| Dla Korczaka „andrus” nie był obelgą – był synonimem wolnego, choć poturbowanego przez los dziecka, które zasługiwało na bezpieczne schronienie bez konieczności udawania kogoś, kim nie jest. |
Korczak opisywał dzieci z Domu Sierot jako Dom Andrusów. W tym określeniu było oczywiście wiele miłości. Skąd to słowo pochodzi i jak często je używał Korczak?
W gwarze warszawskiej słowo andrus oznacza ulicznika, łobuza, urwisa lub cwaniaczka spędzającego całe dnie na podwórkach i ulicach miejskich. Nazwa ta pełniła w Warszawie podobną funkcję jak „gawrosz” w Paryżu. Językoznawcy najczęściej wywodzą to słowo od imienia Jędruś (Andrzej), które w dawnej mowie potocznej uosabiało typowego, sprytnego chłopaka z nizin społecznych lub przedmieść.
Janusz Korczak nie używał tego określenia jako oficjalnej nazwy, lecz posługiwał się nim wielokrotnie w codziennej praktyce pedagogicznej, przemówieniach, artykułach oraz w swoim Pamiętniku pisanym w getcie warszawskim. Nazywanie Domu Sierot „Domem Andrusów” niosło ze sobą konkretne znaczenie: Czuła ironia i akceptacja. Korczak używał tego zwrotu z ogromną miłością i empatią. Doskonale wiedział, że trafiają do niego dzieci z trudnych środowisk – często ukształtowane przez ulicę, zbuntowane, potrafiące walczyć o przetrwanie. Nie chciał ich „tresować” ani łamać ich charakterów.
Poprzez to określenie Stary Doktor manifestował swój szacunek dla dziecięcej niezależności. Zamiast tworzyć sztywny, rygorystyczny przytułek, budował dom, w którym spryt, energia i temperament „andrusów” były przekuwane w samorządność, odpowiedzialność i wzajemną pomoc (w placówce działały m.in. dziecięcy sąd koleżeński i autorska gazeta).
Dla Korczaka „andrus” nie był obelgą – był synonimem wolnego, choć poturbowanego przez los dziecka, które zasługiwało na bezpieczne schronienie bez konieczności udawania kogoś, kim nie jest.
