Pan Misza, mój tata, który był wychowawcą u Korczaka, opowiadał mi, że Korczak miał ołówki temperowane z dwóch stron. Nie myślałem o tym przez lata, chociaż kilka lat temu zrobiłem fotografię tak przygotowanego ołówka. Temperowanie ołówków z dwóch stron to popularna praktyka stosowana w celu zwiększenia efektywności i płynności pracy. Brak przerw: gdy jeden grafit się złamie lub stępi, wystarczy obrócić ołówek. Chyba najważniejsza w tym u Korczaka była ciągłość skupienia. Nie musiał przerywać pisania, aby szukać temperówki.
Korczak pisał najczęściej wiecznym piórem (atramentem). Czytając jego listy, te oryginalne, nietranskrybowane w książkach, podziwiam zawsze jego styl, różne grubości i kształty linii. Dopiero niedawno odkryłem w jego listach bardzo specjalną sytuację. Przejście z atramentu na grafit ołówkowy. Te przejścia są prawie niewidzialne, albowiem Korczak zachował i wielkość liter, i zmienną grubość linii, i piękne cieniowanie przypominające tradycyjne pióro wieczne.
Opisałem te tak specyficzne przejścia z pióra wiecznego na ołówek jako bojaźń Doktora, że mu ucieknie myśl. Dlatego miał Korczak w pogotowiu dobrze zaostrzone ołówki. Grafit w tych ołówkach był plastyczny, na tyle miękki, aby dało się nakreślić linię zmienną, to znaczy taką, która przy nacisku jest grubsza, a bez nacisku cieńsza. Takie ołówki naznaczone są literami HB, B, 2B.
Wpływały na to również klasyczne zasady nacisku przy kaligrafii ołówkiem: przy ruchu w górę stosowało się brak nacisku – linia jest wtedy cieniutka i delikatna. Ruch w dół oznaczał mocniejszy nacisk, pod wpływem którego miękki grafit zostawiał grubą, ciemną linię. Korczak, pisząc w pośpiechu, potrafił mocno dociskać ołówek również przy ruchach w bok lub pod górę, co narażało delikatny rdzeń na pęknięcie. Wtedy właśnie ratował go obrót dwustronnego ołówka o 180 stopni.
Za tą niezawodną maszynerią stały jednak dzieci z Domu Sierot, które regularnie zajmowały się temperowaniem ołówków Doktora. W jego zapiskach pojawia się postać „poczciwego Felka” (Grzyba), który wraz z innymi dyżurnymi dbał o to, by przy kałamarzu zawsze leżał naostrzony zapas narzędzi. Jak dokładnie wyglądało to w latach 30.?
Większość instytucji, szkół, a prawdopodobnie również Dom Sierot, używała dużych temperówek na korbkę przykręcanych do blatu biurka lub ściany. W latach trzydziestych XX wieku były to masywne, mechaniczne urządzenia wykonane z ciężkich metali (żeliwa, stali, mosiądzu) lub eleganckie przedmioty z czarnego bakelitu. Wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiejszy plastikowy standard. W środku nie było zwykłego, płaskiego ostrza. Zamiast tego były dwa obracające się stalowe frezy walcowe, które precyzyjnie i delikatnie skrawały drewno oraz grafit. Urządzenia te miały specjalny, wysuwany mechanizm ze sprężyną. Wystarczyło odciągnąć przedni panel, włożyć ołówek w otwór, a maszyna sama dociskała i precyzyjnie ostrzyła ołówek podczas kręcenia korbką, nie niszcząc delikatnego rdzenia 2B.
Uczniowie, artyści czy bursiacy, którzy nie mieli dostępu do maszyn biurowych, używali małych temperówek. Były to proste, mosiężne lub aluminiowe małe przybory o stożkowym kształcie z jedną wymienną śrubką trzymającą ostrze – mechanizm ten przetrwał do dziś w niezmienionej formie. Bardzo popularne były też wtedy temperówki żyletkowe, czyli płaskie uchwyty, w które dorosły lub starszy uczeń montował zwykłą żyletkę do golenia, by ręcznie strugać drewno.
Dla Starego Doktora ten precyzyjnie przygotowany przez dzieci dwustronny ołówek oraz bakelitowa maszynka walcowa były elementami przemyślanego, mechanicznego systemu. Podobnie jak opisywany przeze mnie wcześniej system pisania z kalkami na papierze przebitkowym, wszystko to miało służyć jednemu celowi – ocaleniu ludzkiej myśli przed zapomnieniem, zanim ta zdąży bezpowrotnie uciec.
Hipoteza Atramentowa
Jest to znamienne, że brak atramentu w piórze wystąpił w ostatnim rzędzie pierwszej strony i w liście do Budko i do Arnona. Zsynchronizowanie momentu wyczerpania atramentu z dolną granicą pierwszej strony w obu tak odległych czasowo listach rodzi fascynującą hipotezę technologiczną. Tradycyjna stalówka maczana pozwalała na zapisanie zaledwie kilku linijek. Czy Korczak używał więc specjalnego pióra z małym zbiorniczkiem nasadkowym, które po jednym mocnym zanurzeniu starczało akurat na pokrycie jednej karty formatu listowego?
A może – co równie prawdopodobne – w grę wchodziło kapryśne wczesne pióro wieczne? Listy były albowiem pisane w odstępie 10 lat (1923-1933). Przy tak morderczym, pośpiesznym tempie, w jakim Doktor gonił swoje myśli, mechanizm zasilania pióra mógł po prostu nie nadążyć z podawaniem odpowiedniej ilości cieczy. Każdy z nas pamięta ten instynktowny odruch potrząsania piórem, gdy stalówka nagle zaczynała przerywać linię. Zamiast jednak tracić czas na potrząsanie zasychającym instrumentem i ryzykowanie kleksów, Korczak, wkraczając na dole strony w tę technologiczną „strefę ryzyka”, wolał bez sekundy zwłoki porzucić pióro i chwycić leżący w pogotowiu dwustronny ołówek. Najważniejsza była przecież ciągłość natchnienia.
A może – co równie prawdopodobne – w grę wchodziło kapryśne wczesne pióro wieczne? Listy były albowiem pisane w odstępie 10 lat (1923-1933). Przy tak morderczym, pośpiesznym tempie, w jakim Doktor gonił swoje myśli, mechanizm zasilania pióra mógł po prostu nie nadążyć z podawaniem odpowiedniej ilości cieczy. Każdy z nas pamięta ten instynktowny odruch potrząsania piórem, gdy stalówka nagle zaczynała przerywać linię. Zamiast jednak tracić czas na potrząsanie zasychającym instrumentem i ryzykowanie kleksów, Korczak, wkraczając na dole strony w tę technologiczną „strefę ryzyka”, wolał bez sekundy zwłoki porzucić pióro i chwycić leżący w pogotowiu dwustronny ołówek. Najważniejsza była przecież ciągłość natchnienia.

