![]() | |
|
![]() |
| „Antena”, Rok III (1936), nr 3, strona 18, 19 stycznia 1936. |
GAWĘDY „STAREGO DOKTORA” („Antena”, Rok III (1936), nr 3, strona 18.
NIE—TO NIE...
A co ja mam sam tylko pisać? A co ja będę sam tylko smarował? Ani mi się śni! Swoją starą głowę męczyć? Starą głowę wysilać i łamać? Nie! Nie ma głupich. (Eee, są. Ale ja nie będę głupi).Dla dużego pisze duży. Dla młodego może młody pisać. Jeden napisze, a drugi czyta. Tak.Napisałem raz. Napisałem znów. A ty nic. A ty nic znów.Czekam, czekam.Jest list.Dałem do „Anteny”. Wydrukowali. Znów list. Znów „Antena” drukuje.No i nic. A ja czekam. I co? — Nic.Nie, to nie.Mam sam? Co to — to nie. Ani mi się śni.Wiem. Szkoła — nie mają czasu pisać. Ale będą święta, będzie czas.Wiem. Odpoczywają, bo szkoły nie ma, bo święta.Wiem. Choinka, wizyta, zabawki nowe.Bawią się wesoło, i nie chce się pisać.A ja to co? Też chcę. Chcę też odpoczywać i chcę bawić sięBo to może nawet nie podoba się nikomu, bo może nawet nie trzeba. Bo może nawet nikt tego nie czyta?Ano — zabieram manatki i wynoszę się z „Anteny”.— Świat nie torba — mówił Stasiek mały.— Świat nie torba — mówił.Nie tu, to tam.Nie obraziłem się, nie gniewam się. Poczekam. Sto listów muszę dostać. A nie, to nie, — to próba się nie udała.Mówi się: trudno — no to nie!I już...
Stary Doktór.
Ta "Gadaninka" kapitalnie obrazuje, jak ważna była dla Korczaka komunikacja z dziećmi; musiała być dwustronną umową społeczną. Jeśli on dawał coś z siebie (gawędę), oczekiwał od małych słuchaczy i czytelników odpowiedzi, listów i zaangażowania. Gdy tego brakowało, potrafił zastosować pedagogiczny szantaż i uderzyć w dumną, przekorną nutę: „Nie, to nie... zabieram manatki”.To właściwie stara nuta. Przeglądając pierwsze, pionierskie numery Małego Przeglądu z jesieni 1926 roku, widać wyraźnie, że Janusz Korczak toczył prawdziwą batalię o przełamanie dziecięcego lęku, wstydu i nieufności. Nie tylko prosił – on uczył dzieci, jak pisać szczerze i bezlitośnie ganił pierwsze „szablonowe” próby. Zachęcał, drukując kopie listów dzieci.
![]() |
| Nasz Przegląd - Mały Przegląd nr 0, 3 pazdziernika 1926 |
![]() |
| Mały Przegląd nr 2, 15 pazdziernika 1926 |
Zapowiedź Małego Przeglądu (3 października 1926).
Zanim ukazał się numer pierwszy, Korczak opublikował na łamach Naszego Przeglądu słynny apel zatytułowany „Do moich przyszłych czytelników”: [1]
„Jest wiele ludzi dorosłych, którzy piszą tylko dlatego, że się nie wstydzą; są dzieci, które mają wiele ciekawych pomysłów, uwag i spostrzeżeń, a nie piszą, gdyż nie mają odwagi albo im się nie chce. Dziennik nasz zachęci młodzież do pisania. Zachęci i ośmieli.”
„Wiadomości można będzie podawać ustnie, telefonicznie, przysyłać pocztą, dyktować lub pisać. Żeby było wygodnie, żeby nikt się nie wstydził, żeby się nie śmieli.”
Numer 1 (9 października 1926) – „Miła praca”
W inauguracyjnym numerze Małego Przeglądu Korczak opublikował krótki, manifestacyjny tekst, w którym wprost zdefiniował, jak wyobraża sobie rolę listów.
„...co tydzień ta robota: czekać na listy od dzieci, czytać, przepisywać, co kogo spotkało, co kogo boli, o czym chce napisać, tak to nie w książce, ale w życiu... Prawda – to duża robota. Więc ja sam dla siebie tego nie robię, ale dla dzieci, żeby ułatwić. Niech piszą, co chcą, sami, bez poprawiania... Janusz Korczak.”
Dla Korczaka brak odpowiedzi był najgorszą rzeczą na świecie. Oznaczał obojętność, pasywność i uległość – cechy, które system szkolny i dorosły świat siłą wtłaczały w dzieci. Doktor za wszelką cenę chciał sprowokować dziecko do reakcji, do buntu, do wyrażenia własnego zdania. Chciał z dzieckiem wejść w relację dwustronną (bilateralną) – jako partner z partnerem. M.in. Dlatego chętnie zatrudniał jako wychowawców młodych, u których czasami różnica wieku była tylko 5–6 lat.
Korczaka „zaczepki” w sierocińcach i Sądzie Koleżeńskim idealnie tłumaczą jego strategię. Korczak celowo „zaczepiał” dzieci w Domu Sierot – czasem rzucił przekorne słowo, czasem zabrał zabawkę albo celowo złożył „fałszywe” oskarżenie. Wszystkie jego działania to nic innego niż pedagogiczna prowokacja, gdzie celem „zaczepki” było rozpoczęcie dialogu. Tylko po to, by dziecko nie schowało głowy w ramiona, ale dumnie odpowiedziało: „Panie Doktorze, tak nie wolno!” albo „Podaję Pana do Sądu!”. Podany do Sądu Korczak uważał, że wygrał sprawę, zanim Sąd wydał wyrok, albowiem kiedy dziecko składało skargę do Sądu Koleżeńskiego przeciwko Korczakowi (a działo się to regularnie, co potwierdzają zachowane protokoły), Doktor był najszczęśliwszym człowiekiem w domu. Sprawa w sądzie oznaczała, że dziecko uwierzyło w sprawiedliwość, przestało się bać dorosłego i weszło z nim w jawny, sformalizowany proces bilateralny. Sąd nie był dla niego karą – był bezpieczną przestrzenią dialogu, którą sam dla nich stworzył.
Dokładnie ten sam mechanizm widać w Antenie w 1936 roku i dziesięć lat wcześniej, w 1926 roku, w pierwszych numerach Małego Przeglądu. Kiedy Korczak (Stary Doktor) pisze: „Zabieram manatki i wynoszę się”, stosuje ten sam „pedagogiczny szantaż” i zaczepkę. Mówi dzieciom: Nie bądźcie tylko biernymi konsumentami mojego głosu. Jeśli nie odpowiecie, jeśli nie wejdziecie ze mną w dialog, ta instytucja nie ma sensu.
To niesamowite, jak uniwersalny był jego system – ta sama zasada bilateralności rządziła w radiu, w kolumnie gazety i podczas obrad sądu zarówno w Domu Sierot na Krochmalnej, jak i Naszym Domu na Bielanach.
Ten unikalny artykuł „Nie – to nie…” z tekstem o „zabieraniu manatek” ukazał się dokładnie w tygodniku „Antena”, rok III (1936), nr 3, strona 18 (czyli w trzecim tygodniu stycznia).
To idealnie zgadza się z faktami – to był właśnie ten przełomowy, niezwykle trudny 1936 rok, w którym z powodu narastającej nagonki i nacisków antysemickich audycje Starego Doktora zostały zdjęte z anteny Polskiego Radia. Tekst ze stycznia 1936 roku (numer 3) był więc jedną z jego ostatnich, dumnych radiowych prowokacji przed tym przymusowym wyciszeniem. Korczak powrócił do Polskiego Radia z audycją "Samotność dziecka - gawęda Starego doktora" w środę, 3 marca 1938 roku. Tak jak poprzednio, było to 15-minutowe słuchowisko.**- Korczak celowo używał języka ulicy, gwary warszawskich dzieci i prostych, dosadnych powiedzeń („zabieram manatki i wynoszę się”, „świat nie torba”), aby całkowicie zburzyć sztuczny, profesorski dystans między dorosłym a dzieckiem.
- W jego ustach „zabieranie manatek” stało się hasłem pedagogicznego strajku. Pokazywało dzieciom, że Stary Doktor nie jest instytucją przybitą do radiowego stołka na zawsze. Był tam tylko pod warunkiem, że po drugiej stronie jest żywy odbiorca. Gdy tego brakowało, dumnie „zwijał manatki”, ucząc dzieci, że każda relacja wymaga obustronnego szacunku i zaangażowania. Zwrot ten, choć stary i potoczny, do dziś pozostaje idealnym narzędziem do wyrażenia bezkompromisowej autonomii.
![]() |
| „Antena”, Rok V (1938), nr 9, 27 lutego 1938. |


.png)


