Saturday, June 20, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ SIÓDMY: UCIECZKA Z DOMU (Całość, strony 76-80) i ROZDZIAŁ 8:


Tekst całego Rozdziału Siódmego (strony 76–80), gotowy do wklejenia na blog Jim bao Today.

ROZDZIAŁ SIÓDMY: UCIECZKA Z DOMU (Pełny, zintegrowany tekst: str. 76–80)
Kilka dni po powrocie Henryka z zagranicy, w domu jego rodziców odbyło się tradycyjne przyjęcie powitalne, które jako żywo przypominało dawne zabawy, przyjęcia i spotkania towarzyskie. Pamiętał jednak dobrze, jak bardzo tęsknił za domem przez całe te trzy miesiące spędzone poza krajem, na uniwersytecie i wśród przyjaciół. A po powrocie, zaledwie kilka dni wystarczyło, by ustały jego złudzenia, a nadzieja, którą żywił w sercu, ustąpiła miejsca głębokiemu rozczarowaniu. Obcość, chłód i surowość otoczenia uderzyły w niego od samego progu.
– Gdybym tylko nie wyjeżdżał stąd na tak długo... – pomyślał w duchu. – Nic nie zmieniło się w tym domu od czasów mego dzieciństwa. Ci ludzie są po prostu zbytnio pochłonięci sobą.
Powrócił myślami do owej słynnej sentencji, którą usłyszał od swojej matki w Warszawie: „Kobieta, dzieci, rodzina – to są więzy, które łączą nas z życiem dorosłych”. Wszyscy oni krążyli wokół tych spraw, starając się za wszelką cenę zachować pozory dawnego, luksusowego mieszczańskiego życia, które z powodu długów i choroby ojca dawno już legło w gruzach. Chłopak nie miał ochoty odpowiadać na ich pytania dotyczące Szwajcarii; widział w ich oczach jedynie troskę o koszty jego studiów, o wydatki uniwersyteckie. Z wielkim trudem powstrzymywał się od kłótni z rodzicami, wiedząc, jaka jest opinia jego ojca na temat jego zainteresowań literackich. Ojciec nie pozwalał mu na to, by porzucić medycynę dla pisania książek. Uważał, że syn adwokata musi postępować według zasad zdrowego rozsądku: lekarz to zawód szanowany i dochodowy, literatura zaś – to tylko zabawa, z której nie wyżywisz rodziny. Te słowa były dla niego wyrokiem. I w ten sposób Henryk został zmuszony do powrotu do dawnego życia, do nauki na uniwersytecie i do pracy w szpitalu. Ojciec przygotował już dla niego plan studiów na kolejny rok akademicki, dbając o to, by każda godzina była precyzyjnie zaplanowana, a syn musiał nienagannie wykonywać jego polecenia. Jednak ta kluczowa rozmowa z ojcem odbyła się dopiero następnego dnia.
...On wszedł do gabinetu. Twarz jego była blada, wykrzywiona ze złości, ale nie było w nim ani śladu strachu czy bezsilności wobec ostateczności. Usiadł na krześle. Ja usiadłam na łóżku. Wspierając ramiona na kolanach, oparłam głowę na dłoniach i czekałam na jego słowa. Nastała długa cisza, która była trudna do zniesienia dla nas obojga. Moja przyjaciółka wyciągnęła z szafy małą, ozdobną puszkę, z której powoli, bez pośpiechu wyciągnęła papierosa, po czym zapaliła go i uniosła głowę ku górze.
Rozmowę rozpoczął on, cichym głosem:
– Wydałem już wszystkie pieniądze z podróży...
– Szkoda wielka.
Nastała kolejna chwila ciszy.
– Ile masz lat, Henryku? – zapytał nagle ojciec.
– Dwadzieścia trzy.
– Co zamierzasz teraz począć?
– Sam jeszcze nie wiem dokładnie.
– Chcesz znowu wyjechać poza granice kraju?
– Nie mam takiego zamiaru, w każdym razie na razie. Przerwa w nauce, którą miałem, była długa i potrzebuję czasu...
– Ja w tuoim wieku... – zaczął ojciec, na co Henryk spuścił głowę. – Od siódmego roku życia pracowałem na własne utrzymanie i sam opłacałem swoje rachunki na uniwersytecie, nie licząc na pomoc innych ludzi. Te sprawy są mi dobrze znane.
Sytuacja stała się napięta i ponura.
– Słuchaj mnie, Henryku...
– Słucham, ojcze.
– Gorzej być nie może. Twój wyjazd do Szwajcarii pochłonął wszystkie moje oszczędności, a ty teraz wracasz do domu i żądasz ode mnie pieniędzy na zabawy i literackie flirty? Te artykuły w gazetach nie przynoszą dochodu. Widzę w tym tylko stratę czasu i marnowanie sił.
– Dlaczego ojciec tak mówi?
– Ponieważ to nie jest zawód dla prawdziwego mężczyzny.
Henryk nie odpowiedział ani słowem na te surowe zarzuty. Jego usta zacisnęły się mocno z dumy, a w błękitnych oczach błysnęła iskra niezłomnej determinacji. Zrozumiał, że w tym gabinecie nie ma już miejsca na kompromis czy dyskusję.
– Skoro nie chcesz słuchać moich rad, – kontynuował ojciec chłodnym głosem – będziesz musiał ponieść konsekwencje swoich wyborów. Nie mam zamiaru opłacać twoich literackich fanaberii.
– Nie żądam od ojca żadnych pieniędzy, – przerwał mu nagle chłopak, unosząc głowę. – Sam zarobię na swoje utrzymanie i opłacę dalsze studia na Wydziale Lekarskim.
– Z tych marnych korepetycji? – ojciec uśmiechnął się z drwiną. – Przecież to są grosze, które nie wystarczą nawet na opłacenie pokoju i jedzenia w tym mieście! Czyż to nie jest szaleństwo z twojej strony, by porzucać stabilność rodzinnego domu dla nędznej egzystencji na bruku?
– Lepiej żyć w biedzie, ale w prawdzie i w zgodzie z własnym sumieniem, niż w kłamstwie waszego salonu! – zawołał Henryk ze łzami w oczach, a jego głos drżał od nadmiaru emocji. – Wasz świat opiera się na pozorach i fałszu, z których nic nie wynika dla cierpiącego człowieka. Chcę leczyć dzieci, chcę nieść pomoc najbiedniejszym w szpitalach, a nie służyć bogatym dla zysku i zaszczytów!
Te słowa Henryka wywołały potworne oburzenie u ojca. Wstał gwałtownie ze swojego krzesła, a jego twarz była blada z wściekłości.
– Dość tego! – warknął szorstko. – Skoro tak bardzo nienawidzisz naszego domu i naszych zasad, droga przed tobą wolna! Możesz pakować swoje rzeczy i odejść stąd natychmiast. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz bez naszej pomocy na ulicach Warszawy!
Henryk spuścił głowę, milcząc. Ta decyzja ojca była dla niego ostatecznym wyzwoleniem z więzienia dawnego życia. Bez ani jednego słowa skargi czy pożegnania, odwrócił się i wyszedł z gabinetu, zamykając za sobą drzwi na zawsze... i w ten sposób dokonała się owa wielka, dramatyczna „ucieczka z domu”.
Henryk Goldszmit spakował do skromnej, zniszczonej walizki swoje nieliczne ubrania, zeszyty z wierszami, pamiętniki oraz ukochaną książkę z pokoju dziecięcego, po czym opuścił luksusowy salon rodziców, wkraczając w nieznany, surowy świat warszawskich ulic. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale w jego sercu dojrzała już decyzja o całkowitym oddaniu się misji lekarza-społecznika. Wynajął mały, ciemny pokoik na poddaszu w nędznej dzielnicy Warszawy, blisko szpitala dla dzieci na ulicy Śliskiej, i zaczął utrzymywać się wyłącznie z ciężkiej pracy korepetytora. Ta nędza i chłód, jakich doświadczył w owym okresie, nie złamały jednak jego ducha; przeciwnie – ugruntowały w nim głębokie współczucie dla najbiedniejszych dzieci ulicy.
Te bolesne wspomnienia o rozstaniu z rodziną czytała po latach Stefa Wilczyńska w cichym gabinecie na Krochmalnej, zamykając z wielkim wzruszeniem ową szafę pełną pożółkłych dokumentów. Widziała w nich cenę, jaką Doktor musiał zapłacić za swoją niezależność i za swoją wielką, rewolucyjną miłość do dzieci osieroconych.
– Doktor pozostał wierny sobie, – szepnęła cicho do przyjaciółki Julii, a w jej oczach lśniły łzy głębokiego szacunku dla jego niezłomnej postawy. – On oddał wszystko, porzucił luksus i pozycję społeczną, by stać się ojcem dla naszych sierot...
Wstał ze swojego miejsca, zamknął drzwi na klucz, zapalił świecę i czytał dalej. Przetarł czoło. Potem stuknął palcem w stół kilka razy, jakby w szybę okna, i rzucił we mnie spojrzenie pełne lęku, niczym uciekający jeniec, który wcale nie boi się grożącej mu kary, lecz po prostu się wstydzi. Znowu na długi czas zapadła dręcząca cisza.
– A więc widzisz... wręt przeciwnie... to bardzo dobra rzecz, że przynajmniej teraz już wiem.
Miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, chciał rozwinąć temat, zebrać swoje rozproszone myśli.
– Tak, ale ojciec gniewa się na mnie... a ja nie jestem w stanie nic zrobić. Nie chcę łaski, przecież te upokorzenia... Nie chcę, by ojciec nas utrzymywał... Chcę sam zarabiać na swoje potrzeby, pragnę pracować.
On się obudził.
– Tak, tak... ale mama na pewno będzie... nie przejmuj się tym... tak będzie najlepiej... sam już wszystko ułożę.
Ujął moje dłonie.
– Musimy mi jednak przysiąc, że nie zrobisz tego nigdy więcej. Pistolet zostawisz tutaj, a wszystko inne ja ci wyślę... Zgadzam się na wszystko, ale musisz mi obiecać uczciwie. – Co?...
– Czy zobaczysz, czy nie – wrócisz?
– Dobrze.
Ucałowałam jego ręce.
– A więc idź już... pośpiesz się... mój drogi, gdzie jest twój płaszcz?
Zagubiony i bezradny kręcił się po pokoju. Odprowadził mnie do schodów i kazał mi szybko wracać. Ja zostałam na zewnątrz, w chłodzie ulicy. Patrząc w przestrzeń, rozważałam te wiadomości w głębi duszy i nie wiedziałam, dokąd iść.
Henryk poszedł do domu buntu. Swoje lokum urządził u przyjaciela; był czwartym lokatorem w pokoju. Rzeczy, które przysłał mu ojciec, zostawił w komórce. Zaczął szukać posady domowego nauczyciela.

ROZDZIAŁ ÓSMY: NA WOLNOŚCI, W SOLCU, W STARYM MIEŚCIE 
(Całość, strony 81–89)
Oto zintegrowany, kompletny tekst całego Rozdziału Ósmego, przygotowanego bezpośrednio do publikacji na blogu Jim bao Today:
Przypadek, a być może zrządzenie losu sprawiło, że już podczas pierwszej nadarzającej się okazji Henryk otrzymał propozycję wejścia w zupełnie nowe otoczenie. Przez dłuższy czas poszukiwał lokum do wynajęcia. Ze swojego dotychczasowego, eleganckiego schronienia przy głównej ulicy przeniósł się do robotniczej dzielnicy na przedmieściach, na ulicę Wolską. Miejsce to budziło się do życia wraz ze świtem, napełniając się oparami z labiryntów fabryk. Dzisiaj wczesnym rankiem rozpoczynał się tam ponury marsz zgarbionych, niewyspanych ludzi, idących z trudem i śpieszących się do swojej ciężkiej pracy.
Warunki bytowe nie były najgorsze. Pięć rubli miesięcznie, oprócz mieszkania, wyżywienia i prania ubrań. Henryk otrzymał odrębny pokój w mieszkaniu usytuowanym między dwoma pokojami zamożnego ogrodnika, który był ojcem i głową rodziny wychowującej troje zdrowych dzieci. Rodzice ci byli ludźmi prostymi, ale doskonale rozumieli, że dzieci należy uczyć, dlatego nie szczędzili grosza, by zapewnić im te wszystkie nauki. Chłopcy mieli w przyszłości zdać egzaminy do gimnazjum, a matka marzyła nawet o tym, by dziewczynka nauczyła się grać na fortepianie. Ogrodnik i jego żona okazywali nauczycielowi wielki szacunek – to minimum, jakie mu dawali, to nie był tylko pokój, ale starali się wręcz uprzedzać wszystkie jego życzenia i potrzeby. Jednak pewnego dnia do ich domu przyszła z wizytą uboga rodzina właściciela mieszkania, a uczniowie Henryka zaczęli popisywać się przed tymi biednymi krewnymi wiedzą, którą właśnie zdobyli. Wtedy westchnął brat żony właściciela mieszkania, robotnik fabryczny, i powiedział: „Nie to jest najważniejsze nieszczęście, że człowiek nie ma co jeść przez cały tydzień, ale to, że nie ma on możliwości dać swoim dzieciom wykształcenia”. Henryk podjął decyzję o przeprowadzce do Solca, do mieszkania tego robotnika. Na początku odmawiali wiarę w to.
– Co oni tam zrobią, w tej piwnicy? Tam są tylko gazy i zaraza od ubrań. Co oni mają tam do jedzenia i do nauki?
– Może za tydzień ten stan rzeczy nie zatrzyma się przy tamtym schronie.
Faktem jest, że został wciśnięty głęboko w tryby życia, głęboko w labirynty nędzy, aż po jej najgłębsze warunki bytowe. W tym ciasnym pokoju, w tym małym, czworokątnym i mrocznym pomieszczeniu, obok szafy nauczyciela, gnieździło się razem dziewięć osób: Marcinek Wójcikiewicz, ślusarz w fabryce, lat 44; Katarzyna Wójcikiewicz, lat 40, żona Marcinka, piorąca ubrania w domach bogatych ludzi; Wiktoria, ich córka, lat 17, pomagająca matce przy praniu; Staszek, lat 9, myjący butelki u handlarza winem, znany pod przezwiskiem „Kulas”; Ignac, lat 5, małe dziecko porzucone przez rodziców; Michał Grosik, lat 29, woźnica, lokator mieszkający kątem u Wójcikiewiczów; Józia Grosik, lat 20, żona Michała, najstarsza córka Wójcikiewiczów; Kazio, lat 3, syn Grosików; oraz Mania, niemowlę karmione piersią, córka Grosików. Dziesiątym lokatorem był Doktor – Henryk Goldszmit, który zajął tu skromne miejsce. Nadszedł pierwszy wieczór, który spędził w tym nowym „domu”. Przesiąknięty wilgocią zapach ubrań unosił się nad garstką uchodźców; paliła się mała, żółta lampka naftowa, drżąca od czasu do czasu. Kobiety rozmawiają ze sobą, a rozmowa nagle cichnie. Czekają na powrót swoich mężczyzn. Pani Grosik odsłoniła pierś, karmiąc swoje małe dziecko, i spoglądała wokół co chwila z niepokojem. Na pewno nie wróci przed zakończeniem spektaklu w teatrze... Kazio bawił się obok pieca kawałkiem tektury.
– Mamo, jeść! – zawołał chłopak.
– Poczekaj, ojciec zaraz wróci.
Wójcikiewicz wszedł do pokoju. Postawił narzędzia na piecu, po czym usiadł ciężko na łóżku.
– Co słychać? Czy to miejsce nie jest dla pana zbyt ciasne? – zapytał.
– Pierwszy dzień w nowym miejscu zawsze jest trochę trudny, ale przyzwyczaję się – odpowiedziałem.
– Tak, dyrektor na pewno nie znajdzie dla pana oddzielnego pokoju. Tutaj wszystko jest wspólne, całe to nędzne lokum. W sypialni na łóżku śpi moja córka wraz z moją żoną, a my śpimy na podłodze.
– Nie szkodzi, nie pogardzę tym – odpowiedział Henryk. – Przecież przyszedłem tu właśnie po to, by poznać wasze życie.
– Mamo, jeść! – powtórzył Kazio.
– Daj mu spokój, on tylko krzyczy, jakby był głodny – wtrąciła się Wiktoria, podając mu kromkę suchego chleba.
– Będzie z niego wielki człowiek – powiedział ojciec. – Przecież on już potrafi czytać, choć nikt go tego nie uczył. Pismo przyciąga jego uwagę...
Początek był bardzo trudny. Gdzie miał podziać się Staszek?
– W podwórzu, bawi się z chłopakami – odpowiedziała dziewczyna.
– Ignac, przynieś mi wody na ganek – poprosił chłopak.
– Zimno mi – odpowiedział mały.
– Kiedy zapniesz guziki swojego swetra, zrobi ci się ciepło. Weź ten płaszcz i biegnij szybko.
Do pokoju wszedł Michał Grosik, zmęczony po pracy.
– Masz tu, przynieś to – podał żonie paczkę z jedzeniem. – To dla dzieci, na jutro.
Kazio natychmiast wyrwał tekturę z jego rąk i zaczął gorączkowo badać zawartość paczki. Grosik zdjął swój płaszcz i usiadł obok stołu. Wpisał w swoim notesie kilka liczb, po czym posadził małego chłopca na swoich kolanach.
– Ten chłopak wyrośnie na mądrego człowieka – powiedział do Henryka. Ignac powrócił z ganku. – On wcale nie chce jeść...
– Ten chłopak sprawia mi same kłopoty.
– Jeść! – domaga się Ignac i rzuca we mnie podejrzliwe spojrzenie.
– Ty pierwszy? Czy ty przypadkiem wracasz z pracy, co?
Kobiety krzątają się wokół pieca. Przy jedzeniu rozmowa staje się żywsza, wspólna dla wszystkich. Wreszcie Staszek wrócił z podwórka.
– Mamo, jeść!
– Cicho bądź.
– Może masz ochotę na czekoladę? Czy handlarz kwasem ci zapłacił?
– Nie. Zimne ziemniaki mi dałaś, mamo.
– Nie biegaj z chłopakami, a dostaniesz ciepłe.
Ostatni żar w piecu zgasł.
– No, mamo, pościel; nauczyciel będzie spał ze mną.
Kobieta stawia czajnik i talerze na piecu, wywiera dłonie w fartuch i zwraca się w stronę łóżka. Mania chlipie w kołysce. Kazio leży na łóżku w ubraniu i śpi. Matka kładzie obok pieca worek ze słomą, czyli siennik, oraz matę. Daje też poduszkę i cztery małe sztuki starych ubrań, którymi mają przykryć się chłopcy. Ze swojego kąta obserwuję ten potworny chaos w domu. Kręci mi się w głowie... a v duszy przeżywam dziwny i niezwykle głęboki moment.
Widziałem to już wszystko z daleka, w miejscu, gdzie dawniej pracowałem jako nauczyciel. Wiele czytałem o ich życiu. Czytałem o tym w opowiadaniach, widziałem na obrazach, w zapiskach działaczy społecznych; także o mrocznych, dusznych poddaszach i wilgotnych piwnicach, o pryczach wykonanych ze zgniłego drewna. A to tutaj – to jest pokój w miarę przestronny, niski i z dobrym dachem, w którym mieszka dziesięć osób. Czytałem o pijanych ojcach, którzy bezlitośnie biją swoje dzieci; o podłościach i zbrodniach; a przecież ci tutaj to ludzie pragnący wykształcić swoje dzieci, i właśnie dlatego dzielą się przestrzenią z sublokatorem, który płacił im rubla miesięcznie. Gaszę lampkę naftową. Śpię w jednym łóżku z chorym chłopcem, w drugim – żona, Wikta i Ignac. W trzecim Grosik z żoną, a Kazio w ich nogach. W kołysce – Mania. Na podłodze – Staszek, który po ciężkiej walce musiał ustąpić miejsca samotności. Powietrze w izbie dusi. Tylko od okna ciągnie wąska strużka zimnego powietrza. W pokoju unosi się smród, a Wójcikiewicz głośno chrapie.
– Mamo! – obudził się nagle Ignac.
– Czego znowu chcesz?
– Pluskwy gryzą moje ciało, żywcem mnie zjadają!
– Twojego ciała nie zjedzą, śpij.
– I zimno mi też.
– Skul się... albo zejdź na podłogę. Staszek ma chustę, okryjesz się nią.
Zegar bije, jakby z wielkim trudem, godzinę drugą w nocy. Nadeszły mroczne godziny przed świtem. Słabe światło zaczyna sączyć się do pokoju, zaznaczając szarymi liniami kontury skromnych sprzętów. Robotnik porusza się w swoim kącie. Łóżko wydaje długie, głośne skrzypnięcie. Płacz niemowlęcia, duszne powietrze, uporczywy kaszel i ciche rozmowy nie były w stanie obudzić go ze snu – ale odgłos syreny fabrycznej, która miała rozlec się za pół godziny, natychmiast wyrwał go na równe nogi. Siada na łóżku. Zapala zapałkę, podpala papierosa i zerka przed siebie w mrok.
– Która godzina? – pyta żona zaspany głosem.
– Nadszedł czas.
– Daj mi zapałki.
I znowu blaszana lampka naftowa rzuca żółte światło na pokój. Kobieta wstaje, wkłada spódnicę i sweter, po czym wychodzi na korytarz. Robotnik myje się w misce, kaszle raz i dwa, spluwa bezceremonialnie na sam środek pokoju, owija stopy w brudne, cuchnące onuce i wciąga wysokie buty. Płucze kubek, nalewa do niego czarnej kawy prosto z garnka, odłamuje połowę bochenka chleba, owija go w chustkę i wkłada płaszcz roboczy. Kobieta wraca, krząta się po pokoju, a córka budzi się na łóżku.
– Mamo, wychodzisz już?
– Tak, zabieram małego Ignacego do ochronki, bo pani znowu będzie się gniewać, jeśli się spóźnię.
Woźnica stał się ojcem. Zmniejsza płomień lampki, po czym pani Wójcikiewicz wychodzi z domu w chłód poranka. Pod stołem mały Staszek zaczął cicho pojękiwać i zwijał się z bólu, tuląc mocno swój brzuch. W tym momencie Grosik zbliżył się do niego z miską pełną wody i zaczął delikatnie przemywać mu twarz. Wokół unosił się ciężki zapach wilgoci, a z zewnątrz dobiegał głuchy szum wiatru.
– Ignac, przestań już biegać i usiądź w kącie – upomniała go matka, podnosząc palec w górę w geście surowości. Chłopiec spuścił głowę, a na jego twarzy pojawił się wyraz głębokiego smutku. Dziewczyna otworzyła drzwi szafy i wyciągnęła stamtąd stary, znoszony koc, by okryć nim małego Staszka. Ta bieda nie pozwalała im na zapewnienie dziecku opieki lekarskiej; nie było ich stać na lekarstwa. Wszystko to było dla Henryka wstrząsającym przeżyciem, które do głębi poruszyło jego wrażliwe serce. Usiadłem przy małym stoliku, wpatrując się w mrok za oknem, gdzie kłębiły się chmury. W izbie panowało ponure milczenie, przerywane jedynie kaszlem dzieci. Henryk spędzał tu długie godziny, obserwując to tętniące życiem, a zarazem tak bardzo udręczone środowisko biedy. Widział, że ci ludzie nie są w stanie sami wyrwać się z tego potwornego kręgu nędzy i chorób, skazani na bezwzględny los.
Z tego mroku, z tego ciasnego i przesiąkniętego wilgocią pomieszczenia, rodziła się w jego umyśle nowa, wielka misja: „Medycyna społeczna – pisał w swoich notatkach – musi stać się narzędziem walki z tym potwornym systemem. Lekarz nie ma prawa ograniczać się do wypisywania recept w luksusowych salonach, gdy tutaj, na przedmieściach, dzieci umierają z głodu i brudu”. Grosik zapalił małą świeczkę i posadził Kazia na swoich kolanach. „Ten chłopak wyrośnie na mądrego człowieka – powtórzył z dumnym uśmiechem, choć w jego oczach lśniły łzy niepokoju o jutro. – Zobacz, panie doktorze, jak on precyzyjnie ogląda ten obrazek w książce, którą pan mu podarował. Przecież w jego sercu tli się chęć do nauki”.
– Tak, to prawda, – odpowiedział Henryk łagodnym głosem. – Dzieci z biednych rodzin mają takie samo prawo do edukacji i rozwoju jak bogate dzieci z salonów. Naszym obowiązkiem jest otworzyć przed nimi te drzwi. Wokół nich zapadała noc, a w izbie robiło się coraz chłodniej. Wiktoria krzątała się przy piecu, starając się podtrzymać słaby płomień ognia za pomocą resztek drewna i tektury, które chłopcy przynieśli z podwórka. Ta walka z zimnem była ich codziennością... nie ustawała ani na chwilę. Sypiali na podłodze, stłoczeni blisko siebie, by ogrzać swoje ciała nawzajem przed mrozem. Ta bliskość była dla nich jedynym źródłem ciepła w te mroźne, zimowe noce. Henryk dzielił z nimi ten surowy los, nie skarżąc się ani słowem na brak wygód.
W swoim pamiętniku, w owych rozdziałach pełnych głębokiej empatii, zapisał szczegółową historię rodziny Wójcikiewiczów. Byli to ludzie, których losy odzwierciedlały dramat całego warszawskiego proletariatu z przełomu wieków. Marcinek Wójcikiewicz, ten cichy i pracowity ślusarz, spędzał całe dnie w fabryce, niszcząc swoje zdrowie w oparach gazów i metalowego pyłu. Jego żona, Katarzyna, od świtu do zmierzchu prała bieliznę w domach bogatych mieszczan, zarabiając marne grosze na utrzymanie rodziny. Ich najstarsza córka, Józia, żona woźnicy Michała Grosika, mając zaledwie dwadzieścia lat, była już matką dwojga małych dzieci, skrajnie wyczerpaną przez permanentny niedostatek i ciężką pracę domową. Młody Henryk bacznie obserwował te wszystkie szczegóły. Widział, jak brak higieny, wilgoć panująca w suterenach i głód niszczą organizmy najmłodszych. Mały Kazio i niemowlę Mania chorowali bez przerwy na zapalenie płuc i dolegliwości żołądkowe, a ich blada skóra i ziemista cera świadczyły o głębokiej anemii. Te obserwacje kliniczne, prowadzone bezpośrednio wewnątrz robotniczej izby, stały się dla młodego medyka najważniejszym materiałem naukowym, cenniejszym niż skomplikowane teorie laboratoryjne wykładane na uniwersytecie.
„To nie są abstrakcyjne przypadki medyczne, – pisał Henryk w swoich notatkach – to są żywi ludzie, obywatele tego kraju, których prawa do życia i zdrowia są bezwzględnie deptane. Walka o higienę i o poprawę warunków bytowych proletariatu to podstawowy obowiązek każdego lekarza-społecznika”. Mimo tego potwornego ubóstwa, w sercach tych ludzi tliła się jednak unikalna duma i solidarność rówieśnicza. Dieli się ostatnią kromką suchego chleba, a starsze dzieci z wielką czułością opiekowały się młodszymi rodzeństwem. Ta miłość i ta wierność zasadom moralnym, panujące w tej nędznej izbie na Wolskiej, budziły w Henryku głęboki szacunek i podziw. Zza okien izby dobiegał donośny gwizd fabrycznych syren, zwiastujący nadejście kolejnego dnia ciężkiej pracy. Wójcikiewicz i Grosik wstali z podłogi, zapięli guziki swoich znoszonych kaftanów i bez ani jednego słowa skargi ruszyli w stronę wyjścia, wkraczając w mroźny poranek warszawskich ulic... Henryk odprowadził ich wzrokiem, po czym usiadł przy biurku, gotowy do dalszego spisywania swoich rewolucyjnych obserwacji, które w przyszłości miały wstrząsnąć opinią publiczną jako książka „Dziecko salonu”... w drodze, która prowadziła do tego miejsca. Dawni znajomi z tamtych lat nazywali tę dzielnicę „piekłem”.
Henryk błądził nocami po bocznych uliczkach Solca i przesiadywał w tamtejszych tanich knajpach oraz tawernach. Siedział tam do późnej godziny nocnej, wdychając gęsty dym tytoniowy i wsłuchując się w bełkot pijanych robotników oraz nędzarzy z marginesu społecznego. Jeden z jego nowych znajomych, Jan, oraz jego towarzysz – stary, schorowany stróż nocny – mawiali do niego ze smutkiem:
– Dzieci, Bogu dzięki, nie mam na tym świecie. Było czworo, ale wszystkie pomarły w mroźną zimę. Święty Jedyny wie najlepiej, co czyni, i odbiera je, by oszczędzić im ziemskiego cierpienia.
Po kilku tygodniach ta nędza przestała go przerażać. Henryk przyzwyczaił się do tego surowego świata, a hiszpański adres był dobrze znany wszystkim potrzebującym pomocy lekarskiej. Za wizyty u najbiedniejszych nie brał ani jednego grosza; przeciwnie – to on sam często zostawiał im owe legendarne pięć rubli pod poduszkę, by mieli za co kupić chleb i węgiel na opał. Wszystkie te czyny ugruntowały jego autorytet; zyskał miano „Doktora ubogich”. Nazwisko nauczyciela i publicysty stawało się coraz głośniejsze w Warszawie. Młodzi studenci z Uniwersytetu Latającego oraz działacze społeczni zjeżdżali się do jego nędznej kwatery na Wolskiej, by słuchać jego opinii o reformie szkolnictwa i prawach dziecka. Henryk uważał za swój obowiązek szerzenie oświaty wśród mas robotniczych; w tym ciasnym pomieszczeniu organizował potajemne lekcje czytania i pisania dla dorosłych analfabetów, nienawidząc carskich zakazów i policyjnych rewizji.
– Edukacja to nie jest przywilej bogatych panów z salonu – mówił z mocą w głosie. – Medycyna i pedagogika muszą iść w parze, by uzdrowić społeczeństwo. Musimy budować nowoczesne żłobki i ochronki dla dzieci proletariatu, by wyrwać te niemowlęta z rąk śmierci i chorób.
W mroźne dni pierwszego semestru studiów medycznych Henryk spędzał całe godziny na uniwersytecie, chłonąc wiedzę medyczną. Profesorowie od razu dostrzegli w nim studenta o wybitnym umyśle; jego notatki kliniczne były pełne rewolucyjnych teorii, w których redefiniował przyczyny chorób dziecięcych poprzez czynniki socjalne i brud dzielnic biedy. Rano wchodził przez wielkie drzwi szpitala na Śliskiej, gotowy do niesienia pomocy... te blade, dziecięce twarze. Rysy twarzy tych małych więźniów biedy, noszące na sobie piętno głodu i wycieńczenia, pozostawały wyryte w jego pamięci na całe życie. Zza tych znoszonych ubrań i bosych stóp małych dzieci wyłaniał się potworny obraz ludzkiej niesprawiedliwości. Henryk był cały przesiąknięty tą goryczą. Noce spędzane na sienniku w zatłoczonym pokoju Wójcikiewiczów, pośród uporczywego kaszlu chorych dzieci i chrapania dorosłych robotników, pozbawiały go snu. Te bezsenne godziny nie były jednak czasem straconym; w ciszy nocy rozważał fundamentalne pytania: Co mam czynić? Jak ulżyć cierpieniu tych bezbronnych istot?
W ogóle – puste rozmyślania i artystyczne flirty przestały go interesować. Z determinacją odrzucił dawną poezję, uznając ją za niemowlęcą zabawę w obliczu potężnego oceanu ludzkiego bólu i krzywdy. Słowo pisane miało odtąd służyć wyłącznie jako oręż w walce o godność małego człowieka.
– Trzeba pisać o faktach, o surowej prawdzie życia – notował w swoim pamiętniku. – Moja książka musi stać się głosem tych, którzy głosu nie mają.
W oparciu o te głębokie, bolesne doświadczenia z robotniczej Woli, w jego duszy skrystalizowała się owa wielka, korczakowska doktryna pedagogiczna. Henryk Goldszmit przestał istnieć jako dziecko luksusowego salonu; narodził się Janusz Korczak – lekarz, pisarz i bezkompromisowy obrońca praw dziecka, gotowy poświęcić całe swoje życie na rzecz najmłodszych obywateli świata. Te pożółkłe sprawozdania i pamiętniki z przełomu wieków zamykała z wielkim wzruszeniem Stefa Wilczyńska v cichym gabinecie na Krochmalnej. Słyszała za oknem miarowy krok niemieckich patroli, zwiastujący nadchodzącą katastrofę getta. Wiedziała jednak, że duch Doktora i etos zbudowanej przez nich republiki dziecięcej przetrwają największy mrok historii... Przeznaczenie stało się faktem.