Monday, August 31, 2026

Janusz Korczak w pamiętnych dniach września 1939 r., gdy bomby z niemieckich samolotów spadały na oblężoną Warszawę.

Janusz Korczak w pamiętnych dniach września 1939 r., gdy bomby z niemieckich samolotów spadały na oblężoną Warszawę.

Bomby z niemieckich samolotów spadają na Dom Sierot na Krochmalnej – Tragiczna ewakuacja „Naszego Domu” na ulicę Wolność – Powrót głosu Starego Doktora na antenę radiową – Korczak publikuje w Naszym Przeglądzie.

W pamiętnych dniach września 1939 roku, gdy niemieckie bomby niszczyły oblężoną Warszawę, stolica stała się symbolem heroicznego oporu. Mieszkańcy i żołnierze walczyli w niezwykle trudnych warunkach, niosąc pomoc rannym i gasząc pożary pod ciągłym ostrzałem wroga. Niemieckie samoloty codziennie zrzucały bomby na szpitale, domy mieszkalne i zabytki. Uszkodzone wodociągi zmusiły ludzi do czerpania wody z nielicznych studni. Cywile budowali prowizoryczne barykady i pomagali w obronie cywilnej.
Korczak, będący majorem rezerwy kadry medycznej, nałożył polski mundur wojskowy i nosił go z dumą przez cały wrzesień (oraz później, aż do aresztowania przez okupanta w 1940 roku). Choć przyjaciele namawiali go do zdjęcia munduru ze względu na ogromne ryzyko, stanowczo odmawiał, traktując to jako wyraz lojalności wobec państwa i obowiązek oficera. Wykorzystując swój autorytet i rozpoznawalny głos „Starego Doktora”, występował na antenie Polskiego Radia, apelując do mieszkańców o zachowanie spokoju, tłumaczył dzieciom rzeczywistość wojny w sposób, który nie wywoływał paniki, a rodzicom dawał wskazówki, jak chronić psychikę najmłodszych przed wojenną traumą. Był aktywny we wszystkich środkach przekazu. 4 września 1939 roku — w czwartym dniu wojny — opublikował obszerny i poruszający tekst zatytułowany „List do Redakcji” na 11. stronie dziennika „Nasz Przegląd” (którego ostatni numer ukazał się 20 września), w którym uczył wojennej pedagogiki, nakazując zabezpieczenie zapasów książek i zabawek obok żywności, oraz prosząc o zachowanie pogody ducha zamiast ponurych min.

Niemieckie bombowce nurkujące Junkers Ju-87 (Stuka) w szyku.
4 września 1939 roku — w czwartym dniu wojny — Janusz Korczak opublikował obszerny i poruszający tekst zatytułowany „List do Redakcji” na 11. stronie dziennika „Nasz Przegląd”.
Fela Moszel, wychowanka Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku wychowawczyni-bursistka, wspomina Korczaka i wrzesień 1939 roku. Tutaj stojąca, druga od lewej na koloniach letnich. Wychowawca w środku to Kutulczuk.

Organizacja ratunku i zaopatrzenia dla sierot w Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92
Jako dyrektor Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92, Korczak musiał mierzyć się z permanentnym brakiem żywności, wody i leków. Sam budynek posiadał poważną wadę konstrukcyjną w realiach wojny totalnej — nie miał głębokich, betonowych piwnic, a jedynie użytkowe sutereny z dość dużymi oknami. To tam, w tych częściowo podziemnych salach, Stefania Wilczyńska (która wróciła z Palestyny w maju) wraz z personelem zorganizowała schron przeciwlotniczy i oficjalny punkt opatrunkowy. Jak we wspomnieniach pisał naoczny świadek, Fela Moszel. Fela, która była wychowanką Domu Sierot, a we wrześniu 1939 roku pełniła rolę wychowawczyni-bursistki, wspomina Korczaka i wrzesień 1939 roku:



Okazało się, że jeden chłopak, wracając skądś, zauważył leżące na jezdni trzy metalowe cylindry. Nie wiedząc, co to było, ale podejrzewając, że to coś cennego, on pędem pobiegł do „Domu” i opowiedział P. Doktorowi. Poszli i znaleźli te cylindry napełnione tlenem. „A to cenna rzecz.” – orzekł P. Doktór – „Uratuje dużo chorych w szpitalu”.
P. Zalewski zdobył taczkę i myśmy nakryli te cylindry tak, że wyglądały jakbyśmy chore dziecko do szpitala prowadzili. Dwóch chłopców pchało taczkę naprzemian wzdłuż ulicy Towarowej, w stronę Złotej. Ja chodziłam po jednej stronie taczki, a P. Doktór w swym mundurze Polskim, po drugiej.
P. Doktór dowcipkował i podkpiwał trochę, chyba chcąc dodać nam otuchy, a my chociaż śmiało chodziliśmy, to strach nas obejmował. Na szczęście, obeszło się bez przygód. Nie dostrzeżeni przez nikogo, wyładowaliśmy nasz ciężar na bruk podwórka szpitalnego, i z pustą taczką powróciliśmy do „Domu”.
Ja aż do tego wydarzenia nosiłam się z ukrytym żalem do P. Doktora. Zdawało mi się, że on jest jakoś chłodny do mnie od przygody z chlebem. Ale ostatnie wydarzenie całkowicie przekreśliło wszelkie wątpliwości. Nagle w sercu mym pojawiła się niezmierna ufność i wielkie uwielbienie dla P. Doktora. Wtedy, kiedy narażał swe życie dla dzieci, to było zrozumiałe — był dla nich ojcem. Ale pomyśleć o rannych i chorych w szpitalu i bez chwili namysłu pójść na takie nebezpieczeństwo to już sięga szczytów niezwykłej odwagi, prawdziwej humanitarności; to coś wyższego i jednostkowego.
„Ranni i bezdomni przychodzili z ulicy. Pani Stefa i Doktor udzielali pierwszej pomocy, uspokajali i radzili. W te pierwsze dni wojny każde dziecko pełniło jakąś funkcję. Chłopcy przynosili skądś wodę wiadrami. Kanalizacja była nieczynna lub uszkodzona, woda była na wagę złota; każdy otrzymywał wydzielony mały kubeczek wody i ta ilość musiała wystarczyć na umycie zębów i rąk. Dziewczęta roznosiły wiadra z suchym piaskiem do ochrony przed pożarem.”
W tym samym czasie Korczak wraz ze starszymi wychowankami i wychowawcami dyżurował dzień i noc na wysokim dachu Domu Sierot, gołymi rękami i piaskiem gasić spadające niemieckie bomby zapalające. To właśnie podczas tych morderczych dyżurów zginął tragicznie Józef Sztokman — wieloletni wychowanek, bursista i oddany pomocnik Doktora. W tych pierwszych dniach września toczyły się dramatyczne narady: czy pozostać i trwać na posterunku, czy oddać dzieci rodzinom. 
Stella Eliasbergowa w swoich wspomnieniach „Dni zagłady” uratowała twardą deklarację Korczaka: 
„O ile do soboty nie dostanę wezwania do wojska, biorę Dom Sierot na swoją odpowiedzialność i trwamy”.  
To właśnie w tym dramatycznym okresie Stary Doktor wysłał mojego Ojca, Pana Miszę, na wschód od Wisły, do formujących się tam punktów mobilizacyjnych Wojska Polskiego. Ta decyzja rozdzieliła ich drogi w wojennym koszmarze.
Głód w Warszawie narastał z godziny na godzinę. Wstrząsający, niezwykle intymny obraz tamtych dni zachował się we wspomnieniach Idy Halperin-Merżan (1907–1987). Ida została ranna w głowę podczas nalotu, po czym przyszła szukać ratunku na Krochmalną, gdy rana zaczęła potwornie ropieć. Doktor i Pani Stefa natychmiast położyli ranną dziewczynę w pokoju bursistów i usiedli przy jej łóżku kompletnie „bezczynnie” — co z racji ich tytanicznego rytmu pracy było zjawiskiem wręcz szokującym. Myśląc, że ranna Ida jest nieprzytomna, te dwa filary Domu Sierot zaczęli szeptem dzielić się paraliżującymi problemami placówki:
„Pani Stefa powiedziała Doktorowi, że mają tylko dwa worki kartofli. Zrozumiałam, że nie mają czym karmić dzieci.”
Wracając do września 1939 roku. W tzw. Odezwie nr 3 Korczak podaje najświeższe informacje o sytuacji w Domu Sierot, notując:
„Trudne, rozumne, bogate i piękne płyną tygodnie: Kiedy pocisk uderzył w Dom Sierot, dzieci bez popłochu przeszły trzy piętra z sypialni do schronu…”
Jedno z najbardziej poruszających wspomnień pierwszych niemieckich nalotów na Warszawę we wrześniu 1939 roku to wspomnienie Szmula Gogola (tego, który w Auschwitz grał na harmonijce w orkiestrze obozowej). Opisał sytuację, gdy podczas jedzenia posiłku w jadalni na Krochmalnej 92, nagle zaczął się ciężki ostrzał. Przerażone dzieci zamarły, a Korczak wyszedł na chwilę na podwórko. Gdy wrócił, powiedział do nich z całkowitym, kojącym spokojem:
„Możecie jeść dalej. Nic się nie stało. Nie wyjdę więcej bez czapki, bo już z samolotów widzieli moją łysinę”. 
To wspomnienie idealnie obrazuje, jak Korczak ryzykował własnym życiem i używał humoru oraz stoickiego spokoju, by chronić psychikę dzieci przed wojennym terrorem.

Organizacja ratunku i zaopatrzenia dla sierot z „Naszego Domu” na Bielanach
Wychowawczynie z „Naszego Domu”, który z powodu ciężkich bombardowań został pospiesznie ewakuowany z Bielan na ulicę Wolność 14 na Woli, również zwróciły się do niego z prośbą o pomoc. Wybór Woli jako bezpiecznego schronienia okazał się fatalny, gdyż stała się ona jedną z najbardziej niszczonych i bombardowanych dzielnic Warszawy. Wychowawczyni z Naszego Domu, Pani Wira-Irena Wiewiórska, opisała jak maszerowała ramię w ramię z dr. Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów przez płonące, całkowicie opustoszałe miasto pod ciężkim ostrzałem artyleryjskim, by błagać władze wojskowe o żywność dla podopiecznych. Dzięki odwadze Doktora cel został osiągnięty.
Wychowawczyni z Naszego Domu na Bielanach, Pani Wira-Irena Wiewiórska, opisuje jak podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 roku szukała wraz z Korczakiem pomocy u polskich władz wojskowych na dalekim Mokotowie:
„Jednym z najcięższych moich przeżyć z wojny 1939 roku jest marsz z dr. Januszem Korczakiem z ulicy Okopowej na daleki Mokotów, do władz wojskowych, w celu zdobycia żywności dla ewakuowanych wychowanków Naszego Domu. Był to koszmarny marsz przez płonące miasto, pośród ognia i wojny, gdy wokół nas nieustannie rozrywały się bomby i pociski artyleryjskie. Groza, strach i determinacja towarzyszyły naszemu marszowi przez całkowicie opustoszałe ulice. Doktor zachowywał spokój; szedł naprzód mężnie — a ta odwaga w jakiś sposób udzieliła się i mnie — dzięki czemu zdołaliśmy dotrzeć do celu i otrzymać środki na przetrwanie najgorszych dni 1939 roku.”
Wychowanka Helena Wróbel wspomina głód i jedną z wychowawczyń Naszego Domu, panią Oleńkę Staszewską:
„Głód był straszny. Pani Oleńka przydzielała nam po śledziu z puszki i dwa irysy.”
Inna wychowanka, Maria Żurawska, wspomina, jak to pani Oleńka udała się do Domu Sierot na Krochmalnej 92 (również znajdującego się na Woli) z prośbą o pomoc. Wspominała później:
„Pewnego dnia zjawił się u nas doktor Korczak. Sylwetka jego mocno pochylona ku ziemi; niósł duży worek z chlebem.” 
Po kapitulacji Warszawy pod koniec września, dzieci wróciły pieszo z ulicy Wolność z powrotem na Bielany. Niemcy uznali nazwę ulicy „Wolność” za prowokującą, tak że w okresie okupacji zmienili ją na Uhrmacherstraße (Zegarmistrzowską).

Janusz Korczak w Służbie Informacyjnej i Pogotowiu Raportowym Polskiego Radia
Redaktor gazety „Antena”, Adrian Czermiński, jeden z dziennikarzy uczestniczących w owym czasie w Służbie Informacyjnej i Pogotowiu Raportowym Polskiego Radia, wspominał Korczaka po latach (na łamach dziennika „Życie Warszawy”) dokładnie takim, jakim zapamiętał go z tamtych dni:
„Zadaniem naszym było nieść pomoc ludności, zapewnić opiekę medyczną, znaleźć schronienie dla tych, którzy stracili domy, lokalizować zaginionych i informować mieszkańców o ich potrzebach za pośrednictwem Radia i prasy. Byliśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi władzami oblężonego miasta; ponadto mieliśmy własnych informatorów, którzy przychodzili na ulicę Mazowiecką bez względu na czyhające niebezpieczeństwo. Jednym z nich był Janusz Korczak. Głos Korczaka, milczący od kilku lat, powrócił na antenę w tragicznych dniach oblężenia.
Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pomieszczeń, w których nie było szyb w oknach, natychmiast rozjaśniał wszystko swoim humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro — nie! lepszy wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe, i lepszy poranek, gdy przychodził w nocy. Lekceważąc wybuchające pociski i świszczące kule, pojawiał się kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli gotowi nieść ją innym. (...) Kiedy próbowaliśmy go zatrzymać, słysząc nasilający się ogień artyleryjski, wyrywał się:
— „Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu” — i znikał szybko za drzwiami.
Słychać było jedynie odgłos oddalających się kroków pośród grzechotu rozpryskujących się odłamków i dźwięku tłuczonych szyb. Wiedzieliśmy, że Stary Doktor spieszy do swych dzieci i podopiecznych, że idzie nieść pomoc cierpiącym i nieszczęśliwym, wlać otuchę w serca tych, co już upadli na duchu.”

A na koniec, jak tak głęboko zauważył mój Ojciec, Pan Misza na końcu swoich własnych wspomnień: 

„A jednak życie pokazało samo, że Korczak nie był programem rezygnacji”. 

Podczas ciężkiego bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku podjęto decyzję o ewakuacji Naszego Domu na ulicę Wolność 14, gdzie miało być bezpieczniej. W budynku tym wcześniej mieścił się dom noclegowy dla bezdomnych chłopców prowadzony przez Towarzystwo Ognisk dla Młodzieży. Wybór dzielnicy Wola jako bezpiecznego azylu okazał się fatalny, gdyż Wola stała się jedną z najbardziej bombardowanych dzielnic Warszawy. Dzieci z Naszego Domu opisywały te koszmarne dni bombardowania spędzone w piwnicy i to, jak jedzenie pospiesznie zabrane z Bielan szybko się skończyło. Po kapitulacji Warszawy pod koniec września 1939 roku, dzieci z Naszego Domu wróciły pieszo z ulicy Wolność 14 z powrotem na Bielany, gdzie działał jeszcze polski szpital wojskowy. Niemcy uznali nazwę ulicy „Wolność” za prowokującą, tak że w okresie niemieckiej okupacji ulicę przemianowano na Uhrmacherstraße - Zegarmistrzowską (Watchmaker Street). Fotografia z 1935 roku. Koloryzowanie współczesne.

The Kyivan Roots of "Nasz Dom": What Official Biographies of Korczak and Falska Conceal

What stands today at 47 Volodymyrska Street? Looking at this grand Kyiv building through Google Street View, one's eye is immediately drawn to the Polish and European Union flags flying proudly on the facade. This is no coincidence. Within the very walls that witnessed Janusz Korczak’s grueling educational and medical labors during WWI, now resides the Polish Institute in Kyiv—an official diplomatic institution. The 2012 bronze commemorative plaque, while shielded from the direct street view as it is mounted discreetly inside the entrance archway, stands guard at the gates of this cultural oasis. History has come full circle.


The imprint of great history in the heart of Ukraine. The bronze commemorative plaque sculpted by Ivan Hryhoriev on the facade of the tenement house at 47 Volodymyrska Street in Kyiv. It was here, working under extreme wartime conditions with Polish orphans, that Janusz Korczak drafted the foundations of his legendary work "How to Love a Child". However, this address must be clearly distinguished from Maryna Falska's main headquarters, where she ran her Educational Home for Boys on Instytutska Street, where Korczak was a constant mentor.



The Kyivan Roots of "Nasz Dom": What Official Biographies of Korczak and Falska Conceal 

A 1919 military CV, a letter to Hadaska, and the hidden addresses of Volodymyrska and Instytutska Streets unlock a profound secret from 1915–1919.


The collaboration between Janusz Korczak and Maryna Falska is a fascinating subject, as their relationship was born and forged in extreme, wartime conditions. During World War I, fate brought both of them to Kyiv. Janusz Korczak found himself there as a mobilized field physician of the Tsarist Army, working in a military hospital and lazarets near the front. Maryna Falska (then widowed and deeply affected by the loss of her infant daughter) decided to devote herself to caring for the most vulnerable, assuming the directorship of the Educational Home for Boys on Instytutska Street in Kyiv. It was a shelter and boarding house for about 60 Polish boys—mostly war orphans and refugees who had come to the city to learn a trade. Korczak, having short leaves from his hospital work, began to visit this home. Over time, he became its permanent, though irregular, guest and mentor.
Janusz Korczak provided an official, bureaucratic outline of this period in his military CV dated June 15, 1919:
“Called up into the army, for 4 years I was a junior physician at the field lazaret of the 4th Division of the 5th Corps. – Discharged due to illness, for a certain time I was a physician at the shelters for displaced children (Landowners' Union).”
For a modern reader, the fact that Janusz Korczak returned to Poland and the Orphans' Home only in mid-1919—even though World War I formally ended in November 1918—might seem strange. Kyiv during that time, however, became a bloody trap, cut off from the West by the Russian Civil War and the onset of the Polish-Soviet War.
Alongside the official military blockades and railway paralysis, there is another, deeply human hypothesis that could explain the Doctor’s delay—private and romantic matters. In Kyiv, an intimate alliance of two deeply wounded souls was being born. Falska, enduring immense grief over the loss of her baby daughter, found in Korczak not only a brilliant educator but her closest spiritual support. Care for Maryna and the desire to safeguard her fate might have kept the Doctor in Ukraine much longer. It is highly probable that Korczak first helped Falska safely evacuate to Warsaw to begin laying the groundwork for the future Nasz Dom, while he remained behind to fully discharge his grueling obligations to the remaining children.
The true, painful picture of those days is exposed in a letter Janusz Korczak wrote near the very end of his life in the Warsaw Ghetto—addressed to Hadaska (Hadasa Kaufman) on March 25, 1942. This letter, saved from the Orphans' Home after the deportation by my father, Pan Misza, strips away the polished veneer of the Kyivan period. Discharged from the front due to illness, the Doctor, instead of resting, entered the very center of a murderous struggle against chaos, pestilence, and hunger. In his letter to Hadaska, he traveled back in memory to the conditions outside Kyiv.
In his March 1942 letter to Hadaska, Korczak detailed his grueling 16-hour days caring for displaced children in Kyiv amidst severe hunger, cold, and foraging for firewood under dangerous conditions. He also confessed to his personal struggles with biological limits and hunger, noting moments when he had to secretly eat bread to maintain his strength. You can find the full excerpts and letters in the referenced document.
„Powierzono mi cztery internaty dla dzieci zbłąkanych na froncie i wysiedlonych. Rozmieszczone w chałupach i willach pod Kijowem.
Mój dzień roboczy trwał 16 godzin. Po ciemku, brnąc po kolana w śniegu, dwa razy obchodziłem teren. – Zakraplałem zaropiałe oczy, jodynowałem zaświerzbioną skórę, opatrywałem wrzody. – Byłem głodny.
Głodne były dzieci. Nic prócz ryby suszonej; a drzewo kradliśmy w lesie z chłopcami. Gajowy strzelał do nas śrutem jak na wrony – burżuazyjny jeszcze gajowy w komunistycznym już lesie.”
In a world where children fed exclusively on dried fish, stole kindling, and fled buckshot from a gamekeeper's gun, the introduction of a peer court or self-governance on Instytutska and Volodymyrska streets was no idealistic whim. It was a relentless battle against brutalization and ferality, the sole barrier shielding war orphans from self-destruction.
When Maryna Falska opened the first modest doors of Nasz Dom in Pruszków in November 1919, both carried forward that same pioneering model forged in Ukrainian hunger and cold. The communion of these monumental experiences—both professional and deeply private—rendered their alliance unbreakable, ensuring that the system forged in hunger survived the test of time and eventually moved to its model home in Warsaw's Bielany.

Sunday, August 30, 2026

Kijowskie korzenie „Naszego Domu”. Czego nie mówią nam oficjalne biografie Korczaka i Falskiej?

Kijowskie korzenie „Naszego Domu”. Czego nie mówią nam oficjalne biografie Korczaka i Falskiej?

Korczaka wojskowe CV, list do Hadaski oraz ukryte adresy Wołodymyrskiej i Instytuckiej odsłaniają wielką tajemnicę z lat 1915–1919.

Ślad wielkiej historii w sercu Ukrainy. Brązowa tablica pamiątkowa autorstwa Iwana Hrygoriewa na fasadzie kamienicy przy ul. Wołodymyrskiej 47 w Kijowie*. To tutaj, pracując w skrajnych warunkach wojennych z polskimi sierotami, Janusz Korczak pisał zręby swojego legendarnego dzieła „Jak kochać dziecko”. Adres ten należy jednak wyraźnie odróżnić od głównej siedziby Maryny Falskiej, która swój Wychowawczy Dom Chłopców prowadziła przy ul. Instytuckiej, gdzie Korczak bywał stałym mentorem.

Współpraca Janusza Korczaka i Maryny Falskiej to fascynujący temat, ponieważ ich relacja zrodziła się i ukształtowała w skrajnych, wojennych warunkach. Podczas I wojny światowej los rzucił oboje do Kijowa. Janusz Korczak znalazł się tam jako zmobilizowany lekarz polowy armii carskiej, pracując w szpitalu wojskowym i lazaretach w pobliżu frontu. Maryna Falska (wówczas owdowiała i głęboko dotknięta stratą swojej malutkiej córeczki) postanowiła poświęcić się opiece nad najsłabszymi, obejmując kierownictwo nad Wychowawczym Domem Chłopców przy ul. Instytuckiej w Kijowie. Było to schronisko i internat dla około 60 polskich chłopców – w większości wojennych sierot i uchodźców, którzy przyjechali do miasta, by uczyć się rzemiosła. Korczak, mając krótkie przepustki z pracy w szpitalu, zaczął odwiedzać ten dom. Z czasem stał się jego stałym, choć nieregularnym gościem i mentorem.
Oficjalny, urzędowy zarys tego okresu Janusz Korczak podał w swoim wojskowym CV z 15 czerwca 1919 roku:
„Powołany do wojska, w ciągu 4 lat byłem młodszym ordynatorem polowego lazaretu 4 dywizji 5 Korpusu. – Zwolniony z powodu choroby, przez czas pewien byłem lekarzem przytułków dla dzieci wysiedl. (Związek ziemian)”. [1]
Dla współczesnego czytelnika fakt, że Janusz Korczak wrócił do Polski i Domu Sierot dopiero w połowie 1919 roku – choć I wojna światowa formalnie zakończyła się w listopadzie 1918 roku – może wydawać się dziwny. Kijów tamtego okresu stał się jednak krwawą pułapką, odciętą od zachodu przez rosyjską wojnę domową oraz początek wojny polsko-bolszewickiej.
Obok oficjalnych blokad militarnych i paraliżu kolei, istnieje jednak druga, głęboko ludzka hipoteza, która mogła tłumaczyć tę zwłokę Doktora – sprawy prywatne i sercowe. W Kijowie rodził się bowiem intymny sojusz dwóch głęboko poranionych dusz. Falska, przeżywająca potworną żałobę po stracie malutkiej córeczki, znalazła w Korczaku nie tylko wybitnego pedagoga, ale i najbliższe duchowe oparcie. Troska o Marynę i chęć zabezpieczenia jej losu mogły trzymać Doktora na Ukrainie znacznie dłużej. Prawdopodobne jest, że Korczak najpierw pomógł Falskiej bezpiecznie ewakuować się do Warszawy, by zacząć organizować podwaliny pod przyszły Nasz Dom, samemu zostając na miejscu, by do końca dopełnić morderczych obowiązków wobec dzieci.
Prawdziwy, bolesny obraz tamtych dni odsłania list, który Janusz Korczak napisał pod koniec życia w warszawskim getcie – 25 marca 1942 roku do Hadaski (Hadasy Kaufman). List ten, ocalony po deportacji przez mojego Ojca, Pana Miszę, zdejmuje z kijowskiego okresu wygładzoną laurkę. Zwolniony z frontu z powodu choroby Doktor, zamiast odpoczywać, wszedł w sam środek walki z chaosem, zarazą i głodem. W liście do Hadaski wracał pamięcią do realiów pod Kijowem:
„Powierzono mi cztery internaty dla dzieci zbłąkanych na froncie i wysiedlonych. Rozmieszczone w chałupach i willach pod Kijowem.
Mój dzień roboczy trwał 16 godzin. Po ciemku, brnąc po kolana w śniegu, dwa razy obchodziłem teren. – Zakraplałem zaropiałe oczy, jodynowałem zaświerzbioną skórę, opatrywałem wrzody. – Byłem głodny.
Głodne były dzieci. Nic prócz ryby suszonej; a drzewo kradliśmy w lesie z chłopcami. Gajowy strzelał do nas śrutem jak na wrony – burżuazyjny jeszcze gajowy w komunistycznym już lesie.” 
W tych nieludzkich warunkach wychowawca musiał zderzyć się z granicami własnej wytrzymałości. Wyznanie to chwyta za gardło bezwzględną szczerością:
„W tajemnicy kupiłem bochenek chleba i jadłem go w nocy po ciemku jak złodziej. Kryłem się. Wstydziłem się powiedzieć szczerze.
– Nie podołam – głód mój nie może przekraczać pewnej granicy. Muszę mieć siły.” 
W świecie, gdzie dzieci żywiły się suszoną rybą, kradły chrust i uciekały przed strzałami gajowego, wprowadzenie przez Falską i Korczaka sądu koleżeńskiego czy samorządu na Instytuckiej i Wołodymyrskiej nie było idealistyczną zachcianką. To była bezwzględna walka z brutalizacją i zdziczeniem, jedyna bariera chroniąca wojenne sieroty przed samozagładą.
Gdy w listopadzie 1919 roku Maryna Falska otwierała w Pruszkowie pierwsze skromne drzwi Naszego Domu, oboje wnosili tam ten sam pionierski model wykuty w ukraińskim głodzie i chłodzie. Wspólnota tych potężnych doświadczeń – zarówno zawodowych, jak i tych najgłębiej prywatnych – sprawiła, że ich sojusz stał się nienaruszalny, a Nasz Dom przetrwał najgorsze lata, by w końcu przenieść się do wzorcowego gmachu na warszawskich Bielanach.
* Co dzieje się dziś pod adresem Wołodymyrska 47? Gdy spojrzymy na ten okazały kijowski gmach przez obiektyw Google Street View, naszą uwagę natychmiast przykują dumnie powiewające na fasadzie flagi: polska oraz Unii Europejskiej. To nie przypadek. W murach, które w latach I wojny światowej były świadkiem morderczej pracy pedagogicznej Janusza Korczaka, mieści się dziś Instytut Polski w Kijowie. Sama brązowa tablica pamiątkowa z 2012 roku, choć niewidoczna na pierwszy plan z poziomu jezdni (zamontowano ją dyskretnie w niszy przy bramie wejściowej), strzeże wejścia do tej dyplomatycznej oazy kultury. Historia zatoczyła pełne koło.