W Krakowie pracuje dawna pomoc domowa rodziny Gdalewicz, Aniela Krzysztonek, która poprzednio był z nimi w Piotrkowie. Za zarobione pieniądze ukrywa Hanię w suterenie. Po zdekonspirowaniu, obie wyruszają w kilkumiesięczną podróż pociągami, bezradne, bez pomocy. Przyjeżdżają w końcu do Warszawy. Na dworcuu kolejowym łąpią je polscy szmalcownicy i prowadza na komisariat policji granatowej. Pobita Aniela i ztruchlala Hania zostają w koncu zwolnione. Na ulicy nowi polscy szmalcownicy. Ubrani elegancko, buty z cholewami. Tym nowym chodzi jednak o pieniadze. Jada za Anielą i Hanną az na Zoliborz gdzie je ograbują i biją! Nowi szmalcownicy prawdopodobnie po informacji z hotelu w którym sie zatrzymują nachodzą je w nocy. Hania i Aniela ucieka. Hania ma adres łączniczki ojca w Warszawie, Krystyny Mucznik. Odnajduje ojca, mieszka zamknięta w jego pokoju na Senatorskiej przez pewien czas. Miejsce jest niebezpieczne, ojciec w konspiracji, w ŻOBie.
 |
Opis z www.new.getto.pl. Gadlewicz Hanna: Narodowość: Żyd, Wygląd: Zły.
|
 |
| Nasz Dom na Bielanach wg. architekta Terasina i Korczaka. |
 |
| Nasz Dom na Bielanach. Janusz Korczak. 1930. |
Kierownictwo Naszego Domu w Pruszkowie to Maryna Falska i Janusz Korczak. W 1921 roku powstało Towarzystwo „Nasz Dom”, którego celem głównym było organizowanie pomocy materialnej dla zakładu i zebranie funduszy na nowy budynek w Warszawie. W 1928 roku Dom przeniósł swą siedzibę na Bielany do nowo wybudowanego, specjalnie przystosowanego budynku.
W czasie II wojny światowej warunki materialne Naszego Domu były bardzo ciężkie; liczba wychowanków wzrosła do 170 (i 20 osób personelu). Choć szczególną wagę przywiązywano do bezpieczeństwa (była grupa dzieci żydowskich), większość młodzieży uczestniczyła w konspiracji, a później w powstaniu warszawskim. Podczas Powstania Warszawskiego na terenie Domu istniał szpital powstańczy.
Po upadku Powstania Warszawskiego, 7 września 1944 roku zmarła Maryna Falska. Podobno tego dnia dostala rozkaz ewakuacji Naszego Domu do obozu przejsciowego w Pruszkowie. Wtedy kierownictwo „Naszego Domu” objęła jej długoletnia współpracownica Aleksandra Staszewska. 2 października 1944 roku zakład ewakuowano z Pruszkowa do wsi Sokolniki koło Jędrzejowa.
 |
Maryna Falska i dzieci. Nasz Dom. Okres miedzywojenny.
|
5 marca 1945, po wyzwoleniu, roku grupa starszych wychowanków i część personelu powróciła do Warszawy. Dzieci młodsze umieszczono w zakładzie wychowawczym w Smoszewie koło Warszawy, którego kierownikiem została Aleksandra Staszewska (Pani Olenka).
Po wojnie nowym kierownikiem Naszego Domu został Zdzisław Sieradzki, wychowawca z okresu okupacji. Sieradzki był wtajemniczony w schowanie, wmurowanie
Pamiętnika Korczaka na terenie Naszego Domu.
Pamiętnik przeniósł na teren Dużego Getta, Pan Misza, Michał Wasserman Wróblewski, jedyny wychowawca który przeżył deportacje 5 sierpnia 1942 gdyz tego dnia pracował poza Gettem. Pamiętnik Korczaka znalazł się zaraz po wojnie natomiast reszta dokumentów ze schowka "znalazła się" w mieszkaniu Sieradzkiego po jego śmierci (1981) i oddana siedem lat pózniej delegacji izraelskiej przebywajacej w Warszawie na obchodach 75-lecia powstania Domu Sierot, w maju 1988 roku.
Marysia Heller pseudonim Teresa 1928-03-02 - 2008-01-24
II Obwód "Żywiciel" (Żoliborz) Warszawskiego Okręgu Armii Krajowej - sanitariat - Punkt Opatrunkowy nr 203 ul. Kasprowicza -"Nasz Dom" pl. Konfederacji 42/44 (al. Zjednoczenia)
Nadszedł dzień 1 października. Na teren wjechały niemieckie karetki, do których załadowano najpierw dzieci i pracowników Naszego Domu. Przywiezieni zostaliśmy do Pruszkowa i umieszczeni w Hali nr. 11 na terenie Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, który Niemcy przeznaczyli na obóz przejściowy dla wysiedlonych warszawiaków. Następnego dnia do Pruszkowa dowieziono tymi samymi karetkami wszystkich rannych i obsługę szpitala, których umieszczono w innym baraku. Tak zakończyła się nasza epopeja Powstania Warszawskiego. Wraz ze szpitalem przywieziono starców i niedołężnych z ul. Lisowskiej. Oczywiście zginęły po drodze dwa samochody wypełnione zapasową odzieżą i medykamentami.
Opuszczając Nasz Dom pozostawiliśmy około 30 mogił i Dom ziejący pustką, który dawał nam schronienie w najgorszym okresie okupacji, w którym byliśmy bezpieczni i tworzyliśmy 200-osobową rodzinę – Dom, z którego wyszło wielkie grono ludzi przygotowanych do samodzielnego życia. Wierzyliśmy, że wkrótce do niego wrócimy.
Część II Nasz Dom na wygnaniu
Teren całego obozu pruszkowskiego był ogrodzony murem betonowym na wysokość trzech metrów, który na zewnątrz był pilnowany przez żandarmów, celem nie dopuszczenia do ucieczek i możliwości jakiegokolwiek kontaktowania się z osobami postronnymi. Transporty piesze, konwojowane przez Ukraińców i żandarmów przybywały z Warszawy bez przerwy.
W hali nr 11 przebywaliśmy przez dwie doby. Sypialiśmy na betonie, nie było żadnych prycz, a o łóżkach nie było nawet co marzyć. Niemcy nie interesowali się sprawą wyżywienia wysiedlonych. Działy się dantejskie sceny. Na każdym kroku człowiek stykał się z konającymi, pozbawionymi jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. A PCK, które starało się pomóc ludziom, nie było w stanie nawet w setnej części otoczyć opieką potrzebujących pomocy. Kuchnię prowadziło RGO. Gotowano zupy w niesamowitych ilościach, ale jej wciąż było za mało, wobec ciągłego napływu nowych transportów. Zupy te był bezwartościowe kalorycznie, ale dawały możliwość rozgrzania się, tym bardziej, że rozpoczęły się chłody i padał nieustannie deszcz. Ludzie, gnani z Warszawy, nie mieli ciepłej odzieży, wszystko zostało pod zgliszczami.
RGO poza zupami wydawało dużo kawy zbożowej, a od czasu do czasu chleb. Miejscowa ludność z okolic podwarszawskich dostarczała do kuchni, co tylko miała. Dzięki tej pomocy wielu wygnańców przeżyło to piekło. W pierwszym rzędzie posiłki gorące otrzymywały dzieci i starcy, a potem pozostali. Dla najciężej rannych Niemcy przeznaczyli osobny barak, tak zwany barak śmierci. Dużo rannych, znajdujących się tam, za wszelką cenę i różnymi sposobami starało się uciekać. Dużą pomoc okazał rannym znowu ks. Leon, który wynosił z tego baraku chorych i umieszczał ich w hali, gdzie przebywali chorzy z naszego szpitala, którzy po paru dniach zostali ewakuowani do Witowa koło Koniecpola (w dystrykcie częstochowskim).
W obozie pruszkowskim byliśmy świadkami niejednej tragedii ludzkiej. Każdy nowy transport po przekroczeniu bramy obozu, był natychmiast oblegany przez wcześniej przybyłych. Szukano swoich, pytano o najbliższych i znajomych, proszono o nowe informacje. Często zdarzało się odnaleźć kogoś bliskiego, z kim miało się kontakt w czasie walk powstańczych, jednak częściej słyszało się, ze ten ktoś, o kogo pytano, zginął. Transportów takich przybywało w ciągu dnia kilkanaście, można więc sobie wyobrazić, jakie było zatłoczenie na terenie obozu. Ale również każdego dnia do podstawianych wagonów Niemcy ładowali ludzi, ile tylko się dało, i wywozili w różnych kierunkach. Robiono miejsce dla innych. Zdarzały się czasem wypadki ucieczek z obozu dzięki ofiarności pracowników PCK. Wiele osób dzięki temu uniknęło dalszej deportacji.
Czwartego października powiadomiono nas, że mamy szykować się do transportu, dokąd – nie wiadomo. Przed załadowaniem Niemcy zapowiedzieli, ze możemy zabrać tylko tyle rzeczy, ile każdy z nas udźwignie. Ale co mieliśmy brać, skoro nie mieliśmy nic, poza drobiazgami, które miały dla nas, dzieciaków, wartość.
Nieco inaczej jednak przedstawiała się sytuacja pracowników szpitala. Ksiądz Leon, chcąc im pomóc, przenosił ciężko rannych na własnych plecach. Trzeba się było spieszyć. Marysia Heller, odpowiedzialna za narzędzia chirurgiczne, którymi opiekowała się przez cały czas pobytu w Pruszkowie, dźwigała ciężką skrzynię do wskazanego wagonu nie zwracając uwagi na drwiny obserwujących ją Niemców. Około półtorej godziny trwało załadowanie całego transportu. Niemcy pospiesznie zaplombowali wagony. Były to odkryte węglarki. Tymi wagonami ruszyliśmy w nieznane. W czasie jazdy nie mogliśmy się zorientować, jaką trasą jedziemy. Często transport zatrzymywał się na krótko na bocznicy lub w polu. Cisza panująca wokół przerywana była czasem serią z broni maszynowej, co świadczyło o ucieczce kogoś z transportu. Najczęściej wykorzystywano do ucieczki teren z wysokim nasypem, po którym w pozycji leżącej turlano się w dół. W ten sposób wielu ludziom udało się uciec z transportu. Bywały jednak wypadki śmiertelne.
Na dworcu czekała już grupka ludzi Czerwonego Krzyża. Skierowano nas do Gminnego Domu Ludowego, gdzie dostaliśmy gorący krupnik. Szpital zajął sąsiednie pomieszczenie, a ranni otrzymali gorący rosół. Najedliśmy się do syta. Ponieważ był późny wieczór, o dalszej drodze nie było już mowy. Spaliśmy spokojnie, najedzeni i pod troskliwą opieką miejscowych ludzi. Następnego dnia już od rana pod budynek zaczęły zajeżdżać podwody chłopskie, na których zajęliśmy miejsca. Przed wyjazdem zjedliśmy jeszcze śniadanie i pełni wiary ruszyliśmy w drogę. Około południa zatrzymaliśmy się w Lelowie. Była to mała mieścina, ok. 22 km. od Koniecpola. Oddychaliśmy świeżym, czystym powietrzem. Niejeden z nas pierwszy raz w życiu zetknął się z prawdziwą wsią. Tutaj podano nam obiad. Byliśmy witani jak bohaterowie, obrońcy Warszawy. Ludzie dziwili się, że przetrwaliśmy piekło podczas powstania. Nie znali wszystkich szczegółów, docierały do nich tylko pewne wiadomości, nie zawsze prawdziwe. W każdym razie wyobrażali sobie powstanie warszawskie zupełnie inaczej niż my, którzy byliśmy w jego centrum. Ludność miejscowa starała się zrekompensować nasze przeżycia, okazują nam wiele życzliwości, troski i serca.
Przyszedł wieczór, a pociąg powoli szedł dalej. Około godz. 10.00 zatrzymał się na bocznicy w Stradomiu pod Częstochową. Staliśmy na deszczu aż do rana. Transport ruszył dalej około 7.00, ale znowu się zatrzymał na stacji w Częstochowie. Byliśmy zmoknięci, głodni i zmęczeni. Nad dworcem był przerzucony wiadukt, po którym ludzie śpieszyli do pracy. Wielu z przechodzących zatrzymywało się, patrząc na ludzi skulonych wewnątrz wagonów i rzucali im paczki z żywnością. Niemcy na to nie reagowali. Również i tu RGO pracowało za zgodą Niemców, przechodzili od wagonu do wagonu roznosząc gorącą kawę i zupę. Szczęśliwi byli ci, którzy wcześniej zaopatrzyli się w naczynia, puszki po konserwach itp. Wypijano kawę czy zupę w pośpiechu, aby mogli skorzystać inni, którzy naczyń nie mieli. Ludzie patrzący z wiaduktu dodawali otuchy życząc nam jak najszybszego powrotu i złorzeczyli Niemcom konwojującym transport. Postój w Częstochowie trwał około pół godziny, po czym pociąg ruszył dalej, podążając na zachód. Opuszczając Częstochowę byliśmy nieco pokrzepieni zarówno ciepłym posiłkiem, jak i życzliwością ludzką.
Następny postój wypadł w Koniecpolu. Patrząc w górę widać było czubki świerków z prawej strony i dach niedużego budynku dworcowego. Ciszę panującą wokół przerwał zgrzyt odsuwanych drzwi. Wszyscy patrzyliśmy na dworzec, który pierwszy raz podczas transportu dane nam było oglądać. Po jakimś czasie podszedł do nas Niemiec starszy rangą, widocznie komendant transportu. Sprawdził, czy jest to właściwy wagon, po czym kazał szybko go opuścić. Zobaczyliśmy, że z dwóch wagonów z lewej strony wychodzą ranni i personel naszego szpitala. Po opuszczeniu wagonu zostaliśmy odprowadzeni do budynku dworcowego. Transport niebawem ruszył dalej, ale już bez nas.
Na całej trasie witano nas serdecznie i gorąco, kobiety z dziećmi na ręku stały skupione i ze łzami w oczach. Po obiedzie czekały na nas już nowe podwody chłopskie, które przewiozły nas na miejsce przeznaczenia, którym miała być wieś Sokolniki. Tutaj umieszczono tylko Nasz Dom, natomiast szpital dojechał do Iządz, a stamtąd do Witowa.