Współpraca młodego Henryka Goldszmita (Janusza Korczaka) z tygodnikiem „Wieczory Rodzinne” w 1901–1902 roku to fascynujący moment, w którym narodził się „Janusz” jako autor piszący bezpośrednio dla dzieci. Korczak studiował wówczas medycynę na Wydziale Lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego (III kurs medycyny, czwarty rok jego studiów). Główny kampus oraz prosektoria zlokalizowane były przy pobliskim Krakowskim Przedmieściu. Spacer z wykładów lub laboratoriów anatomicznych na ulicę Mazowiecką zajmował mu zaledwie kilka minut.
Janusz Korczak bywał w redakcji tygodnika ul. Mazowieckiej pod numerem 8 (zgodnie z Warszawskim Rocznikiem Adresowym) oraz pod numerem 10.
W 1901 roku Janusz Korczak opublikował na łamach tego pisma 4 utwory. Wszystkie były krótkimi formami beletrystycznymi (opowiadaniami, powiastkami, miniaturkami), przeznaczonymi bezpośrednio dla najmłodszych czytelników i podpisanymi skróconym pseudonimem „Janusz”.
Choć ilościowo dorobek Korczaka w „Wieczorach Rodzinnych” był skromny (w tym samym czasie znacznie więcej tekstów publicystycznych pisał dla dorosłych do „Wędrowca” czy „Głosu”), pismo to miało fundamentalne znaczenie dla jego biografii. To właśnie tam student medycyny z Mazowieckiej przeszedł praktyczny chrzest bojowy w pisaniu dla dzieci. Doświadczenia te bezpośrednio utorowały mu drogę do stworzenia późniejszych arcydzieł literatury dziecięcej.
Oto kompletna lista tych tekstów:
- „Co mówią zabawki?” – (Nr 4, str. 13) – Przełomowa miniaturka, w której autor oddaje głos przedmiotom z dziecięcego pokoju, pokazując, jak dziecięca wyobraźnia ożywia świat.
- „Najmilszy podarek” – (Nr 16, str. 43) – Pouczające opowiadanie o empatii i bezinteresowności.
- „Pogawędka” – Krótka forma dialogowa, ucząca dzieci wzajemnego zrozumienia i uważności.
- „Przeprowadzka” – (Nr 52) – Lekkie, a zarazem psychologiczne opowiadanie o dziecięcej zabawie imitującej dorosłe życie.
Mnie jajbardziej spodobala sie Przeprowadzka i Ignac.
PRZEPROWADZKA.
— Chcesz się bawić w przeprowadzkę?
— Ach, dobrze, dobrze.
— No, to ty bądź panią, a ja będę przewoźnikiem.
Kazio plecami przywiązał konia na biegunach do krzesła. Krzesło — to fura do rzeczy.
— Dzień dobry pani. To pani kazała mi przyjść, żeby przewieźć meble?
— Tak, to ja was zamówiłam. A ile chcecie za to?
— Trzy ruble.
— O, to bardzo drogo. Może dwa ruble będzie dosyć.
— Nie, proszę pani, za dwa ruble ja nie mogę podjąć się tej pracy.
— No, to dam trzy ruble. Ale żeby się meble nie zniszczyły.
— Niech pani będzie spokojna. Alboż to ja pierwszy raz przewożę rzeczy?
Kazio kładzie na furę szafkę, stolik, dwa krzesełka, pudełka, lalki, wózek. Helenka mu pomaga, bo rzeczy są ciężkie.
— A ze szkłem co będzie?
— Szkło trzeba osobno ułożyć.
Garnuszki, talerzyki, podstawki i filiżanki — wszystko to związano osobno i ułożono w wózku z pościelą.
— Teraz już się nie stłucze.
Kazio siada na konia.
— Wio! wio! Prędzej koniku. Zarobimy trzy ruble, dostaniesz owsa i siana. Ty lubisz owies. Wio! wio!
Konik pędzi kłusem.
— Prrr! stój!
Zajechali.
Helenka jest już na nowem mieszkaniu i czeka niepokojna.
— Myślałam, że już nie przyjedziecie.
— A cóż jabym zrobił z rzeczami?
— Mogło wam się stać coś złego.
— E, co się miało stać? Koń zdrów, fura mocna, ja także nie gapa, patrzę dobrze, gdzie i jak jadę.
— Nic się nie złamało?
— Nic.
Kazio ostrożnie zdejmuje z wozu meble.
— Gdzie szafę postawić?
— Tu, koło okna.
Kazio ustawia wszystko na miejscu.
— Niech pani Bóg błogosławi na nowem mieszkaniu.
— Dziękuję wam. No, macie tu trzy ruble, a tu jeszcze 15 kopiejek na pierniki dla dzieci.
— Dziękuję pani. A to się dzieciaki uradują. O bo dzieci lubią słodycze, tylko nie zawsze można je kupować. Trzeba zbierać grosze na komorne, potem na życie, na siano dla konia.
— A ile zarabiacie na to wszystko?
— Chwalić Boga, człowiek zawsze pracę znajdzie, ale na zbytki niema. I żona mi pomaga, pierze bieliznę. Syn jeden w terminie u stolarza, za rok już będzie dostawał parę rubli na miesiąc.
— A córkę macie?
— Jest jedna, ma sześć lat dopiero, umie trochę czytać.
— A kto ją uczy?
— Rozmaicie, proszę pani, czasem ja mam trochę czasu, czasem żona, a nie, to mała sama weźmie elementarz i czyta a czyta.
— Dajcie jej ode mnie tę lalkę. Ja mam dwie, to mogę jedną oddać.
Kazio rozśmiał się.
— Co ty pleciesz, Helenko, taka pani, co się przeprowadza, to przecież nie bawi się lalkami.
I Helenka rozesmiała się.
— Ale dobra zabawa, co?
— Dobra.
— Jak przyjdzie do nas Józio z Manią, to oni będą niby mojemi dziećmi. Prawda?
— Tak.
— Dzieci! chodźcie na obiad! — woła mama z drugiego pokoju.
Kazio prędko odprzęga konia, stawia krzesło na miejsce, Helenka wyjmuje z wózka swoje gospodarstwo i ustawia w szafce.
— Dzieci! waza na stole!
— Jesteśmy, mamusiu.
— Ach, dobrze, dobrze.
— No, to ty bądź panią, a ja będę przewoźnikiem.
Kazio plecami przywiązał konia na biegunach do krzesła. Krzesło — to fura do rzeczy.
— Dzień dobry pani. To pani kazała mi przyjść, żeby przewieźć meble?
— Tak, to ja was zamówiłam. A ile chcecie za to?
— Trzy ruble.
— O, to bardzo drogo. Może dwa ruble będzie dosyć.
— Nie, proszę pani, za dwa ruble ja nie mogę podjąć się tej pracy.
— No, to dam trzy ruble. Ale żeby się meble nie zniszczyły.
— Niech pani będzie spokojna. Alboż to ja pierwszy raz przewożę rzeczy?
Kazio kładzie na furę szafkę, stolik, dwa krzesełka, pudełka, lalki, wózek. Helenka mu pomaga, bo rzeczy są ciężkie.
— A ze szkłem co będzie?
— Szkło trzeba osobno ułożyć.
Garnuszki, talerzyki, podstawki i filiżanki — wszystko to związano osobno i ułożono w wózku z pościelą.
— Teraz już się nie stłucze.
Kazio siada na konia.
— Wio! wio! Prędzej koniku. Zarobimy trzy ruble, dostaniesz owsa i siana. Ty lubisz owies. Wio! wio!
Konik pędzi kłusem.
— Prrr! stój!
Zajechali.
Helenka jest już na nowem mieszkaniu i czeka niepokojna.
— Myślałam, że już nie przyjedziecie.
— A cóż jabym zrobił z rzeczami?
— Mogło wam się stać coś złego.
— E, co się miało stać? Koń zdrów, fura mocna, ja także nie gapa, patrzę dobrze, gdzie i jak jadę.
— Nic się nie złamało?
— Nic.
Kazio ostrożnie zdejmuje z wozu meble.
— Gdzie szafę postawić?
— Tu, koło okna.
Kazio ustawia wszystko na miejscu.
— Niech pani Bóg błogosławi na nowem mieszkaniu.
— Dziękuję wam. No, macie tu trzy ruble, a tu jeszcze 15 kopiejek na pierniki dla dzieci.
— Dziękuję pani. A to się dzieciaki uradują. O bo dzieci lubią słodycze, tylko nie zawsze można je kupować. Trzeba zbierać grosze na komorne, potem na życie, na siano dla konia.
— A ile zarabiacie na to wszystko?
— Chwalić Boga, człowiek zawsze pracę znajdzie, ale na zbytki niema. I żona mi pomaga, pierze bieliznę. Syn jeden w terminie u stolarza, za rok już będzie dostawał parę rubli na miesiąc.
— A córkę macie?
— Jest jedna, ma sześć lat dopiero, umie trochę czytać.
— A kto ją uczy?
— Rozmaicie, proszę pani, czasem ja mam trochę czasu, czasem żona, a nie, to mała sama weźmie elementarz i czyta a czyta.
— Dajcie jej ode mnie tę lalkę. Ja mam dwie, to mogę jedną oddać.
Kazio rozśmiał się.
— Co ty pleciesz, Helenko, taka pani, co się przeprowadza, to przecież nie bawi się lalkami.
I Helenka rozesmiała się.
— Ale dobra zabawa, co?
— Dobra.
— Jak przyjdzie do nas Józio z Manią, to oni będą niby mojemi dziećmi. Prawda?
— Tak.
— Dzieci! chodźcie na obiad! — woła mama z drugiego pokoju.
Kazio prędko odprzęga konia, stawia krzesło na miejsce, Helenka wyjmuje z wózka swoje gospodarstwo i ustawia w szafce.
— Dzieci! waza na stole!
— Jesteśmy, mamusiu.
Janusz.



