Wednesday, August 19, 2026

Bessa* na Korczaki. Salonowy wyrok na „fałszywy krok” Doktora

    Niedawno pisałem na blogu o karcie tytułowej Pedagogiki żartobliwej z 1939 roku – ostatniej książki Janusza Korczaka wydanej przed wybuchem apokalipsy. To właśnie tam, nakładem oficyny Mortkowicza, doszło do pierwszego, oficjalnego i drukowanego scalenia dwóch wielkich tożsamości w oczach masowego odbiorcy: na okładce połączono nazwisko „Janusz Korczak” z radiowym pseudonimem „Stary Doktór”. Był to ze strony wydawcy akt ogromnej odwagi i jawne ominięcie cenzury Polskiego Radia, które w dusznej atmosferze późnych lat 30. panicznie pilnowało anonimowości Doktora, by nie prowokować antysemickich nagonek prasy narodowej.
    Mogłoby się wydawać, że ten polityczny problem wokół tożsamości Henryka Goldszmita narastał stopniowo i eksplodował dopiero w połowie lat trzydziestych. Nic bardziej mylnego. Przeglądając archiwalne numery Naszego Przeglądu z marca 1927 roku, natrafiłem na tekst, który brutalnie dowodzi, że wyrok na „karierę” Doktora salony wydały znacznie wcześniej.
    W felietonie zatytułowanym List do akademji „Naszego Przeglądu” z 9 marca 1927 roku Korczak – z właściwą sobie, genialną ironią i czarnym humorem – rozlicza się z warszawskim establishmentem intelektualnym. Zaledwie pół roku wcześniej, w październiku 1926 roku, wystartował jego ukochany Mały Przegląd – pismo pisane w całości z listów dzieci, wydawane jako piątkowy dodatek do potężnego, polskojęzycznego dziennika żydowsko-syjonistycznego Nasz Przegląd. Dla zasymilowanej, liberalnej elity zgromadzonej wokół stolików w kawiarni „Mała Ziemiańska” oraz redakcji Wiadomości Literackich, decyzja Korczaka była szokiem i przekroczeniem niewidzialnej granicy. Uznano, że szanujący się polski literat nie powinien wiązać się z prasą jawnie narodowo-żydowską.
Reakcję salonu Doktor kwituje bezlitośnie: „Kiedy się na giełdzie dowiedzieli, że będę pisał do „Naszego Przeglądu”, zrobiła się na korczaki straszna bessa. „Ziemiańska” się trzęsła – „Wiadomości Literackie” też. Główny akcjonarjusz moich plantacji fiołków i niebieskich migdałów – powiedział, że to jest lekkomyślność i fałszywy krok. Powiedzieli, że to mi może zwichnąć karjerę literacką”. Odpowiedź Korczaka na te kawiarniane plotki i towarzyski ostracyzm jest manifestem wolności: swoją karierę literacką – jak pisze – „wywichnął beznadziejnie i nieodwołalnie 25 lat temu”, wybierając zamiast salonowych zaszczytów medycynę społeczną i pracę w sierocińcach. I żyje na psa urok.
Tekst z 1927 roku pulsuje warszawskim humorem, kpiną z urzędniczych absurdów i paranoi komitetów, ale jego finał uderza mrocznym realizmem. Korczak przytacza w nim treść listów z pogróżkami i szantażem, jakie zaczął otrzymywać od anonimowych „Mścicieli”, grożących „klapą ze wszystkimi Żydami”, jeśli nie złoży okupu w Ogrodzie Saskim. Zamiast strachu, w Doktorze budzi się jednak przedwojenna, harda duma. Kończy swój list słowami: „Biegnę na miasto starać się o pieniądze. Po drodze kupię brauning”.
Ta zapomniana publicystyka z 1927 roku to brakujące ogniwo w biografii Korczaka. Pokazuje ona czarno na białym, że zanim nadeszły brutalne lata trzydzieste, a Polskie Radio poddało Starego Doktora cenzurze, on sam doskonale wiedział, na co się pisze. Wybierając Mały Przegląd i stając po stronie żydowskiego dziecka, z pełną świadomością zerwał z konformizmem elit. I na każdą próbę towarzyskiego czy narodowego szantażu potrafił odpowiedzieć z podniesioną przyłbicą – i metaforycznym brauningiem w dłoni.

Aby w pełni zrozumieć ukryte znaczenie słów Korczaka, musimy zrekonstruować mapę towarzyską, chronologiczną i polityczną ówczesnej Warszawy. Oto najważniejsze wątki, które Doktor porusza w swoim liście:
1. Chronologia sukcesu i hipokryzja salonu
Warto zwrócić uwagę na ważny detal historyczny: „Mały Przegląd” wystartował w październiku 1926 roku jako piątkowy dodatek do syjonistycznego „Naszego Przeglądu”. Związek Korczaka z tą prasą był więc od pół roku sprawą powszechnie znaną. Dlaczego elita z „Ziemiańskiej” i „Wiadomości Literackich” ogłosiła „bessę na korczaki” dopiero w marcu 1927 roku?
Przez pierwsze miesiące salon lekceważył pismo, traktując je jako „niegroźne dziwactwo Doktora”. Dopiero gdy „Mały Przegląd” odniósł gigantyczny, masowy sukces, a redakcję zalały tysiące listów od dzieci, elity zrozumiały, że Korczak zyskał potężną, całkowicie niezależną od nich trybunę. Zaproszenie go na oficjalną akademię głównego wydania gazety było dla establishmentu sygnałem, że Doktor na stałe wszedł do „dorosłego”, wpływowego koncernu prasowego mniejszości żydowskiej. Reakcja salonu nie była więc obroną wartości, ale spóźnionym lękiem przed sukcesem jego niezależnego formatu.
2. Kawiarnia „Ziemiańska” i salonowy ostracyzm
Kawiarnia „Mała Ziemiańska” przy ul. Mazowieckiej była absolutnym pępkiem polskiego świata literackiego – to tam swoje stoliki mieli Skamandryci (Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz). Z kolei tygodnik Wiadomości Literackich dyktował mody intelektualne. Dla tamtejszej elity zasymilowany Żyd piszący po polsku powinien trzymać się wyłącznie uniwersalnej kultury polskiej. Wejście Korczaka w stałą współpracę z syjonistycznym i jawnie narodowym Naszym Przeglądem potraktowano tam jak zdradę ideałów asymilacji i „fałszywy krok”. Korczak odpowiada im dumnie: moja kariera literacka została wywichnięta 25 lat temu, gdy zamiast salonów wybrałem bezbronne dzieci z nizin społecznych.
3. Rzeczywistość badacza: Warszawa kontra Zachód
Doktor z ogromną, bolesną goryczą zderza etos pracy naukowej za granicą z chaosem II Rzeczypospolitej. Na Zachodzie badacz piszący o komarach dostaje spokój, laboratorium i asystentów. Inaczej w Warszawie – pedagog zajmujący się dzieckiem jest nieustannie rozrywany przez urzędy, komitety, żądania darmowych odczytów o „upadłych kobietach” czy przemówień na pogrzebach. Korczak broni swojego czasu jako największego kapitału i odmawia udziału w pustych akademiach na rzecz realnej pracy redakcyjnej.
4. Paranoja urzędnicza, czyli „sprawa z Konina”
Wspomnienie o listach gończych z Konina za „zanieczyszczenie podwórka” to genialna kpinka z niewydolności i biurokracji młodego aparatu państwowego. Urzędnicy potrafią ścigać powszechnie znanego w stolicy lekarza i autora za błahe przewinienie sanitarne w mieście, w którym ten prawdopodobnie nigdy nie postawił stopy. To dowód na olbrzymi, zdrowy dystans, jaki Korczak miał do państwowej machiny biurokratycznej.
5. Groteskowy antysemityzm i „brauning”
Finałowy szantaż „Mścicieli” żądających 5000 złotych w Ogrodzie Saskim i straszących „klapą ze wszystkimi Żydami” to nie tylko parodia powieści brukowych. To realny obraz lęków i rasistowskich pogróżek, które zaczęły spływać do Doktora po otwartym zadeklarowaniu żydowskiej tożsamości. Korczak manifestuje tu niesamowitą, odważną postawę – nie zamierza uciekać ani ulegać presji. Zapowiedź kupna Brauninga (pistoletu) to jasny sygnał: na chamstwo i agresję nie odpowiem uległością.
List do akademji „Naszego Przeglądu”
Udział w akademji? Za żadne skarby świata! Za 50 złotych góry też nie.
Po pierwsze, chciałem raz zobaczyć akademję, lecz się spóźniłem i za karę mnie nie wpuścili. Była to jakaś żałobna akademja. Tak pisali w kurjerze. Więc jeśli w akademji biorą udział nieboszczycy, ja – przepraszam, żyję do stu lat, i ani myślę umierać. Żadny interes: zostawić bez opieki „Mały Przegląd”, który ma dopiero pół roku i już go swędzą dziąsła. Niedługo zacznie ząbkować.
Co dalej?
Więc akademje są modne, a ja nie lubię mody. Jestem starym kawalerem, ubieram się wytwornie, ale bez ostatniego krzyku. Nie tańczę modnych tańców, nie strzygę się a la garçonne, nie jestem posłem i nie zdradzam żony. Żyję trochę po staroświecku, ale wygodnie i pogodnie. Nie mam długów. To też nie modne. Przez omyłkę zapłaciłem dwie raty pierwszej zaliczki na podatek majątkowy (Sami potem powiedzieli, że mają dosyć i mogę się nie fatygować). W pierwszej chwili mnie to uraziło: nie lubię przerywać rozpoczętej roboty. Ciekaw byłem, jak to się skończy. Żeby przynajmniej powiedzieli, ile mam, co mam. Nie. Przed wojną powiedziałbym: „ret my fonie”.
Jeszcze nie koniec. Kiedy się na giełdzie dowiedzieli, że będę pisał do „Naszego Przeglądu”, zrobiła się na korczaki straszna bessa. „Ziemiańska” się trzęsła – „Wiadomości Literackie” też. Główny akcjonarjusz moich plantacji fiołków i niebieskich migdałów – powiedział, że to jest lekkomyślność i fałszywy krok. Niech będzie fałszywy. Czy tylko niewiasty mają wyłączne reprezentację na fałszywe kroki? Co teraz zresztą jest prawdziwe? Powiedzieli, że to mi może zwichnąć karjerę literacką. Wszystkie członki mam w porządku i zdatne do umiarkowanego użytku, karjerę natomiast wywichnąłem beznadziejnie i nieodwołalnie 25 lat temu. I żyję na psa urok.
Myślicie, że koniec? Nie. Brak czasu. Tu jestem niezłomny. Nieufny, czujny, przezorny, przebiegły i skąpy. Czas – to pieniądz. Gdybym był ministrem finansów, plunąłbym na majątki, dochody i obroty. Jabym opodatkował czas. Coby to były za kolosalne sumy. Czas – to pieniądz. Tego zapału sobie nie dam.
Jeśli zagranicą człowiek pisze pracę o komarach, dają mu książki, pracownię, asystentów, telefon – i co godzinę telefonują do sekretarza, czego jeszcze potrzeba. Woźny w libe-rji pilnuje, żeby nikt się niepotrzebnie nie kręcił, nie nachodził i nie przeszkadzał. Samochód stoi przed bramą i czeka. Djeta pożywna i strawna. Temperatura pokoju optimum. Kluzet obok. Wszystkie wygody. Bo rozumiejcie? – Pracuje.
W Warszawie inaczej. Jeżeli zajmuje cię dziecko – przysyłają bilety na przytułek położniczy, bo tam się rodzą dzieci. Każą napisać odezwę o zgniliźnianych starcach. Masz obowiązek pyskować na biedne rodziny, bo są bezradne jak dzieci. Zaproszą na posiedzenie o upadłych kobietach, bo dzieci też się przewracają i rozbijają nosy. Musisz iść na otwarcie domu akademickiego, bo widać młodzież. Masz wygłosić mowę na grobiu wybitnego zoologa, bo był w dzieciństwie dzieckiem i człowiek od małpy pochodzi.
Trzy razy na tydzień obowiązkowo robię wywiad.
– Jakie jest pańskie zdanie o karuzeli politycznej w „Quid pro Quo”? Co pan myśli o dwużeństwie arabów? Czy zdaniem pańskiem profesor Bloch wie naprawdę, co myśla duchy? Co pan czuje w sobie, kiedy pan siedział w tramwaju naprzeciw blondyny w cielistych pończochach? Proszę wyrazić swój pogląd na sprawę trupów żydowskich.
Ostatniemu powiedziałem:
– Żydzi corocznie oddają gotom parę tysięcy żywych, apetycznych mechesów. Co wobec tego znaczy jeden umarlak?
Myślicie, że już?
Przyjdzie panienka, żebyś napisał list polecający, bo chce wstąpić do szkoły filmowej. Bezrobotny żąda posady dyrektora banku. Rozwódka chce się z mężem pogodzić.
– Nie dla mnie – dla dobra dzieci. To przecież pana obowiązek.
Przez omyłkę wzywają cię na świadka w procesie o kłusownictwo. Zamykają wodę na ulicy Krochmalnej, bo na Natolińskiej gospodarz nie zapłacił za gaz albo samochód przejechał krowę. Wzywają cię nagle do wojska.
– Panowie, mam lat 50.
– Wiem, wiem... Wy wszyscy tak mówicie. Już ja was znam. Żaden nie chce w wojsku służyć.
W komisarjacie dowiadujesz się, że w Koninie spisano protokół o zanieczyszczenie podwórka i listy gończe ścigają cię od pół roku.
– Konin? Skąd to się wzięło?
– Nie wiem. Może odcisk palców, może pies policyjny wywąchał. Musi pan pojechać i wyjaśnić.
– Trudno, pojadę. Gdzie to jest?
– Na dworcu pan się dowie.
Myślicie, że koniec?
W tej chwili otrzymałem list, że jeśli do jutra nie złożę między nogami figury w ogrodzie Saskim 5.000.– złotych, będzie klapa ze mną, a może ze wszystkimi żydami. Podpis: Mściciele – patrja et grajbery i trzy czaszki przeszyte sztyletem. Biegnę na miasto starać się o pieniądze. Po drodze kupię brauning.
Proszę o odczytanie tego usprawiedliwienia. Na akademję przybyć nie mogę.
Janusz Korczak.
*Bessa - Rynek niedźwiedzia - to długotrwały spadek cen na giełdzie, zwłaszcza akcji lub innych dóbr. Okres, w którym kursy mocno idą w dół przez wiele miesięcy. Ludzie czują strach, a na rynku rządzi pesymizm.

Nasz Dom - Cień i Światło. Odyseja Panny Oleńki-Aleksandry Staszewskiej.

Pałac w Smoszewie – niemy świadek wojennej zawieruchy. Powyższa fotografia z lat 1939–1940 uchwyciła pałac senatora Aleksandra Heimana-Jareckiego w Smoszewie nad Wisłą tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej. Wyraźnie widoczne na zdjęciu zniszczenia i nadpalenia lewego skrzydła budynku to bezpośredni skutek dramatycznych walk o Twierdzę Modlin i Zakroczym. Rejon ten znajdował się w strefie intensywnego ostrzału polskiej artylerii, która do 29 września 1939 roku odpierała napór nacierających wojsk niemieckich.
Oryginalna, odnaleziona na odwrocie zdjęcia adnotacja oficerska: „Schloss Smochewo / Quartier des 1. Zuges / 2. u. 3. Zug lag in Wolka”, zdradza precyzyjną strukturę niemieckiego kwaterunku z pierwszej wojennej zimy. W samym pałacu rozlokował się 1. pluton (1. Zug) kompanii piechoty Wehrmachtu, podczas gdy pozostałe dwa plutony zostały wysłane jako ubezpieczenie do sąsiedniej Wólki Smoszewskiej. Użytkownik [ritterswalder], który zabezpieczył to ujęcie, wskazuje na żołnierzy pochodzących z rejonu śląskiego Ritterswalde (dzisiejsza Jasienica Górna), masowo wcielanych w 1939 roku do VIII Korpusu Armijnego, który domykał pierścień okrążenia wokół Modlina.
W kolejnych latach okupacji (1941–1943) Niemcy wyremontowali zniszczenia bocznego skrzydła, a cały kompleks zamienili w ekskluzywny, zamknięty ośrodek rekreacyjny i sanatorium dla lotników Luftwaffe. Wybór tego miejsca nie był przypadkowy – wysoka, malownicza skarpa wiślana gwarantowała luksusowy odpoczynek z dala od bombardowanych miast Rzeszy.
Koniec niemieckiej sielanki w Smoszewie przyniósł styczeń 1945 roku. Pałac został wyzwolony w trakcie potężnej operacji wiślańsko-odrzańskiej (ofensywy styczniowej), gdy wojska 2. Frontu Białoruskiego (wraz z Polskim wojskiem) z impetem przełamały ufortyfikowaną linię niemieckiego frontu opartego o rzekę Wisłę. Rozbity w puch Wehrmacht uciekał w popłochu na północny zachód, pozostawiając uratowaną przed kompletną destrukcją rezydencję.
Zaledwie kilka tygodni po tym, jak umilkły sowieckie i niemieckie działa, w te pokiereszowane przez dwie fale przetaczającego się frontu mury wkroczyła Aleksandra Staszewska (Pani Oleńka) wraz z najmłodszymi sierotami z warszawskiego „Naszego Domu”. To unikalne zdjęcie przypomina nam, z jak surową, wojenną rzeczywistością musiała zmierzyć się ta niezłomna kobieta, by na gruzach dawnego niemieckiego kurortu wybudować wzorowo działający, bezpieczny dom dla bezbronnych dzieci.

Aleksandra Staszewska, dla pokoleń bielańskich wychowanków Naszego Domu, po prostu Panna Oleńka. Krótki, oficjalny biogram księgi pamięci "Nasz Dom, 1919-1989" niesie ze sobą jeszcze jeden ciekawy szczegół, którego wcześniej nie znałem: „od 1935 r. do emerytury” oraz informację, że przed wojną i podczas okupacji Pani Oleńka była osobistym „ministrem edukacji” Naszego Domu. Odpowiadała za logistykę szkolną dla ponad setki dzieci jednocześnie, dbając o ich indywidualne talenty, podręczniki i kontakty ze szkołami zewnętrznymi.
    
    W historii wielkich idei pedagogicznych najjaśniej błyszczą nazwiska liderów, jednak to na barkach ludzi drugiego planu spoczywał codzienny ciężar ich przetrwania. Taką postacią była Aleksandra Staszewska, dla pokoleń bielańskich wychowanków Naszego Domu, po prostu Panna Oleńka. Kiedy w przedwojennych latach wchodziła w progi nowoczesnego gmachu przy Alei Zjednoczenia, wnosiła tam unikalny dla systemu Maryny Falskiej i Janusza Korczaka balans: absolutny rygor organizacyjny połączony z bezgranicznym, matczynym ciepłem. W bielańskiej „dziecięcej republice” uczyła maluchy, że szacunek do własnej i wspólnej pracy, od zmywania podłóg po pisanie protokołów na zebraniach Rady, jest fundamentem ludzkiej godności. Nie wiedziała wtedy, że ten precyzyjnie wypracowany ład stanie się wkrótce jedyną kotwicą w świecie, który runie na ich oczach.

    Prawdziwa godzina próby nadeszła 7 września 1944 roku. Upadało Powstanie Warszawskie, a serce Maryny Falskiej pękło na wieść o niemieckim rozkazie natychmiastowej ewakuacji. W ogrodzie, w huku dogasających walk, personel własnoręcznie zbijał trumnę dla kierowniczki z ocalałych desek, a na barki Panny Oleńki spadła odpowiedzialność za los ponad setki przerażonych, osieroconych dzieci. To ona poprowadziła ten tragiczny pochód przez piekło obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie, a następnie, w bydlęcych wagonach, wywiozła ich na kielecczyznę, do wsi Sokolniki koło Jędrzejowa. Ida Merżan, której relacje są najczystszym, bo głęboko osobistym i prawdziwym zapisem tamtych dni, wielokrotnie wspominała nadludzki wysiłek Staszewskiej.

    W Sokolnikach panował głód. Dzieci musiały chodzić „na żebry” do okolicznych wsi, by prosić o kęs chleba. Panna Oleńka z bolesnym realizmem musiała wówczas selekcjonować podopiecznych – dzieci o semickim wyglądzie, jak ukrywana pod nazwiskiem Falkowska Hanka Gdalewicz, kategorycznie nie mogły opuszczać zakładu. Staszewska wiedziała, że jedno podejrzliwe spojrzenie, jedna iskra sąsiedzkiego lęku czy niechęci na prowincji mogły przynieść wyrok śmierci na cały zakład. W tym mroku, w środku srogiej zimy 1944/45, Panna Oleńka utrzymała ich przy życiu. Sokolniki zostały oswobodzone spod okupacji niemieckiej w połowie stycznia 1945 roku. Przedtem, gdy duża część jednostek niemieckich cofnęła się na zachód, Panna Oleńka wysłała patrole ze starszych dzieci w poszukiwaniu pozostawionego prowiantu.

    Gdy nadeszło wyzwolenie, na początku 1945 roku, zniszczony wojenny gmach na Bielanach nie nadawał się do przyjęcia wycieńczonych dzieci. Losy personelu i wychowanków rozdzieliły się wtedy na dwie równe, bohaterskie ścieżki. Starsza młodzież pod wodzą Zdzisława Sieradzkiego ruszyła do Warszawy, by fizycznie odgruzowywać bielańskie mury. Panna Oleńka-Aleksandra Staszewska podjęła inną, strategiczną decyzję – zabrała dużą grupę najmłodszych, najbardziej poturbowanych przez wojnę dzieci do podwarszawskiego Smoszewa. Tam, w murach przedwojennego pałacu na wysokiej skarpie wiślanej, stworzyła dla nich nową, bezpieczną oazę. Choć niektóre powojenne kroniki widziały w Smoszewie jedynie krótką, tymczasową filię, prawda okazała się znacznie piękniejsza. Pani Oleńka nie wróciła już na stałe na Bielany. Osiadła w Smoszewie nad Wisłą, budując tam od podstaw autonomiczny, wzorowo zorganizowany dom dziecka. Przez całe kolejne dekady powojennego porządku politycznego i społecznego PRL-u, twardo i niezłomnie chroniła tę placówkę, prowadząc ją według najlepszych korczakowskich tradycji i zasad podmiotowości dziecka aż do swojego przejścia na emeryturę. Smoszewo stało się jej życiowym i pedagogicznym pomnikiem.

    Dopiero po zakończeniu tej wieloletniej, wyczerpującej służby przy dziecku na prowincji i nadejściu politycznej odwilży po 1956 roku, Pani Oleńka mogła w pełni powrócić do Warszawy i zaangażować się w oficjalny ruch pamięci. Stała się jednym z najcenniejszych filarów nowo powstającego Komitetu Korczakowskiego i Komisji Archiwalnej – dzisiejszego Korczakianum. W tych ostatnich dekadach jej drugim domem stało się archiwum. Weryfikowała fakty, porządkowała dokumenty i ocalała od zapomnienia detale bielańskiej codzienności. To tam, nad pożółkłymi kartami historii, spotykała się z dawnymi przyjaciółmi z czasów przedwojennej borszczyzny, dzieląc pamięć o Starym Doktorze z ludźmi, którzy, tak jak Ida Merzan, Igor Newerly i mój ojciec, Pan Misza-Michał Wróblewski, znali cenę prawdy, rzetelności i wierności dziecku do samego końca. Aleksandra Staszewska odeszła cicho, nie szukając poklasku. Pozostała w pamięci jako ta, która w czasach pogardy i powojennej zawieruchy nie pozwoliła, by zgasło światło „Naszego Domu”.

Monday, August 17, 2026

Kiedy pseudonim Janusz Korczak został połączony z pseudonimem Stary Doktor.

8 grudnia 1934 roku Janusz Korczak wystąpił po raz pierwszy w Polskim Radiu jako „Stary Doktór”, wygłaszając pogadankę dla dzieci pt. Kazik, tabliczka czekolady i ja.


Pogadanki Starego Doktora, nazwane nieco później wg. propozycji jednej z młodych słuchaczek „Gadaninkami”, przyniosły Korczakowi największy rozgłos. Wiele z nich zostało następnie opublikowanych w 1939 roku w „Pedagogice żartobliwej” przez wydawnictwo Mortkowicza. Wtedy pseudonim Janusz Korczak został połączony z pseudonimem Stary Doktor.

18 grudnia 1934 roku Korczak wystąpił po raz pierwszy jako „Stary Doktór”, wygłaszając pogadankę dla dzieci pt. Kazik, tabliczka czekolady i ja. Tego rodzaju pogadanki, nazwane nieco później wg. propozycji jednej z młodych słuchaczek „Gadaninkami”, przyniosły Korczakowi największy rozgłos. Wiele z nich zostało następnie opublikowanych w 1939 roku w „Pedagogice żartobliwej” przez wydawnictwo Mortkowicza. Wtedy pseudonim Janusz Korczak został połączony z pseudonimem Stary Doktor.

Książka „Pedagogika żartobliwa. Moje wakacje. Gadaninki radiowe Starego Doktora” ukazała się drukiem w 1939 roku nakładem słynnego Wydawnictwa J. Mortkowicza. Było to ostatnie dzieło literackie Korczaka wydane przed wybuchem II wojny światowej i stanowiło bezpośrednie podsumowanie jego radiowej działalności.

Połączenie pseudonimów
Na karcie tytułowej wydania z 1939 roku oba pseudonimy zostały połączone w bardzo wyraźny sposób:Na samej górze umieszczono nazwisko: JANUSZ KORCZAK.
Bezpośrednio pod nim widniał dopisek: STARY DOKTÓR (pisane tradycyjnie przez „ó”).
Dopiero niżej znajdował się główny tytuł książki.Na wewnętrznej karcie tytułowej jest dalsze tłumaczenie pseudonimów z podtytułem GADANINKI RADIOWE STAREGO DOKTORA. Dla czytelników był to ostateczny, oficjalny dowód, że uwielbiany radiowy Stary Doktor to w rzeczywistości znany pisarz i pedagog. Wcześniej w radiu Korczak posługiwał się wyłącznie głosem i radiowym pseudonimem.

Polskie Radio jako instytucja nie miało formalnych obiekcji do samego wydania książki, ponieważ prawa autorskie do tekstów literackich należały do Korczaka. Radio miało jednak ogromne obiekcje wobec… samego Korczaka na antenie. Związane to było z narastającą w Polsce falą antysemityzmu w drugiej połowie lat 30. W latach 1936–1938 kierownictwo Polskiego Radia pod naciskiem prawicowych środowisk i endeckiej prasy dwukrotnie zrywało współpracę z Korczakiem bez podania przyczyny. Obawiano się „demaskacji” i skandalu, że programy dla polskich dzieci prowadzi Żyd. Właśnie dlatego Polskie Radio rygorystycznie pilnowało, by w oficjalnych ramówkach i zapowiedziach prasowych Korczak figurował wyłącznie jako bezimienny „Stary Doktór”.

Książka 
„Pedagogika żartobliwa” z 1939 roku, łącząca oba pseudonimy na okładce, była więc ze strony Korczaka i wydawcy jawnym aktem odwagi oraz ominięciem radiowej cenzury i polityki anonimowości.

Spora część tekstów z „Pedagogiki żartobliwej” (w tym cały podcykl „Moje wakacje”) była drukowana jako felietony w tygodniku „Antena” jeszcze przed premierą książki (np. w 1938 i 1939 roku). Ponieważ większość audycji była transmitowana na żywo, a taśmy bardzo rzadko rejestrowano, Korczak spisywał swoje „gadaninki”. Redakcja „Anteny” chętnie je drukowała, bo teksty Starego Doktora gwarantowały świetną sprzedaż tygodnika.

Do ostatecznej fuzji wszystkich trzech tożsamości, Goldszmit-Korczak-Stary Doktor, w oczach całego społeczeństwa właściwie nigdy bezpośrednio nie doszło. 

Nie wiem dokładnie, kiedy nastąpiło oficjalne połączenie Goldszmit-Korczak, momentem, w którym podwójna tożsamość Korczaka stała się tematem publicznej debaty o charakterze politycznym. Korczak w Pamiętniku pisanym w Getcie pisze o tym.

To tzw. prasa narodowa pisała, że Polskie Radio – jako państwowa, polska instytucja, opłacana z abonamentów – nie powinno powierzać wychowania i kształtowania wrażliwości polskich dzieci osobie pochodzenia żydowskiego, która (w ich opinii) wprowadza do pedagogiki elementy obce polskiej tradycji chrześcijańskiej.

Presja prasowa, w której Korczaka bezlitośnie odzierano z literackiego pseudonimu, pisząc o nim wyłącznie per „Goldszmit” odniosła zamierzony skutek i w marcu 1936 roku dyrekcja radia ugięła się przed tymi politycznymi atakami, oficjalnie zawieszając „Gadaninki” z powodów „technicznych i ramówkowych”.

Presja prasowa.




Korczak i "Progi" Domu Sierot i Naszego Domu - Żywe laboratoria pedagogiki.



Próg godności. 
Janusz Korczak nie znosił „turystyki filantropijnej”. Dla Starego Doktora ani Dom Sierot na Krochmalnej, ani bielański „Nasz Dom” nie były zoologicznymi wybiegami, na których zamożni darczyńcy mogli kupić sobie czyste sumienie kosztem podglądania sierocej biedy. Drzwi tych placówek nie były jednak hermetycznie zamknięte na świat – przyjmowano tam zagraniczne delegacje naukowe czy kierowników i wychowawców z innych schronisk w Polsce. W Domu Sierot cały ruch dyplomatyczny i korespondencję z wychowawcami lub donatorami brała na siebie pragmatyczna Stefania Wilczyńska. Robiła to celowo, tworząc tarczę ochronną wokół intymności dzieci. Korczak panicznie bał się, że wizyty obcych ludzi zmuszą jego wychowanków do upokarzającego „reprezentowania i dziękowania”.
Ta bezkompromisowość rzucała wyzwanie ówczesnemu światu dorosłych. Do historii przeszło kategoryczne oświadczenie Doktora, w którym prosił zamożnych członków Towarzystwa „Nasz Dom”, aby nie stawiali swoich luksusowych, wykwintnych samochodów tuż przed budynkiem na Bielanach. Widok ostentacyjnego bogactwa podjeżdżającego pod próg domu ubogich dzieci, uważał za głęboki, psychologiczny cios w ich dumę. Chciał, aby próg jego placówek był strefą wolną od klasowych podziałów i niesprawiedliwości społecznej.
Żywe laboratoria pedagogiki*
Jeśli Korczak i Maryna Falska otwierali drzwi „Naszego Domu” na oścież, to nie dla bogaczy, lecz dla nauki. Maria Grzegorzewska, twórczyni Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej (PIPS), uczyniła z bielańskiego gmachu-samolotu prawdziwy poligon wychowawczy. To tutaj jej studenci prowadziły pionierskie, długofalowe badania nad podmiotowością dziecka, językiem „maleńkości” czy sprawiedliwością rówieśniczą Sądu Koleżeńskiego. Zarówno Janusz Korczak, jak i Maryna Falska i Maria Grzegorzewska byli członkami 8-osobowego zarządu „Naszego Domu”. Również wychowawcy z Naszego Domu brali udział w wykładach organizowanych przez PiPS.
Grzegorzewska uczyła przyszłych pedagogów empatii empirycznej – zabierała ich nie tylko na Bielany, ale i do podwarszawskich Lasek, by tam poznawali niewidzialny świat dzieci niewidomych. Ta unikalna, warszawska szkoła szacunku wobec dziecka miała w sobie tak potężną siłę, że przetrwała wojnę i granice. Po latach, niosąc to samo dziedzictwo i te same idee, moja Mama – jako wykładowca dydaktyki w Warszawie, a później na emigracji w Sztokholmie – wciąż zabierała swoje studentki w te same laskowskie ścieżki.
Formula Korczaka i teraz trochę moja „365 dni, by uszczęśliwić dziecko” dowodzi jednego: nauka i miłość do dziecka, których bronili Korczak, Falska i Grzegorzewska, nie miały daty ważności ani paszportu.
Tak, wykłady w PIPS były nierozerwalnie połączone z instytucją Bursy, a sama Bursa w systemie Janusza Korczaka i Stefanii Wilczyńskiej stanowiła nowatorskie seminarium pedagogiczne dla przyszłych wychowawców. [1, 2]
Wiele osób z kadry Naszego Domu i Domu Sierot uczęszczało na te wykłady jako słuchacze, niekoniecznie dążąc do sformalizowanego dyplomu akademickiego.
Czy wykłady PIPS łączyły się z Bursą w Naszym Domu i Domu Sierot?
Bursa Domu Sierot (działająca w latach 1923–1937) oraz bielańska bursa Naszego Domu (od 1928 r.) nie były zwykłymi akademikami. Przyjmowano do nich młodzież studencką (od maturzystów po dwudziestolatków), również dawnych wychowanków, którzy dorastali, jak i osoby z zewnątrz. Połączenie z Państwowym Instytutem Pedagogiki Specjalnej (PIPS) Marii Grzegorzewskiej miało charakter obustronnej wymiany praktyczno-teoretycznej. Bursiści, studenci PIPS oraz Wolnej Wszechnicy Polskiej (jak mój ojciec-Pan Misza z Domu Sierot), którzy mieszkali w Bursie, w zamian za darmowe utrzymanie i dach nad głową byli zobowiązani do odpracowania 3 lub 4 godzin dziennie jako wychowawcy i pomocnicy w internacie.  Janusz Korczak wykładał w PIPS, a jego studenci z uczelni naturalnie trafiali do jego placówek na praktyki lub właśnie do Bursy. Tam, pod okiem Stefanii Wilczyńskiej i Maryny Falskiej, weryfikowali uniwersytecką teorię z twardą rzeczywistością opiekuńczą.
Jedne z najbardziej znanych wychowanek Naszego Domu to Tosia Antoniak)  Wira (Weronika). Późniejsze współpracownice Maryny Falskiej oraz Janusza Korczaka w bielańskim Naszym Domu. Obie dziewczęta przeszły wyjątkową drogę: od osieroconych dzieci robotniczych, podopiecznych zakładu, aż do profesjonalnych wychowawczyń z dyplomami Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej (PIPS), założonego przez Marię Grzegorzewską. Tosia Antoniak trafiła do Naszego Domu jeszcze w czasach pruszkowskich (przed przenosinami na Bielany) jako skrajnie uboga sierota. Wyrosła na jedną z najbliższych i najbardziej zaufanych powierniczek Maryny Falskiej. Wira (Weronika) Plich podobnie jak Tosia, ukształtowała się w systemie samorządowym Naszego Domu. Charakteryzowała się ogromną empatią i talentem pedagogicznym, przez co szybko zaczęła pomagać w opiece nad młodszymi dziećmi jako tzw. „starsza siostra”.
Zapiski i protokoły z bielańskich zebrań Rady Samorządu Naszego Domu z lat 30. stanowią jeden z najbardziej fascynujących dokumentów w historii polskiej pedagogiki. Wpisy dokumentujące udział Krystyny Bogdanowicz, Henryki Staniszewskiej oraz Barbary Staniszewskiej, jak również ich wspomnienia spisane na 70. lecie Naszego Domu** doskonale obrazują, jak przedwojenna idea „dziecięcej republiki” i samorządności Maryny Falskiej oraz Janusza Korczaka działały w praktyce.
Atmosfera Domu była wybitnie rodzinna, przez sam fakt zwracania się do kierownictwa i personelu bez względu na wiek – pani Maryno, a nie pani kierowniczko, panno Oleńko, pani Karo. Wychowawcy byli dla nas jak starsi koledzy. Najbardziej z wychowawców utrwaliła się nam w pamięci pani Tosia, panna Oleńka i panna Wira. Służyły zawsze dobrą radą, kiedy zaszła potrzeba, rozsądną uwagą, a jednocześnie na równi z nami dowcipkowały. Pamiętamy pierwszy bal karnawałowy p. Tośki i p. Irki Wiewiórskiej – szczęśliwe prezentowały nam swoje kreacje balowe, przeżywałyśmy razem z nimi ich radość. Pani Tosia obdarzona była bardzo dobrym głosem, nauczyła nas wielu pięknych piosenek, jedną z nich pamiętamy w całości do dzisiaj „tam w pustym stepie młody kozak padł”. Bardzo często po kolacji chodząc całą gromadą po ciemnym korytarzu śpiewaliśmy robiąc tym wielką przyjemność pani Marynie i pani Karze – tak bardzo to lubiły.
Ze wspomnień o pani Marynie utrwaliły nam się „zakłady”. Była to niby zabawa, niby gra, ale przez nas traktowana bardzo poważnie. Dzisiaj zdajemy sobie sprawę, że ta niby zabawa miała może zasadniczy wpływ na kształtowanie naszych charakterów. Polegało to na pozbywaniu się wad. W całej tej „zabawie” ważne było zaufanie, jakim darzyła nas pani Maryna. Respekt dla niej nie pozwolił nam kłamać.
W Naszym Domu były prowadzone metody wychowawcze, które miały wpływ na kształtowanie naszych charakterów. Wyżej wspomniane „zakłady”, dyżury, które wyrabiały w nas obowiązkowość i porządek, pracowitość, a głównie szacunek do każdej pracy, co po dziś dzień jest wielką zaletą naszych charakterów. Sąd koleżeński, wybierany spośród nas, który rozstrzygał różne sporne sprawy i pretensje pomiędzy wychowankami. Ta forma wyrabiania w nas sprawiedliwości, a jednocześnie zasądzone paragrafy od 100 do 1000 w zależności od przewinienia, wywieszane na tablicy celem podania do wiadomości ogółowi, pozwalały zagrać na naszych ambicjach, porównać moje postępowanie z innymi i zastanowić się, czy nie mogę być lepsza?
Organizowanie zbiorowych akcji, jak sadzenie topoli wokół terenu należącego do Naszego Domu – dziś wielkie drzewa, rosły na naszych oczach, wyrosły proste i zdrowe, bo pielęgnowane przez całą gromadkę naszodomską. Dziś biedne złamane drzewko wzbudza w nas oburzenie.
Górka, która przez wiele lat służyła nam za zjazd saneczkowy, została usypana wspólnymi siłami. Brodzik, który miał podwójne zastosowanie, w lecie do ochłodzenia, zimą jako ślizgawka. Dzisiaj wiele dzieci uważa piękne baseny kąpielowe, specjalne lodowiska za rzecz naturalną, a dla nas brodzik był wspaniałym podarkiem, sprawiającym wiele radości.
Nie będzie chyba przesady w wypowiedzi naszej, że prawdziwym świętem dla nas dzieci był czwartek, dzień przyjazdu dra Korczaka. Pamiętamy nasze biegi do przystanku tramwajowego, skąd szedł do nas pan Doktor, obwieszony dziećmi, każdy chciał go dotknąć, być blisko.
* Żywe laboratoria pedagogiki. Dla studentów PiPS były te "żywe laboratoria" wspaniałym dodatkiem do wykładów. Jednocześnie potwierdzenie systemu korczakowskiego, który funkcjonował od lat w Domu Sierot na Krochmalnej.
**Nasz Dom, 1919-1989: Kronika, Listy, Wspomnienia, Fotografie.** 1989.

Sunday, August 16, 2026

Co Janusz Korczak robił w Środę?

W latach 30. (aż do 1936 roku) W środowe popołudnia lub wieczory Stary Doktor nagrywał lub prowadził na żywo swoje Gadaninki, słynne gawędy radiowe w Polskim Radiu. Antena – ilustrowany tygodnik dla wszystkich R.3, nr 3, 19 stycznia 1936.

Co Janusz Korczak robił w środę?
Janusz Korczak (Henryk Goldszmit) prowadził niezwykle intensywne życie. Rytm tygodniowy, czwartek, piątek i sobota i niedziela były spędzane w bielańskim Naszym Domu oraz w Domu Sierot przy ul. Krochmalnej. Te dni stały się elementem jego biografii z lat międzywojennych.

Środa to dzień redakcyjny i gazeta „Mały Przegląd”
Środa była kluczowym dniem dla jednego z najważniejszych projektów Korczaka – „Małego Przeglądu”, czyli pierwszego pisma redagowanego w całości z listów dzieci. W każdą środę Korczak (a później jego sekretarz Igor Newerly) spotykał się w redakcji przy ul. Nowolipki z dziećmi, które przynosiły swoje listy, reportaże i wiersze. To wtedy, razem z "zatrudnionymi" redaktorami, selekcjonowano materiały do piątkowego wydania gazety.

Sesje radiowe
W latach 30. (aż do 1936 roku) w środowe popołudnia lub wieczory Stary Doktor nagrywał lub prowadził na żywo swoje słynne gawędy radiowe w Polskim Radiu. Możliwe, że Gadaninka czwartkowa (nagrana w środę) ma coś wspólnego z opowiadaniami Korczaka z kolonii letnich Wilhelmówka i Michałówka. Występują tam dwa: "Błyskawica" i "Burza”. Raz Błyskawica miała pasażera z kolonii Zofjówka: płynęła nią Mania Wdowik, znakomita deklamatorka z Zofiówki. Wiktor Mały podarował jej na pamiątkę okrętową lunetę — wspaniałą tutkę po wypalonym fajerwerku. Na rysunku Lipszycowej prawdopodobnie "Błyskawica".

Możliwe, że Gadaninka czwartkowa (nagrana w środę) w programie tygodnika Antena ze stycznia 1936 roku, ma coś wspólnego z opowiadaniami Korczaka z kolonii letnich Wilhelmówka i Michałówka.