Saturday, June 20, 2026

Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ PIĄTY: STURM UND DRANG (Całość, strony 57–67) i ROZDZIAŁ SZÓSTY: W SZWAJCARII (Całość, strony 67–75)

 ROZDZIAŁ PIĄTY: STURM UND DRANG (Całość, strony 57–67)

Poniżej znajduje się zintegrowany, kompletny tekst Rozdziału Piątego przygotowany bezpośrednio do publikacji na moim blogu Jim bao Today:

Na samotność, na niepokój duszy, na tęsknotę — istnieje tylko jedno lekarstwo: wyjść wczesną jesienią do Ogrodu Saskiego, usiąść na wolnej ławce gdzieś w długiej alei ciągnącej się wzdłuż stawu i przyglądać się liściom, które opadają. Płyną one powoli, spokojnie, pocieszone, nie znając swego celu ani drogi. Oczy zamykają się pod wpływem blasku słońca; a spomiędzy drzew, krzewów i wody wyłaniają się dawne obrazy. Ich rzeczywiste zarysy znikają. Przeszłość mknie i przesuwa się przed zwierciadłem pamięci, a teraz możesz już być pewien, że nie ma już żadnej granicy między snem a rzeczywistością.
Nagle zerwał się powiew wiatru; deszcz zmywa z twoich ust uśmiech, powracając cię do świata realnego. Oto otwierasz oczy, patrząc z głębi melancholijnego nastroju na taniec szalonego świata i szukasz w pamięci jakiegoś nowego porównania. Ponieważ nikt jeszcze go nie użył. Przestań się tym trapić: nie ma piękniejszych porównań niż te od Mallarmégo i Verlaine’a: „Et je m’en vais / Au vent mauvais / Qui m’emporte / Deçà, delà, / Pareille à la / Feuille morte.”
– Słusznie byłoby się założyć, że o tej samej rzeczy pomyśleliśmy oboje – powiedziała Aryla, podając Henrykowi rękę. Z drugiego brzegu podeszła bliżej, a on nie słyszał jej kroków. Od iluś lat odwiedzała ona Anię, siostrę Henryka, bardzo często w ich domu; razem chodziły do szkoły powszechnej. Ale Henryk, gdy był jeszcze małym chłopcem, nie przepadał za tymi dziewczęcymi zabawami. Od czasów wczesnego dzieciństwa czuł pewien dystans wobec przyjaciółek swojej siostry, traktując je z lekką wyższością, jakby były stworzeniami z zupełnie innego gatunku – „kobietami”. Co więcej, nie wyrażał on swojego zdania na temat tego, czy Aryla jest ładna, czy też nie. Nigdy też ta sprawa nie zaprzątała jego myśli. Wygląd dziewczyny nie budził w nim żadnego zainteresowania ani emocji podczas jej wizyt w salonie, a jej obecność nie zakłócała rytmu jego pracy przy redakcyjnym biurku. Ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu na krótko, zazwyczaj znikają i już więcej ich nie widzimy.
Teraz, po powrocie z wakacji, po trwającej trzy miesiące nieobecności w mieście, i być może z powodu tych głębokich przemian, jakie dokonały się w jego duszy, te drobne szczegóły, które dawniej nie miały dla niego żadnego znaczenia, od razu przykuły jego uwagę, budząc w jego sercu zachwyt nad jej urodą i wdziękiem. Blask słońca uderzał w jej błękitne oczy, a spod ronda kapelusza wymykały się pasma ciemnych włosów, kontrastując z pełnymi i wydatnymi ustami, na których malował się uśmiech pełen dziewczęcej zalotności. Na jej twarzy odmalował się wyraz głębokiego zmęczenia. Kiedy dziewczyna zauważyła jego badawcze spojrzenie, poczuła lekkie zakłopotanie, jakby wiedziała, że jej obecność zakłóca jego spokój i plany na popołudnie.
– Dlaczego pan tak na mnie patrzy, panie Henryku? – zapytał cicho, przerywając milczenie po krótkiej pauzie.
– Czyż nie wolno człowiekowi podziwiać cudów natury przed zachodem słońca, kiedy siedzimy sami w tym pięknym ogrodzie? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
– Ojej! – wyrwało się z jej ust, a na twarzy pojawił się rumieniec, natychmiast zdradzając, że jej oczy nie są wcale tak błękitne i zimne.
– Towarzyska uprzejmość, – powiedział głosem pełnym powagi. – To jesień skłania człowieka do tych wszystkich głębokich rozmyślań. Przecież ma pan ku temu powody.
Dziewczyna spuściła wzrok, milcząc. Nie było innego wyjścia. Czuł, że te godziny spędzane samotnie na ławce były mu bardzo potrzebne, by uporządkować myśli. Ale z drugiej strony – obecność Aryli, tej pięknej i mądrej dziewczyny, która słuchała jego słów z uwagą, była dla niego czymś zupełnie nowym i fascynującym w tym przeludnionym mieście.
– Widzi pan, panie Henryku... – zaczęła nagle Ela głosem pełnym powagi. – Ukończyłam już naukę w gimnazjum i zdałam egzamin dojrzałości. Ten krok nakłada na mnie obowiązek wyboru dalszej drogi życiowej, podjęcia decyzji o mojej przyszłości. To nie jest prosta sprawa. Sama muszę zdecydować o swoim losie, o tym, kim chcę zostać w życiu. Przecież przede mną stały zawsze trudne alternatywy: co wybrać? Na co mam się zdecydować? Czy mam pójść na uniwersytet, by studiować nauki ścisłe, czy też wybrać medycynę?... Pomóż mi pan znaleźć odpowiedź na to pytanie, panie Henryku.
– Ja? – odpowiedział z zaskoczeniem. – Przecież to pan jest tym wielkim, utalentowanym człowiekiem, przed którym otwiera się świat literatury i nauki. Dlaczego więc ja miałabym doradzać panu w sprawach wyboru zawodu?... I zresztą – nie przepadam za matematyką. Chemia? – Ta nauka wydaje mi się zbyt sucha i pozbawiona duszy, te wszystkie badania w laboratoriach. Chcę żyć, chcę działać w świecie realnym! Medycyna? – Czy pan naprawdę wierzy v uzdrawiającą moc tych wszystkich leków i pigułek, panie Henryku? Lekarz? – Przecież na widok krwi i cierpienia człowieka dreszcz mnie przechodzi...
Dziewczyna zamilkła, czekając na odpowiedź, która nie nadchodziła.
– Ależ pan jest autorem sztuki, panie Henryku! Przecież pan ma wielki talent, mój drogi – powiedziała łagodnym głosem.
Chłopak zaczerwienił się ze wstydu.
– Skąd pani wie o tym, pani Arylo? Kto wydał pani mój sekret? – zapytał, a w jego błękitnych oczach pojawił się cień złości i niepokoju o to, że ta ściśle strzeżona tajemnica wyszła na jaw.
– Ojej, przecież Ania opowiedziała mi wszystko – zaczęła się tłumaczyć z zakłopotaniem. – Kiedy pana nie było w domu, weszłyśmy na chwilę do pokoju nauczycieli i znalazłyśmy w szufladzie biurka ów zeszyt z wierszami... Przeczytałam te utwory... Panie Henryku, te wiersze są naprawdę piękne, pisane z głębi serca. Pan jest prawdziwym poetą!
Z tych słów płynęła wielka ulga. Ta pochwała z jej strony podziałała na niego jak balsam na zranioną dumę; ten głęboki żal i uraza, jaką żywił do siostry za kradzież zeszytu, natychmiast wyparowały i zniknęły bez śladu. Jednak Henryk nie dał po sobie poznać tego wzruszenia. Ta duma młodego autora nie pozwalała mu na to, by okazać słabość przed dziewczyną, i nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa podziękowania.
– I nie ma pan powodu, by się gniewać na nas – dodała z uśmiechem.
– Nie, wcale się nie gniewam. Ten wiersz o wędrówce dusz zadedykowałem właśnie pani, pani Arylo. W przyszłości chcę zostać wielkim pisarzem, autorem książek dla dzieci – dodał z determinacją.
– Życzę panu sukcesu na tej drodze – słowa te brzmiały w jego uszach niczym piękna przepowiednia.
– Dziękuję, panno Arylo – chłopak wykonał płynny, niemal uroczysty ruch, ujął jej dłoń i złożył na niej pełen szacunku pocałunek.
Dziewczyna nie opierała się, pozwoliła, by ujął jej dłoń w swoją dłoń.
– Jakże piękna i szlachetna pani jest! – wyrwało się z jego ust.
– Czy to pierwszy raz, kiedy pan to zauważa, panie Henryku? – zapytała, patrząc na niego z uśmiechem.
– Tak, doprawdy, po raz pierwszy – odpowiedział, a jego słowa były pełne szczerości i głębokiego wzruszenia.
Ela zrozumiała jego intencje i zrozumiała jego serce. Ona również, podobnie jak on, zmieniła się bardzo w ciągu tego minionego roku. Od czasu, gdy przeczytała ów skradziony zeszyt z wierszami, nie widziała w nim już zwykłego brata swojej przyjaciółki Ani, lecz młodego człowieka o wybitnym umyśle i wrażliwej duszy. Jej spojrzenie, skierowane na jego twarz, było pełne powagi i szacunku; jej ciemne włosy delikatnie poruszały się na wietrze, a błękitne oczy lśniły wewnętrznym blaskiem. Ta bliskość, która narodziła się między nimi w tym ogrodzie, była dla nich obojga czymś unikalnym i pięknym.
– Kocham pana wiersze, panie Henryku, – wyznała cicho po krótkiej pauzy. – One mówią o sprawach, które poruszają serce każdego człowieka...
– A ja sądziłem, że nikt ich nie zrozumie – odpowiedział głos pozbawiony dawnej pewności siebie.
Wokół nich miasto zaczynało powoli cichnąć, ustępując miejsca wieczornemu nastrojowi. Zbliżała się godzina powrotu do domu, do tych wszystkich codziennych zmartwień i obowiązków, od których na chwilę zdołali uciec w tym ogrodzie. Henryk czuł, że ta chwila spędzona z Arylą była najważniejszym momentem tego dnia.
– Musimy już iść, panie Henryku – szepnęła dziewczyna, wstając z ławki. – Robi się chłodno, a w domu na pewno na nas czekają.
– Tak, oczywiście... – Doktor wstał za nią, a w jego błękitnych oczach odmalował się smutek z powodu rozstania.
Gdy wracał do domu, v jego głowie kłębiły się sprzeczne myśli. Z jednej strony czuł radość z powodu wyznania Aryli, z drugiej – narastał w nim lęk przed powrotem do szarych, domowych realiów, w których czekały na niego surowe słowa matki i milczenie chorego ojca... w odmierzonych krokach. Według rozkazu. Nie stałem, broń Boże, u stóp ostateczności. Nie prosiłem o jałmużnę ani o litość. Jedynie wzrok mój utkwiony był w ziemię, a w sercu tliła się chęć do walki – i w ten sposób znosiłem owe ciosy przez całe moje życie.
Wszystko to zapisał w swoim pamiętniku, w owych rozdziałach pełnych bólu i goryczy. Ta miłość do rodziców, którą pielęgnował w swoim sercu, była miłością trudną, pełną lęku i poczucia winy; chłopak czuł na swoich barkach ciężar odpowiedzialności za los bliskich. W swoich zapiskach pozostawił świadectwo, że po wielu latach zdołał wybaczyć im te wszystkie krzywdy i niesprawiedliwości, wyciągając z tego naukę dla swojej przyszłej pracy z dziećmi.
– Daj mi spokój, Henryku, i nie drażnij mnie więcej – mawiała matka z gniewem w głosie. – Twój ojciec jest bardzo chory, a ty myślisz tylko o swoich wierszach i o literackiej sławie! Czyż to nie jest egoizm z twojej strony, skoro dom potrzebuje pieniędzy i stabilizacji?
– Buże mamo... – próbował się bronić chłopak – przecież te wiersze i te opowiadania to całe moje życie! Ja nie chcę być zwykłym rzemieślnikiem czy urzędnikiem, który handluje swoimi poglądami dla zysku.
– Ta myśl o literaturze to jest głupota, która minie ci z wiekiem – odpowiadała matka, a jej wzrok był surowy i nieugięty. – Prawdziwy mężczyzna musi mieć zawód, który przynosi dochód i zapewnia byt rodzinie. Twój ojciec dał ci dobry przykład, ale ty wolisz marnować czas na puste frazesy i marzenia, które do niczego dobrego nie prowadzą.
– Dlaczego mama tak mówi? – wołał chłopak ze łzami w oczach. – Przecież medycyna, którą studiuję, to także zawód szlachetny i potrzebny ludziom! Chcę leczyć dzieci, chcę nieść pomoc najbiedniejszym w szpitalach!
– Medycyna, owszem, lekarz to szanowany zawód – wtrąciła się ciotka Mania, starając się załagodzić spór. – Ale z pisania książek dla dzieci nie wyżywisz rodziny, mój drogi. Świat dorosłych jest okrutny i bezwzględny; liczy się tylko pieniądz i pozycja społeczna.
Henryk spuścił głowę i nie odpowiedział. Zrozumiał, że w domu nie znajdzie zrozumienia dla swoich wielkich, rewolucyjnych planów. Zamknął się w swoim pokoju dziecięcym i zaczął intensywnie pisać w pamiętniku, szukając w słowie pisanym ucieczki od tych salonowych zakazów i surowej dyscypliny. W oparciu o te bolesne doświadczenia z rodzinnego domu, w jego sercu rodziła się owa wielka miłość do dzieci osieroconych i opuszczonych, pozbawionych opieki dorosłych. Widział w nich małych obywateli świata, których prawa są deptane przez bezwzględny system społeczny, i postanowił stać się ich obrońcą... Są dni, kiedy człowiek w wieku osiemnastu lat uważa, że ma moc poruszyć nawet sklepienie niebios.
– Skąd wracasz? Gdzie wałęsałeś się przez całe rano? – pyta ojciec.
Wczoraj Henryk byłby gotowy odpowiedzieć szorstko i zuchwale. Dzisiaj jednak odpowiedział:
– Byłem w ogrodzie. Pragnę uciec od rozmyślań, od rozważania, co mam począć. Czyż nie tak? Nie, to były tylko chwile słabości. Spróbuję — może z determinacją...
– Koniec końców! – zawołali oboje.
– Dlaczego nie chemia? – pytał ojciec.
– Ponieważ badanie człowieka jest dla mnie ważniejsze...
Wszystkie te sprawy ojciec układał po swojemu. Święta i uroczystości rodzinne nie budziły w Henryku zachwytu, zwłaszcza te oficjalne. Zawsze, gdy nadarzała się okazja, wymykał się z nich, by biegać po ulicach Pragi. Przy uniwersytecie, w małej kawiarni, o godzinie dwunastej, czekała na niego Ela. Jej policzki i usta były różowe, usta czerwone jak szkarłat, a oczy błyszczały od zimnego powietrza. Jedli tam ciastka, pili kawę, a Henryk opowiadał jej o uniwersytecie, o profesorach i o wykładach. Pewnego razu pochwalił się nawet, że otrzymał ocenę „cztery” z anatomii. Tylko przez krótki czas koledzy nie znali prawdy o tej „czwórce”. Była to zasługa jego pilności i zaangażowania, a on nie bez dumy chwalił sich tym sukcesem. Kilka notatek ukazało się w owym okresie w „Głosie” i w „Kurierze Warszawskim”, budząc dumę u jego przyjaciół. Kto wie, jaka droga otworzy się przed nim w przyszłości.
– Ale lekarzem nie będzesz, – przekomarzali się koledzy-studenci. – Na wykładach Henryk nie pojawia się wcale tak często, za to gdy tylko nadarzy się okazja, znikasz w sali sekcyjnej... Znasz go? On nie przychodzi tam po to, by uczyć się jak inni, by zaliczyć egzamin, ale by przyglądać się ciałom zmarłych, by badać w nich tajemnicę życia. Ona tego nie rozumiała. On próbował jej to wyjaśnić. W sposób unikalny czerpał wiedzę z tych ciał niemowląt. Zawsze dawał z siebie wszystko, by ta praca przyniosła korzyść. Sto dzieci zmarło w szpitalu. Zamiast przystąpić do rutynowej pracy przy łóżkach chorych, on spędzał długie godziny na badaniu ciał zmarłych. Raz po raz, gdy zostawał w sali sekcyjnej do północy, poświęcał się badaniom naukowym. Przechodząc do sali chorych, widział w nich studentów. On wyróżniał się spośród nich. Miał już wtedy dziewiętnaście lat.
– Kto tu pracuje o tej godzinie?! – zapytał go profesor.
– Student medycyny pierwszego roku. – odpowiedział Henryk.
– Nazwisko?
– Henryk Goldszmit.
Profesor zanotował to w swoim notesie. I w nagrodę za jego pilność, wpisał mu do indeksu ową „czwórkę”. Była to jedyna „czwórka”, jaką otrzymał na uniwersytecie. Innym razem opowiedział jej o skandalu, jaki wywołał na zebraniu korporacji studenckich. Siedział sam v sali wykładowej. Wydawało mu się, że te dyskusje nie mają sensu. Koledzy nie zwracali na niego uwagi. Jak zwykle, rozpoczęły się burzliwe dyskusje wyborcze, a studenci spierali się o porządek obrad. Po pewnym czasie rozpoczęła się ostra dyskusja o prawach mniejszości. Jeden po drugim, dyskutanci zabierali głos v tej ważnej sprawie. Nagle Henryk wstał ze swojego miejsca. Jak to było przyjęte w szkołach, uniósł dwa palce w górę.
– Proszę o głos! – zawołał.
W sali zapanowało głębokie milczenie. Studenci z wielkim zdziwieniem usłyszeli jego głos. Czasami na uniwersytecie żądano od niego, by mówił głośniej. Jego twarz była blada z emocji, oczy błyszczały, a z jego ust unosiły się słowa pełne dumy i determinacji:
– Koledzy, chcę wam powiedzieć coś ważnego. W tych dyskusjach nie ma szacunku dla drugiego człowieka, szacunku dla godności ludzkiej... wyszedł. Najwyraźniej zamierzał zwrócić na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych i uświadomić im wartość spraw, o których tak żarliwie dyskutowali. Kilku studentów wstało ze swoich miejsc, by powrócić do przerwanej debaty. Spory te nie były już jednak tak burzliwe jak na początku.
Pewnego razu, gdy spotkali się przypadkiem na ulicy i zapytał ją, jaki zawód wybierze, odpowiedziała:
– Medycynę. – Rozumiem panią, panno Arylo. Z jakiegoś powodu ta prosta odpowiedź wydała mu się najwłaściwsza. Niemowlę ginie z głodu – oto definicja zapalenia żołądka (gastritis). Przecież mały żołądek malucha kurczy się i niszczeje w jednej chwili z powodu braku pożywienia. Nie ma potrzeby mnożyć trudnych terminów medycznych. Wszystko to złożyło się v jego głowie w nową, rewolucyjną teorię. Pod tym względem ta perspektywa nie zmieniła się w nim przez wiele długich lat. Podczas gdy na zjazdach lekarzy cała uwaga była skupiona na badaniach laboratoryjnych i skomplikowanych diagnozach, Henryk nie chciał brać udziału w tych akademickich dysputach. Uważał za swój obowiązek walkę z nędzą i brudem, które stały za tymi wszystkimi chorobami. Za każdym razem, gdy na uniwersytecie prowadzono debaty, profesorowie pytali go:
– Czy potrafi pan wyjaśnić, ile bakterii znajduje się w ciele człowieka? I czy nie można ich zniszczyć za pomocą leków?
Twarz jego była wtedy pełna powagi i zuchwalstwa. Odpowiedział im:
– Otóż uważam, że te bakterie pochodzą z brudu i z zatłoczonych pokojów, w których żyją te biedne dzieci. Lekarz nie ma prawa mówić o niczym innym, jak tylko o poprawie warunków bytowych tych ludzi. Higiena, owszem, ale przede wszystkim – czyste powietrze i chleb na stole!
Te słowa Henryka wywołały wielkie poruszenie na uczelni. Studenci zaczęli szanować go za tę bezkompromisowość, a w oczach Eli stał się on człowiekiem godnym najwyższego podziwu. Widziała w nim kogoś, kto pokochał te dzieci. I od tamtej pory v tej małej kawiarni studenckiej patrzyła na niego wzrokiem pełnym głębokiego szacunku i czułości. Henryk był nienagannie i czysto ubrany. Nie pozwalał sobie na żadne uchybienia w wyglądzie. W obecności Eli ta zmiana była u niego wyraźnie widoczna; czuł, jak bliskość tej dziewczyny otwiera jego serce na nowe emocje, łącząc go z nią nicią głębokiego porozumienia.
– Ale ta miłość nie jest ślepa – pomyślał w duchu i uśmiechnął się do swoich myśli. – Tylko ci, którzy nie mają przed sobą żadnego celu, marnują czas na puste flirty i salonowe zabawy. Medycyna była jednak jego najważniejszą misją. Praca w szpitalu dziecięcym pochłaniała cały jego czas i siły. Tam, wśród łóżeczek chorych niemowląt, odkrywał sekrety ludzkiej natury. Wszystko to było dla niego źródłem wiedzy: badał nie tylko objawy chorób, ale przede wszystkim – duszę dziecka i jego psychikę. Ta analiza psychologiczna była dla niego najważniejsza.
Miesiące zimowe pierwszego semestru minęły bardzo szybko. I kiedy nadeszła wiosna, a wraz z nią – czas pisania artykułów publicystycznych, Henryk przesłał do redakcji swój kolejny tekst. Był to artykuł o nędzy dzieci z dzielnic biedy, który wstrząsnął opinią publiczną. Tekst ten został przyjęty przez redaktorów z wielkim zachwytem, a naczelny podkreślił talent młodego autora. Kilka kolejnych notatek ukazało się w „Głosie” i w „Kurierze Warszawskim”. W swoim pamiętniku zapisał wtedy te słowa, które usłyszał od redaktora naczelnego: „Młody człowieku, pisz dalej, masz przed sobą wielką przyszłość literacką!”. Wydawało mu się, że cały świat leży u jego stóp. Ona była ubrana w szary, letni kostium, a na głowie miała mały słomkowy kapelusz. Szedł obok niej dumny i szczęśliwy; to poczucie wolności i radości było dla niego czymś unikalnym i pięknym... prawdziwe odkrycie, – rozmyślał Henryk, a z jego oczu bił uśmiech, w którym tkwiła jakaś prawda. Odpowiedź ta wydała mu się słuszna.
Wynajął na godzinę bryczkę zaprzężoną w parę koni. Zrobił to ot tak, po prostu. Był to w owych czasach szczyt luksusu w oczach młodzieży warszawskiej: jechać po raz pierwszy w sobotę, w blasku wiosennego słońca, wzdłuż Alei Ujazdowskich w powozie zaprzężonym w dwa konie. Od czasu do czasu wymieniali między sobą kilka słów, podczas gdy miarowy stukot kopyt o bruk korytarza ulicy zagłuszał ich głosy. Tam-tam, tam-tam, tam-tam...
– Powiedział mi – szepnęła – że kontynuuje pisanie...
– Rejestruje te sprawy dla siebie. Musisz wyruszyć v tę podróż.
– Czy zgodziłam się jechać z nim?
Nie odpowiedziała.
– Mam wspaniały plan – Henryk pogrążył się w marzeniach. – Te samotne notatki połączę w książkę...
Ela była jedyną osobą, z którą rozmawiał o swojej twórczości literackiej.
– Pisarz musi umieć zachować sekret – odpowiedziła tajemniczo.
Nie brał tego zbytnio do serca; był całkowicie pochłonięty myślami o książce. Dobrze było rozmyślać w ten wiosenny poranek, gdy dziewczyna siedziała obok niego. W którymś momencie padło słowo: nie Ania, lecz owa wieść o Eli. Nie chciał w to uwierzyć.
– Przecież to było zaledwie tydzień temu...
Wyjaśniono mu całą sprawę. Rodzice Eli stracili cały swój majątek. Dziewczyna była przyzwyczajona do luksusowego życia. Była to dumna kobieta, wychowana w luksusie, która nie potrafiła znieść biedy. Matka namawiała ją... Są tacy, którzy mówią, że jej ślub z tamtym człowiekiem – początek stołu – to kwestia diamentów, których otrzymała mnóstwo, wspaniałego mieszkania i powozu zaprzężonego w dwa konie... rodzaju mieszkania o pięciu pokojach, urządzonego z wielkim przepychem... Szczegółów nie chciał słuchać. Ogarnęło go głębokie obrzydzenie. Wszystkie one są takie, – rozmyślał. – Nie szukają mądrości, ale jedynie okazji, by sprzedać samych siebie. W tym oskarżeniu zawarł całe swoje otoczenie. Przyglądał się swoim kolegom, którzy w przyszłości mieli zostać lekarzami. Gdy nadejdzie ich porada, sprzedadzą się za dziesiątki tysięcy monet za wizytę w luksusowym powozie, albo będą handlować swoją wiedzą i służyć bogatym dla zysku.
– Dość tego! Mam już tego powyżej uszu. Muszę znaleźć dla siebie innych ludzi, uciec od tego kłamstwa i hipokryzji otoczenia. Przestań pisać te oficjalne sprawozdania i notatki z medycyny formalnej.
Podjął decyzję: nie pójdzie już na te wykłady.
ROZDZIAŁ SZÓSTY: W SZWAJCARII (Całość, strony 67–75)
Oto połączony, pełny i zintegrowany tekst całego Rozdziału Szóstego (od momentu podjęcia decyzji o wyjeździe na stronie 67, aż po powrót do Warszawy na stronie 75), przygotowany bezpośrednio do publikacji na moim blogu Jim bao Today:

ROZDZIAŁ SZÓSTY: W SZWAJCARII
Podjął decyzję: nie pójdzie już na te wykłady. I tak oto syn zrozumiał ojca pod każdym względem. Czyż to matka miała wtrącić się w tę sprawę? A może to ukochana ciotka Mania, która zawsze jako pierwsza witała Henryka okrzykiem: „Młodzieniec na schodach!”, miała coś przeciwko temu? Faktem jest jednak, że pewnego dnia otworzyła się kasa biletowa dworca kolejowego, ta ukryta w cieniu, na której leżały poukładane rzędami monety z różnych krajów. Te pieniądze pojawiły się na jego stole w gabinecie.
– Niech jedzie, – westchnęła matka.
– Niech jedzie, – podsumował ojciec, gdy zobaczył jego pierwszy artykuł, który ukazał się w druku.
Smugi dymu unosiły się z parowozu na dworcu wiedeńskim w Warszawie; ten dym osłaniał go przed falami uderzeniowymi wspomnień, a miarowy stukot kół pociągu mieszał się z głośnym bitem jego serca. Wreszcie Henryk został sam! Daleko od surowej dyscypliny rodziców, od kontroli sióstr, od sprawdzania zeszytów i od tych wszystkich spotkań w kółkach samokształceniowych. Wszystkie te sprawy przestały mieć znaczenie w tej godzinie rozstania. Te rodzinne dyskusje, ich duma z jego sukcesów literackich, ich obawy o jego przyszłość na uniwersytecie – wszystko to zniknęło w oddali; z okien wagonu widział przestronne podwórza kamienic Warszawy, wznoszące się w swoim pełnym rozwoju, aż po mroczne zarysy Pragi na drugim brzegu. Nastał spokój, a wraz z nim – czas refleksji nad codziennymi troskami. Miasto kłamstwa i hipokryzji, miasto handlarzy poglądami politycznymi, w którym spędził lata swego dzieciństwa – zniknęło z jego oczu. Czyż to nie było wyzwolenie dla jego młodej duszy? Pociąg pędził przed siebie w nocy, gdy w wagonie migotało słabe światło małej lampki naftowej. Szedł miarowo, niemal zrelaksowany, kołysząc się w takt ruchu kół pociągu. Jechał i zagłębiał się w ten nowy świat, pełen nadziei na przyszłość i zaufania do ludzi.
Berlin. Widok z okna wagonu zafascynował Henryka; miasto to tętniło życiem, a ruch na ulicach był ogromny. Przejazd przez stacje kolejowe w Berlinie wywarł na nim wielkie wrażenie, zwłaszcza widok wspaniałej katedry berlińskiej oraz kościoła ewangelickiego. Szybko jednak ustał ten pierwszy zachwyt i chłopak powrócił do myśli o celu swojej podróży – Zurychu. Radość i duma rozpierały jego serce, gdy pociąg mknął przez ulice niemieckich miast. Na stacjach kolejowych, w biurach informacji turystycznej, urzędnicy podawali mu dziesiątki adresów pensjonatów i tanich kwater prywatnych. Henryk nie miał jednak problemu z porozumiewaniem się w języku niemieckim; dbał o to, by każda rzecz potrzebna w podróży była załatwiona z wielką precyzją. Wszędzie spotykał się z uprzejmością ze strony ludzi, którzy słyszeli o jego dobrym literackim nazwisku i chwalili jego plany studyjne.
Jednak Zurych był celem unikalnym. Na ziemi szwajcarskiej, do której zbliżał się z każdą minutą, narodziły się te wszystkie rewolucyjne teorie i nowoczesne metody wychowawcze. In tym kraju, będącym kolebką wolności, żyli i tworzyli wielcy myśliciele, obrońcy praw dziecka, których dzieła studiował z wypiekami na twarzy w Warszawie. W pobliżu słynnego uniwersytetu, na ulicach miasta, można było spotkać profesorów o wielkich nazwiskach, znanych na całym świecie, oraz studentów ze wszystkich zakątków globu. Były tam małe, przytulne kawiarnie, w których toczono burzliwe dyskusje polityczne, filozoficzne i naukowe o przyszłości Europy; studenci spierali się o poglądy Marksa, Spencera i innych wielkich myślicieli tamtych czasów. Dla Henryka te dyskusje były niczym źródło wody żywej. Interesowało go wszystko, co dotyczyło edukacji i psychologii dziecka. Jak urządzić szkołę? Jak zorganizować dom dla sierot? Jak zapewnić dzieciom warunki do harmonijnego rozwoju i samostanowienia? Wszystko to były pytania, na które szukał odpowiedzi w Zurychu. Słuchał wykładów, czytał książki, rozmawiał z pedagogami i zbierał materiały, starając się wyciągnąć z tego wnioski do swojej przyszłej pracy w Warszawie. Czuł w głębi duszy, że ta podróż studyjna to najważniejszy krok w jego życiu, krok, który pozwoli mu stworzyć nowy model opieki nad najmłodszymi obywatelami świata, model oparty na szacunku i wolności, wolny od carskiego strachu i mieszczańskiego fałszu. Z tych rozważań wyrywał go miarowy stukot kół pociągu. Przed jego oczyma wyrosły nagle potężne, ośnieżone szczyty Alp, lśniące w promieniach słońca niczym korona królewska. Widok ten budził w jego sercu zachwyt i głęboki spokój; pociąg wjeżdżał na stację w Zurychu, a młody Henryk Goldszmit wkraczał w ten nowy, fascynujący świat...
...przez nią została stworzona grupa niemowląt pozbawionych matek, wybranych spośród dzieci ulicy. Nosiły skromne ubrania z grubego sukna, czyste i schludne, spoglądając na świat swoimi wielkimi, dumnymi oczami. Na jej twarzy nie było ani śladu zmęczenia ani lęku, a oczy wyrażały głęboki spokój i pewność siebie. Po kilku miesiącach nauki i intensywnych poszukiwań, zdecydował się wynająć mały pokój w pensjonacie, w cichej dzielnicy u stóp Alp. Dom, w którym mieszkał, był stary i solidny, z oknami wychodzącymi na góry. Tutaj nie było już owego hałasu i zgiełku wielkiego miasta, które tak bardzo go męczyły. Czuł się tu wolny i bezpieczny, zanurzony w tej alpejskiej ciszy, o której marzył przez całe życie. O godzinie piątej po południu, kiedy słońce chowało się już za horyzont, a szczyty gór lśniły purpurą i złotem, Henryk miał zwyczaj siadać przy swoim biurku i pisać. Te chwile były dla niego źródłem wielkiego natchnienia; w swoim pamiętniku notował z wielką precyzją wszystkie swoje przemyślenia i obserwacje nad naturą ludzką. Z nadejściem poranka ten spokój nie mijał. Szedł powolnymi krokami w stronę lasu, zbierając kasztany i gładkie otoczaki, które z powodu ich piękna nazywał swoimi skarbami.
W Zurychu zapisał się również na wykłady z chemii, zgodnie z obietnicą, jaką dał ojcu w Warszawie. Ale po kilku tygodniach nauka ta zaczęła go nudzić; uważał te badania laboratoryjne za zbyt suche i pozbawione duszy, te wszystkie analizy pierwiastków i substancji chemicznych. Jego serce tęskniło za życiem, za konkretnym człowiekiem i za dzieckiem. Nie rozmawiał o tym z nikim; uważał, że te dylematy to hiszpańska sprawa prywatna, z którą musi poradzić sobie sam. Jednak w głębi duszy wiedział jedno: jego przeznaczeniem jest praca wychowawcza i medycyna społeczna, a nie kariera naukowa w laboratoriach uniwersyteckich. Wiosna w Szwajcarii była przepiękna. Na łąkach rozkwitały tysiące kwiatów, a woda w potokach górskich szumiała głośno, zwiastując nadejście ciepłych dni. Dla Henryka ten kontakt z naturą był wielkim przeżyciem, które rozjaśniało mroki jego duszy i dodawało sił do dalszej walki. Młodzi studenci, z którymi spotykał się na uniwersytecie, byli ludźmi pełnymi ideałów i planów na przyszłość. Rozmawiano o rewolucji, o socjalizmie, o sprawach wolnościowych w Europie i to zaledwie w ciągu kilku dni, od kiedy przybył do tego nowego kraju. Zza okien pensjonatu rozciągał się widok na piękne jezioro, którego błękitne fale rozbijały się o brzegi miasta. Przejazd przez mosty i aleje spacerowe wywarł na nim wielkie wrażenie, zwłaszcza widok nowoczesnych tramwajów elektrycznych.
W Zurychu Henryk doświadczył wielkiej rewolucji urbanistycznej i technologicznej, jakiej nie znał z carskiej Warszawy. Miasto było czyste, doskonale zorganizowane, a na ulicach nie było widać ani śladu nędzy ani brudu, które tak bardzo go bolesne raniły w nędznych dzielnicach Pragi. Te obserwacje ugruntowały w nim przekonanie, że poprawa warunków bytowych ludzi i nowoczesna higiena miejska są kluczem do zdrowia całego społeczeństwa. „W Berlinie widziałem maszyny... zaawansowane... – pisał Henryk w swoim pamiętniku, porównując architekturę niemiecką ze szwajcarską. – Ale tutaj, w Zurychu, nowoczesność służy człowiekowi, a nie imperialnej dumie władców. Te domy robotnicze, te ogrody publiczne i te szkoły dla dzieci są wzorem, który musimy przenieść do Polski”. W miarę jak mijały tygodnie, Henryk zaczął dostrzegać kolejny, unikalny aspekt szwajcarskiego życia: emancypację kobiet. Na uniwersytecie studiowało wiele młodych dziewcząt, samodzielnych, odważnych, które głośno wyrażały swoje poglądy polityczne i naukowe, nie dbając o dawne, skostniałe zakazy świata dorosłych. Tę samą niezależność i dumę dostrzegł po latach u Stefanii Wilczyńskiej i jej przyjaciółki Julii, kiedy te powróciły ze studiów w Szwajcarii do Warszawy. W cichym gabinecie na Krochmalnej obie nauczycielki, przeglądając te stare dokumenty, powróciły nagle w rozmowie do tamtych szwajcarskich lat:
– Jakże bardzo pokochałam tamto miasto, tamtą wolność! – wyznała Julia ze łzami w oczach. – Dla mnie Zurych to był Raj na Ziemi, w którym nauczyłam się samodzielnego myślenia.
– Tak, to prawda, – odpowiedziała Stefa Wilczyńska. – Ja również tam studiowałam nauki przyrodnicze wraz z Julią. Ta wiedza z zakresu biologii i fizjologii była nam bardzo potrzebna, by móc uczyć dzieci w Domu Sierot. Chciałyśmy dać im wykształcenie oparte na faktach, wolne od przesądów.
unstable ten zawód nauczyciela był wtedy dla nas nowością, – dodała Julia. – W Polsce uważano, że kobieta z bogatego domu powinna siedzieć w salonie i grać na fortepianie, a my wybrałyśmy ciężką pracę z najbiedniejszymi dziećmi. Ta decyzja spotkała się z wielkim sprzeciwem ze strony naszych rodzin.
– Ale Doktor zawsze nas wspierał na tej drodze, – szepnęła Stefa, a na jej zmęczonej twarzy pojawił się blady uśmiech. – On doskonale rozumiał, że rewolucja pedagogiczna wymaga ludzi o otwartych umysłach, gotowych do poświęceń...
...My nie znamy jeszcze prawdziwych uroków Szwajcarii, – kontynuowała Julia, gdy siedziały w cichym gabinecie. – Ja mieszkałam wtedy przy ulicy Schweizergasse. Tam, w tym domu z dużymi oknami, spotkałam uchodźców z różnych krajów, z Rosji, z Niemiec, a nawet z dalekiej Italii. Ci poeci z kawiarni, ci rewolucjoniści marzący o wolności – ich słowa były pełne ognia i pasji, choć brakowało im grosza na chleb. Zawsze jednak dbali o czystość swoich ubrań, a w ich pokojach, mimo biedy, wszystko lśniło porządkiem. Ten stary profesor nieraz przychodził tam do nich, by rozmawiać o nauce. Henryk bardzo dobrze pamiętał te wykłady o anatomii i fizjologii, na które chodził w Zurychu. Ale to nie słowa profesora przyciągały jego uwagę; ważniejsza była dyskusja, jaka toczyła się wokół nowego modelu wychowania dziecka.
– Słyszał pan o metodach dr Marii Montessori? – zapytano go któregoś dnia w kawiarni uniwersyteckiej.
Nie, Henryk nie wiedział wtedy nic o tej kobiecie; jej nazwisko, słynne dziś na całym świecie, miało stać się głośne dopiero po roku 1905, kiedy to otworzyła swoją pierwszą placówkę edukacyjną w Rzymie i opublikowała oficjalne założenia swojej metody. Ale już wtedy, w roku 1901, te rewolucyjne idee krążyły w powietrzu. Wiadomości z Rzymu docierały do uniwersytetu w Zurychu, wywołując wielkie poruszenie wśród postępowych profesorów i studentów. Henryk słuchał tych opowieści z zapartym tchem, a w jego sercu rodziła się nowa, świetlana wizja: „Medycyna? – rozmyślał chłopak. – Tak, medycyna jest ważna, to mój zawód. Ale uważam za swój obowiązek połączenie jej z nowoczesną pedagogiką. To jest ta właściwa droga naukowa, która pozwoli mi odmienić los dziecka”. Po kilku latach, kiedy Stefa Wilczyńska i Julia powróciły ze Szwajcarii do Polski, zorganizowały w Warszawie system pracy oparty właśnie na tych nowoczesnych, europejskich zasadach. Stefa uważała, że te dotychczasowe, tradycyjne metody opieki nad sierotami są niewystarczające, by przygotować dzieci do samodzielnego życia i pracy w społeczeństwie. Henryk bardzo dobrze pamiętał owego profesora z Zurychu, tego, który bez ani jednego słowa krytyki potrafił zrozumieć dr Montessori i jej nowatorskie podejście do świata małych dzieci.
W tym samym czasie, gdy w Zurychu otwierano nowe zakłady dla dzieci z wadami rozwojowymi, dr Montessori rozpoczęła swoje wielkie badania nad dziećmi zdrowymi, tworząc podwaliny pod system przeznaczony dla maluchów w wieku trzech i czterech lat. Te rewolucyjne metody nie zostały od razu przyjęte z entuzjazmem przez konserwatywnych pedagogów w Europie. Byli tacy, którzy uważali, że brak surowej dyscypliny doprowadzi do buntu i chaosu wśród dzieci. Ale w Zurychu, a zaraz po nim – w innych nowoczesnych ośrodkach naukowych, te zasady wolności i samostanowienia dziecka zaczęły odnosić wielkie sukcesy. W oparciu o nie budowano pierwsze „Domy Dziecięce” (Casa dei Bambini). W systemie Montessori to nie nauczyciel jest tym, który rządzi dziećmi i narzuca im swoją wolę. Zadaniem pedagoga jest stworzenie bezpiecznego otoczenia, w którym dziecko może swobodnie rozwijać swoje naturalne predyspozycje i talenty. Ta niezależność dziecka była fundamentem całego systemu: wolność wyboru zajęć, swoboda ruchu, samodzielność w działaniu.
– Dziecko uczy się poprzez działanie, poprzez kontakt z przedmiotami, które prowokują jego umysł do myślenia – wyjaśniał Henryk w rozmowie z Elą, gdy wracali ze spaceru wzdłuż jeziora. – W tym małym świecie dziecka nie ma miejsca na pojęcia „dobra i zła” w rozumieniu dorosłych. Jeśli chłopak popełni błąd w trakcie układania klocków, nie należy go karać ani wyśmiewać się z niego; system sam pokazuje mu błąd, a on, poprzez cierpliwość i powtarzanie, dochodzi do właściwego wyniku. Dziecko musi zrozumieć, że porządek, czystość i cisza nie są nakazami dorosłych, ale wartościami, które służą jego własnej wygodzie i radości. Ucząc się samodzielnego jedzenia, czyszczenia butów, zapinania guzików czy sprzątania zabawek, mały człowiek zyskuje poczucie wolności, unika bezsilności i staje się pełnoprawnym obywatelem. To uwolnienie dziecka z więzienia dawnej szkoły i salonowych zakazów było dla Henryka najważniejszym odkryciem szwajcarskiego pobytu. Widział, że te metody wyznaczają rytm pracy dla uchodźców i badaczy społecznych na całym świecie. Ta nowa ścieżka pedagogiczna wymagała od niego całkowitego oddania: zorganizować dom dla sierot w Warszawie, w którym dzieci będą wolne, równe wobec prawa i bezpieczne. Po powrocie ze Szwajcarii, młody Henryk Goldszmit wiedział już dokładnie, którędy ma iść i jaki cel stoi przed nim v życiu. Z tymi rewolucyjnymi ideami w głowie wkraczał przez wielkie, żelazne drzwi uniwersytetu w Warszawie, gotowy do walki o prawa dziecka...
...w pokojach przestronnych, oświetlonych blaskiem słońca, bawiących się i uczących. Widzi je tam siedzące na podłodze lub wokół małych stolików dopasowanych do ich wzrostu. W szkole Montessori nie ma tradycyjnych nagród ani kar. Uważa się, że lęk przed karą lub chęć zdobycia zewnętrznej nagrody niszczą naturalną, autentyczną motywację dziecka do nauki. Edukacja powinna być procesem zindywidualizowanym, prostym, celowym i rzeczowym, wolnym od zbędnych wyjaśnień i metod nauczania dorosłych. Na tym właśnie opiera się rewolucyjny model „Domów Dziecięcych”: maluchy, zgromadzone wokół swoich małych stolików, uczą się wszystkiego same, badając otoczenie i wyciągając z tego wnioski. To jest ten zasadniczy kontrast wobec dawnej szkoły powszechnej, w której dzieci były zmuszane do bezwzględnego posłuszeństwa za pomocą surowych metod wychowawczych Fröbla – metod, które zabijały dziecięcą radość i kreatywność. W systemie Montessori dziecko uczy się samo, napędzane swoim naturalnym, wewnętrznym impulsem, który prowokuje je do działania i pracy – tam uczą się poprzez zaangażowanie.
„Wolność wyboru” to kolejna fundamentalna zasada w szkole Montessori. Dziecko samo wybiera materiał, z którym chce pracować, i czas, jaki chce na to poświęcić. Zadaniem pedagoga jest jedynie osłanianie tego procesu i usuwanie przeszkód, które mogłyby zahamować naturalny rozwój młodego człowieka. Liczne ćwiczenia, których celem jest rozwijanie zmysłów i motoryki małej, są precyzyjnie opracowane. Dziecko uczy się przez doświadczenie, a nie przez teorię. Ta analiza sensoryczna i psychologiczna była dla Henryka rewelacją: widział w tym system, który doskonale współgra z biologicznym rozwojem malucha. Druga faza tego procesu polega na dopasowaniu działań do możliwości fizycznych dziecka: samodzielne ubieranie się, mycie rąk, sprzątanie pokoju. Wszystko to służy budowaniu poczucia własnej wartości i niezależności. Trzecim etapem jest osiągnięcie pełnej autonomii i radosnego poczucia sprawczości w grupie rówieśniczej. Edukacja fizyczna w systemie Montessori również różni się od klasycznej gimnastyki szkolnej. Specjalnie zaprojektowane meble i przyrządy gimnastyczne (stworzone przez dr. Seguina) służą rozwijaniu koordynacji ruchowej, wzmacnianiu mięśni i kości uczniów. Dzieci spędzają długie godziny na świeżym powietrzu, w małych ogrodach, ucząc się uprawy roślin i opieki nad zwierzętami. Te codzienne obowiązki – podlewanie kwiatów, sprzątanie grządek, karmienie ptaków – dają im możliwość radosnej pracy i zabawy.
Zasada ta była Henrykowi bardzo bliska: badanie natury dziecka, jego biologii i psychologii stanowi fundament całego systemu. Montessori wprowadziła do swojej metody regułę: „Należy iść za dzieckiem, obserwować jego naturalne skłonności i talenty, a nie narzucać mu woli dorosłych”.
– Kto widział kiedyś czteroletnie dziecko, które samo potrafi czytać i pisać? – opowiadał Henryk z wielkim zachwytem, gdy wracali wieczorem z wykładu. – Montessori nie zmusza ich do nauki poprzez sztywne podręczniki szkolne, ale daje im do zabawy specjalne klocki, litery z tektury i drewniane ramki. Dziecko, bawiąc się tymi przedmiotami, nagle samo odkrywa tajemnicę pisma i czytania! To jest unikalne odkrycie pedagogiczne, które zrewolucjonizuje świat edukacji.
Henryk słuchał tych wykładów i brał udział w dyskusjach.
– Utopia, – mówili niektórzy studenci, gdy wychodzili z sali wykładowej. – To są piękne plany, panie Goldszmit, ale w naszym realnym świecie biedy i nierówności społecznych te metody nie mają szans na realizację.
– Dlaczego tak myślicie? – bronił idei Henryk. – Przecież te dzieci z warszawskich slumsów, te biedne sieroty, mają takie samo prawo do wolności i rozwoju jak bogate dzieci w Szwajcarii! Praca lekarza i wychowawcy musi opierać się na tej wierze.
Z tych wspomnień o szwajcarskich latach wyrosły przed jego oczyma zarysy dawnej Warszawy, obrazy z czasów jego własnego dzieciństwa: stróż Franek, kucharka Antosia, jej mała córka... Te dzieci ulicy, pozbawione opieki, stojące boso na śniegu, z bolesnym wyrazem głębokiego głodu w oczach... Te koszmary z przeszłości powróciły do niego z wielką siłą, budząc w jego sercu niepokój o los bliskich.
– Nie, to my zbudujemy dla nich nowy, bezpieczny dom, – szepnęła Stefa Wilczyńska w cichym gabinecie na Krochmalnej, zamykając ową szafę pełną pożółkłych dokumentów. – My uratujemy ich przed tym potwornym losem...
Po trzech miesiącach pobytu w Szwajcarii Henryk opuścił Zurych i wyruszył w drogę powrotną do Warszawy...