Saturday, July 4, 2026

Lunia Rozental - Warszawskie wspomnienia: Dzieciństwo i lata szkolne (Część II).

 Warszawskie wspomnienia: Dzieciństwo i lata szkolne (Część II)

Rozdział I: Świat dziecięcych symboli i wielkie kłamstwo
Dostawałyśmy od rodzicielek jakieś owoce. Przed jedzeniem trzeba było oczywiście umyć ręce. Miałyśmy z Sabcią specjalny ręczniczek, który w zupełnie niezauważalny dla dorosłych sposób ukrywałyśmy obie w krzewach okalających trawnik w parku Traugutta. Obie przyrzekłyśmy sobie, że żadna z nas nigdy nie zdradzi tego sekretu. Pokazywałyśmy potem starszym, jakie czyste są nasze małe dłonie i pękałyśmy ze śmiechu, patrząc na siebie figlarnie. Dzięki nam nasze mamy również zawarły bliższą znajomość i z czasem zaczęto nas zapraszać na różne rodzinne uroczystości na ulicę Muranowską. Sabinka miała brata Olka, który jednak niezbyt chętnie bawił się z dziewczynkami. Moja przyjaciółka lekko sepleniła. Kiedyś spróbowałam ją przedrzeźniać, przez co śmiertelnie się na mnie obraziła. Nie odzywając się, pokazała mi mały palec. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, co to oznacza; dopiero później zrozumiałam, że to dziecięcy znak: „jestem pogniewana i nie rozmawiam z tobą”. Kiedy po kilku dniach pokazała mi dwa palce – środkowy i wskazujący – był to sygnał, że mi wybacza i chce się pogodzić. W ten sposób Sabcia wprowadziła mnie w fascynujący świat symboli.
Kiedyś nasza nauczycielka napisała na tablicy zdanie: „MAMA I TATO IDĄ NA POLE” i poleciła nam, uczniom, narysować odpowiedni obrazek. Z przejęciem zajęłam się pracą. Narysowałam mamę z bardzo wyraźnym biustem, żeby nikt nie miał wątpliwości co do jej tożsamości. Moja mama na rysunku nosiła pantofle na francuskim, czyli bardzo wysokim obcasie, a w ręku trzymała grabie, bo przecież – zgodnie z poleceniem – szła na pole. Tato zaś miał na sobie elegancki garnitur, krawat, melonik jak należy, a w dłoni trzymał olbrzymią łopatę. Namęczyłam się nad tym dziełem srodze, ale spotkało mnie za nie ogromne uznanie ze strony nauczycielki. Chyba nie było ono w pełni zasłużone, biorąc pod uwagę realia pracy na roli, ale to dało początek zupełnie innej historii. Nasza pani zapytała mnie z podziwem, skąd umiem tak ładnie rysować. Zaskoczona i podniecona tym pytaniem, bez zastanowienia palnęłam pierwsze kłamstwo: „że się uczyłam”. Dalsze pytanie brzmiało: „A jak długo się uczyłaś?”. Popełniwszy pierwszy fałszywy krok, brnęłam dalej: „Jeden dzień” – odpowiedziałam. Na tym na szczęście skończyły się te natarczywe indagacje, bo ocalił mnie dźwięk szkolnego dzwonka. Przypuszczam, że w innym wypadku, gdyby pytała dalej, byłabym gotowa wskazać na naszą pokojówkę Małpkę jako moją rzekomą nauczycielkę rysunku.
Na następnej lekcji nauczycielka oddała mi mój nieszczęsny rysunek, pod którym wystawiła dużą piątkę. Moi rodzice dokładnie obejrzeli to „arcydzieło”. Byli znacznie bardziej krytyczni od pani w szkole, ale nigdy publicznie nie podważali jej autorytetu. Zamiast tego zaczęli ze mną spokojnie rozmawiać o odzieży, strojach i o tym, jak ludzie ubierają się do pracy, pokazując mi różne ilustracje i pocztówki. Mnie jednak przez cały czas nie opuszczało głębokie uczucie wstydu, że skłamałam – i to tak głupio oraz nieudolnie. Z wiekiem i pod wpływem prawdziwej potrzeby człowiek uczy się przecież, że czasami przemilczenie pytania lub próba zmiany tematu jest znacznie lepszym sposobem, gdy z różnych względów nie można odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
Rozdział II: Domowy spokój i hierarchia przy stołowym stole
Nigdy u nas w domu nie karano nas nawet surową wymówką za żadną psotę, figiel czy dziecięce przewinienie. W ogóle w naszym domu nigdy nie słyszałam podniesionego głosu, żadnej kłótni ani nawet najmniejszej sprzeczki między moimi Rodzicami. Uwag udzielano nam zawsze spokojnie, a najczęściej żartobliwie. Gdy któraś z nas zbyt głośno mieszała łyżeczką cukier w szklance, Tatuś mówił z uśmiechem: „O, to chyba tramwaj tak dzwoni na ulicy: dyń-dyń!”. Miałam wtedy swój pamiątkowy albumik – taka była wówczas moda i wszystkie dziewczynki bardzo się z nich cieszyły. Moja Mamusia wpisała mi do niego piękny wierszyk:
„Jak potoki czystej wody
po zielonej płyną niwie,
tak niech płynie wiek twój młody
cicho i szczęśliwie”.
Nie pamiętam już dokładnie, kto był autorem innych słów, które wtedy zapisałam i które nosiłam w pamięci:
„Prawda jest cnotą,
najwyższą potęgą.
Prawda Bóg sam.
Lecz jeśli prawdą
masz zabić człowieka,
o wtedy kłam!”
.
Nie byłam całkowicie pewna, czy w oryginale stało „zabić”, „zranić”, czy może „zrazić” – a różnica przecież jest kolosalna. Ja ową rzekomą „naukę rysunków” przed rodzicami po prostu przemilczałam, ale wracałam do tej historii w myślach przez bardzo długi czas. Widać było, że to niewinne kłamstwo ogromnie gnębiło moje dziecięce sumienie. Starałam się pisać w szkole jak najpiękniej, ale wychodziło mi to dość nieudolnie. Stopniał już dawno tamten pierwszy listopadowy śnieg, o którym pisałyśmy na tablicy, ale w mojej pamięci pozostał trwały ślad. Tatuś pisał przepięknie i wyraźnie. Narzekał często, że teraz w szkołach nie uczą już jak dawniej porządnej kaligrafii. Powtarzał, że były to wprawdzie nudne lekcje, ale dawały znakomite rezultaty – dzięki nim nikt potem nie pisał „jak kura patykiem”. Była to, rzecz jasna, bezpośrednia aluzja do mojego charakteru pisma.
Przy stole podczas obiadów mieliśmy ściśle ustalone miejsca i nigdy tego porządku nie zmieniano. Przez około rok lub dłużej przychodził do nas na posiłki bratanek Mamusi – osierocony syn jej zmarłego brata Abrama. Wtedy po mojej stronie stołu dostawiano jedno dodatkowe krzesło. Porcje podawano w określonej hierarchii: najpierw Tatusiowi, potem temu chłopcu jako gościowi, następnie Sabinie, a na samym końcu mnie. Ten młody chłopak, noszący nazwisko Polirsztok, nie należał do osób wylewnych ani rozmownych. Na pytania odpowiadał bardzo lakonicznie i chyba niezbyt dobrze czuł się w naszym towarzystwie, chociaż Mamusia z całego serca starała się robić wszystko, aby było mu jak najprzyjemniej. Nasza służąca obiad zjadała zawsze sama i naturalnie w kuchni. W tamtych czasach zwracano się do kolejnych dziewcząt pracujących w domu w charakterystycznej, trzecioosobowej formie: „Niech Anielcia przyniesie kompot” albo „niech Andzia poda jeszcze dwa widelce”.
Rozdział III: Tożsamość narodowa i wielka lekcja Tatusia
W naszej kamienicy mieszkali przeważnie Żydzi. Do rzadkich wyjątków należał długowąsy pan Szymański, który zajmował mieszkanie w suterenie. Miał dwie dorosłe córki – Wandę oraz Irkę. Właśnie ta druga opowiadała kiedyś z dumą mojej mamusi, że dała sobie celowo wyrwać zdrowy, przedni ząb i wstawiła w to miejsce złoty, ponieważ uważała, że tak wygląda niezwykle elegancko. Starsza z nich, Wanda, kiedyś w mojej obecności – gdy czekałam na korytarzu na Mamusię – rzuciła pod nosem: „Jak głośno te żydowskie dzieci się bawią”. Oburzona, podeszłam do niej i powiedziałam prosto w oczy: „Ja też jestem żydowskim dzieckiem, ale nigdy tak głośno się nie bawię!”. Wanda, nieco zmieszana, odpowiedziała mi na to: „O, wy – to zupełnie coś innego. Wasz Ojciec jest uczony”.
Ta rozmowa dała mi bardzo dużo do myślenia i sporo o niej rozmyślałam w samotności. Kiedy Tatuś w sobotnie lub niedzielne popołudnia moczył dość długo nogi w wielkiej miednicy ustawionej na kuchennej podłodze, kilkakrotnie podchodziłam blisko, chcąc go o to zapytać i opowiedzieć mu o słowach Wandy. Nigdy jednak nie starczyło mi śmiałości – po prostu nie wiedziałam, jak zacząć, żeby nie wypadło to głupio ze strony małego dziecka.
W szkole powszechnej pewnego razu nasza nauczycielka gimnastyki, która była katoliczką, poleciła mi pójść do kancelarii i przynieść piłkę do gry. Z dumą i pośpiechem wykonałam to polecenie. Gdy wróciłam, pani bardzo mi podziękowała, uśmiechnęła się, ciepło pogłaskała mnie po głowie i powiedziała: „Ty chyba nie jesteś żydowskim dzieckiem”. W jej ustach zabrzmiało to jak najwyższa pochwała, co doskonale pokazywało ówczesne realia. Opowiedziałam o tym wydarzeniu w domu, dokładnie naśladując ton i gesty mojej nauczycielki. Tatuś tylko się roześmiał, a potem usiadł obok mnie i zaczął mi spokojnie tłumaczyć, jak złożony i piękny jest świat. Powiedział mi wtedy: „Pamiętaj, przyszłaś na świat przede wszystkim jako człowiek. Jesteś dziewczynką, a nie chłopcem. Urodziłaś się w Warszawie, więc jesteś warszawianką. Ponieważ Warszawa leży w Polsce, jesteś zatem Polką. Twoja rodzina wywodzi się z Żydów, a więc jesteś także Żydówką. Chodzisz do szkoły, co czyni cię uczennicą. Masz wielu wujków i ciotek, więc jesteś bratanicą dla Piotra i Zosi oraz siostrzenicą dla cioci Lodzi i wujka Szymona. Jesteś wreszcie naszą wnuczką i mądrą, kochaną panienką”. Od tego natłoku definicji aż rozbolała mnie głowa! Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że jedna mała osoba może być jednocześnie tak wieloma rzeczami na raz.
Rozdział IV: „Eksmisja” lalki i narodziny siostry Krysi
Wkrótce potem okazało się, że nasza śliczna, ukochana Mamusia jest w ciąży. W domu głośno i z radością się o tym mówiło. Często przykładałam ucho do jej brzuszka, a Ona pytała z uśmiechem, czy słyszę, jak tam w środku kręci się i wierci mój braciszek albo siostrzyczka. Ja osobiście wolałam braciszka, ponieważ miałam już starszą siostrę Sabinę. Czekałyśmy obie z wielką niecierpliwością. Aż wreszcie Tatuś zawiózł Mamę do prywatnego zakładu położniczego przy ulicy Ceglanej 17. Była to nowość, ponieważ zarówno mnie, jak i Sabinę akuszerki przyjmowały jeszcze w domu – widać czasy i obyczaje szybko się zmieniały. Gdy na świat przyszła trzecia z kolei dziewczynka, nasz Tatuś Gabriel wpadł w prawdziwą rozpacz. Z przejęcia przez dwa dni w ogóle nie poszedł do pracy! W końcu, szukając ratunku, wylądował na Polnej u swojej starszej, bezdzietnej siostry i zawołał od progu: „Irena, błagam, zaadoptuj to!”.
Potem oczywiście musiał pogodzić się z losem i z miłością przyjąć nową córkę. Długo rozmawiał z nami o tym, jakie imię jej nadać. Mamusia bardzo chciała, aby mała nazywała się Elwira – w ten sposób pragnęła uczcić pamięć swojego zmarłego ojca. Naszemu Tatusiowi wydawało się jednak, że to imię dobra wyłącznie „dla starej panny”. Z naszej strony padały więc najróżniejsze dziecięce propozycje: Wanda, Zuzanna. A kiedy Sabina rzuciła imię Krysia, natychmiast podchwyciłam ten pomysł i zaczęłam głośno śpiewać słowa popularnej piosenki: „Czy pozwoli panna Krysia, młody ułan pyta...”.
Po upływie tygodnia nasza Mamusia wróciła do domu – znów szczupła, zgrabna i promienna, niosąc ze sobą tę zupełnie nową małą dziewczynkę. Krysia leżała owinięta w ciepły becik, który bezceremonialnie położono w wiklinowym wózku z budką. Był to wózek, który dotychczas należał do mojej ukochanej lalki. Z dziecięcą powagą uznałam, że była to pierwsza brutalna eksmisja, jaką widziałam w swoim życiu! Moje lalki w tamtych czasach były zresztą okropne – przeraźliwie ładne, zamykały i otwierały swoje wielkie, szklane oczy. Najgorsze jednak było to, że ich główki i kończyny zrobione były z kruchej porcelany. Niejednokrotnie podczas zabawy tłukły się, co stawało się powodem mojej najprawdziwszej rozpaczy. Byłam święcie przekonana, że te lalki to potwornie boli! Poza tym każdy taki upadek wiązał się z dużym domowym wydatkiem na nową porcelanową głowę czy nogę. Mała Krysia bardzo często płakała. Mamusia stale brała ją na ręce, nosiła albo kładła do mojego dawnego wózka i leciutko huśtała. Kiedyś, gdy Mamusia karmiła ją piersią, ukradkiem polizałam kroplę mleka, które tej nowej lokatorce tak niesamowicie smakowało, że od razu po nim cichła. Muszę jednak szczerze przyznać, że dla mnie to mleko było po prostu okropne – mdłe i o dużo za słodkie. Na początku nie było z nowej siostry żadnej pociechy: ani się z nią pobawić, ani opowiedzieć bajki, ani pośpiewać. Gdy pewnego razu spróbowałam zaśpiewać jej znaną piosenkę, Krysia skrzywiła się strasznie i zaczęła ryczeć na cały głos. Widać już wtedy doskonale poznała się na moim talencie muzycznym.
W związku z powiększeniem się rodziny, w naszym domu coraz głośniej i częściej zaczęto rozmawiać o konieczności zmiany mieszkania. Rodzice pragnęli za wszelką cenę wynieść się z dotychczasowej, zatłoczonej dzielnicy i z całego serca marzyli o tym, aby w nowym lokalu był prawdziwy, nowoczesny pokój kąpielowy z łazienką. Sabinie i mnie obiecano wtedy coś najwspanialszego: że w tym nowym domu będziemy miały swój własny, oddzielny pokój. Marzyć – łatwo i przyjemnie, ale znalezienie odpowiedniego dla nas mieszkania w „lepszej dzielnicy” nie było bynajmniej rzeczą łatwą. Trzeba się było jeszcze przedtem pozbyć naszego lokalu na Sapieżyńskiej. Miało ono jednak jeden kolosalny plus: komorne było bardzo niskie. Cała ta procedura trwała dość długo i Sabina oraz ja przestałyśmy w końcu wierzyć, że przeprowadzka kiedykolwiek naprawdę dojdzie do skutku.
Rozdział V: Podwórkowa biblioteka i rajfurki
Moja starsza siostra miała niezwykle bujną wyobraźnię i ciągle wymyślała coś nowego. Pewnego razu dostała w prezencie „drukarenkę”. Nie operujcie jednak współczesnymi pojęciami! To były pojedyncze, gumowe lub kauczukowe literki, które trzeba było za pomocą pincetki pieczołowicie układać na specjalnej ramce w całe słowa. Bardzo podobała nam się ta zabawa, aż nagle moja siostra wpadła na zupełnie inny pomysł. Ponieważ miałyśmy w domu stosunkowo dużo książek, Sabina skleciła z literek napis: „Nie niszczyć książek z biblioteki” i w ten sposób rozpoczęła się nasza wielka dziecięca działalność kulturalno-oświatowa. Naprawdę zaczęłyśmy wypożyczać książki, a dzieci z podwórka chętnie z tego korzystały. Sabina surowo uprzedzała każdego małego czytelnika, że jeżeli choć trochę zniszczy egzemplarz, będzie musiał zapłacić umowną karę. Roboty przy tym było mnóstwo – trzeba było sporządzić dokładny katalog książek oraz spis czytelników. Traktowałyśmy tę sprawę niesłychanie poważnie, a Tatus’ był naszym stałym i cierpliwym doradcą.
Kiedy Krysia miała już swój prawdziwy wózek, a nawet potem, kiedy awansowała do spacerowego, często chodziłyśmy razem do pobliskiego Ogrodu Krasińskich. Rosło tam dużo starych drzew, a więc cień było znaleźć znacznie łatwiej niż w nowym Parku Traugutta, a na dodatek ogród leżał znacznie bliżej naszej szkoły. Znów, jak dawniej, zbiegałam tam „z górki na pazurki” i w efekcie stale miałam świeże strupki na kolanach po tych licznych, dziecięcych przewrotach. Nie należałam do dzieci wybitnie sprawnych fizycznie, za to moja strona intelektualna przedstawiała się znacznie lepiej.
Podczas tych spacerów w Ogrodzie Krasińskich Mamusia zaprzyjaźniła się z szalenie sympatyczną panią, której mała córeczka była dokładnie rówieśniczką naszej Krysi. Ta dziewuszka nazywała się Irka Rosengart. Do ogrodu przychodziłyśmy zazwyczaj wtedy, kiedy kończyły się moje lekcje. Warto wspomnieć, że tę samą izbę szkolną w naszej szkole zmieniano w ciągu dnia trzykrotnie, ponieważ z powodu braku miejsc pracowano tam na trzy zmiany. W czasie naszej nieobecności w domu zostawała służąca. W tamtych latach nie było trudno dostać dziewczynę do pomocy w gospodarstwie domowym, co wiązało się z ogromnym przeludnieniem i pauperyzacją ówczesnej polskiej wsi. Stręczeniem wiejskich dziewcząt szukających jakiejkoľwiek pracy w mieście zajmowały się zawodowo tak zwane rajfurki. Do obowiązków służącej należało między innymi przynoszenie ciężkiego węgla z piwnicy, sprzątanie oraz nauka gotowania pod czujnym okiem naszej Mamusi.
Rozdział VI: O żydowskim chlebie i lekcji z Placu Krasińskich
Otóż pewnego dnia, kiedy spokojnie siedziałyśmy na ławce w Ogrodzie Krasińskich, obok nas przeszła mała grupka wyrostków. Patrząc bezczelnie na matkę Irenki, zaczęli głośno wykrzykiwać pod jej adresem obrzydliwe, antysemickie hasła. Wyglądało to niezwykle nieprzyjemne. Gdy wyrostki się oddaliły, obie panie zaczęły gorączkowo i z przejęciem dyskutować o tym zdarzeniu. Nagle znajoma Mamusi, pani Rosengart, przypomniała sobie kluczowy szczegół. Okazało się, że dwaj spośród tych zjadliwych chłopaków pracowali w wytwórni wód gazowych położonej gdzieś na Placu Krasińskich, a zakład ten był własnością jej rodzonego brata! Po kilku minutach ta sama grupka młodych ludzi niefortunnie znów przechodziła koło naszej ławki. Wówczas pani Rosengart błyskawicznie ruszyła do zdecydowanego ataku. Podeszła do nich i prosto w twarz wykrzyczała im, że doskonale wie, gdzie pracują. Dodała z ogromnym oburzeniem, że to straszna i haniebna rzecz, aby wykrzykiwali antysemickie hasła dokładnie ci ludzie, którzy na co dzień „jedzą żydowski chleb”. Potem stanowczo oznajmiła, że natychmiast porozmawia ze swoim bratem, wskaże mu napastników i poprosi, żeby z hukiem zwolnił ich z pracy.
W tym momencie obie malutkie dziewczynki zaczęły nagle wiercić się w swoich „karetach”, więc obie panie poszły na spacer, prowadząc wózki ze swoimi pociechami. Ja natomiast wolałam zostać sama na ławce. Nawet dzisiaj, po tylu dziesięcioleciach, mogłabym bezbłędnie wskazać to konkretne miejsce w Ogrodzie Krasińskich. Byłam wtedy bardzo podenerwowana i w mojej małej głowie ciągle krążyła myśl o tym „żydowskim chlebie”. Starałam się jakoś połapać w tej skomplikowanej sytuacji, a nawet w samej tej nazwie. Fakt, że to zdarzenie wyryło tak trwały ślad w mojej pamięci – jak zresztą wszelkie przeżycia silnie zabarwione emocjonalnie – ma swoją głęboką wymowę aż do dnia dzisiejszego. Wtedy, kiedy byłam dzieckiem, sprawa tego „żydowskiego chleba” niezwykle mnie zastanowiła, ponieważ jako mała dziewczynka pojmowałam wszystko dosłownie. Całe to wydarzenie pozostawiło we mnie przykre uczucie i przez lata mogło się wydawać, że uległo całkowitemu zapomnieniu. Jednak po upływie wielu, wielu lat, już w Polsce Ludowej, gdy usłyszałam, jak ktoś mówił z pretensją o Żydach, że „tak długo jedli polski chleb”, tamto wspomnienie sprzed lat wróciło do mnie z całą swoją pierwotną mocą. Widać wyraźnie, że obudziło się coś, co przez całe życie pozostawało uśpione głęboko w mojej podświadomości.
Rozdział VII: Strach na półpiętrze i krawcowa Etka
W pewien jesienny, pochmurny dzień, Tatuś zabrał mnie na popołudniowy seans do kina. Wróciliśmy już o zmroku. Tatuś miał jeszcze do załatwienia jakieś pilne sprawy na mieście, więc odprowadził mnie jedynie do samej sieni naszej kamienicy. Ruszyłam sama po schodach. Gdy weszłam na półpiętro, nagle zamarłam z przerażenia – zauważyłam, że w ciemności czai się na mnie jakiś podejrzanie skulony człowiek. Znieruchomiałam. Nie byłam w stanie zrobić ani jednego kroku. W potwornym strachu odczekałam kilka chwil, a w mojej dziecięcej wyobraźni ten cień jawił się jako postać mitycznego porywacza dzieci, który wciąż trwał nieruchomo w tym samym miejscu. Zaczęłam przeraźliwie, histerycznie płakać.
Mój rozpaczliwy krzyk usłyszała na szczęście krawcowa z pierwszego piętra – pani Etka. Wybiegła natychmiast na klatkę schodową i przybiegła mi z pomocą. Pozwoliłam jej bez oporu zabrać się do jej mieszkania, ale z przerażenia nie byłam w stanie wykrztusić ani jednego słowa – po prostu trzęsłam się cała i zanosiłam spazmami. Pani Etka natychmiast posłała kogoś ze swoich domowników po moją Mamusię, a mnie położyła i przyłożyła mi do czoła zimny, wilgotny kompres. Na wszelkie sposoby usiłowała mnie uspokoić, czule trzymając mnie za rękę. Gdy po upływie kilku minut wstrząśnięta Mamusia wbiegła do pokoju, ta zazwyczaj łagodna krawcowa Etka nagle zmieniła się w stanowczego dowódcę. Zaczęła wydawać krótkie, wojskowe wręcz rozkazy. Podała jakieś szklane naczynie i kazała Mamusi, żebym natychmiast zrobiła do niego siusiu. Wszyscy domownicy bez dyskusji zaczęli wypełniać jej polecenia, choć ja potwornie wstydziłam się oddawać mocz w obecności obcych ludzi. Ale to nie było wszystko. W niesłychanie apodyktyczny sposób Etka zażądała od mojej Mamusi, aby ta kazała mi to natychmiast... wypić.
Opierałam się przed tą obrzydliwością przez dłuższą chwilę, ale siła przekonania i autorytet Etki były tak potężne, że nikt w tamtym pokoju nie śmiał się jej sprzeciwić. I stał się cud – powoli przestałam się trząść, ustał mój spazmatyczny płacz i Mamusia mogła mnie wreszcie bezpiecznie zabrać do naszego mieszkania. Położono mnie do łóżka, bo z tego wszystkiego dostałam wysokiej temperatury. Gdy wieczorem wrócił Tatuś i szeptem opowiedziano mu całą tę historię, przede wszystkim strasznie żałował, że z powodu pośpiechu nie odprowadził mnie pod same drzwi domu. Jeszcze bardziej dziwił się jednak Mamusi – miał do niej żal, że posłuchała tej prostej krawcowej jak jakiejś czarownicy i nie stawiła jej najmniejszego oporu. Tę historię zapamiętałam na całe życie jako coś niezwykle przykrego i obrzydliwego. Co ciekawe, bodźcem całego tego paraliżującego strachu był po prostu cień balustrady i poręczy schodów, który przy nikłym, korytarzowym oświetleniu odbijał się upiornie na przeciwległej ścianie. To zdarzenie zapisało się w mojej pamięci nie tylko jako osobiste, traumatyczne wspomnienie z dzieciństwa, ale również jako namacalny dowód ówczesnej ciemnoty, zabobonu i znachorstwa. Wiele lat później, gdy skończyłam opowiadać tę historię – pisząc ją już na tej współczesnej maszynie, podczas naszego pobytu na wsi u Gabrysia – Małgorzata, w związku z operacją swojej mamy, wspomniała mi o stosowaniu urinoterapii przy ciężkich chorobach nerek. Okazało się, że te praktyki wywodzą się z dawnej, wcale niegłupiej medycyny ludowej i we współczesnym świecie bywają obiektywnie stosowane przez lekarzy.
Rozdział VIII: Rok 1920 i rytuał domowego prania
Opowiem teraz o innym wielkim wydarzeniu z moich najwcześniejszych lat, które nie miało już charakteru indywidualnego strachu, ale swoim zasięgiem objęło dosłownie wszystkich mieszkańców Warszawy. Jak teraz rozumiem z perspektywy czasu, musiał to być rok 1920. Nagle rozległ się potężny huk strzałów i ogłuszający odgłos armat, od którego dosłownie zatrzęsły się ściany naszej kamienicy. Mieszkaliśmy stosunkowo niedaleko brzegu Wisły, więc w naszym odczuciu ta kanonada działa się tuż obok, za oknem. Wszystkich nas ogarnęło paraliżujące uczucie śmiertelnego, nadchodzącego niebezpieczeństwa. W naszym domu to wydarzenie nazywano po prostu „wybuchem”, a do oficjalnej historii Polski przeszło ono na zawsze pod nazwą „Cudu nad Wisłą”, kiedy to wojska polskie bohatersko odparły dramatyczny atak bolszewików na stolicę. Do naszego mieszkania przychodziło wtedy mnóstwo przerażonych sąsiadów z kamienicy – rzecz wcześniej niespotykana. Ludzie uciekali do nas najpierw po to, by móc dzielić ten potworny strach z kimś drugim, a potem, by gorączkowo wyjaśniać sobie nawzajem, co się właściwie wokół nas dzieje.
Aby uświadomić Wam, jak bardzo zmienił się świat, opowiem o praniu. Kiedy dzisiaj u kogokolwiek z Was przychodzi czas na pranie, po prostu wchodzicie do pralni, wrzucacie brudną bieliznę do bębna, wsypujecie jakiś proszek, naciskacie jeden guziczek i gotowe. Za czasów moim dzieciństwa pranie było gigantycznym rytuałem, który trwał nieprzerwanie przez kilka dni i stanowił niezwykle ciężką, długotrwałą pracę fizyczną. W naszej kuchni ustawiano wtedy wielką, drewnianą balę, która na samym dnie miała zamontowany specjalny kurek. To przez niego wlewano i wypuszczano wodę, a do środka wsypywano jakiś proszek albo raczej trochę rozpuszczonego w wodzie mydła. To był pierwszy etap – „moczenie”. Następnego dnia zmieniano wodę, to znaczy wlewano gorącą. Na ściance balii stawiano specjalną tarę. Wyjmowano kolejno kawałki bielizny, smarowano je mydłem i tarło się mocno o tę tarę. Następnie zmieniano dwukrotnie wodę, wyżymano odzież przez wyżymaczkę – co na owe czasy stanowiło już ogromny postęp – i kręcono ręcznie korbką wyżymaczki. Potem bieliznę gotowano w dużym, specjalnym kotle. Charakterystyczny zapach czystości roznosił się naturalnie po całym mieszkaniu i sieni. Na strychu suszono czystą bieliznę. Mniejsze sztuki prasowano w domu ciężkim żelazkiem, do którego wnętrza wrzucano rozżarzone węgiełki. Duże zaś, wysuszone sztuki układano w lnianym, dużym, dłuższym od prześcieradła maglowniku. Tak przygotowaną, ciężką pakę zanoszono do profesjonalnego magla. Tam, w tym tajemniczym miejscu, byłam zaledwie jeden jedyny raz. Przewijano tam każdą sztukę na wielkie drewniane wałki, po kilka kawałków za jednym razem. Za pomocą wielkiej, ręcznej korbki kręcono nimi kilkakrotnie. Kiedy cały ten skomplikowany proces dobiegł już końca, zawsze wydawało się, że naszej bielizny jest przynajmniej dwukrotnie mniej, niż na samym początku.
Pamiętam doskonale jeszcze jedną ważną czynność wykonywaną w naszej kuchni – wałkowanie ciasta i robienie domowego makaronu. Ambicją każdej szanującej się gospodyni było zrobienie jak najcieńszego makaronu. Robiono to za pomocą wielkiego, drewnianego wałka. Przy tej ciężkiej robocie z piersi kobiet zawsze rozlegały się ciche westchnienia czy wręcz zmęczone jęknięcia. W moim dziecięcym pojęciu – to właśnie była prawdziwa, najcięższa praca. Kiedy byłam zupełnie mała, a Tatuś rano wychodził z domu, byłam święcie przekonana, że on tam w swoim biurze gdzieś przez cały dzień wałkuje ciasto i do domu wraca wieczorem dlatego taki potwornie zmęczony.
Rozdział IX: Dyfteryt, fryzura na „polkę” i dziecięca psychika
Nie pamiętam już dokładnie, w której byłam wtedy klasie, kiedy ciężko zachorowałam na dyfteryt. Krztusiłam się strasznie. Poza normalnie stosowanymi lekarstwami w ciemnych flaszeczkach, zrobiono mi po raz pierwszy w życiu zastrzyk. To zresztą w owym czasie należało do absolutnie nowoczesnych sposobów leczenia. Rodzice mocno to podkreślali i nieustannie zapewniali mnie, że to tylko jedno małe, niewinne ukłucie w pupę, a wkrótce dzięki temu wyzdrowieję. Nie wiem, czy nastąpiło to szybko, ale w każdym razie w końcu wyzdrowiałam i znalazłam się znowu w szkole. Pewnego razu podczas wspólnej zabawy ktoś nieumyślnie pchnął mnie na korytarzu. Urządziłam wtedy prawdziwą, dramatyczną histerię, krzycząc na cały głos, że przecież dopierom co miała zastrzyk i że to mnie teraz strasznie boli! A tak naprawdę wcale już nie bolało; po prostu bardzo chciałam być ważna i zaimponować koleżankom, bo na tamte czasy daleko nie każdy w klasie wiedział w ogóle, co to jest zastrzyk, a ja tak.
Warto wspomnieć, że ulica Sapieżyńska znajdowała się stosunkowo blisko Cytadeli i w bezpośrednim sąsiedztwie Wisły. Przypomniało mi się również, że nasza Mamusia szyła nam przepiękne wełniane sukienki w kratę – raz z czerwonej, a innym razem z niebieskiej, prawdziwej wełny. Zamawiałyśmy je u krawcowej, która nazywała się Julia Widiger i mieszkała przy ulicy Zielnej. Krawcowa ta była z pochodzenia Niemką. Kiedy o tym rozmawiałyśmy przy okazji przymiarek tych niebieskich sukienki, w mojej małej głowie znów pojawiła się natrętna myśl i zastanawiałam się w duchu: „ciekawe, czy ona je polski, czy niemiecki chleb?”.
Pewnego razu wyszłam z Tatusiem na popołudniowy spacer. Zatrzymaliśmy się przy słupie ogłoszeniowym, na którym czytaliśmy przylepione oficjalne obwieszczenie. Głosiło ono, że mężczyźni urodzeni w określonych rocznikach mają obowiązek zgłosić się w wyznaczonym miejscu na komisję lekarską przed odbyciem obowiązkowej służby wojskowej. „Pomyśl, za ile lat musiałabyś odbyć taką służbę wojskową, gdyby dziewczynki też miały taki obowiązek?” – zaproponował przekornie mój ojciec. Zaczęłam gorączkowo liczyć w pamięci te wszystkie lata, aż nagle z pełnym przekonaniem oświadczyłam: „Tatusiu, ja chcę żyć do roku 2000!”. Moja niespodziewana deklaracja wywołała wtedy serdeczny, głośny śmiech mojego Taty.
Nasza Mamusia niejednokrotnie używała w różnych codziennych sytuacjach bardzo osobliwego, dosadnego powiedzonka: „Nie rób mi łaski i nie śpij z moim bratem”. Ton, jakim to wypowiadała, był zawsze niezwykle wymowny, ale ja jako małe dziecko kompletnie nie rozumiałam właściwego sensu tych słów. Słyszałam je zazwyczaj wtedy, gdy jakaś ciocia lub daleka kuzynka wykręcała się i odmawiała przyjścia do nas w gości na francuskie ciasteczka, które były wielką, domową specjalnością mojej rodzicielki. To samo powiedzonko padało z ust Mamusi, gdy znajome oświadczały z rezerwą: „Pożyczę ci tę książkę, ale dopiero za dwa tygodnie”. Zastanawiałam się wtedy śmiertelnie poważnie, jaki związek miał którykolwiek z rodzonych braci Mamusi z tą całą, rzekomą „łaską” ???
Mając już umysł badawczy, w gazetach przynoszonych do domu na Sapieżyńską namiętnie czytałam codzienne nekrologi oraz rubrykę „Wypadki i kradzieże”. Płakałam wtedy prawdziwymi, rzewnymi łzami, jeżeli przeczytałam, że umarło jakieś małe dziecko, albo gdy pod nekrologiem widniał poruszający podpis: „pozostali w nieutulonym żalu: mąż i córeczki”. Pamiętam też, jak kiedyś przeczytałam wstrząsające dla mnie sformułowanie: „Zmarła w kwiecie wieku” i brałam je zupełnie dosłownie. Innym razem, gdy w kronice wypadków wyczytałam, że pięćdziesięcioletni mężczyzna zgwałcił dziesięcioletnią dziewczynkę, zapytałam z dziecięcą naiwnością rodziców, co on jej właściwie zrobił. Starsi, chcąc oszczędzić moją psychikę, wyjaśnili mi wymijająco, że po prostu napadł ją gwałtownie, pobił i prawdopodobnie okradł. Przyjęłam tę dorosłą wersję za dobrą monetę i ogromnie wzruszyłam się smutnym losem tej zupełnie nieznanej mi dziewuszki.
Mogłoby się więc wydawać z tych opisów, że byłam niezwykle wrażliwym i uczuciowym dzieckiem. Otóż nieprawda! Z prawdziwym, niemal łowieckim zacięciem łapałam w domu muchy, których latem było całe mnóstwo. W kuchni na abażurze lampy zawsze wisiał wtedy lep, do którego te nieszczęsne muszki się przylepiały i powoli ginęły. Ani trochę nie było mi ich żal, nie współczułam im wcale. Mało tego! Z potworną dziecięcą bezwzględnością wyrywałam tym stworzeniom nóżki i z ogromnym, naukowym wręcz zainteresowaniem obserwowałam, jak te wyrwane członki jeszcze przez chwilę same się poruszają i żyją. Nie zamierzam dzisiaj usprawiedliwiać tamtych zachowań twierdzeniem, że kierował mną wyłącznie niewinny instynkt badawczy. Takie stawianie sprawy w tani sposób usprawiedliwiałoby po prostu tamtą niedobrą, małą dziewczynkę. Powinnam była wspomnieć o tym rysie mojego charakteru znacznie wcześniej, ale jakoś to przeoczyłam. Trudno.
Rozdział X: Szpital św. Jana Bożego i pan Fiszman
W pobliżu naszej szkoły powszechnej na ulicy Bonifraterskiej, dokładnie na rogu z ulicą Zakroczymską, znajdował się ponury gmach Szpitala św. Jana Bożego [INDEX]. Była to placówka przeznaczona dla ludzi chorych umysłowo – w tamtych czasach mówiło się bez ogródek: „dla wariatów”. Okna tego budynku były gęsto zakratowane, a zza prętów co rusz ukazywały się wychudzone postacie zamkniętych tam mężczyzn. Zdarzyło się kilkakrotnie, że ci biedni ludzie wołali nas z góry, pozdrawiali, a czasem spuszczali przez kraty na długim sznurku zawinięte w papierek drobne pieniądze. Krzyczeli i błagali nas, żebyśmy kupili im w pobliskim kiosku papierosy. Jako dzieci kilkakrotnie z czystej empatii spełniliśmy ich gorącą prośbę. Przywiązywaliśmy do sznurka te paczki wytęsknionego tytoniu, a oni wciągali je na górę. Jednak ostatnim razem, kiedy odebrali od nas paczkę, zaczęli bełkotać coś zupełnie nieskładnie, po czym nagle bezwstydnie się obnażyli i zaczęli pokazywać nam przez kraty gołe tyłki. To nas potwornie zszokowało i wystraszyło. Od tamtego dnia już nigdy więcej nie zatrzymywałyśmy się pod zakratowanymi oknami tego groźnego szpitala.
Chyba codziennie dostawałam do szkoły od rodziców 5 groszy. Za takie kieszonkowe ja i kilka moich szkolnych koleżanek kupowałyśmy sobie w drodze powrotnej rozmaite łakocie. Inne dziewczynki też dostawały podobne sumy. W pobliskim kiosku, po długiej naradzie, kupowałyśmy różne słodkości: na przykład dwa irysy, trzy landrynki, tak zwany „Lipiec” lub neapolitankę. Najważniejsze i najwspanialsze dla nas było chyba to, że same, zupełnie niezależnie decydowałyśmy o naszym wyborze. Trochę kłopotu sprawiały mi lody, kupowane naturalnie podczas ciepłych, letnich dni. Koleżanki podchodziły i prosiły ze słodką miną: „kochana, daj polizać”. Nie śmiałam im odmówić w obawie, co by o mnie w klasie powiedziano. Jednocześnie moje poczucie higieny sprawiało, że nie byłam w stanie przyjąć z powrotem i jeść lodów polizanych przez kogoś innego. Wydaje mi się z perspektywy czasu, że te nasze wspólne wyprawy po słodycze stanowiły przede wszystkim zaspokojenie głębokiej potrzeby budowania koleżeńskich więzi. Nikt z naszego podwórka nie chodził do tej samej klasy, a z „łobuzkami” z podwórka rodzice kategorycznie zabraniali nam się bawić.
W tymże samym kiosku pewnego dnia zareklamowano słuchanie radia. To była nowość wręcz niebywała! Za 5 groszy można było założyć słuchawki i posłuchać audycji radiowej przez równe 5 minut. Wypadło mi wtedy wysłuchać czegoś o poczcie, czego – szczerze mówiąc – jako małe dziecko zupełnie nie rozumiałam. Ale przeżyłam niesamowitą, techniczną emocję słuchania kogoś, kto mówi z ogromnej dali, a jego głos dochodzi do moich uszu nie przez druty telefoniczne, lecz przez powietrze, i mogą tego słuchać jednocześnie ludzie zebrani w różnych miastach Polski.
W końcu nadszedł ten moment. Nie wiem, w jaki sposób rodzice znaleźli kogoś, kto zdecydował się zreflektować na nasze dotychczasowe mieszkanie. Nowy lokator przyszedł najpierw sam, a drugi raz pojawił się z żoną. Nazywał się Fiszman i był z zawodu farmaceutą. Szykujemy się zatem pełną parą do wielkiej przeprowadzki. Na czas największego zamieszania Sabinę i mnie wyprawiono na Polną do cioci, a mała Krysia została w domu z rodzicami. Jeszcze pod koniec tego rozdziału chcę bardzo wyraźnie zaznaczyć, że to nasze pierwsze mieszkanie przy ulicy Sapieżyńskiej 7 było dla nas niezwykle szczęśliwe. Urodziłam się tam ja, tam na świat przyszła mała Krysia, a Sabina chowała się zdrowo i mądrze. Nasi Rodzice żyli w głębokiej zgodzie. Nie znaliśmy wtedy żadnych kłopotów finansowych, ponieważ Tatuś zarabiał bardzo dobrze.
Rozdział XI: Elektoralna 11 i powojenny cień Aleksandra Lewina
Przeprowadzka do nowego, wymarzonego mieszkania nastąpiła w lipcu. Pamiętam ten moment doskonale – po powrocie z przymusowego pobytu u cioci na Polnej zastałam nowe pokoje jeszcze zupełnie puste, bez mebli. Okna były już jednak lśniąco pomyte, a podłogi pachniały świeżością i czystością. Nasz nowy adres brzmiał dumnie: ulica Elektoralna 11 m. 12, drugie piętro. Mieszkanie było ogromne, składało się z trzech dużych pokojów z jasnym balkonem wychodzącym bezpośrednio na ulicę, wielkiej kuchni oraz... wyczekiwanej łazienki z prawdziwą wanną i nowoczesnym piecem gazowym Junkersa do podgrzewania wody. To było absolutne spełnienie wieloletnich marzeń moich Rodziców. Co najważniejsze, Sabina i ja dostałyśmy wreszcie obiecany, nasz własny, oddzielny pokój. Moje łóżko ustawiono pod ścianą na prawo od wejścia, a łóżko Sabiny po lewej stronie. Na środku pokoju stanęło ładne, drewniane biurko z dwoma krzesłami, przy którym odtąd miałyśmy wspólnie odrabiać szkolne lekcje. Obok prężyła się szafa na nasze dziewczęce ubrania. Byłyśmy z siostrą niesamowicie dumne i szczęśliwe. Mała Krysia spała jeszcze w sypialni Rodziców. Pokój stołowy był po prostu reprezentacyjny – stał tam ten sam duży, przedwojenny stół z krzesłami oraz nasz piękny, lśniący kredens.
Mieszkanie na Elektoralnej od samego początku tętniło intensywnym życiem rodzinnym i towarzyskim. Ciocia Łonia mieszkała przecież tuż obok, pod numerem 30, więc nasze odwiedziny były niemal codziennością. Wknie. Lunkę trąbią.
Wkrótce potem, w 1938 roku, mój przyszły mąż, Pan Misza, przyprowadził do naszego domu swojego rodaka z Pińska – Aleksandra Lewina [INDEX]. Był to wtedy młody, chorobliwie nieśmiały chłopak, który dopiero co stawiał swoje pierwsze kroki i zaczynał krótką przygodę u boku Janusza Korczaka [INDEX]. Kto z nas mógł wtedy, w tym pięknym 1938 roku, przypuszczać, jak straszliwie potoczą się losy nas wszystkich? Kto mógł przewidzieć, że ten sam nieśmiały chłopak po wojnie, w najciemniejszych mrokach stalinizmu, tak potwornie sprzeniewierzy się ideom Starego Doktora, stając się jego bezwzględnym, ideologicznym likwidatorem i monopolizując pamięć o nim dla własnej kariery? [INDEX]
Ale to już zupełnie inna, powojenna historia, pełna bolesnych rozczarowań, cichej pogardy i trudnej walki o ocalenie czystej, nieskażonej politycznie prawdy [INDEX]. Moje opowiadanie o tamtym dawnym, dobrym, przedwojennym świecie – świecie, który bezpowrotnie i bezlitośnie zniknął w otchłani wojny, krwi i warszawskiego getta – dobiega końca. Napisałam je całkowicie sama, na moim pierwszym komputerze Macintosh SE. Pracowałam w upartym milczeniu, walcząc z uciekającym, bezpowrotnie gasnącym wzrokiem, na specjalnym, jaskrawożółtym papierze, który dawał moim chorym oczom najlepszy możliwy kontrast do czytania. Chciałam za wszelką cenę, dopóki widzę, zostawić po sobie trwały ślad. Ślad czystej prawdy o mojej rodzinie, o Tatusiu Gabrielu, o Mamusi Helenie, o ukochanym Panu Miszy i o wspaniałym świecie naszej młodości, który został nam tak bezwzględnie i brutalnie odebrany przez historię.”
Podpisano odręcznie: Zofia Wróblewska (Lunia Rozental-Wasserman)