Rozdział dwudziesty piąty
Koncerty
Byli tacy, którzy mówili, że w tym roku w getcie nie będzie wiosny.
Wszak wycięto na opał ostatnie drzewa, które rosły tu i ówdzie wzdłuż ulic – strzępy dawnych małych ogródków miejskich o powierzchni kilku metrów kwadratowych na podwórkach i w skwerach publicznych. Ogród Krasińskich – jedyny wielki park, który należał niegdyś do dzielnicy żydowskiej – Niemcy pozostawili poza murem, celowo chcąc ograbić Żydów również z ostatnich resztek świeżego powietrza i zieleni.
Jednak wiosenny wiatr, przepełniony zapachem wilgotnej ziemi, docierał tu jak zwykle na początku chłodnej wiosny, niosąc ze sobą zapach pól i odległych ogrodów. Przynosił miastu obietnicę lepszych dni – nie docierał tu bezpośrednio, lecz musiał przedostać się ponad murem. Blokował go zaduch tłumów stłoczonych ludzi, stacji kolejowych i unoszący się v powietrzu dym. Dorośli ludzie rzadko podnosili głowy do góry: tylko na tle czystego i jasnego nieba, widocznego ponad krawędziami brudnych murów, domyślali się, że zima dobiega końca.
Jednak dzieci poczuły ją od samego początku. Między ruinami zbombardowanych domów, na małych i pustych placach, a czasem na wpół zrujnowanych murach, gdzieniegdzie wyrosły żółte mlecze oraz rzadkie kępki trawy. Maluchy spośród dzieci przeżuwały je dla własnej przyjemności.
Podczas spacerów po mieście doktor spotykał te grupy dzieci bawiących się wśród ruin. Głośne i huczne zabawy nie były im już znane i dawno zaprzestały zabaw w pogonie czy bieganie. Spuchnięte i słabe nóżki odmawiały im posłuszeństwa. Dlatego też siedziały v małych grupkach, rzucając kamieniami do jakiegoś celu lub rysując coś węglem na zimnym murze, za pomocą patyka na plecach kolegi lub patykiem na chodniku.
Optymizm dzieciństwa był dla nich lekarstwem niczym świeże powietrze do oddychania. Dopóki maleństwo nie myśli o śmierci i głodu, katastrofa wydaje się po prostu akceptowalna dla jego umysłu. Maluch bawi się w błocie z takim samym zapałem i zadowoleniem w sercu jak dawniej. Nie posługuje się wyobraźnią, aby odsunąć od siebie te wszystkie przejawy nędzy, które v ostatnim czasie stały się częścią dorosłych bez żadnych złudzeń, wykraczając poza zdolność pojmowania najmłodszych.
W getcie bez przerwy szerzyły się różne wychowawcze trendy. Są tacy, którzy uważają, że należy przygotowywać dzieci na straszliwą rzeczywistość. Inni, jak Doktor i Stefa, którzy zawsze pozostawali wierni swoim zasadom, starają się zapobiegać ich cierpieniu i rozjaśniać je, na ile to możliwe, oraz opóźniać ich zetknięcie z prawdą.
Z doświadczenia wiadomo było, że niemowlę i tak w to nie uwierzy, nawet jeśli zapłacze; rzeczywiście, dzieci nigdy nie akceptowały i nigdy nie były zadowolone z jakiegoś złego obrotu spraw. Świadomość, że nadejdzie odpłata v postaci nagrody, oraz miłość zrodzona z „Czerwonego Kapturka” musi przetrwać, podczas gdy wokół panuje zamęt, a czerwona flaga i panowanie władzy dają złudzenie, że maluchy tworzą dla siebie iluzję szczęścia i wolności we wszystkim, co ich otacza.
Takie były rozważania Doktora w drodze powrotnej do domu przy ulicy Dzielnej. W ostatnim czasie unikał on patrzenia na te smutne oczy dzieci, tak aby nie widzieć oszustwa, w którym żyją, kłócąc się i spierając z dorosłymi, i z powodu którego wszelkie ludzkie uczucia zostaną wkrótce zniweczone. Zbyt wiele razy tego nie chciał.
Zwolnił kroku i zatrzymał się, przechodząc obok grupy dzieci, które stłoczyły się na posadzce korytarza i patrzyły na niego. Zbliżył się i stanął nad nimi, a on sam rzekł do nich:
– Przyjdźcie dzisiaj o godzinie piątej na podwórko, będzie koncert.
– Wolno przyprowadzić także moją młodszą siostrę?
– Wolno wam przyprowadzić każdego, kogo tylko chcecie.
– Przyjdźcie dzisiaj o godzinie piątej na podwórko, będzie koncert.
– Wolno przyprowadzić także moją młodszą siostrę?
– Wolno wam przyprowadzić każdego, kogo tylko chcecie.
Nie był to pierwszy koncert tego lata, na który Doktor zaprosił dzieci z getta.
Doktor pozostał
Zanim tłum zdołał zebrać się wokół prowizorycznej sceny, wokół bębna ustawionego w wyznaczonym miejscu na scenie, Doktor przechadzał się wśród tłumu. Dzień był gorący, a oni siedzieli skuleni w grupach na posadzce podwórka, z którego zniknęła trawa. Doktor przyglądał się twarzom dzieci z getta. Poza nielicznymi, na których twarzach malowało się zadowolenie, dzieci wokół niego wyglądały na znużone. Nie trzeba było ich uciszać: milczące, z rezygnacją v oczach czekały na rozpoczęcie występu.
Od czasu do czasu podchodził do tych, którzy wydawali mu się najcichsi i najbardziej chorzy, badał puls na ich przegubach, dotykał czoła, podnosił powiekę, z trudnością wyczuwając słabnące tętno. Z kieszeni wyciągał cukierka lub plasterek figi.
– Zjedz to, a po spektaklu przyjdziesz po jeszcze jedną łyżkę tranu – mówił.
– Zjedz to, a po spektaklu przyjdziesz po jeszcze jedną łyżkę tranu – mówił.
Inne dzieci patrzyły na nich oczami wyrażającymi tęsknotę za tym, co im przypadnie w udziale.
– A dla mnie? Czy nie ma już ani jednej sztuki w pudełku? Nie ma dla was wszystkich. – Był zły na samego siebie, czuł wstyd. – I dlatego pomyśl o tym, jutro kupię więcej cukierków i zrobię wszystko, żeby tran popłynął z tej butelki z lekarstwem.
– Sam pójdę do polskiej apteki, może tam sprzedadzą mi tran – rozważał w duchu.
– A dla mnie? Czy nie ma już ani jednej sztuki w pudełku? Nie ma dla was wszystkich. – Był zły na samego siebie, czuł wstyd. – I dlatego pomyśl o tym, jutro kupię więcej cukierków i zrobię wszystko, żeby tran popłynął z tej butelki z lekarstwem.
– Sam pójdę do polskiej apteki, może tam sprzedadzą mi tran – rozważał w duchu.
Odrzucił te myśli. Wyjście po tamtej stronie miało swoją cenę, wiązało się z ryzykiem.
– Przecież mam tam znajomych i przyjaciół – przypomniał sobie. – Zdobędę trochę grosza i lekarstw. Nadal cieszył się z tego powodu.
– Większość z nich to dobrzy ludzie, którzy pamiętają pana w tamtym mieście – odpowiedziała. – Mogą jednak donieść.
– Przecież mam tam znajomych i przyjaciół – przypomniał sobie. – Zdobędę trochę grosza i lekarstw. Nadal cieszył się z tego powodu.
– Większość z nich to dobrzy ludzie, którzy pamiętają pana w tamtym mieście – odpowiedziała. – Mogą jednak donieść.
Obawiali się wielu osób, które mogłyby uciec ze swoimi źródłami, ale pomysł ten: aby donieść na litościwego człowieka, był rzeczą daleką od śmierci. Wiara Doktora w człowieka wciąż nie wygasła.
– W getcie są też dobre strony – zwrócił się do Batii przed rozpoczęciem koncertu. – Dawniej groziło nam niebezpieczeństwo epidemii tyfusu, która mogła przenieść się z oddziału dla niemowląt. Teraz żaden obcy człowiek nie wejdzie do tej zakazanej strefy. Jesteśmy tu sami.
Dzieci czuły to samo. Przemijał lęk. Czekano na nadejście zmian. Koncert otwarto, rzecz jasna, grą na bębnie. Innych instrumentów muzycznych, poza fletem, nie było. Józef grał na flecie, był artystą wśród muzyków, a oni wprowadzili nastrój radości: krakowiaki i kujawiaki. Flet Józefa był dziś uosobieniem jego siły i nie było w nim zmęczenia. Jednak pragnienie zysku i artystyczna duma sprawiły, że odwrócił swoją uwagę od zmęczenia. Człowiek oddychał głęboko v piersi i grał bez przerwy. Potem nadeszła kolej na Dorkę, która śpiewała pieśń o wojnie, o ojcu, który zginął w walce, i o matce, która musiała ciężko pracować. Dzieci wtórowały jej chórem: „Lulu, lulu, maleństwo”.
Jednak „numerem popisowym” w programie był zawsze występ Doktora.
Do tego występu przygotowywał się ze szczególną dokładnością, gdyż uważał go za jeden z fundamentów mających wpłynąć na duszę dziecka; zwykł mawiać do lekarza piszącego receptę: „Tak jak potrzebny jest lekarstwu środek przeczyszczający do oczyszczenia żołądka, tak i ta pieśń jest potrzebna do leczenia infekcji...”. W ten sposób narodziła się i utkała więź oparta na realiach. Mieszał bajkę z najsurowszą rzeczywistością, w której element humoru tkwił v codziennej trosce, wznosząc ponad nią wszystkie pieczęcie prawdy.
Zawsze uparcie walczył o prawa tej baśni. Dorośli nie rozumieli jej wartości i twierdzili, że dzieci nie potrzebują takich nierealnych opowieści, które tylko mącą ich umysły fałszywymi wyobrażeniami, oddalając je od realiów życia. Wiele było sporów na ten temat; byli ludzie, którzy bronili dzieci przed baśniami niczym przed zaraźliwą chorobą. Był to czas, kiedy racjonaliści ogłosili wojnę z Andersenem, Grimmem i resztą, jakby w ludzkiej mocy leżało ułożenie losu bez wyobraźni, jakby nasza epoka nie była winna wdzięczności za rozwój najbardziej nierealistycznych idei.
Jednak najważniejsze było to, że potrafił zjednać sobie serca. Przed wieloma laty intencją Doktora było stworzenie stałej legendy... Jednak na żadnym z uniwersytetów nie dawano mu rad – wręcz przeciwnie: wszystkie jego wykłady w seminariach nauczycielskich traktowano przez wykładowców niczym dzieło świętokradztwa. Może to i dobrze, że tak się nie stało... Bo przecież nie v ten sposób rodzi się życie.
Skupił się całkowicie na temacie dzisiejszego występu. Co miał powiedzieć tym dzieciom, aby przynieść im choć jedną godzinę radości, wywołać śmiech i radość życia? Czy te gorzkie lekarstwa pomogą głodnemu tłumowi zebranemu na podwórku? Niech sami o tym zadecydują... Mają przecież v sobie zdrowy zmysł dziecięcy, który pozwala im odróżnić to, co jest im potrzebne.
Gdy tak stał, w ułamku sekundy poczuł nagle, jak obok niego materializuje się postać z podwórka. Magicy tacy jak ten krążyli od wielu lat po podwórkach Warszawy; były to tradycyjne zespoły muzyków. Składali się z muzyków z miasteczek, z utalentowanej rodziny muzycznej, odtwórców ról cyrkowych, czy trubadurów, którzy pojawiali się raz na jakiś czas. Rozpościerali na ziemi podwórka dywan, a ich dobytek znajdował się w małym koszyku z wikliny. Ojciec rodziny grał na akordeonie, starsza córka trzymała małą małpkę na ramieniu; była to żywa istota, wysłana na zwiady, ubrana w brudną spódniczkę z jedwabiu, tańcząca na dwóch nogach, podczas gdy druga córka zbierała do swojej czapki monety wrzucane w papierkach przez widzów, rzucane jej z okien.
Doktor rozejrzał się wokół; w oknach podwórka stali dorośli i przyglądali się. Patrzyli z ciekawością w oczach i szeptali, zupełnie jak podczas występu tego zespołu z podwórka. Wstyd ich ogarniał – z powodu dbałości o zewnętrzny wygląd; gimnastyczka nosiła piękny, dopasowany strój, jej głowa była uniesiona do góry, włosy były upięte i lśniły złotem. I co z tego? Spodnie, które na niej wisiały, były poszarpane i zniszczone niczym u Charliego Chaplina. W tamtej chwili był gotów i gotowy zapaść się pod ziemię. Ale dzieci zawołały:
– Bajkę, bajkę! – i głodne głosy poprosiły o opowieść.
– O czym mam wam dzisiaj opowiedzieć? – zapytał.
– O Matatiaszu – krzyknęły.
– O Jotamie – doszedł nas głos... – który jest śmieszny.
– Bajkę, bajkę! – i głodne głosy poprosiły o opowieść.
– O czym mam wam dzisiaj opowiedzieć? – zapytał.
– O Matatiaszu – krzyknęły.
– O Jotamie – doszedł nas głos... – który jest śmieszny.
Uniósł oczy ku górze. Chmura, lekka i zwiewna, niczym sterta piór, unosiła się nad podwórkiem. Spojrzał na nią, uśmiechnął się w stronę dzieci... On sam zapomniał o wszystkim... i zaczął opowiadać o Jotamie.
– Jotam kochał zakłady – powiedział, wypowiadając te słowa ze szczególnym wyrazem twarzy, tak jak opowiadali jego koledzy o dzieciach – i dlatego założył się, że wejdzie do dwunastu sklepów i zrobi zakupy, udając, że chce coś kupić, mimo że nie ma przy sobie ani grosza.
– Jotam kochał zakłady – powiedział, wypowiadając te słowa ze szczególnym wyrazem twarzy, tak jak opowiadali jego koledzy o dzieciach – i dlatego założył się, że wejdzie do dwunastu sklepów i zrobi zakupy, udając, że chce coś kupić, mimo że nie ma przy sobie ani grosza.
Dzieci śmieją się. Większość z nich słyszała o Jotamie i ten śmiech im pomaga. Śmieją się z tego zabawnego i odważnego chłopca. Przygody te i towarzyszące im kłamstwa z opowieści Doktora są im znane z ulic miasta i ze sklepów, do których dzieciom i niemowlętom wolno było wchodzić i kupować lub nie kupować, tak jak każdy widział na własne oczy.
– *) — I tak oto wchodzi Jotam do apteki i prosi o dwa zeszyty, jeden w kratkę, a drugi w linie.
– W aptece nie ma zeszytów do rysowania – żachnął się farmaceuta – lecz tylko rachunki.
Jotam prosi o wybaczenie. Litość aptekarza budzi się nad chłopcem.
– Masz tu lekarstwo, a tam otrzymasz.
I tak Jotam wychodzi i opowiada koledze o swoim powodzeniu, opierając się na budynku apteki, która była sklepem z przyborami do nauki. Jotam wszedł do środka.
– W aptece nie ma zeszytów do rysowania – żachnął się farmaceuta – lecz tylko rachunki.
Jotam prosi o wybaczenie. Litość aptekarza budzi się nad chłopcem.
– Masz tu lekarstwo, a tam otrzymasz.
I tak Jotam wychodzi i opowiada koledze o swoim powodzeniu, opierając się na budynku apteki, która była sklepem z przyborami do nauki. Jotam wszedł do środka.
– Poproszę ciasto z serem.
– Nie wiesz, że tutaj sprzedaje się notesy? – krzyczą na niego.
Jotam odpowiada:
– Przepraszam, jeszcze się nie nauczyliśmy.
– Nie wiesz, że tutaj sprzedaje się notesy? – krzyczą na niego.
Jotam odpowiada:
– Przepraszam, jeszcze się nie nauczyliśmy.
W sklepie spożywczym prosi o cztery sztuki modeli wagonów kolejowych. U szewca chce kupić twaróg z serem, a u rzeźnika prosi o truciznę na szczury. W przedstawieniu teatralnym, które miało odbyć się w szkole, miał odegrać rolę króla. W sklepie ogrodnika prosi o kwiaty i dodaje, że pani nauczycielka ze szkoły nakazała mu je kupić. W kuźni chce kupić dokładnie dwie uncje śniegu. Od fryzjera żąda pół litra soku jagodowego, w sklepie tytoniowym domaga się syropu z malin o smaku „parady psów”, a na koniec u grabarzy pyta, czy przyjmują kocięta do pochówku.
Jotam wygrał ten zakład. Odwiedził dwanaście sklepów i nie kupił nic. Głos donośny i daleki niesie się po podwórku pod wpływem śmiechu dzieci.
Doktor kontynuuje opowieść. Przedstawia im małą linię czasu. Siedzi v fotelu i opowiada, jak Jotam stał się czarodziejem. Twierdzi, że nie ma na świecie większych czarów niż te z rzeczywistości, w które nikt nie uwierzy. Nie ma takiego czarodzieja na świecie, podczas gdy gołębie i kruki z głębin wiedzą, jak mówić, figi rosną na szklanych talerzach, a złote monety padają z nieba... Jotam postanawia zostać czarodziejem i jego pierwsze próby kończą się sukcesem. Gdy pierwsze próby służą szkole: kiedy chce, aby sprawdzian z gramatyki, który wywołał strach, nie odbył się. Ze strachu v sercu słyszy dźwięk dzwonka i choć po chwili dzwonek milknie, a nauczyciel chce znowu usiąść na swoim miejscu...
Nauczyciel wchodzi do klasy i siada na krześle. Ku swojemu zaskoczeniu dowiaduje się, że rzeczywiście posiada w sobie moc czarów; Jotam próbuje od czasu do czasu śmielszych sztuczek, ćwiczy się w sztuce magii, szuka przysiąg... Chłopiec zajmuje się swoimi czarami zarówno v domu, jak i v szkole, przeżywając przygody, jakich świat jeszcze nie widział od czasu jego powstania. Pod jego dyktando starsze panie na ulicy zaczynają chodzić tyłem, mosty unoszą się i stają pionowo w górze, rzeka przeobraża się w morze, woda pojawia się tu i tam na wyspie – pałacu. Magiczne czyny Jotama wywołują zamęt w mieście i strach: sąsiad szepcze sąsiadowi, że w banku będą rozdawać owoce, a w sklepach jubilerskich – kwiaty. Miasto zaczyna przypominać szpital psychiatryczny, policja biega w zatroskaniu i szuka sprawcy tej anarchii. Sztuczka się udaje. Dzieci przyglądają się z uwagą ruchom warg Doktora; w ich wyobraźni przeniosły się już do innego świata, a ich serca zapomniały już o dziedzińcu i głodzie.
A on sączy przez swoje wargi powoli słowo po słowie i rozwija przed nimi kolorową taśmę magicznych podróży Jotama. Oto pojawia się też latający dywan... Jak to możliwe? Przecież przed chwilą Jotam był v szkole zwykłym chłopcem wśród innych chłopców, normalnym dzieckiem, bez psot i żartów. I nagle dano mu moc czynienia cudów, o których marzy każde dziecko na świecie, a zwłaszcza te biedne dzieci z getta... Jotam czyni swoimi czarami i wolą różne złe uczynki: staje się niewidzialny i ucieka z rąk strażników tego świata chaosu. Latający dywan niesie go do innych części ziemi, do miejsc, gdzie mieszkają dzicy ludzie, pingwiny, niedźwiedzie polarne, krokodyle i hipopotamy. Eskimosi żyją wprawdzie na Biegunie Północnym, ale latający dywan... Gdzie jest prawda, a gdzie fikcja? Żaden człowiek tego nie wie. Może w tej chwili nie ma już dla samego Doktora różnicy między rzeczywistością a fikcją.
Oto realia życia.
– *) — „Jotam idzie po stertach śniegu – widzi połamany wózek zimowy. Igły mroźnej zimy kłują niczym ciernie”. Każde dziecko pamięta, jak kłują one podczas zimowych mrozów. „Widzi jego postać, samotną pośród dwóch kamieni, wzniesioną flagę, która wyblakła. To jest sztandar i grób człowieka bez lęku. Jotam stoi królewsko. Odsłania swoją głowę. Do naszych uszu docierają słowa nowej przysięgi:
– Wiwat! Wiwat bez zastrzeżeń, niech żyje odważny chłopak”.
– *) — „Jotam idzie po stertach śniegu – widzi połamany wózek zimowy. Igły mroźnej zimy kłują niczym ciernie”. Każde dziecko pamięta, jak kłują one podczas zimowych mrozów. „Widzi jego postać, samotną pośród dwóch kamieni, wzniesioną flagę, która wyblakła. To jest sztandar i grób człowieka bez lęku. Jotam stoi królewsko. Odsłania swoją głowę. Do naszych uszu docierają słowa nowej przysięgi:
– Wiwat! Wiwat bez zastrzeżeń, niech żyje odważny chłopak”.
Jotam odpowiada szeptem. Unosi swoją dłoń:
– Przysięgam!
– Przysięgam!
Doktor uniósł swoją rękę do góry, stanął na nogach, a jego ustami Jotam zawołał donośnym głosem:
– Przysięgam!
– Przysięgam!
Cisza była tak wielka na tym podwórku, że wydawało się, iż słyszą te słowa wychodzące z jego ust. A może to dzieci powtórzyły za nim:
– Przysięgam...
– Przysięgam...
Rozeszły się powoli, bez pośpiechu, jak zasypiający, jak mdlejący pod wpływem głodu. Magia tej opowieści zatarła ich senność. A rano powtórzyły sobie przysięgę Jotama, który przysiągł człowiekowi bez lęku.
*) „Czarodziejski Jotam” – Kajtuś Czarodziej.


