Janusz Korczak w pamiętnych dniach września 1939 r., gdy bomby z niemieckich samolotów spadały na oblężoną Warszawę.
Bomby z niemieckich samolotów spadają na Dom Sierot na Krochmalnej – Tragiczna ewakuacja „Naszego Domu” na ulicę Wolność – Powrót głosu Starego Doktora na antenę radiową – Korczak publikuje w Naszym Przeglądzie.
Korczak, będący majorem rezerwy kadry medycznej, nałożył polski mundur wojskowy i nosił go z dumą przez cały wrzesień (oraz później, aż do aresztowania przez okupanta w 1940 roku). Choć przyjaciele namawiali go do zdjęcia munduru ze względu na ogromne ryzyko, stanowczo odmawiał, traktując to jako wyraz lojalności wobec państwa i obowiązek oficera. Wykorzystując swój autorytet i rozpoznawalny głos „Starego Doktora”, występował na antenie Polskiego Radia, apelując do mieszkańców o zachowanie spokoju, tłumaczył dzieciom rzeczywistość wojny w sposób, który nie wywoływał paniki, a rodzicom dawał wskazówki, jak chronić psychikę najmłodszych przed wojenną traumą. Był aktywny we wszystkich środkach przekazu. 4 września 1939 roku — w czwartym dniu wojny — opublikował obszerny i poruszający tekst zatytułowany „List do Redakcji” na 11. stronie dziennika „Nasz Przegląd” (którego ostatni numer ukazał się 20 września), w którym uczył wojennej pedagogiki, nakazując zabezpieczenie zapasów książek i zabawek obok żywności, oraz prosząc o zachowanie pogody ducha zamiast ponurych min.
| 4 września 1939 roku — w czwartym dniu wojny — Janusz Korczak opublikował obszerny i poruszający tekst zatytułowany „List do Redakcji” na 11. stronie dziennika „Nasz Przegląd”. |
Okazało się, że jeden chłopak, wracając skądś, zauważył leżące na jezdni trzy metalowe cylindry. Nie wiedząc, co to było, ale podejrzewając, że to coś cennego, on pędem pobiegł do „Domu” i opowiedział P. Doktorowi. Poszli i znaleźli te cylindry napełnione tlenem. „A to cenna rzecz.” – orzekł P. Doktór – „Uratuje dużo chorych w szpitalu”.
P. Zalewski zdobył taczkę i myśmy nakryli te cylindry tak, że wyglądały jakbyśmy chore dziecko do szpitala prowadzili. Dwóch chłopców pchało taczkę naprzemian wzdłuż ulicy Towarowej, w stronę Złotej. Ja chodziłam po jednej stronie taczki, a P. Doktór w swym mundurze Polskim, po drugiej.P. Doktór dowcipkował i podkpiwał trochę, chyba chcąc dodać nam otuchy, a my chociaż śmiało chodziliśmy, to strach nas obejmował. Na szczęście, obeszło się bez przygód. Nie dostrzeżeni przez nikogo, wyładowaliśmy nasz ciężar na bruk podwórka szpitalnego, i z pustą taczką powróciliśmy do „Domu”.Ja aż do tego wydarzenia nosiłam się z ukrytym żalem do P. Doktora. Zdawało mi się, że on jest jakoś chłodny do mnie od przygody z chlebem. Ale ostatnie wydarzenie całkowicie przekreśliło wszelkie wątpliwości. Nagle w sercu mym pojawiła się niezmierna ufność i wielkie uwielbienie dla P. Doktora. Wtedy, kiedy narażał swe życie dla dzieci, to było zrozumiałe — był dla nich ojcem. Ale pomyśleć o rannych i chorych w szpitalu i bez chwili namysłu pójść na takie nebezpieczeństwo to już sięga szczytów niezwykłej odwagi, prawdziwej humanitarności; to coś wyższego i jednostkowego.
„Ranni i bezdomni przychodzili z ulicy. Pani Stefa i Doktor udzielali pierwszej pomocy, uspokajali i radzili. W te pierwsze dni wojny każde dziecko pełniło jakąś funkcję. Chłopcy przynosili skądś wodę wiadrami. Kanalizacja była nieczynna lub uszkodzona, woda była na wagę złota; każdy otrzymywał wydzielony mały kubeczek wody i ta ilość musiała wystarczyć na umycie zębów i rąk. Dziewczęta roznosiły wiadra z suchym piaskiem do ochrony przed pożarem.”
„O ile do soboty nie dostanę wezwania do wojska, biorę Dom Sierot na swoją odpowiedzialność i trwamy”.
„Pani Stefa powiedziała Doktorowi, że mają tylko dwa worki kartofli. Zrozumiałam, że nie mają czym karmić dzieci.”
„Trudne, rozumne, bogate i piękne płyną tygodnie: Kiedy pocisk uderzył w Dom Sierot, dzieci bez popłochu przeszły trzy piętra z sypialni do schronu…”
„Możecie jeść dalej. Nic się nie stało. Nie wyjdę więcej bez czapki, bo już z samolotów widzieli moją łysinę”.
„Jednym z najcięższych moich przeżyć z wojny 1939 roku jest marsz z dr. Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów, do władz wojskowych, w celu zdobycia żywności dla ewakuowanych wychowanków Naszego Domu. Był to koszmarny marsz przez płonące miasto, pośród ognia i wojny, gdy wokół nas nieustannie rozrywały się bomby i pociski artyleryjskie. Groza, strach i determinacja towarzyszyły naszemu marszowi przez całkowicie opustoszałe ulice. Doktor zachowywał spokój; szedł naprzód mężnie — a ta odwaga w jakiś sposób udzieliła się i mnie — dzięki czemu zdołaliśmy dotrzeć do celu i otrzymać środki na przetrwanie najgorszych dni 1939 roku.”
„Głód był straszny. Pani Oleńka przydzielała nam po śledziu z puszki i dwa irysy.”
„Pewnego dnia zjawił się u nas doktor Korczak. Sylwetka jego mocno pochylona ku ziemi; niósł duży worek z chlebem.”
„Zadaniem naszym było nieść pomoc ludności, zapewnić opiekę medyczną, znaleźć schronienie dla tych, którzy stracili domy, lokalizować zaginionych i informować mieszkańców o ich potrzebach za pośrednictwem Radia i prasy. Byliśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi władzami oblężonego miasta; ponadto mieliśmy własnych informatorów, którzy przychodzili na ulicę Mazowiecką bez względu na czyhające niebezpieczeństwo. Jednym z nich był Janusz Korczak. Głos Korczaka, milczący od kilku lat, powrócił na antenę w tragicznych dniach oblężenia.Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pomieszczeń, w których nie było szyb w oknach, natychmiast rozjaśniał wszystko swoim humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro — nie! lepszy wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe, i lepszy poranek, gdy przychodził w nocy. Lekceważąc wybuchające pociski i świszczące kule, pojawiał się kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli gotowi nieść ją innym. (...) Kiedy próbowaliśmy go zatrzymać, słysząc nasilający się ogień artyleryjski, wyrywał się:— „Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu” — i znikał szybko za drzwiami.Słychać było jedynie odgłos oddalających się kroków pośród grzechotu rozpryskujących się odłamków i dźwięku tłuczonych szyb. Wiedzieliśmy, że Stary Doktor spieszy do swych dzieci i podopiecznych, że idzie nieść pomoc cierpiącym i nieszczęśliwym, wlać otuchę w serca tych, co już upadli na duchu.”
A na koniec, jak tak głęboko zauważył mój Ojciec, Pan Misza na końcu swoich własnych wspomnień:
„A jednak życie pokazało samo, że Korczak nie był programem rezygnacji”.
