Aby uniknąć chaosu, sklepik był czynny raz dziennie o wyznaczonej godzinie. Dziecko, które spóźniło się lub zapomniało o zakupach, musiało czekać do następnego dnia. Restrykcyjne godziny otwarcia uczyły dzieci planowania własnych potrzeb i dbania o posiadane przedmioty.
Janusz Korczak bywał w sklepiku osobiście; tam przyjmował od dzieci zakłady (np. dotyczące zmiany nawyków), co było specyficzną formą pracy nad charakterem wychowanków.
W okresie głodów, np. podczas pierwszej wojny światowej, "Sklepik" sprzedawał również żywność.
Ida Merżan tak opisała "Sklepik":W sobotę, przed śniadaniem, w małym pokoiku odbywały się zakłady, w tak małym pokoiku, że z trudem przeciskałam się między stołem a oknem, by usiąść na parapecie. Przy stole, za którym leżał wielki dziennik i torebka cukierków, siedział "Pandoktór", po drugiej stronie stołu — dziecko. Do dziennika Korczak notował tylko, czy dziecko wygrało, czy przegrało i ile razy przekroczyło swe zobowiązania. Dziecko stawało przed stołem, prawie zawsze samo. Pan Doktór pytał się beznamiętnie: "O co?". Starsze zawsze pamiętały, dzieci nowe i młodsze nieraz musiały sobie przypomnieć, o co się założyły /o krzyk, o kłamstwo, o mniejszą ilość spraw sądowych, o bicie, przeklinanie, przezywanie/. Dziecko skupia się, przypomina sobie przebieg całego tygodnia, wszystkie porażki, wszystkie zwycięstwa. Ciężka praca dla dziecka! Pan Doktór szanował te duchowe zmagania. Zalecał stopniowanie, doradzał, aby nie brać na siebie zbyt wiele na raz. Nic nie narzucał, był pełen zrozumienia dla słabości, nieraz namawiał, aby rozpocząć od początku... Rozmowa była zawsze krótka. Pan Doktór pytał: „O co się założyłeś?” i sprawdzał w zeszycie. „Ile razy skłamałeś?” A potem ruch ręki po cukierek i żartobliwym lub dodającym otuchy tonem rzeczowo pytał: „Chcesz znów? Ile?” Na każde dziecko pan Doktór patrzył inaczej i mówił innym tonem. Radośnie lub smutno, obojętnie lub życzliwie itp. Tylko jednego tonu brakowało — braku zaufania. Dziecko wiedziało, że Korczak wierzy mu, że nie sprawdza prawdziwości jego wyznań i fakt ten usposabiał do szczerości.Zakład z poszczególnym dzieckiem trwał krótko, ale miał charakter jakiegoś wielkiego aktu, przemiany odbywającej się w dziecku. Fakt, że był dobrowolny, miał duże znaczenie dla tych, którzy tą drogą dążyli do poprawy.Korczak przeżywał te zakłady nie mniej niż dzieci. Widać to było nie tylko po jego twarzy, po sposobie dawania cukierka tym, co wygrali i „cukierka pocieszenia” tym, którzy nie dotrzymali zakładu — ze współczującym spojrzeniem, gdy dziecko przegrało. Milczałam wtedy. Nie odzywał się do mnie, nic nie wyjaśniał, nie tłumaczył, jak to bywało zazwyczaj. Oczywiście na posiedzeniach wychowawczych mówił o wynikach i wnioskach, jakie wyciągał z zakładów dla zespołu i poszczególnych dzieci. Gorąco namawiał bursistów, by zakładali się, ale tylko pojedyncze osoby wyrażały chęć, uważając, że brać zobowiązanie mogą i bez udziału Doktora.Dla Korczaka zakłady były rachunkiem sumienia dziecka. Sprawa sumienia była dlań bardzo ważnym elementem pomagającym człowiekowi w samodoskonaleniu. W 1914 roku pisze z frontu do dzieci i doradza im /było to przed Jom Kipur, dniem pokuty/, by się wyspowiadały u pani Stefy. Może to był zalążek zakładów? W jednym ze Wstępów do „Tygodnika Bursy” wyjaśnia znaczenie spowiedzi jako rachunku sumienia. W getcie wyjaśnia studentowi-listonoszowi znaczenie zawodu sędziego i problem sumienia każdego człowieka. Stąd towarzyszący zakładom nastrój surowej powagi, autentycznego szacunku do dziecka walczącego ze swymi wadami.Po przeprowadzce Domu Sierot to Getta, "Sklepik", który był elementem szerszego systemu samorządności w Domu Sierot, obok sądu koleżeńskiego czy rady samorządowej był również i na Chłodnej 33 i na Siennej 16.
O istnieniu "Sklepiku" w Domu Sierot w Getcie można się dowiedzieć, czytając artykuł Korczaka w tygodniowej gazetce Domu Sierot. "Sklepik" jest wspomniany jako "stół dla sklepiku", który był używany podczas posiłków jako stół jadalny.
Ale oto moje wytłumaczenie:Kiedy zbieram sam, widzę pęknięte talerze, widzę zgięte łyżki, podrapane miseczki. Prędzej uwalniam dla dyżurnych stoły do sprzątania i stół dla sklepiku. Widzę, jak niedbałe stady trochę po arystokracku a trochę po chamsku rozrzucają łyżki, noże, solniczki i kubki, zamiast postawić na miejscu. Czasem zerknę, jak rozdaje się dodatki, albo zobaczę, kto przy kim siedzi — i pomyślę sobie o tym i owym. - Bo kiedy coś robię, to nigdy bezmyślnie. Ta praca kelnera jest dla mnie i pożyteczna i miła i ciekawa.
| Sprawozdanie, Tow. Pomoc dla Sierot 1926. |
