Wednesday, July 1, 2026

Jerozolima, październik 1943 r. - Wspomnienie o Januszu Korczaku - Autor: Paulina Appenszlak.

Jerozolima, październik 1943 r. - Wspomnienie o Januszu Korczaku - Autor: Paulina Appenszlak.

Wspomnienie o Januszu Korczaku

Paulina Appenszlak
(Jerozolima, październik 1943 r.)
Uczucie lęku przed drugim człowiekiem, o ile to nie był, naturalnie, złoczyńca, należało w cywilnem życiu przedwojennem do rzadkości. Lecz ja wyraźnie czułam, przechodząc przez środkowy pokój redakcyjny, najmniej wygodny i najbardziej upośledzony w całym lokalu, że boję się Janusza Korczaka.
Często zastawałam go przy biurku, otoczonego setną chmarą rozgadanych, dyskutujących chłopców i dziewcząt. Czasami spotykałam go w drukarni, gdy dawał jakieś wskazówki zecerowi. Było to tylko na początku istnienia tej dziwnej, jedynej chyba w całym świecie gazety, „Małego Przeglądu”, znajdującej się raczej pod kierownictwem niż pod redakcją Korczaka. W miarę jak pismo zyskiwało na popularności i powiększało nakład, Korczaka coraz rzadziej zastać można było w redakcji: zrobił swoje, dał inicjatywę, okrył imprezę wydawniczą olbrzymim autorytetem swego nazwiska, przysłał zastępcę i... wycofał się. Zastępca, red. X., bardzo przypominał zachowaniem się i sposobem bycia niewidzialnego Korczaka. Opowiadano, że Korczak spotkał go kiedyś na ulicy, w pożałowania godnym stanie, obdartego i głodnego. Nie wiem w jakich warunkach została zadzierzgnięta przyjaźń. Mówiono o jakimś palcie, które Korczak zdjął ze siebie, by okryć nim zmarzniętego. Redaktor był ułomny*. Miał oczy prawie takie same, jak Korczak, głęboko osadzone, czarne, płonące oczy fanatyka.
Wydawcy „Naszego Przeglądu” bali się redaktorów dodatku dla dzieci: walczyło się stale o większy przydział papieru i składu, o honorarja. Walkę prowadzili nie tyle Korczak, ile jego zbuntowani apostołowie. Mieli widać olbrzymią siłę moralną za sobą, skoro wydawnictwo lękało się kiedyś ich groźby, jakże brzmiącej żartobliwie, że dzieci zabiorą gazetę i będą same wydawać „Nasz Przegląd”.
Często obawiałam się, przechodząc szybko przez pokój redakcyjny, to milczącego spojrzenia Korczaka. Bo ilekroć na mnie spojrzał, wydawało mi się, że jestem winna wszystkiemu złu, które się dzieje wokół nas, że spada na mnie ciężar odpowiedzialności za zbyt wystrojone i próżnujące panieńskie, za rozpieszczone i egoistyczne dzieci, za spekulujących kupców, za sprzedających swoje poglądy polityczne działaczy, za rodziny, pyszniące się śmiercią swoich najbliższych olbrzymiemi nekrologami w gazetach i wynoszące na światło dzienne intymne związki rodzinne w rubryce powinszowań i życzeń, za panny z posagiem, szukające przyszłości w dziale ogłoszeń matrymonjalnych, za obłudę nabożeństw, na których płaciło się słone ceny za miejsce w synagodze, za frymarczenie wielkiemi słowami, za nadużywanie frazesów, za ogłupianie, oszukiwanie, za pochlebstwa, za wszelką niesprawiedliwość. Ilekroć widziałam Korczaka, pisanie szło mi niesporo. Działał on na mnie jak wyrzut sumienia.
I dziś, kiedy chcę o nim pisać wspomnienia, a wspomnień tych zebrało się nie mało ze znajomości, trwającej około lat 30, ogarnia mnie ta sama obawa, co wówczas, kiedy z za grubych szkieł w złotej oprawie padało na mnie najsmutniejsze, jak gdyby przeczuwające wielkie krzywdy spojrzenie a z za wytartego aksamitnego kołnierza zrudziałego palta odwracała się ku mnie bolesna w swej brzydocie, ale tak dobrze mi znana, tak biska i droga twarz Janusza Korczaka.
Nie śmiem napisać: Bohater, nie śmiem napisać: Męczennik, nie śmiem użyć ani jednego z tych wielkich, wytartych słów, specjalnie tak nadużywanych w epoce krwawego patosu, bo wiem, jak serdecznie nienawidził ich Korczak, jak ironicznym uśmiechem spotkałby idące mu naprzeciw strojne, błyszczące chrześcijańskie, wynajdywane wielkie słowa. Powinny o nim raczej pisać dzieci. Ubóstwo i prymitywność ich stylu mogłyby jedynie wyrazić tę opinję, jakiej sobie Korczak życzył za życia, a chyba i po śmierci. On sam może, w jakimś skrócie monosylabicznym, umiałby wyrazić swój ideał życiowy, który miał jedną myśl przewodnią: Prostotę – a jako jej konsekwencję: Prawdę. I dalsze już logicznie wypływające wnioski: Sprawiedliwość. Ani naiwne poświęcenie, ani dobroć, ani wysoki poziom moralny. Tylko: Sprawiedliwość!
W tym skomplikowanym, zakłamanym, niesprawiedliwym świecie stosowanie tych właśnie zasad i walka o nie stały się posłannictwem Korczaka.
Miałam wówczas 8 lub 9 lat, a Korczak nazywał się panem doktorem Henrykiem Goldszmitem, nosił czarny krawat, zawiązany na kokardę, i bujną rudawą czuprynę, kiedym go po raz pierwszy ujrzała z dwojgiem trzyletnich dzieci, które trzymał na kolanach. Było to w Domu Sierot na ul. Franciszkańskiej, tym słynnym Domu Sierot w Warszawie, który potem stał się domem Korczaka, ma jego jedyną rodziną stało się kilkaset sierot. Młody wówczas doktor, który przypominał Judyma, bo właśnie w owym czasie Judymowie chodzili po Warszawie, zjawiał się co dzień o 5-ej na badanie i zabawę do dzieci. Przez nauczycielkę geografji i przyrody i jej siostry, Julję i Stefanję Wilczyńskie, dwie wytworne panny z bogatego domu asymilatorskiego, które wróciły dopiero co po ukończonych studjach ze Szwajcarii, a rozgorzykowanymi głowami, nabitymi misją niesienia oświaty, a jedna z nich zaangażowana została na mieszczańską pensję dla dziewcząt, zaprzyjaźniłam się z Domem Sierot. Z gromadą dziewczynek przychodziłyśmy najpierw na wspólne zabawy z dziećmi, a potem, w miarę jak podrastałyśmy, na organizowanie przedstawień amatorskich, zagonków, pomoc w odrabianiu lekcji i t. d. O 5-ej siedziało się w dużej sali, dokoła stołu, każdy z nas dostawał blaszany kubek ciepłego mleka i po dwie bułki. Korczak, Julia i Stefania Wilczyńskie, my, obce dzieci i dzieci z Sierocińca, stanowiśmy doskonale zgraną kompanję. Prędko przyzwyczaiłyśmy się do złej polszczyzny sierot, Korczak powtarzał niektóre słowa żydowskie, żeby się ich nauczyć na pamięć. Był wówczas młodym, dobrze zapowiadającym się pisarzem polskim, którego pierwsza książka „Dziecko salonu” wywołała mnóstwo dyskusji. Nie mogłam sobie tylko wytłumaczyć jednego: dlaczego nie brzydzi się dzieci z wielkimi parchami na wygolonych czaszkach? I patrzałam w niemym podziwie, jak tuli do siebie i całuje te małe parchate stworzonka.
W późniejszym okresie – była to duża przerwa, która zajęła pół, a nieraz i całe życie ludzkie – przerwa, obficie nasycona epokowymi wydarzeniami w świecie i w Polsce, przerwa wojny europejskiej, okupacji niemieckiej i odrodzenia Polski, spotykałam Korczaka w zupełnie innych okolicznościach. Ja miałam już za sobą szkołę średnią i studja, pozwalające objektywnie ocenić Korczaka, jako jedynego w Polsce na dużą miarę pisarza dla dzieci. Korczak ostatecznie zrezygnował z piśmiennictwa beletrystycznego dla dorosłych. Był autorem „Józków, Janków i Franków” i „Jośków, Mośków i Srulów”, wspaniałego pamiętnika wakacyjnego polskich i żydowskich dzieci, autorem „Sławy” i autorem „Króla Maciusia”, powieści dla młodzieży o wartości programowo-ideologicznej, książki domagającej się samodzielności dla świata dziecięcego, głoszącej naukę, że dzieciństwo jest okresem zamkniętym, pełnym, jak okres dojrzałości, i przeto nie należy go traktować, jako epokę przejściową, przygotowującą do prawdziwego życia. Dzieciństwo jest także prawdziwym życiem, ma wobec tego prawo wymagać wszystkiego, co się prawdziwemu życiu należy. Dzieciństwo ma otrzymać samostanowienie, ma się rządzić własnymi samodzielnymi zasadami, dzieci nie mogą być upośledzone z uwagi na to, że kiedyś urosną i znajdą się w lepszych warunkach. Korczak walczył o prawo dzieci.
Konsekwencją tego śmiałego i ultranowoczesnego w pedagogice poglądu na wychowanie nie było założenie gazety dla dzieci, pisanej przez dzieci. Dzieci mają nawet prawo do ubioru własnego króla. W ten sposób z żartobliwej niejako powieści o Królu Maciusiu powstała szkoła pedagogiczna, pozostawiająca dzięki swemu radykalizmowi i oryginalności za sobą w tyle nawet teorje pedagogiczne Ameryki i eksperymenty sowieckie. W Domu Sierot rządziło się konstytucją Korczaka, i to małe państewko, chowane za murami na ulicy Krochmalnej, na najbiedniejszej ulicy żydowskiej w Warszawie, było żywą zapowiedzią możliwości stworzenia nowego świata i nowego życia.
Kontrasty aż uderzały do głowy. Na ulicy, w głębokich rynsztokach stało jesienią i na wiosnę błoto, w którem odbijało się tęczą blade słońce, a zimą rynsztoki tworzyły prawdziwą śnieżną pułapkę. Po dwóch stronach ulicy gnieździły się małe parterowe domki, przerywane od czasu do czasu wielką, szeroką, trzypiętrową kamienicą, nie odnawianą od wielu lat, huczącą mrowiem kilkuset mieszkań. Przez okna parterowych mieszkań widziało się jak na dłoni całą biedę i całą sytuację żydostwa polskiego. Jakieś wielkie łóżko, pamiętające dobre czasy, i kredens. Połamane krzesła i najczęściej zydel lub maszyna. Balia po środku, buchająca parą lub mały warsztacik trykotarski, cierpliwie nawijający kolorowe szpulki nici. Dzieci bawiły się na podwórzu lub w rynsztokach. Poczóż to opisywać? Ktokolwiek zna Warszawę, ktokolwiek bywał kiedyś w żydowskiej dzielnicy, temu znane były owe typowe obrazki, owe postacie z płócien Minkowskiego, owe dzieci blade i rachityczne, które nie pozwoliły Korczakowi więcej pisać powieści dla dorosłych o salonach, kazały mu spędzić życie, jemu, mogącemu mieć największą praktykę lekarską i duże nakłady książek – na ulicy Krochmalnej.
Nad takim właśnie rynsztokiem stał czteropiętrowy gmach Domu Sierot, na początku zupełnie nierealnie wyglądający w tym otoczeniu, z ogrodem, zagonkami, placem piłki nożnej i koszykówki, dom z marmurowymi schodami i wielkimi, przestronnymi salami do nauki, dom z sypialniami o wielkich oknach, z umywalniami i prysznicami, z kuchniami i spiżarniami, dom-marzenie dzieci z ulicy Krochmalnej. Trzeba jednak było mieć wielki przywilej, bolesny przywilej, o którym teraz opowiadają dzieci teherańskie, tragiczny przywilej sieroctwa, aby przestąpić próg iście zaczarowanego, królewsko-nowego świata dzieci, rządzonego przez dorosłego Króla Maciusia tak, jak by nim rządził sam Król Maciuś. Na końcu chłopięcej sypialni, oddzielonej ścianką, jak parawanem, z oknem, wychodzącym na sypialnie, mieścił się pokoik Janusza Korczaka. Ktoś jednak musiał dawać baczenie na zbyt rozbrykanych czasem w nocnej zabawie chłopców, ktoś musiał śledzić, czy chłopcy śpią spokojnie. Od strony sypialni dla dziewcząt analogiczny pokoik należał do Stefy Wilczyńskiej.
Ilekroć wchodziłam do sypialni, niedyskretnym spojrzeniem sięgałam do pokoju Korczaka. Nic dziwnego: Korczak był już sławą literacką, zawsze nęciło przecież ciekawskie: jak mieszka, jak żyje? Miał takie same łóżko jak dzieci, może tylko ten kąt różnił się od sypialni ogólnej przez to, że stało tam kilka książek i zielona lampa na stole. Cela mnicha nie jest bardziej bogato umeblowna. Korczak był też zawsze źle ubrany. Nie miał pieniędzy. Poprostu oddawał wszystko co zarabiał. Aby poznać świat dziecięcy, świat swoich sierot, postanowił zżyć się z dziećmi, ale nie na dzień, lub kilka godzin. Długie, długie lata spędził Korczak na ulicy Krochmalnej, latem wyjeżdżał na wakacje letnie, jadł to samo co dzieci i prowadził mniej więcej ten sam rygorystyczny tryb życia co one. Nie wydawało mi się nigdy poświęceniem z jego strony takie a nie inne obranie sobie drogi życiowej. Korczak starannie unikał objawów tego, co mogłoby być uważane za poświęcenie. Chwilami wydawało się, że poprostu jest jednym z dorosłych chłopców, tak bardzo bliskie i własne były mu sprawy dzieci. Czy rzeczywiście istniały dla niego „sprawy dzieci”? Widziałam go kiedyś na posiedzeniu Samorządu, innym razem — Kooperatywy Materjałów Piśmiennych. Zabierał głos, przejmował się, dyskutował z tą samą żarliwością, z jaką to czynili wszyscy uczestnicy zebrania. Cudowna tajemnica jego „systemu” pedagogicznego i jego talentu pisarskiego dla dzieci polegała właśnie na tym, że on nie patrzał z wysoka na swych małych towarzyszy, ale dziwnym sposobem był razem z nimi, był poprostu jednym z nich... Oto dlaczego tak okropnym oburzeniem napawało go, gdy ktoś uderzył dziecko, a już specjalnie, gdy mówiono o biciu dzieci, jako o metodzie. Korczak nie uznawał ani złych dzieci, ani trudnych do wychowania. Znajdywał właściwe podejście do dziecka, i wiedziony instynktowną sprawiedliwością człowieka, który nie wie co to snobizm, rozwiwjał łatwo najtrudniejsze kompleksy psychologiczne dzieci. Jego dzieci wymierzały sobie zawisłe karę same na zasadzie wolnej oceny wolnego sądu w tym doskonałym państwie dziecięcym, jakie budował Korczak. Ale o ściany zamkniętego, doskonałego świata sprawiedliwych dzieci, z których mieli wyrosnąć sprawiedliwi ludzie, uderzały groźne fale. Była to niejako arka Noego wśród potopu. Czas najmniej nadawał się na budowę domów szklanych, na głoszenie miłości bliźniego dla dobrych nauczycieli i rozsądnie chowanych dzieci. Jak w krzywym zwierciadle odbijały się dokoła ziejące nienawiścią twarze, tryumfował Szatan w Europie. Jak boleśnie musiał przeżywać Korczak, duchem tkwiący w pozytywizmie minionej epoki, serdeczny brat Amicisa, Kiplinga, Muntego, fale wstecznictwa, rasizmu, antysemityzmu, zalewające Europę a wraz z nią i Polskę. Nie mieszał się do polityki. Niechętnie podpisywał protesty, jak gdyby rozumiejąc ich bezradność. Nie rozgłaszał swojego rozczarowania. W słowach, w artykułach raczej beznamiętny i bardzo opanowany, usiłował ukryć się jeszcze głębiej za ścianami swojego szklanego Domu, dobrego świata dziecięcego. Dzieci wyrastały. Przychodziły czasami pobite, a czasami pokrwawione z ulicy. Wychowankowie Domu Sierot z taką pewnością siebie i pewnością słuszności swych praw wkraczali w życie... i nie dostawały pracy. Dzieci mówiły coraz więcej o Palestynie. Należały do Szomru. Niektóre rwały się do wyjazdu. Wówczas doktór Korczak, poprzedzony wielokrotnymi odwiedzinami w Palestynie swojej najbliższej współpracowniczki, Stefanii Wilczyńskiej, wyjechał do Palestyny. Do Ein-Harodu, gdzie najwięcej dzieci. Przyjeżdżał tu wiele razy. Mówiono, że miał jakieś plany, związane z Palestyną: nie wiem, czy sam chciał się przenieść, czy badał, jak wpływa na dzieci atmosfera Emeku w przeciwstawieniu do atmosfery ulicy Krochmalnej.
W czasie jednej z takich podróży powrotnych, na pokładzie trzeciej klasy „Polonji” na swoją lin, w białą noc księżycową, zastałam go siedzącego w towarzystwie prostych ludzi. Jak zwykle, więcej słuchał niż mówił, więcej patrzał niż inni, więcej widział.
Pierwszy grom wojenny uderzył naturalnie w „Mały Przegląd”, który przecież nie był gazetą, tylko dodatkiem do dużej gazety. Zabrakło papieru. Dopytywałam się o Korczaka. Mówiono, ponieważ było to pod koniec wakacji, że jest w Palestynie.
Jakże mogłam przypuścić, że jest gdzie indziej, jak na ulicy Krochmalnej, jak mogłam sobie wyobrazić, że zostawił w czasie bombardowania swoje dzieci. Jako lekarz był powołany do służby wojskowej, ale przecież musiał wrócić, samotny, do swojej sierocej rodziny.
O śmierci Janusza Korczaka dowiedziałam się z gazet**. Korespondent „Time & Tide“ tak (w grudniu 1942 roku) opisał ostatnią wędrówkę Korczaka, który aż do chwili masowego mordu Żydów pozostał w ghecie: „Pragnąc go poniżyć moralnie, Niemcy dali mu możliwość ratunku, ale Korczak nie zgodził się oczywiście na opuszczenie dzieci. O śmierci jego mówili z podziwem zarówno Żydzi, jak i Polacy. Korczak prowadził pochód dzieci z sierocińca na dworzec, gdzie oczekiwał ich pociąg śmierci. Szedł spokojny i skupiony, zachowując godną postawę. Na ręku trzymał dwoje dzieci, reszta szła za nim. Kto był świadkiem tej sceny, nigdy jej nie zapomni.” Na czele pochodu dzieci, trzymając dwoje na rękach.... Takim go właśnie widziałam po raz pierwszy, przed trzydziestu laty, kiedy trzymał dwoje maleństw na rękach. Kto wie, może i teraz, jak wówczas w tym bardzo starym, dobrym, przedwojennym świecie, kiedy Korczak, niedawno po otrzymaniu dyplomu, wrócił z zagranicy z sercem pełnym miłości, głową pełną ideałów, z piórem utalentowanym, jak wówczas zabawiał dwoje nieszczęśliwych ogolonych sierot jakąś bajeczką o państwie Króla Maciusia, może i teraz, idąc przez czarne od błota i czerwone od krwi ulice-Warszawy do pociągu śmierci, ten polski Pied-Pieper***, kroczący na czele pochodu dzieci, opowiadał im złudna bajkę o świecie, do którego ich wiedzie.
* Redaktor był ułomny - mowa o Igorze Newerlym.

** Tłumaczenie fragmentu z brytyjskiego tygodnika „Time and Tide” z dnia 19 grudnia 1942 roku na język polski: „...[wieść] o jego ostatnim marszu — o którym z czcią mówią zarówno Polacy, jak i Żydzi — dotarła do mnie od osoby niebędącej Żydem. Korczak poprowadził pochód z sierocińca na stację, gdzie czekał na nich pociąg śmierci: szedł spokojny i skupiony...”
*** Pied-Pieper - tutaj Przywódca