Verba volant, scripta manent” - Słowa ulatują, pismo zostaje.
Jednym z najtragiczniejszych skutków Marca ’68 była wymuszona emigracja elit intelektualnych – rzetelnych historyków, którzy zabrali ze sobą etos pracy badawczej, pozostawiając w kraju niebezpieczną próżnię. W tę pustkę weszły „narracje pomarcowe”, które z czasem stały się fundamentem współczesnych instytucji. Dziś jesteśmy świadkami paradoksu: trzy kluczowe instytucje zajmujące się historią Żydów – od Zagłady po współczesność – operują odmiennymi, często wykluczającymi się narracjami tych samych faktów.
To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Michał Wasserman Wróblewski – współpracownik Korczaka 1931–1942), który często przypominał łacińską maksymę „Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt, że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku, czytając nowonapisane "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.
Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe "trędowate teksty” staną się (wg. mnie, stały się) dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie, ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.
W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mi o analizę tekstów (wydarzeń) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.
Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.
Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane, są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności” (Niepodatności). W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.
Obserwujemy bardzo niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed chorobą, kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.
Pierwszym z poruszonych przeze mnie tematów z Muzeum Polin była kwestia emigracji. Nie tej „bezpiecznej” narracyjnie, pomarcowej, lecz tej największej, rozpoczętej już 22 lipca 1946 roku, a przypieczętowanej traumą Pogromu Kieleckiego z 4 lipca 1946 roku. Fakt, że w mordowaniu Ocalonych (ocalonych z Zagłady) brali udział cywilni mieszkańcy Kielc, milicjanci i wojsko, przyczynił się do pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski za zgodą władz polskich (150–175 tysięcy osób).
Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Milczenie współczesnych instytucji na temat Sznajdmila czy Abraszy Bluma (kluczowego stratega Bundu) służy budowaniu jednowymiarowego kultu jednostki.
Inna historia powiązana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i założyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki specjalny (dla przyszłych pokoleń) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Książka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po marcowej emigracji Żydów pod koniec lat 60. Ta akcja, popierana do dzisiaj przez Muzeum Polin, udała się świetnie. Nazwisko prawdziwego komendanta – Mordechaja Anielewicza – wyciszano wszędzie pod koniec zeszłego milenium. Podobnie z jego zastępcą Antkiem Cukiermanem. W Muzeum Polin można było kupić kubki porcelanowe i koszulki z fizjonomia Edelmana. Podobnie zamawiane graffiti w związku z Rocznicami Powstania w Getcie przedstawiały Edelmana.
Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Co właściwie oznacza "dla przyszłych pokoleń"? Czy to chodzi o młodzież szkolną, dla której książka Kralla "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiązkową? W skrótach typu Reader's Digest znajdujemy typowy oddźwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego znajdujemy zawiadomienie o wykładzie naukowym:
To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Michał Wasserman Wróblewski – współpracownik Korczaka 1931–1942), który często przypominał łacińską maksymę „Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt, że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku, czytając nowonapisane "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.
Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe "trędowate teksty” staną się (wg. mnie, stały się) dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie, ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.
W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mi o analizę tekstów (wydarzeń) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.
Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.
Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane, są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
Epidemia dezinformacji
Osobiście uważam użycie hasła „trędowate nurty" za prawidłowe, gdyż według Słownika Języka Polskiego PWN przymiotnik trędowaty w znaczeniu przenośnym oznacza kogoś „budzącego odrazę, unikanego przez innych”. Takie mam obecnie uczucie do tych nowych narratorów.Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności” (Niepodatności). W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.
Obserwujemy bardzo niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed chorobą, kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.
Stary proces
Osobiście obserwuję ten proces od lat. Zaczęło się od publikacji i informacji na temat Janusza Korczaka i Domu Sierot i uwag mojego ojca, Pana Miszy, w latach 80. i 90 na temet pomarcowych nowo napisanych i książek z "Wspomnieniami o Korczaku" lub masowo drukowanych jego nowych biografi. Moje własne doświadczenia z „trędowatymi nurtami” to później m.in. wieloletnia, tak wieloletnia batalia z Muzeum Polin o elementarną prawdę faktograficzną. Temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski znałem z pierwszej ręki od dwóch oficerów Wojska Polskiego – mjr. Michała Wróblewskiego (Pana Miszy, mojego ojca) oraz mjr. Michała Rudawskiego (autora książki „Mój obcy kraj”***, pisanej wraz z moją mamą). Major Rudawski był pogranicznikiem, a mój ojciec, jako oficer polityczny oddelegowany przez gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego szefa GZP, kontrolował i dokumentował ten proces na bieżąco na samej granicy polsko-czeskiej.
Mimo ogólnej wiedzy na temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski, w pracach ówczesnej dyrekcji Muzeum Polin temat ten został zmarginalizowany lub wręcz poddany historycznej resekcji. W pracy dr. Stoli****, próżno szukać haseł „Kielce” czy „1946” w kontekście przyczyn emigracji – liczba pozytywnych rezultatów wynosi zero. To tendencyjne omijanie kluczowych lat 1945–1948 na rzecz narracji o „migracji od 1949 do 1989 roku” jest modelowym przykładem dezinformacji.
Muzeum Polin - Wielka Akcja Likwidacyjna w Getcie Warszawskim
Jeszcze bardziej porażająca była moja walka o liczby dotyczące Wielkiej Akcji Likwidacyjnej w getcie warszawskim. Na stronach Muzeum Polin widniała latami skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była dla mnie nie do przyjęcia. Dopiero po dwóch latach mojej presji, przesyłaniu dokumentów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), list dotyczących transportów z Umszlagu pisanych przez członków grupy Oneg Szabat i niemieckich listów przewozowych, instytucja ta zdecydowała się zmienić dane. Prawda jest bowiem inna i tragiczna: w pierwszych czterech dniach Wielkiej Akcji Likwidacyjnej wysyłano ponad 7 000 osób dziennie, a potem średnio po 6 500. Ponad 100 osób w bydlęcym wagonie. Wśród nich byli mój dziadek, Gabriel Rozental (opis Mariana Turskiego), wywieziony 26 lipca 1942 roku (transport liczył 6 357 osób), oraz moja babcia Helena z Polirsztoków Rozental, zabrana 3 sierpnia 1942 roku (transport 6 276 osób). Janusza Korczaka i 239 dzieci i wychowawców Domu Sierot wywieziono do Treblinki 5 sierpnia 1942 roku (cały transport liczył 6 623), a w następne kolejne dwa dni po deportacji Korczaka wywieziono do Treblinki ponad 10 000 Żydów dziennie. To nie są „narracje” – to liczby zapisane krwią i udokumentowane w archiwach, których instytucje mieniące się historycznymi nie mają prawa ich „nie znać”.
Zapomniana hierarchia i sukcesja w Bundzie w Getcie Warszawskim - Sznajdmil, Edelman, Blum.
Kolejnym dowodem na proces „infiltracji patogennej” i resekcji niewygodnych faktów jest całkowite wymazanie z powszechnej świadomości postaci Berka Sznajdmila. To właśnie on, a nie Marek Edelman, był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku.Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Milczenie współczesnych instytucji na temat Sznajdmila czy Abraszy Bluma (kluczowego stratega Bundu) służy budowaniu jednowymiarowego kultu jednostki.
Indolencja Muzeum Polin
„Bzdury” informacyjne na stronach internetowych Muzeum Polin pozostawały niepoprawione przez ponad dwa lata. Problem ten nie dotyczył wyłącznie przemilczeń w sprawie emigracji po pogromie kieleckim czy skandalicznych opisów deportacji z Umschlagplatzu. Gdy wytykałem te błędy, dyrektor Dariusz Stola stosował strategię rozmywania odpowiedzialności: odsyłał mnie do współpracowników, a ci z kolei wskazywali na... agencje fotograficzne i ich opisy pod zdjęciami. Sugerowano tym samym, że źródłem wiedzy historycznej dla muzeum są notatki dołączone do kupowanych, jednocześnie darmowych (pozbawionych praw autorskich) fotografii. To sytuacja kuriozalna: instytucja naukowa abdykuje z roli badacza na rzecz handlarza zdjęć. W toku wymiany zdań pan Stola zarzucił mi „permanentne pretensje”. Przyznaję – to jedyna prawda w jego wypowiedziach. Moje pretensje są i będą permanentne, ponieważ dyrektor muzeum permanentnie uchylał się od obowiązku usunięcia błędów, za które odpowiadał.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.
Innym przykładem „historycznej resekcji” i budowania fałszywych hierarchii jest notoryczne eksponowanie przez Muzeum Polin (i inne instytucje i gazety) Marka Edelmana jako jedynego, niemal mitycznego komendanta Powstania w Getcie Warszawskim i założyciela ŻOB. Edelman w pewnym sensie sam mianował się na tę funkcję za pośrednictwem książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Wydana u schyłku lat 70., już po marcowej emigracji, książka ta stworzyła specyficzny, przefiltrowany przez "subiektywną pamięć" Edelmana obraz prawdziwego dowódcy – Mordechaja Anielewicza.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
„Bardzo dziękuję wszystkim powyżej za obronę przed p. Romanem Wróblewskim, dla którego atakowanie Muzeum Polin jest chyba ulubionym hobby. Z jego licznych wpisów można odnieść wrażenie, że nasze muzeum i ja osobiście jesteśmy wiodącymi przykładami antysemityzmu i manipulowania historią w Polsce. Obawiam się, że niestety tak nie jest. Proszę się rozejrzeć, a może znajdzie Pan jakiś lepiej uzasadniony obiekt krytyki”.
Ta odpowiedź to podręcznikowy przykład ucieczki od faktów w stronę manipulacji emocjonalnej. Zamiast skonfrontować się z twardymi danymi z Archiwum Ringelbluma (Oneg Szabat) czy dokumentami transportowymi, dyrektor sprowadził walkę o prawdę o losie moich dziadków do poziomu „hobby”. Sugestia, bym znalazł sobie „lepiej uzasadniony obiekt krytyki”, jest wyrazem głębokiej arogancji – to próba relatywizacji kłamstwa na zasadzie: „inni kłamią bardziej, więc nasze błędy są nieistotne”. Tak właśnie domyka się mechanizm „trędowatej narracji”: zamiast leczyć infekcję kłamstwa, atakuje się tego, kto przyniósł diagnozę.
Kolejne przykłady indolencji Muzeum Polin dotyczą postaci Janusza Korczaka i lokalizacji Domu Sierot. Dokładnie dziesięć lat temu instytucja ta uruchomiła specjalną stronę: „Kroczymy śladami Janusza Korczaka”. 31 marca 2016 roku wykonałem na tym wirtualnym szlaku zaledwie cztery kroki i znalazłem pięć kardynalnych błędów.
Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację. Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc:
Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację. Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc:
„Panie Profesorze, jest Pan wspaniałym dyrektorem, jestem szczęśliwy, że zajmuje się Pan MOJĄ historią”.
Słowo „moja” jest tu kluczowe – sugeruje, że historia jest niby prywatną własnością, którą można kształtować według uznania, zamiast traktować ją jako wspólną prawdę, wolną od karygodnych błędów.
Nikt z obrońców dyrekcji Muzeum Polin nie podjął jednak najmniejszej merytorycznej dyskusji. Zamiast argumentów pojawił się „smród” – atmosfera, którą znam aż nazbyt dobrze z autopsji. Przez dziesięć lat pracowałem na Wydziale Patologii, a dwa lata w budynku Patologii Sądowej. Spośród wszystkich zapachów śmierci, do których człowiek może przywyknąć, jeden pozostaje nie do zniesienia: zapach zwłok wyłowionych po latach ze słodkiej wody.
Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.
Efekty tej narracji „dla przyszłych pokoleń” są do dziś widoczne w szkołach, gdzie lektura Krall stała się wyrocznią. Na popularnych portalach typu [streszczenia.pl].
Opracowanie/zdazyc-przed-panem-bogiem/charakterystyka-bohaterow/) gdzie postać Anielewicza redukuje się do syna handlarki ryb, który malował skrzela farbą, i człowieka „nieprzygotowanego psychicznie”, który zakończył życie samobójstwem. To uderzające, że ta uproszczona, wręcz karykaturowana wersja przenika do instytucji naukowych. Nawet w Muzeum Powstania Warszawskiego czy też podczas wykładów w ŻIH, prelegenci z tytułami naukowymi powielają te same wątki: „Czy Anielewicz malował skrzela ryb?” I że został komendantem, bo bardzo tego sam chciał.
Ta operacja historyczna, wspierana przez Muzeum Polin, udała się nadzwyczaj skutecznie. Nazwisko prawdziwego komendanta oraz jego zastępcy, Icchaka „Antka” Cukiermana, wyciszano konsekwentnie pod koniec ubiegłego milenium. Miejsce rzetelnej analizy wojskowej i politycznej struktury ŻOB zajęła „gadżetowa” polityka pamięci. W Muzeum Polin Edelman stał się marką – można tam było kupić koszulki czy kubki z jego fizjonomią, a zamawiane murale i graffiti utrwalają ten jednowymiarowy obraz. To klasyczny przykład „trędowatego nurtu”: gdy autentyczna, złożona historia dowódców powstania zostaje wyparta przez łatwo przyswajalną narrację, która zamiast prawdy oferuje porcelanowy kubek z wizerunkiem „jedynego słusznego” bohatera.
Inna historia powiązana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i założyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki specjalny (dla przyszłych pokoleń) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Książka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po marcowej emigracji Żydów pod koniec lat 60.
Czerwony Anielewicz - Bez higieny historycznej, same brudy!
Obecnie wielu młodych badaczy w Polsce próbuje przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – wszystko, aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to, niezbyt naukowe, ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem (31 stycznia 1943) na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Co właściwie oznacza "dla przyszłych pokoleń"? Czy to chodzi o młodzież szkolną, dla której książka Kralla "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiązkową? W skrótach typu Reader's Digest znajdujemy typowy oddźwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Mordechaj Anielewicz - charakterystyka • Zdążyć przed Panem BogiemKomendant Żydowskiej Organizacji Bojowej; syn handlarki ryb, którym malował skrzela farbą czerwoną farbą. Nie uczestniczył w żadnej akcji, ale pamięta się go jako zdolnego, oczytanego i pełnego wigoru. Niestety psychicznie nie był przygotowany do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. 8 maja 1943 roku najpierw zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, a później popełnił samobójstwo.
Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono? Czy chaluce uprawiali ziemię? W jakim języku rozmawiali ze sobą ŻOB-owcy? Kto założył kibuc Lochamej Ha Geta'ot? Co znaczy: Ha-Szomer -Ha-Cair, Dror, Cukunft, ŻZW, hachszara, bricha. Zofia Zańko - Studiowała na KUL-u, jest absolwentką historii UW. Redagowała miesięcznik społeczno-religijny „Credo", Współorganizowała Dzień Żydowski na UW. Pracuje jako przewodnik w Muzeum Powstania Warszawskiego.
W zeszłym roku (2025) zresztą jakaś pani z tytułem doktorskim zaczęła transmitowany z ŻIH w podobny sposób swój wykład o Anielewiczu. Prawie kopia ze www.streszczenia.pl.
Jeden z polskich Żydów którzy po marcu zostali w Polsce napisał do mnie oficjalnie na Face book:
Uważam, że określanie Marka Edelmana "pomarcowym Komendantem" jest haniebną, skandaliczną obelgą. Wyzwiska w stosunku do któregokolwiek z ludzi, którzy walczyli w Getcie, a zwłaszcza człowieka, który ma takie zasługi w sprawie upamiętnienia Powstania, nie powinny mieć na tym forum miejsca. Protestuję!
Ta idiotyczna reakcja, popierana przez wielu "pomarcowych" to reakcja na moje wpisy i wklejenie listu od znajomego z Polski:
"Pozwoliłem sobie położyć w Twoim imieniu kamień (tak jak poprzednio były na nim inicjały R.W.) - podsyłam tu oddzielnie fotografię z albumu", napisał Polak, przyjaciel z Warszawy który wie że Anielewicz i Szlengel jak również Powstanie w Getcie Warszawskim są mnie tego dnia tak bliskie. Dlatego, co roku, różne osoby kładą kamień z moimi inicjalami RW (lub bez) na Kopcu Anielewicza. Taki kamień pamięci i bólu.
Dopisałem: Ta "tradycja" to od wielu lat, a właściwie od chwili, gdy zapomniano w Polsce o Anielewiczu i bojownikach, którzy są tam pochowani. Smutne, ale prawdziwe. Mam zdjęcia. Nawet 3-4 lata temu to "mój kamień", złożony przez Polaka, był tam bardzo, bardzo samotny. Reakcja pomarcowych nastąpiła, gdy napisałem, że w Polsce zapomniano o prawdziwym komendancie i hołduje się tylko nowo mianowanego pomarcowego komendanta. Napisałem prawdę.
Tak opisywał Anielewicza Emanuel Ringelblum w 1943 roku:
„Młody człowiek, lat 25, średniego wzrostu, o wąskiej, bladej, pociągłej twarzy, długich włosach, sympatycznej powierzchowności. Po raz pierwszy spotkałem go na początku wojny, gdy przyszedł do mnie ubrany po sportowemu i poprosił o pożyczenie mu książki. Od tego czasu często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie ekonomii, którą tow. Mordechaj bardzo się interesował. Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny i sympatyczny młodzieniec wyrośnie na człowieka, który po trzech latach stanie się najważniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem”.
Ciekawy jest wywiad z nowym dyrektorem ŻIH, Michałem Trębaczem (2025), który używa bardzo bezpiecznego języka, mówiąc, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała legendy o komendancie Powstania w Getcie, Anielewiczu, zaczerpnięte ze stron internetowych dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Trębacz twierdzi, że nie musi być jednej narracji, wystarczy zgoda co do faktów. To prawdziwa – pułapka definicji. Wynika to co ja również opisałem, udowodniłem, że instytucje te nie zgadzają się nawet co do faktów (np. Liczba osób w transportach do Treblinki opisywana przez Muzeum Polin i dokumenty w Archiwum Ringelbluma przechowywane przez ŻIH. Jeśli nie ma zgody co do liczb i dat, to „różnorodność interpretacji”, o której mówi dyrektor, staje się jedynie parawanem dla dezinformacji. Postulat, by w pewnych sprawach Polin, Muzeum Getta i ŻIH mówiły „silnym, wspólnym głosem”, może budzić niepokój. W Twojej analizie brzmi to jak zapowiedź kartelu narracyjnego. Rzeczywistość?
Dyrektor Trębacz mówi, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała na początku wykładu legendy o Komendancie Powstania w Getcie ze stron dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Oprócz tego jest stała groźba "Infiltracji patogennej”, procesu, w którym typowe jest ciche, podstępne przenikanie obcych, szkodliwych elementów w głąb zdrowej struktury.
Cześć Icchaku,Nie wiem, o czym Ci pisać. Zostawmy tym razem osobiste sprawy. Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje i towarzyszy uczucia. Stało się coś, co przerosło wszystkie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Jeden z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi – ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. Poległ bohaterską śmiercią żołnierza przy karabinie maszynowym.(…) Od dziś wieczór przestawiamy się na działalność partyzancką. W nocy wychodzą trzy nasze oddziały. Mają dwa zadania: zbrojny zwiad i zdobycie broni. I wiedz – pistolet nie ma żadnej wartości, prawie nim nie posługiwaliśmy się. Potrzebne nam są: granaty, karabiny, karabiny maszynowe i materiały wybuchowe.(…) W bunkrach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można w nocy zapalić świecy, bo brakuje powietrza…(…) Najważniejsze, że marzenie mojego życia spełniło się. Dane mi było zobaczyć żydowską obroną w getcie – w całej jej wielkości i chwale.Mordechaj
| List (fragmenty) Mordechaja Anielewicza do Icchaka Cukiermana, pozostającego wtedy po stronie „aryjskiej”, 23 kwietnia 1943 r. – cztery dni po rozpoczęciu walk w getcie. Był to ostatni list komendanta ŻOB do „Antka” Cukiermana, jego zastępcy. List ten zgadza się z informacjami innych, m.in. Generała Stroopa. List był kilkakrotnie przepisywany (jest kilka wariantów), lecz jego główna treść nie była nigdy dotąd negowana. „Nowa narracja o Komendancie Anielewiczu” – dr Ferenc na Youtube. Szukając nowych faktów dotyczących życia Mordechaja Anielewicza, natrafiłem w serwisie YouTube na zapis wykładu dr Marii Ferenc z Żydowskiego Instytutu Historycznego (transmisja z 17 kwietnia 2024 r.). Już sam opis wydarzenia (tutaj na niebiesko) wywołał u mnie pierwsze zaskoczenie i niepokój. Czytając określenie „Meandry pamięci”, zaproponowane przez Marię Ferenc podczas jej wykładu o Mordechaju Anielewiczu, skojarzyłem je z rzeką Utratą, która malowniczo otacza Dom Urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli. Ta niewielka, nizinna rzeka, będąca lewym dopływem Bzury, mimo swego uroku, po prostu śmierdzi. Przez lata trafiały do niej ogromne ilości zanieczyszczeń z fabryk i niewydolnych oczyszczalni. Ze względu na wolny nurt, wciąż uwalnia się z niej odór zgniłych jaj. To moje osobiste skojarzenie ze stylem prowadzenia wykładu przez dr Ferenc. Najpierw pojawia się negatywny przekaz dotyczący komendanta Powstania w Getcie Warszawskim, później następuje próba negacji lub wyjaśnienia, ale na koniec każdego wątku i tak pozostaje niesmak – niczym zapach znad Utraty. „Nowa narracja o Komendancie Anielewiczu” - Dr Ferenc na Youtube Szukając nowych faktów dotyczących życia Mordechaja Anielewicza, natrafiłem w serwisie YouTube na zapis wykładu dr Marii Ferenc z Żydowskiego Instytutu Historycznego (transmisja z 17 kwietnia 2024 r.). Już sam opis wydarzenia wywołał u mnie pierwsze zaskoczenie i niepokój. Również autorka zaczęła wykład, cytując słowa Marka Edelmana z książki Hanny Krall: „Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem? Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy”. To postawienie sprawy – sugestia, że Anielewicz mógł być jedynie „bohaterem z przypadku” – nadało oczywiście ton całemu wystąpieniu. Słuchając dr Ferenc, odniosłem wrażenie, że nie jest to próba rzetelnej rekonstrukcji biografii, lecz kontynuacja specyficznej linii narracyjnej zapoczątkowanej przez Edelmana i Krall. Ferenc zamiast badać postać Komendanta, zdaje się go deprecjonować. Po dwukrotnym, uważnym wysłuchaniu wykładu, mój niepokój zamienił się w irytację. Odniosłem wrażenie, że zaprezentowana treść to w dużej mierze dezinformacja, dążąca do podobnego celu co wspomniana publikacja Krall – dekonstrukcji bohatera za pomocą starannie dobranych, często trywializujących detali. Poniżej przedstawiam moje kluczowe spostrzeżenia dotyczące tej narracji. Mechanizm tworzenia „nowej narracji” – dr Ferenc na Youtube – 17 kwietnia 2024 albo jak sposób narracji wpływa na ocenę moralną postaci historycznych. Nowa Epidemia dezinformacji - Tamże. |
Dr Ferenc operuje podczas całego wykładu dwoma wersjami różnych wypadków lub dokumentów, by osiągnąć konkretny efekt psychologiczny. Historia bojownika Mojlecha Perelmana. Ferenc poświęca temu wątkowi prawie 9 minut. Aż siedem minut to relacja Maszy Glajtman pisana podobno 50. lat po Powstaniu – w której Anielewicz jawi się jako bezduszny dogmatyk odbierający rannemu bohaterskiemu bojownikowi Perelmanowi pistolet. Następnie relacjonuje przez zaledwie dwie minuty wspomnienie bardziej wiarygodnej wersji Tuvii Borzykowskiego.
Ten system to klasyczny zabieg retoryczny. Słuchacz opuszcza wykład z utrwalonym obrazem dowódcy, który złamał elementarną solidarność bojową. Pamięta się oczywiście wątek dramatu Perelmana, płonącego żywcem w kamienicy przy Muranowskiej 37. To dodaje historii dr Ferenc (Maszy Glajtman) ciężaru emocjonalnego, który w dramatycznym przedstawieniu podczas wykładu obciąża bezpośrednio Anielewicza. Sugestia jest jasna: odbierając pistolet (według Glajtman), Anielewicz odebrał koledze „łaskę” samobójstwa przed śmiercią w ogniu. Fakt, że dr Ferenc przyznaje po chwili, iż nie wiadomo, kiedy dokładnie dom podpalono (co dopuszcza możliwość, że Perelman zmarł wcześniej), brzmi jak słabe alibi. Obraz „płonącego chłopaka bez broni” został już w głowach słuchaczy zaszczepiony.
Termin „Meandry pamięci”, ukuty przez Marię Ferenc w kontekście Mordechaja Anielewicza i śmierci Perelmana, budzi u mnie jednoznaczne skojarzenie: z rzeką Utratą w Żelazowej Woli. Ta malownicza z pozoru struga, opływająca dom Chopina, to w rzeczywistości cuchnący ściek. Przez dekady degradowana przez fabryczne zrzuty i niewydolne systemy, dziś – jako leniwy, nizinny dopływ Bzury – jedynie uwalnia odrażający fetor siarkowodoru.
Narracje dr Ferenca o komendancie Żydowskiej Organizacji Bojowej przypominają nurt Utraty: niby płynie, niby meandruje między wyjaśnieniami a kontekstami, ale pod spodem kryje się ten sam osad. Niezależnie od prób „obiektywizacji” czy pozornego negowania zarzutów, finał każdego wątku pozostawia po sobie nieznośny, toksyczny odór, którego nie da się zignorować.
Opisana metoda dr Ferenc polega na systematycznym „zdejmowaniu Anielewicza z pomnika”. Wprowadzając podwójne mikrohistorie, autorka za każdym razem stawia Anielewicza w niekorzystnym świetle, by następnie tylko pozornie te zarzuty podważyć. Wie bowiem, że odbiorca zapamięta „zapach ryby” i emocjonalny koszt decyzji dowódczych, a nie naukowe zastrzeżenia.
W tej narracji Anielewicz staje się postacią pełną sprzeczności, niemal przypadkową. Podkreślanie dwudniowego epizodu z mundurem Betaru przy jednoczesnym pomijaniu jego aktywnego oporu przeciwko bojówkom ONR czy protestu w szkole przeciwko wizycie Goebbelsa w Warszawie, wskazuje na pewną „wybiórczą amnezję”. Celem zdaje się być stworzenie nowej, odmitologizowanej narracji, która jednak w swojej metodzie staje się równie subiektywna co mity, z którymi próbuje walczyć.
Mikrohistoria - Warzywa to nie ryby
Pierwsza mikrohistoria (właściwie makrohistoria), od której Ferenc zaczyna swój wykład, to legenda o czerwonych malowanych przez Anielewicza skrzelach ryb. Legenda narodziła się i utrwaliła w literaturze oraz świadomości historycznej ponad 30 lat po wojnie. Po kolorowym opowiadaniu dr. Ferenc o czerwonych rybich skrzelach przychodzi, druga część tej mikrorelacji. Dzięki relacjom osób, które znały Anielewicza w czasach przedwojennych, dowiadujemy się, że rodzina Anielewiczów prowadziła mały sklep z warzywami, a nie rybami. Choć młody Mordechaj pomagał matce w handlu, to cała opowieść o malowaniu skrzeli czerwoną farbą, by ryby wyglądały na świeżo złowione, jest po prostu nieprawdziwa. Ferenc nie komentuje jednak tego tak rozpowszechnionego kłamstwa pary Krall/Edelman. „Komunizm” Anielewicza i Haszhomer Hacair
W swoim wykładzie Ferenc próbuje przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – wszystko, aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to, niezbyt naukowe, ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem (31 stycznia 1943) na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Po całkowitej kapitulacji Niemców pod Stalingradem dnia 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim i wyzwoleniu, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Początek wykładu Ferenc to cytat od Edelmana i informacja błędna, że Edelman był jednym z zastępców Anielewicza. Dlaczego właśnie Anielewicz był komendantem? Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy” – mówił po latach reporterce Hannie Krall Marek Edelman. Czy Anielewicz był tylko bohaterem z przypadku? A może człowiekiem, w którym wojenna sytuacja wyzwoliła talent przywódczy i siłę? Co tak naprawdę wiemy o jego życiu i wyborach, których dokonywał? Jak z chłopca wychowanego na biednym warszawskim Powiślu, jednego z wielu lokalnych liderów Ha‑Szomer ha‑Cair, stał się „Anielewiczem”, którego historię znamy dziś?
Największą popularność ta anegdota zyskała dzięki książce Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" (1977). Ta właśnie pozycja, wydana zaledwie kilka lat po pomarcowej emigracji Żydów z Polski, wprowadziła tę kłamliwą legendę do powszechnej świadomości.
Już po pierwszym wydaniu książki przyjaciel Anielewicza z czasów przedwojennych (mieszkali obok siebie na Powiślu, przy ulicy Solec 113) napisał list wyjaśniający tę kwestię. Hanna Krall, zamiast sprostować tę informację i zatrzymać legendę, która krzywdziła nie tylko pamięć o Anielewiczu, ale i cały ruch syjonistyczny w Polsce, powielała tę bzdurę w kolejnych wznowieniach. Do 1982 roku książka miała już 22 wydania, a mit żył własnym życiem.
„Poisoning the Well” to metoda propagandy, w której prelegent od samego początku atakuje i dyskredytuje postać bohatera, zanim jeszcze dojdzie do merytorycznej dyskusji o faktach. To wyjątkowo perfidny mechanizm: gdy słuchacz zaakceptuje pierwszą, kłamliwą etykietę, każda późniejsza informacja o bohaterstwie Anielewicza jest już skażona. Następuje paraliż krytycznego myślenia. Prawda historyczna przestaje mieć znaczenie, bo „źródło” (postać Anielewicza) zostało zdyskredytowane już na samym początku wykładu.
Serwowana po takim „zatruciu” zakamuflowana prawda służy wyłącznie jako alibi. Jest dla dr Ferenc tarczą przed zarzutem o kłamstwo – w razie krytyki może odpowiedzieć: „Przecież nie pominęłam faktów o walce w getcie”. W rzeczywistości jednak te wybiórcze fakty są podawane tak, aby wspierały wcześniej postawioną, fałszywą tezę. Stosowanie tej metody wobec Anielewicza to czysta manipulacja. Np. opisane powyżej, nadawanie mu etykiet komunistycznych w realiach 1943 roku, gdy jedyną alternatywą do radzieckiej ofensywy i wyzwolenia był dym z krematoriów. "Komunizowanie Anielewicza" to cyniczna próba pisania historii na nowo, na potrzeby dzisiejszej polityki. Kontekst oczekiwania na Armię Czerwoną jako jedyną realną siłę wyzwoleńczą był wtedy dla Żydów zamkniętych w gettach i obozach oczywisty. W narracji dr Ferenc ten „komunizm” Anielewicza i Haszhomer Hacair jest bardziej analizowany jako element ideologii ruchu młodzieżowego niż jako geopolityczny pragmatyzm, co może faktycznie spłycać ówczesną perspektywę bojowników.
Już po pierwszym wydaniu książki przyjaciel Anielewicza z czasów przedwojennych (mieszkali obok siebie na Powiślu, przy ulicy Solec 113) napisał list wyjaśniający tę kwestię. Hanna Krall, zamiast sprostować tę informację i zatrzymać legendę, która krzywdziła nie tylko pamięć o Anielewiczu, ale i cały ruch syjonistyczny w Polsce, powielała tę bzdurę w kolejnych wznowieniach. Do 1982 roku książka miała już 22 wydania, a mit żył własnym życiem.
„Poisoning the Well” to metoda propagandy, w której prelegent od samego początku atakuje i dyskredytuje postać bohatera, zanim jeszcze dojdzie do merytorycznej dyskusji o faktach. To wyjątkowo perfidny mechanizm: gdy słuchacz zaakceptuje pierwszą, kłamliwą etykietę, każda późniejsza informacja o bohaterstwie Anielewicza jest już skażona. Następuje paraliż krytycznego myślenia. Prawda historyczna przestaje mieć znaczenie, bo „źródło” (postać Anielewicza) zostało zdyskredytowane już na samym początku wykładu.
Serwowana po takim „zatruciu” zakamuflowana prawda służy wyłącznie jako alibi. Jest dla dr Ferenc tarczą przed zarzutem o kłamstwo – w razie krytyki może odpowiedzieć: „Przecież nie pominęłam faktów o walce w getcie”. W rzeczywistości jednak te wybiórcze fakty są podawane tak, aby wspierały wcześniej postawioną, fałszywą tezę. Stosowanie tej metody wobec Anielewicza to czysta manipulacja. Np. opisane powyżej, nadawanie mu etykiet komunistycznych w realiach 1943 roku, gdy jedyną alternatywą do radzieckiej ofensywy i wyzwolenia był dym z krematoriów. "Komunizowanie Anielewicza" to cyniczna próba pisania historii na nowo, na potrzeby dzisiejszej polityki. Kontekst oczekiwania na Armię Czerwoną jako jedyną realną siłę wyzwoleńczą był wtedy dla Żydów zamkniętych w gettach i obozach oczywisty. W narracji dr Ferenc ten „komunizm” Anielewicza i Haszhomer Hacair jest bardziej analizowany jako element ideologii ruchu młodzieżowego niż jako geopolityczny pragmatyzm, co może faktycznie spłycać ówczesną perspektywę bojowników.
| Wywiad w Gazecie Wyborczej z dr. Ferenc, która zbiera materiały do biografii komendanta ŻOB, Mordechaja Anielewicza. Oprócz trochę specjalnego tytułu podobiznę komendanta bezprawnie "zdobi" gwiazda Dawida z Getta Łódzkiego. |
***********************************************************
Prawda o strukturze ŻOB: Diagnoza manipulacji
Współczesna „infiltracja patogenna” polskiej pamięci polega na świadomym zacieraniu struktury ścisłego dowództwa ŻOB kosztem wykreowanego po latach wizerunku opartego na jednej osobie. Instytucje takie jak Muzeum Polin oraz polska prasa od dekad promują niemal wyłączny kult Marka Edelmana, który w rzeczywistości był odpowiedzialny tylko za jeden z trzech głównych obszarów walki. Ten proces rekonstrukcji historii i budowania nowego mitu nabrał tempa wraz z powstaniem organizacji KOR (Komitetu Obrony Robotników), a dziś – po 80 latach – ewoluuje w stronę teorii, które de facto zmieniają historię Powstania nie tylko w Polsce, ale i w skali światowej.
Niezaprzeczalne fakty dotyczące struktury ŻOB z kwietnia 1943 roku są jednak jednoznaczne:
- Dowództwo (Komenda): Oprócz samej Komendy Głównej, opartej na ścisłym podziale kompetencji (Komendant Główny: Mordechaj Anielewicz; Zastępca Komendanta Głównego: Icchak Cukierman, finanse: Johanan Morgenstern; operacje: Hersz Berliński, itp), reszta dowodzenia miała charakter kolegialny. Decyzje podejmowała grupa liderów z różnych frakcji politycznych (Ha-Szomer Ha-Cair, Dror, Poalej Syjon, PPR, Bund), która selektywnie odpowiadała za trzy sektory bojowe.
- Sektory bojowe: ŻOB liczył 22 grupy bojowe. Grupy Bundu były odpowiedzialne za najmniejszy z trzech obszarów walki – Sektor Szopu Szczotkarzy. Marek Edelman był dowódcą tego sektora i kiedy jego odcinek upadł, wycofał się on do bunkra przy Miłej 18 – ostatniej kwatery głównej w Sektorze Centralnym, podległej bezpośrednio Anielewiczowi.
Mit o „Ostatnim komendancie”: Status ocalałych liderów.
Analiza faktów dotyczących końca walk ŻOB ostatecznie demontuje mit o „ostatnim komendancie”. Należy jasno powiedzieć: wyjście Marka Edelmana z getta nie było aktem dowódczym, lecz operacją ratunkową zorganizowaną przez Symchę Ratajzera („Kazika”). Powstanie dla struktur ŻOB zakończyło się de facto 8 maja 1943 roku wraz z upadkiem kwatery głównej na Miłej 18 i śmiercią Mordechaja Anielewicza. Współczesne „trędowate narracje” próbują sugerować, że to właśnie w mroku kanałów Marek Edelman został „Komendantem”. Jest to historyczny absurd. Po śmierci Anielewicza naturalnym Komendantem ŻOB był jego zastępca, Icchak Cukierman, który przebywał po stronie „aryjskiej” jako tzw. przedstawiciel i łącznik.
Próba przeniesienia insygniów dowódczych na Edelmana w trakcie akcji ratunkowej w kanałach pod ulicą Prostą to kolejna „infiltracja patogenna” – tym razem mająca na celu stworzenie żyjącego symbolu na potrzeby powojennej polityki historycznej, kosztem pominięcia faktycznej hierarchii ŻOB.
Kluczowa obserwacja, diagnoza: Edelman stał się dla środowisk opozycyjnych figurą moralną, co sprawiło, że jego wersja historii rozpowszechniona m.in. dzięki książce Hanny Krall stała się „nienaruszalna” ze względów politycznych, a nie historycznych, naukowych.
Budowa mitu: Od Hanny Krall do Anki Grupińskiej
Pomarcowy proces tworzenia mitu „jedynego sprawiedliwego” nie zakończył się na książce Hanny Krall. Według źródeł z lat 80., książka Zdążyć przed Panem Bogiem miała ponad dwadzieścia wydań, stając się symbolem sukcesu wydawniczego. Kolejny etap tej operacji, implantacji mitu Edelmana, wspierała Anka Grupińska, kolejna z „ulubienic” Edelmana, która swoimi tekstami (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”) pełniła rolę swoistego adwokata i spowiednika, rozgrzeszającego go z historycznych nieścisłości.
Pomarcowy proces tworzenia mitu „jedynego sprawiedliwego” nie zakończył się na książce Hanny Krall. Według źródeł z lat 80., książka Zdążyć przed Panem Bogiem miała ponad dwadzieścia wydań, stając się symbolem sukcesu wydawniczego. Kolejny etap tej operacji, implantacji mitu Edelmana, wspierała Anka Grupińska, kolejna z „ulubienic” Edelmana, która swoimi tekstami (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”) pełniła rolę swoistego adwokata i spowiednika, rozgrzeszającego go z historycznych nieścisłości.
Te nagłe wykreowanie Edelmana na centralną postać polityczną wywołało falę oburzenia wśród dawnych bojowników i emigrantów z lat 1946, 1956 oraz 1969. Dla ludzi, którzy znali prawdę o strukturze ŻOB, bzdury produkowane przez Edelmana były nie do zaakceptowania. Symboliczna scena rozegrała się w 1988 roku w Izraelu, w kibucu Lochamej Ha-Geta’ot (Bojowników Gett). Podczas spotkania z redaktorką Grupińską jedna ze starszych, siwych kobiet, dobrze pamiętająca tamte czasy, wstała i zapytała z wyrzutem:
„O co temu Markowi chodzi? Czy on chce zostać Chrystusem wszystkich Polaków?”.
To pytanie uderza w samo sedno. Edelman – świadomie lub nie – wszedł w rolę, która była potrzebna polskiej narracji: bohatera, który wybacza i legitymizuje nową wersję historii.
Sama Grupińska w swoich wywiadach przyznawała, że mit Edelmana stał się faktem dokonanym. Pytała go wprost:

Weryfikacja faktów vs. Wikipedia. Założyciele ŻOB (28 lipca 1942). – Edelman nie był w pierwszej grupie założycielskiej. ŻOB powołały organizacje syjonistyczne (Haszomer Hacair, Dror, Akiba). Bund, do którego należał Edelman, dołączył do struktur bojowych (Komisji Koordynacyjnej) dopiero w październiku 1942 roku. Wtedy jednak Edelman nie wszedł do dowództwa ŻOB jako przedstawiciel Bundu. Berk Sznajdmil był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku. Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Prawdą jest natomiast, że Edelman dowodził w sektorze Szopu szczotkarzy (rejon ulic Świętojerskiej, Wałowej i Franciszkańskiej). Określenie "Ostatni Komendant" jest największym mitem. Historycznie dowództwo ŻOB po śmierci Anielewicza (8 maja 1943) przestało istnieć jako scentralizowana struktura. Nie wybrano nowego komendanta głównego. Tytułowanie Edelmana „ostatnim komendantem” (również przez Michała Trębacza) nie jest faktem wojskowym.
Czerwony Anielewicz
Po kapitulacji Niemców 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
„Marku, czy zdajesz sobie sprawę, jak wielkie znaczenie tu, w Polsce, miała książka Hanki Krall? Poprzez tę książkę zaistniałeś w świadomości wielu. Ta książka w pewnym sensie stworzyła twój obraz”.
To wyznanie jest gorzkim potwierdzeniem mojej diagnozy o infiltracji patogennej. Edelman nie zaistniał w świadomości Polaków dzięki rzetelnym badaniom historycznym czy dokumentom ŻOB, lecz dzięki literackiej kreacji, która po 1968 roku stała się „prawdą objawioną”. Dla tych, którzy cenią rzetelność, jest to prawda tragiczna: obraz bohatera został „stworzony” na potrzeby rynku opinii, zastępując fakty, za które inni – jak Anielewicz czy Cukierman – płacili najwyższą cenę milczenia i zapomnienia.

Weryfikacja faktów vs. Wikipedia. Założyciele ŻOB (28 lipca 1942). – Edelman nie był w pierwszej grupie założycielskiej. ŻOB powołały organizacje syjonistyczne (Haszomer Hacair, Dror, Akiba). Bund, do którego należał Edelman, dołączył do struktur bojowych (Komisji Koordynacyjnej) dopiero w październiku 1942 roku. Wtedy jednak Edelman nie wszedł do dowództwa ŻOB jako przedstawiciel Bundu. Berk Sznajdmil był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku. Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Prawdą jest natomiast, że Edelman dowodził w sektorze Szopu szczotkarzy (rejon ulic Świętojerskiej, Wałowej i Franciszkańskiej). Określenie "Ostatni Komendant" jest największym mitem. Historycznie dowództwo ŻOB po śmierci Anielewicza (8 maja 1943) przestało istnieć jako scentralizowana struktura. Nie wybrano nowego komendanta głównego. Tytułowanie Edelmana „ostatnim komendantem” (również przez Michała Trębacza) nie jest faktem wojskowym.
Posłowie Michała Trębacza obecnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego) trafia w sedno manipulacji pamięcią:Narracja partyjna: Przyznanie się Edelmana, że pisał, by „syjoniści dostali w dupę”, demaskuje Getto walczy jako tekst programowy Bundu. Chodziło o pokazanie, że to Bund (socjaliści), a nie tylko syjoniści, był siłą sprawczą oporu.
Obiektywizm vs. "Prawda, ale nie do końca": Edelman w rozmowie z Anką Grupińską (autorką książki Ciągle po kole) sam przyznał się do selektywności. Jak zauważasz, książka napisana w 1945 roku była „raportem” – a raporty wojenne mają konkretny cel polityczny i propagandowy.
To pewien paradoks, że badacz tej klasy co Michał Trębacz, w tym samym tekście, w którym cytuje Edelmana przyznającego się do stronniczości, nadal używa wobec niego nienależnego mu tytułu „ostatni komendant”. To pokazuje, jak głęboko współczesna polska publicystyka zakorzeniła ten błąd.
Obiektywizm vs. "Prawda, ale nie do końca": Edelman w rozmowie z Anką Grupińską (autorką książki Ciągle po kole) sam przyznał się do selektywności. Jak zauważasz, książka napisana w 1945 roku była „raportem” – a raporty wojenne mają konkretny cel polityczny i propagandowy.
To pewien paradoks, że badacz tej klasy co Michał Trębacz, w tym samym tekście, w którym cytuje Edelmana przyznającego się do stronniczości, nadal używa wobec niego nienależnego mu tytułu „ostatni komendant”. To pokazuje, jak głęboko współczesna polska publicystyka zakorzeniła ten błąd.
Czerwony Anielewicz
Wielu młodych badaczy w Polsce próbuje obecnie przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to jednak ignoruje ówczesne realia strategiczne. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po kapitulacji Niemców 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
Co prawda, a co kłamstwo o Edelmanie na polskiej Wikipedii: Kłamstwo I: W 1942 był wśród założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej (nie był). Prawda I: W 1943 uczestniczył w powstaniu w getcie warszawskim dowodząc powstańcami na terenie tzw. Szopu szczotkarzy. Kłamstwo II: Po śmierci Mordechaja Anielewicza 8 maja został ostatnim przywódcą bojowników ŻOB podczas walk w getcie (nie nie został).
Michał Trębacz napisał Posłowie do nowego wydania Getto walczy (2015) napisanej przez Edelmana w 1945 r. Oczywiście w Posłowiu Edelman jest kilkanaście razy cytowany jako ostatni komendant Powstania, którym nigdy nie był i nigdy nie będzie! Posłowie - urywki:
Michał Trębacz napisał Posłowie do nowego wydania Getto walczy (2015) napisanej przez Edelmana w 1945 r. Oczywiście w Posłowiu Edelman jest kilkanaście razy cytowany jako ostatni komendant Powstania, którym nigdy nie był i nigdy nie będzie! Posłowie - urywki:
Niewątpliwa siła Getto walczy tkwi w oszczędnym języku książki, dodatkowo wzmocnionym trzecioosobową narracją. Wykorzystane środki wywołują u czytelnika wrażenie autentyczności. Pytany po latach przez Ankę Grupińską o cel tego zabiegu, Edelman odpowiadał krótko: „Bo to jest raport. To było pomyślane dla ludzi w Ameryce”. I dopiero dopytywany, dodał: „A w ogóle to chodziło o to, żeby syjoniści dostali w dupę za to, co tutaj wyprawiali: że niby Bund był przeciwny walce”. Mówiąc tak, ostatni komendant powstania oczywiście znacznie pomniejszał znaczenie swojego świadectwa. Z pewnością nie pisał z pozycji partyjnych, raczej starał się przedstawić opisywane wydarzenia możliwie obiektywnie."
Historia opowiadana w Getto Walczy jest jednak subiektywna, na pewno nie obiektywna. Niewątpliwie jednak w chwili pisania książki była głosem w toczącej się wówczas politycznej debacie o pamięci powstania i powstańców i do dzisiaj pozostaje ważnym świadectwem tamtych czasów. Pytany przez Ankę Grupińską, czy mówi jej półprawdy, Edelman odpowiedział: „Nie, całą prawdę, tylko nie do końca. […] Nie możesz obcemu człowiekowi tego wszystkiego opowiedzieć”
Mit Anielewicza o skrzelach, samobójstwie i jego osobie, rozpowszechniany poprzez działalność Edelmana/Kralla, jest od prawie półwiecza głęboko zakorzeniony w świadomości publicznej. Dlatego również w algorytmach AI. Jedynie strategia „Fact-Checking Dialogue” może aktywnie zahamować proces powielania przez AI „trędów" (trendów) historycznych. Poprzez podawanie rzetelnych, archiwalnych źródeł, „Fact-Checking Dialogue”, AI system jest wtedy zmuszony do powrotu do konkretnych źródeł, z których AI czerpie informacje. Np. Pytając AI: „Na podstawie jakiego dokumentu twierdzisz, że Edelman był jedynym dowódcą?” To właśnie w tej metodzie tkwi największa siła w walce z „algorytmicznym kłamstwem”. To prosta, ale potężna forma „cyfrowej higieny pamięci”. Poprzez mechanizm „Fact-Checking Dialogue” jest możliwość zatrzymania źródła infekcji historycznej. Szczególnie że jest wiadome, że mit o Anielewiczu („skrzela”, „samobójstwo”) powstał na styku literatury (Krall) i publicystyki (Edelman/Grupińska). Mit który przez dekady zanieczyszczał dane, którymi dziś karmione są algorytmy AI.
Wymuszaniu „higieny cyfrowej”
Poprzez aktywne kwestionowanie i dostarczanie twardych, archiwalnych dowodów (Raport Stroopa, relacje Tosi Altman, informacja o strukturze ŻOB), system AI jest zmuszony do weryfikacji i powrotu do korzeni prawdy historycznej. To takie immunologiczne tworzenie „cyfrowego antywirusa”. Każda taka interakcja i każdy artykuł oparty na faktach to nowa, zdrowa informacja w sieci, która z czasem pomoże zneutralizować chorobliwe „trędy” historyczne i przebić się przez zafałszowany obraz historii. Systemy AI nie „wiedzą”, co jest prawdą, lecz operują na statystyce najczęściej powtarzanych w sieci fraz. Jeśli przez 50 lat narracja Edelmana/Krall dominowała w mediach, AI uzna ją za „fakt statystyczny”.
Odpowiedzialność instytucji (ŻIH, Muzeum Polin, MPW, i inne)
Największym problemem jest obecnie fakt, że „infekcja” dotarła do instytucji, które powinny być „systemem odpornościowym” historii. Jeśli muzea czy instytuty takie jak ŻIH powielają narrację o „skrzelach”, karmią one algorytmy nowymi, „wysokiej jakości” (według Google/AI) danymi, które niestety tylko utrwalają fałsz.
** Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a Muzeum POLIN (ul. Anielewicza 6) w Warszawie wynosi w linii prostej około 800-900 metrów.
Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a adresem Muzeum Getta Warszawskiego, ul. Zielna 39 w Warszawie wynosi około 1,7 km.
*** Michał Rudawski. Mój obcy kraj? Pamięć Europy. Agencja Wydawnicza Tu, 1996.Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a adresem Muzeum Getta Warszawskiego, ul. Zielna 39 w Warszawie wynosi około 1,7 km.
Cześć Icchaku,
Nie wiem, o czym Ci pisać. Zostawmy tym razem osobiste sprawy. Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje i towarzyszy uczucia. Stało się coś, co przerosło wszystkie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Jeden z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi – ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. Poległ bohaterską śmiercią żołnierza przy karabinie maszynowym.
Gdy nadeszły do mnie wczoraj wiadomości, że towarzysze z PPR zaatakowali Niemców, i że radiostacja „Świt” nadała wspaniałą informację o naszej samoobronie miałem uczucie, że spełniliśmy swe zadanie. Co prawda dużo jeszcze pracy przed nami, ale wszystko, co zrobiliśmy do tej pory, zrobiliśmy najlepiej jak można.
Od dziś wieczór przestawiamy się na działalność partyzancką. W nocy wychodzą trzy nasze oddziały. Mają dwa zadania: zbrojny zwiad i zdobycie broni. I wiedz – pistolet nie ma żadnej wartości, prawie nim nie posługiwaliśmy się. Potrzebne są nam: granaty, karabiny, karabiny maszynowe i materiały wybuchowe.
Nie mogę ci opisać warunków, w jakim żyją Żydzi. Tylko nieliczni wytrzymają. Cała reszta wcześniej czy później zginie. Los jest przypieczętowany. W bunkrach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można zapalić w nocy świecy, bo brakuje powietrza... Z wszystkich oddziałów w getcie zginął tylko jeden człowiek: Jechiel. To też jest zwycięstwo. Nie wiem, co jeszcze ci napisać. Wyobrażam sobie, że pytanie goni pytanie. Ale tym razem, proszę, spróbuj zadowolić się tym.
Sytuacja ogólna: wszystkie warsztaty w getcie i poza nim zostały zamknięte, wyłączywszy „Werterfassung”, „Transavia” i „Daring”. O sytuacja u Schultza i Többensa nie mam żadnych wiadomości. Przerwany kontakt. Warsztat szczotkarzy płonie od trzech dni. Nie mam łączności z oddziałami. Jest dużo pożarów w getcie. Wczoraj palił się szpital. Budynki są w płomieniach. Policja została rozwiązana, wyłączywszy „Werterfassung”. Szmerling znów wypłynął na powierzchnię. Lichtenbaum został zwolniony z Umschlagu. Niewielu ludzi wywieziono z getta. Inaczej wygląda sytuacja w szopach. Szczegółów nie znam. Za dnia siedzimy w kryjówkach. Bądź zdrów, mój drogi. Być może jeszcze się zobaczymy. Najważniejsze, że marzenie mojego życia spełniło się. Dane mi było zobaczyć żydowską obronę w getcie – w całej jej wielkości i chwale.”
Źródło: Icchak Cukierman „Antek”, „Nadmiar pamięci. (Siedem owych lat. Wspomnienia 1939-1946”, Warszawa 2000, s. 256-257. W tych wspomnieniach Cukiermana wydanych przez PWN jest samowolnie dodany "Przypis" o Edelmanie jako zastępcy komendanta.
******* Emanuel Ringelblum napisał o Mordechaju Anielewiczu:
„Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie getta i szopów, był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji getta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie nawet znał miejsca ich wiecznego spoczynku.
Po szeregu bohaterskich czynów w styczniu i kwietniu 1943 roku zginął w parę tygodni po rozpoczęciu akcji kwietniowej w schronie o 5-ciu wejściach, uduszony gazami, które Niemcy wprowadzili przed wkroczeniem do schronu z 5-ciu stron”.
„Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie getta i szopów, był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji getta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie nawet znał miejsca ich wiecznego spoczynku.
Po szeregu bohaterskich czynów w styczniu i kwietniu 1943 roku zginął w parę tygodni po rozpoczęciu akcji kwietniowej w schronie o 5-ciu wejściach, uduszony gazami, które Niemcy wprowadzili przed wkroczeniem do schronu z 5-ciu stron”.




