Sunday, November 30, 2025

Dom Sierot Janusza Korczaka - Skrzynka na Zeszyty bursistów - Pokój środkowy bez okna wg. opisu Pana Miszy!

Dom Sierot - Skrzynka na Zeszyty bursistów - Pokój srodkowy bez okna wg. opisu Pana Miszy!


Pani Stefa:

- Tu w szafce jest taka skrzyneczka z zeszytami bursistów. Może pan w swoim zeszycie notować swoje spostrzeżenia, uwagi, zapytania, a my będziemy w miarę możliwości odpowiadać.

Włożyła okulary. Zrozumiałem, że rozmowa skończona. Wstałem i opuściłem kancelarię.

 

Na sali natknąłem się na chłopaka lat może 11 czy 12. On mnie zagadnął, czy jestem

nowym bursistą. Powiedziałem, że nazywam się Misza. A ja Felek - zakomunikował. Potem, na moją prośbę oprowadzić mnie po Domu Sierot. Zrobił to w tempie nowoczesnego przewodnika. Ja tylko kręciłem głowa w prawo i lewo. Z tego szybkiego zwiedzania - w pamięci utkwił mi stojak ze szczotkami i ścierkami do sprzątania, wystawiony na eksponowanym miejscu przed wejściem do sypialń i pokoik bez okna między sypialniami, gdzie sypiał czasami Pan Doktór - jak stwierdził Felek.

 

Był piątek. Obiad jadłem przy czwartym stole i po raz pierwszy zetknąłem się z siedmiorgiem dzieci w różnym wieku z którymi miałem odtąd zasiadać do posiłków.

Po obiedzie gromada zabrała się do swoich normalnych obowiązków. Dzieci byly jakby na luzie, nazajutrz tj. w sobotę nie miały zajęć w szkole. Wokół mnie, jako nowicjusza zaczęła zbierać się grupka ciekawskich. Pytali się skąd pochodzę, czy umiem grać w szachy, jakie sporty uprawiam itp. Gdy gromada wokół mnie urosła, zaproponowałem zorganizowanie na sali wyścigów.

 

O palmę pierwszeństwa w biegu sztafetowym walczyły dwie drużyny. Po każdej rundzie

pokonani domagali się rewanżu. Nagle bójka 2 uczestników zabawy przerwała wyścigi. Inni skwapliwie skorzystali z okazji i zmęczeni klapnęli, gdzie się dało i przyglądali się bójce. Bójka tak jak niespodziewanie się zaczęła, tak samo nagle się urwała. To było jakby hasłem do wznowienia przerwanej zabawy. Dopiero dzwonek na mycie rąk przed kolacją położył kres ostatniej rundzie.

 

Pan Doktór przez cały czas zabawy siedział z boku przy stole otoczony jak zwykle gromadka dzieci. Jego obecność bardzo mnie krępowała. Na szczęście wydawało mi się, nie zwraca na nas uwagi. Ale wieczorem przy kolacji w "Barze pod schodami" Pan Doktor powiedział:

- Wie pan, to było świetne, doskonałe!.

 Uśmiechnąłem się, udając, że rozumiem, ale naprawdę nie wiedziałem o co chodzi.

- Panie Misza ciągnął Pan Doktór dalej

- Ciekaw jestem, dlaczego pan nie interweniował, gdy doszło do bójki?"

 

Wydawało mi się, że są to zarzuty czy wyrzuty. Chwile trwało kłopotliwe milczenie.

Wreszcie zdobyłem się na odwagę i szczerze powiedziałem:

- Nie nalegałem, by nie przerywali wyścigów, bo byli zmęczeni, zresztą ja sam też. Nie chciałem wtrącać się do bójki, bo z lat chłopięcych pamiętam, że wszelka interwencja w takich wypadkach rozjątrza tylko przeciwników. Poza tym walka nie była groźna, więc sądziłem, że wielkiej krzywdy sobie nie zrobiła...

 

Pan Doktór podrapał się z lekka w łysinę, pogładził brodę i po dłuższej chwili powiedział:

- Jak się jest młodym, to się czuje podobnie jak dzieci. To ważne. Łatwiej wtedy

z gromadą dziecięcą pracować! Tak, dzieci wiedzą nieraz lepiej, kiedy zabawę przerwać.

A co do bójek, słusznie, nie należy niepotrzebnie się wtrącać, ale uważać, żeby sobie

krzywdy nie zrobili.

 

Taki był mój pierwszy mimowolny sukces wychowawczy, taka była moja pierwsza rozmowa pedagogiczna z Panem Doktorem. 


Opowiedzieć o innych może ważniejszych? O tym jak Korczak umiał wsłuchiwać się w to, co myślą inni, liczyć się ich zdaniem, nie puszczać mimo uszu głosu najmniejszego szkraba?




Saturday, November 29, 2025

Opowiadanie mojej Cioci - Krystyny Rozental - Opowiadanie z moimi czerwonymi dopiskami.

Życie Po Aryjskiej Stronie – Czas Wracania, Polityka 16 stycznia 1999 – Krystyna Zielinska






Krystyna Rozental: Byłam następnie kelnerką w ka­wiarni na Siennej 16. Kawiarnia "Na Siennej" (na parterze) była prowadzona przez Tatianę Epstein. Ubrana w czarną sukienkę i szeroki plastikowy czarny pa­sek sprzedawałam szarlotkę i sernik, a tak zwane kanty z blach piekarni­czych mogłam nawet zabierać do domu. W tym samym budynku mieścił się Dom Sierot Janusza Korczaka w którym pracował szwagier Krystyny, Pan Misza - Wasserman Wróblewski).

Krystyna Rozental Zielińska-Zarzycka, urodzona w 1924 r w Warszawie.

Miałam być chłopcem…

Na świecie była już moja dziesięcioletnia siostra Sabina, a druga siostra Lunia miała sześć lat. Rodzice chcieli mieć chłopca, więc jeszcze raz spró­bowali… i przyszłam na świat ja.

Ojciec na wieść o tym fakcie po prostu uciekł z kliniki. Dość już miał w domu tego babskiego wojska!

W gminie żydowskiej nie chcieli mi dać na imię Krystyna. Powiedzieli: „Może być Krajndla”, ale za pięć złotych łapówki zgodzili się. Tak więc imienia nie zmieniałam przez całe życie, za to nazwisko – ze sto razy. Byłam, licząc od końca: Krystyną Zielińską, przedtem Krystyną Dąbrową, przedtem nazywałam się Aleksandra Mlonka, Krystyna Wierzbołowicz.

Kiedy w la­tach „marcowych” zaczęło się u nas wypełnianie ankiet personalnych i rubryka „poprzednie nazwisko” była bardzo ważna, miałam co pisać. Do Krystyny Rozental jakoś nigdy nie dochodziłam.

Byłam ładnym, zdrowym dzieckiem, niestety trochę pulchnym i nie bar­dzo zręcznym. Mama zapisała mnie do baletu Tacjanny Wysockiej, ale jakoś zrezygnowałam z kariery tancerki. Potem zaczęła się jazda na ślizgawce w Ogródku Raua. Była tam muzyka i byli chłopcy jedenasto – czy dwunasto­letni, którzy patrząc na moje różowe policzki i śnieżnobiały sweter, nie wiadomo dlaczego zaczęli wołać: „Radionem politurowana”. Radion to był proszek do prania i jego reklama widniała na murze okalającym ślizgawkę. Ten biały sweter i te rumieńce sprawiały, że rzeczywiście wyglądałam jak żywa reklama.

Rodzice starali się usilnie, abym była „panienką z dobrego domu”, choć tak naprawdę nie byliśmy zamożni. A więc nie wolno mi było bawić się na podwórku z innymi dziećmi, a to było moim nieosiągalnym marzeniem. Wychodziłam więc na balkon pierwszego piętra, wyrzucałam różne wycinanki i zabawki, wołając: „Dzieci, macie!” To bardzo podobało się moim rówieśnikom, ale trochę musiało ich dziwić, bo na klatce schodowej napisali kredą: ,,Rozental Krysia jest wariatką!”

Kilka słów o naszej kamienicy, Twarda 3. Miała trzy podwórza, znajdowała się tuż obok kościoła Wszystkich Świętych i placu Grzybowskiego. We frontowych oficynach mieszkali lekarze i w ogóle tzw. lepsi lokatorzy, w bocznych: z le­wej strony chasydzi z rodzinami, a z prawej – wszelka nędza ludzka.

Pamię­tam szewca z pięciorgiem dzieci. Robił buty (granatowe czółenka po złotów­ce), a i tak nie stać go było na zapłacenie czynszu. Więc bez ceregieli wyrzu­cono go na podwórko i on siedząc na dworze ze swoją maszyną, dalej robił te buty.

W rodzinach chasydzkich było bardzo dużo dzieci. Przypominam so­bie mamę w peruce, która miała dwuletnie maleństwo, i jej córkę z synkiem w tym samym wieku. W czasie świąt na obszernym podwórzu stawiano Kuczki i bodaj przez tydzień mężczyźni odbywali tam modły. Kobiety zostawiały u pobliskiego piekarza jedzenie przygotowane na szabat.

Ale w inne dni podwórko należało do dzieci. Głównym elementem „dekoracyjnym” była duża skrzynia-śmietnik, naokoło kocie łby. O żadnej roślinie czy skrawku zieleni nie było mowy. Zawsze ukwiecony balkon Rozentali którym zajmowała się matka Krystyny, Helena był jedyną zielenią na tym "pierwszym podwórku". Wokół tego śmietnika tańczyły i śpiewały dzieci z podwórka. Pamiętam jeden fragment z ich repertuaru: „Bo my jesteśmy młodzi i w tym jest nasza moc. Nic nam nie przeszkodzi, śpiewamy dzień i noc. Bo do nas cały świat należy. Świat młodzieży, świat młodzieży. A kto nam niewierzy– niech leży jak ten kloc!!!”

Komorne było bardzo wysokie. Pamiętam, że za trzy pokoje płaciliśmy ponad 128 zł. Były zwykłe piece kaflowe, w piwnicy leżał węgiel, wannę ustawiliśmy w kuchni, bojler za to był w w.c. W czasie działań wojennych w 1939 roku tę wannę napełniono wodą, przykryto deskami i mój wujek Maks Feldberg, który wraz z rodziną schronił się u nas w czasie bombardowań, wpadł w cza­sie snu do tej wody. Nie wiadomo dlaczego powiedział wtedy z urazą do mojego ojca: „,Antysemici”.

Na parterze mojej oficyny mieszkał felczer Wiewiórka, był wszystkim dla wszystkich. Stawiał bańki (nienawidziłam go za to) i nieomylnie ustalał diagnozy dorosłym i dzieciom.

Pozwalano, aby przychodził do mnie w celach towarzyskich dwunastoletni Henio z dwuletnim bratem Bobusiem. Bobuś miał całą głowę w złoto­ blond loczkach i wyglądał jak aniołek z moich zeszytów (bo wtedy pisało się atramentem i zwykłym piórem, więc konieczna była bibuła przyklejona wstążeczką z obrazkiem aniołka). Starszy Henio rezonował: „Ty, Krysia, umrzesz pierwsza, bo jesteś najstarsza. Potem ja, a na końcu Bobuś”. Nie sprawdziło się to logiczne przecież przewidywanie ludzkich losów. Obaj chłopcy zostali uduszeni w Treblince i tylko ja – najstarsza, zostałam cudem wśród żywych.

W domu byłam jednak najmłodsza, nad czym szczerze bolałam. Siedzieliśmy w stołowym, mama dzieliła kurę: najpierw dawała ojcu udko, które ja bardzo chciałam dostać, drugie było dla najstarszej – siostry Sabiny, pierś dla Luni… a ja – wyskrobek, dostawałam tylko skrzydełka. Byłam przekonana, że rodzice mnie nie kochają, że wolą moje starsze siostry, i niejedną chwilę przesiedziałam roniąc łzy w klozecie.

Niestety nie byłam tam sama. W tych czasach kupowano żywe kury i zanim zamieniały się one w rosół i mięso, trzymano je na sznurku w w.c. Tam też w obecności wstrętnego ptaka snułam marzenia: umrę, będę miała uroczysty pogrzeb, moi rodzice będą szli za trumną, płacząc rozpaczliwie. Pokażę im za te skrzydełka, za nie wypuszczanie mnie na podwórko, za to, że niby byłam taka zdrowa, silna i pucołowata! Do takich myśli skłaniała mnie lektura książki dla młodzieży pt. Jur. Otóż byli sobie dwaj bracia: Jeden to Tadzik słabowity, chorujący, otaczany nie­ustanną opieką. Starszy brat Jur – wprost przeciwnie. Był okazem zdrowia. No i kto umarł? Jur, oczywiście!

Mama bardzo jednak dbała o moje zdrowie. Kąpała mnie w wodzie z solą, chodziła ze mną do kotłów, w których rozgrzewano smołę, bo to pomaga­ło na koklusz. A co najgorsze, bez przerwy prowadziła mnie do Ogrodu Sas­kiego, abym oddychała świeżym powietrzem. Chodziłam do szkoły na jedenastą, ale jeszcze przed ósmą (przed szkołą) zjawiał się mój dziadek Alfred Rozental i zabierał mnie do ogrodu.

Tutaj raniutko odbywały się spotkania wszystkich żydowskich krawców, a było ich w przedwojennej Warszawie setki. W alei Literackiej (nieopodal zegara słonecznego) odbywali te swoje zebrania, bo przecież mieli wiele wspólnych spraw. Mój dziadek, Alfred Rozental, był nie lada krawcem: wykładał w szkole rzemieślniczej dla młodzieży żydowskiej, która mieściła się na Grzybowskiej, a sam posiadał pracownię na Marszałkowskiej 139.

Szył przeważnie mundury wojskowe. W witrynie od ulicy Marszałkowskiej stały maleńkie manekiny w ubraniach uszytych przez dziadka. Warto jeszcze dodać, że w przedwojennej Warszawie bardzo liczyły się dzielnice. Być, krawcem na Nalewkach, na Franciszkańskiej czy na Nowolipkach – to była zwykła rzecz, ale Marszałkowska – o, to już była Francja-elegancja.

Wszystkie trzy chodziłyśmy do tej samej szkoły powszechnej i do tego samego gimnazjum. Szkoła powszechna przy ulicy Śliskiej 14 a gimnazjum przy Prostej 8.  Mama udzielała się w komitecie rodzicielskim i zapew­ne to za jej sprawą przyjęto mnie do pierwszej klasy, gdy miałam sześć lat. Na śniadanie w koszyczku zabierałam ciastko, tzw. grzybek, bo nie bardzo radziłam sobie z kanapkami. Miałam też trudności z zapinaniem majtek. Były na białe płócienne guziczki doczepiane do stanika i to wcale nie było takie łatwe, więc pomagała mi Marysia Brodecka. „Litwacy” – mówiła o jej rodzicach moja mama i czułam, że jest to określenie pejoratywne.

Od najmłodszych lat występowałam w szkolnych przedstawieniach i moim szczerym pragnieniem było granie tytułowych ról. Miałam być chabrem w jakiejś zbiorowej scenie, a Anulka Rawet była makiem. Tylko że ją postawiono przede mną. Nie było siły: cofano mnie i cofano do drugiego rzędu, na próbie generalnej uległam, ale na przedstawieniu znów wysunęłam się na czoło!

Wspominam dzieciństwo w końcu sielskie, anielskie: ja – przerośnięte trochę dziecko Holocaustu, ale przez to, że żyłam odrobinę dłużej niż te nieszczęsne dzieci urodzone tuż przed wojną albo w czasie wojny, zabrałam ze sobą kawałek świata normalnego i wspomnienie o nim staram się teraz przekazać.

Kiedy na psychoterapeutycznych zajęciach w Śródborowie mówią dzie­ci Holocaustu urodzone w czterdziestym czy w czterdziestym drugim roku, raz po raz powtarza się ten sam motyw: mają synów i córki, są troskliwymi rodzicami, ale nie umieli dzieciom przekazać czułości, bo sami jej nie zazna­li.

Sześćdziesięcioletnia dzisiaj Marysia płacze, opowiadając o tym. Jurek pisze wiersze. Matka zginęła, gdy on miał dwa lata, a ojciec wychowywał go najlepiej, jak umiał: do śmierci jednak nie powiedział synowi o tym, że jest Żydem i że jego powojenna żona to nie matka Jurka.

Ja, starsza od nich dziewczynka, która przestała być dzieckiem w wieku czternastu lat, w getcie i jeszcze przed jego zamknięciem utrzymywałam dom. Szmuglowałam żyw­ność, sprzedawałam żyletki Polonia – Luksusowe (Szwagier Krystyny, Pan Misza Wasserman Wróblewski, dostał całą partie tych żyletek zanim właściciele opuścili Warszawę). na ulicy i w sklepach, kupiłam czerwoną rikszę, na której moi najbliżsi krewni jeździli, podrzuca­jąc mi co jakiś czas zarobione złotówki. Byłam następnie kelnerką w ka­wiarni na Siennej 16. Kawiarnia "Na Siennej" była prowadzona przez Tatianę Epstein. Ubrana w czarną sukienkę i szeroki plastikowy czarny pa­sek sprzedawałam szarlotkę i sernik, a tak zwane kanty z blach piekarni­czych mogłam nawet zabierać do domu. W tym samym budynku mieścił się Dom Sierot Janusza Korczaka w którym pracował szwagier Krystyny, Pan Misza - Wasserman Wróblewski).

Kiedyś szłam rano do pracy i ten czarny plastykowy pa­sek niosłam w ręku, zawinięty w papier. Wyglądał jak śniadanie i bosonogi "haper” szybko ugryzł zawiniątko, myśląc pewnie, że zanim zacznę go bić, zdąży pogryźć chociaż kęs czy dwa. Mój ojciec wracał z bochenkiem chleba, ale porywacze jedzenia byli szybsi. Przyniósł nadgryziony bochenek bardzo zawstydzony.

„Haper” – łapacz; z niem. happen – łapać, chwytać (pyskiem, ustami).

Przed wejściem do mieszkania (chyba na Ogrodowej bo Twarda 3 została zbombardowana we wrześniu 1939 r.) była miotełka i każdy z nas otrzepywał starannie ubranie. Panował tyfus plamisty roznoszony przez wszy. Moja piękna przyjaciółka Ala straciła włosy, Celinka umarła. I wtedy jej starsza siostra Maryla schowała się do karawanu, nie zważając na możliwość zara­żenia się. Chodziło o życie! Cmentarz na Okopowej znalazł się poza zasię­giem getta, więc żandarmi liczyli, ilu żałobników weszło… i tyluż musiało wyjść. Nawet im nie wpadło na myśl, że ktoś może ukryć się w karawanie. Zresztą tyfusu plamistego bali się jak ognia. Rozwieszali przecież ulotki: „Unikaj Żydów. Bądź zawsze czysty, Żydzi wszy rodzą… wesz – tyfus plamisty”.

Wspomniałam o dzieciach Holocaustu i o tym, jak często mają kompleks matki. Ja też mam, ale inny: Moja piękna siostra Sabina Wójcikiewicz popełniła w getcie samobójstwo w dniu swoich dwudziestych szóstych urodzin (28 lutego 1941 r.). Nie chciała czekać na niemieckie „ostateczne rozwiązanie” i szukała dla siebie swojego. Najpierw połknęła dwie fiolki luminalu … ale ją odratowano. Potem znalazła prostszy sposób, wyskakując z siódmego piętra kamienicy na Chłodnej.

Jej synek Marianek miał wtedy 2 lata i był niestety obrzezany. Swoją drogą fakt ten świadczy o zastanawiającym braku wyobraźni. Chłopca uro­dzonego na 4 tygodnie przed wybuchem wojny, przed najazdem hitlerow­skim, obrzezano, chociaż nasza rodzina była dość silnie zasymilowana…(wszystkich żydowskich chłopców obrzezywano niezależnie od stopnia wspomnianej asymilacji).

To samobójstwo siostry Sabiny było chyba największym szokiem, jaki przeżyłam. Postanowiłam, że muszę go uratować, choć sama nie miałam nic oprócz fałszywej metryki urodzenia i fałszywej kenkarty. Moja mama miała jasne włosy, prosty, mały nos, niebieskie oczy. Mogła wyjść, mogła żyć, gdybym ja okazała się bardziej dojrzała, mniej poddana prawu dżungli, w myśl które­ go trzeba było ratować dzieci, a nie starców. Tylko że mama miała wówczas 48 lat! I to jest rana, która się nie zabliźni. Czarna plama na moim życiorysie. Helena Rozental i Gabriel Rozental zostali uduszeni gazem w Treblince podczas Wielkiej Akcji w 1942 toku.

Z Mariankiem i z Lunią (moją średnią siostrą) wyjechaliśmy do Kopyczyniec na Kresach Wschodnich. Obok była sławna zaleszczycka szosa, którą we wrześniu 1939 roku uciekali nasi dygnitarze. Teraz też było to miej­sce dość malownicze: Polacy, Ukraińcy, schowani w bunkrach Żydzi.

Front zmieniał się kilka razy: przez jakiś czas trzymali się Niemcy, a potem przy­ chodziła Armia Radziecka i partyzanci generała Kołpaka. Potem znów na kilka dni wracali Niemcy. Każda armia zostawiała jakieś ciężarówki z wszel­kim dobrem i ludność przyzwyczaiła się, aby szybko, pomimo świszczą­cych kul i szrapneli, plądrować je.

Nazywało się to „hapatnia” i było bardzo interesujące: portugalskie sardynki, francuskie wina i koniaki, włoskie i francuskie buty damskie. Łapało się to wszystko do worków, jak idzie, a potem następowała wymiana. Kto miał jeden czerwony bucik na obcasie, szukał u sąsiada drugiego, kto miał za dużo koców (bo jeszcze z września 1939 roku ludzie mieli wspaniałe, wojskowe koce), wymieniał je na podusz­ki lub na żywność.

Ewakuacja Niemców, którzy bardzo nas z siostrą namawiali, żebyśmy uciekały wraz z nimi, zanim nadejdą bolszewicy, była prawdziwą przy­jemnością dla naszych oczu. Szosa była tak zapchana czołgami, ciężarówka­mi pełnymi hitlerowskiego wojska, motocyklami, a nawet furmankami, że poruszano się z szybkością żółwia. Dziesięć godzin trwał przejazd z Ko­pyczyniec do Tarnopola, a było to raptem 12 kilometrów.

Wiosną 1944 roku (o rok wcześniej niż centralna Polska) byłyśmy wol­ne. Ocalenie przyszło w samą porę, bo nasz Marianek poszedł się kąpać z rówieśnikami do glinianki i potem usłyszałyśmy, jak wołali: „Marian! Żydek oderżnięte jaja ma”. Miejscowy pracownik Kripo – Staszek Kozioł, też złożył nam wizytę przed końcem okupacji i niby dla żartu włożył rewol­wer pod poduszkę mojego siostrzeńca. Był jednak zakochany w Jance No­waczyk (miejscowej ślicznej panience) i może to go mitygowało, a może był po prostu zbyt leniwy.

Silnie przeżywaliśmy akcje na Żydów, a potem rozdawanie ich mebli: łóżek, szaf, stołów, jeszcze ciepłych pierzyn… Wtedy też zwierzyła nam się Marysia, dwudziestoletnia, piękna dziewczyna ze Lwowa. Spazmując, opowiedziała nam, „Aryjkom”, że wyszła za mąż, zanim przyszli Niemcy.

Rozstrzelali jej męża, a ona została sarna z niemowlęciem. Dowiedziała się w jakiś sposób, gdzie mieszka młode, bezdzietne małżeństwo, i położyła im dziecko na słomiance przed drzwiami. Po 1944 roku zaczęła rozpaczliwe poszukiwania, ale ci ludzie, spodziewając się, że matka się zgłosi, wyjechali w nieznanym kierunku.

Władza radziecka i wojsko – byli to ludzie na ogół sympatyczni i po­ mocni. Widząc, że dwie młode dziewczyny same wychowują dziecko, przyjechali z końmi i zaorali nam hektar ziemi, który otrzymałyśmy od ma­gistratu. Zaproszone do NKWD, z przejęciem opowiedziałyśmy o naszych losach: że czekałyśmy na nich jak na zbawienie, że jesteśmy Żydówkami z Warszawy. Nie rozpłakali się ze wzruszenia. Powiedzieli – „Kłamiecie! Sliszkom mnogo czudiesow w waszej żyzni”. I rzeczywiście cudów w naszym życiu było sporo.

Bardzo chciałam dostać się na medycynę. Ale po pierwsze – nie miałam nawet małej matury (na trzech klasach gimnazjum zakończyła się moja edu­kacja), po drugie – nie miałam rodziców, którzy utrzymywaliby mnie przez siedem lat. Po trzecie – trzeba było zarabiać na życie.

Zaczęłam pracować w miejscowej poliklinice jako sanitariuszka. Zaczęło się od tysięcy opatrun­ków łydek. Ukraińscy chłopi, aby uniknąć poboru do wojska, wyżerali sobie sodą kaustyczną rany, a potem mówili, że to wszystko przez żylaki.

Spora część żołnierzy Armii Czerwonej, jak też i bohaterscy partyzanci generała Kołpaka, cierpieli na choroby weneryczne. W poliklinice zorgani­zowano więc „ Wendyspanser”, którego szefem został doktor Kolarz. Pielęgniarki kopyczynieckie za Boga nie chciały w nim pracować, więc wy­pchnięto mnie. Pobierałam na szkiełko tzw. wymazy, zabarwiałam je czymś bardzo niebieskim i dawałam lekarzowi, aby obejrzał sobie gonokoki pod mikroskopem.

Wendyspanser (skr.z ros.weneryczeskij dispanser) – przychodnia wenerologiczna.

W międzyczasie prowadziłam„ wywiad społeczny”. Pytałam – „Od kawo zaboleł?” Przychodziły następnie dorodne dziewczyny lub wieśniaczki, których partnerzy zapewniali, że to będzie wizyta u dentysty lub u ginekologa. Młody krasnoarmiejec zapytał mnie:„Siestra, ty takaja mołodaja i tiebie nie wstydno po weneryczeskim rabotat”? Odparłam: „Słu­chaj, przecież ty masz 19 lat i trzeci raz chorujesz na trypra – to kto się ma wstydzić?”

Zaczął się pobór do polskiego wojska i doktora Kolarza zabrano do Wo­jenkomatu… Zostałam sama na polu walki z gonokokami i okazało się, że mam głowę do interesu. Z pomocą miejscowego aptekarza Kazimierza Prokosza zdobyłam adresy jego przyjaciół – farmaceutów we Lwowie, i wie­lokrotnie korzystając z okazji, jeździłam ciężarówkami wojskowymi po streprycyd i inne specyfiki. Na receptach z pieczątką pisałam bez żenady: Gonorea acuta 3, i wszystko było w porządku.

Gonorea acuta (łac.) – ostry tryper (rzeżączka).

W końcu byłam już przed tym fałszerką opakowań do żyletek Polonia–Luksusowe, masowo wyrabiałam aryjskie dokumenty, sprowadzając ludzi do getta warszawskiego, które tuż po przyjściu hitlerowców na Kresy Wschodnie wydawało się Żydom uprag­nionym rajem. Jedno fałszerstwo więcej, jedno mniej nie miało więc znacze­nia. Leczyłam ludzi!

Kierowniczka Wydziału Zdrowia dawała mi mniej wię­cej co dwa tygodnie delegacje służbowe do Lwowa. Ale nie była to osoba w ciernię bita, więc z zachwytem wołała:„Panna Krysia, kakoje u was czu­diesnoje platie”, i nazajutrz sukienka była w jej szafie. Dawałam też pienią­dze i najróżniejsze prezenty.

Ale jak każdy „lekarz” miałam i ja swoje satys­fakcję. Kiedy zaczęła się repatriacja do Polski centralnej, tuż przed podróżą bydlęcymi wagonami (a trwała ta podróż trzy tygodnie) zjawili się dwaj moi pacjenci. Przyjechali saniami ozdobionymi pięknymi kobiercami, na gło­wach mieli szare czapki karakułowe, noszone z fantazją na bakier, i przy­wieźli mi pół świni oraz metalową, dziesięciolitrową bańkę spirytusu! Z tą bańką przyjechałam do Warszawy. Ta bańka była moim kapitałem zakłado­wym… zanim zaczęło się normalne życie, praca i nauka…

"czarny tekst" z https://zapispamieci.pl/krystyna-zielinska/


Moja "Ciocia Krysia"(1951 r.) trzyma za rękę moja kuzynkę Lenkę która wyraźnie ma w zacieśnionej ręce garść piasku a ja siedzę najbliżej Cioci przypatrując się tej scenie. W okresie Getta Warszawskiego Ciocia Krysia była podpora calej rodziny. Pracowała w getcie w kawiarni Tatjany Epsztajn na Siennej 16 (w budynku Domu Sierot Korczaka). Tam na podwórku była parkowana jej czerwona ryksza. Ciotka wynajmowała rykszę od godziny, między innymi mojemu ojcu i innym wychowawcom Domu Sierot.

Moja "Ciocia Krysia" z burmistrzem Londynu (po lewej) i Warszawy, mezem, Januszem Zarzyckim,



Niuta Rywka Tajtelbaum (Tajtelbaum) and her "Korczak connection".


Before World War II, Niuta Teitelbaum studied philosophy and history at the University of Warsaw, where she was an active member of left-wing youth organizations. While at the university, she was part of student efforts to oppose antisemitism, including the segregation of Jewish students into "ghetto benches". In this action, my mother, Lunia Rozental*, was also active.

Niuta's time at the Warsaw University was cut short by the outbreak of the war in September 1939, when she was forced to flee to Lviv and study at the Lviv University. After the Germans occupied Lviv in 1941, Niuta returned to Warsaw. So did my mother, too.

When in Warsaw, Niuta Tajtelbaum (Teitelbaum) exhibited astonishing bravery and sangfroid. She was a young Communist who wore her long blond hair in thick braids to give the impression that she was “an innocent, naïve sixteen-year-old” when she was in fact “an assassin.” With her blue eyes and blonde hair that allowed her to “pass” as a non-Jew, Teitelbaum walked into the office of a Gestapo officer and “shot him in cold blood.” When an attempted assassination left a Gestapo agent in the hospital, “Niuta, disguising herself as a doctor, entered his room, and mowed down both him and his guard.” Teitelbaum went on to organize a women’s unit in the Warsaw ghetto and take a leading role in the 1943 uprising. She was captured, tortured, and killed at the age of 25.

I found that Niuta Tajtelbaum's Korczak connection during Ghetto time was through former pupils from the Krochmalna St. Orphanage and also through my father (Pan Misza) and my mother, Lunia Rozental. Through my mother and former Korczak pupils, Niuta was looking for opportunities to easily enter the ghetto and smuggle light arms. She got information that my father leaves the Ghetto together with German Jews from Sliska Street every day and that returns to the ghetto at approximately the same time as returning after working outside.
 
So Niuta just went into my father´s group and stayed in the middle when they marched through the ghetto gate. This was actually how the first arms entered the Warsaw Ghetto and the PPR organization. The PPR (Polska Partia Robotnicza - Polish Workers' Party) was a communist organization established in 1942 in the Warsaw Ghetto. It built groups of 5-6 persons, women, and provided limited support and arms to Jewish resistance groups. My mother, Lunia Rozental, was a member of PPR and was trained to use a pistol.

My father, Pan Misha (Wasserman Wroblewski), described it in 1992 for Tomasz Jastrun: I lived in the ghetto with former pupils of Korczak; they belonged to a secret organization. They asked me if I could help them deliver weapons from the Aryan side. Niuta Tajtelbaum (Wanda Wytwicka) contacted me; she lived on the Aryan side, had golden hair, blue eyes, so she didn't arouse suspicion on the Aryan side. She came with us into the ghetto, bringing weapons. This is how one of the routes by which the Polish underground transferred weapons was blazed.
In the end, I decided to leave the ghetto.



            My father, Pan Misha (Wasserman Wroblewski), described it in 1992 for                         Tomasz Jastrun:
I lived in the ghetto with former pupils of Korczak; they belonged to a secret organization.
They asked me if I could help them deliver weapons from the Aryan side. Niuta Tajtelbaum (Wanda Wytwicka) contacted me; she lived on the Aryan side, had golden hair, blue eyes, so she didn't arouse suspicion on the Aryan side. She came with us into the ghetto, bringing weapons.
This is how one of the routes by which the Polish underground transferred weapons was blazed.
In the end, I decided to leave the ghetto.

Through Niutas´s contacts with my mother and Korczak's former pupils, she sought opportunities to easily enter the ghetto to smuggle light weapons. She learned that my father, along with German Jews who were living on Sliska Street, left the ghetto every day to go to work in the cancern barracks in Praga and returned to the ghetto at about the same time. In the evening, Niuta simply joined the group of workers my father was returning with and remained in the middle of the group as they passed through the ghetto gate. This is how the first weapons found their way into the Warsaw ghetto and to the PPR (Polska Partia Robotnicza - Polish Workers' Party) organization. I believe that my father and Niuta had multiple contacts several months before and after the Great Action in the summer of 1942.

After the deportation of Korczak's Orphanage on August 5, 1942, to Treblinka, Pan Misha (my father), along with three former pupils from the orphanage, Jankiel, Monius, and Dawid, crossed the bridge over Chłodna Street late in the evening and found “quarters” with other older pupils from the Orphanage. It was probably an apartment on Świętojerska Street – the first stop for Korczak's suitcase with manuscripts and spectacles. Pan Misza remembered that flat windows overlooked the Krasiński Garden. The next stop for Korczak's suitcase (after a few days) was Ostrowska Street, where Felek Grzyb lived. From there, the suitcase was smuggled to “Mr. Jerzy” (Igor Newerly and Our Home in Bielany. It is possible that Mr. Misha's contact with Niuta Tajtelbaum was through these former pupils from Świętojerska Street.

* My mother's sister, Krystyna Rozental (Krystyna Zielinska-Zarzycka), wrote in her memories: There were a lot of communist youth in the Jewish schools. My older sister, Lunia, even gave us a search warrant from the Polish blue police at home. They said, "If you don't like it in Poland, why don't you leave?" And to that question, there was no answer. My mother's brothers (Polirsztok) have been in the USA for a long time. They've even settled in quite nicely there. And us? And we were people in the window. But we stood firm.

Friday, November 28, 2025

AI-plus na temat książki "Z Korczakiem przez życie" - Michał Wróblewski, wydanie 2025.

Dokumentacja: Publikacja zawiera ponad 100 ilustracji, w tym wiele wcześniej niepublikowanych zdjęć, które stanowią wartościowy dokument historyczny, uzupełniający tekst.Oprócz postaci samego "Starego Doktora", książka przedstawia sylwetki innych osób związanych z Domem Sierot.


"Z Korczakiem przez życie" - Michał Wróblewski, wydanie 2025.

Redaktor Roman/Romuald Wasserman Wróblewski
Opracowanie zdjęć i tekstów.

"Z Korczakiem przez życie" to książka autorstwa Michała Wróblewskiego, na nowo wydana przez Wydawnictwo STHLM GRAV w 2025 roku. Publikacja ma charakter wspomnieniowy i pedagogiczny, skupiając się na unikalnych metodach wychowawczych Janusza Korczaka oraz codziennym życiu w prowadzonym przez niego sierocińcu "Dom Odzyskanego Dzieciństwa" przy ulicy Krochmalnej w Warszawie.
 
Główne cechy książki, Perspektywa osobista: Michał Wróblewski, będąc jednym z zaangażowanych wychowawców i uczestników życia sierocińca, dzieli się swoimi refleksjami, spostrzeżeniami i uwagami na temat pracy Korczaka i jego podopiecznych.

Portrety wychowanków i pracowników: Oprócz postaci samego "Starego Doktora", książka przedstawia sylwetki innych osób związanych z Domem Sierot.

Zasady funkcjonowania: Autor opisuje zasady współżycia i funkcjonowania sierocińca, stanowiąc cenne źródło wiedzy o korczakowskiej pedagogice w praktyce.

Dokumentacja: Publikacja zawiera ponad 100 ilustracji, w tym wiele wcześniej niepublikowanych zdjęć, które stanowią wartościowy dokument historyczny, uzupełniający tekst.

Thursday, November 27, 2025

Emergency hospitals in Sweden 1945-1946. 5 months after arrival with UNRRA White Boats to Sweden many of the Holocaust survivors were "highly integrated" concerning the work (Using today's Swedish criteria).

When the survivors arrived in Örebro, all of them came to be called the "Polish girls". Most of them were, however, Jewish. Many of them received medical care since the concentration camp, Bergen-Belsen, was liberated in mid-April 1945.

Most of the hospitals in Malmö, Gothenburg, Stockholm, Kalmar, and Norrköping were overcrowded after the URRA White boat mission started in late June 1945. Therefore, numerous other emergency hospitals in the Swedish inland were prepared. Many of them were school buildings like Engelbrektskolan in Örebro and Herhagsskolan in Karlstad. 

In Örebro, 239 women were cared for at the emergency hospital in Engelbrektskolan, coming from various parts of the world. The majority of the women were from Poland. When the survivors arrived in Örebro, all of them came to be called the "Polish girls". Most of them were, however, Jewish. Many of them received medical care since the concentration camp, Bergen-Belsen, was liberated in mid-April 1945. Therefore, many of them stayed at Örebro emergency hospital between 3 weeks and 4.5 months. When healthy, they wanted to work. Above is one of the lists concerning them made in December 1945, 5 months after arrival with UNRRA White Boats to Sweden. All of them on this particular list worked. Using today's Swedish criteria, they were "highly integrated" concerning the work. Most of them are at Örebro shoe factories, the textile industry, and the paper mill.

In the 3rd row of this protocol, named "Signs of abuse" (Tecken på misshandel), we can read that numerous of them had an Auschwitz serial number on their forearm. The tattoos of the survivors have come to symbolize the utter brutality of the concentration camps and the attempt of the Nazis to dehumanize their victims. In Auschwitz in May 1945, "A" series started, and the last woman had the number A-25378.

Most of the women wanted to leave Sweden for Palestine or the USA. Some wanted to travel to their home countries. Often, when making trips to homecountires they asked about a return visa to Sweden.

During the summer of 1946, most of the Holocaust survivors, also children  (12 years old), already worked.

Reichman Zahawa and Lusia Rozenblatt from Piotrków Trybunalski, born in 1934, worked during the Summer of 1946. They were inmates in the concentration camps Ravensbrück and Bergen-Belsen.




Wednesday, November 26, 2025

„Kropla Mleka”

Działalność „Kropli Mleka” w Piotrkowie Trybunalskim.






Organizację „Kropla mleka” założył Tadeusz Boy-Żeleński. Po raz pierwszy publicznie przedstawił ideę w 1905 roku. Jego wykład „Sztuczne i mieszane żywienie niemowląt a instytucya «Kropli mleka» we Francyi”. Celem „Kropli mleka” było zwalczanie wysokiej śmiertelności niemowląt poprzez promocję naturalnego karmienia oraz odpowiedniego żywienia i higieny. Tadeusz Boy-Żeleński, znany również jako Boy, był lekarzem, pisarzem i krytykiem literackim. Na fotografi podpisuje książki w redakcji Wiadomości Literackich przy ulicy Królewskiej w Warszawie.

Działalność „Kropli Mleka” w Piotrkowie Trybunalskim.

Organizacja „Kropla Mleka” była żydowską instytucją charytatywną która działała niezależnie od podobnych, ale oddzielnych, inicjatyw dla społeczności chrześcijańskiej. „Kropla Mleka” działała w Piotrkowie Trybunalskim w okresie międzywojennym. Zajmowała się dystrybucją mleka i opieką medyczną nad niemowlętami i małymi dziećmi, co było kluczowe dla ich zdrowia i rozwoju w tamtym czasie.

"Kropla Mleka" rozszerzyła z czasem swoją pomoc także na dzieci starsze w akcjach dożywiania uczniów w szkołach powszechnych.

Organizację „Kropla mleka” założył Tadeusz Boy-Żeleński. Po raz pierwszy publicznie przedstawił ideę w 1905 roku. Jego wykład „Sztuczne i mieszane żywienie niemowląt a instytucya «Kropli mleka» we Francyi”. Celem „Kropli mleka” było zwalczanie wysokiej śmiertelności niemowląt poprzez promocję naturalnego karmienia oraz odpowiedniego żywienia i higieny. Tadeusz Boy-Żeleński, znany również jako Boy, był lekarzem, pisarzem i krytykiem literackim.

"Kropla Mleka" działała również w Getcie Warszawskim pod egidą Towarzystwa Opieki nad Matką i Dzieckiem (TOZ). Jej dwie stacje działały przy ulicach Śliska 28 i Nalewki 21. Pijalnie te wydawały mleko i inne produkty, ale przede wszystkim kierowały się do dzieci, chorujących na gruźlicę i osób wycieńczonych.

Go North and bring them South - Hashomer Hatzair in Sweden 1945-1947.

Most of the Holocaust survivors who came on UNRRA White Boats to Sweden were earlier prisoners in the concentration camps like Bergen-Belsen and Ravensbrück. Hundreds of children arrived on UNRRA "Children boats" during the last two days of operation that ended on July 26, 1945. Some children in this group are from Piotrków Trybunalski. At the end of 1944, they were sent to Buchenwald and Ravensbrück and thereafter to Bergen-Belsen.

    Before WWII officially ended in 1945, several groups of emissaries went to Sweden to bring Jews to Eretz Israel. Part of them was an initiative within Aliah Beth operations. Hashomer Hatzair was active in Sweden following World War II.

    After the war ended in May 1945, Sweden received approximately 12,000 Jewish survivors of the Holocaust, many of whom arrived via UNRRA "White Boats" operations from Lübeck during June-July 1945. Most of the Holocaust survivors who came on White Boats to Sweden were earlier prisoners in the concentration camps like Bergen-Belsen and Ravensbrück. Hundreds of children arrived on UNRRA "Children boats" during the last two days of operation that ended on July 26, 1945.

    In Sweden, several Jewish and Zionist organizations were established. Hashomer Hatzair was an umbrella organisation for many others. established various training centers (hachsharot)*.

    The very first group of children left Sweden for "South" on May 17th, 1946, already 10 months after arrival from concentration camps.

    Several groups of Jewish children were waiting (a.o. in Southern France) until the State of Israel was established in 1948 and went first thereafter to Israel.


* According to statistics by Hashomer Hatzair in Sweden, there were in 1946 3,311 Chaverim who possibly could go sooner or later to the South (Eretz Israel). However, of them, 472 were still at Emergency Hospitals (Beredskapssjukhus) or sanatoria. Chaverim is the Hebrew word for "friends" or "companions". It can also refer to specific Jewish organizations.