Monday, June 15, 2026

Rok 1992 - Dopiero wtedy zacząłem poznawać nowego Korczaka i Pana Miszę.



Rok 1992 - dopiero wtedy zacząłem poznawać nowego Korczaka i Pana Miszę. Tutaj podczas uroczystosci w Izraelu odkrycia tablicy pamiatkowej i zasadzeniu "Lasu Pana Miszy". Pierwsza od prawej Jadwiga Bińczycka. Pierwsza od lewej Ceska Arnon, ja w sroduku. Bińczycka była profesorem Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie i wychowała rzesze nauczycieli, forsując korczakowskie podejście oparte na szacunku, partnerstwie i podmiotowości małego człowieka. Bińczyckiej fascynacja myślą Janusza Korczaka rozpoczęła się już na wczesnym etapie pracy akademickiej – podczas studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim oraz w trakcie współpracy z wybitnym pedagogiem prof. Bogdanem Suchodolskim. Wtedy chyba spotkała moją mamę która w 1969 roku miala bronic swoja prace doktorską. Mojej mamy promotorem byl równiez Bogdanem Suchodolski.


Tak, dopiero 50 lat po 5 sierpnia 1942 roku zacząłem poznawać nowego Korczaka i Pana Miszę.

Zaznaczam "nowego" bo to ma oczywiscie oznaczac ze dobrze znalem Janusza Korczaka i Pana Miszę, mojego tate.

Gdy byłem małym chłopcem, na ścianach mojego rodzinnego domu w Warszawie nie było obrazów ani ozdób. Wisiało tam tylko jedno, czarno-białe zdjęcie. Przez lata byłem święcie przekonany, że to mój rodzony dziadek. Ja nigdy nie poznałem żadnej z moich babć lub dziadków – zginęli podczas Zagłady. Korczak był dla mnie tą nieznaną mi i nigdy niedyskutowaną w domu generacją. Dopiero później dowiedziałem się, że ten człowiek nazywał się Janusz Korczak i nie był moim dziadkiem.

W moim dzieciństwie słowo „Komitet” nie oznaczało – jak w innych domach – komitetu partii. Dla moich rodziców istniał właściwie tylko Komitet Korczakowski. Słyszałem też ciągle drugie, tajemnicze słowo: „Krochmalna”. Jako małe dziecko nie rozumiałem, co to znaczy – myślałem, że „Krochmalna” to nazwisko jakiejś pani, która przychodzi na zebrania komitetu... pani tak samo ważnej, jak sam Korczak.

Gdy w końcu jako chłopiec – były to chyba lata 50. – trafiłem pod ten adres, zamiast tajemniczej pani zobaczyłem dom w trakcie przebudowy. W tym jasnym, odradzającym się budynku zastałem dzieci. One zdążyły już bardzo dobrze poznać mojego Tatę, który stał się ich przyjacielem. Ja byłem dla nich intruzem. Pamiętam ich morderczy wzrok – to była zazdrość o jedynego dorosłego spoza kręgu ich wychowawców, który dawał im poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Strzegły go, Pana Miszę, przed kimś obcym.

Pamiętam, że wyobrażałem sobie „Republiki Dziecięce” Korczaka na wzór kolejki pionierów w Budapeszcie – jako cudowny pociąg, w którym to uśmiechnięte dzieci obsługują kasy, odprawiają skład i same prowadzą wielki parowóz.

W tamtym okresie, dopóki mieszkałem w Polsce – do roku 1967 – w naszym domu nie mówiło się o śmierci. Co najważniejsze, mój Ojciec – Pan Misza, który cudem uniknął deportacji 5 sierpnia 1942 roku – nigdy nie podkreślał tragicznego końca Korczaka, dwustu trzydziestu dziewięciu dzieci i dziesięciu wychowawców. Ojciec ocalał z tamtego dnia, ale wolał przekazać mi testament życia Starego Doktora, a nie martyrologię. Chciał, bym poznał Korczaka żywego.

Moja własna droga do pełnego poznania Korczaka przyszła jednak dopiero po latach, w Sztokholmie. Po studiach botaniki, zoologii, aż po medycynę i doktorat z neurofizjologii. Właściwie dopiero w latach 90., po śmierci mojego Taty i przejęciu Szwedzkiego Archiwum Korczakowskiego, wróciłem do mojego „Dziadka ze zdjęcia”.
Zacząłem czytać wszystko. Szybko jednak poczułem głód i głęboki niedosyt. Dzisiejsza literatura korczakowska bywa wtórna – autorzy często przepisują poprzednich autorów, a w bibliografiach i przypisach po dziesięć razy powtarza się tylko jedno słowo: „tamże”, „tamże” i „tamże”. Chciałem poznać Korczaka od podstaw, od korzeni, a nie poprzez cudze referencje.

I wtedy przypomniałem sobie moje pierwsze studia botaniczne z początku lat 70. W botanice istnieje mała książeczka, klucz, który w Szwecji nazywamy po prostu Flora. Przy jej pomocy można oznaczyć i zrozumieć każdą roślinę. Żeby to jednak zrobić, trzeba najpierw poznać i głęboko zrozumieć specyficzny język autora tego klucza. Zrozumiałem, że do Korczaka też potrzebuję takiego klucza źródłowego. I w końcu go znalazłem.
Znalazłem go w starych dokumentach byłych wychowawców i bursistów Domu Sierot. Pierwsze z nich – dokumenty Józka Arnona – otrzymałem od jego żony w kibucu Ein Hamifratz w Izraelu. Potem rzuciłem się na kolejne archiwa, badając trudne do odczytania, pomijane dotąd rękopisy.
To właśnie z tych zakurzonych kartek, pisanych ręką dzieci, ułożyła się moja własna Flora. Mój klucz do Korczaka.

Z czasem ten klucz postanowiłem przekazać dalej. Stał się nim mój blog, Jimbao-today, którego chińska nazwa oznacza niezwykle trafną metaforę: „Otwarcie bramy, droga do skarbca”. Przez tę otwartą bramę płyną dziś kolejne owoce starych i nowych poszukiwań. 

Dziękuję też tym wszystkim bursistom i wychowankom, którzy w swoich trudnych do odczytania zapiskach zostawili nam najprawdziwszy, czysty klucz do poznania Starego Doktora.

#JanuszKorczak   #KorczakAward   #JimbaoToday   #Krochmalna   #PanMisza #HistoryOfEducation   #HolocaustHistory   #OrphansHome   #WarsawHistory #ArchivalResearch   #FromTheRoots #Flora

Sunday, June 14, 2026

Mit ostatniego lata Korczaka i Stefy: Odkłamywanie hagiografii* 1939 roku



Zarówno Joanna Olczak-Ronikier w książce „Korczak. Próba biografii” (2002), jak i Magdalena Kicińska w biografii „Pani Stefa” (2015), stają bezradne wobec kluczowego pytania: po co właściwie Stefania Wilczyńska przyjechała do Warszawy w maju 1939 roku? Obie autorki kompletnie porzucają rzetelną analizę stosunków społecznych i prywatnych Stefy w tamtym okresie, zostawiając czytelnikowi zaledwie dwa lub trzy banalne zdania oparte na czystych spekulacjach.

Olczak-Ronikier podsuwa nam dwie chwiejne wersje. Pierwsza z nich – ta o „przerażeniu złą formą Doktora” i chęci „pomocy w pakowaniu się przed wyjazdem” – w zderzeniu z kalendariem tytanicznej pracy Korczaka z lat 1938–1939 brzmi po prostu naiwnie. Człowiek, który w tamtym czasie przyjmuje pacjentów na Złotej 8, nadaje w radiu 15-odcinkowe słuchowiska, wydaje książki i pisze eseje do „Szkoły Specjalnej”, nie potrzebuje niańki do pakowania walizki, ew. walizek.
Druga wersja, chętnie powtarzana przez biografów jako hagiograficzny pewnik, odwołuje się do rzekomego "zewu macierzyństwa”, że Pani Stefa czuje się potrzebna dzieciom z Domu Sierot na Krochmalnej, i cytuje jej słowa: „Moje dzieci są w Warszawie. Tam jest moje miejsce” (Kicińska 2015). I tutaj właśnie wkracza najbardziej bezwzględny, logiczny argument historyczny.
Gdybyśmy mieli bezkrytycznie uwierzyć w tę hagiograficzną legendę – że Stefa "skróciła" swój „stały” pobyt w Palestynie, bo pękało jej serce z tęsknoty za wychowankami – to jej pierwszym, natychmiastowym odruchem po przyjeździe do Polski w maju 1939 roku byłoby spakowanie torby i wyjazd z nimi po 30 czerwca (zakończenie roku szkolnego) na kolonie letnie do Gocławka, by wreszcie uścisnąć te „utęsknione dzieci”.
Tymczasem z dokumentów, a przede wszystkim z Listu nr 14 Janusza Korczaka z 2 sierpnia 1939 roku (do Józka Arnona), wyłania się zupełnie inny obraz. Korczak opisuje tam ze szczegółami dramatyczną, lipcową codzienność w Gocławku:
„Czarujący był lipiec. 20 nowych dzieci do odczytania [...] Spałem w izolacji z dziećmi, chorymi na odrę; kiedy do cna zmęczony musiałem przecież zasnąć, mówiłem sobie: »szkoda, jeszcze 10 minut...«”.
W całym tym długim, intymnym i drobiazgowym raporcie, w którym Stary Doktor sam, udręczony i zmęczony, nocami czuwa przy chorych na odrę malcach, nie ma ani jednego słowa o obecności pani Stefy! Korczak nie wspomina o niej w Gocławku, bo jej tam po prostu nie było. Co więcej, po kilkunastu miesiącach całkowitej nieobecności w Warszawie, Stefa zastała na Krochmalnej nową rotację wychowanków – przyjechała więc do dzieci, których w większości nawet nie znała.
Wiadome jest, że Stefa jeszcze daleko przed emigracją formalnie zamknęła rozdział pracy na Krochmalnej, zostawiła tam etat i wyprowadziła się do prywatnego mieszkania na Woli. Gdzie dokładnie zatrzymała się w maju 1939 roku – gdy status jej wolskiego lokalu mógł już ulec zmianie w związku z Aliją – pozostaje białą plamą, której biografowie nie potrafią zbadać.
Majowa podróż Pani Stefy z kibucu Ein Harod do Warszawy nie była więc sentymentalnym powrotem do gniazda, lecz prawdopodobnie skomplikowanym przyjazdem o charakterze urzędowo-likwidacyjnym. Jako osoba posiadająca oficjalną zgodę na stałe osiedlenie w Ein Harod, Stefa musiała osobiście zamknąć swoje polskie sprawy majątkowe, lokalowe i podatkowe przed planowanym na jesień ostatecznym wylotem.
Muszę z całą mocą powtórzyć: w lecie 1939 roku nikt – ani rząd polski, ani Korczak, ani sama Wilczyńska – nie spodziewał się wybuchu wojny w tym konkretnym momencie, 1 września 1939 roku. Wszyscy żyli perspektywą normalnego, jesiennego jutra. Odręczne słowa Doktora z listu do Gilada z 22 sierpnia 1939 roku: „Nie chcę, żebyście mi odpisywali, jeżeli mamy zobaczyć się” to ostateczny dowód. Korczak był gotowy do jesiennego lotu (lub podróży koleją i statkiem) do Tel Awiwu. Dopiero nagły, brutalny wybuch globalnej apokalipsy 1 września bezpowrotnie zmienił klimat, zatrzasnął granice i z urzędowej, krótkiej wizyty uczynił Polskę pułapką bez wyjścia. 
* Dziś „hagiografią” bardzo często nazywa się biografię jakiejś osoby (np. polityka, artysty, celebryty), która jest bezkrytyczna, przesadnie pochwalna i idealizująca. Jeśli ktoś pisze o kimś w sposób „hagiograficzny”, oznacza to, że tuszuje jego wady, a wyolbrzymia zalety.

The Myth of Korczak and Stefa’s Last Summer: Unmasking the 1939 Hagiography


Both Joanna Olczak-Ronikier in her book Korczak: A Biography (2002) and Magdalena Kicińska in her biography Pani Stefa (2015) stand completely helpless before a fundamental question: why exactly did Stefania Wilczyńska travel back to Warsaw in May 1939? Both authors entirely abandon any rigorous analysis of Stefa’s private and social relations during that period, leaving the reader with a mere two or three banal sentences based on sheer speculation.
Olczak-Ronikier offers two unstable versions. The first—that Stefa was allegedly "alarmed by the Doctor's poor condition" and wanted to "help him pack his bags before leaving"—is rendered utterly naive when confronted with the actual calendar of Korczak’s titanic workload throughout 1938–1939. A man who, at that very time, treats pediatric patients at 8 Złota Street under the telephone number 98-620, broadcasts a 15-episode radio series, publishes books, and writes major essays for the quarterly journal Szkoła Specjalna, does not require a nanny to pack his suitcases.
The second version, heavily favored by hagiographers as an untouchable truth, leans on a supposed "calling of motherhood"—the sentiment that she felt needed by the children at the orphanage—and quotes her legendary words: “My children are in Warsaw. That is my place” (Kicińska 2015). And it is precisely here that the most ruthless, logical historical argument must be deployed.
If we were to uncritically accept this hagiographic myth—that Stefa cut short her permanent residency in Palestine because her heart was breaking with longing for her wards—then her very first, immediate instinct upon landing in Poland in May 1939 would have been to pack a bag and head straight out with them after June 30 (the end of the school year) to the summer camp in Gocławek, to finally embrace those "longed-for children."
Yet the documents, and most importantly Janusz Korczak's Letter No. 14 dated August 2, 1939 (addressed to Józek Arnon), paint a completely different picture. Korczak describes the grueling, daily routine of the Gocławek camp in July in meticulous detail:
“July was charming. 20 new children to decipher [...] I slept in isolation with the children suffering from measles; when completely exhausted I finally had to fall asleep, I would tell myself: 'what a pity, just 10 more minutes...'”
In this entire lengthy, intimate, and granular report, where the Old Doctor alone, exhausted and heavy-hearted, stays awake at night tending to children with measles, there is not a single mention of Pani Stefa's presence! Korczak does not place her at Gocławek because she simply was not there. Furthermore, after over a year of total absence from Warsaw, Stefa encountered an entirely new rotation of wards upon her arrival at Krochmalna Street—meaning she returned to children she did not even know for the most part.
It is a documented fact that prior to her emigration, Stefa had formally closed her chapter at Krochmalna, left her position there, and moved into her own private apartment in the Wola district. Where exactly she stayed in May 1939—given that the legal status of her Wola apartment might have already been altered due to her upcoming Aliyah—remains a blank space that contemporary biographers fail to investigate.
Her journey from Kibbutz Ein Harod to Warsaw in May 1939 was therefore a complex, administrative visit intended for final liquidation, not a sentimental return to the nest. Having received official permission to permanently settle in Ein Harod, Stefa had to personally wind down her Polish property, housing, and tax affairs before the planned autumn departure.
I must reiterate a fundamental truth with absolute clarity: in the summer of 1939, nobody—not the Polish government, not Korczak, and certainly not Wilczyńska herself—anticipated the outbreak of war at that exact moment, on September 1, 1939. Everyone lived with the perspective of a normal autumn. The Doctor's handwritten words in his letter to Gilead on August 22, 1939, stand as the ultimate proof: “I do not want you to write back to me if we are to see each other.” Both educators were fully packed and expecting an autumn flight to Tel Aviv. It was the sudden, brutal explosion of the global apocalypse on September 1 that ruthlessly shifted the climate, permanently sealing the borders and transforming a routine, short administrative visit into a trap with no escape.

Korczak: Do Bliskich mi w Ein Harod.








30/III 37.
Do Bliskich mi w Ein Harod.
Właściwie nie zmieniłem planu: zapowiedziałem, że przyjadę za dwa lata, o ile będę mógł jako tako porozumieć się po hebrajsku. Zamierzając już teraz wyjechać do Jerozolimy, ułatwiam sobie zadanie: rok w Palestynie zmusi mnie do jakiejś tam przymusowej znajomości języka. Drugi powód, to – że trzeba odetchnąć naprzód świeżym powietrzem, wyprostować kości, odzyskać prawo do uśmiechu. I dopiero wtedy może uzna się w sobie prawo, aby pokazać się na wsi.
Napisałem o „planie” – o mało co, byłbym napisał: „decyzja”. – Trochę to śmiało wygląda, – jak gdyby ode mnie tylko zależało zrealizowanie śmiałego zamierzenia. – Czy wewnętrzna decyzja, niezależnie od tego, czy zdąży się zrealizować, nie wystarcza? – Niezupełnie to będzie zrozumiałe, ale – wiem – gdybym nie przyjechał, jako stary, zmęczony (i udręczony), by resztką sił podzielić się z Wami, – przybędę do Was, jako znów dziecko, od nowa poczynające wędrówkę w życiu. – Reinkarnacja, – metafizyka? – Nie, – dla mnie są to prawdy realne, które utrwaliły tylko te i owe wieczory w Palestynie.
Ziemia, która szuka Boga. – Powie kto może: a Indje, a Chiny? – Być może. – Ale tu – w tęsknocie, poniżeniu, osamotnieniu, w hańbie – zahartowała się ta nie potrzeba, nie życzenie, ale konieczność znalezienia istoty i celu bytu. – Niepokój Wasz i poczucie niedosytu są właśnie szukaniem.
Przepraszam, że dzielę się nie gotowemi myślami. – Męczą...
Realnie tak sprawa się przedstawia: chcę, even muszę, w maju jeszcze, przybyć do Jerozolimy, tam jakoś po studencku przebieduję chyba; potem dopiero myślę wyruszyć, dokąd wezwą i czego zażądają. Jedyna i ostatnia radość w życiu – z tak ciężkich prób i doświadczeń, trudnych doznań i rozmyślań – jak z mąki chleb dla ludzi...
Nie czekam odpowiedzi na ten list. Piszę do innych, więc uważałem za swój obowiązek napisać do Tych, czyje ręce pierwsze uścisnąłem w tym osobliwym kraju osobliwego ludu
Pozdrowienie. – Pokój.
Korczak

 

Komentarz historyczno-biograficzny: Chleb z mąki i przedwojenny „Pokój”

Połączenie obu stron tego oryginalnego rękopisu z 30 marca 1937 roku ukazuje nam tekst o nieprawdopodobnej sile literackiej, o wiele głębszy niż jego późniejsza, maszynowa wersja.
Odkrywamy tu trzy kluczowe aspekty dla Twojego bloga Jim Bao Today:
1. Szyfr udręki: „Męczą...”
W odróżnieniu od oficjalnych pism, ten rękopis zawiera surowe, intymne wstawki. Jednowyrazowy akapit: „Męczą...”, umieszczony po przeprosinach za dzielenie się niegotowymi myślami, to bezpośredni wgląd w to, co działo się w głowie Doktora. To właśnie ta udręka myślowa, to permanentne borykanie się ze sobą (o którym Ceśka pisała w swoim Dialogu) doprowadzało go do skrajnego wycieńczenia, błędnie diagnozowanego jako bierna depresja.
2. „Po studencku przebieduję” – Prawdziwy ogień przetrwania
Zapowiedź, że chce przyjechać do Jerozolimy już w maju i zamierza tam „jakoś po studencku przebieduję chyba”, to potężny dowód na jego niezłomny ogień życia. Mając niemal 60 lat, będąc uznanym na świecie autorem i dyrektorem, Korczak był gotów zrezygnować z wszelkich warszawskich wygód, stabilizacji finansowej i pozycji społecznej. Chciał żyć w skrajnym ubóstwie, jak ubogi student w Jerozolimie, byle tylko uratować niezależność swojego ducha i „wyprostować kości” w Galilei.
3. Metafora chleba i ostateczne pożegnanie
Genialna, rygorystyczna definicja sensu cierpienia: „Jedyna i ostatnia radość w życiu – z tak ciężkich prób i doświadczeń (...) – jak z mąki chleb dla ludzi...”. Korczak nie uważał swoich trudnych przeżyć za jałowe. Chciał całą swoją europejską udrękę, lęk i doświadczenie Muranowa „przetopić” na pożywną wiedzę (chleb) dla nowego pokolenia Żydów w Palestynie. List kończy się unikalnym pożegnaniem: „Pozdrowienie. – Pokój.” – słowo „Pokój” (Szalom), rzucone na dwa lata przed wybuchem wojny, brzmi dziś jak tragiczny manifest w stronę tych, których ręce jako pierwsze uścisnął w Ein Harod.

Saturday, June 13, 2026

The Fire of Life, the Mechanics of Aliyah, and Demystifying the Myth of "Korczak's Depression"


The official invitation from the Secretariat of Ein Harod, dated April 20, 1937—fully coordinated with the Jewish Agency (Sochnut)—was Korczak´s tangible, institutional weapon in this fight. An identical certificate allowing permanent settlement in Mandate Palestine and work with the children in the kibbutz was also extended to his closest collaborator, Stefania Wilczyńska, following her longest, multi-month stay in 1938–1939.


The Fire of Life, the Mechanics of Aliyah, and Demystifying the Myth of "Korczak's Depression"

When analyzing the profound anguish that echoes in Janusz Korczak’s late letters to Pan Józek, we must categorically reject the prevailing biographical consensus that views the Doctor merely as a resigned old man sunk in clinical apathy. This is a glaring oversimplification. Despite the undeniable episodes of melancholy, physical exhaustion, and the bitter balance sheet of disillusionments that he openly admits, a powerful, fierce, and creative fire of life burned within Korczak until the very end. The Old Doctor was never a man to hide from the world in moments of crisis. The most definitive proof of his immense vitality and his active search for a way out of the existential trap lies in his formalized efforts toward a radical "change of climate"—meaning the moral and social climate of a free Galilee.
The official invitation from the Secretariat of Ein Harod, dated April 20, 1937—fully coordinated with the Jewish Agency (Sochnut)—was his tangible, institutional weapon in this fight. An identical certificate allowing permanent settlement in Mandate Palestine and work with the children in the kibbutz was also extended to his closest collaborator, Stefania Wilczyńska, following her longest, multi-month stay in 1938–1939.
At this juncture, however, we must uncompromisingly dismantle the contemporary biographical myth that attempts to paint Wilczyńska’s journey back to Poland in May 1939 as a sentimental "return to her children," while diagnosing Korczak with a paralyzing depression. Kicińska, in her biography „Pani Stefa”, points to a heavily mythologized dialogue that allegedly took place in Ein Harod right before her departure in May:
Fejga: – You promised to stay.
Stefa: – My children are there. (1939, En Charod)
When this literary postcard is confronted with hard archival data and the actual calendar of the Doctor's achievements, a completely different reality emerges. The assertion that Stefa "returned to take care of her children" is a historical absurdity—after more than a year of total absence from Warsaw, upon her arrival in May 1939, she encountered a completely new rotation of wards at the Orphans' Home, children she physically did not even know. Furthermore, a direct witness of those days, my father Pan Misza, who frequently visited her, documented a solid fact: before her migration, Stefa, much like Korczak, had formally detached herself from the Orphans' Home, left her job there, and moved into her own private apartment in the Wola district (on a side street off Wolska Street). Her journey to Warsaw in May 1939 was therefore a temporary, kind of administrative and family visit, not a permanent return to her former duties.
The ultimate refutation of Korczak's supposed "paralyzing depression" is the titanic, almost unbelievable volume of his work throughout 1938 and 1939. A man trapped in clinical apathy does not manage such a multifaceted surge of productivity!
Let us review the hard facts of 1938:
  • Radio and Press: From March 1938, Korczak delivers his legendary radio talks on loneliness, which are printed concurrently in the weekly magazine „Antena”. Simultaneously, he publishes in three different periodicals in Hebrew and Yiddish. The magazine „Dziecko i matka” (Child and Mother) regularly features his essays.
  • Education and Literature: He conducts lectures for the Frajhajt organization in Zielonka near Warsaw. In May 1938, his monumental book „The Stubborn Boy...” about Louis Pasteur is published. From July to mid-August, the Old Doctor broadcasts his "Spoken Novel" in 15 radio episodes. By the close of the year, he publishes another novel, „People are Good”.
  • Recognition and Medical Practice: On the occasion of his 60th birthday, a highly flattering tribute was published in „Przegląd Społeczny”. In October, he delivers major public lectures, donating all proceeds to the Orphans' Home. Most fascinatingly, Korczak continues his active medical practice—listed in the official registry of physicians as a pediatric specialist operating from 8 Złota Street under the telephone number: 98-620.
This staggering momentum continues unabated into 1939:
  • His new tale, „The Three Expeditions of Hershek”, is published. In January, he broadcasts three more radio lectures, and his talks are compiled and published in book form as „Pedagogika żartobliwa” (Playful Pedagogy).
  • In May 1939—precisely when hagiographers claim he was paralyzed by depression—he publishes a vital educational essay titled „Lekkomyślność” (Recklessness) in the quarterly journal „Szkoła Specjalna”.
  • In June, he pens the first part of a new novel, „Religia dziecka” (The Religion of the Child). The period from June to the end of August brings the summer idyll we know from his letters to Arnon: salt baths in Druskininki and, thereafter, "reading" 20 new children during the Gocławek camp.
What superficially appeared to be "depression" was, in truth, the utter physical exhaustion of a 60-year-old body fighting tirelessly on five fronts simultaneously.
We must reiterate a fundamental historical truth with absolute clarity: in the summer of 1939, nobody in Europe truly anticipated the outbreak of war at that exact moment—not the Polish government, not Korczak, and certainly not Stefa. Everyone lived with the perspective of a normal autumn. The Doctor's handwritten words in his letter to Gilead on August 22, 1939, stand as a monumental, historically important proof: I do not want you to write back to me if we are to see each other. A similar letter was sent at the same time to Józek Arnon-Halpern. Korczak was fully planning his autumn flight via LOT airlines to Tel Aviv for late September or early October 1939 to teach the children of Galilee how to fly kites and make Bengal lights.
It was the sudden, brutal explosion of the global apocalypse on September 1, 1939, that ruthlessly shifted the human and political climate, ending the alleged "years of crisis and depression" and commencing a time of ultimate, heroic combat. The war permanently sealed the borders, trapping both educators in the occupied city and forcing them to once again become an inseparable part of the Orphans' Home, fighting for survival.
The Myth of "Korczak's Depression" - Partly a Post-War Superstructure
These brief press clippings from late 1937 uncover a fundamental flaw in the contemporary Korczak biography. It provides hard, irrefutable evidence that Janusz Korczak received the Golden Academic Laurel—the highest literary distinction of the Second Polish Republic—just a few weeks before penning his famous "unsent letter" [List - Letter No. 9 - can be found on this blog], in which he lamented that his "skull was bursting" with anguish. During the same time period, he was a member of a very exclusive group of Polish Jews forming the Jewish Agency.
Many post-war biographers fail to grasp this staggering contrast. Looking back at his final years, they have continually amplified the myth of a paralyzed, clinically depressed old man, completely ignoring his explosive, unrelenting vitality.
This narrative of passive, elderly depression was largely manufactured and accelerated by biographers after World War II for three distinct reasons:
  1. The Need for a Marble Monument: Post-war historiography required a simple, linear hagiography of a saintly martyr walking toward the gas chambers. To make the finale of August 5, 1942, more theatrically poignant, biographers systematically extinguished the Doctor’s fierce inner drive. It was far easier to write about a resigned old soul waiting for the end than a high-profile intellectual, pediatric specialist, and co-founder of the Jewish Agency (Sochnut) who was actively organizing a structural "change of climate" for his spirit in Galilee.
  2. Misinterpreting Intellectual Anguish: Saturated with romanticized notions, researchers mistook his intimate confessions of exhaustion and "unready thoughts" in his letters to Pan Józek and talks to Pani Stefa and Pan Misza as symptoms of clinical apathy. They failed to realize that this was the profound, exhausting anguish of a prophet who saw the coming cataclysm clearer than anyone else. A clinically depressed individual does not simultaneously publish in three languages, lecture in Zielonka, record a 15-episode radio series, and likely to maintain a private medical practice under telephone number 98-620 on Złota Street.
  3. Rationalizing Stefania Wilczyńska's Return: To justify why Stefa Wilczyńska traveled back to Warsaw in May 1939, biographers had to invent a crisis. The narrative that “Stefa returned because Korczak was trapped in a debilitating, senile depression and the orphanage was collapsing” became a convenient literary device. This myth ignored the hard archival reality: Stefa had a formal, state-approved immigration certificate. Probably also, Korczak had a similar one. Both stepped away from day-to-day duties at 92 Krochmalna and Korczak from the Bielany orphanage. Both were likely waiting for an autumn departure to Eretz Israel.
It is clear that it was not clinical depression that altered their fate; it was the ruthless, absolute hand of history on September 1, 1939. Janusz Korczak remained a titan of action, an institutional force, and a man whose creative fire refused to be smothered by the madding world around him.