![]() |
Pałac w Smoszewie – niemy świadek wojennej zawieruchy. Powyższa fotografia z lat 1939–1940 uchwyciła pałac senatora Aleksandra Heimana-Jareckiego w Smoszewie nad Wisłą tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej. Wyraźnie widoczne na zdjęciu zniszczenia i nadpalenia lewego skrzydła budynku to bezpośredni skutek dramatycznych walk o Twierdzę Modlin i Zakroczym. Rejon ten znajdował się w strefie intensywnego ostrzału polskiej artylerii, która do 29 września 1939 roku odpierała napór nacierających wojsk niemieckich. Oryginalna, odnaleziona na odwrocie zdjęcia adnotacja oficerska: „Schloss Smochewo / Quartier des 1. Zuges / 2. u. 3. Zug lag in Wolka”, zdradza precyzyjną strukturę niemieckiego kwaterunku z pierwszej wojennej zimy. W samym pałacu rozlokował się 1. pluton (1. Zug) kompanii piechoty Wehrmachtu, podczas gdy pozostałe dwa plutony zostały wysłane jako ubezpieczenie do sąsiedniej Wólki Smoszewskiej. Użytkownik [ritterswalder], który zabezpieczył to ujęcie, wskazuje na żołnierzy pochodzących z rejonu śląskiego Ritterswalde (dzisiejsza Jasienica Górna), masowo wcielanych w 1939 roku do VIII Korpusu Armijnego, który domykał pierścień okrążenia wokół Modlina. W kolejnych latach okupacji (1941–1943) Niemcy wyremontowali zniszczenia bocznego skrzydła, a cały kompleks zamienili w ekskluzywny, zamknięty ośrodek rekreacyjny i sanatorium dla lotników Luftwaffe. Wybór tego miejsca nie był przypadkowy – wysoka, malownicza skarpa wiślana gwarantowała luksusowy odpoczynek z dala od bombardowanych miast Rzeszy. Koniec niemieckiej sielanki w Smoszewie przyniósł styczeń 1945 roku. Pałac został wyzwolony w trakcie potężnej operacji wiślańsko-odrzańskiej (ofensywy styczniowej), gdy wojska 2. Frontu Białoruskiego (wraz z Polskim wojskiem) z impetem przełamały ufortyfikowaną linię niemieckiego frontu opartego o rzekę Wisłę. Rozbity w puch Wehrmacht uciekał w popłochu na północny zachód, pozostawiając uratowaną przed kompletną destrukcją rezydencję. Zaledwie kilka tygodni po tym, jak umilkły sowieckie i niemieckie działa, w te pokiereszowane przez dwie fale przetaczającego się frontu mury wkroczyła Aleksandra Staszewska (Pani Oleńka) wraz z najmłodszymi sierotami z warszawskiego „Naszego Domu”. To unikalne zdjęcie przypomina nam, z jak surową, wojenną rzeczywistością musiała zmierzyć się ta niezłomna kobieta, by na gruzach dawnego niemieckiego kurortu wybudować wzorowo działający, bezpieczny dom dla bezbronnych dzieci. |
W historii wielkich idei pedagogicznych najjaśniej błyszczą nazwiska liderów, jednak to na barkach ludzi drugiego planu spoczywał codzienny ciężar ich przetrwania. Taką postacią była Aleksandra Staszewska, dla pokoleń bielańskich wychowanków Naszego Domu, po prostu Panna Oleńka. Kiedy w przedwojennych latach wchodziła w progi nowoczesnego gmachu przy Alei Zjednoczenia, wnosiła tam unikalny dla systemu Maryny Falskiej i Janusza Korczaka balans: absolutny rygor organizacyjny połączony z bezgranicznym, matczynym ciepłem. W bielańskiej „dziecięcej republice” uczyła maluchy, że szacunek do własnej i wspólnej pracy, od zmywania podłóg po pisanie protokołów na zebraniach Rady, jest fundamentem ludzkiej godności. Nie wiedziała wtedy, że ten precyzyjnie wypracowany ład stanie się wkrótce jedyną kotwicą w świecie, który runie na ich oczach.
Prawdziwa godzina próby nadeszła 7 września 1944 roku. Upadało Powstanie Warszawskie, a serce Maryny Falskiej pękło na wieść o niemieckim rozkazie natychmiastowej ewakuacji. W ogrodzie, w huku dogasających walk, personel własnoręcznie zbijał trumnę dla kierowniczki z ocalałych desek, a na barki Panny Oleńki spadła odpowiedzialność za los ponad setki przerażonych, osieroconych dzieci. To ona poprowadziła ten tragiczny pochód przez piekło obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie, a następnie, w bydlęcych wagonach, wywiozła ich na kielecczyznę, do wsi Sokolniki koło Jędrzejowa. Ida Merżan, której relacje są najczystszym, bo głęboko osobistym i prawdziwym zapisem tamtych dni, wielokrotnie wspominała nadludzki wysiłek Staszewskiej.
W Sokolnikach panował głód. Dzieci musiały chodzić „na żebry” do okolicznych wsi, by prosić o kęs chleba. Panna Oleńka z bolesnym realizmem musiała wówczas selekcjonować podopiecznych – dzieci o semickim wyglądzie, jak ukrywana pod nazwiskiem Falkowska Hanka Gdalewicz, kategorycznie nie mogły opuszczać zakładu. Staszewska wiedziała, że jedno podejrzliwe spojrzenie, jedna iskra sąsiedzkiego lęku czy niechęci na prowincji mogły przynieść wyrok śmierci na cały zakład. W tym mroku, w środku srogiej zimy 1944/45, Panna Oleńka utrzymała ich przy życiu. Sokolniki zostały oswobodzone spod okupacji niemieckiej w połowie stycznia 1945 roku. Przedtem, gdy duża część jednostek niemieckich cofnęła się na zachód, Panna Oleńka wysłała patrole ze starszych dzieci w poszukiwaniu pozostawionego prowiantu.
Gdy nadeszło wyzwolenie, na początku 1945 roku, zniszczony wojenny gmach na Bielanach nie nadawał się do przyjęcia wycieńczonych dzieci. Losy personelu i wychowanków rozdzieliły się wtedy na dwie równe, bohaterskie ścieżki. Starsza młodzież pod wodzą Zdzisława Sieradzkiego ruszyła do Warszawy, by fizycznie odgruzowywać bielańskie mury. Panna Oleńka-Aleksandra Staszewska podjęła inną, strategiczną decyzję – zabrała dużą grupę najmłodszych, najbardziej poturbowanych przez wojnę dzieci do podwarszawskiego Smoszewa. Tam, w murach przedwojennego pałacu na wysokiej skarpie wiślanej, stworzyła dla nich nową, bezpieczną oazę. Choć niektóre powojenne kroniki widziały w Smoszewie jedynie krótką, tymczasową filię, prawda okazała się znacznie piękniejsza. Pani Oleńka nie wróciła już na stałe na Bielany. Osiadła w Smoszewie nad Wisłą, budując tam od podstaw autonomiczny, wzorowo zorganizowany dom dziecka. Przez całe kolejne dekady powojennego porządku politycznego i społecznego PRL-u, twardo i niezłomnie chroniła tę placówkę, prowadząc ją według najlepszych korczakowskich tradycji i zasad podmiotowości dziecka aż do swojego przejścia na emeryturę. Smoszewo stało się jej życiowym i pedagogicznym pomnikiem.
Dopiero po zakończeniu tej wieloletniej, wyczerpującej służby przy dziecku na prowincji i nadejściu politycznej odwilży po 1956 roku, Pani Oleńka mogła w pełni powrócić do Warszawy i zaangażować się w oficjalny ruch pamięci. Stała się jednym z najcenniejszych filarów nowo powstającego Komitetu Korczakowskiego i Komisji Archiwalnej – dzisiejszego Korczakianum. W tych ostatnich dekadach jej drugim domem stało się archiwum. Weryfikowała fakty, porządkowała dokumenty i ocalała od zapomnienia detale bielańskiej codzienności. To tam, nad pożółkłymi kartami historii, spotykała się z dawnymi przyjaciółmi z czasów przedwojennej borszczyzny, dzieląc pamięć o Starym Doktorze z ludźmi, którzy, tak jak Ida Merzan, Igor Newerly i mój ojciec, Pan Misza-Michał Wróblewski, znali cenę prawdy, rzetelności i wierności dziecku do samego końca. Aleksandra Staszewska odeszła cicho, nie szukając poklasku. Pozostała w pamięci jako ta, która w czasach pogardy i powojennej zawieruchy nie pozwoliła, by zgasło światło „Naszego Domu”.
Prawdziwa godzina próby nadeszła 7 września 1944 roku. Upadało Powstanie Warszawskie, a serce Maryny Falskiej pękło na wieść o niemieckim rozkazie natychmiastowej ewakuacji. W ogrodzie, w huku dogasających walk, personel własnoręcznie zbijał trumnę dla kierowniczki z ocalałych desek, a na barki Panny Oleńki spadła odpowiedzialność za los ponad setki przerażonych, osieroconych dzieci. To ona poprowadziła ten tragiczny pochód przez piekło obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie, a następnie, w bydlęcych wagonach, wywiozła ich na kielecczyznę, do wsi Sokolniki koło Jędrzejowa. Ida Merżan, której relacje są najczystszym, bo głęboko osobistym i prawdziwym zapisem tamtych dni, wielokrotnie wspominała nadludzki wysiłek Staszewskiej.
Gdy nadeszło wyzwolenie, na początku 1945 roku, zniszczony wojenny gmach na Bielanach nie nadawał się do przyjęcia wycieńczonych dzieci. Losy personelu i wychowanków rozdzieliły się wtedy na dwie równe, bohaterskie ścieżki. Starsza młodzież pod wodzą Zdzisława Sieradzkiego ruszyła do Warszawy, by fizycznie odgruzowywać bielańskie mury. Panna Oleńka-Aleksandra Staszewska podjęła inną, strategiczną decyzję – zabrała dużą grupę najmłodszych, najbardziej poturbowanych przez wojnę dzieci do podwarszawskiego Smoszewa. Tam, w murach przedwojennego pałacu na wysokiej skarpie wiślanej, stworzyła dla nich nową, bezpieczną oazę. Choć niektóre powojenne kroniki widziały w Smoszewie jedynie krótką, tymczasową filię, prawda okazała się znacznie piękniejsza. Pani Oleńka nie wróciła już na stałe na Bielany. Osiadła w Smoszewie nad Wisłą, budując tam od podstaw autonomiczny, wzorowo zorganizowany dom dziecka. Przez całe kolejne dekady powojennego porządku politycznego i społecznego PRL-u, twardo i niezłomnie chroniła tę placówkę, prowadząc ją według najlepszych korczakowskich tradycji i zasad podmiotowości dziecka aż do swojego przejścia na emeryturę. Smoszewo stało się jej życiowym i pedagogicznym pomnikiem.
Dopiero po zakończeniu tej wieloletniej, wyczerpującej służby przy dziecku na prowincji i nadejściu politycznej odwilży po 1956 roku, Pani Oleńka mogła w pełni powrócić do Warszawy i zaangażować się w oficjalny ruch pamięci. Stała się jednym z najcenniejszych filarów nowo powstającego Komitetu Korczakowskiego i Komisji Archiwalnej – dzisiejszego Korczakianum. W tych ostatnich dekadach jej drugim domem stało się archiwum. Weryfikowała fakty, porządkowała dokumenty i ocalała od zapomnienia detale bielańskiej codzienności. To tam, nad pożółkłymi kartami historii, spotykała się z dawnymi przyjaciółmi z czasów przedwojennej borszczyzny, dzieląc pamięć o Starym Doktorze z ludźmi, którzy, tak jak Ida Merzan, Igor Newerly i mój ojciec, Pan Misza-Michał Wróblewski, znali cenę prawdy, rzetelności i wierności dziecku do samego końca. Aleksandra Staszewska odeszła cicho, nie szukając poklasku. Pozostała w pamięci jako ta, która w czasach pogardy i powojennej zawieruchy nie pozwoliła, by zgasło światło „Naszego Domu”.


