W przeciwieństwie do tragicznych numerów obozowych, które odzierały ludzi z godności, nazwiska i człowieczeństwa, zamieniając ich w bezosobową masę, system numeracji w Domu Sierot Janusza Korczaka na Krochmalnej 92 miał dokładnie odwrotny cel. Tam numer służył budowaniu tożsamości, porządku oraz ochronie prywatności i własności dziecka w dużej, stuosobowej społeczności. Numer w Domu Sierot nie oznaczał zniewolenia – oznaczał podmiotowość i prawo do własnego „ja”.
Pula numerów była stała i ściśle powiązana z topografią budynku: zaczynała się od 1, a kończyła zazwyczaj na 56 (dla dziewcząt) i 51 (dla chłopców). Te najwyższe numery zawsze należały do dziewczynek, ponieważ ich sypialnia w gmachu Domu Sierot była większa i mogła pomieścić więcej łóżek. Kiedy dziecko przekraczało próg placówki, otrzymywało swojego opiekuna spośród starszych wychowanków oraz ten przypisany mu cyfrowy znak, który stawał się strażnikiem jego osobistego świata. Oznaczano nim wszystko: od ubrań i butów w szatni, przez ręcznik i szczoteczkę do zębów, aż po prywatną, nietykalną szafkę w Sali Rekreacyjnej.
W korczakowskim świecie numery miały też wymiar głęboko symboliczny – bardzo często były przekazywane „w rodzinie”. Gdy starsze dziecko opuszczało Dom Sierot, jego młodsze rodzeństwo lub kuzyni dziedziczyli ten sam numer. Tak było w przypadku Froima (Erwina) Bauma, który na Krochmalnej nosił numer 46. Przejął go po swoim starszym bracie Icku (Dużym Icku), przez co sam zyskał przydomek „Małego Icka”. To unikalne domowe dziedzictwo brutalnie zderzyło się z niemiecką machiną Zagłady. W grudniu 1942 roku obaj bracia otrzymali w Auschwitz zupełnie inne, obozowe numery: Froim stał się numerem 79631, a jego brat 79630. Podobnie potoczyły się losy innego wychowanka, Szmulka Gogola (który w Domu Sierot nosił prawdopodobnie numer 21, 39 lub 43). On również przeszedł przez piekło Auschwitz, zabierając ze sobą pamięć o Krochmalnej.
Używanie numerów było również genialnym rozwiązaniem czysto logistycznym, zapobiegającym pomyłkom. W przedwojennej żydowskiej Warszawie wiele dzieci nosiło te same popularne imiona (w maju 1942 roku na Siennej 16 było aż czterech chłopców o imieniu Moniuś!). Kiedy przydomki typu „Mały” i „Duży” Dawid przestawały wystarczać, numer dawał absolutną pewność. Dlatego w rejestrach bursistów, oficjalnych spisach oraz prywatnych listach, tuż po imieniu dziecka, rygorystycznie dopisywano w nawiasie jego numer. Bezcennym i niezwykle poruszającym dowodem tej praktyki jest uratowana z pamięci lista dzieci, którą odnalazłem w archiwum Kibucu Bohaterów Getta w Izraelu, a którą sporządziła po wojnie w Argentynie dawna wychowanka, Helenka Lewi. Helenka, która wyjechała z Polski wiosną 1939 roku, korespondowała z dziećmi z Domu Sierot nawet po ich przeniesieniu do getta. Jej spisana z pamięci lista, obok listów miłosnych od Irki Waffel, stanowi namacalny, bezpośredni dowód na to, jak silny był ten wewnętrzny język tożsamości. Dzięki wspomnieniom Erwina Bauma (nr 46) wiemy dziś na przykład, że pod numerem 9 krył się Jonas – genialny, niezwykle utalentowany młody skrzypek.
System ten był tak naturalnym elementem codzienności, że przenikał do najbliższych relacji dorosłych twórców tego domu. Świadczy o tym słynna, intymna dedykacja Janusza Korczaka w książce ofiarowanej swojej najbliższej współpracowniczce, Pani Stefie (Stefanii Wilczyńskiej), w której Stary Doktor, z charakterystycznym dla siebie humorem i pokorą, podpisał się po prostu jako:
„Pannie Stefie – chłopiec nr 51 – grzybka nie ma – metrykę zgubił w Kraju Bum-Druma – prosi o dyżur zbierania papierków – czysty (niech Pan Bóg broni). Stały mieszk.”.

