 |
| Zielona nać marchewki czy Czerwone malowane skrzela ryby - Gdy Anielewicz był komendantem Powstania w Getcie Warszawskim - tytuł mojego dzisiejszego wpisu na blogu jest naprawdę trochę sarkastyczny. |
 |
| Powstanie w Getcie Warszawskim, 1943 rok. |
Zielona nać marchewki czy Czerwone malowane skrzela ryby - Gdy Anielewicz był komendantem Powstania w Getcie Warszawskim - tytuł mojego dzisiejszego wpisu na blogu jest naprawdę trochę sarkastyczny.
Tak, mój dzisiejszy tytuł jest nieco sarkastyczny, ale sprawa jest poważna.
Po pierwsze: był tylko jeden Komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej i przywódca powstania w getcie warszawskim – Mordechaj Anielewicz. Poległ on wraz ze swoimi wiernymi towarzyszami w bunkrze przy Miłej 18, 8 maja 1943 roku.
Po drugie: legenda o czerwonych skrzelach narodziła się i utrwaliła w literaturze oraz świadomości historycznej ponad 30 lat po wojnie. Dzięki relacjom osób, które znały Anielewicza w czasach przedwojennych, wiemy jednak, że rodzina Anielewiczów prowadziła mały sklep z warzywami, a nie rybami. Choć młody Mordechaj pomagał matce w handlu, opowieść o malowaniu skrzeli czerwoną farbą, by ryby wyglądały na świeżo złowione, jest po prostu nieprawdą.
Największą popularność zyskała ta anegdota dzięki książce Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" (1977). Ta właśnie pozycja, wydana zaledwie kilka lat po pomarcowej emigracji Żydów z Polski, wprowadziła tę kłamliwą legendę do powszechnej świadomości.
Już po pierwszym wydaniu książki przyjaciel szkolny Anielewicza z czasów przedwojennych (mieszkali również obok siebie na Powiślu, przy ulicy Solec 113) napisał list wyjaśniający tę kwestię. Hanna Krall, zamiast sprostować tę informację i zatrzymać legendę, która krzywdziła nie tylko pamięć o Anielewiczu, ale i cały ruch syjonistyczny w Polsce, powielała tę bzdurę w kolejnych wznowieniach. Do 1982 roku książka miała już 22 wydania, a mit żył również własnym życiem.Jak widać, wystarczy jedno "literackie niedopatrzenie", by z bohatera narodowego uczynić w powszechnej świadomości drobnego oszusta. Czy literatura faktu ma prawo do takich uproszczeń kosztem prawdy o człowieku? Powtarzanych uproszczeń! To typowy mit historyczny, który mimo dowodów na jego nieprawdę wciąż ma się świetnie w radiu, telewizji, gazetach, podręcznikach i wśród nowej generacji historyków.
Mit o malowanych skrzelach to dowód na to, jak wielką siłę ma słowo pisane (czytaj: propaganda) i jak wielka odpowiedzialność spoczywa na autorze. Według mnie Hanna Krall powinna była poprawić ten błąd natychmiast po interwencji przyjaciela Anielewicza!
Wielu zadaje sobie pytanie: czy to tylko literackie niedopatrzenie? Moim zdaniem sprawa ma drugie dno. Widzę w tym świadomą próbę dekonstrukcji postaci Anielewicza podjętą przez Marka Edelmana i kontynuowaną do dzisiaj. Edelman, jako jedyny ocalały z dowództwa ŻOB, stał się po emigracji Żydów z Polski w 1969 roku głównym, niepodważalnym narratorem powstania. Cywia Lubetkin zmarła w 1978 roku. Icchak Cukierman przeżył ją o trzy lata. Zmarł 17 czerwca 1981 r.
Poprzednio, przez lata, Edelman musiał mierzyć się z osobą, a potem legendą Anielewicza – lidera, któremu w wielu aspektach nie mógł dorównać.
Wprowadzenie do opowieści tak małostkowego i dwuznacznego moralnie wątku jak oszukiwanie na „malowanych rybach” wygląda na wyrachowaną zemstę na rywalu politycznym i ideowym. Uderzając w wizerunek młodego Mordechaja, Edelman próbował sprowadzić bohatera z pomnika na poziom bazarowego cwaniaczka. W kontekście tragedii getta i heroizmu Miłej 18 jest to wyjątkowo bolesne.
Dlaczego przez dziesięciolecia pozwalaliśmy na to, by tak ważna postać była definiowana przez kłamliwą anegdotę? Czy to możliwe, że osobiste animozje i polityczne podziały (Bund kontra syjoniści) przetrwały nawet śmierć w bunkrze na Miłej 18?
Nieswojo czuł się tylko wówczas, gdy trzeba było strzelać. Był człowiekiem romantycznym – wspominał w tak swoisty sposób Icchaka Cukiermana Marek Edelman. Znów osobiste animozje podobne do tych w stosunku do Mordechaja Anielewicza?
A z tego wszystkiego zostanie jeden Anielewicz, bo w historii nie zostaje tych dziesięciu […]. Tylko ten jeden. Z getta zostanie Anielewicz. I on jest symbolem - to inny cytat z książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem” i jest oczywiście znów wypowiedzią, opinią Marka Edelmana. To, że Edelman podkreśla w nim, że historia zapamiętuje jednostkowe symbole, czyniąc Mordechaja Anielewicza – komendanta ŻOB – bohaterem, odczuwam jako strach nękający Edelmana, że on zostanie zapomniany (dlatego prawdopodobnie powstała ta dyktowana książka).
Zazdrość Edelmana, jeżeli chodzi o znane osoby w Getcie Warszawskim, nie ma granic. W internecie są filmiki i wywiady Marka Edelmana o Korczaku. W nich mnóstwo nieścisłych i mijających się z prawdą informacji, oczywiście poprzeplatanych z prawdziwymi faktami! No i krzyki Edelmana, gdy reporterka mu nie przytakiwała na czas. Podobnie jak z Anielewiczem, Marek Edelman często podkreślał, że choć Janusz Korczak stał się symbolem i legendą, nie był jedynym opiekunem, który zdecydował się towarzyszyć dzieciom w drodze do Treblinki. Jego niechęć do Korczaka mogła wynikać z faktu, że Korczak był postacią wszystkim znaną, apolityczną i „świętą”, co drażniło Edelmana. Edelman, jako goniec szpitala, trzymał stronę dr Anny Braude-Hellerowej, która była legendarną postacią Bundu (partii Edelmana). Konflikt o zasoby w getcie był tragiczny – Korczak walczył o każdą kalorię dla dzieci, nie tylko dzieci w Domu Sierot, lecz również w innych zakładach. Edelman zapamiętał widocznie uwagi Braude-Hellerowej na temat Korczakato jako „awanturnictwo”, podczas gdy była to desperacka walka o życie wszystkich dzieci.
Poniżej krótki transkrypt z wypowiedzi Edelmana o Korczaku z filmiku na internecie.
Zaznaczone kolorem są tylko jego największe bzdury!
Korczak to też miał taki pomysł, był bardzo genialnym lekarzem, wielkim pisarzem, stworzył wielkie rzeczy, ale jego metoda wychowawcza nam nie odpowiadała.(E-1) W każdym razie dla dzieci ona nie była najlepsza. No była, gdzieś... to karanie było okropne. (E-2) Te sądy, kiedy dziecko na dziecko musi wydać wyrok, kolega, razem przecież pewno psocili i jednego złapali, drugiego nie, więc jeszcze jeden na drugiego wyrok musiał wydawać, już nie umiem powiedzieć, jakie to były kary, bo ja z nim... myśmy mało... nie mieli nic wspólnego. (E-3) Zresztą Korczak był bardzo trudnym człowiekiem, bardzo trudno z nim było mieć wspólnego, bo w czasie wojny, naprzeciwko szpitala Bersohnów i Baumanów, gdzie ja pracowałem, oni mieli swój dom dziecka tam przeniesiony, (E-4) no i zawsze były awantury między nim a naczelnym lekarzem naszym, bo on uważał, że szpital kradnie jedzenie jego dzieciom. (E-5)
E-1. jego metoda wychowawcza nam nie odpowiadała.
Komu "nam" bundowcom czy pedagogom?
E-2. to karanie było okropne
Jakie kary. Korczak był przeciwny wszelakim karom, szczególnie cielesnej!
E-3. już nie umiem powiedzieć, jakie to były kary, bo ja z nim... myśmy mało... nie mieli nic wspólnego
Jedna z niewielu prawd w całym wywiadzie! Korczak i Edelman nie mieli nic wspólnego!
E-4, w czasie wojny, naprzeciwko szpitala Bersohnów i Baumanów, gdzie ja pracowałem, oni mieli swój dom dziecka tam przeniesiony
Dom Sierot to ul. Sienna 16. Natomiast szpital w którym Edelman pracował jako goniec to ul. Sienna ale nr. 60. Daleko i nie naprzeciwko!Twierdzenie, że były „naprzeciwko”, to błąd topograficzny, który często zdarza się w relacjach ustnych po latach, ale tutaj służy Edelmanowi do uwiarygodnienia jego rzekomych obserwacji „awantur”.E-5. szpital kradnie jedzenie jego dzieciom
Tu chodzi o spór między dr Anną Braude-Hellerową (zginęła w kwietniu 1943 roku) i Korczakiem, który domagał się, by komisja zdrowia przy Judenracie i CENTOS dawały więcej pieniędzy na dom przy ul. Dzielnej 39. Braude-Hellerowa była m.in. przewodniczącą Komisji Zdrowia przy Izbie Lekarskiej, ul. Leszno 3. Korczak pisze w Pamiętniku (1942), że umiera w Głównym Domu Schronienia (GDS) przy Dzielnej 39 kilka dziesiątek dzieci dziennie. Uważa, że powinno się im pomóc. Korczak robił wszystko, aby G.D.S. przestał być "umieralnią", "rzeźnią dzieci".
Takich E-.. z numerem jest setki ale chyba te kilka, powyżej dają pełny obraz Edelmana.
Co jest powodem niechęci Edelmana do Korczaka
Przed II wojną światową Korczak był znany jako świetny wykładowca na temat Eretz Israel. Pisał także w gazetach 'Droru' i 'Haszomer Hacair'. Bursiści w Domu Sierot byli najczęściej członkami Haszomer Hacair i wielu z nich wyjeżdżało na stałe do Eretz Israel. To mógł być pierwszy zalążek nienawiści Edelmana, ponieważ był on zwolennikiem Bundu.
Masowy kult żonkila Edelmana - mechanizm tworzenia "tradycji wynalezionej".
Proces powstawania żonkilków można podzielić na trzy etapy:
1. Etap literacki (od lat 70.)Zanim żonkile stały się masowym symbolem, pojawiły się w książce "Zdążyć przed Panem Bogiem" (1977). Tam Hanna Krall opisała, że Marek Edelman co roku 19 kwietnia otrzymuje od anonimowego nadawcy bukiet żółtych kwiatów (wymieniane były żonkile, tulipany lub inne kwiaty wiosenne), które składał pod pomnikiem.
2. Etap faktyczny (kilka lat do śmierci Edelmana w 2009 r.)
Przez większość życia Marek Edelman pod Pomnikiem Bohaterów Getta pojawiał się z kwiatami lub pojedynczym kwiatem, najczęściej różą, ale nie była to zorganizowana akcja społeczna. Często były to po prostu kwiaty sezonowe.
3. Etap "marketingowy" i masowy (od 2013 r.)
Prawdziwe "wpychanie" żonkili jako oficjalnego i jedynego symbolu zaczęło się wraz z Akcją Żonkile zainicjowaną przez Muzeum POLIN w 2013 roku. 70. rocznica powstania (2013): To moment przełomowy, kiedy wolontariusze po raz pierwszy zaczęli rozdawać papierowe żonkile na ulicach Warszawy.
Instytucjonalizacja: Muzeum POLIN świadomie wybrało żonkil na symbol akcji, budując markę wokół opowieści o bukiecie Edelmana. Historia, legenda z książki Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem", związek Edelmana z żonkilami, jest co co roku powtarzana jak mantra. Od tego czasu ten żółty kwiat (i Edelman) zdominował przestrzeń publiczną, wypierając w Polsce inne kolory i formy upamiętnienia innych bohaterów Powstania w Getcie Warszawskim.
Mechanizm "mantry": coroczne powtarzanie legendy o anonimowym darczyńcy sprawiło, że stała się ona dla młodego pokolenia faktem historycznym, a nie literackim. Mało kto dziś sprawdza, że w latach 50. czy 60. Edelman pod pomnikiem był postacią raczej socjalnie osamotnioną i politycznie niewygodną.
Czerwony Anielewicz - kontratak pod Moskwą w 1941
Obecnie wielu młodych naukowców w Polsce na wszystkie możliwe sposoby próbuje przedstawiać Mordechaja Anielewicza jako „czerwonego” – zwolennika komunizmu – aby wpisać się w aktualne trendy polityczne. Podejście to, niezbyt naukowe, ignoruje jednak ówczesne realia strategiczne. Realia lat 1941-1943. Bitwa o Stalingrad jest powszechnie uważana za decydujący punkt zwrotny, który zapoczątkował trwałą ofensywę Związku Radzieckiego na zachód, w kierunku Berlina. Choć Armia Czerwona przeprowadziła swój pierwszy udany kontratak pod Moskwą już w 1941 roku, to właśnie zwycięstwo pod Stalingradem (31 stycznia 1943) na stałe przeniosło inicjatywę strategiczną na stronę radziecką.
Po całkowitej kapitulacji Niemców 2 lutego 1943 roku Armia Czerwona nie zatrzymała się; natychmiast podjęła kolejne ofensywy na Zachód. Biorąc pod uwagę, że „drugi front” w Europie Zachodniej nie istniał aż do czerwca 1944 roku, oczekiwanie osób stawiających opór nazistom, że wyzwolenie nadejdzie ze Wschodu wraz z Armią Czerwoną, było logiczne. W kontekście strategicznym lat 1942–1943 oskarżanie Anielewicza o sympatie komunistyczne tylko dlatego, że pokładał nadzieje w zwycięstwie radzieckim, jest z historycznego punktu widzenia nonsensowne.
Mordechaj Anielewicz (przywódca powstania w getcie warszawskim) był członkiem Haszomer Hacair, ruchu syjonistyczno-socjalistycznego. Choć była to formacja lewicowa, istniała ogromna różnica między „syjonizmem socjalistycznym” a „komunizmem radzieckim”. W 1943 roku wspieranie postępów Armii Czerwonej było dla każdego pod okupacją nazistowską kwestią przetrwania i pragmatyzmu, niezależnie od konkretnych poglądów politycznych.
 |
Komendant Żydowskiej Organizacji Bojowej i przywódca Powstania w Getcie Warszawskim – Mordechaj Anielewicz. |
Propaganda „żonkilowska”, która miała (i ma) duży wpływ na współczesne polskie media, okrzyknęła nagle komendantem Marka Edelmana. Już w 2012 roku ukazał się artykuł z fałszywym tytyłem „Komendant. Biografia Marka Edelmana” (V. Ozminkowski, Newsweek.pl, 8.09. 2012).
Niektórzy określają Edelmana tylko „Zastępcą komendanta Powstania w Getcie Warszawskim”. Nie był on nim nigdy! Inni, nazwijmy ich "przebiegli" nazywają Marka Edelmana „Ostatnim przywódcą Powstania w Getcie Warszawskim” którym też nigdy nie był.
Moim zdaniem, to tylko dwa określenia „jeden z ostatnich żyjących członków dowództwa ŻOB” albo „jeden z ostatnich żyjących przywódców Powstania w Getcie Warszawskim” są zgodne z prawdą historyczną, jeżeli chodzi o funkcje podczas Powstania w Getcie Warszawskim!
Założycielami Żydowskiej Organizacji Bojowej byli m.in.: Icchak Cukierman, Cywia Lubetkin, Josef Kapłan i Mordechaj Tanenbaum. Żydowska Organizacja Bojowa powstała 28 lipca 1942, podczas Wielkiej Akcji Deportacyjnej w Getcie Warszawskim.
Dopiero 15 października 1942 r. rozszerzono tzw. pierwszą ŻOB o członków innych partii Poalej Syjon, Organizacji Syjonistycznej, PPR oraz Bund. Utworzono Żydowski Komitet Narodowy (ŻKN), który sprawował polityczne zwierzchnictwo nad ŻOB. Zadaniem ŻKN było reprezentowanie całej ludności żydowskiej m.in. w rozmowach z Armią Krajową.
Do ŻKN akcesu nie zgłosił się Bund, jednak niedługo później partia ta zgodziła się na współpracę z nowo utworzoną Żydowską Komisją Koordynacyjną (ŻKK), która odpowiadała za kierunki działań ŻOB.
Komendantem ŻOB został oficjalnie mianowany Mordechaj Anielewicz. Zmian na stanowisku komendanta i zastępcy komendanta którym był Icchak Cukierman, nie było!
Po tzw. "Emigracji Marcowej" Marek Edelman był związany ze środowiskiem Komitetu Obrony Robotników (KOR) w latach 70. i 80. Wtedy czołowej organizacji opozycji antyustrojowej w PRL, kontynuującej socjalistyczne (nie syjonistyczne) tradycje PPS i Bundu. Wtedy właśnie napęczniała „legenda Edelmana”, i ta pomarcowa nominacja na Komendanta Powstania w Getcie! Wtedy dopisano do jego biografii wiele kontrowersyjnych i fałszywych faktów, które powtarzane są z uporem do dzisiaj!
Co więcej: w tych latach, a właściwie po „Marcu ’68”, gdy Żydzi wyemigrowali z Polski (oficjalnie do Izraela), Edelman zaczął się notorycznie obraźliwie wypowiadać o bohaterskim przywódcy i prawdziwym Komendancie Powstania w Getcie Warszawskim Mordechaju Anielewiczu. Niegodne to i małostkowe.
Warto o tym pamiętać nazywając Edelmana „mistrzem”, „legendarnym przywódcą” „komendantem „ i „moralnym autorytetem”.
Wspominając Anielewicza, Edelman opisał biedę, jaka panowała w rodzinnym domu Mordechaja: „ Jego matka, aby utrzymać rodzinę, sprzedawała ryby na placu, a Mordechaj malował ich skrzela na czerwono, by wyglądały jak świeże.”
Wybór Anielewicza na komendanta skwitował Edelman obraźliwymi słowami: "Bardzo chciał nim być, więc go wybraliśmy". W tym oburzającym wspomnieniu Edelmana, Anielewicz jest przedstawiony jako człowiek mierny, dziecinny i śmieszny. Wielu Żydów, bundowców, pomagało i teraz pośmiertnie pomaga Edelmanowi w tej kampanii.
A może Marek Edelman od początku zazdrościł Mordechajowi Anielewiczowi pozycji i szacunku, jakim był powszechnie darzony? Czy na tej właśnie zawiści Edelman nie zbudował własnego narcystycznego mitu? (z narcyzami)
Legendę Edelmana i zabiegi „żonkilowców”* ewentualnie zweryfikuje historia. Ale już teraz trzeba głośno protestować przeciwko zakłamywaniu dziejów Żydowskiej Organizacji Bojowej i bohaterskich losów poległych, Mordechaja Anielewicza i jego towarzyszy.
Polegli nie mogą się sami bronić. Naszym obowiązkiem jest przywrócić im głos i sprawiedliwość. Programy komputerowe poprawiają błędy językowe i ortograficzne, ale są ślepe na fałszerstwa historyczne, które krążą powielane w nieskończoność i zapadają w świadomość. Świadomość historyczna powinna zostać oczyszczona z kłamstwa!
Niestety nie zaprzeczane opowiadanie Edelmana przekazane przez Krall w jej książce Zdążyć przed Panem Bogiem, która była przez pokolenia literaturą szkolną, tzw. obowiązkową przyczyniło się do pełnej dezorientacji jeżeli chodzi o Powstanie w Getcie Warszawskim. Ta indoktrynacja całego polskiego społeczeństwa to niestety również indoktrynacja młodych pracowników instytutów historycznych i muzeów związanych z zachowaniem pamięci o Zagładzie. Oczywiście, to nie tylko książka Krall i KORowskie wypowiedzi. Stare teksty Edelmana są co roku powtarzane przez Gazetę Wyborczą i Polskie Radio.
Po "Marcu-68", gdy Żydzi w 1969 roku masowo wyemigrowali z Polski (oficjalnie do Izraela), nikt się tym fałszywym faktom, które powtarzane są z uporem do dzisiaj, nie sprzeciwiał. Pomarcowa legenda Edelmana który "Żyda który został" wypłynęła również na powielanie kłamstw zagranicą Polski. Szczególnie po artykule dr. Marci Shore w „The New York Times”, jednej z najbardziej opiniotwórczych gazet na świecie (czytaj, na internecie jako wiarygodna referencja).
Marci Shore, autorka znana z zamiłowania do emocjonalnych „kreatywnych” esejów historycznych młoda badaczka z Yale University opublikowała 18 kwietnia 2013 roku tekst pt. „The Jewish Hero History Forgot” („Zapomniana historia żydowskiego bohatera”)
Artykuł dotyczy samego Edelmana, jego roli w Powstaniu w Getcie Warszawskim oraz jego poglądów politycznych (podczas wojny i po wojnie). Autorka pisze, że w Polsce Edelman powszechnie uważany jest za czołowego bohatera żydowskiego ruchu oporu, a w Izraelu jego biografia wciąż budzi kontrowersje.
Shore broni antysyjonistycznej postawy Edelmana, podkreśla jego heroizm podczas okupacji i jako działacza antykomunistycznego w powojennej Polsce. Mocno akcentuje niezłomność Edelmana jako bojownika i powojennego lekarza, który sprzeciwiał się emigracji ostatnich polskich Żydów.
Tekst budzi mój sprzeciw z paru względów. Sam tytuł artykułu uważam za pierwszą manipulację: mogę wymienić dziesiątki znacznie bardziej zapomnianych żydowskich bohaterów!
Marci Shore uwypukla wszystkie cnoty Edelmana, tak jak to czynią jej polscy koledzy z kręgu „Gazety Wyborczej”, nie pisze natomiast nic o jego kontrowersyjnej postawie wobec towarzyszy broni (np. samego Anielewicza) oraz o jego narcystycznej
Skłonności do przypisywania sobie zasług innych.
Zdaje się, że mit i kult Edelmanowski, rozpowszechniany przez „żonkilowców” tej amerykańskiej badaczki, wcale nie rażą.
Pisząc o serdecznych stosunkach Marka Edelmana z mieszkającymi po wojnie w Izraelu Iccakiem Cukiermanem i Cywią Lubetkin (bojownikami Powstania i założycielami Kibucu imienia Bohaterów Powstania w Getcie Warszawskim), mija to się zwyczajnie z prawdą! Edelman nie utrzymywał z nimi przyjacielskich stosunków.
Ten zręcznie napisany artykuł Shore’a w NYT utrwala wiele historycznych stereotypów i, co gorsze, upowszechnia fałszywe fakty! Dziennikarka – historyk wpisuje się w ten sposób w nierzetelny „kult jednostki” i mitologizację jednego członka Żydowskiej Organizacji Bojowej, kosztem innych! Tego typu publikacje szkodzą świadomości historycznej i zaciemniają rzeczywistość! Marci Shore musiała się zarazić „kultem Edelmana” w Polsce, ale po co przenosi kłamstwa na grunt amerykański i izraelski?
 |
| Rok 1947. Czwarta rocznica Powstania w Getcie Warszawskim. .......W oparciu o budowniczych polskiej demokracji, młodzież żydowska budować będzie nowe konstruktywne życie w Polsce, ręka w rękę z nią żydowska młodzież skieruje żydowski okręt do blokowanych brzegów Palestyny. |
W 1961 r. zeznawał Icchak 'Antek' Cukierman jako świadek na jerozolimskim procesie Eichmanna i to wówczas odczytał list od Mordechaja Anielewicza, który przywódca powstania wysłał do niego 23 kwietnia 1943 r., cztery dni po wybuchu powstania:
Cześć, Icchaku. Nie wiem, o czym ci pisać. Zostawmy tym razem osobiste sprawy. Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje i towarzyszy uczucia. Stało się coś, co przerosło wszystkie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Jeden z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi - ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. Poległ bohaterską śmiercią żołnierza przy karabinie maszynowym. Od dziś wieczór przestawiamy się na działalność partyzancką. W nocy wychodzą trzy nasze oddziały. Mają dwa zadania: zbrojny zwiad i zdobycie broni. I wiedz - pistolet nie ma żadnej wartości, prawie nim nie posługiwaliśmy się. Potrzebne nam są granaty, karabiny, karabiny maszynowe i materiały wybuchowe. Nie mogę ci opisać warunków, w jakich żyją Żydzi. Tylko nieliczni wytrzymają. Cała reszta wcześniej czy później zginie. Los jest przypieczętowany. W bunkrach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można w nocy zapalić świecy, bo brakuje powietrza... Niewielu ludzi wywieziono z getta. Inaczej sytuacja wygląda w szopach. Szczegółów nie znam. Za dnia siedzimy w kryjówkach. Bądź zdrów, mój drogi. Być może jeszcze się zobaczymy. Najważniejsze, że marzenie mojego życia spełniło się. Dane mi było zobaczyć żydowską obronę w getcie - w całej jej wielkości i chwale.
Ringelblum opisał Anielewicza kilkakrotnie:
Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie getta i szopów, był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji getta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie nawet znał miejsca ich wiecznego spoczynku. Po szeregu bohaterskich czynów w styczniu i kwietniu 1943 roku zginął w parę tygodni po rozpoczęciu akcji kwietniowej w schronie o 5-ciu wejściach, uduszony gazami, które Niemcy wprowadzili przed wkroczeniem do schronu z 5-ciu stron.
Rok 1968/1969 (emigracja marcowa). To kluczowy moment, jeżeli chodzi o powstanie legendy i wyciszanie Anielewicza, bo wtedy faktycznie z Polski wyjechało wielu naocznych świadków i działaczy syjonistycznych, co zostawiło Edelmanowi „puste pole” do budowania narracji.