Paulina Appenszlak: Moje spotkania z Doktorem i ocalanie pamięci (1944)
Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, miałam osiem lub dziewięć lat. Korczak był wtedy nazywany „Panem Doktorem Henrykiem Goldszmitem”. Nosił na szyi czarny krawat, zawiązany zgodnie z modą przyjętą w tamtych dniach wśród pisarzy; jego czupryna była gęsta, złocista, a na jego kolanach siedziało dwoje dzieci w wieku około trzech lat. Rzecz działa się w Domu Podrzutków przy ulicy Franciszkańskiej – słynnym domu sierot w Warszawie, który później stał się domem Korczaka, a setki sierot stały się członkami jego rodziny.
Młody lekarz w tamtych dniach – którego wygląd przypominał postać z Żeromskiego, jedną z postaci działających w powieści Ludzie bezdomni – w owym okresie, gdy owi ludzie bezdomni chodzili po Warszawie, pojawiał się tam codziennie o godzinie piątej, aby zbadać niemowlęta i pobawić się z nimi.
Z tym domem sierot związałam się poprzez moją nauczycielkę geografii, Julię, oraz Stefanię Wilczyńską – dwie młode kobiety z bogatych domów, które właśnie wróciły ze Szwajcarii po ukończeniu tam studiów. Ich serca były rozpalone i przepełnione ideą misji, jaka na nich spoczywała: niesienia edukacji masom. Jedna z nich została zaproszona do miejskiego zakładu opiekuńczego, w którym i ja byłam zapisana.
Wraz z grupą koleżanek przychodziłam tam początkowo do wspólnych zabaw z niemowlętami, a później, w miarę jak dorastałam, do organizowania amatorskich przedstawień, zawodów sportowych, pomocy w odrabianiu lekcji itd. O godzinie piątej wszyscy siedzieli w wielkiej sali wokół stołu; każdy otrzymywał kubek gorącego mleka i dwie kromki chałki. Janusz Korczak, Julia, Stefania Wilczyńska, my i te obce dzieci. A dzieci z domu sierot szybko dołączyły do nas, tworząc jedną zżytą i zjednoczoną grupę przyjacielską. Bardzo szybko przyzwyczailiśmy się do ich łamanej polszczyzny, będącej wadliwą mową sierot, a Korczak zawsze notował sobie niektóre żydowskie słowa, aby zapamiętać je na przyszłość. Był on wówczas obiecującym, początkującym polskim pisarzem, przed którym otwierały się dobre perspektywy; jego pierwsza książka, Dzieci ulicy, wywołała już wtedy wiele dyskusji.
W późniejszym okresie – po przerwie, która trwała niemal połowę ludzkiego życia, a nawet całe epoki pełne wydarzeń wstrząsających światem i Polską – nadarzyła mi się okazja, by spotkać Korczaka w zupełnie innych okolicznościach. Miałam już wtedy za sobą edukację średnią i studia, które pozwoliły mi obiektywnie ocenić literacką miarę Korczaka. Wyrosła ona i dojrzała na moich oczach, całkowicie odsuwając na bok piękną literaturę dla dorosłych, stając się twórcą opowiadań o Jasiach, Mośkach, Józkach i Frankach – o „Mośkach, Jośkach i Srulach” – oraz autorem pamiętnika z kolonii letnich dla dzieci polskich i żydowskich. Stał się autorem Początku, Króla Maciusia I i Króla Maciusia na bezludnej wyspie – opowieści dla młodzieży, która tworzyła ideologiczną strukturę jego programów, książki żądającej niezależności dla świata dzieci.
Po wielu latach znalazłam się w redakcji „Naszego Przeglądu”, pracując ramię w ramię przy redakcyjnym biurku, gdzie otaczały go tłumy zepsutych i zbuntowanych nastolatków oraz dziewcząt. Często spotykałam go również w drukarni, gdzie wydawał polecenia zecerom. Rzecz działa się w pierwszych dniach istnienia jego wyjątkowego w swoim rodzaju pisma, „Małego Przeglądu”, który wychodził pod redakcją samego Korczaka. W miarę jak gazeta stawała się coraz bardziej popularna, a jej nakład rósł, coraz trudniej było zastać Korczaka w redakcji. Zrobił on swoje, dał pierwszy impuls, polecił nową, świeżą krew z pełnym autorytetem swojego wielkiego nazwiska, po czym wysłał na swoje miejsce zastępcę – i wycofał się z pracy redakcyjnej.
Rzeczą, która budziła we mnie lęk za każdym razem, gdy przechodziłam obok pokoju redakcyjnego, było badawcze spojrzenie Korczaka. Ilekroć na mnie spojrzał, odnosiłam wrażenie, że jestem winna całemu złu dziejącemu się wokół nas, że ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność za te wszystkie wystrojone i próżnujące panny, za rozpieszczone niemowlęta i egocentryków, za polityków handlujących swoimi poglądami politycznymi, za bestsellerową literaturę pisaną wzniosłymi słowami, używaną ku złemu za pomocą wszelkiego rodzaju pustych frazesów, które ogłupiają umysły i służą korzyściom oraz pochlebstwom. Za każdym razem, gdy widziałam Korczaka, pisanie stawało się dla mnie trudne. Działał na mnie jak wyrzut sumienia.
A jednak dzisiaj, gdy zaczynam spisywać te wspomnienia, które nagromadziły się w dużej ilości w ciągu trвающей blisko trzydzieści lat znajomości, powraca do mnie tamto dawne uczucie lęku, które mnie wtedy ogarniało. Spływa na mnie, zza grubych szkieł okularów w złotej oprawie, tamto smutne spojrzenie o błękitnym odcieniu, które zdawało się przewidywać z góry te wszystkie akty niesprawiedliwości i grozy mające nadejść w przyszłości. Zza kołnierza spłowiałej i zniszczonej kurtki wojskowej, która go charakteryzowała, obróciła się ku mnie ta tak bardzo mi bliska, droga i znana twarz Janusza Korczaka.
W roku 1941 ustały możliwości docierania do Erec Israel listów pisanych z Polski, z których do tamtej pory korzystaliśmy od czasu wybuchu wojny. Nie było już nawet tych słynnych dwudziestu pięciu słów, które za pośrednictwem Czerwonego Krzyża były do nas wysyłane, pisanych drukowanymi literami w oswojonych, rutynowych formułkach – formułkach, które miały na celu zastąpienie nam obecności tych wszystkich, za którymi tęskniliśmy przez lata rozłąki spowodowanej wojną. Zza granic, które były doskonale strzeżone, docierali pojedynczo uchodźcy z wielkiego niemieckiego więzienia, w jakie zamieniła się Polska. Byli to działacze polityczni, młodzież z „He-Chaluca”, którym dzięki przynależności do tej organizacji udało się utrzymać kontakty z krajami sąsiadującymi z Polską. Były to dzieci, które uratowały się cudem, przeszmuglowane pod wagonami kolejowymi lub w workach, a także liczni obywatele państw sprzymierzonych, którzy zostali wymienieni na obywateli niemieckich. To oni opowiadali. Przez dwa lata spisywałam świadectwa z ich ust. Oni spędzili wraz z Wami dni w getcie. Napływały również wiadomości z krajów neutralnych, od dziennikarzy i z instytucji publicznych.
Przez długi czas nie było w nas woli, by w to wszystko uwierzyć. Dopiero potem, stopniowo, krok po kroku, docierała do świadomości ta straszliwa prawda. Nie ma już nikogo. W morzu krwi utonęli wszyscy. Nie pozostały nawet żadne dokumenty. Nic nie przetrwało z tętniącego niegdyś życia tej społeczności, która jeszcze przed chwilą kwitła w swoim pełnym rozwoju. Oczekiwało ich to, co dla zmarłych jest rzeczą najstraszliwszą – śmierć zapomnienia.
I w tamtych dniach zwrócił się do mnie znany polski reżyser filmowy, Józef Lejtes, z propozycją napisania scenariusza do filmu o legendarnej postaci z getta – o Januszu Korczaku. W poszukiwaniu dokumentów, świadectw, wycinków prasowych o Januszu Korczaku, spotkałam się z ludźmi, którzy go znali, byli w swoim czasie jego kolegami ze szkolnej ławy i uniwersytetu, uczestniczyli wraz z nim w różnych pracach społecznych. Poznałam wielu z jego otoczenia: jego uczniów i wychowanków. Oni również odmawiali wiary w to, że on już odszedł. Jeździłam od miasta do miasta, od wsi do wsi, szukając tych ludzi. Byli oni niczym żywe muzeum Korczaka.
Los mi sprzyjał i odnalazłam także niemal wszystkie jego książki, które w Polsce zostały niemal doszczętnie spalone przez Niemców, a także kilkadziesiąt jego lokalnych listów. Z opowieści tych ludzi, z ich pism, z moich własnych prywatnych wspomnień czerpałam materiał i zdecydowałam się napisać książkę o Januszu Korczaku. Przed moimi oczyma nie stał żaden inny cel, jak tylko ten jeden jedyny: zachować jego pamięć i rozwinąć przed czytelnikiem historię jego życia.
Poza dialogami, w książce tej nie ma prawie nic, co byłoby zmyślone lub wymyślone z serca; opieram się w tym na dobrej woli ludzi, którzy dostarczyli mi tych wiadomości. Nie wymieniam tutaj ich nazwisk, ponieważ uważają oni te spotkania i relacje z Korczakiem za rodzaj swoich najbardziej intymnych wspomnień. Składam jednak wszystkim podziękowania za ich udział w mojej pracy na tamtym świecie. Szczególne podziękowania pragnę złożyć w tym miejscu panu Lejtesowi za jego nieocenioną pomoc w opracowaniu struktury tej książki. Kilka akapitów, które oznaczyliśmy gwiazdką, zostało skopiowanych z pism samego Korczaka, ponieważ dostrzegłam w nich materiał o charakterze autobiograficznym.
AUTORKA
Erec Israel, wrzesień 1944.
Erec Israel, wrzesień 1944.
Oto pełne, zintegrowane tłumaczenie całego Pierwszego Rozdziału (strony 9–22) z książki Pauliny Appenszlak pt. „Doktor pozostał”. Usunąłem podziały techniczne stron, aby tekst stanowił gotowy i kompletny materiał do czytania na blogu Jim bao Today.
ROZDZIAŁ PIERWSZY: WYSIEDLENIE
Cudzoziemcy, przejeżdżając niegdyś pociągiem ekspresowym przez Polskę, mieli zwyczaj mówić, gdy wystawiali głowy przez okno wagonu: „Jakże czarne są noce w Polsce!”. Teraz jednak nie było już tutaj obcokrajowców z obcych krajów. Nikt nie widział czerni nocy w getcie, której ciemność była niemal namacalna. Od godziny zmierzchu rozpoczynała się godzina policyjna i zabronione było zapalanie światła, nawet zza zasłoniętych, opuszczonych rolet.
Jednak ludzkie istoty otaczały się w ciemności tą ciemnością, jakby za ścianą, za którą nie dostrzeże ich żadne ludzkie oko. Zanurzeni w tym mroku byli niczym we termo-śnie. Na początku nocy leżeli przez długie godziny bez ruchu, wstrzymując oddech, a ich szeroko otwarte oczy były utkwione w ciemność. Oczy i uszy omdlewały od nadmiaru wysiłku. Cisza. To odrętwienie przypominające zatrucie gazem i omdlenie trwało aż do świtu. Czasami tę nocną czujność przerywały stukania podkutych butów żołnierzy, ordynarne głosy pijaków, strzał lub ciężkie uderzenie kolbą karabinu, a także pozbawiony nadziei krzyk, najczęściej samotnej kobiety, kończący się konającym rzężeniem. Nikt nie wstawał, by zobaczyć, co się stało.
– To niedaleko stąd – szepnął ktoś na ulicy.
Oczy, które przywykły do mroku, mogły dostrzec trzy postacie. Stojąc blisko siebie, tkwiły stłoczone w przejściu bramy.
– Słyszysz? – zapytano.
– Wydaje ci się – odpowiedział ten najwyższy wzrostem.
– Kroki, wyraźne kroki – upierał się ten najniższy z nich.
– Słyszysz? – zapytano.
– Wydaje ci się – odpowiedział ten najwyższy wzrostem.
– Kroki, wyraźne kroki – upierał się ten najniższy z nich.
Przycisnęli się do siebie nawzajem. Jeden mężczyzna i dwóch młodych chłopców. Przez około pięć minut trwała cisza. W tym momencie wytężyli słuch, by wsłuchać się w ciszę nocy w getcie. Jakby w głębokiej studni. Okna – bez szyb, bezgłośne, w ogóle w oknach, zabarykadowanych deskami, kawałkami kartonu i czymkolwiek, co nawinęło się pod rękę – były zamknięte. Na niebie kłębiły się chmury. Szli w milczeniu, jeden za drugim, mniejszy w ślady większego. Na czele szedł ten najwyższy z nich, a za nim dwaj młodsi. Wszyscy trzej byli zgarbieni pod ciężarem niesionych na plecach ciężkich worów. Nie widzieli domu przed sobą, znali go jednak z pamięci, na wyczucie w ciemności. Minęli żelazną bramę służącą za wejście na podwórze. Dom otoczony był płotem z żelaznych prętów zwieńczonych drutem kolczastym. Na rogu budynku zatrzymali się. Najstarszy z trójki chłopaków zawołał cicho przez ogrodzenie:
– Leon!
Zza płotu dobiegła szybka odpowiedź.
– Gotowe... Zaczynamy.
– Leon!
Zza płotu dobiegła szybka odpowiedź.
– Gotowe... Zaczynamy.
Wytężone uszy pochwyciły głuchy odgłos cegieł, które niemal bezszelestnie były wyciąganie ze swoich miejsc. Praca na wysokości pasa, przy murze ogrodzenia, była wykonywana w pozycji leżącej na ziemi. Dorka i Leon wyciągali cegłę po cegle. Wyłom nie był duży. Ostatnia cegła wpadła z łomotem na teren podwórza. Najstarszy z chłopaków jako pierwszy wsunął worek przez tę szczelinę.
– Ja zostanę na straży – powiedział Doktor. – A teraz ty, Szmualik, wdrap się tam, a ty, mały, wejdź za nim.
– Ja zostanę na straży – powiedział Doktor. – A teraz ty, Szmualik, wdrap się tam, a ty, mały, wejdź za nim.
Wypowiedzenie imienia Szmualika nie po raz pierwszy w jego życiu przyniosło korzyść z powodu jego drobnej budury. Ścieżka ta nie była mu obca, a dzięki temu, że jego ciało było giętkie i zwinne, potrafił wcisnąć się w każde miejsce. Chłopiec wstał z trudem, na drżących nogach. Trzeba było popchnąć go z jednej strony i pociągnąć z drugiej, zupełnie tak, jak robi się to z workami. Choć chłopak miał już dwanaście lat, brakowało mu odwagi dzielnego żołnierza, a w jego sercu tlił się lęk przed wejściem w tę pułapkę.
– Szybko, Szymon, ruszaj się szybko. Ja wrócę, jak zwykle.
– Szybko, Szymon, ruszaj się szybko. Ja wrócę, jak zwykle.
Wreszcie obaj znaleźli się na podwórzu. W pośpiechu zaczęli zamurowywać wyłom cegłami. „Trzeba będzie to sprawdzić rano, przy świetle dnia, oby tylko nic nie zauważyli...” – pomyślał Doktor w duchu. Następnie spojrzał za siebie i na boki. Powolnymi krokami skierował się w stronę bramy. Szedł miarowo, niemal zrelaksowany. Zawsze mógł przecież dowieść, że wraca z wizyty u chorego dziecka. Nikt nigdy nie odmówił mu tego prawa. Nawet polski policjant, gdy sprawdzał jego dokumenty, na widok nazwiska Goldszmit zawsze salutował mu z szacunkiem i przepuszczał, życząc spokojnej nocy.
Po schodach ganku wszedł do budynku. Za ogrodzeniem od razu poprawił się nastrój Doktora. Zniknęły potworne odgłosy eksplozji, strzałów i ognia, które szalały przed domem. Dwa stojące tam duże budynki – wzniesione w okresie, gdy budowano ten dom – uratowały ich przed falami uderzeniowymi wybuchów. Znajdowały się one zaledwie kilkanaście metrów od głównego gmachu, chroniąc go niczym mur obronny. Na schodach piwnicy panowała absolutna ciemność, tak samo jak w mieszkaniu, w którym mieściła się kuchnia. Przed wojną starsze dzieci miały zwyczaj schodzić tymi schodami do kuchni, aby tam pomagać. Doktor osobiście doglądał wieczornych przygotowań. Każdego wieczoru po kolacji dzieci sprzątały naczynia i siadały wokół stołów, by słuchać audycji radiowych nadawanych w nocy. W tamtych czasach w jadalni nie było po prostu miejsca na inne aktywności poza posiłkami, odrabianiem lekcji i grami, a czasami spano tam również na rozkładanych łóżkach polowych. Okna zabito deskami już we wrześniu 1939 roku, ponieważ w żaden sposób nie było ich stać na oświetlenie kuchni. Dzieci jeszcze nie spały, mimo że godzina była bliska północy.
Wraz z nadejściem zmierzchu humor Doktora ulegał pogorszeniu. Stawał się wtedy niespokojny, aż do granic wytrzymałości. Nawet w najgorętsze dni nie zdejmował swojego płaszcza, choć pod spodem nosił wełniany sweter, pod którym krył się znoszony, stary mundur wojskowy. Te ubrania były wszystkim, co mu pozostało. Dawne, eleganckie garnitury i pasujące do nich koszule już dawno przestały służyć jako odzież. Swoim siedzeniem na krześle, zgarbioną sylwetką i przenikliwym wzrokiem przypominał postać polskiego oficera, co potęgowały jego duże, błękitne oczy pełne głębokiego smutku.
Najstarsi z grupy: Dorka, Leon, Szymon i Szmualik starali się z całych sił, by nie wybuchnąć płaczem. Szmualik dotarł wreszcie na sam dół, nad rzekę ścieków w piwnicy. Położył worki z ziemniakami, które przyniósł, na podłodze. Przynieśli wielką zdobycz. Dorka wykonała płynny ruch, osłaniając rękami te niemowlęta, które chętnie rzucały się na cebulę, byle tylko zacząć ją jeść.
– Dlaczego nikt nie zaniósł im tego? – zdziwił się Doktor.
– Ponieważ skończył się nam czas i wzięliśmy to pod uwagę – odpowiedziła. – Musimy zostawić im wystarczająco dużo czasu.
– Dzieci, kapusta! – zawołał.
– Ponieważ skończył się nam czas i wzięliśmy to pod uwagę – odpowiedziła. – Musimy zostawić im wystarczająco dużo czasu.
– Dzieci, kapusta! – zawołał.
Zachowanie Dorki nie dziwiło go w tym momencie. Doktor był z niej dumny. Miała jasny umysł, jej małe warkoczyki były splecione, oczy jasne, a blade policzki, zazwyczaj poważne, rozchmurzyły się, dodając jej twarzy szczególnego uroku. To była cała Dorka. Młode dziewczęta działały aktywnie mimo wszystko. W schronie, w czasie mrozów, gdy bombardowania niszczyły sąsiednie domy, gdy z ulicy przyniesiono zakrwawionego Moszego, po tym jak przejechał go wóz z końmi, one nie ustawały w pracy. Co dzień gotowano tam różnego rodzaju posiłki i zupy, a działalność dziewcząt nie została przerwana. Zadanie uratowania dzieci stało się dla nich sensem życia. Chaos i groza wokół były przerażające, niczym sama wojna. Ale z tego chaosu zostali uratowani.
W najtrudniejszych momentach to właśnie bursiści pomagali ze wszystkich sił, działając w tym wielkim domu. Miski z ryżem i chlebem leżały dawniej na stołach. Przestrzegano tam rygorystycznie czystości, a na białych obrusach nie było ani jednej plamy. Choć ten stary lekarz nie widział ani razu, by nosili nowe buty czy drogie ubrania, to dbali o czystość swoich ubrań. Będąc lojalnymi wobec zasad, nie pozwalali sobie na żadne uchybienia. Wielu z tych bursistów nosiło mundury wojskowe, które otrzymali z różnych miejsc. Ale w tej małej jadalni, maszyna do szycia wyznaczała rytm pracy dla uchodźców.
– Chcesz jutro rano rozdać dziesięć kilo cebuli naraz?...
Młodzi chłopcy zrzucili już małe kawałki kamieni pod płot.
– Chcesz jutro rano rozdać dziesięć kilo cebuli naraz?...
Młodzi chłopcy zrzucili już małe kawałki kamieni pod płot.
– Dobrze byłoby dostać jutro chociaż te ziemniaki... – powiedział Doktor, kierując się do kuchni.
Postać Stefanii (Stefy), która krzątała się po kuchni, od razu rzucała się w oczy. Wszystko opierało się na niej. Brała na siebie całą odpowiedzialność, pragnąc ukryć przed dziećmi niedostatki jedzenia. Ci bursiści byli zajęci liczeniem zapasów cebuli i ziemniaków w miarę swoich możliwości, starając się wszystko zorganizować. „Nie słyszałam dzisiaj dzwonka – pomyślał Doktor. – A więc nie ma nikogo u bramy”. Nie mógł tego usłyszeć, ponieważ z tej odległości było to niemożliwe. Jednak od razu poczuł, że ktoś przyszedł. Jej krótkie, czarne włosy – włosy Stefy, z pasmami siwizny – wyglądały na zmierzwione. Jej twarz miała ziemisty kolor, a oczy wyrażały głęboki niepokój. Ta skrywana duma sprawiała, że wyglądała, jakby dorosła do tego, by stawić czoła nieszczęściu.
– Wejdź na górę, – szepnęła mu cicho. – Nie możesz zostać tutaj.
– Co się stało?
– Pytają o ciebie.
– Wejdź na górę, – szepnęła mu cicho. – Nie możesz zostać tutaj.
– Co się stało?
– Pytają o ciebie.
To nie był pierwszy raz. Doktor zdjął swój płaszcz i spojrzał na zegarek.
– W tej chwili? – zapytał.
– W tej chwili? – zapytał.
Wszedł na górę, gdzie zwykle znajdowała się garderoba. Wisiały tam ubrania, a na szafach leżało kilka par ubrań gotowych do użytku. W jadalni nie było już światła, ale na schodach paliła się mała lampka. Okno w tym pokoju – pokoju nauczycieli – było zamknięte. Doktor zdjął stary, poplamiony płaszcz wojskowy, który stracił kolor od wielokrotnego prania i był znoszony w wielu miejscach. Zaczął powoli zapinać guziki swojej marynarki. Mundur musiał być czysty, jak przystało na oficera. W pokoju, który był jasny i niemal pusty, oprócz skromnego biurka i kilku prostych krzeseł, stała zamknięta szafa na książki. Obok biurka stało dwóch obcych mężczyzn. Jeden z nich był mu znany z widzenia: był to starszy mężczyzna, ubrany w zniszczony, szary garnitur, który wyglądał na mundur Gestapo. Z trudem powstrzymywał się, by nie okazać strachu przed tą nędzną i odrażającą postacią, która uosabiała całe zło tamtych dni. Jego oczy były pełne okrucieństwa i nienawiści, a usta zacięte. Ta hitlerowska bezwzględność była wręcz przesiąknięta podłością; na jego czapce widniał znak trupiej głowy. Był to człowiek znany z sadyzmu, który wsławił się w roku 1940 okrutnymi czynami i został przeniesiony do sekcji zajmującej się sprawami żydowskimi. Ten drugi mężczyzna, wysoki i kościsty, miał zimne oczy – potwór noszący nowy, lśniący mundur Gestapo.
– Dr Vogt – przedstawił się oficer Gestapo. – Czy pan zna język niemiecki? – zapytał.
W pierwszej chwili Doktor nie zamierzał odpowiadać, udając, że nie rozumie. Ponieważ rozmowa miała toczyć się za pośrednictwem tłumacza, zyskał cenny czas na zastanowienie się nad swoimi odpowiedziami. Szybko jednak ukrył ten zamiar i spojrzał na twarz Niemca złowrogim wzrokiem. W głębi doufny wiedział wszystko; rozumiał, że żaden lekarz w Polsce nie zdołałby uniknąć czytania niemieckich podręczników medycznych i nie wyjechałby w swoim czasie na studia do Niemiec, Austrii czy Szwajcarii.
– Znam – odpowiedział Doktor i czekał, aż tamten pozwoli mu usiąść.
Dr Vogt nie zwrócił na to uwagi. Szorstkimi krokami zmierzył pokój, po czym zatrzymał się przed szafą.
– A to co takiego? – warknął. – Biblioteka? Przecież Żydom nie wolno...
– To są dzienniki z domu małych dzieci, notatki sporządzane przez młodych wychowawców, pisane odręcznie – odpowiedział Doktor.
– Warto się nimi zainteresować i przyjrzeć się im. Proszę usiąść, panie doktorze – powiedział oficer, a sam usiadł na krześle stojącym najbliżej biurka. Uprzejmość ze strony Niemca nie zapowiadała niczego dobrego; z drugiej strony ten fakt obudził w sercu Doktora cień ludzkiej nadziei. Doktor milczał. Niepokojące przeczucia sprawiły, że poczuł przyspieszone bicie serca.
– Sam jestem lekarzem wojskowym – powiedział Niemiec. – Przed wojną służyłem w piechocie. Lekarz to przecież w końcu lekarz... Rozumiem, że pan wydał rozkaz, aby lojalnie wykonywać polecenia władz. Wasz dom jest dla nas przykładem. Ma służyć za wzór dla innych niemieckich dzieci. Nic nie stoi tutaj na przeszkodzie – dodał. – Przecież u was poziom bezpieczeństwa jest o wiele wyższy niż u nas w Federacji (był w tym ewidentny sarkazm).
W pierwszej chwili Doktor nie zamierzał odpowiadać, udając, że nie rozumie. Ponieważ rozmowa miała toczyć się za pośrednictwem tłumacza, zyskał cenny czas na zastanowienie się nad swoimi odpowiedziami. Szybko jednak ukrył ten zamiar i spojrzał na twarz Niemca złowrogim wzrokiem. W głębi doufny wiedział wszystko; rozumiał, że żaden lekarz w Polsce nie zdołałby uniknąć czytania niemieckich podręczników medycznych i nie wyjechałby w swoim czasie na studia do Niemiec, Austrii czy Szwajcarii.
– Znam – odpowiedział Doktor i czekał, aż tamten pozwoli mu usiąść.
Dr Vogt nie zwrócił na to uwagi. Szorstkimi krokami zmierzył pokój, po czym zatrzymał się przed szafą.
– A to co takiego? – warknął. – Biblioteka? Przecież Żydom nie wolno...
– To są dzienniki z domu małych dzieci, notatki sporządzane przez młodych wychowawców, pisane odręcznie – odpowiedział Doktor.
– Warto się nimi zainteresować i przyjrzeć się im. Proszę usiąść, panie doktorze – powiedział oficer, a sam usiadł na krześle stojącym najbliżej biurka. Uprzejmość ze strony Niemca nie zapowiadała niczego dobrego; z drugiej strony ten fakt obudził w sercu Doktora cień ludzkiej nadziei. Doktor milczał. Niepokojące przeczucia sprawiły, że poczuł przyspieszone bicie serca.
– Sam jestem lekarzem wojskowym – powiedział Niemiec. – Przed wojną służyłem w piechocie. Lekarz to przecież w końcu lekarz... Rozumiem, że pan wydał rozkaz, aby lojalnie wykonywać polecenia władz. Wasz dom jest dla nas przykładem. Ma służyć za wzór dla innych niemieckich dzieci. Nic nie stoi tutaj na przeszkodzie – dodał. – Przecież u was poziom bezpieczeństwa jest o wiele wyższy niż u nas w Federacji (był w tym ewidentny sarkazm).
Nastała krótka przerwa.
– Wygląda na to, że pan rozumie – kontynuował Vogt. – Nasze plany są jasne. Kto jest tutaj dyrektorem?
– Ja, od początku. Prawie we własnym domu...
– W tym wszystkim widać rękę pedagoga i lekarza. Wszystko tutaj lśni...
– Ten dom nie służy jednak niczemu innemu, jak tylko zaspokajaniu potrzeb higienicznych i bytowych dzieci.
– Tak, oczywiście, higiena... Ale żyjemy w czasach, które nie sprzyjają higienie, panie doktorze, czyż nie?
Nie odpowiedział. Zrozumiał intencje tej rozmowy. Chodziło o zastraszenie go przez gestapowca.
– Ten dom jest zniszczony – powiedział Doktor. – W oknach nie ma szyb, centralne ogrzewanie jest zepsute, ściany są brudne, kanalizacja nie działa...
– Ale przecież ten budynek to raj w porównaniu z resztą getta! – przerwał mu ostro Vogt. – Wasze dzieci muszą zerwać wszelkie kontakty z tamtym światem. Nie wolno wam uczyć ich niczego poza tym, co jest potrzebne ludziom skazanym na wasz los. Higiena, owszem, ale nic ponadto! Dla dzieci żydowskich nie ma tu miejsca na edukację.
– Wygląda na to, że pan rozumie – kontynuował Vogt. – Nasze plany są jasne. Kto jest tutaj dyrektorem?
– Ja, od początku. Prawie we własnym domu...
– W tym wszystkim widać rękę pedagoga i lekarza. Wszystko tutaj lśni...
– Ten dom nie służy jednak niczemu innemu, jak tylko zaspokajaniu potrzeb higienicznych i bytowych dzieci.
– Tak, oczywiście, higiena... Ale żyjemy w czasach, które nie sprzyjają higienie, panie doktorze, czyż nie?
Nie odpowiedział. Zrozumiał intencje tej rozmowy. Chodziło o zastraszenie go przez gestapowca.
– Ten dom jest zniszczony – powiedział Doktor. – W oknach nie ma szyb, centralne ogrzewanie jest zepsute, ściany są brudne, kanalizacja nie działa...
– Ale przecież ten budynek to raj w porównaniu z resztą getta! – przerwał mu ostro Vogt. – Wasze dzieci muszą zerwać wszelkie kontakty z tamtym światem. Nie wolno wam uczyć ich niczego poza tym, co jest potrzebne ludziom skazanym na wasz los. Higiena, owszem, ale nic ponadto! Dla dzieci żydowskich nie ma tu miejsca na edukację.
Doktor doskonale wiedział, co kryje się za tymi słowami. Wiedział, że nadejdą bolesne i potworne ciosy, zaprawione jadem goryczy. Zdawał sobie sprawę, że to Żydzi zostali obarczeni winą za tę wojnę i że to oni będą musieli ponieść tego konsekwencje. Wyrok zapadł, bez cienia nadziei. Kiedyś, na samym początku niemieckiej okupacji, gdy po raz pierwszy stanął twarzą w twarz z aparatem opresji, został popchnięty i uderzony przez niemieckiego żołnierza. Przed jego oczami stanął stół komendy policji. Wtedy postawiono mu ultimatum: albo założy opaskę z gwiazdą Syjonu – niebieską opaskę, która miała służyć za znak rozpoznawczy – albo narazi się na niebezpieczeństwo otrzymania ciosu pięścią lub plucia w twarz, bicie kijami czy aresztowanie. W tamtym pierwszym okresie wojny, gdy nikt jeszcze nie wyobrażał sobie rzeczy bez sprzeciwu wobec światła dnia – starał się zachować spokój i godność. Nie nosił opaski, lecz zamiast tego nosił wojskowe odznaczenia na ramieniu. Czyż można było w ogóle zareagować w inny sposób i zapłacić za swoją dumę? Przecież on zawsze obawiał się, że podczas łapanek ludzie zostaną uwięzieni i wywiezieni do obozów pracy. Nie wdawano się z nim w dyskusje i wyjaśnienia, lecz po prostu uderzono go kolbą karabinu w ramię i skazano na miesiąc więzienia. Tamte dni były dniami łaski. Sądził wtedy, że dowody czy argumenty na nic się nie zdadzą. Jednak doktorowi Vogtowi bardzo zależało na tym, by wyjaśnić i uzasadnić swoje rozkazy.
– Wewnątrz getta poczujecie się o wiele bezpieczniej – dodał miękkim głosem. – Wiem przecież, że domowi małych dzieci groziło wielkie niebezpieczeństwo napaści ze strony motłochu, tutaj, na granicy dzielnicy żydowskiej.
Doktor nie odezwał się. Wiedział przecież, że na czele tego motłochu stali właśnie niemieccy żołnierze. Nie wspomniał też, że Niemcy sami fotografowali te napaści z wiadomych względów, aby wykorzystać te nagrania w swoich filmach propagandowych.
– Jakoś sobie poradzimy – powiedział głos pozbawiony nadziei – w każdym razie lepiej niż w trakcie przenosin w nowe miejsce.
– A gdzie według was jesteśmy? Presja czasu jest ogromna. Po prostu – nie ma innego wyjścia. Staramy się chronić waszą autonomię, znaleźć sposób przeciwko naporowi fal, by choć trochę odciążyć getto...
Doktor nie odezwał się. Wiedział przecież, że na czele tego motłochu stali właśnie niemieccy żołnierze. Nie wspomniał też, że Niemcy sami fotografowali te napaści z wiadomych względów, aby wykorzystać te nagrania w swoich filmach propagandowych.
– Jakoś sobie poradzimy – powiedział głos pozbawiony nadziei – w każdym razie lepiej niż w trakcie przenosin w nowe miejsce.
– A gdzie według was jesteśmy? Presja czasu jest ogromna. Po prostu – nie ma innego wyjścia. Staramy się chronić waszą autonomię, znaleźć sposób przeciwko naporowi fal, by choć trochę odciążyć getto...
Doktor milczał. Ten chłodny oficer, którego twarz była jak wykuta z kamienia, nie lubił paniki. Podobnie jak inni, uważał, że nie wolno straszyć ludzi, ponieważ panika prowadzi do czynów nieodpowiedzialnych. Okrucieństwo nie było mu profesjonalne, wiązało się z jego codzienną służbą. Jednak jako niemiecki oficer w dniach wojny, uważał za swój obowiązek precyzyjne wykonywanie rozkazów swoich przełożonych. Co do tego doktor Vogt nie miał żadnych wątpliwości w sercu.
– Jeśli pan nie chce przyjąć moich rad polubownie – powiedział z uśmiechem – to będę musiał zwrócić się do władz miejskich. Sytuacja po prostu wymaga radykalnych kroków...
– Dziękuję. Sądziłem, że władze miejskie znajdą dla nas schronienie – osłonięcie... Wy, Żydzi, – kontynuował dr Vogt – zawsze się mylicie. Zawsze żyjecie złudzeniami. Słyszę to od was na każdym kroku, czyż nie? Uważacie nas na przykład za barbarzyńców. Warto nas jednak naśladować, by podbić świat.
– Ale wy nas głodzicie bez żadnego powodu.
– Wy podbijacie świat za pomocą „pieniądza” – odparł z drwiną, na co dreszcz przeszedł po ciele Doktora. – Mścicie się na dorosłych poprzez wasze dzieci, rzekomo poprzez to, co od nich zyskujecie? Dziecko urośnie i będzie wielkim człowiekiem. Nasze plany realizujemy w pełni, to tylko kwestia czasu. Ale skoro odchodzimy od dyskusji w tej godzinie – dodał, pragnąc zatrzeć złe wrażenie tej rozmowy. – Od tej pory niech pan zwraca się bezpośrednio do mnie we wszystkich sprawach dotyczących dzieci, ja jestem osobą odpowiedzialną za te kwestie.
– Bardzo się cieszę, że lekarz zajmie się sprawami dzieci – otworzył usta z trudem, a w oczach Vogta dostrzegł szyderczy błysk.
– Jeszcze do tego wrócimy i porozmawiamy. Na razie proszę wykonać rozkaz do jutra. Dom musi być wolny od dzieci...
– Obawiam się, że nie wystarczy mi czasu. Czy mógłbym znaleźć dla nich odpowiednie miejsce w ciągu jednego dnia? – prosił Doktor.
– Czyż pan nie wie, że rozkaz u Niemców oznacza rozkaz? – wtrącił się do rozmowy ten drugi, ubrany w cywilne ubranie.
– Jeśli pan nie chce przyjąć moich rad polubownie – powiedział z uśmiechem – to będę musiał zwrócić się do władz miejskich. Sytuacja po prostu wymaga radykalnych kroków...
– Dziękuję. Sądziłem, że władze miejskie znajdą dla nas schronienie – osłonięcie... Wy, Żydzi, – kontynuował dr Vogt – zawsze się mylicie. Zawsze żyjecie złudzeniami. Słyszę to od was na każdym kroku, czyż nie? Uważacie nas na przykład za barbarzyńców. Warto nas jednak naśladować, by podbić świat.
– Ale wy nas głodzicie bez żadnego powodu.
– Wy podbijacie świat za pomocą „pieniądza” – odparł z drwiną, na co dreszcz przeszedł po ciele Doktora. – Mścicie się na dorosłych poprzez wasze dzieci, rzekomo poprzez to, co od nich zyskujecie? Dziecko urośnie i będzie wielkim człowiekiem. Nasze plany realizujemy w pełni, to tylko kwestia czasu. Ale skoro odchodzimy od dyskusji w tej godzinie – dodał, pragnąc zatrzeć złe wrażenie tej rozmowy. – Od tej pory niech pan zwraca się bezpośrednio do mnie we wszystkich sprawach dotyczących dzieci, ja jestem osobą odpowiedzialną za te kwestie.
– Bardzo się cieszę, że lekarz zajmie się sprawami dzieci – otworzył usta z trudem, a w oczach Vogta dostrzegł szyderczy błysk.
– Jeszcze do tego wrócimy i porozmawiamy. Na razie proszę wykonać rozkaz do jutra. Dom musi być wolny od dzieci...
– Obawiam się, że nie wystarczy mi czasu. Czy mógłbym znaleźć dla nich odpowiednie miejsce w ciągu jednego dnia? – prosił Doktor.
– Czyż pan nie wie, że rozkaz u Niemców oznacza rozkaz? – wtrącił się do rozmowy ten drugi, ubrany w cywilne ubranie.
Doktor spuścił głowę. Zrozumiał, że u Niemców słowo „rozkaz” oznaczało wyrok śmierci. Opuścił ręce. Stracił orientację w obecności Niemców i zaczął planować w myślach: „Jak odejść? Dokąd ich zabrać? Jak zorganizować te przenosiny w inne miejsce?...” Doktor Vogt wstał ze swojego krzesła.
– Wszystko to zostawicie na miejscu. Pan jako lekarz nie ma prawa niczego zabierać... lecz tylko dwa ubrania dla chłopców i jedno ubranie damskie. Miałam nadzieję, że pan powstrzyma mnie przed koniecznością użycia siły przy eksmisji... Zostaniecie wysiedleni... przez Gestapo z ich własnego domu. Może z powodu winy? – przemknęło przez myśl Doktora. Szybko jednak odrzucił tę myśl ze wzgardą wobec niemieckiego oficera. Przecież to spotkanie nie było dla niego niespodzianką. Wiedział o oficerze, że nie należy mu ufać. Doktor nie starał się ukrywać swojej tajemnicy. Poczuł jednak, że nadchodzi coś strasznego. Przerażająca była myśl o tym, jak ogromny ciężar zmartwień, znoszony dotychczas, staje się teraz niczym wobec tego, co nadejdzie.
– Wszystko to zostawicie na miejscu. Pan jako lekarz nie ma prawa niczego zabierać... lecz tylko dwa ubrania dla chłopców i jedno ubranie damskie. Miałam nadzieję, że pan powstrzyma mnie przed koniecznością użycia siły przy eksmisji... Zostaniecie wysiedleni... przez Gestapo z ich własnego domu. Może z powodu winy? – przemknęło przez myśl Doktora. Szybko jednak odrzucił tę myśl ze wzgardą wobec niemieckiego oficera. Przecież to spotkanie nie było dla niego niespodzianką. Wiedział o oficerze, że nie należy mu ufać. Doktor nie starał się ukrywać swojej tajemnicy. Poczuł jednak, że nadchodzi coś strasznego. Przerażająca była myśl o tym, jak ogromny ciężar zmartwień, znoszony dotychczas, staje się teraz niczym wobec tego, co nadejdzie.
Gdy wychodzili, podszedł do nich bez słowa i odprowadził ich wzrokiem, podczas gdy zecery mierzyli ich ponurym spojrzeniem. In jasnym świetle latarni elektrycznej ruszyli szybkimi krokami przez dziedziniec, w stronę bramy. W oknach gabinetu nie było już ani jednej szyby. Doktor zdołał dostrzec w oddali wierzchołki drzew. Wielokrotnie powtarzano mu, że te drzewa zostaną ścięte, a niemowlęta natychmiast wywiezione. Ponieważ jako pierwszy został usunięty stąd Doktor... dzieci zostaną zmuszone do opuszczenia domu.
– Zgaś światło – zawołała Stefa, wchodząc do gabinetu. – Na ulicy mogą strzelać. Krążą tam patrole wojskowe.
– Co się stało? – zapytała od razu. – Co oznacza ta wizyta o tak późnej porze?
– Myślę, że byłem gotowy na wszystko – odpowiedział. – Nakazano nam stąd odejść.
– Nas?
– Nasze dzieci. Jutro, wczesnym rankiem.
Ona tylko pokiwała głową. Oparła się o biurko, a na jej twarzy, pokrytej plamami i zmarszczkami, odmalowało się głębokie zmęczenie.
– Gdzie pójść?
– To jest najtrudniejsze pytanie. Pozbawienie schronienia tych małych dzieci...
– Przecież nie ma dla nich ratunku. Czy niemowlęta mogą latać jak ptaki?
– Musimy powiadomić ich o wszystkim. Przede wszystkim trzeba zebrać naszych ludzi, bo oni nie pozwolą nam zabrać niczego. Jutro zbiorę starszych chłopaków. Przygotujemy plan przeprowadzki. Zaraz wyjdę na miasto, żeby zobaczyć, co da się zrobić. O tej godzinie?
– Miasto tętni życiem przez całą noc. Przecież muszę znaleźć jakieś miejsce do jutra. – Podszedł do szafy i wskazał na nią. – Vogt powiedział, że wszystko, co się tu znajduje, ma zostać. Trzeba to zbadać: wyciągnąć najważniejsze rzeczy i ukryć je przed zniszczeniem.
– Zgaś światło – zawołała Stefa, wchodząc do gabinetu. – Na ulicy mogą strzelać. Krążą tam patrole wojskowe.
– Co się stało? – zapytała od razu. – Co oznacza ta wizyta o tak późnej porze?
– Myślę, że byłem gotowy na wszystko – odpowiedział. – Nakazano nam stąd odejść.
– Nas?
– Nasze dzieci. Jutro, wczesnym rankiem.
Ona tylko pokiwała głową. Oparła się o biurko, a na jej twarzy, pokrytej plamami i zmarszczkami, odmalowało się głębokie zmęczenie.
– Gdzie pójść?
– To jest najtrudniejsze pytanie. Pozbawienie schronienia tych małych dzieci...
– Przecież nie ma dla nich ratunku. Czy niemowlęta mogą latać jak ptaki?
– Musimy powiadomić ich o wszystkim. Przede wszystkim trzeba zebrać naszych ludzi, bo oni nie pozwolą nam zabrać niczego. Jutro zbiorę starszych chłopaków. Przygotujemy plan przeprowadzki. Zaraz wyjdę na miasto, żeby zobaczyć, co da się zrobić. O tej godzinie?
– Miasto tętni życiem przez całą noc. Przecież muszę znaleźć jakieś miejsce do jutra. – Podszedł do szafy i wskazał na nią. – Vogt powiedział, że wszystko, co się tu znajduje, ma zostać. Trzeba to zbadać: wyciągnąć najważniejsze rzeczy i ukryć je przed zniszczeniem.
Myśl, że nałożono na niego obowiązek zniszczenia lub porzucenia tych dokumentów i pamiętników, które zbierał z oddaniem przez połowę swojego życia, napełniała go głębokim lękiem. Na szafie w gabinecie zawsze widniał dumny napis: „To jest żelazny fundusz rządu, a jego wartość to dziesięć”. W szafie w biurze nie trzymano rzeczy przeznaczonych dla Doktora czy Stefy. Dzieci rozumiały, że każde z nich ma tam swoją własną szufladę. Wiedziały, że nikt nie ma prawa jej otwierać. Było jasne, że dla Doktora te zapiski stanowiły skarbnicę wiedzy, dlatego tak bardzo zależało mu na zebraniu tych wszystkich wspomnień i pamiętników.
Wewnątrz pokoi dziecięcych, w pięknie wykonanych z tektury pudełkach, ułożone były skarby, traktowane niczym oszczędności w banku: wszelkiego rodzaju cenne drobiazgi niemowląt. Dziewczynki trzymały tam kawałki wstążek i potłuczone, kolorowe szkiełka od okularów, albumy z suszonymi kwiatami, rysunki wykonane przez setki dzieci, zdjęcia i medale, stare monety – podarunki, które przetrwały jako pamiątka po bliskich. Chłopcy trzymali tam sznurki, otoczaki i kamyki, małe rzeźby i kostki do gry – te wszystkie znaleziska były dla nich niczym bezcenne eksponaty. Wszystko to stanowiło unikalne pamiątki, które w domu dziecka służyły za swoiste znaki tożsamości. Te „pamiątkowe kartki”, budzące wspomnienia o bliskich w tym ciasnym świecie ludzi, stawały się siecią łączącą dzieci z ich przeszłością, która kiedyś była ich wspólnym udziałem z Doktorem.
Cztery wojny przetoczyły się przez życie Doktora. Znajdował się w samym ogniu bitew na froncie jako lekarz: dwa lata służył w armii rosyjskiej podczas I wojny światowej; potem jako kapitan w Wojsku Polskim, walcząc w roku 1920 pod dowództwem Piłsudskiego. Nosił wtedy mundur oficerski w wojnie z Hitlerem, i nie miał najmniejszego zamiaru rezygnować z niego. Niejedną noc w trakcie swego życia spędził w okopach w lodowatym chłodzie. W kapsułach czasu, blisko laboratorium, kiedy to rozważał istotę ludzkiej natury. Niejednokrotnie powracał myślami do owej krwawej rzezi. W swoich pismach pozostawił świadectwo, że nie uciekał od trudnych obowiązków w czasie wojny – w okresie pokoju zaś – owe odznaczenia, mimo wszystko, nie obudziły w jego sercu żadnej słabości do tych ludzkich zaszczytów.
– Wielu jest bohaterów, którzy oddali swoje życie z pragnienia zdobycia sławy w walce – zwykł mawiać. – Wielu jest panów w tym kraju, którzy przez całe życie pragną jedynie owych orderów. Czyż nie ma w tym również niemowlęcej żądzy zaszczytów?
W swoich wykładach na uniwersytecie mówił do serc tych, którzy w przyszłości mieli zostać nauczycielami: „Używajcie kartek z pamiętników dla dzieci”. Kupował setki pocztówek i naklejał na nie obrazki przedstawiające kwiaty, motyle, ptaki wszelkiego rodzaju, widoki z krajów południowych, rzeźby i dzieła sztuki. Na drugiej stronie takiej pocztówki pisał własną ręką: „Karta pamięci, wręczona synowi takiego to a takiego... w dniu... roku... za jego sumienne wstawanie, za pracowitość, za punktualność, za pomoc innym, za czystość”. Na dole widniał podpis: Doktor...
– Wielu jest bohaterów, którzy oddali swoje życie z pragnienia zdobycia sławy w walce – zwykł mawiać. – Wielu jest panów w tym kraju, którzy przez całe życie pragną jedynie owych orderów. Czyż nie ma w tym również niemowlęcej żądzy zaszczytów?
W swoich wykładach na uniwersytecie mówił do serc tych, którzy w przyszłości mieli zostać nauczycielami: „Używajcie kartek z pamiętników dla dzieci”. Kupował setki pocztówek i naklejał na nie obrazki przedstawiające kwiaty, motyle, ptaki wszelkiego rodzaju, widoki z krajów południowych, rzeźby i dzieła sztuki. Na drugiej stronie takiej pocztówki pisał własną ręką: „Karta pamięci, wręczona synowi takiego to a takiego... w dniu... roku... za jego sumienne wstawanie, za pracowitość, za punktualność, za pomoc innym, za czystość”. Na dole widniał podpis: Doktor...
Oto pełne, zintegrowane tłumaczenie całego Drugiego Rozdziału (strony 23–34) z książki Pauliny Appenszlak pt. „Doktor pozostał”. Usunąłem podziały techniczne stron, aby tekst stanowił gotowy i kompletny materiał do czytania na blogu Jim bao Today.
ROZDZIAŁ DRUGI: KROK WSTECZ
Po wyjściu Doktora, Stefa siedziała nieruchomo, bez słowa, przy biurku. Swoją brodę oparła na dłoniach, a łokieć oparła o blat stołu. W tym ruchu nie było nic z rozpaczy, strachu czy histerycznego załamania. Wyjaśniła samej sobie, że opuszczenie tego domu jest w rzeczywistości niczym koniec ich egzystencji.
Podobnie jak wszyscy mieszkańcy getta, była otępiała z oszołomienia, tak jakby w tych dniach wszystko przyjmowała w spokoju, niemal z ulgą. Pod tym rzekomym spokojem kryło się jednak coś znacznie gorszego niż rozpacz: zmęczenie, cień obojętności, które brały się z całkowitego wyczerpania sił, z bezsennych nocy, z ciągłego głodu bez wytchnienia i z nieustannego napięcia nerwowego. Starała się ukryć przed otaczającymi ją ludźmi te fale apatii, tak jak ukrywa się jakąś haniebną chorobę. Obecność Doktora, a także obecność dzieci, wpływały na nią jak filiżanka dobrej, czarnej kawy lub łyk koniaku. Jednak gdy zostawała sama w domu, jakaś dziwna ociężałość, której nigdy dotąd nie znała, ogarniała całe jej ciało. Bardzo pragnęła siedzieć tak przez długie godziny i patrzeć tępo przed siebie, nie myśląc o niczym. Myśli płynęły leniwie i znikały, a gdy się zatrzymywały, dotyczyły cudownych wspomnień z dawnych czasów i lat dzieciństwa.
Nie wolno było jednak siedzieć bezczynnie przez tak długi czas. Czas naglił. Trzeba było wykorzystać nieobecność Doktora, aby uporządkować i zorganizować jutrzejszą przeprowadzkę. Poczuła zawrót głowy z głodu. Dorka przyniesie zaraz zupę ziemniaczaną. Nie miała ochoty ani siły, by ruszyć się z miejsca.
– Trzeba się wziąć w garść – powiedziała do siebie szeptem. Do tej pory jeszcze nie jadła. W głębi serca była zaniepokojona z powodu dwudziestu niemowląt leżących chorych w izolatce. Nikt z nich nic nie jadł. Nie pozwolono im nawet przynieść tam jedzenia. Mówiono, że te niemowlęta zostaną pozostawione samym sobie.
W domu znajdował się mały schowek na ukryte zapasy żywności, które były przeznaczone na czarną godzinę. Pod podłogą, pod łóżkiem, miała schowane kilka puszek konserw, których nikt dotąd nie tknął. Jutro, w momencie opuszczania domu, na pewno zostanie przeprowadzona rewizja. Dobrze byłoby zabrać je na podwórze i natychmiast zakopać te cenne puszki w ziemi, a w nocy przynieść je z powrotem, kiedy będzie można je stamtąd wyciągnąć. Pomysł ten wydał jej się genialny: wykopać dół w ziemi. Wstała na równe nogi. Ale kiedy zbliżyła się do szafy, znowu poczuła osłabienie. O rany, czy to w ogóle możliwe, żeby zakopać to wszystko?... Jakże głupi, jakże bezużyteczny był ten pomysł! A z drugiej strony – czy te puszki nie były cenne i ważne dla zachowania życia dzieci i Doktora?...
Otworzyła na chwilę drzwi szafy i jej wzrok spoczął na pięknie poukładanych teczkach. Znajdowały się tam segregatory z fotografiami, noszące na grzbietach wielkie numery kolejnych lat działalności domu. Przez te wszystkie lata nikt nie dbał o nie bardziej niż ona. Od momentu, gdy zaczęli prowadzić tę działalność, aż do ubiegłego roku, gromadzono tam sprawozdania z posiedzeń komitetów, budżety, zestawienia finansowe najważniejszych wydatków, dzienniki naukowe, zapiski z obserwacji lekarskich nad wagą i wzrostem dzieci, protokoły sądowe z rozpraw prowadzonych przez dzieci, a także notatki pedagogiczne sporządzane przez uczennice seminarium nauczycielskiego, które odbywały tu praktyki. Doktor osobiście zapisywał wszystko z wielką precyzją, dbając o to, by każda rzecz potrzebna do codziennego funkcjonowania była odnotowana. Ten materiał pisany był doskonałym źródłem wiedzy dla pedagogów i badaczy zajmujących się tą dziedziną. W tamtych czasach spędzały nad tym długie godziny pod kierownictwem Stefy, wyciągając z tego kilka ogólnych wniosków z zakresu pedagogiki. W „Domu Sierot” nic nie działo się bez zapisu na papierze.
Tylko raz na jakiś czas, gdy zbliżał się koniec pełnego roku życia instytucji, niszczono stare formularze. Ale te dokumenty stanowiły plon pracy Doktora przez blisko czternaście lat.
– Spalić je? – pomyślała z trwogą. – Spalić to wszystko?
– Spalić je? – pomyślała z trwogą. – Spalić to wszystko?
Usiadła na podłodze i oparła się o szafę. Nigdy nie przypuszczała, że ta szafa pełna szuflad może stać się powodem tak wielkiego cierpienia i bólu. Jakże potworna była ta myśl o rozstaniu! Ten pomysł wydawał się gorszy niż cokolwiek, co przeżyła od czasów dzieciństwa. Czy ma wybrać, co zostawić, a co jest ważniejsze i cenniejsze?
Znowu ogarnęła ją tamta ociężałość z poprzedniego wieczoru. Powoli, z ogromnym wysiłkiem z powodu zmęczenia, wyciągnęła rękę w stronę najniższej szuflady. Znajdowały Mice tam stosy zdjęć i listów w nieładzie. Nadszedł czas, by uporządkować je według dat i adresatów.
– Godzina pracy dla mnie – pomyślała, by nie ulec zniechęceniu.
– Godzina pracy dla mnie – pomyślała, by nie ulec zniechęceniu.
Wzięła jedną paczkę przewiązaną sznurkiem. Rozwiązała węzeł. Listy rozsypały się przed nią na podłodze. Praca od razu poszła naprzód. Za każdym razem, gdy siedziała przy pracy, układała książki. To obudziło jej wspomnienia – jakaś książka, która od dawna leżała zapomniana. Wyciągnęła z szafy ową książkę. Zaczęła ją przeglądać strona po stronie, a wzrok jej błądził po głębokich i ciemnych liniach tekstu. Zapomniała, która to była godzina, pochłonięta tą czynnością, która odrywała ją od rzeczywistości. Wokół szafy zapanował chaos większy niż przedtem. Ta porzucona praca nie pozwalała już na odłożenie książki na bok. Jakże niebezpieczna i trudna była ta praca przy porządkowaniu biblioteki!
– Jak dobrze byłoby teraz zapomnieć o wszystkim, tak jak zapomina się o przeszłości...
Wyciągnęła z szafy dużą fotografię. Było to zdjęcie „Gabinetu”, tego, który nie zmienił się od tylu lat. Na dole widniał napis złotymi literami: Rafał, ulica Chłodna 140. Zdjęcie rodziny Doktora. Przypomniała sobie, że w domu podrzutków pozostały tylko te małe dzieci na zdjęciach... i czy ci najbliżsi ludzie będą w stanie dostrzec choćby cień podobieństwa do twarzy drogich im osób? Czy to ona była tą osobą, która trzymała w rękach notes, czy też ta blada dziewczyna na zdjęciu, która trzyma w dłoniach albumy z fotografiami? To z nich patrzyły twarze matek, ojców, a wszystkie dzieci na tych zdjęciach wydawały się uśmiechać właśnie do niej...
Wyciągnęła z szafy dużą fotografię. Było to zdjęcie „Gabinetu”, tego, który nie zmienił się od tylu lat. Na dole widniał napis złotymi literami: Rafał, ulica Chłodna 140. Zdjęcie rodziny Doktora. Przypomniała sobie, że w domu podrzutków pozostały tylko te małe dzieci na zdjęciach... i czy ci najbliżsi ludzie będą w stanie dostrzec choćby cień podobieństwa do twarzy drogich im osób? Czy to ona była tą osobą, która trzymała w rękach notes, czy też ta blada dziewczyna na zdjęciu, która trzyma w dłoniach albumy z fotografiami? To z nich patrzyły twarze matek, ojców, a wszystkie dzieci na tych zdjęciach wydawały się uśmiechać właśnie do niej...
Oto ona, kobieta, której włosy splecione były w warkocze nad głową, lekko uniesioną ku górze. Ubrana była w suknię z wysokim kołnierzem, a jej szyję zdobił długi sznur pereł, spływający w dół. Obok niej, w eleganckim ubraniu, stał mały, zaledwie trzyletni chłopczyk, którego twarz promieniała i była zupełnie gładka. Na tym zdjęciu nie miała jeszcze trzydziestu lat. Na tamtej fotografii uwieczniono troje dzieci: jedno – roczną dziewczynkę w puszystej sukience, drugie – dwuletniego chłopca w spodenkach, i trzecie – starsze dziecko w butach ze sznurowadłami i w pasiastej bluzie. W tle widoczny był ogród, bardzo pasujący do atmosfery tamtych dni, z rzędem kamienic z epoki początku lat dwudziestych. Na ulicach Warszawy, w jej centrum, wznosiły się trzy- i czteropiętrowe budynki z przestronnymi podwórzami, otoczone zewsząd klasycznymi fasadami z tamtej minionej epoki.
W podwórzu znajdował się – jak zwykle – mały ogródek, w którym oprócz trawy rosło kilka grządek bratków, a obok nich dwie lub trzy ławki, na których w letnie wieczory siadali mieszkańcy tych kamienic, marząc o lepszej przyszłości. Te dzieci były związane z tamtym wolnym światem. Dzieci z biednych rodzin, z ciemnych suteren, z poddaszy i z zatłoczonych pokojów – dla nich ten mały ogródek był rajem na ziemi. Ogródek ten był pokryty śniegiem w zimie i rozkwitał zielenią w lecie, stanowiąc dla nich źródło radości. Raz w roku, w święto Szawuot, dzieci wyjeżdżały poza miasto, na zielone wzgórza i łąki. Z tych wyjazdów dzieci przynosiły ze sobą naręcza zielonych gałązek, by udekorować nimi jadalnię. Choć te wycieczki były organizowane poza miastem, to lato mijało im w tej zamkniętej przestrzeni wewnątrz podwórza. Kiedy nadeszła jesień i rozpoczęły się chłody, ten radosny gwar zamierał, ustępując miejsca nauce i czytaniu książek, które młody chłopak z trudem zdobywał z bibliotek. Wtedy budowało się ich życie w oparciu o te ogólne zasady.
W Europie panowała wówczas zupełnie inna atmosfera w tamtych latach, kiedy narodził się ten bunt przeciwko dawnym ideom pokoju i sprawiedliwości. Z ich domów wypędzono dotychczasowych właścicieli, a na ich miejsce wkroczyli nowi panowie w dziwnych mundurach. Nad ich głowami załopotały flagi o złowrogich barwach: czerwone, czarne i białe.
Jednak dla Stefy te odległe wydarzenia nie miały większego wpływu na jej codzienne obowiązki w domu, w którym sprawowała opiekę nad dziećmi. Starała się utrzymać dotychczasowy porządek i rytm pracy, wierząc w absolutną wartość swojej misji. Chociaż meble w domu były bardzo proste i skromne, to w salach lekcyjnych, w jadalni oraz w sypialniach – wszystko lśniło czystością. Rano podawano dzieciom gorące mleko, w południe – ciepłą zupę, a wieczorem – chleb z masłem lub marmoladą, dbając o zaspokojenie ich podstawowych potrzeb.
W jadalni, która była centrum życia całego domu, stał wielki, solidny stół z ciemnego drewna, nakryty czystym obrusem. Na środku stołu stała mała waza z kwiatami, a nad nią wisiała lampa naftowa, rzucająca ciepłe światło wokół. Wokół stołu ustawione były krzesła z oparciami, wykonane z dębowego drewna, na których siadały dzieci. Nadeszła godzina siódma wieczorem. Dzieci były zajęte odrabianiem lekcji, a w domu panował spokój. Ojciec [Doktor] nie wrócił jeszcze do domu. Był to czas przed wybuchem wojny i przed nadejściem tych wszystkich potwornych wydarzeń. Bardzo często wieczorami Doktor siadał przy biurku i pisał swoje książki, a dzieci bawiły się w jadalni, starając się nie hałasować, by nie przeszkadzać mu w pracy. Wtedy ich życie było pełne nadziei i planów na przyszłość. Rozmawiano o podróżach, o literaturze, o sprawach politycznych, które interesowały starszą młodzież. Niekiedy w letnie wieczory Stefa opowiadała dzieciom o swojej podróży do Erec Israel, o życiu w kibucach, o tamtejszych dzieciach i o ich pracy na roli. Opowieści te budziły w ich sercach tęsknotę za tamtym dalekim krajem, w którym panowała wolność i sprawiedliwość... Z tych wspomnień wyrwał ją nagły hałas na korytarzu. Do pokoju weszła Dorka, trzymając w ręku małą miskę z zupą... i zaproszenie do wspólnej gry.
– Poproszę, mój młody panie, poproszę, moja młoda pani – szeptem powtarzała, wypowiedziawszy zaledwie dwa lub trzy słowa; rezygnowała ze swojej kolejki i pozwalała brać z rąk wszystko, co miała.
– Przymilna! – wołały na nią dzieci. Mimo to przynosiły jej wszystkie uszkodzone zabawki, które nie nadawały się już do użytku.
– W nagrodę za to przyprowadzisz ich do udziału w przedszkolu – powiedział ojciec, zachwycony wielkodusznością chłopca.
– Aby powrócić do szkoły...
– Przymilna! – wołały na nią dzieci. Mimo to przynosiły jej wszystkie uszkodzone zabawki, które nie nadawały się już do użytku.
– W nagrodę za to przyprowadzisz ich do udziału w przedszkolu – powiedział ojciec, zachwycony wielkodusznością chłopca.
– Aby powrócić do szkoły...
A Ania, siostra Henryka, marzyła już o tym, by zobaczyć mamę v różowo-błękitnej sukni z cienkiego jedwabiu, ozdobionej pękami sztucznych kwiatów; w jej futrze z białych skórek, w którym – według słów tatusia – wyglądała jak madonna na sofie. Wielki wachlarz z piór strusich, biały szal wykończony piórami pięknego bociana – taki był zapewne widok tej dystyngowanej rodziny w owych czasach. Nazajutrz otrzymywał torebkę „konfetti” i „serpentyn”, które mama przynosiła z balu.
W sobotnie wieczory przychodzili goście. Wtedy otwierały się drzwi salonu, zamkniętego przez cały tydzień, na którego podłodze zimą leżały dywany i który sprzątano tylko od dnia, gdy rozbrzmiewał głos wielkiego dzwonka. Wtedy zdejmowano białe pokrowce z małych, czerwonych pluszowych foteli, Ludwika zakładała biały czepek na głowę, a maluchy starały się „podkręcić” coś z przygotowanych smakołyków. Małe jabłuszka, oblane lśniącym karmelem, podawano na metalowej tacy o ruchomych brzegach. W środku wznosiło się wspaniałe ciasto zrobione z cukru. Tego ciasta nikt nie jadł. Przy odejściu gości otrzymywały je dzieci. To cukrowe ciasto osładzało trudne wieczory wizyt gości. Około godziny ósmej zapraszano dzieci do salonu. Musiały ucałować policzki wszystkich dam, złożyć ukłony i ucałować ich dłonie.
– Maluchy! **)
– Maluchy! **)
– Powiedz no, Henryku: „Kraków leży nad Wisłą”... – wymagał ojciec, na co chłopak czerwienił się ze wstydu, zapominając słów ze zdenerwowania. Dopiero po chwili, gdy na jego twarzy malowało się głębokie zmęczenie, matka brała go w obronę, ratując przed dalszym wypytywaniem. Na szczęście wyciągali go stamtąd i odprowadzali do pokoju dziecięcego, gdzie na szafie leżała jego ukochana książka: „W pustyni i w puszczy”.
Raz w tygodniu, w środę lub w sobotę, w domu pojawiał się fryzjer. Wszystko działo się w określonych dniach i godzinach, ustalonych z góry. Pranie robiono w poniedziałki, prasowanie we wtorki, a wizyty u krewnych odbywały się w czwartki i piątki. Fryzjer był ubrany w czarny fartuch, sięgający mu do kolan, a na głowie nosił kapelusz z szerokim rondem. Na twarzy nie miał ani śladu brody czy wąsów, a z jego ust unosił się zapach tytoniu, którym palił papierosy. Sprawnymi ruchami wyciągał z torby nożyczki i grzebień, po czym przystępował do strzyżenia. Czesał włosy Henryka na dwie strony, w lewo i w prawo, starając się nadać jego fryzurze wygląd, jaki nosił wówczas cesarz Franciszek Józef I – wizerunek pełen powagi i dostojeństwa.
Ania była zdania, że lepiej byłoby zapleść mu małe warkoczyki. Jednak ojciec nigdy ne pozwalał na te kobiece fanaberie, uważając, że chłopak musi wyglądać jak młody mężczyzna, gotowy do nauki i pracy. Te słowa były dla niego święte, na ich podstawie budował swoje życie i plany na przyszłość. Dzieci nie miały prawa sprzeciwiać się tym decyzjom, nawet jeśli wydawały im się niesprawiedliwe czy surowe. Wychowanie opierało się na szacunku i posłuszeństwie wobec dorosłych, w atmosferze surowej dyscypliny, w której słowo „rozkaz” oznaczało rozkaz. Te rozmowy przy stole były rzadkością; zazwyczaj obiady kończyły się w ciszy i spokoju, w nastroju głębokiego szacunku, jaki panował w domu. Dzieci były bardzo lojalne wobec swoich rodziców, a ich miłość do nich nie była obca ich sercom. Nie wolno było głośno mówić przy stole w trakcie posiłków, o czym przypominał im zawsze wzrok ojca, surowy i przenikliwy. Ta dyscyplina była dla nich normą, od której nie było odstępstw. Biada temu, kto odważył się zakłócić ten porządek choćby jednym słowem skargi czy nieposłuszeństwa. Te zasady były wpajane dzieciom od najmłodszych lat, jako fundament ich przyszłego życia.
W każdą niedzielę dzieci wychodziły wraz z rodzicami na spacer do parku. Szli parami, trzymając się za ręce, pod czujnym okiem guwernantki. Mijali plac Aleksandra [Plac Trzech Krzyży], kierując się w stronę Alei Ujazdowskich, gdzie wznosił się piękny gmach kościoła św. Aleksandra. W letnie wieczory ten plac był pełen ludzi, spacerujących wokół fontann i odpoczywających na ławkach.
– Dwaj zmarli leżą tam dzisiaj – powiedziała guwernantka do dzieci... i jeszcze tam, w sypialniach, obrazy z przeszłości – obrazy przerażające z powodu swej wyrazistości – powracały do jej pamięci. W tym świętym domu opieki, w którym drżały ze strachu przed każdym obcym mężczyzną, wchodzili do środka jeden po drugim, trzymając się pod boki, jakby z kijami w dłoniach.
– Dwaj zmarli leżą tam dzisiaj – powiedziała guwernantka do dzieci... i jeszcze tam, w sypialniach, obrazy z przeszłości – obrazy przerażające z powodu swej wyrazistości – powracały do jej pamięci. W tym świętym domu opieki, w którym drżały ze strachu przed każdym obcym mężczyzną, wchodzili do środka jeden po drugim, trzymając się pod boki, jakby z kijami w dłoniach.
