Friday, September 4, 2026

Sabry z "Kibucu Korczaka" - Trzeci powrót do Ein Harod.




Trzeci powrót do Ein Harod.

Gdy w 1936 roku nakładem Towarzystwa Wydawniczego „Rój” ukazało się wznowienie głośnego reportażu Ksawerego Pruszyńskiego zatytułowanego „Palestyna po raz trzeci”, mało który czytelnik w Polsce w pełni rozumiał mistyczny i historiozoficzny ciężar ukryty w tym tytule. Pruszyński nie pisał przecież o swojej trzeciej osobistej podróży – wiosną 1933 roku odwiedził Mandat Palestyny po raz pierwszy w życiu. Tytuł był śmiałą i wizjonerską tezą dziejową. Oznaczał trzecią wielką epokę powrotu narodu żydowskiego do Ziemi Świętej: po pierwszym wyjściu z Egiptu pod wodzą Mojżesza i po drugim powrocie z niewoli babilońskiej za czasów Ezdrasza i Nehemiasza, nadeszła epoka trzecia – współczesna, budowana przez dwudziestowiecznych pionierów syjonistycznych. Przekształcali oni malaryczne bagniska i jałowe pustynie w tętniące życiem oazy.

Pod koniec lat trzydziestych, w Warszawie przy ulicy Krochmalnej 92, zmęczony walką o chleb dla swoich podopiecznych Janusz Korczak nosił w sercu dokładnie to samo marzenie. Wyjazd zaplanowany przez Doktora na wrzesień 1939 roku miał być jego trzecią podróżą do Erec Israel. Los, rękami hitlerowskich najeźdźców, brutalnie te plany przekreślił, zamykając bramy wolności i skazując wychowanków Domu Sierot na piekło getta. Jednak to właśnie w jednym z palestyńskich kibuców – w legendarnym Ein Harod położonym w malowniczej Dolinie Jezreel – drogi reporterskiego spojrzenia Pruszyńskiego i pedagogicznego serca Korczaka splatały się w sposób absolutnie niezwykły.


Łącznikiem tym był Arie Buchner – dawny wychowanek i bursista z Krochmalnej, który opuścił Polskę i osiadł w Ein Harod, stając się jednym z jego założycieli. Kiedy Pruszyński przybył do kibucu, to właśnie Buchner stał się jego przewodnikiem po nowej rzeczywistości. Pokazał mu świat, który odwiedzała już wcześniej współtwórczyni Domu Sierot, Stefania Wilczyńska, i w którym sam Korczak odnajdywał mistyczne wzruszenie. Po swojej pierwszej podróży w 1934 roku Doktor pisał w liście do Mieczysława Zylberta słowa, które brzmią niczym duchowe wyznanie: 
„Moi pradziadowie, dziadowie i ojciec – nikt z nich nie był w Palestynie. Ja jestem pierwszym z mojego rodu, który stanął na tej ziemi. Czuję na sobie spojrzenia tych wszystkich pokoleń, które modliły się o powrót do Erec, a których marzenie spełnia się we mnie”.

To, co dla Korczaka było intymnym przeżyciem religijnej wręcz ciągłości, Pruszyński na kartach swojego reportażu ujął w ramy genialnej i bolesnej zarazem analizy socjologicznej. Na stronach 89–93 swojej książki polski reporter dokonał przejmującego porównania, które do dziś rzuca na kolana każdego historyka i badacza tamtej epoki. Patrząc na dzieci urodzone i wychowujące się w Ein Harod, na pierwszych Sabrów, pisał z nieskrywanym zachwytem: 
„Dzieci te urodzone już były w Palestynie, nie na wygnaniu. Dla nich pogrom w Płoskirowie i wypadki niemieckie, będą już historją, będą tem, czem dla nas są Kroże, a dla naszych dzieci będzie Radzymin. Potocznie, dzieci urodzone w Palestynie, nazywa się tu „sabry“ — od nazwy polnego, zwykłego w tym kraju krzewu”.

To zdrowe, opalone słońcem i wolne od strachu pokolenie, które rano maszerowało do pracy na roli i wychowywało się w domach dziecięcych nie z chęci ideologicznej separacji od rodziców, lecz z twardych, pragmatycznych i ekonomicznych realiów bliskowschodniego klimatu, wywołało u Pruszyńskiego natychmiastowe, bolesne skojarzenie z rodzinnym krajem. Kontrast, jaki zarysował, uderzał prosto w serce polsko-żydowskiej codzienności: 

„Sabry Ain Charothu, żywe i wesołe, odprowadziły nas ukłonami, gdy na drugi dzień poszliśmy Emekiem dalej. Pomyślałem jeszcze o nędznych, słabowitych, wrzaskliwych i cherlawych dzieciach naszego ghetta. Gdyby można zestawić takich dwoje — synów jednego i tego samego narodu, tak postawić poprostu obok siebie i pokazać ludziom, — możeby się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania, a światem odnalezienia ojczyzny”.

Te nędzne i cherlawe dzieci, o których wspominał z żalem Pruszyński, były przecież codziennością Janusza Korczaka. To o ich godność i wyprostowane plecy walczył Doktor w murach Domu Sierot, wprowadzając sądy koleżeńskie, dziecięcy sejm i sprawiedliwe dyżury. Chciał zaszczepić w nich dumę Sabrów pośród szarości i nienawiści warszawskich ulic. W swoim artykule „Trzy dni w Ein Harod”, opublikowanym na łamach prasy po powrocie do Polski, Korczak pisał z głębokim podziwem: 
„Chodzę po tej ziemi i czuję, że każdy kamień ma tu swoją opowieść. Dla moich przodków była to ziemia modlitwy i tęsknoty. Dla mnie, starego człowieka z Warszawy, stała się ziemią zdziwienia – widzę tu dzieci, które rodzą się wolne na ziemi swoich praojców i mówią językiem Biblii tak naturalnie, jakby nigdy z tej ziemi nie odchodziły”.

Tragizm tej historii dopełnił się w Warszawie latem 1942 roku. Droga do świata „odnalezienia ojczyzny” została bezpowrotnie odcięta drutem kolczastym i murami getta. A jednak, zamknięty w ciasnocie i pośród szalejącego głodu, Korczak do ostatnich chwil wracał myślami do Doliny Jezreel. W swoim pisanym przed śmiercią „Pamiętniku” pozostawił przejmujący ślad tęsknoty za niedoszłą, trzecią podróżą: 
„Pragnąłem tam umrzeć, wśród tamtych dzieci, na ziemi, która przestała być tylko wspomnieniem z modlitewnika, a stała się żywym domem”. 

Analizując dziś reportaż Pruszyńskiego i pisma Korczaka, widzimy wyraźnie, że Ein Harod miało być dla Starego Doktora miejscem, gdzie jego pedagogiczna utopia o wolnym i dumnym dziecku wreszcie przestała być wyłącznie schronieniem przed brutalnym światem, a stała się twardą, namacalną rzeczywistością.