Thursday, November 5, 2026

Korczak - Specyficzna lekcja botaniki: O hodowli kwiatów i latorośli.



Specyficzna lekcja botaniki: O hodowli kwiatów i latorośli

„Czasem zdaje mi się, że i domy żyją; bo jedne są wesołe, a drugie smutne. — Et tam: wesołe domy. Także wymyśliła.”

(„Mały Przegląd”, 20 maja 1927 r.)
W tym prostym dialogu rodzeństwa*, opublikowanym przez Janusza Korczaka (pod pseudonimem „K.”) na początku istnienia pisma Mały Przegląd, kryje się niezwykła, dziecięca intuicja. Domy w świecie Starego Doktora miały duszę i dzieliły losy swoich mieszkańców. Przez lata budynki na Krochmalnej 92 czy „Różyczka” na Gocławku były domami wesołymi, pełnymi słońca i dziecięcego śpiewu. Latem 1942 roku domem skrajnie smutnym stała się kamienica przy Siennej 16 w warszawskim getcie.
Tekst pt. „Przy doniczkach”*, to z jednej strony autentyczna, techniczna lekcja przyrody. Stary Doktor precyzyjnie wprowadza w niej podstawowe pojęcia biologiczne – dzieci uczą się rozróżniać, czym są nasiona, a czym zielone kiełki, które dopiero z czasem wypuszczą pierwsze prawdziwe listki. Aby uczynić tę domową hodowlę bardziej ekscytującą i bliską dziecięcej psychice, Korczak celowo wprowadza element zdrowego współzawodnictwa. Rodzeństwo z ożywieniem licytuje się i liczy: „U mnie 14!”, „A w mojej 23!”. To proste, pedagogiczne narzędzie miało uczyć dzieci cierpliwości oraz codziennej, systematycznej opieki nad powierzonym im życiem, której kluczowym elementem było uważne podlewanie.


W swoim „Pamiętniku”, pod datą 4 sierpnia 1942 roku, Korczak zapisał przejmujące słowa:
„Podlałem kwiaty. Biedne rośliny gettowe, rośliny niewoli miejskiej. (...) Praca moja i ich życie”.
Stary Doktor do samego końca pozostał wierny swoim poradom botanicznym i małym podopiecznym. Następnego ranka, 5 sierpnia 1942 roku, zapowiadał się wyjątkowo upalny dzień. Bardzo prawdopodobne, że rano, kierowany tym samym głębokim poczuciem obowiązku, zdążył jeszcze raz podlać swoje kwiaty na Siennej 16. Był w pełni świadomy, że rośliny będą potrzebowały wody w ten nadchodzący skwar – ale zupełnie nieświadomy, że to jego ostatnie godziny w ukochanej Warszawie i że jeszcze tego samego dnia wyruszy z dziećmi w ich ostatnią drogę do Treblinki.
Trzy lata później, 17 stycznia 1945 roku, ten smutny, osierocony i ograbiony z dziecięcego śmiechu świat ujrzał powracającego zza Wisły Pana Miszę. Zarówno budynek na Krochmalnej 92 jak i ostatnie lokum Domu Sierot na terenie Małego Getta przy ul. Siennej 16 były stosunkowo nienaruszone, jakby czekały na powrót pamięci.


* Przy doniczkach.
    (Rozmowa).
Na stole doniczki. Brat i siostra.
— Mówię ci: nie podlewaj. Pani powiedziała, że nie można za często, bo zgnije.
— Przecież w doniczce jest dziurka. Jeśli naleję za dużo, wyleci.
— Tak, zaleje podłogę i będzie znów krzyk.
— Może mama da jeszcze jedną podstawkę?
— A jakże - da. Powiedziała, że już ostatnia. Mama myśli, że można wszystko w jednej doniczce. Przecież nasionka muszą mieć miejsce, żeby nie zabierały soków.
— I światła.
— Światła nawet nie. Przecież nasiona, to nie drzewa.
— A w lesie drzewa gęsto rosną, i nic im nie szkodzi.
— Skąd wiesz: może właśnie szkodzi. Jedne drzewa są duże, a drugie małe.
— Bo jeszcze młode; później urosną.
— Patrz: jakie to dziwne. Człowiek rośnie i zwierzę rośnie. Wszystko tylko rośnie i rośnie.
— A co ma robić? Przecież wszystko chce być duże i silne.
— Nawet domy są duże i małe.
— Bo tak je ludzie zbudowali. Muszą być takie. Ani chcą, ani nie chcą. Domy przecież nie żyją.
— Czasem zdaje mi się, że i domy żyją; bo jedne są wesołe, a drugie smutne.
— Et tam: wesołe domy. Także wymyśliła.
— No, bo są. Dom naszej szkoły jest wesoły.
— Jeżeli dostaniesz dobry stopień, to wesoły, a jak złapiesz dwóję — smutny.
— Rośliny — tak. One naprawdę żyją, a domy nieprawda.
— Pamiętasz mój kasztan? Jaki on był chory, smutny, nieszczęśliwy.
— Bo kasztan nie chciał się dusić w doniczce. Jemu potrzeba wolności.
— A co wolisz: kasztany, czy sosny?
— Ja najlepiej lubię palmy i baobaby.
— A ja nie. Co mnie obchodzą: gdzieś daleko i takie jakieś dziwne?
— Ale tam są dziwne zwierzęta. A do dziupli baobabu może pięciu ludzi wjechać na koniu. Rozumiesz teraz, jak wielki jest baobab.
— A człowiek panuje nad tem wszystkiem.
— A ty może chcesz, żeby drzewa panowały?
— Świat jest bardzo dziwny. No, patrz: taki malusieńki listeczek.
— Nie listeczek, a kiełek.
— A ten? Widzisz: tu już przedzielony, tu widać już listki.
— Chcesz: policzymy u kogo więcej.
— Dobrze.
— U mnie 14.
— A w mojej 23.
— Bo ty wszystko liczysz, a ja tylko takie, które warto.
— Warto wszystkie liczyć, nawet najmniejsze. Jutro będą duże.
— Jutro to dla mnie. Poczekaj, sam policzę. Pięć... siedem...
— A to?
— No, dobrze: osiem. Tak, u ciebie więcej, bo zasiałeś wcześniej.
— Tylko o dwa dni.
— No, to o dwa dni. Za dwa dni i w mojej doniczce będzie więcej. — Poczekaj: dam im dobry obiadek. Niech się najedzą i rosną na zdrowie.
— Nie lej tak dużo, bo zobaczysz.
— A co mam żałować. Niech przy doniczkach z używają. Człowiekowi zaraz potrzeba zupy, pestek, cukierków, mięsa i chleba. A taka poczciwa gachlapie się czystej wody.
— Nie wody, a żyznej ziemi. Na piasku nie urośnie.
— Skąd wiesz?
— Pani mówiła.
— Poczekaj: właśnie spróbuję. Nasypię do doniczki piasku i zasadzę.
— Widzisz? — Patrz, co zrobiłeś? Mówiłam, że się naleje. — Dawaj: ja potrzymam, a ty biegnij po ścierkę, bo będzie awantura. (Brat wybiega). Naprawdę, że z tymi chłopcami trudno wytrzymać. Czytałam w Kurierze, że mężczyźni są lekkomyślni. Święta prawda!
K.