 |
| Kopiec Anielewicza (stan z 1946 roku) – milczący świadek żołnierskiej śmierci. Mordechaj Anielewicz, jego partnerka Mira Fuchrer oraz kilkudziesięciu bojowników zginęli 8 maja 1943 roku w odkrytym przez Niemców bunkrze sztabu ŻOB przy ul. Miłej 18. Miejsce to stało się ich zbiorową mogiłą – po 1945 roku nie przeprowadzono tu prac ekshumacyjnych, pozostawiając szczątki bohaterów w nienaruszonej ziemi. W 1946 roku z gruzów okolicznych domów usypano w tym miejscu kurhan, zwany Kopcem Anielewicza. Na jego szczycie ustawiono kamień z napisem, który w polskiej wersji brzmi: „W tym miejscu 8 maja 1943 r. poległ śmiercią żołnierza komendant powstania w Getto Warszawy Mordechaj Anielewicz wraz ze sztabem Żyd. Org. Boj. i kilkudziesięcioma bojownikami żydowskiego ruchu oporu w walce przeciwko niemieckim okupantom”. |
Verba volant, scripta manent” - Słowa ulatują, pismo zostaje.
Jednym z najtragiczniejszych skutków Marca ’68 była wymuszona emigracja elit intelektualnych – rzetelnych historyków, którzy zabrali ze sobą etos pracy badawczej, pozostawiając w kraju niebezpieczną próżnię. W tę pustkę weszły „narracje pomarcowe”, które z czasem stały się fundamentem współczesnych instytucji. Dziś jesteśmy świadkami paradoksu: trzy kluczowe instytucje zajmujące się historią Żydów – od Zagłady po współczesność – operują odmiennymi, często wykluczającymi się narracjami tych samych faktów.
To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Michał Wasserman Wróblewski - współpracownik Korczaka 1931-1942), który często przypominał, łacińską maksymę „
Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku czytając nowonapisane, "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.
Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe, "trędowate teksty” staną się (wg. mnie, stały się) dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie, ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.
W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mnie o analizę tekstów (wydażen) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.
Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.
Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
Epidemia dezinformacji
Osobiście uważam użycie hasła „trędowate nurty" za prawidłowe gdyż według Słownika Języka Polskiego PWN przymiotnik trędowaty w znaczeniu przenośnym oznacza kogoś „budzącego odrazę, unikanego przez innych”. Takie mam obecnie uczucie do tych nowych narratorów.
Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności” (Niepodatności). W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.
Obserwujemy bardzo niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia, uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed chorobą, kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.
Stary proces
Osobiście obserwuję ten proces od lat. Zaczęło się od publikacji i informacji na temat Janusza Korczaka i Domu Sierot i uwag mojego ojca, Pana Miszy, w latach 80. i 90 na temet pomarcowych nowo napisanych i książek z "Wspomnieniami o Korczaku" lub masowo drukowanych jego nowych biografi. Moje własne doświadczenia z „trędowatymi nurtami” to później m.in. wieloletnia, tak wieloletnia batalia z Muzeum Polin o elementarną prawdę faktograficzną.
Pierwszym z poruszonych przeze mnie tematów z Muzeum Polin była kwestia emigracji. Nie tej „bezpiecznej” narracyjnie, pomarcowej, lecz tej największej, rozpoczętej już 22 lipca 1946 roku, a przypieczętowanej traumą Pogromu Kieleckiego z 4 lipca 1946 roku. Fakt, że w mordowaniu Ocalonych (ocalonych z Zagłady) brali udział cywilni mieszkańcy Kielc, milicjanci i wojsko, przyczynił się do pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski za zgodą władz polskich (150–175 tysięcy osób).
Temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski znałem z pierwszej ręki, od dwóch oficerów Wojska Polskiego – mjr. Michała Wróblewskiego (mojego ojca) oraz mjr. Michała Rudawskiego (autora książki „Mój obcy kraj”***, pisanej wraz z moją mamą). Major Rudawski był pogranicznikiem, a mój ojciec, jako oficer polityczny oddelegowany przez gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego szefa GZP, kontrolował i dokumentował ten proces na bieżąco na samej granicy polsko-czeskiej.
Mimo ogólnej wiedzy na temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski, w pracach ówczesnej dyrekcji Muzeum Polin temat ten został zmarginalizowany lub wręcz poddany historycznej resekcji. W pracy dr. Stoli****, próżno szukać haseł „Kielce” czy „1946” w kontekście przyczyn emigracji – liczba pozytywnych rezultatów wynosi zero. To tendencyjne omijanie kluczowych lat 1945–1948 na rzecz narracji o „migracji od 1949 do 1989 roku” jest modelowym przykładem dezinformacji.
Muzeum Polin - Wielka Akcja Likwidacyjna w Getcie Warszawskim
Jeszcze bardziej porażająca była moja walka o liczby dotyczące Wielkiej Akcji Likwidacyjnej w getcie warszawskim. Na stronach Muzeum Polin widniała latami skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była dla mnie nie do przyjęcia. Dopiero po dwóch latach mojej presji, przesyłaniu dokumentów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), list dotyczących transportów z Umszlagu pisanych przez członków grupy Oneg Szabat i niemieckich listów przewozowych, instytucja ta zdecydowała się zmienić dane.
Prawda jest bowiem inna i tragiczna: w pierwszych czterech dniach Wielkiej Akcji Likwidacyjnej wysyłano ponad 7 000 osób dziennie a potem średnio po 6 500. Ponad 100 osob w bydlęcym wagonie. Wśród nich był mój dziadek, Gabriel Rozental (opis Mariana Turskiego), wywieziony 26 lipca 1942 roku (transport liczył 6 357 osób), oraz moja babcia Helena z Polirsztoków Rozental, zabrana 3 sierpnia 1942 roku (transport 6 276 osób). Janusza Korczaka i 239 dzieci i wychowawców Domu Sierot wywieziono do Treblinki 5 sierpnia 1942 roku (cały transport liczył 6 623) a w nastepne kolejne dwa dni po deportacji Korczaka wywieziono do Treblinki ponad 10 000 Żydów dziennie. To nie są „narracje” – to liczby zapisane krwią i udokumentowane w archiwach, których instytucje mieniące się historycznymi nie mają prawa ich „nie znać”.
Zapomniana hierarchia i sukcesja w Bundzie w Getcie Warszawskim - Sznajdmil, Edelman, Blum.
Kolejnym dowodem na proces „infiltracji patogennej” i resekcji niewygodnych faktów jest całkowite wymazanie z powszechnej świadomości postaci Berka Sznajdmila. To właśnie on, a nie Marek Edelman, był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku.
Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Milczenie współczesnych instytucji na temat Sznajdmila czy Abraszy Bluma (kluczowego stratega Bundu) służy budowaniu jednowymiarowego kultu jednostki.
Indolencja Muzeum Polin
„Bzdury” informacyjne na stronach internetowych Muzeum Polin pozostawały niepoprawione przez ponad dwa lata. Problem ten nie dotyczył wyłącznie przemilczeń w sprawie emigracji po pogromie kieleckim czy skandalicznych opisów deportacji z Umschlagplatzu. Gdy wytykałem te błędy, dyrektor Dariusz Stola stosował strategię rozmywania odpowiedzialności: odsyłał mnie do współpracowników, a ci z kolei wskazywali na... agencje fotograficzne i ich opisy pod zdjęciami. Sugerowano tym samym, że źródłem wiedzy historycznej dla muzeum są notatki dołączone do kupowanych, jednoczesnie darmowych (pozbawionych praw autorskich) fotografii. To sytuacja kuriozalna: instytucja naukowa abdykuje z roli badacza na rzecz handlarza zdjęć.
W toku wymiany zdań pan Stola zarzucił mi „permanentne pretensje”. Przyznaję – to jedyna prawda w jego wypowiedziach. Moje pretensje są i będą permanentne, ponieważ dyrektor muzeum permanentnie uchylał się od obowiązku usunięcia błędów, za które odpowiadał.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
„Bardzo dziękuję wszystkim powyżej za obronę przed p. Romanem Wróblewskim, dla którego atakowanie Muzeum Polin jest chyba ulubionym hobby. Z jego licznych wpisów można odnieść wrażenie, że nasze muzeum i ja osobiście jesteśmy wiodącymi przykładami antysemityzmu i manipulowania historią w Polsce. Obawiam się, że niestety tak nie jest. Proszę się rozejrzeć, a może znajdzie Pan jakiś lepiej uzasadniony obiekt krytyki”.
Ta odpowiedź to podręcznikowy przykład ucieczki od faktów w stronę manipulacji emocjonalnej. Zamiast skonfrontować się z twardymi danymi z Archiwum Ringelbluma (Oneg Szabat) czy dokumentami transportowymi, dyrektor sprowadził walkę o prawdę o losie moich dziadków do poziomu „hobby”. Sugestia, bym znalazł sobie „lepiej uzasadniony obiekt krytyki”, jest wyrazem głębokiej arogancji – to próba relatywizacji kłamstwa na zasadzie: „inni kłamią bardziej, więc nasze błędy są nieistotne”. Tak właśnie domyka się mechanizm „trędowatej narracji”: zamiast leczyć infekcję kłamstwa, atakuje się tego, kto przyniósł diagnozę.
Kolejne przykłady indolencji Muzeum Polin dotyczą postaci Janusza Korczaka i lokalizacji Domu Sierot. Dokładnie dziesięć lat temu instytucja ta uruchomiła specjalną stronę: „Kroczymy śladami Janusza Korczaka”. 31 marca 2016 roku wykonałem na tym wirtualnym szlaku zaledwie cztery kroki i znalazłem pięć kardynalnych błędów.
Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację. Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc:
„Panie Profesorze, jest Pan wspaniałym dyrektorem, jestem szczęśliwy, że zajmuje się Pan MOJĄ historią”.
Słowo „moja” jest tu kluczowe – sugeruje, że historia jest niby prywatną własnością, którą można kształtować według uznania, zamiast traktować ją jako wspólną prawdę, wolną od karygodnych błędów.
Nikt z obrońców dyrekcji Muzeum Polin nie podjął jednak najmniejszej merytorycznej dyskusji. Zamiast argumentów pojawił się „smród” – atmosfera, którą znam aż nazbyt dobrze z autopsji. Przez dziesięć lat pracowałem na Wydziale Patologii, a dwa lata w budynku Patologii Sądowej. Spośród wszystkich zapachów śmierci, do których człowiek może przywyknąć, jeden pozostaje nie do zniesienia: zapach zwłok wyłowionych po latach ze słodkiej wody.
Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim, rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.
Innym przykładem „historycznej resekcji” i budowania fałszywych hierarchii jest eksponowanie przez Muzeum Polin (i innych) Marka Edelmana jako jedynego, niemal mitycznego komendanta Powstania w Getcie Warszawskim i założyciela ŻOB. Edelman w pewnym sensie sam mianował się na tę funkcję za pośrednictwem książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Wydana u schyłku lat 70., już po marcowej emigracji, książka ta stworzyła specyficzny, przefiltrowany przez "subiektywną pamięć" Edelmana obraz prawdziwego dowódcy – Mordechaja Anielewicza.
Efekty tej narracji „dla przyszłych pokoleń” są do dziś widoczne w szkołach, gdzie lektura Krall stała się wyrocznią. Na popularnych portalach typu [streszczenia.pl].
Opracowanie/zdazyc-przed-panem-bogiem/charakterystyka-bohaterow/) gdzie postać Anielewicza redukuje się do syna handlarki ryb, który malował skrzela farbą, i człowieka „nieprzygotowanego psychicznie”, który zakończył życie samobójstwem. To uderzające, że ta uproszczona, wręcz karykaturowana wersja przenika do instytucji naukowych. Nawet w Muzeum Powstania Warszawskiego czy tez podczas wykładów w ŻIH, prelegenci z tytułami naukowymi powielają te same wątki: „czy Anielewicz malował skrzela ryb?” I ze zostal komendantem bo bardzo tego sam chciał.
Ta operacja historyczna, wspierana przez Muzeum Polin, udała się nadzwyczaj skutecznie. Nazwisko prawdziwego komendanta oraz jego zastępcy, Icchaka „Antka” Cukiermana, wyciszano konsekwentnie pod koniec ubiegłego milenium. Miejsce rzetelnej analizy wojskowej i politycznej struktury ŻOB zajęła „gadżetowa” polityka pamięci. W Muzeum Polin Edelman stał się marką – można tam było kupić koszulki czy kubki z jego fizjonomią, a zamawiane murale i graffiti utrwalają ten jednowymiarowy obraz. To klasyczny przykład „trędowatego nurtu”: gdy autentyczna, złożona historia dowódców powstania zostaje wyparta przez łatwo przyswajalną narrację, która zamiast prawdy, oferuje porcelanowy kubek z wizerunkiem „jedynego słusznego” bohatera.
Inna historia powiazana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i załozyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem, za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki tak specjalny (dla przyszłych pokolen) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Ksiazka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po Marcowej Emigracji Żydów pod koniec lat 60-tych.
Czerwony Anielewicz - Bez Higieny historycznej, same brudy!Obecnie wielu młodych badaczy w Polsce próbuje przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – wszystko aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to, niezbyt naukowe, ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem (31 stycznia 1943) na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Co własciwie oznacza "dla przyszłych pokolen"? Czy to chodzi o młodzież szkolną dla której książka Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiazkową. W skrótach typu Readers Digest znajdujemy typowy oddzwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Mordechaj Anielewicz - charakterystyka • Zdążyć przed Panem Bogiem
Komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej; syn handlarki ryb, którym malował skrzela farbą czerwoną farbą. Nie uczestniczył w żadnej akcji, ale pamięta się go jako zdolnego, oczytanego i pełnego wigoru. Niestety psychicznie nie był przygotowany do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. 8 maja 1943 roku najpierw zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, a później popełnił samobójstwo.
Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego znajdujemy zawiadomienie o wykładzie naukowym: Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono? Czy chaluce uprawiali ziemię? W jakim języku rozmawiali ze sobą ŻOB-owcy? Kto założył kibuc Lochamej Ha Geta'ot? Co znaczy: Ha-Szomer -Ha-Cair, Dror, Cukunft, ŻZW, hachszara, bricha. Zofia Zańko - Studiowała na KUL-u, jest absolwentką historii UW. Redagowała miesięcznik społeczno-religijny „Credo", Współorganizowała Dzień Żydowski na UW. Pracuje jako przewodnik w Muzeum Powstania Warszawskiego.
W zeszłym roku (2025) zreszta jakas pani z tytulem doktorskim zaczeła transmitowany z ŻIH w podobny sposób swój wykład o Anielewiczu. Prawie kopia ze www.streszczenia.pl.
Ta akcja, popierana do dzisiaj przez Muzeum Polin udała się świetnie. Nazwisko prawdziwego komendanta - Mordechaja Anielewicza wyciszano wszędzie pod koniec zeszłego milenium. Podobnie z jego zastepca Antkiem Cukiermanem. W Muzeum Polin mozna było kupic kubki porcelanowe i koszulki z fizjonomia Edelmana. Podobnie zamawiane graffiti w zwiazku z Rocznicami Powstania w Getcie przedstawiały Edelmana.
Jeden z polskich Żydów którzy po marcu zostali w Polsce napisał do mnie oficjalnie na Face book:
Uważam, że określanie Marka Edelmana "pomarcowym Komendantem" jest haniebną, skandaliczną obelgą. Wyzwiska w stosunku do któregokolwiek z ludzi, którzy walczyli w Getcie, a zwłaszcza człowieka, który ma takie zasługi w sprawie upamiętnienia Powstania, nie powinny mieć na tym forum miejsca. Protestuję!
Ta idiotyczna reakcja, popierana przez wielu "pomarcowych" to reakcja na moje wpisy i wklejenie listu od znajomego z Polski:
"Pozwoliłem sobie położyć w Twoim imieniu kamień (tak jak poprzednio były na nim inicjały R.W.) - podsyłam tu oddzielnie fotografię z albumu", napisał Polak, przyjaciel z Warszawy który wie że Anielewicz i Szlengel jak również Powstanie w Getcie Warszawskim są mnie tego dnia tak bliskie. Dlatego, co roku, różne osoby kładą kamień z moimi inicjalami RW (lub bez) na Kopcu Anielewicza. Taki kamień pamięci i bólu.
Dopisalem Ta "tradycja" to od wielu lat, a własciwie od chwili gdy zapomniano w Polsce o Anielewiczu i bojownikach którzy są tam pochowani. Smutne ale prawdziwe, mam zdjęcia. Nawet 3-4 lata temu to "mój kamień", złożony przez Polaka, był tam bardzo, bardzo samotny. Reakcja pomarcowych nastąpiła gdy napisałem że w Polsce zapomniano o prawdziwym komendancie i hołduje się tylko nowomianowanego pomarcowego komendanta. Napisałem prawdę.
Tak opisywał Anielewicza Emanuel Ringelblum w 1943 roku:
„Młody człowiek, lat 25, średniego wzrostu, o wąskiej, bladej, pociągłej twarzy, długich włosach, sympatycznej powierzchowności. Po raz pierwszy spotkałem go na początku wojny, gdy przyszedł do mnie ubrany po sportowemu i poprosił o pożyczenie mu książki. Od tego czasu często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie ekonomii, którą tow. Mordechaj bardzo się interesował. Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny i sympatyczny młodzieniec wyrośnie na człowieka, który po trzech latach stanie się najważniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem”.
Ciekawy jest wywiad z nowym dyrektorem ŻIH, Michałem Trębaczem (2025) który używa bardzo bezpiecznego języka, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała legendy o komendancie Powstania w Getcie, Anielewiczu zaczerpniete ze stron internetowych dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Trębacz twierdzi, że nie musi być jednej narracji, wystarczy zgoda co do faktów. To prawdziwa – pułapka definicji. Wynika to co ja równiez opisałem, udowodniłem, że instytucje te nie zgadzają się nawet co do faktów (np. liczba osób w transportach do Treblinki opisywana przez Muzeum Polin i dokumenty w Archiwum Ringelbluma przechowywane przez ŻIH. Jeśli nie ma zgody co do liczb i dat, to „różnorodność interpretacji”, o której mówi dyrektor, staje się jedynie parawanem dla dezinformacji. Postulat, by w pewnych sprawach Polin, Muzeum Getta i ŻIH mówiły „silnym, wspólnym głosem”, może budzić niepokój. W Twojej analizie brzmi to jak zapowiedź kartelu narracyjnego. Rzeczywistość?
Dyrektor Trębacz mówi, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała na początku wykładu legendy o Komendancie Powstania w Getcie ze stron dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Oprócz tego jest stała grozba "Infiltracji patogennej” procesu w którym typowe jest ciche, podstępne przenikanie obcych, szkodliwych elementów w głąb zdrowej struktury.
Cześć Icchaku, Nie wiem, o czym Ci pisać. Zostawmy tym razem osobiste sprawy. Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje i towarzyszy uczucia. Stało się coś, co przerosło wszystkie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Jeden z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi – ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. Poległ bohaterską śmiercią żołnierza przy karabinie maszynowym. (…) Od dziś wieczór przestawiamy się na działalność partyzancką. W nocy wychodzą trzy nasze oddziały. Mają dwa zadania: zbrojny zwiad i zdobycie broni. I wiedz – pistolet nie ma żadnej wartości, prawie nim nie posługiwaliśmy się. Potrzebne nam są: granaty, karabiny, karabiny maszynowe i materiały wybuchowe. (…) W bunkrach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można w nocy zapalić świecy, bo brakuje powietrza… (…) Najważniejsze, że marzenie mojego życia spełniło się. Dane mi było zobaczyć żydowską obroną w getcie – w całej jej wielkości i chwale. Mordechaj
List (fragmenty) Mordechaja Anielewicz do Icchaka Cukiermana, pozostającego wtedy po stronie „aryjskiej”, 23 kwietnia 1943 r. – cztery dni po rozpoczęciu walk w getcie. Był to ostatni list komendanta ŻOB do „Antka” Cukiermana, jego zastepcy. List ten zgadza sie z informacjami innych, m.in. generała Stroopa. List był kilkakrotnie przepisywany (jest kilka wariantów) lecz jego główna treść nie była nigdy dotąd negowana.
„Nowa narracja o Komendancie Anielewiczu” - Dr Ferenc na Youtube. Szukając nowych faktów dotyczących życia Mordechaja Anielewicza, natrafiłem w serwisie YouTube na zapis wykładu dr Marii Ferenc z Żydowskiego Instytutu Historycznego (transmisja z 17 kwietnia 2024 r.). Już sam opis wydarzenia (tutaj na niebiesko) wywołał u mnie pierwsze zaskoczenie i niepokój.
„Nowa narracja o Komendancie Anielewiczu” - Dr Ferenc na Youtube Szukając nowych faktów dotyczących życia Mordechaja Anielewicza, natrafiłem w serwisie YouTube na zapis wykładu dr Marii Ferenc z Żydowskiego Instytutu Historycznego (transmisja z 17 kwietnia 2024 r.). Już sam opis wydarzenia wywołał u mnie pierwsze zaskoczenie i niepokój. Również autorka zaczęła wykład cytując słowa Marka Edelmana z książki Hanny Krall: „Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem? Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy”. To postawienie sprawy – sugestia, że Anielewicz mógł być jedynie „bohaterem z przypadku” – nadało oczywiście ton całemu wystąpieniu. Słuchając dr Ferenc, odniosłem wrażenie, że nie jest to próba rzetelnej rekonstrukcji biografii, lecz kontynuacja specyficznej linii narracyjnej zapoczątkowanej przez Edelmana i Krall. Ferenc zamiast badać postać Komendanta, zdaje się go deprecjonować. Po dwukrotnym, uważnym wysłuchaniu wykładu, mój niepokój zamienił się w irytację. Odniosłem wrażenie, że zaprezentowana treść to w dużej mierze dezinformacja, dążąca do podobnego celu co wspomniana publikacja Krall – dekonstrukcji bohatera za pomocą starannie dobranych, często trywializujących detali. Poniżej przedstawiam moje kluczowe spostrzeżenia dotyczące tej narracji.
Mechanizm tworzenia „nowej narracji” - Dr Ferenc na Youtube - 17 kwietnia 2024 albo Jak sposób narracji wpływa na ocenę moralną postaci historycznych. Nowa Epidemia dezinformacji - Tamże. |
Dr Ferenc operuje podczas całego wykładu dwoma wersjami różnych wypadków lub dokumentów, by osiągnąć konkretny efekt psychologiczny. Historia bojownika Mojlecha Perelmana. Ferenc poświęca temu wątkowi prawie 9 minut. Aż siedem minut to relacja Maszy Glajtman pisana podobno 50. lat po Powstaniu – w której Anielewicz jawi się jako bezduszny dogmatyk odbierający rannemu bohaterskiemu bojownikowi Perelmanowi pistolet. Następnie relacjonuje przez zaledwie dwi minuty wspomnienie bardziej wiarygodnej wersji Tuvii Borzykowskiego.
Ten system to klasyczny zabieg retoryczny. Słuchacz opuszcza wykład z utrwalonym obrazem dowódcy, który złamał elementarną solidarność bojową. Pamięta się oczywiście wątek dramatu Perelmana, płonącego żywcem w kamienicy przy Muranowskiej 37. To dodaje historii dr Ferenc (Maszy Glajtman) ciężaru emocjonalnego, który w dramatycznym przedstawieniu podczas wykładu obciąża bezpośrednio Anielewicza. Sugestia jest jasna: odbierając pistolet (według Glajtman), Anielewicz odebrał koledze „łaskę” samobójstwa przed śmiercią w ogniu. Fakt, że dr Ferenc przyznaje po chwili, iż nie wiadomo, kiedy dokładnie dom podpalono (co dopuszcza możliwość, że Perelman zmarł wcześniej), brzmi jak słabe alibi. Obraz „płonącego chłopaka bez broni” został już w głowach słuchaczy zaszczepiony.
Dopiero po tej długiej, sześciominutowej „indoktrynacji” zostaje przywołana przez Ferenc prawdziwa wersja Borzykowskiego, dwie minuty. Wersja spisana na gorąco w 1943 roku, bezpośrednio po Powstaniu. Jest to wersja skrajnie inna niż opowieśc Maszy Glajtman, ostro dramatyzowana podczas opowiadania przez Ferenc. Wedlug Borzykowskiego ciezko ranny Mejloch Perelman prosi towarzyszy o śmierć, a oni, nie będąc w stanie spełnić tej prośby, zostawiają go w kamienicy przy Muranowskiej 37 i odchodzą. Odpowiedzialność za śmierć Perelmana rozmywa się tu na grupę i tragizm sytuacji, a nie na opowiadaną przez 6 minut jednoosobową decyzję Anielewicza. Uczynienie z tej – historycznie pierwotnej i kluczowej – relacji Borzykowskiego jedynie krótkiego przypisu do dokladnie relacjonowanej emocjonalnej opowieści Maszy Glajtman całkowicie przesuwa środek ciężkości oceny moralnej. Jest równiez dowodem w jaki sposób wykład dr Ferenc, można określić jako wyrafinowaną formę manipulacji kontekstem lub fałszywej dychotomii (świat w 1943 roku nie był czarno-biały, próba narzucenia takiego podziału jest chyba naukowym nadużyciem).
 |
| Tuvia “Tadek” Borzykowski Dror i Masza Glajtman. Należy podkreślić, że Masza Glajtman dzieliła się swoimi najbardziej drastycznymi wspomnieniami (w tym historią o odebraniu broni Perelmanowi) głównie w wywiadach przeprowadzanych przez Ankę Grupińską (Główną reporterkę Edelmana!) dopiero w latach 90. XX wieku – czyli pół wieku po opisywanych wydarzeniach. |
Podwójne mikrohistorie dr Ferenc
Opisana metoda dr Ferenc polega na systematycznym „zdejmowaniu Anielewicza z pomnika”. Wprowadzając podwójne mikrohistorie, autorka za każdym razem stawia go w niekorzystnym świetle, by następnie tylko pozornie te zarzuty podważyć. Wie bowiem, że odbiorca zapamięta „zapach ryby” i emocjonalny koszt decyzji dowódczych, a nie naukowe zastrzeżenia.
W tej narracji Anielewicz staje się postacią pełną sprzeczności, niemal przypadkową. Podkreślanie dwudniowego epizodu z mundurem Betaru przy jednoczesnym pomijaniu jego aktywnego oporu przeciwko bojówkom ONR czy protestu w szkole przeciwko wizycie Goebbelsa w Warszawie, wskazuje na pewną „wybiórczą amnezję”. Celem zdaje się być stworzenie nowej, odmitologizowanej narracji, która jednak w swojej metodzie staje się równie subiektywna, co mity, z którymi próbuje walczyć.
Mikrohistoria - Warzywa to nie ryby
Pierwsza mikrohistoria (własciwie makrohistoria) od której Ferenc zaczyna swój wykład to legenda o czerwonych malowanych przez Anielewicza skrzelach ryb. Legenda narodziła się i utrwaliła w literaturze oraz świadomości historycznej ponad 30 lat po wojnie. Po kolorowym opowiadaniu dr. Ferenc o czerwonych rybich skrzelach przychodzi, druga cześc tej mikrorelacji. Dzięki relacjom osób, które znały Anielewicza w czasach przedwojennych, dowiadujemy sie że rodzina Anielewiczów prowadziła mały sklep z warzywami, a nie rybami. Choć młody Mordechaj pomagał matce w handlu, to cała opowieść o malowaniu skrzeli czerwoną farbą, by ryby wyglądały na świeżo złowione, jest po prostu nieprawdziwa. Ferenc nie komentuje jednak tego tak rozpowszechnionego kłamstwa pary Krall/Edelman.
„Komunizm” Anielewicza i Haszhomer Hacair
W swoim wykladzie Ferenc próbuje przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – wszystko aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to, niezbyt naukowe, ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem (31 stycznia 1943) na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Poczatek wykladu Ferenc to cytat od Edelmana i informacja błedna ze Edelman był jednym z zastepców Anielewicza. Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem? Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy” – mówił po latach reporterce Hannie Krall Marek Edelman. Czy Anielewicz był tylko bohaterem z przypadku? A może człowiekiem, w którym wojenna sytuacja wyzwoliła talent przywódczy i siłę? Co tak naprawdę wiemy o jego życiu i wyborach, których dokonywał? Jak z chłopca wychowanego na biednym warszawskim Powiślu, jednego z wielu lokalnych liderów Ha‑Szomer ha‑Cair, stał się „Anielewiczem”, którego historię znamy dziś?
Największą popularność ta anegdota zyskała dzięki książce Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" (1977). Ta właśnie pozycja, wydana zaledwie kilka lat po pomarcowej emigracji Żydów z Polski, wprowadziła tę kłamliwą legendę do powszechnej świadomości.
Już po pierwszym wydaniu książki przyjaciel Anielewicza z czasów przedwojennych (mieszkali obok siebie na Powiślu, przy ulicy Solec 113) napisał list wyjaśniający tę kwestię. Hanna Krall, zamiast sprostować tę informację i zatrzymać legendę, która krzywdziła nie tylko pamięć o Anielewiczu, ale i cały ruch syjonistyczny w Polsce, powielała tę bzdurę w kolejnych wznowieniach. Do 1982 roku książka miała już 22 wydania, a mit żył własnym życiem.
„Poisoning the Well to metoda propagandy, w której prelegent od samego początku atakuje i dyskredytuje postać bohatera, zanim jeszcze dojdzie do merytorycznej dyskusji o faktach. To wyjątkowo perfidny mechanizm: gdy słuchacz zaakceptuje pierwszą, kłamliwą etykietę, każda późniejsza informacja o bohaterstwie Anielewicza jest już skażona. Następuje paraliż krytycznego myślenia. Prawda historyczna przestaje mieć znaczenie, bo „źródło” (postać Anielewicza) zostało zdyskredytowane już na samym początku wykładu.
Serwowana po takim „zatruciu” zakamuflowana prawda służy wyłącznie jako alibi. Jest dla dr Ferenc tarczą przed zarzutem o kłamstwo – w razie krytyki może odpowiedzieć: „Przecież nie pominęłam faktów o walce w getcie”. W rzeczywistości jednak te wybiórcze fakty są podawane tak, aby wspierały wcześniej postawioną, fałszywą tezę. Stosowanie tej metody wobec Anielewicza to czysta manipulacja. Np. opisane powyżej, nadawanie mu etykiet komunistycznych w realiach 1943 roku, gdy jedyną alternatywą do radzieckiej ofensywy i wyzwolenia był dym z krematoriów. "Komunizowanie Anielewicza" to cyniczna próba pisania historii na nowo, na potrzeby dzisiejszej polityki. Kontekst oczekiwania na Armię Czerwoną jako jedyną realną siłę wyzwoleńczą był wtedy dla Żydów zamknietych w gettach i obozach oczywisty. W narracji dr Ferenc ten „komunizm” Anielewicza i Haszhomer Hacair jest bardziej analizowany jako element ideologii ruchu młodzieżowego niż geopolityczny pragmatyzm, co może faktycznie spłycać ówczesną perspektywę bojowników.
 |
| Wywiad w Gazecie Wyborczej z dr. Ferenc która zbiera materiały do biografi komendanta ŻOB, Mordechaja Anielewicza. Oprócz troche specjalnego tytułu podobizne komendanta bezprawnie "zdobi" gwiazda Dawida z Getta łódzkiego. |
***********************************************************
Prawda o strukturze ŻOB: Diagnoza manipulacji
Współczesna „infiltracja patogenna” polskiej pamięci polega na świadomym zacieraniu struktury ścisłego dowództwa ŻOB kosztem wykreowanego po latach wizerunku opartego na jednej osobie. Instytucje takie jak Muzeum Polin oraz polska prasa od dekad promują niemal wyłączny kult Marka Edelmana, który w rzeczywistości był odpowiedzialny tylko za jeden z trzech głównych obszarów walki. Ten proces rekonstrukcji historii i budowania nowego mitu nabrał tempa wraz z powstaniem organizacji KOR (Komitetu Obrony Robotników), a dziś – po 80 latach – ewoluuje w stronę teorii, które de facto zmieniają historię Powstania nie tylko w Polsce, ale i w skali światowej.
Niezaprzeczalne fakty dotyczące struktury ŻOB z kwietnia 1943 roku są jednak jednoznaczne:
- Dowództwo (Komenda): Oprócz samej Komendy Głównej, opartej na ścisłym podziale kompetencji (Komendant Główny: Mordechaj Anielewicz; Zastępca Komendanta Głównego: Icchak Cukierman, finanse: Johanan Morgenstern; operacje: Hersz Berliński, itp), reszta dowodzenia miała charakter kolegialny. Decyzje podejmowała grupa liderów z różnych frakcji politycznych (Ha-Szomer Ha-Cair, Dror, Poalej Syjon, PPR, Bund), które selektywnie odpowiadały za trzy sektory bojowe.
- Sektory bojowe: ŻOB liczył 22 grupy bojowe. Grupy Bundu były odpowiedzialne za najmniejszy z trzech obszarów walki – Sektor Szopu Szczotkarzy. Marek Edelman był dowódcą tego sektora i kiedy jego odcinek upadł, wycofał się on do bunkra przy Miłej 18 – ostatniej kwatery głównej w Sektorze Centralnym, podległej bezpośrednio Anielewiczowi.
Mit o „Ostatnim komendancie”: Status ocalałych liderów.
Analiza faktów dotyczących końca walk ŻOB ostatecznie demontuje mit o „ostatnim komendancie”. Należy jasno powiedzieć: wyjście Marka Edelmana z getta nie było aktem dowódczym, lecz operacją ratunkową zorganizowaną przez Symchę Ratajzera („Kazika”). Powstanie dla struktur ŻOB zakończyło się de facto 8 maja 1943 roku wraz z upadkiem kwatery głównej na Miłej 18 i śmiercią Mordechaja Anielewicza.
Nieliczna grupa bojowników, w tym Cywia Lubetkin i Marek Edelman, którym udało się opuścić bunkier przy Miłej 18, przedostała się przez gruzy do kamienicy przy Franciszkańskiej 22, gdzie w ruinach dawnej synagogi oczekiwali na pomoc. Jeszcze tej samej nocy „Kazik” odnalazł ocalałych, a tuż po północy, 9 maja, grupa około 50 osób – bojowników i cywilów – zeszła do kanałów. Dzięki pomocy polskich kanalarzy, Wacława Śledziewskiego i Czesława Wojciechowskiego, zostali oni przeprowadzeni do włazu przy ulicy Prostej, skąd rano 10 maja ewakuowano ich ciężarówką do lasu pod Łomiankami.
Współczesne „trędowate narracje” próbują sugerować, że to właśnie w mroku kanałów Marek Edelman został „Komendantem”. Jest to historyczny absurd. Po śmierci Anielewicza naturalnym Komendantem ŻOB był jego zastępca, Icchak Cukierman, który przebywał po stronie „aryjskiej” jakotzw. przedstawiciel i łącznik. Próba przeniesienia insygniów dowódczych na Edelmana w trakcie akcji ratunkowej, w kanałach pod ulicą Prostą to kolejna „infiltracja patogenna” – tym razem mająca na celu stworzenie żyjącego symbolu na potrzeby powojennej polityki historycznej, kosztem pominięcia faktycznej hierarchii ŻOB.
Obecne, dalsze, eksponowanie Edelmana jako „głównego twórcy i dowódcy” zarówno ŻOB, jak i samego Powstania, to wynik pomarcowej „resekcji” pamięci, która trwa do dziś. Jak napisałem wcześniej: „Słowo napisane zostaje”. Te pseudoprawdy i uproszczenia, utrwalane w szkolnych streszczeniach i na muzealnych eksponatach, stają się z czasem jedyną powszechną „prawdą”. Prawdziwy Komendant, Mordechaj Anielewicz, oraz jego zastępca Icchak Cukierman, jak i inni dowódcy, zostali zepchnięci w głęboki cień marketingu historycznego. To nie jest tylko błąd warsztatowy; to stan rozkładu rzetelnej nauki. Diagnozuję go jednoznacznie: to infekcja kłamstwa, którą należy poddać pełnej resekcji za pomocą faktów.
Kluczowa obserwacja, diagnoza: Edelman stał się dla środowisk opozycyjnych figurą moralną, co sprawiło, że jego wersja historii rozpowszechniona m.in. dzięki książce Hanny Krall stała się „nienaruszalna” ze względów politycznych, a nie historycznych, naukowych.
Budowa mitu: Od Hanny Krall do Anki Grupińskiej
Pomarcowy proces tworzenia mitu „jedynego sprawiedliwego” nie zakończył się na książce Hanny Krall. Według źródeł z lat 80., książka Zdążyć przed Panem Bogiem miała ponad dwadzieścia wydań, stając się symbolem sukcesu wydawniczego. Kolejny etap tej operacji, implantacji mitu Edelmana, wspierała Anka Grupińska, kolejna z „ulubienic” Edelmana, która swoimi tekstami (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”) pełniła rolę swoistego adwokata i spowiednika, rozgrzeszającego go z historycznych nieścisłości.
Te nagłe wykreowanie Edelmana na centralną postać polityczną wywołało falę oburzenia wśród dawnych bojowników i emigrantów z lat 1946, 1956 oraz 1969. Dla ludzi, którzy znali prawdę o strukturze ŻOB, bzdury produkowane przez Edelmana były nie do zaakceptowania. Symboliczna scena rozegrała się w 1988 roku w Izraelu, w kibucu Lochamej Ha-Geta’ot (Bojowników Gett). Podczas spotkania z redaktorką Grupińską jedna ze starszych, siwych kobiet, dobrze pamiętająca tamte czasy, wstała i zapytała z wyrzutem:
„O co temu Markowi chodzi? Czy on chce zostać Chrystusem wszystkich Polaków?”.
To pytanie uderza w samo sedno. Edelman – świadomie lub nie – wszedł w rolę, która była potrzebna polskiej narracji: bohatera, który wybacza i legitymizuje nową wersję historii.
Sama Grupińska w swoich wywiadach przyznawała, że mit Edelmana stał się faktem dokonanym. Pytała go wprost:
„Marku, czy zdajesz sobie sprawę, jak wielkie znaczenie tu, w Polsce, miała książka Hanki Krall? Poprzez tę książkę zaistniałeś w świadomości wielu. Ta książka w pewnym sensie stworzyła twój obraz”.
To wyznanie jest gorzkim potwierdzeniem mojej diagnozy o infiltracji patogennej. Edelman nie zaistniał w świadomości Polaków dzięki rzetelnym badaniom historycznym czy dokumentom ŻOB, lecz dzięki literackiej kreacji, która po 1968 roku stała się „prawdą objawioną”. Dla tych, którzy cenią rzetelność, jest to prawda tragiczna: obraz bohatera został „stworzony” na potrzeby rynku opinii, zastępując fakty, za które inni – jak Anielewicz czy Cukierman – płacili najwyższą cenę milczenia i zapomnienia.
 |
| Statystyka Zagłady kontra instytucjonalna indolencja. Moja najbardziej porażająca batalia z Muzeum Polin dotyczyła liczb obrazujących skalę „Wielkiej Akcji” likwidacyjnej w getcie warszawskim. Przez lata na oficjalnych stronach Muzeum widniała skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była nie do przyjęcia dla każdego, kto zna prawdę o losach swoich bliskich zgładzonych w Treblince. Dopiero po dwóch latach mojej nieustępliwej presji i przesyłaniu dowodów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH) – unikalnych list liczby osób „przesiedlonych na wschód” sporządzonych przez grupę Oneg Szabat oraz oryginalnych niemieckich listów przewozowych – Muzeum zdecydowało się skorygować te zaniżone dane. Prawda zapisana w dokumentach jest bowiem inna: w pierwszych tygodniach akcji dziennie wysyłano do komór gazowych ponad 6000 osób, następnie po 7,500. Ten opór instytucji przed przyjęciem faktów, które „nie pasowały” do ich gotowych opisów, to jaskrawy przykład infiltracji patogennej, gdzie biurokracja i narracja stają się ważniejsze od pamięci o ofiarach. |
 |
| Muzeum Polin - KROCZYMY ŚLADAMI JANUSZA KORCZAKA. Budynek znajduje się pod adresem ul. Sienna 16 / Śliska 9, a nie w szpitalu Bershonów i Baumanów przy ul. Siennej 60. Zdjęcie pochodzi z mojego bloga; znalazłem je w Przeglądzie Technicznym (nr 50-52, str. 513-514) z 1914 roku. Czarny SUV na lewej fotografi nie stoi w miejscu gdzie był Dom Sierot Korczaka. Nie jest to równiez budynek szpitalu Bershonów i Baumanów przy ul. Siennej 60 który stoi do dzisiaj. |
 |
Muzeum Polin - KROCZYMY ŚLADAMI JANUSZA KORCZAKA. Po lewej stronie mapka Muzeum Polin gdzie na zdjęciu rzekomo z ulicy Siennej16/Śliskiej 9 jest jednak pokazany nie budynek Domu Sierot lecz budynek szpitala Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów. Na mapce, w zaznaczonym przez Muzeum Polin miejscu były tylko domy czynszowe (miedzy Panska a Śliska). Po prawej, zdjęcie domu na ulicy Siennej 16. Widok z roku 1914. To unikalne zdjęcie znalazłem w Przeglądzie Technicznym z 1914 roku. |
 |
| Kubki i koszulki w Muzeum Polin w Warszawie to proces „komercjalizacji” Edelmana kosztem Anielewicza. Kolejny wstrząsający przykład „trędowatej narracji” – mechanizmu, w którym żywa pamięć zostaje zastąpiona przez marketingowy produkt, a rzetelna hierarchia historyczna ustępuje miejsca wygodnej popkulturze gdzie postać Mordechaja Anielewicza w oficjalnym obiegu zredukowano do anegdoty o malowaniu rybich skrzeli. |
 |
„Zdążyć przed Panem Bogiem” – literatura jako narzędzie resekcji pamięci. Czy zapowiadane przez Hannę Krall przesłanie „dla przyszłych pokoleń” miało stać się fundamentem edukacji młodzieży, która dziś czerpie wiedzę z uproszczonych skrótów? Na portalu streszczenia.pl Mordechaj Anielewicz figuruje nie jako dowódca, lecz jako „syn handlarki ryb”, który „nie uczestniczył w żadnej akcji” i „nie był przygotowany psychicznie” do funkcji. Ta karykaturalna charakterystyka, kończąca się bezdowodowym opisem zastrzelenia Miry Fuchrer, stała się dla wielu jedyną znaną „prawdą”. W warunkach skrajnego terroru getta samobójstwo bywało aktem autonomii, jednak w przypadku Miłej 18 narracja o „zbiorowym odebraniu sobie życia” służy często uniknięciu niewygodnego faktu o niemieckiej eksterminacji gazem. Podczas gdy legenda o samobójstwie bywa celebrowana jako forma walki o godność, w rzeczywistości – w świetle Raportu Stroopa i relacji Tosi Altman – staje się ona parawanem dla marginalizacji rzeczywistego dowództwa ŻOB. To właśnie tu, w szkolnych lekturach i ich internetowych skrótach, dokonuje się infiltracja patogenna, która z Komendanta Anielewicza czyni bohatera z przypadku, a z literackiej wizji Marka Edelmana – niepodważalną dogmę.
|
 |
| Fragment oryginalnego „Raportu Stroopa” z dnia 8 maja 1943 roku stanowi bezwzględne świadectwo pacyfikacji bunkra przy ul. Miłej 18. Gen. Jürgen Stroop odnotował: „W bunkrze tym znajdowało się około 200 Żydów, spośród których 60 ujęto, a 140 na skutek działania świec dymnych oraz podłożenia w kilku miejscach ładunków wybuchowych zostało zlikwidowanych. Ujęci Żydzi meldowali, że już na skutek działania świec dymnych wielu Żydów zginęło”. Zapis ten jest kluczowy dla obalenia „trędowatej narracji” o rzekomym zbiorowym samobójstwie dowództwa ŻOB. Niemiecki raport jasno wskazuje na eksterminację gazem i ładunkami wybuchowymi jako główną przyczynę śmierci 140 osób, w tym Mordechaja Anielewicza. Ignorowanie tego dokumentu przez współczesnych „narratorów” na rzecz beletrystycznych wizji Hanny Krall to klasyczny przykład metodologicznego rozkładu, który z rzetelnej historii czyni narzędzie manipulacji. |
 |
Mordechaj Anielewicz – walka o godność dowódcy do ostatniej chwili. Komendant ŻOB zginął 8 maja 1943 roku w otoczonym przez Niemców bunkrze przy ul. Miłej 18. Choć dokładne okoliczności jego śmierci pozostają nieznane, Hanna Krall w swojej książce narzuciła narrację o samobójstwie Anielewicza i Miry Fuchrer. Jest to interpretacja pozbawiona dowodów, która w mojej ocenie służy jedynie poniżeniu postaci Komendanta. Zupełnie inny obraz wyłania się z relacji Tosi Altman, która twierdziła, że Anielewicz był zdecydowanym przeciwnikiem samobójstwa. Uważał, że dopóki istnieje choćby cień nadziei na przetrwanie w bunkrze do zmroku, należy podjąć próbę walki. Tragiczny fakt, że wielu bojowników odebrało sobie życie na wezwanie Arie Wilnera, nie jest dowodem na postawę samego Anielewicza. Potwierdzeniem brutalnej rzeczywistości bunkra jest raport gen. Stroopa, który pisał: „W bunkrze tym znajdowało się około 200 Żydów, spośród których 60 ujęto, a 140 na skutek działania świec dymnych oraz ładunków wybuchowych zostało zlikwidowanych”. Meldunki ujętych Żydów jasno wskazywały, że większość ofiar zginęła w wyniku niemieckiego ataku gazowego. Przypisywanie Komendantowi aktu desperacji zamiast uznania go za poległego w walce to kolejna „infiltracja patogenna”, mająca na celu osłabienie etosu prawdziwego dowództwa powstania.
|
 |
| O Edelmanie na polskiej Wikipedii. Kłamstwo I: W 1942 był wśród założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej (nie był). Prawda I: W 1943 uczestniczył w powstaniu w getcie warszawskim dowodząc powstańcami na terenie tzw. szopu szczotkarzy. Kłamstwo II: Po śmierci Mordechaja Anielewicza 8 maja został ostatnim przywódcą bojowników ŻOB podczas walk w getcie (nie nie został). |

Weryfikacja faktów vs. Wikipedia. Założyciele ŻOB (28 lipca 1942). – Edelman nie był w pierwszej grupie założycielskiej. ŻOB powołały organizacje syjonistyczne (Haszomer Hacair, Dror, Akiba). Bund, do którego należał Edelman, dołączył do struktur bojowych (Komisji Koordynacyjnej) dopiero w październiku 1942 roku. Wtedy jednak Edelman nie wszedł do dowództwa ŻOB jako przedstawiciel Bundu. Berk Sznajdmil był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku. Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Prawdą jest natomiast, że Edelman dowodził w sektorze Szopu szczotkarzy (rejon ulic Świętojerskiej, Wałowej i Franciszkańskiej). Określenie "Ostatni Komendant" jest największym mitem. Historycznie dowództwo ŻOB po śmierci Anielewicza (8 maja 1943) przestało istnieć jako scentralizowana struktura. Nie wybrano nowego komendanta głównego. Tytułowanie Edelmana „ostatnim komendantem” (również przez Michała Trębacza) nie jest faktem wojskowym.
Posłowie Michała Trębacza obecnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego) trafia w sedno manipulacji pamięcią:Narracja partyjna: Przyznanie się Edelmana, że pisał, by „syjoniści dostali w dupę”, demaskuje Getto walczy jako tekst programowy Bundu. Chodziło o pokazanie, że to Bund (socjaliści), a nie tylko syjoniści, był siłą sprawczą oporu.
Obiektywizm vs. "Prawda, ale nie do końca": Edelman w rozmowie z Anką Grupińską (autorką książki Ciągle po kole) sam przyznał się do selektywności. Jak zauważasz, książka napisana w 1945 roku była „raportem” – a raporty wojenne mają konkretny cel polityczny i propagandowy.
To pewien paradoks, że badacz tej klasy co Michał Trębacz, w tym samym tekście, w którym cytuje Edelmana przyznającego się do stronniczości, nadal używa wobec niego nienależnego mu tytułu „ostatni komendant”. To pokazuje, jak głęboko współczesna polska publicystyka zakorzeniły ten błąd.
Czerwony AnielewiczWielu młodych badaczy w Polsce próbuje obecnie przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po kapitulacji Niemców 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Co prawda a co kłamstwo o Edelmanie na polskiej Wikipedii: Kłamstwo I: W 1942 był wśród założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej (nie był). Prawda I: W 1943 uczestniczył w powstaniu w getcie warszawskim dowodząc powstańcami na terenie tzw. szopu szczotkarzy. Kłamstwo II: Po śmierci Mordechaja Anielewicza 8 maja został ostatnim przywódcą bojowników ŻOB podczas walk w getcie (nie nie został).
Michał Trębacz napisał Posłowie do nowego wydania Getto walczy (2015) napisanej przez Edelmana w 1945 r. Oczywiście w Posłowiu Edelman jest kilkanaście razy cytowany jako ostatni komendant Powstania którym nigdy nie był i nigdy nie będzie! Posłowie - urywki:
Niewątpliwa siła Getto walczy tkwi w oszczędnym języku książki, dodatkowo wzmocnionym trzecioosobową narracją. Wykorzystane środki wywołują u czytelnika wrażenie autentyczności. Pytany po latach przez Ankę Grupińską o cel tego zabiegu, Edelman odpowiadał krótko: „Bo to jest raport. To było pomyślane dla ludzi w Ameryce”. I dopiero dopytywany, dodał: „A w ogóle to chodziło o to, żeby syjoniści dostali w dupę za to, co tutaj wyprawiali: że niby Bund był przeciwny walce”. Mówiąc tak, ostatni komendant powstania oczywiście znacznie pomniejszał znaczenie swojego świadectwa. Z pewnością nie pisał z pozycji partyjnych, raczej starał się przedstawić opisywane wydarzenia możliwie obiektywnie."
Historia opowiedziana w Getto walczy jest jednak subiektywna, napewno nie obiektywna. Niewątpliwie jednak w chwili pisania ksiażki była głosem w toczącej się wówczas politycznej debacie o pamięć powstania i powstańców i do dzisiaj pozostaje ważnym świadectwem tamtych czasów. Pytany przez Ankę Grupińską, czy mówi jej półprawdy, Edelman odpowiedział: „Nie, całą prawdę, tylko nie do końca. […] Nie możesz obcemu człowiekowi tego wszystkiego opowiedzieć”
Walka z wiatrakami - walka niezbędnaMit Anielewicza o skrzelach, samobójstwie i jego osobie rozpowszechniany poprzez działalność Edelmana/Krall jest od prawie pólwiecza głęboko zakorzeniony w świadomości publicznej. Dlatego równiez w algorytmach AI. Jedynie strategia „Fact-Checking Dialogue” może aktywnie zahamowac proces powielania przez AI „trędów" (trendów) historycznych. Poprzez podawanie rzetelnych, archiwalnych źródeł, „Fact-Checking Dialogue”, AI system jest wtedy zmuszony do powrotu do konkretnych źródeł, z których AI czerpie informacje. Np. pytając AI: „Na podstawie jakiego dokumentu twierdzisz, że Edelman był jedynym dowódcą?” To właśnie w tej metodzie tkwi największa siła w walce z „algorytmicznym kłamstwem”. To prosta, ale potężna forma „cyfrowej higieny pamięci”. Poprzez mechanizm „Fact-Checking Dialogue” jest możliwosc zatrzymania źródła infekcji historycznej. Szczególnie że jest wiadome że mit o Anielewiczu („skrzela”, „samobójstwo”) powstał na styku literatury (Krall) i publicystyki (Edelman/Grupińska). Mit który przez dekady zanieczyszczał dane, którymi dziś karmione są algorytmy AI.
Wymuszaniu „higieny cyfrowej”
Poprzez aktywne kwestionowanie i dostarczanie twardych, archiwalnych dowodów (Raport Stroopa, relacje Tosi Altman, informacja o strukturze ŻOB), system AI jest zmuszony do weryfikacji i powrotu do korzeni prawdy historycznej. To takie imunologiczne tworzenie „cyfrowego antywirusa”. Każda taka interakcja i każdy artykuł oparty na faktach to nowa, zdrowa informacja w sieci, która z czasem pomoże zneutralizować chorobliwe „trędy” historyczne i przebić się przez zafałszowany obraz historii. Systemy AI nie „wiedzą”, co jest prawdą, lecz operują na statystyce najczęściej powtarzanych w sieci fraz. Jeśli przez 50 lat narracja Edelmana/Krall dominowała w mediach, AI uzna ją za „fakt statystyczny”.
Odpowiedzialność instytucji (ŻIH, Muzeum Polin, MPW, i inne)Największym problemem jest obecnie fakt że „infekcja” dotarła do instytucji, które powinny być „systemem odpornościowym” historii. Jeśli muzea czy instytuty takie jak ŻIH powielają narrację o „skrzelach”, karmią one algorytmy nowymi, „wysokiej jakości” (według Google/AI) danymi, które niestety tylko utrwalają fałsz.
 |
| Kamień pamięci – samotny hołd na nieistniejącym szlaku. Przez lata, gdy nie mogłem osobiście odwiedzić Warszawy, prosiłem przyjaciela, by w moim imieniu udawał się na Miłą 18. Kładł tam kamień z moimi inicjałami – jedyny znak pamięci o Anielewiczu i bezimiennych bohaterach spoczywających w tej zbiorowej mogile. Na zdjęciach, które mi przysyłał, widziałem ten samotny kamień, czasem tylko sąsiadujący z kwiatami od ambasady Izraela w barwach biało-niebieskich. To kolory naszej flagi z czasu powstania, ale też barwy przymusowych opasek z Gwiazdą Dawida, które nosili nasi bliscy w warszawskim i białostockim getcie. Najbardziej uderzająca była jednak mapa „obiektów żydowskich”, którą mój przyjaciel otrzymał w Muzeum Polin. Ze zdumieniem odkryłem, że na oficjalnym planie przygotowanym przez tę instytucję Kopiec Anielewicza w ogóle nie został zaznaczony. To nie jest zwykłe niedopatrzenie – to symboliczny akt usunięcia Komendanta z przestrzeni publicznej i turystycznej Warszawy. Skoro grób przywódcy powstania znika z mapy wydawanej przez muzeum poświęcone historii Żydów, mamy do czynienia z najwyższym stopniem infiltracji patogennej, gdzie instytucja zamiast wskazywać drogę do prawdy, celowo ją zaciera. |
 |
| Umieszczenie pytania "Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono?" w zapowiedzi wykładu przez Muzeum Powstania Warszawskiego pokazuje, że wizja Edelmana z „Zdążyć przed Panem Bogiem” wyygrała z faktami historycznymi. Zamiast mówić o życiorysie komendanta lub jego strategii militarnej, skupia się uwagę na (prawdopodobnie apokryficznej lub marginalnej) historii, która stawia komendanta ŻOB w świetle "handlarza z targu", a nie przywódcy. To jeszcze jeden klasyczny przykład przenikania literackiej narracji Edelmana do oficjalnego dyskursu historycznego, co często prowadzi do trywializacji postaci Mordechaja Anielewicza. |
 |
Uderzające jest to, że jeszcze niedawno (w latach 2024–2025) w gmachu Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH) im. Emanuela Ringelbluma – historyka i twórcy podziemnego archiwum getta – prelegentka z tytułem doktorskim mogła otworzyć swój wykład o Mordechaju Anielewiczu w sposób całkowicie ignorujący świadectwo patrona tej instytucji. Ringelblum pisał o Anielewiczu z ogromnym szacunkiem: „Młody człowiek, lat 25 (...) o sympatycznej powierzchowności. (...) Często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie ekonomii. (...) Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny młodzieniec stanie się najważniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem”. Mimo dostępu do tych poruszających źródeł, młoda prelegentka zdecydowała się rozpocząć transmitowany w internecie wykład słowami Marka Edelmana, zaczerpniętymi z reportażu Hanny Krall: „Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem? Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy”. Dalsza część jej wystąpienia brzmiała niemal jak kopia z serwisu streszczenia.pl: „Czy Anielewicz był tylko bohaterem z przypadku? Jak z chłopca wychowanego na biednym Powiślu stał się 'Anielewiczem', którego historię znamy dziś?”. To bolesny dowód na to, jak głęboko „trędowata narracja” zainfekowała nawet najważniejsze ośrodki badawcze. Zamiast budować opowieść na fundamencie Archiwum Ringelbluma, instytucja promuje narrację opartą na subiektywnych, późniejszych złośliwościach Edelmana, które redukują dowódcę powstania do roli ambitnego amatora z Powiśla. To kolejna „resekcja” prawdziwej historii wykonana w samym sercu instytucji, która powinna jej bronić. Opis Mordechaja Anielewiczu, jego życiorys, jest na stronach ŻIH prawidłowy. |
 |
| Wywiad z Edelmanem w tygodniku Newsweek z 2012 roku: Powiedz nam, Marku, jak walczyłeś w getcie? A on na to drwiąco: Ja walczyłem? Ja spieprzałem, dlatego tu siedzę!. Dokładnie tak powiedział. Niby sarkasm (?) ale w wypowiedzi Edelmana jak i jego Bundu jest krytyka walki zbrojnej w Getcie Warszawskim. Jego opinie na ten temar są ogólnie znane. W polskiej telewizji waleczność Edelman była komentowana jego własnymi słowami: Pójść do komory gazowej jest większym bohaterstwem niż umrzeć z bronią w ręku. Edelman wspomina i wypomina Anielewiczowi walkę zbrojną: Anielewicz chciał zdobyć dla ŻOB-owców dodatkowy rewolwer, zabił strażnika (Niemca, Ukrainca?) na ulicy. Nie liczył się z tym, co się może stać w wyniku jego czynu. A przecież wiadomo że wszystkie akcje zbrojne polskiego i żydowskiego podziemia wiązały się z represaliami niemieckimi. Nieprawda, wprost przeciwnie, po Wielkiej Akcji w 1942 r. tak opisuje Cukierman ten problem: Czy ŻOB, który nie jest w stanie bronić Żydów, ma prawo podejmować akcje zagrażajace ich zyciu". Wypowiedzi Edelmana, takie jak "Spieprzałem, dlatego tu siedzę" czy twierdzenie, że "pójście do komory gazowej było trudniejsze niż walka z bronią", odzwierciedlały bundowską filozofię przetrwania, sugerując, że syjoniści dążący do walki niepotrzebnie narażali społeczność getta. Postawa Anielewicza i Cukiermana po Wielkiej Akcji skłaniała się ku zbrojnemu oporowi jako jedynemu wyjściu, ponieważ bierność prowadziła do komór gazowych. (V. Ozminkowski, Newsweek.pl, 8.09. 2012). |
 |
Co zrobić, żeby ŻIH stał się miejscem, które jednoczy społeczność żydowską, a nie budzi spory? Michał TRĘBACZ: Nie wiem, czy to jest rola ŻIH-u, żeby być jednostką jednoczącą środowiska żydowskie, a nie budzącą spory. Rolą ŻIH-u jest budowanie silnej pozycji, jeśli chodzi o referencyjność dotyczącą wiedzy na temat przeszłości, która umożliwia także udzielanie rzeczowej informacji na temat tego, co się obecnie dzieje na świecie w związku ze wzrostem antysemityzmu. W czasie, w którym tak trudno jest o weryfikowanie faktów, o uzyskanie rzetelnej informacji, chciałbym, żeby ŻIH był miejscem, które kojarzy się w sposób naturalny z tym, że przekazywane przez nas informacje są sprawdzone. Na ile możliwe jest, żeby narracja kształtowana przez instytucje zajmujące się w Polsce upowszechnianiem historii żydowskiej, była spójna? Michał TRĘBACZ: Nie uważam, że konieczna jest jednolita narracja. Konieczna jest zgoda co do podstawowych faktów. Inna rzecz to kwestia interpretacji zdarzeń, która może być różna i można do pewnego stopnia starać się dyskutować. To, czego oczekiwałbym po instytucjach zajmujących się tą tematyką, jest otwartość na dyskusję. Nie uważam, że musimy w każdej kwestii mówić jednym głosem, choć oczywiście są takie tematy, w których silny głos wszystkich trzech instytucji – Muzeum POLIN, Muzeum Getta Warszawskiego i ŻIH-u, byłby głosem silniejszym. Jestem zwolennikiem tego, żeby instytucje pozostawały ze sobą w dialogu (odp. na pytania Katarzyny Krzykowskiej/PAP opublikowanym w "Wszystko co Najważniejsze"). |
 |
W powyższym dokumencie z Żydowskiego Instytutu Historycznego (chyba z 2020 roku) pojawia się stwierdzenie, że Marek Edelman był „ostatnim dowódcą Powstania w Getcie”. Informacja ta pomija istotne fakty historyczne dotyczące struktury dowodzenia Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). Narracja wskazująca Marka Edelmana jako „ostatniego dowódcę” jest "nieścisłością". W opracowaniu brakuje wzmianki o Icchaku „Antku” Cukiermanie, który podczas powstania w Getcie (1943) pełnił funkcję Zastępcy Komendanta, Anielewicza (ŻOB), a w 1944 roku, podczas Powstania Warszawskiego, dowodził oddziałem ŻOB (im. Anielewicza) w trakcie Inne spotkanie w ŻIH, dnia 27 stycznia 2026 prowadził prof. Andrzej Żbikowski. Spotkanie miało dla mnie bardzo niepokojacy tytuł: „Żydowski Instytut Historyczny jako twórca pamięci o Zagładzie. Mark–Datner–Tych”. Boję się osobiscie "Tworzenia pamięci o Zagładzie", szczególnie przy dominujących obecnie nowym narracjom.
 Cyfrowa higiena pamięci (AI). Edelman "nie był ostatnim przywódcą Powstania w Getcie". Edelman "nie przejął dowództwa". Nie ma potwierdzenia "o samobójczej śmierci Mordechaja Anielewicza". Edelman "nie kierował ewakuacją ocalalych bojowcow kanałami". Edelman "nie był jednym z założycieli ŻOB z ramienia Bund". Wszyscy powinni używać „Fact-Checking Dialogue” który jest celnym mechanizm by zatrzymać rozpowszechniania co poniektórych bzdur przez AI. Należy trzymać się żelaznej zasady: brak źródła = brak wiarygodności.
|
* Korczak w krzywym zwierciadle. ** Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a Muzeum POLIN (ul. Anielewicza 6) w Warszawie wynosi w linii prostej około 800-900 metrów.
Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a adresem Muzeum Getta Warszawskiego, ul. Zielna 39 w Warszawie wynosi około 1,7 km.
*** Michał Rudawski. Mój obcy kraj? Pamięć Europy. Agencja Wydawnicza Tu, 1996. **** Dariusz Stola. „Kraj bez wyjścia? Migracje z Polski 1949–1989”, Wydawnictwo: IPN, ISP PAN, 2010. ***** https://hi-storylessons.eu/wp-content/uploads/2020/04/Powstanie-w-Getcie-Warszawskim_PL.pdf
****** Ostatni bardzo ważny list Mordechaja Anielewicza do Icchaka Cukiermana na temat walki Żydów w Getcie warszawskim, 23 kwietnia 1943 r.. Opisuje również strukturę trzech rejonów getta gdzie walczyl ŻOB.
Cześć Icchaku,
Nie wiem, o czym Ci pisać. Zostawmy tym razem osobiste sprawy. Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje i towarzyszy uczucia. Stało się coś, co przerosło wszystkie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Jeden z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi – ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. Poległ bohaterską śmiercią żołnierza przy karabinie maszynowym.
Gdy nadeszły do mnie wczoraj wiadomości, że towarzysze z PPR zaatakowali Niemców, i że radiostacja „Świt” nadała wspaniałą informację o naszej samoobronie miałem uczucie, że spełniliśmy swe zadanie. Co prawda dużo jeszcze pracy przed nami, ale wszystko, co zrobiliśmy do tej pory, zrobiliśmy najlepiej jak można.
Od dziś wieczór przestawiamy się na działalność partyzancką. W nocy wychodzą trzy nasze oddziały. Mają dwa zadania: zbrojny zwiad i zdobycie broni. I wiedz – pistolet nie ma żadnej wartości, prawie nim nie posługiwaliśmy się. Potrzebne są nam: granaty, karabiny, karabiny maszynowe i materiały wybuchowe.
Nie mogę ci opisać warunków, w jakim żyją Żydzi. Tylko nieliczni wytrzymają. Cała reszta wcześniej czy później zginie. Los jest przypieczętowany. W bunkrach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można zapalić w nocy świecy, bo brakuje powietrza... Z wszystkich oddziałów w getcie zginął tylko jeden człowiek: Jechiel. To też jest zwycięstwo. Nie wiem, co jeszcze ci napisać. Wyobrażam sobie, że pytanie goni pytanie. Ale tym razem, proszę, spróbuj zadowolić się tym.
Sytuacja ogólna: wszystkie warsztaty w getcie i poza nim zostały zamknięte, wyłączywszy „Werterfassung”, „Transavia” i „Daring”. O sytuacja u Schultza i Többensa nie mam żadnych wiadomości. Przerwany kontakt. Warsztat szczotkarzy płonie od trzech dni. Nie mam łączności z oddziałami. Jest dużo pożarów w getcie. Wczoraj palił się szpital. Budynki są w płomieniach. Policja została rozwiązana, wyłączywszy „Werterfassung”. Szmerling znów wypłynął na powierzchnię. Lichtenbaum został zwolniony z Umschlagu. Niewielu ludzi wywieziono z getta. Inaczej wygląda sytuacja w szopach. Szczegółów nie znam. Za dnia siedzimy w kryjówkach. Bądź zdrów, mój drogi. Być może jeszcze się zobaczymy. Najważniejsze, że marzenie mojego życia spełniło się. Dane mi było zobaczyć żydowską obronę w getcie – w całej jej wielkości i chwale.”
Źródło: Icchak Cukierman „Antek”, „Nadmiar pamięci. (Siedem owych lat. Wspomnienia 1939-1946”, Warszawa 2000, s. 256-257. W tych wspomnieniach Cukiermana wydanych przez PWN jest samowolnie dodany "Przypis" o Edelmanie jako zastępcy komendanta.******* Emanuel Ringelblum napisał o Mordechaju Anielewiczu:
„Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie getta i szopów, był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji getta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie nawet znał miejsca ich wiecznego spoczynku.
Po szeregu bohaterskich czynów w styczniu i kwietniu 1943 roku zginął w parę tygodni po rozpoczęciu akcji kwietniowej w schronie o 5-ciu wejściach, uduszony gazami, które Niemcy wprowadzili przed wkroczeniem do schronu z 5-ciu stron”.