Friday, October 16, 2026

Sveriges Museum om Förintelsen glömmer varje år Upproret i förintelselägret Sobibor. Varför? För att det handlar direkt "OM Förintelsen"!

Ett känt fotografi från det så kallade Niemann-albumet, som hittades och offentliggjordes först 2020, visar just ingången till SS-området i Sobibór under skylten "SS-Sonderkommando". Mannen till vänster i den mörkare kappan är Trawniki-vakt, troligen ukrainare, och mannen i den röda skjortan i bakgrunden är lägrets biträdande kommendant Johann Niemann (tysk). Han var en av de första som dödades under upproret. Ingången till Treblinka-dödslägret tycks ha sett ut just på detta sätt som på bilden ovan.

Sittande och stående runt bordet på terrassen till SS-mässan (ofta kallad "Am lustigen Floh" eller "Den glada loppan") i förintelselägret Sobibór. (från vänster till höger):Mannen med ryggen mot kameran (till vänster): är inte slutgiltigt identifierad i just denna bildsekvens, men bär en tysk uniform.
SS-mannen stående längst till vänster (i profil, talar med glaset i handen): Detta är Josef Wolf. Han hade graden SS-Scharführer (motsvarande sergeant). Wolf dödades under fångeupproret den 14 oktober 1943.
SS-mannen stående bredvid Wolf (vänder ryggen halvt mot kameran): Detta är Rudolf Beckmann. Han hade graden SS-Oberscharführer (motsvarande översergeant). Han var chef för lägeravdelning II och blev också dödad av fångarna under upproret.
Mannen stående i ljus tröja (i mitten bakom bordet): Detta är en civilanställd tysk tulltjänsteman (Zollgrenzschutz), vars namn inte är dokumenterat i albumets rullor. [1]
Mannen i uniform som sitter vid bordet (med händerna knäppta): Det är Johann Niemann. Hans grad var SS-Untersturmführer (motsvarande fänrik/underlöjtnant) och han tjänstgjorde som biträdande kommendant under tiden i Sobibór.
Kvinnorna stående bakom Niemann: Den blommiga kvinnan som lutar sig framåt är Johann Niemanns fru, Henriette Niemann. Kvinnan i svart bredvid henne är en lokal hembiträde eller släkting.
Mannen som sitter i stolen till höger: är Franz Reichleitner, lägrets kommendant. Han bär sin uniform och har graden SS-Hauptsturmführer (motsvarande kapten).



Endast uppskattningsvis 47 till 50 av dem som flydde från Sobibor överlevde krigets slut.


Upproret i förintelselägret Sobibor ägde rum den 14 oktober 1943 i det tyskockuperade Polen. Det var ett av de mest omfattande och framgångsrika fångupproren i ett nazistiskt förintelseläger under andra världskriget. Om ett museum "om" Förintelsen blir för teoretiskt eller fokuserar för mycket på efterspelet (som nu om rättegångar), riskerar den konkreta historiska verkligheten – vad som faktiskt hände i Sobibór och Treblinka – att hamna i bakgrunden.

Meddelandet till Sveriges Museum om Förintelsen: Sobibor var ett nazistiskt förintelseläger (en del av de 6 stycken involverade i Operation Reinhardt) där över 180 000 människor, främst judar, mördades.
Upproret organiserades i hemlighet av den polske judiske motståndsledaren Leon Feldhendler och den sovjetiske krigsfången och löjtnanten Alexander Petsjerskij (Aleksandr Pechersky). Fångarna lockade in SS-officerare och vakter i verkstäderna under falska förevändningar (som klädprovning) och dödade dem i hemlighet med yxor, knivar och tillhyggen. Totalt dödades omkring 11 till 12 SS-män och några vakter.

Planen var att döda så många befäl som möjligt och därefter marschera ut genom huvudentrén i uniform. Planen avslöjades delvis i förtid, vilket tvingade fångarna till en kaotisk massflykt genom taggtråden och det omgivande minfältet. Av ungefär 600 fångar i lägret lyckades cirka 300 ta sig ut i skogarna. Omkring hälften av dem som flydde dödades under själva flykten, i efterföljande jakter av tysk militär och polis, eller i minfälten. De fångar som blev kvar i lägret dödades av SS. Endast uppskattningsvis 47 till 50 av dem som flydde från Sobibor överlevde krigets slut. Efter upproret mördade nazisterna alla de kvarvarande fångarna, jämnade hela lägret med marken, plöjde upp jorden och planterade träd för att dölja alla spår av förintelselägret, precis som i Treblinka.

* Johann Niemann anslöt sig tidigt till Nazistpartiet (NSDAP) år 1931 vid 18 års ålder och gjorde därefter en snabb karriär inom SS. Han arbetade först som vakt i koncentrationslägren Esterwegen och Sachsenhausen, innan han via det brutala T4-eutanasi-programmet hamnade i Operation Reinhard-lägren Bełżec och till sist Sobibór. Det var han som var högsta ansvarig på plats i Sobibór under upproret den 14 oktober 1943, eftersom kommendanten Franz Reichleitner var bortrest, och Niemann blev också en av de första SS-männen som dödades av de upproriska fångarna.



























Thursday, October 15, 2026

Różyczka, Gocławek - Ferma Korczaka -

Ferma - 1940 rok.





Opis fermy Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” przez Ignacego Cukiermana. Wstep Ida Merzan.


 Opis fermy Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” przez Ignacego Cukiermana.


Artykuł "Święto sadzenia drzewek" napisany przez wychowanka Domu Sierot i reportera „Małego Przeglądu” Maksia (Majer Kulawski, Mały Przegląd numer z 13 maja 1927).

W sprawozdaniach Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” można śledzić rozwój i upadek Fermy, liczbę zatrudnionych, ilość krów i swin, jak również dochody z wynajmu konia z wozem i sprzedaży kwiatów i warzyw. Tutaj dwie strony opisujące lata 1922 i 1929.

KOLONJE CHALUCÓW GROCHOWIE - opis z gazety Janusza Korczaka Mały Przegląd, 23 marca 1928 roku. Z gazety Janusza Korczaka Mały Przegląd. Ważna jest data, 1928 rok. 


Gocławek 1940 rok. Ferma Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”. W tym samym roku nastąpiła przeprowadzka Domu Sierot z ul. Krochmalnej 92 do Getta.


Zapytali mnie dzisiaj znajomi o Dom Sierot Korczaka i o powiązanie z Różyczką. Odpowiedziałem, że Różyczka to nazwa używana po wojnie i że przedtem używano nazwy Gocławek. Również nazwa Gocławek, jeżeli mówimy o terenach przy ulicy Klasztornej 1, to właściwie dwie instytucje. Opisała to w artykule z końca lat 80. Niezastąpiona Ida Merzan w artykule Ferma Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”.:  Towarzystwo „Pomoc dla Sierot” utrzymywało przed wojną zorganizowane przez tę instytucję Dom Sierot, Kolonie Letnie (Internat), Przedszkole, Zimowisko. O tych placówkach pisano wiele zarówno w kraju, jak i za granicą. Drukowano wspomnienia wychowanków i pracowników. Sam dr Janusz Korczak zostawił w pismach świadectwo swej pracy. Jednak istniała jeszcze jedna placówka dotąd przez nikogo nieznana, bowiem nie doczekała się dokładnego opisu.

W sprawozdaniach Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” można śledzić rozwój Fermy: Ilość zatrudnionych, ilość krów i swin, jak również dochody z wynajmu konia z wozem i sprzedaży kwiatów i warzyw. Studiując sprawozdania, mogłem zrozumieć wiele fotografii i dokumentów, które dotychczas były dla mnie zagadką, tak jak dziewczynka na koniu czy też opisy "nauki zawodu".

Korczak w „Społeczeństwie”  numerze 6 rozdziale „Nowy uczeń” z 1908 roku opisuje 

Na kolonji uczy się wychowaniec: myć, ubierać, słać łóżko, czyścić ubranie i obuwie, usługiwać sobie przy stole, poznaje plan szkoły życia, i czytać. Wraz z planem szkoły otrzymuje najpowierzchowniejszy zarys tego, co czyni każdy z jej wydziałów. Nie jest to nauką martwą z rysunków i modeli: kolonja nasza jest budowana i prowadzona na wzór szkoły życia; i tu jest bibljoteka, warsztaty, ferma, szpital; brak zaledwie paru wydziałów, i jeśli mówi się o nich na odległość, toć wychowaniec wie, że zobaczy je za dwa tygodnie, dziesięć dni, za tydzień, jutro.

Ten tekst z 1908 roku to teoretyczny i utopijny projekt, który kilkanaście lat później zyskał realną, praktyczną realizację właśnie w Różyczce. W cytowanym tekście Korczak podkreśla, że nowy uczeń na kolonii uczy się podstawowych czynności życiowych i unika „martwej aovfl z rysunków i modeli”. Dokładnie ta sama filozofia przyświecała później działalności na koloniach w Gocławku. Dzieci z Krochmalnej 92 nie uczyły się o przyrodzie z podręczników: sadziły tam realny sad. Zajmowały się uprawą warzyw i owoców. Opiekowały się zwierzętami (wspomnianymi wcześniej krowami zakupionymi przez Towarzystwo).

Reporter „Małego Przeglądu” Maksio Majer Kulawski (Mały Przegląd, numer z 13 maja 1927) tak zakończył swój artykuł „Święto sadzenia drzewek": 

Po śniadaniu zaczęliśmy sadzić. Znamy tę robotę, bo w lecie pan Koszur kazał nam wykopywać pnie i zeschłe drzewa; zresztą pomagamy przy żniwach od lat paru.

Chłopcy udawali zawodowych kopaczy, a Sura delikatnie dziobała ziemię, jak łyżeczką w filiżance kakao. Co który nasypał kilka łopat, panowie mówili: „Dosyć, dosyć”, i odbierali łopaty. Widząc, że to nie prawdziwa robota, a tylko bujanie, zniechęciliśmy się prędko. W powrotnej drodze w tramwaju było strasznie ciasno, a jeden pan krzyknął: „Fabryka szwajcarskich serów”.



Kolonie i ferma na Gocławku były, podobnie jak Dom Sierot, opłacane przez Towarzystwo Pomoc dla Sierot. Ferma to marzenia Korczaka i wielu członków zarządu Towarzystwa: nauka, przyroda, kibuc i przygotowanie dzieci do ewentualnego wyjazdu do Palestyny.

Korczakowi był dobrze znany program Hachszary (Przygotowania), bowiem Korczak był członkiem zarządu polskiego Sochnutu, Agencji Żydowskiej, której głównym zadaniem była działalność związana z aliją – emigracją do Izraela. Organizacja Sochnut istnieje do dzisiaj i jej praca, tak jak poprzednio, wiąże się z pomocą w przeprowadzeniu procesu emigracyjnego związanego z wyjazdem do Izraela.

Wszystkie dzieci w Domu Sierot uczyły się języka hebrajskiego, wg. zapisków w zeszytach bursistów i w Sprawozdaniach Towarzystwa Pomoc dla Sierot, codziennie 1 godzinę lekcyjną. Oprócz tego uczyły się geografii regionu.
Co to była Hachszara?  Hachszara (z hebrajskiego, Przygotowanie) to program przygotowujący Żydów do emigracji do Eretz Israel (Palestyny) i życia w kibucach. Hachszary odbywały się przed drugą wojną światową w wielu krajach europejskich. Miejsca, w których odbywały się „przygotowania”, nazywano również hachszarami. Program Hachszar był wspierany i propagowany przez organizacje syjonistyczne, takie jak: He-Chaluc, Ha-Szomer Ha-Cair, Hanoar Ha-Cijoni, Hanoar Ha-Iwri „Akiba”, Frajhajt, Dror oraz Betar. Żydów odbywających hachszarę nazywano chalucami. Przygotowanie umożliwiało nabycie umiejętności zawodowych w wielu dziedzinach nie tylko w rolnictwie i ogrodnictwie, lecz również w zawodach rzemieślniczych.

Odpowiedzialny za rozwój fermy na Gocławku był kierownik, inżynier agronom Bernard Dobrzyński, członek Zarządu Towarzystwa Pomoc dla Sierot. Według jego wskazówek rozpoczęto uprawę warzyw i ziemniaków. Ta działalność przyniosła pierwsze dochody. Zakupiono pierwsze dwie krowy i konie. W następnym roku zniwelowano teren i zasadzono 250 drzew owocowych i dokupiono trzy kolejne krowy. Sprawozdania Towarzystwa Pomoc dla Sierot z lat 1925–1927 wykazują zrównoważenie wydatków i dochodów. W następnych latach pojawiły się pewne straty związane ze spadkiem cen i nieurodzajem.

Ciekawym elementem na koloniach Różyczka było aktywne uczestnictwo dzieci (swojego rodzaju dyżury jak w DS) w pracach związanych z fermą, jak również w mniejszych pracach budowlanych na terenie kolonii. Przykład bursistów i innych wychowawców, którzy jeden po drugim emigrowali, sprzyjał oczywiście temu, by również wychowankowie byli bliscy myśli wyjazdu.

J. Wajngarter pomógł Korczakowi w redagowaniu „Małego Przeglądu”, gdzie pisał pod pseudonimem Javan. Latem 1929 roku Wajngarten zaczyna wydawać tygodnik w języku polskim „Gazeta Młodych". Jest to okres, gdy Korczak przekazał redakcję gazety Małego Przeglądu Igorowi Newerlemu. Gazeta Wajngartera wychodzi w niedzielę i jest sprzedawana jako ilustrowany tygodnik. Jest w swoim układzie podobna do Małego Przeglądu. Artykuł podpisany Harry to artykuł Harrego Kaliszera, przyjaciela Korczaka. Był poprzednio młodym redaktorem Małego Przeglądu.

            Nasza kolonja dawniej a dziś
Byłem tam po raz pierwszy w 1920 roku. Jakże wiele się zmieniło!
Pamiętam wyjazd. Wpakowano nas na ciężarowy samochód, jak śledzie, a kazano nam śpiewać. Na Krakowskiem Przedmieściu wypadło, żeby śpiewać „Wicher kurę chwycił”... Ludzie nas oglądali z podziwem, a my, chcący sławy, darliśmy się dalej.
Przyjechaliśmy do Gocławka.
Wykończono budowę kuchni, więc narazie jadło się z zabranych zapasów. Każdy łaził, gdzie mu się podobało, każdy robił jakieś nowe odkrycia:
Był dziki zagajnik w którym rosły ulęgałki. Chowaliśmy je do ziemi, żeby się ulęgły. Jeden wykopywał drugiemu ulęgałki i z tego powodu były częste bójki.
Pan Teofilak budował z chojaków szałasy.
Chodziliśmy do lasu i Fruchtman opylał się zamiast jagodami koziemi kulkami... Był pierwszy raz na wsi, więc nie rozróżniał.
Brdon darł wszystkim ubrania i skórę.
Leżały wielkie bele, z których robiliśmy sobie huśtawki.
Chodziliśmy kryjomu do naszego sadu kraść i przypadkowo łapaliśmy tam Sawitusów, Stefanów i wielu innych chłopców wiejskich — kolegów po fachu.
Poiliśmy nieszczęsnego Wiktora tranem, aby miał siły odpierać bury wychowawców.
Łapaliśmy motylki i zające.
Codzień sprawdzano nam majtki czy nie zmieniły barwę, bo opychaliśmy się pomidorami i ogórkami niedojrzałemi... Szczyglaczkowi zatruwały te rewizje słodkie chwile pobytu na kolonji, bo ciągle miał dryga...
Spaliśmy w namiotach Czerwonego Krzyża i codziennie przyjeżdżali jacyś Amerykanie w dużych okularach. Raz przyjechał sam Hoover. (Dziś jest prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki).
Naokoło były pagórki i gęste zarośla. Kolejka pruła dziewicze zagajniki i omijała cuchnące bagna.
Dziś wsiadam w tramwaj i jadę po gładkiej szosie, a po obu jej stronach są wyłożone trotuary.
Kolonja nazywa się „Różyczka”*)
Na miejscu starego zagajnika wyrósł piękny park.
Wszystko jest ogrodzone, ale już nie drutem kolczastym, bo młodsze pokolenie jest kulturalniejsze i samo rozumie, że nie należy przelazić.
Zamiast lamp naftowych wszędzie elektryczność.
Na miejscu namiotów są teraz piękne budynki otoczone klombami.
Jest tam teraz własna wielka ferma. Piętnaście krów dwa razy dziennie poją dzieci mlekiem. Z własnych plonów koloniści jedzą kartofle, cebulę, kalafjory i wiele innych jarzyn.
Pamiętam młodą Baśkę, która była chuda i słabowita i nic nie potrafiła udźwignąć, teraz jest silna szkapą i boją się zostawić ją samą z kasztankiem.
Maciory stały się arystokratyczne i wybredne: nie jedzą nic prócz marchwi i czerstwego, moczonego chleba. Antoniowa nazywa je „darmozjadami”. (Jaka świnia nie jest darmozjadem?).
Smutna jest historja Bzdona. Siedemnaście lat wiernie służył ludziom. Bzdon był żywym napisem: „Osobom obcym wstęp na kolonję surowo wzbroniony”. Nielitościwie gryzł lydki. (Coś o tem mógłby również opowiedzieć p. Jawan, który opuścił raz nocą namiot, by przynieść trochę bromu choremu dziecku).
Osiem razy był Bzdon wściekły i trzeba było go zastrzelić, ale Brdon umiał prosić. Nieubłagane były jednak wielkie mrozy tegorocznej zimy i one zabrały nam Brdona. Brdon zostawił kilka tuzinów Bzdonków w kolonji, w cegielni i w szklanej hucie.
Ze wspomnień dni minionych budzi mnie nadchodzący fermiarz pan Jan. Dziś jest p. Jan w szczególnie dobrym humorze, bo żniwa za pasem.
— Panie Janku, czy będzie jutro ładna pogoda, bo mamy kosić?
Pan Jan znika, za chwilę wychodzi z obory:
— O! Jutro pewnie będzie deszcz, bo krowy zezują.
Harry.
*) „Różyczka” — kolonja letnia, zimowisko i ferma w Gocławku pod Warszawą. „Różyczka” jest własnością „Towarzystwa pomocy dla sierot” i pozostaje pod kierownictwem Janusza Korczaka.

Jawan, pod pseudonimem Jawan w „Małym Przeglądzie” pisał Jerachmiel Wajngarten (znany również jako Jerachmiel Weingarten). Był on od początku powstania jednym z najważniejszych starszych współpracowników i redaktorów Małego Przeglądu, pisma założonego przez Janusza Korczaka w 1926 roku. W „Małym Przeglądzie” pisał artykuły, felietony oraz przeprowadzał wywiady (m.in. z młodymi artystami teatralnymi). W 1929 roku założył i redagował własne ilustrowane pismo dla młodzieży wzorowane na idei korczakowskiej – „Gazetę Młodych”. 

Wychowankowie Domu Sierot odwiedzali regularnie wraz z Korczakiem Kibuc na Grochowie. Prawdopodobnie Korczak uważał, że to może być w przyszłości miejsce dla dzieci z Domu Sierot (i ich wychowawców) planujących wyjazd do Erec Israel. Liczba chalucy w kibucu Grochów stale rosła w związku ze zwiększonym zainteresowaniem emigracją i ideami syjonistycznymi. W przededniu wojny w kibucu grochowskim mieszkało 200 osób. Głównym celem działalności była nauka pracy fizycznej, nowoczesnego rolnictwa, ogrodnictwa i hodowli zwierząt, co miało umożliwić (od)budowę przyszłego państwa żydowskiego. Chaluce po kilkunastu miesiącach szkolenia mieli wyjechać do Palestyny. 

W 1939 roku, gdy wybuchła wojna, Chaluce opuścili kibuc Grochów. Wrócili jednak po dłuższej przerwie. Korczak nie mógł im jednak wybaczyć tego "chwilowego opuszczenia ziemi". Pisze o tym obszernie Antek Cukierman, późniejszy zastępca komendanta Powstania w Getcie Warszawskim, Mordechaja Anielewicza:
Mieliśmy bezpośredni kontakt z Korczakiem. Inicjatorką była Cywia, która pewnego dnia udała się do niego z prośbą o narzędzia dla naszej odbudowanej farmy na Grochowie (miał narzędzia ze swojej farmy we Gocławku). Ale Korczak odmówił. Powiedział nam wówczas: „Rolnik, który opuszcza ziemię, nie zasługuje na pomoc". Miał na myśli fakt, że z wybuchem wojny nasi towarzysze opuścili Grochów.
Oczywiście Stefa Wilczyńska pomogła nam w tej sprawie. Potem zaprosiliśmy Korczaka na odczyt na naszym pierwszym seminarium. Pamiętam go w mundurze polskiego oficera, na który narzucił letni cywilny płaszcz. Mundur zobaczyłem dopiero, gdy zdjął płaszcz. Ostatnie nasze spotkanie z Korczakiem i ze Stefą miało miejsce, jeśli się nie mylę, 20 lipca 1942 roku, w sobotę. Jedno jest pewne, była to ostatnia sobota przed deportacją. Mamy jeszcze zaproszenie od Korczaka dla mnie i dla Cywii. Jego treść: „Zapraszamy Was niniejszym na przedstawienie dzieci..." Poszliśmy na przedstawienie. Była to niezwykła sobota — ostatnia przed śmiercią.

List do Chaji Lewi, wychowanki Domu Sierot, która wyemigrowała do ojca w Argentynie wiosną 1939 roku, opisujący m.in. prace na fermie. Jej przyjaciółka, Irka Waffel, pisze: Od 9-tej rano do 2.30 mamy "zawód", a potem do godziny 5-tej wolny czas. Autorka Irka była później bursistką i pracowała w Domu Sierot aż do dnia deportacji do obozu śmierci Treblinka, 5 sierpnia 1942 roku.



Korczak i Warszawskie ZOO.



W marcu 1928 roku oficjalnie otwarto Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie. Janusz Korczak wpisał go na mapę regularnych wycieczek edukacyjnych dla swoich wychowanków z Domu Sierot przy Krochmalnej 92. Taka wyprawa tramwajem mostem przez Wisłę dla dzieci z ubogiej, pozbawionej zieleni dzielnicy Wola była ogromnym przeżyciem. Korczak uczył tam dzieci empatii wobec istot żywych, obserwacji ich zachowań oraz szacunku dla natury. Korczak był zapewne poprzednio w ZOO podczas swoich zagranicznych podróży do Paryża, Zurychu, Berlina i Londynu. W najsłynniejszej powieści Korczaka, „Król Maciuś Pierwszy”, wydanej w 1923 roku, założenie wielkiego ogrodu zoologicznego w stolicy jest jedną z trzech najważniejszych reform, jakie mały król pragnie wprowadzić dla dzieci.

Janusz Korczak pisze o ogrodzie zoologicznym w dwóch kluczowych momentach: gdy Maciuś odwiedza stolicę jednego z zagranicznych władców – tzw. Smutnego Króla, widzi tam „największy na świecie ogród zoologiczny” pełen pingwinów, niedźwiedzi polarnych, żubrów, słoni, lwów, tygrysów i małp, które król otrzymał od swoich afrykańskich przyjaciół. Maciuś postanawia, że musi wybudować taki sam ogród w swojej stolicy, aby sprawić radość wszystkim dzieciom. Po powrocie do kraju, utworzenie ogrodu zoologicznego (obok budowy domów na kolonie, huśtawek i karuzeli w każdej szkole) staje się jedną z głównych reform społecznych młodego króla. Choć początkowo w państwowym skarbie brakuje na to funduszy (co zmusza Maciusia do zaciągnięcia pożyczki u Smutnego Króla), ogród zoologiczny ostatecznie powstaje w stolicy, stając się symbolem zmian z myślą o najmłodszych.


Mój tata, Pan Misza, w książce Z Korczakiem przez życie tak opisał jeden z dni spędzonych z Korczakiem:

Wizyta w Zoo

Tego dnia nie było w szkole lekcji. Pan Doktor, korzystając ze sprzyjającej pogody postanowił zabrać Belę i Jankielka do ogrodu zoologicznego. Nie przypominam sobie, dlaczego właśnie tych dwoje. Zdaje mi się, że właśnie interesowali się zwierzętami, które znali jedynie z obrazków w książce i opisów. Zaproponowano mi, żebym dzieciom też towarzyszył. Skorzystałem chętnie z okazji. Długo wędrowaliśmy w zoo. Uwagę dzieci przyciągało coraz to inne zwierzę. Słoń budził sympatię, że taki duży, a taki łagodny. Wielbłąd raczej współczucie, że garbaty. Trudno było oderwać dzieci od klatki z różnymi okazami małp. Śmiały się, że takie podobne do ludzi i że mamy małpy opiekują się swoimi dziećmi, jak prawdziwe matki. Kangurzyce wywoływały tajone uśmieszki, a potem pytania. Dzieci były ciekawe, jak naprawdę żyją białe niedźwiedzie i czy żyrafa – samiec (mówił chłopiec) też nazywa się żyrafa czy żyraf lub żyrafon, czy w zoo przychodzą na świat małe czy też przywozi się je z dalekich krajów; czy wszystkie zwierzęta jedzą to samo. Korczak oglądał zwierzęta, przyglądał się dzieciom i z uśmiechem odpowiadał na pytania. Po upływie trzech godzin zbliżyliśmy się do wyjścia. Tuż obok zainstalowany był nowoczesny (jak na owe czasy) automat. Doktor dał dzieciom po 10 groszy, pokazał, gdzie trzeba wrzucić monetę i gdzie potem nacisnąć. Ku niezmiernej radości dzieciarni przez otwór wypadały czekoladki. Zachwyt nie do opisania. Za własne dziesięciogroszówki wysupłane z kieszeni wypróbowały działanie tej „cudownej maszyny”.

Po powrocie Korczak opowiadał z iskierką humoru o naszej wyprawie do ZOO, o różnych reakcjach dzieci. Zadał im następnego dnia pytanie: co im się najbardziej podobało, a ta dwójka zgodnie odpowiedziała: „Najbardziej to ten automat z czekoladkami”. 

A ja pół dnia straciłem na tych drani. – zakończył z uśmiechem Pan Doktor – żeby zobaczyć, jak reagują na zwierzęta zamknięte w klatkach.






 

 







Korczaka Ogród Saski.

Rzeźby w Ogrodzie Saskim – to zespół barokowych rzeźb, zlokalizowanych we wschodniej części Ogrodu Saskiego, na jego głównej osi. Na zimę były przykrywane specjalnymi ochronnymi budkami.

Korczak jako dziecko, gdy mieszkał na Krakowskim Przedmieściu 77, zapewne przychodził do Ogrodu Saskiego z matką Cecylią i babcią Emilią. Możliwe, że tu się nauczył jeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie.

Ulubionym miejscem Korczaka z okresu dzieciństwa i młodości był Ogród Saski, w którym spotykał się z rówieśnikami i starszymi kolegami. Jako dziecko, gdy mieszkał na Krakowskim Przedmieściu 77, zapewne przychodził tu z matką Cecylią i babcią Emilią. Możliwe, że tu się nauczył jeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie.
Wspomnienie o zrywaniu kwiatów i ślizgawce wiąże się z Ogrodem Saskim. 
Dokładny, opis z zapisków Korczaka w Pamiętniku brzmi następująco:
„Od 7-14 lat wciąż byłem zakochany raz w raz w innej dziewczynce. Ciekawe, że wiele z nich pamiętam. – Dwie siostry ze ślizgawki, kuzynka. Stacha, ta w żałobie, Zosia. Kolchorn, Anielka, Irenka z Nałęczowa – Stefcia, dla której zrywałem kwiaty z klombu koło fontanny w Ogrodzie Saskim. – Tu mała linoskoczka; opłakiwałem jej ciężką dolę. Kochałem tydzień, miesiąc, czasem po dwie, po trzy”

Gdy w 1912 roku Korczak otworzył Dom Sierot na Krochmalnej 92, Ogród Saski stał się głównym celem wycieczek i rekreacji jego małych wychowanków. Ulica Krochmalna była wówczas gęsto zaludnioną, ubogą i pozbawioną zieleni częścią Woli. Dla dzieci, które spędzały tam całe dnie, wyjście do Ogrodu Saskiego było niczym wyprawa do innego świata, dlatego Korczak regularnie organizował tam grupowe spacery. W Ogrodzie Saskim funkcjonowały tzw. ogrody dziecięce im. Wilhelma Eliasa Raua. Były to specjalnie wydzielone i nowocześnie wyposażone place zabaw oraz boiska, na których animatorzy organizowali dla dzieci gry ruchowe i gimnastykę. Korczak, jako postępowy pedagog i lekarz pediatra dbający o rozwój fizyczny, niezwykle cenił to miejsce i dbał o to, by jego podopieczni regularnie z niego korzystali.



Wednesday, October 14, 2026

Korczaka "Wieczory Rodzinne".

Gdy Korczak studiował medycynę na Carskim Uniwersytecie w Warszawie, dzisiejsza ulica Romualda Traugutta nosiła nazwę w języku rosyjskim: Улица Графа Берга (ulica hrabiego Berga). To była droga Korczaka z uczelni do redakcji "Wieczory Rodzinne”. Odległość ta wynosi niespełna 400 metrów. Spacer tym odcinkiem zajmuje zazwyczaj około 4–5 minut.
"Wieczory Rodzinne” i dwa artykuły Korczaka podpisane Janusz.

Współpraca młodego Henryka Goldszmita (Janusza Korczaka) z tygodnikiem „Wieczory Rodzinne” w 1901–1902 roku to fascynujący moment, w którym narodził się „Janusz” jako autor piszący bezpośrednio dla dzieci. Korczak studiował wówczas medycynę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Cesarskiego Warszawskiego (III kurs medycyny, czwarty rok studiów). Główny kampus oraz prosektoria były przy pobliskim Krakowskim Przedmieściu. Spacer z wykładów lub laboratoriów anatomicznych na ulicę Mazowiecką zajmował mu zaledwie kilka minut. Janusz Korczak bywał w redakcji tygodnika ul. Mazowieckiej pod numerem 8 (zgodnie z Warszawskim Rocznikiem Adresowym) oraz pod numerem 10.
W 1901 roku Janusz Korczak opublikował na łamach "Wieczorów Rodzinnych" 4 utwory. Wszystkie były krótkimi formami beletrystycznymi (opowiadaniami, powiastkami, miniaturkami), przeznaczonymi bezpośrednio dla najmłodszych czytelników i podpisanymi pseudonimem Janusz.
Choć ilościowo dorobek Korczaka w „Wieczorach Rodzinnych” był skromny (w tym samym czasie znacznie więcej tekstów publicystycznych pisał dla dorosłych do „Wędrowca” czy „Głosu”), pismo to miało fundamentalne znaczenie dla jego biografii. To właśnie tam student medycyny z Mazowieckiej przeszedł praktyczny chrzest bojowy w pisaniu dla dzieci. Doświadczenia te bezpośrednio utorowały mu drogę do stworzenia późniejszych arcydzieł literatury dziecięcej.
Oto kompletna lista tych tekstów:
  1. „Co mówią zabawki?” – (Nr 4, str. 13) – Przełomowa miniaturka, w której autor oddaje głos przedmiotom z dziecięcego pokoju, pokazując, jak dziecięca wyobraźnia ożywia świat.
  2. „Najmilszy podarek” – (Nr 16, str. 43) – Pouczające opowiadanie o empatii i bezinteresowności.
  3. „Pogawędka” – Krótka forma dialogowa, ucząca dzieci wzajemnego zrozumienia i uważności.
  4. „Przeprowadzka” – (Nr 52) – Lekkie, a zarazem psychologiczne opowiadanie o dziecięcej zabawie imitującej dorosłe życie.

Mnie najbardziej spodobały się Przeprowadzka i Ignac.

PRZEPROWADZKA.
— Chcesz się bawić w przeprowadzkę?
— Ach, dobrze, dobrze.
— No, to ty bądź panią, a ja będę przewoźnikiem.
Kazio plecami przywiązał konia na biegunach do krzesła. Krzesło — to fura do rzeczy.
— Dzień dobry, pani. To pani kazała mi przyjść, żeby przewieźć meble?
— Tak, to ja was zamówiłam. A ile chcecie za to?
— Trzy ruble.
— O, to bardzo drogo. Może dwa ruble będzie dosyć.
— Nie, proszę pani, za dwa ruble ja nie mogę podjąć się tej pracy.
— No, to dam trzy ruble. Ale żeby się meble nie zniszczyły.
— Niech pani będzie spokojna. Alboż to ja pierwszy raz przewożę rzeczy?
Kazio kładzie na furę szafkę, stolik, dwa krzesełka, pudełka, lalki, wózek. Helenka mu pomaga, bo rzeczy są ciężkie.
— A ze szkłem co będzie?
— Szkło trzeba osobno ułożyć.
Garnuszki, talerzyki, podstawki i filiżanki — wszystko to związano osobno i ułożono w wózku z pościelą.
— Teraz już się nie stłucze.
Kazio siada na konia.
— Wio! wio! Prędzej koniku. Zarobimy trzy ruble, dostaniesz owsa i siana. Ty lubisz owies. Wio! wio!
Konik pędzi kłusem.
— Prrr! stój!
Zajechali.
Helenka jest już na nowem mieszkaniu i czeka niepokojna.
— Myślałam, że już nie przyjedziecie.
— A cóż jabym zrobił z rzeczami?
— Mogło wam się stać coś złego.
— E, co się miało stać? Koń zdrów, fura mocna, ja także nie gapa, patrzę dobrze, gdzie i jak jadę.
— Nic się nie złamało?
— Nic.
Kazio ostrożnie zdejmuje z wozu meble.
— Gdzie szafę postawić?
— Tu, koło okna.
Kazio ustawia wszystko na miejscu.
— Niech pani Bóg błogosławi na nowem mieszkaniu.
— Dziękuję wam. No, macie tu trzy ruble, a tu jeszcze 15 kopiejek na pierniki dla dzieci.
— Dziękuję pani. A to się dzieciaki uradują. O bo dzieci lubią słodycze, tylko nie zawsze można je kupować. Trzeba zbierać grosze na komorne, potem na życie, na siano dla konia.
— A ile zarabiacie na to wszystko?
— Chwalić Boga, człowiek zawsze pracę znajdzie, ale na zbytki niema. I żona mi pomaga, pierze bieliznę. Syn jeden w terminie u stolarza, za rok już będzie dostawał parę rubli na miesiąc.
— A córkę macie?
— Jest jedna, ma sześć lat dopiero, umie trochę czytać.
— A kto ją uczy?
— Rozmaicie, proszę pani, czasem ja mam trochę czasu, czasem żona, a nie, to mała sama weźmie elementarz i czyta a czyta.
— Dajcie jej ode mnie tę lalkę. Ja mam dwie, to mogę jedną oddać.
Kazio rozśmiał się.
— Co ty pleciesz, Helenko, taka pani, co się przeprowadza, to przecież nie bawi się lalkami.
I Helenka rozesmiała się.
— Ale dobra zabawa, co?
— Dobra.
— Jak przyjdzie do nas Józio z Manią, to oni będą niby mojemi dziećmi. Prawda?
— Tak.
— Dzieci! chodźcie na obiad! — woła mama z drugiego pokoju.
Kazio prędko odprzęga konia, stawia krzesło na miejsce, Helenka wyjmuje z wózka swoje gospodarstwo i ustawia w szafce.
— Dzieci! waza na stole!
— Jesteśmy, mamusiu.
                                Janusz.

 Wieczory Rodzinne : tygodnik ilustrowany dla młodzieży i dzieci. R. 23, 1902. [Dodatek dla Dzieci] nr 16