Saturday, August 15, 2026

Gdy Janusz Korczak wsiadał w „piętnastkę” czyli Czwartek, piątek i sobota w życiu Doktora.





    Cotygodniowy rytm zajęć Korczaka zawierał podróże między „Domem Sierot" na Woli, fabrykami i biednymi czynszowymi kamienicami a bielańskim „Naszym Domem”. Wsiadając w śródmieściu w czwartek do tramwaju linii 15 (lub 15A), Korczak odbywał podróż między dwoma zupełnie różnymi światami. To był uderzający kontrast nie tylko przestrzenny, ale przede wszystkim kulturowy, społeczny i emocjonalny. Rejon ulicy Krochmalnej, gdzie stał Dom Sierot, był jedną z najgęściej zaludnionych, najuboższych i najbardziej dusznych części Warszawy. Dominowały tam ciemne podwórka-studnie, wszechobecny hałas, ścisk, zapach taniego jedzenia i dymu. Bielany natomiast w latach 30. Były symbolem nowoczesnej urbanistyki – pełne słońca, czystego powietrza, otoczone lasem. Tramwaj nr 15 po opuszczeniu śródmieścia jechał w gęsto zabudowaną ulicę Nalewki, skąd przez wiadukt nad Dworcem Gdańskim (ulicami Szymanowską, Krajewskiego i Zajączka) kierował się na dynamicznie rozbudowujący się Żoliborz (ulicą Mickiewicza przez plac Inwalidów do placu Wilsona). Z placu Wilsona jechał ulicą Słowackiego aż do ulicy Marymonckiej, gdzie znajdowały się tory wiodące prosto do pętli przy nowo wybudowanym Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego (CIWF, dzisiejszy AWF). Korczak wysiadał na przystanku zlokalizowanym na skrzyżowaniu ul. Marymonckiej i Alei Zjednoczenia (tuż obok kultowego, przedwojennego osiedla „Zdobycz Robotnicza”). 

    Trzy byłe wychowanki Naszego Domu* tak napisały w swoich wspomnieniach:
Nie będzie chyba przesady w wypowiedzi naszej, że prawdziwym świętem dla nas dzieci był czwartek, dzień przyjazdu dra Korczaka. Pamiętamy nasze biegi do przystanku tramwajowego, skąd szedł do nas pan Doktor, obwieszony dziećmi, każdy chciał go dotknąć, być blisko.

Jazda tramwajem była dla Doktora chwilą przejścia od ciasnoty i trosk żydowskiej biedoty na Woli ku nowoczesnej, bielańskiej idylli. Korczak zostawał zazwyczaj na Bielanach na noc z czwartku na piątek. Wspomnienia mojej cioci Irki i wychowanek pokrywają się dokładnie. Dla Korczaka ten bielański wieczór i noc były swoistym wytchnieniem. Po radosnym, głośnym powitaniu na przystanku przy Alei Zjednoczenia, wieczorem Doktor wyciszał się wraz z domem. Chodził po cichu między sypialniami, puszczał dzieciom muzykę z patefonu, asystował przy wieczornej toalecie. W „Naszym Domu” – choć twardą ręką rządzonym przez Falską – Korczak mógł przez te kilkanaście godzin być po prostu „Starym Doktorem”, wolnym od codziennego, potwornego trudu finansowego, z jakim mierzył się na Krochmalnej.

W piątkowe popołudnie doktor wsiadał do tramwaju powrotnego. Śpieszył się, bo na Krochmalnej wielkimi krokami zbliżał się wieczór piątkowy – początek Szabatu. Dla tamtejszych żydowskich dzieci, wychowanych w tradycji, był to moment szczególny, wymagający uroczystej i głębokiej oprawy. Czytanie cotygodniowej gazetki było w Domu Sierot rytuałem, Piątkowy wieczór na Krochmalnej to był czas podsumowań. To wtedy Korczak czytał dzieciom listy, omawiał z nimi wyroki Sądu Koleżeńskiego z całego tygodnia, rozmawiał o bólach i radościach.
* KRYSTYNA BOGDANOWICZ, HENRYKA I BARBARA STANISZEWSKIE
Wychowanki 1929–1942 r.