Od Autora
Skąd wziął się pomysł na opracowanie tej książki? Moją intencją było spełnienie marzenia Ojca – bliskiego współpracownika Janusza Korczaka (Henryka Goldszmita), znanego jako „Pan Misza”. Był on jedynym wychowawcą, który 5 sierpnia 1942 roku uniknął deportacji z Domu Sierot do obozu zagłady w Treblince.
Aby zachować pamięć o Korczaku i jego życiu pełnym pasji, Ojciec marzył o wydaniu albumu, w którym dokument, fotografia i rysunek przemawiałyby do odbiorcy silniej niż słowo. Pragnąc jednak przypomnieć wątki z życiorysu Starego Doktora (nie zawsze właściwie interpretowane) oraz losy związanych z nim ludzi, nie ograniczam się wyłącznie do formy albumowej. Chcę, aby ta książka była hołdem, a jednocześnie inspirowała do odkrywania przeszłości. W tym kontekście odczytuję słowa Janusza Korczaka:
„Dumne miejcie zamiary, górne miejcie marzenia... Coś z tego zawsze się stanie...”
Dorastałem w domu przesiąkniętym ideami Korczaka. Były one obecne od rana do nocy, siedem dni w tygodniu, ponieważ moi rodzice, Michał i Zofia Wróblewscy, byli głęboko zaangażowani w tzw. Ruch Korczakowski. Jedyne zdjęcie, które stało u nas w domu w metalowej ramce za szkłem, przedstawiało Janusza Korczaka. Przez wiele lat myślałem, że to mój dziadek – nie wiedziałem tylko, czy ze strony matki, czy ojca. Zadawanie pytań o poprzednie pokolenie było tematem tabu, więc nie pytałem. Spotkania jakiegoś „komitetu”, o których słyszałem często jako dziecko, okazały się zebraniami Komitetu Korczakowskiego, w których Ojciec regularnie uczestniczył. Imiona, które wtedy padały – Igor, Basia, Ela, Szura, Ida i inne – należały do osób, które poznałem wiele lat później: byli to Igor Newerly, Barbara Abramow, Ela Frydman, Aleksander (Szura) Lewin, Ida Merżan czy Stanisław Żemis...
O Domu Sierot po raz pierwszy dowiedziałem się w połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy wybrałem się z Ojcem na ulicę Krochmalną w Warszawie. Trwała tam wówczas przebudowa – wkrótce miał zostać otwarty Państwowy Dom Dziecka (1958). Z późniejszych lat szczególnie zapamiętałem jedną wizytę, gdy w placówce mieszkały już dzieci. Kiedy weszliśmy na podwórko, natychmiast otoczyły mojego Ojca. Zrozumiałem wtedy, że znają go bardzo dobrze. Mnie natomiast traktowały jak intruza. Kiedy Ojciec mówił: „Idę na Krochmalną”, szedł do dawnego Domu Sierot – przy ulicy Krochmalnej 92 (dziś Jaktorowska 6).
Był ostatnim przewodniczącym Komitetu Korczakowskiego, który „rozwiązano” w roku 1968. Polska po raz drugi odwróciła się od Korczaka. W okresie stalinowskim „zawieszono” działalność powołanego w roku 1946 Komitetu Uczczenia Pamięci Janusza Korczaka. Ojciec, przebywając na wymuszonej emigracji, założył w Szwecji Föreningen för Janusz Korczak levande arv – Stowarzyszenie na rzecz żywego dziedzictwa Janusza Korczaka. Do końca pozostał mu wierny.
W moim warszawskim pokoju na półkach wyróżniały się dzieła Korczaka. Czytano mi je i podsuwano do samodzielnej lektury – oczywiście Króla Maciusia Pierwszego, Sławę, Kajtusia Czarodzieja, a jako ostatnią książkę dostałem prawdopodobnie Bankructwo małego Dżeka. Szkoła podstawowa, do której uczęszczałem, nosiła imię Janusza Korczaka. Przy szkole działała drużyna harcerska. Pamiętam, że nosiliśmy białe chusty z niebieskim szlaczkiem. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że mogło to być nawiązanie do barw flagi Izraela.
Przełomowe w moim życiu okazało się lato 1967 roku. To wtedy zdawałem maturę i jednocześnie egzamin na prawo jazdy gdzieś na Pradze – dzielnicy kojarzonej przeze mnie z ZOO, Stadionem X-lecia i Wałem Miedzeszyńskim. Gdy pisałem maturę z języka polskiego w liceum im. Tadeusza Czackiego przy ulicy Karowej 18, przez okna na drugim piętrze widziałem budynek Towarzystwa Higienicznego. To tam, wiele lat wcześniej, swoje odczyty wygłaszał Janusz Korczak (a ja w tej samej sali, w latach pięćdziesiątych, oglądałem poranki filmowe dla dzieci). Potem nadeszły egzaminy na wyższe studia, wakacje i trudne pytanie: obóz pływacki czy wyjazd do Szwecji? Wybór Szwecji był podyktowany narastającą w Polsce napiętą sytuacją polityczną i niepewnością co do przyszłości. Tymczasem w pierwszym tygodniu czerwca 1967 roku rozpoczęła się wojna sześciodniowa w Izraelu. Wybrałem Szwecję. 23 lipca przyjechałem do Sztokholmu. Gdy otworzyłem walizkę, ze zdziwieniem znalazłem w niej ciepłe, białe, zimowe kalesony. Walizkę pakował Ojciec. Te zimowe kalesony w środku lata były dla mnie jasnym sygnałem: „Nie wracaj!”. Za bardzo mnie kochał, by...
Świat „dzieci Korczaka” zrozumiałem dopiero wtedy, gdy zaczęły one odwiedzać Ojca, kiedy byliśmy już całą rodziną w Szwecji. To wówczas dowiedziałem się, że mój Ojciec to „Pan Misza” – tak bowiem zwracano się do niego w Domu Sierot. Poznawałem historię śmierci Korczaka, o której opowiadali mi Rodzice, oraz losy dzieci, które nie przeżyły Zagłady. Właściwie wydawało mi się niemożliwe, by ktoś mógł przetrwać. To „niemożliwe” dotyczyło dzieci z getta warszawskiego. O innych, które wyjechały z Polski przed wojną i ocalały, jeszcze wtedy nie wiedziałem.
Ojciec już nie żył, gdy w Izraelu w roku 1994 poznałem wychowanków oraz osoby pracujące niegdyś na Krochmalnej. Niektórzy z nich mentalnie i emocjonalnie mnie „usynowili”. Dla Ceśki, żony dawnego bursisty Józka Arnona, który w latach trzydziestych wyjechał do Palestyny, stałem się niemal rodzonym synem. Powiedziała mi, że będzie babcią dla moich córek. Także Jakubek Dodjuk, inny wychowanek, traktował mnie jak syna. Już przed wojną mieszkał w Paryżu, gdzie prowadził warsztat galanterii skórzanej. Po wojnie, podczas naszych spotkań w Paryżu i Sztokholmie, on mnie i moim dzieciom za każdym razem dawał w prezencie wykonane przez siebie portmonetki. Mamy je do dzisiaj. Kolejny wychowanek, Szmulek Gogol, przywiózł mojej córce dziecięce organki. To właśnie organki, które otrzymał od Korczaka, pomogły mu przeżyć Auschwitz. Od Szlomy Nadla (przeżył wojnę na Wschodzie) dostałem fotografie, ale przede wszystkim poświęcił mi wiele godzin na rozmowy.
Gdy wspominali mojego Ojca, poczułem bliskość z nimi wszystkimi. Tak szczególnych darów nie otrzymałbym ani ja, ani moje dzieci, gdyby nie bursista – Pan Misza – mój Ojciec a w papierach różnie, m.in. Mojsiej (Mojżesz) Wajserman/Wasserman.
