym pokoju, który obiecała jej, przez osiem dni piła rano filiżankę mleka, a wieczorem wychodziła na świeże powietrze.
Podczas jej wizyty u adwokata Goldbauma rodzina czekała w pokoju stołowym. Podano jej herbatę z cytryną. Nad jej twarzą, pogrążoną w rozmyślaniach, znaleźli drogę do jej diagnozy.
– Te lekarstwa są zbędne – powiedział doktor. – Nie badałem nawet jej gardła. Najpierw spróbuj dać jej trochę powietrza i ruchu. Jeśli nie chce jeść – nie zmuszaj jej. Niech pości. I tak przez dwa dni. A dla jej dobra: zmienić pościel, usunąć te żaluzje znad okien. Powinna spać przy otwartym oknie, chodzić na spacery dwa razy dziennie.
Na twarzach rodziców pojawiły się ślady przygnębienia.
– Nie wolno przychodzić w jeden z tych dni – dodał. – Przyjdę na spacer, razem z naszymi dziećmi.
Ktoś znowu głośno zadzwonił do drzwi.
– To ona, ta, która spóźniła się na spotkanie z moją przyjaciółką – usprawiedliwiała się Stefania – i ucieszyłam się, gdy doktor przedstawił tej dziewczynce tę sprawę. Myślałam, że to odpowiedni moment. W moim głosie nie usłyszycie żadnego strachu ani niepokoju... proszę skosztować – dodała.
Pan domu mocno uścisnął dłoń lekarza na pożegnanie.
W Berlinie i Warszawie opowiadano potem przez długi czas anegdoty o wizycie tego doktora w domu pana Goldbauma.
Zaczęli zapraszać go do dzieci z bogatych domów, do kapryśnych dzieci, które trafiały do lekarza z powodu uporu, z powodu tego, że „nie chcą jeść”.
Ta praktyka nie była dla niego najbardziej odpowiednia. Ale odwrócenie uwagi rodziców nie było możliwe. Ich litość była silniejsza niż ich uleczenie.
Strona 125
– To nie są dzieci z poddaszy i piwnic pod ich opieką – mawiał. – Pod ich opieką są również dzieci bogatych. Brak przygotowania do wychowania niemowlęcia, które tutaj mieszka, jest taki sam. Nawet oni nie zdali egzaminu z rodzicielstwa.
Zwrócił się z prośbą w duchu: aby móc być jak wychowawca w ogrodzie, uczyć dzieci – uczyć je żyć. Stanąć na egzaminie, spędzić czas, przez który człowiek uczy się być ojcem i matką, i to dla każdego z osobna: słabego, mądrego, chorego, dobrego, pojętnego. Nie żąda się od nich pracy nad najwyższą wartością w naszym życiu: nad stworzeniem człowieka i przygotowaniem go do życia.
Od kilku lat w tym samym pokoju odbywały się spotkania poświęcone badaniom nad małżeństwem oraz nad strukturą pedagogiczną i higieną niemowląt, zgodnie z programem nauczania w seminariach nauczycielskich.
Jednak, jak się wydaje, w życiu tego podwórka nic nie dawało większej radości niż spacer na wieś. Dzieci z tego przytułku nie były odosobnione na wsi. Doktor wykorzystał pierwszą okazję, która się nadarzyła, i spełnił obietnicę złożoną Leli. Przyszedł prosić o zgodę, przed wyjściem na spacer, na jej zabranie.
Przez trzy dni trwały przygotowania do tej wycieczki.
Należało porozumieć się z kierownictwem placówki w sprawie specjalnego wagonu kolejki wąskotorowej. I udać się do Strugi, aby znaleźć tam odpowiednie miejsce na obóz.
Plany na przyszłość były układane z wielkim zaangażowaniem. Przygotowano worki z jedzeniem, mydło, koce. Znaleziono pudła, „kapsuły”, na próbki wody oraz naczynia na żaby i robaki.
O godzinie szóstej rano maluchy przygotowały się do opuszczenia domu. Stały tam niemowlęta razem z przyjaciółmi, którzy zostali zaproszeni z domów z sąsiedztwa. Zebrała się grupa licząca czterdzieści osiem osób.
Po starym mieście szli parami, ze starym sztandarem na czele, a przechodnie usuwali się z drogi maluchom, kierując się w stronę stacji.
Strona 126
torbę, która natychmiast została podzielona z powodu braku miejsca obok okna.
W ciągu tygodnia, przy sprzyjającej pogodzie, po raz pierwszy otworzyli okna pieśnią, która rozległa się zaraz po tym, jak kolumna dzieci z kolonii i ich opiekunowie ruszyli w drogę, opuszczając miasto:
Anu nose’im, anu nose’im, le-Struga, le-Struga, le-Ma’jan
le-awiw bracha nisa’im – kol man’ulej elajnu – ca’ir ja’an
Dotarli po południu; powietrze było rześkie. Stefania poczuła ogromne zmęczenie. Usiadła bez sił – na trawie w porannym słońcu, opierając się o pień drzewa.
Przez godzinę trwania wycieczki dzieci doświadczyły ważnych przygód. Chłopcy zdążyli już stoczyć pierwszą i drugą bitwę; jeden z chłopców z sąsiedztwa przyniósł zabawkę – „żołnierza z gliny”, a w międzyczasie napełnili książki i opróżnili je. Przekąska na polanie była gotowa. Grali już w chowanego i w berka; na koniec dano im wolne na pół godziny.
Usiadła na skraju lasu, pod rozłożystym dębem, przymknęła oczy ze zmęczenia i walczyła ze snem, który ją ogarniał. Jakby na przekór swojej rodzinie, swojemu zdrowiu, w otoczeniu wychowanków.
Miłość stojącej przed nią wielkiej i białej Adeli, podsycana przez opowieści o Leli, przez te minuty spędzone u lekarza, rozbudziła ją i zbliżyła do internatu.
– Wyglądasz zupełnie jak wielki motyl – zawołała nagle Stefania; wydało jej się, że to złudzenie: oto nagle ukazał się jej mały obłok małych motyli, wirujących jeden za drugim.
Czyste, lśniące motyle, mieniące się barwami szafranu, te motyle – to wszystko, co lekarz widział v głębi swojej duszy. Rzeczy, których świat nigdy nie pozna.
Usiadła na trawie i zaczęła przypatrywać się trawie, która była zielona.
Natura zawsze zachwyca widokiem tego wyjątkowego świata, a to gorączkowe działanie, dokonujące się na powierzchni ziemi, z góry wydaje się piękne dla naszych oczu.
Mrówki biegają wraz z ciężarem, który dźwigają na grzbiecie; robaczki i gąsienice
Strona 127
skaczą z gałązki na gałązkę; pająki i małe robaczki wspinają się w górę, w stronę słońca.
Była zachwycona tym ogromnym bogactwem zielonego świata, który rozpościerał się przed nią na tej polanie, która nigdy, przenigdy nie przyszła jej na myśl, dopóki nie zebrały się tu dzieci, by odpocząć u jej stóp. Kiedy człowiek odkrywa w sobie ogromną moc serca, gdy otwiera się ono przed nim, otwierają się też przed nim serca tych biednych istot, te udręczone i spragnione serca, te dzieci z tych ciasnych i ciemnych uliczek.
Uniosła głowę, gdy zobaczyła niebieską chustkę z daleka. Doktor zbliżał się do niej, skinął na nią ręką.
– W tamtej małej grupie dzieci są tacy, którzy są chorzy, zajmują się nauką na świeżym powietrzu, jedzą warzywa i owoce!
Usiadł na ziemi obok niej, opierając się o pień drzewa. Wyciągnął przed siebie nogi w sandałach.
Zapadła cisza. Dzieci oddaliły się w głąb lasu. Tylko ptaki i owady były z nimi, a oboje ogarnęło jedno uczucie: ta chwila była jak przeżycie prawdziwego szczęścia.
Dobrze było, że znalazł się tu ktoś blisko – ktoś, kto widzi i czuje to samo, co ty; kto rozumie i reaguje w ten sam sposób na te chwile, kto uważa je za lekarstwo, i to nie tylko w słowach, ale jako wyraz wolności w tej zielonej chwili choroby.
Lekarz z radością obserwował tę sytuację.
– Te dzieci – powiedział, jakby mówił do samego siebie – to drobne istoty. Ale te owady i robaczki zakłócają im życie w tym lesie. Nie ma nikogo, kto otoczyłby ich życie opieką: co stanie się z Lelią? Nie uważa ich za istoty żyjące i nie potrafi zrozumieć, że jej życie w jednym z tych dni będzie jak życie motyla.
Dwie linie, które tu były, to: życie chorego oraz życie małego motyla. Dwa odrębne życia, z pełnymi prawami do życia, tak jak każde z nich. Oto dwie strony w całym tym świecie istot żywych, w świecie pod ich opieką, czekającym na Stwórcę.
Strona 128
Pani Adela zapukała do drzwi biura. Przeszła przez próg z szerokim uśmiechem na twarzy, jakby była zwiastunem dobrych wieści.
– Co to za hałas dochodzi z sypialni? Czy wszystkie dzieci już wstały?
– One nie tyle wstały, ile po prostu nie chcą spać – odpowiedziała Stefania, starając się ukryć swoje zakłopotanie.
W rzeczywistości ten pokój nie był odpowiedni do spania. Przez całą noc dzieciom doskwierał brak świeżego powietrza.
– To nie jest moja wina – dodała. – Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Zapłaciłam czynsz za ten miesiąc, a piekarz przyniósł mi świeży chleb i bułki.
Nagle do pokoju wszedł doktor. Wyglądał na zmęczonego, a jego twarz była blada.
– Co się stało? – zapytała Adela, kierując wzrok w jego stronę.
– Nic takiego, po prostu badanie dobiegło końca. Wszystkie dzieci są zdrowe, oprócz tej jednej dziewczynki, która ma gorączkę.
Stefania poczuła, jak ogarnia ją niepokój. Bała się, że Doktor porzuci placówkę, że straci cierpliwość do tych trudnych warunków.
– Nie martw się, Stefania – powiedział Doktor łagodnym głosem. – Nie opuszczę was. Te dzieci potrzebują naszej opieki, a ta mała dziewczynka potrzebuje lekarstwa.
Wyciągnął z kieszeni mały notes i zaczął w nim coś zapisywać.
– Musimy zmienić dietę dzieciom – kontynuował. – Powinny jeść więcej warzyw i owoców, a mniej chleba. I przede wszystkim: potrzebują więcej ruchu na świeżym powietrzu.
Adela spojrzała na niego z podziwem. Ten człowiek, mimo zmęczenia, myślał tylko o dobru swoich małych pacjentów.
– Rzeczywiście, dziwne są pana metody – pomyślała w duchu – ale jakże wielkie ma pan serce!
Strona 129
Doktor skończył pisać i schował notes do kieszeni.
– A teraz muszę już iść – powiedział, zwracając się do obu kobiet. – Czekają na mnie w szpitalu. Przyjdę jutro rano, aby sprawdzić, jak czuje się chora dziewczynka.
Stefania odprowadziła go do drzwi wyjściowych.
– Dziękuję panu, doktorze – szepnęła, ściskając jego dłoń.
– Nie masz za co dziękować, Stefania. To jest moja powinność – odpowiedział i wyszedł na ciemną, pustą ulicę.
W pokoju zapanowała cisza. Dzieci w sypialni w końcu uciszyły się i zasnęły. Stefania usiadła przy swoim biurku i ukryła twarz w dłoniach. Czuła ogromne zmęczenie, ale też ulgę, że doktor zostanie z nimi.
Adela podeszła do niej i położyła jej rękę na ramieniu.
– Jesteś dzielna, Stefania – powiedziała cicho. – Podziwiam twoje poświęcenie dla tych dzieci. Ale pamiętaj, że musisz też dbać o siebie. Nie możesz oddać całego swojego życia tej misji.
Stefania uniosła głowę i spojrzała na kuzynkę.
– Nie potrafię inaczej, Adela. Te dzieci nie mają nikogo oprócz nas. Jeśli my im nie pomożemy, to kto to zrobi?
Adela nie odpowiedziała. Wiedziała, że żadne słowa nie zmienią decyzji Stefanii. Pocałowała ją w policzek i zaczęła zbierać swoje rzeczy, przygotowując się do powrotu do domu.

*) „Z pamiętnika lekarza”
Strona 130
Trudno było jej zwrócić się do nich z prośbą o pomoc, a oni wcale jej nie szanowali – zauważyła ze smutkiem.
Nagle nadeszło uspokojenie ze strony rodziców.
– Miasto mogłoby w stopniu najwyższym zatwierdzić plan budowy gmachu dla tamtych upośledzonych dzieci. W ten najlepszy sposób otrzymają oni równe szanse, nie mniejsze niż u dzieci Izraela, a zło nie wyrządzi im tam szkody...
– O co chodzi?
– Niech pani nie patrzy na mnie ze łzami w oczach. Ten wysiłek zmierza ku temu, by ukryć oczy przed jawną niesprawiedliwością. Nie da się wychowywać razem dzieci, których pochodzenie wywodzi się z dwóch tak skrajnie odmiennych środowisk religijnych i narodowościowych...
– Pamiętajmy, że wśród dzieci dojdzie w końcu do zatarcia tych różnic pod wpływem odpowiedniego wychowania.
– Przed dziećmi nie da się ukryć prawdy. Pani przecież doskonale wie, co wydarzyło się w tamtym ostatnim czasie...
– Ma pani na myśli walkę z Żydami? Inteligencja polska nie bierze w tym udziału. Odwiedzam domy Polaków, podróżuję z polskimi dziećmi do sanatoriów w Krynicy; tamci pacjenci to przecież także Polacy, jak również Żydzi... Nie ma w tym żadnego zła. Nie chciałabym, aby ta sprawa dotknęła także dzieci.
– Niestety, ten grunt został już poruszony od czasu szkół średnich, by nie wspomnieć o ulicy. Czytała pani ten artykuł w „Wiadomościach Literackich”?
Od momentu ogłoszenia dekretu o handlu detalicznym problem żydowski zaczął przenikać do różnych sfer. Najpierw ucierpiały na tym organizacje polityczne, a zaraz potem także szkoły średnie i domy dziecka. Obywatele są podzieleni ze względu na dwa obozy: Polaków i Żydów. I stąd bierze się to otwarte i wrogie nastawienie części uczniów wobec swoich rówieśników.
– Czytałam. I właśnie dlatego uważałam, że polscy pedagodzy będą zawsze walczyć z całym tym antysemityzmem, który szczepią w sercach waszych dzieci i niszczą w ten sposób szacunek dla człowieka, jaki rodzi się pod wpływem prostych relacji. Przecież dzieci z inteligenckich domów zachowują się zupełnie inaczej.
– To tylko pozory. Teraz oni sami narzekają na siebie, ponieważ
Strona 131
napotykają trudności nie tylko przy egzaminach do szkół średnich, ale także w relacjach z kilkunastoma innymi chłopcami. A wszystko to kończy się bójkami i nienawiścią, z powodu której synowie pokoju są wyrzucani ze szkół średnich – zauważyła w trakcie tej rozmowy.
– Związek Młodzieży wyszedł z inicjatywą przeciwdziałania temu. Nie da się wychować ludzi oświeconych i wykształconych, jeśli będą brali udział w politycznej grze, w pokazówce organizowanej przez reaktorów. Trzeba spróbować...
Po pewnym czasie była zmuszona zrezygnować z tej propozycji „Związku”. Ruch antysemicki, który narodził się w tamtym okresie, z każdym dniem zyskiwał coraz szersze kręgi i stawał się coraz silniejszy.
Reakcyjne gazety zmieniły swój ton. Hasła przeciwko Żydom były powtarzane przez stowarzyszenia, przez organizacje studenckie. Przeciwstawiali się im tylko socjaliści i robotnicy polscy.
W Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) sprawa ta stała ponad wszystkim. Od roku 1905 tradycje wspólnej pracy z „Bundem” i organizacjami żydowskimi były bardzo silne.
Inteligencja żydowska pracowała nad znalezieniem odpowiedzi na ten problem asymilacji.
W jedynym żydowskim piśmie „Nasza Gazeta” *) [Nasz Przegląd], które było redagowane przez Stanisława Kempnera, Janusz Korczak publikował swoje utwory w dziale literackim i w ten sposób stał się znany w krytyce literackiej.
Franciszek Salezy był tym, który pisał o problemie żydowskim i uważał za stosowne ostrzec przed nim opinię publiczną.
Jednak młodzież żydowska, wychowana w znanych szkołach średnich, które znajdowały się pod wpływem władz carskich, była oderwana od mas. Młodzi ludzie z Izraela byli aktywni w stowarzyszeniach, które działały pod nazwą „Spójnia”, a działalność ta była prowadzona z wielkim powodzeniem przeciwko asymilacji i tradycji.
W urzędzie policji carski urzędnik patrzył z podejrzliwością na każdego Żyda.

*) „Nasza Prasa”.
Strona 132
Zarówno w polskim ruchu [podziemnym], jak i w więzieniach, Żydzi i Polacy siedzieli razem w tych samych celach za sprawę socjalizmu i polskiego patriotyzmu.
Jednak na niektórych małych polskich sklepach pojawiły się już napisy:
„Sklep chrześcijański”.
A uszy żydowskich dzieci zaczęły wyłapywać, w ogrodach i na ulicach, coraz częstsze okrzyki:
– Idź stąd, parchu!
Krążyły plotki, że władze carskie hojnie wynagradzały tę antysemicką propagandę.
Doktor odwiedzał chorych w dzielnicy żydowskiej; nikt nie potrafił tak dobrze jak on wsłuchać się w szept ulicy i nikt nie potrafił tak dobrze jak on wyczuć wstrząsy i niepokoje rodzących się pod ziemią.
Czyż nie nazywał samego siebie: „Ojcem dzieci ulicy”?
Po pewnym czasie przyzna Stefce rację, że rzeczywiście miała słuszność, chroniąc je.