Wednesday, June 24, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział dwudziesty piąty - (STRONY 273–281): Koncerty.


ROZDZIAŁ 25 (STRONY 273–281) – PEŁNE TŁUMACZENIE
Rozdział dwudziesty piąty
Koncerty
Byli tacy, którzy mówili, że w tym roku w getcie nie będzie wiosny.
Wszak wycięto na opał ostatnie drzewa, które rosły tu i ówdzie wzdłuż ulic – strzępy dawnych małych ogródków miejskich o powierzchni kilku metrów kwadratowych na podwórkach i w skwerach publicznych. Ogród Krasińskich – jedyny wielki park, który należał niegdyś do dzielnicy żydowskiej – Niemcy pozostawili poza murem, celowo chcąc ograbić Żydów również z ostatnich resztek świeżego powietrza i zieleni.
Jednak wiosenny wiatr, przepełniony zapachem wilgotnej ziemi, docierał tu jak zwykle na początku chłodnej wiosny, niosąc ze sobą zapach pól i odległych ogrodów. Przynosił miastu obietnicę lepszych dni – nie docierał tu bezpośrednio, lecz musiał przedostać się ponad murem. Blokował go zaduch tłumów stłoczonych ludzi, stacji kolejowych i unoszący się v powietrzu dym. Dorośli ludzie rzadko podnosili głowy do góry: tylko na tle czystego i jasnego nieba, widocznego ponad krawędziami brudnych murów, domyślali się, że zima dobiega końca.
Jednak dzieci poczuły ją od samego początku. Między ruinami zbombardowanych domów, na małych i pustych placach, a czasem na wpół zrujnowanych murach, gdzieniegdzie wyrosły żółte mlecze oraz rzadkie kępki trawy. Maluchy spośród dzieci przeżuwały je dla własnej przyjemności.
Podczas spacerów po mieście doktor spotykał te grupy dzieci bawiących się wśród ruin. Głośne i huczne zabawy nie były im już znane i dawno zaprzestały zabaw w pogonie czy bieganie. Spuchnięte i słabe nóżki odmawiały im posłuszeństwa. Dlatego też siedziały v małych grupkach, rzucając kamieniami do jakiegoś celu lub rysując coś węglem na zimnym murze, za pomocą patyka na plecach kolegi lub patykiem na chodniku.
Optymizm dzieciństwa był dla nich lekarstwem niczym świeże powietrze do oddychania. Dopóki maleństwo nie myśli o śmierci i głodu, katastrofa wydaje się po prostu akceptowalna dla jego umysłu. Maluch bawi się w błocie z takim samym zapałem i zadowoleniem w sercu jak dawniej. Nie posługuje się wyobraźnią, aby odsunąć od siebie te wszystkie przejawy nędzy, które v ostatnim czasie stały się częścią dorosłych bez żadnych złudzeń, wykraczając poza zdolność pojmowania najmłodszych.
W getcie bez przerwy szerzyły się różne wychowawcze trendy. Są tacy, którzy uważają, że należy przygotowywać dzieci na straszliwą rzeczywistość. Inni, jak Doktor i Stefa, którzy zawsze pozostawali wierni swoim zasadom, starają się zapobiegać ich cierpieniu i rozjaśniać je, na ile to możliwe, oraz opóźniać ich zetknięcie z prawdą.
Z doświadczenia wiadomo było, że niemowlę i tak w to nie uwierzy, nawet jeśli zapłacze; rzeczywiście, dzieci nigdy nie akceptowały i nigdy nie były zadowolone z jakiegoś złego obrotu spraw. Świadomość, że nadejdzie odpłata v postaci nagrody, oraz miłość zrodzona z „Czerwonego Kapturka” musi przetrwać, podczas gdy wokół panuje zamęt, a czerwona flaga i panowanie władzy dają złudzenie, że maluchy tworzą dla siebie iluzję szczęścia i wolności we wszystkim, co ich otacza.
Takie były rozważania Doktora w drodze powrotnej do domu przy ulicy Dzielnej. W ostatnim czasie unikał on patrzenia na te smutne oczy dzieci, tak aby nie widzieć oszustwa, w którym żyją, kłócąc się i spierając z dorosłymi, i z powodu którego wszelkie ludzkie uczucia zostaną wkrótce zniweczone. Zbyt wiele razy tego nie chciał.
Zwolnił kroku i zatrzymał się, przechodząc obok grupy dzieci, które stłoczyły się na posadzce korytarza i patrzyły na niego. Zbliżył się i stanął nad nimi, a on sam rzekł do nich:
– Przyjdźcie dzisiaj o godzinie piątej na podwórko, będzie koncert.
– Wolno przyprowadzić także moją młodszą siostrę?
– Wolno wam przyprowadzić każdego, kogo tylko chcecie.
Nie był to pierwszy koncert tego lata, na który Doktor zaprosił dzieci z getta.
Doktor pozostał
Zanim tłum zdołał zebrać się wokół prowizorycznej sceny, wokół bębna ustawionego w wyznaczonym miejscu na scenie, Doktor przechadzał się wśród tłumu. Dzień był gorący, a oni siedzieli skuleni w grupach na posadzce podwórka, z którego zniknęła trawa. Doktor przyglądał się twarzom dzieci z getta. Poza nielicznymi, na których twarzach malowało się zadowolenie, dzieci wokół niego wyglądały na znużone. Nie trzeba było ich uciszać: milczące, z rezygnacją v oczach czekały na rozpoczęcie występu.
Od czasu do czasu podchodził do tych, którzy wydawali mu się najcichsi i najbardziej chorzy, badał puls na ich przegubach, dotykał czoła, podnosił powiekę, z trudnością wyczuwając słabnące tętno. Z kieszeni wyciągał cukierka lub plasterek figi.
– Zjedz to, a po spektaklu przyjdziesz po jeszcze jedną łyżkę tranu – mówił.
Inne dzieci patrzyły na nich oczami wyrażającymi tęsknotę za tym, co im przypadnie w udziale.
– A dla mnie? Czy nie ma już ani jednej sztuki w pudełku? Nie ma dla was wszystkich. – Był zły na samego siebie, czuł wstyd. – I dlatego pomyśl o tym, jutro kupię więcej cukierków i zrobię wszystko, żeby tran popłynął z tej butelki z lekarstwem.
– Sam pójdę do polskiej apteki, może tam sprzedadzą mi tran – rozważał w duchu.
Odrzucił te myśli. Wyjście po tamtej stronie miało swoją cenę, wiązało się z ryzykiem.
– Przecież mam tam znajomych i przyjaciół – przypomniał sobie. – Zdobędę trochę grosza i lekarstw. Nadal cieszył się z tego powodu.
– Większość z nich to dobrzy ludzie, którzy pamiętają pana w tamtym mieście – odpowiedziała. – Mogą jednak donieść.
Obawiali się wielu osób, które mogłyby uciec ze swoimi źródłami, ale pomysł ten: aby donieść na litościwego człowieka, był rzeczą daleką od śmierci. Wiara Doktora w człowieka wciąż nie wygasła.
– W getcie są też dobre strony – zwrócił się do Batii przed rozpoczęciem koncertu. – Dawniej groziło nam niebezpieczeństwo epidemii tyfusu, która mogła przenieść się z oddziału dla niemowląt. Teraz żaden obcy człowiek nie wejdzie do tej zakazanej strefy. Jesteśmy tu sami.
Dzieci czuły to samo. Przemijał lęk. Czekano na nadejście zmian. Koncert otwarto, rzecz jasna, grą na bębnie. Innych instrumentów muzycznych, poza fletem, nie było. Józef grał na flecie, był artystą wśród muzyków, a oni wprowadzili nastrój radości: krakowiaki i kujawiaki. Flet Józefa był dziś uosobieniem jego siły i nie było w nim zmęczenia. Jednak pragnienie zysku i artystyczna duma sprawiły, że odwrócił swoją uwagę od zmęczenia. Człowiek oddychał głęboko v piersi i grał bez przerwy. Potem nadeszła kolej na Dorkę, która śpiewała pieśń o wojnie, o ojcu, który zginął w walce, i o matce, która musiała ciężko pracować. Dzieci wtórowały jej chórem: „Lulu, lulu, maleństwo”.
Jednak „numerem popisowym” w programie był zawsze występ Doktora.
Do tego występu przygotowywał się ze szczególną dokładnością, gdyż uważał go za jeden z fundamentów mających wpłynąć na duszę dziecka; zwykł mawiać do lekarza piszącego receptę: „Tak jak potrzebny jest lekarstwu środek przeczyszczający do oczyszczenia żołądka, tak i ta pieśń jest potrzebna do leczenia infekcji...”. W ten sposób narodziła się i utkała więź oparta na realiach. Mieszał bajkę z najsurowszą rzeczywistością, w której element humoru tkwił v codziennej trosce, wznosząc ponad nią wszystkie pieczęcie prawdy.
Zawsze uparcie walczył o prawa tej baśni. Dorośli nie rozumieli jej wartości i twierdzili, że dzieci nie potrzebują takich nierealnych opowieści, które tylko mącą ich umysły fałszywymi wyobrażeniami, oddalając je od realiów życia. Wiele było sporów na ten temat; byli ludzie, którzy bronili dzieci przed baśniami niczym przed zaraźliwą chorobą. Był to czas, kiedy racjonaliści ogłosili wojnę z Andersenem, Grimmem i resztą, jakby w ludzkiej mocy leżało ułożenie losu bez wyobraźni, jakby nasza epoka nie była winna wdzięczności za rozwój najbardziej nierealistycznych idei.
Jednak najważniejsze było to, że potrafił zjednać sobie serca. Przed wieloma laty intencją Doktora było stworzenie stałej legendy... Jednak na żadnym z uniwersytetów nie dawano mu rad – wręcz przeciwnie: wszystkie jego wykłady w seminariach nauczycielskich traktowano przez wykładowców niczym dzieło świętokradztwa. Może to i dobrze, że tak się nie stało... Bo przecież nie v ten sposób rodzi się życie.
Skupił się całkowicie na temacie dzisiejszego występu. Co miał powiedzieć tym dzieciom, aby przynieść im choć jedną godzinę radości, wywołać śmiech i radość życia? Czy te gorzkie lekarstwa pomogą głodnemu tłumowi zebranemu na podwórku? Niech sami o tym zadecydują... Mają przecież v sobie zdrowy zmysł dziecięcy, który pozwala im odróżnić to, co jest im potrzebne.
Gdy tak stał, w ułamku sekundy poczuł nagle, jak obok niego materializuje się postać z podwórka. Magicy tacy jak ten krążyli od wielu lat po podwórkach Warszawy; były to tradycyjne zespoły muzyków. Składali się z muzyków z miasteczek, z utalentowanej rodziny muzycznej, odtwórców ról cyrkowych, czy trubadurów, którzy pojawiali się raz na jakiś czas. Rozpościerali na ziemi podwórka dywan, a ich dobytek znajdował się w małym koszyku z wikliny. Ojciec rodziny grał na akordeonie, starsza córka trzymała małą małpkę na ramieniu; była to żywa istota, wysłana na zwiady, ubrana w brudną spódniczkę z jedwabiu, tańcząca na dwóch nogach, podczas gdy druga córka zbierała do swojej czapki monety wrzucane w papierkach przez widzów, rzucane jej z okien.
Doktor rozejrzał się wokół; w oknach podwórka stali dorośli i przyglądali się. Patrzyli z ciekawością w oczach i szeptali, zupełnie jak podczas występu tego zespołu z podwórka. Wstyd ich ogarniał – z powodu dbałości o zewnętrzny wygląd; gimnastyczka nosiła piękny, dopasowany strój, jej głowa była uniesiona do góry, włosy były upięte i lśniły złotem. I co z tego? Spodnie, które na niej wisiały, były poszarpane i zniszczone niczym u Charliego Chaplina. W tamtej chwili był gotów i gotowy zapaść się pod ziemię. Ale dzieci zawołały:
– Bajkę, bajkę! – i głodne głosy poprosiły o opowieść.
– O czym mam wam dzisiaj opowiedzieć? – zapytał.
– O Matatiaszu – krzyknęły.
– O Jotamie – doszedł nas głos... – który jest śmieszny.
Uniósł oczy ku górze. Chmura, lekka i zwiewna, niczym sterta piór, unosiła się nad podwórkiem. Spojrzał na nią, uśmiechnął się w stronę dzieci... On sam zapomniał o wszystkim... i zaczął opowiadać o Jotamie.
– Jotam kochał zakłady – powiedział, wypowiadając te słowa ze szczególnym wyrazem twarzy, tak jak opowiadali jego koledzy o dzieciach – i dlatego założył się, że wejdzie do dwunastu sklepów i zrobi zakupy, udając, że chce coś kupić, mimo że nie ma przy sobie ani grosza.
Dzieci śmieją się. Większość z nich słyszała o Jotamie i ten śmiech im pomaga. Śmieją się z tego zabawnego i odważnego chłopca. Przygody te i towarzyszące im kłamstwa z opowieści Doktora są im znane z ulic miasta i ze sklepów, do których dzieciom i niemowlętom wolno było wchodzić i kupować lub nie kupować, tak jak każdy widział na własne oczy.
– *) — I tak oto wchodzi Jotam do apteki i prosi o dwa zeszyty, jeden w kratkę, a drugi w linie.
– W aptece nie ma zeszytów do rysowania – żachnął się farmaceuta – lecz tylko rachunki.
Jotam prosi o wybaczenie. Litość aptekarza budzi się nad chłopcem.
– Masz tu lekarstwo, a tam otrzymasz.
I tak Jotam wychodzi i opowiada koledze o swoim powodzeniu, opierając się na budynku apteki, która była sklepem z przyborami do nauki. Jotam wszedł do środka.
– Poproszę ciasto z serem.
– Nie wiesz, że tutaj sprzedaje się notesy? – krzyczą na niego.
Jotam odpowiada:
– Przepraszam, jeszcze się nie nauczyliśmy.
W sklepie spożywczym prosi o cztery sztuki modeli wagonów kolejowych. U szewca chce kupić twaróg z serem, a u rzeźnika prosi o truciznę na szczury. W przedstawieniu teatralnym, które miało odbyć się w szkole, miał odegrać rolę króla. W sklepie ogrodnika prosi o kwiaty i dodaje, że pani nauczycielka ze szkoły nakazała mu je kupić. W kuźni chce kupić dokładnie dwie uncje śniegu. Od fryzjera żąda pół litra soku jagodowego, w sklepie tytoniowym domaga się syropu z malin o smaku „parady psów”, a na koniec u grabarzy pyta, czy przyjmują kocięta do pochówku.
Jotam wygrał ten zakład. Odwiedził dwanaście sklepów i nie kupił nic. Głos donośny i daleki niesie się po podwórku pod wpływem śmiechu dzieci.
Doktor kontynuuje opowieść. Przedstawia im małą linię czasu. Siedzi v fotelu i opowiada, jak Jotam stał się czarodziejem. Twierdzi, że nie ma na świecie większych czarów niż te z rzeczywistości, w które nikt nie uwierzy. Nie ma takiego czarodzieja na świecie, podczas gdy gołębie i kruki z głębin wiedzą, jak mówić, figi rosną na szklanych talerzach, a złote monety padają z nieba... Jotam postanawia zostać czarodziejem i jego pierwsze próby kończą się sukcesem. Gdy pierwsze próby służą szkole: kiedy chce, aby sprawdzian z gramatyki, który wywołał strach, nie odbył się. Ze strachu v sercu słyszy dźwięk dzwonka i choć po chwili dzwonek milknie, a nauczyciel chce znowu usiąść na swoim miejscu...
Nauczyciel wchodzi do klasy i siada na krześle. Ku swojemu zaskoczeniu dowiaduje się, że rzeczywiście posiada w sobie moc czarów; Jotam próbuje od czasu do czasu śmielszych sztuczek, ćwiczy się w sztuce magii, szuka przysiąg... Chłopiec zajmuje się swoimi czarami zarówno v domu, jak i v szkole, przeżywając przygody, jakich świat jeszcze nie widział od czasu jego powstania. Pod jego dyktando starsze panie na ulicy zaczynają chodzić tyłem, mosty unoszą się i stają pionowo w górze, rzeka przeobraża się w morze, woda pojawia się tu i tam na wyspie – pałacu. Magiczne czyny Jotama wywołują zamęt w mieście i strach: sąsiad szepcze sąsiadowi, że w banku będą rozdawać owoce, a w sklepach jubilerskich – kwiaty. Miasto zaczyna przypominać szpital psychiatryczny, policja biega w zatroskaniu i szuka sprawcy tej anarchii. Sztuczka się udaje. Dzieci przyglądają się z uwagą ruchom warg Doktora; w ich wyobraźni przeniosły się już do innego świata, a ich serca zapomniały już o dziedzińcu i głodzie.
A on sączy przez swoje wargi powoli słowo po słowie i rozwija przed nimi kolorową taśmę magicznych podróży Jotama. Oto pojawia się też latający dywan... Jak to możliwe? Przecież przed chwilą Jotam był v szkole zwykłym chłopcem wśród innych chłopców, normalnym dzieckiem, bez psot i żartów. I nagle dano mu moc czynienia cudów, o których marzy każde dziecko na świecie, a zwłaszcza te biedne dzieci z getta... Jotam czyni swoimi czarami i wolą różne złe uczynki: staje się niewidzialny i ucieka z rąk strażników tego świata chaosu. Latający dywan niesie go do innych części ziemi, do miejsc, gdzie mieszkają dzicy ludzie, pingwiny, niedźwiedzie polarne, krokodyle i hipopotamy. Eskimosi żyją wprawdzie na Biegunie Północnym, ale latający dywan... Gdzie jest prawda, a gdzie fikcja? Żaden człowiek tego nie wie. Może w tej chwili nie ma już dla samego Doktora różnicy między rzeczywistością a fikcją.
Oto realia życia.
– *) — „Jotam idzie po stertach śniegu – widzi połamany wózek zimowy. Igły mroźnej zimy kłują niczym ciernie”. Każde dziecko pamięta, jak kłują one podczas zimowych mrozów. „Widzi jego postać, samotną pośród dwóch kamieni, wzniesioną flagę, która wyblakła. To jest sztandar i grób człowieka bez lęku. Jotam stoi królewsko. Odsłania swoją głowę. Do naszych uszu docierają słowa nowej przysięgi:
– Wiwat! Wiwat bez zastrzeżeń, niech żyje odważny chłopak”.
Jotam odpowiada szeptem. Unosi swoją dłoń:
– Przysięgam!
Doktor uniósł swoją rękę do góry, stanął na nogach, a jego ustami Jotam zawołał donośnym głosem:
– Przysięgam!
Cisza była tak wielka na tym podwórku, że wydawało się, iż słyszą te słowa wychodzące z jego ust. A może to dzieci powtórzyły za nim:
– Przysięgam...
Rozeszły się powoli, bez pośpiechu, jak zasypiający, jak mdlejący pod wpływem głodu. Magia tej opowieści zatarła ich senność. A rano powtórzyły sobie przysięgę Jotama, który przysiągł człowiekowi bez lęku.

*) „Czarodziejski Jotam” – Kajtuś Czarodziej.

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział dwudziesty czwarty: Zmarznięte dłonie maluchów (141-1942).




CAŁY ROZDZIAŁ 24 (STRONY 265–272) Rozdział dwudziesty czwarty

Zmarznięte dłonie maluchów
Zima 1942 roku nadeszła, jak się wydaje, ze swoimi mrozami i śniegami, przewyższając wszystkie zimy, które Doktor pamiętał.
Nigdy mróz nie gryzł tak mocno uszu, a śnieg nie szczypał z taką surowością w kark jak teraz. Jego nogi były zawsze przemarznięte i bez przerwy dziwił się samemu sobie, że te znoszone wojskowe buty, które na sobie miał – jedyne ubranie, jakie posiadał, i koszula służąca od wewnątrz do owijania szyi – nadal chronią go przed leżeniem w łóżku z grypą lub zapaleniem płuc.
Nieliczni i rzadcy byli zdrowi wokół niego. Stefa kaszlała już od kilku tygodni, a Batia, bez zwracania uwagi na stopień gorączki, która rosła w jej oczach, nie poddawała się. Epidemia błonicy (dyfterytu) powaliła pięcioro spośród maluchów.
Leon obiecał przynieść z polskiego szpitala surowicę: w ręce doktora złożono pisemne zaświadczenie, w którym zwracał się on do swoich kolegów po fachu znajdujących się poza gettem z prośbą o leki i środki medyczne. Jednak według ich słów surowicy brakowało również w polskim szpitalu. Dopiero z powodu mrozu epidemia tyfusu nieco osłabła.
Na środku tego jednego pokoju, z tych, które znajdowały się w Domu Sierot, gdzie teraz gnieździły się niemowlęta, stał mały żelazny piecyk, który palono dwa razy dziennie przez dwie godziny. W czasie palenia służył on również jako palenisko do gotowania. Czasami dzieci przynosiły w kieszeniach z ulicy kilka kawałków węgla, ale najczęściej palono drewnem. Po krzesłach i stołach przyszła kolej na poręcze schodów.
Rzeczywiście, nędza nie była równa w całym getcie. Były domy, które nie widziały chleba i warzyw od tygodnia. Ze skromnego zapasu konserw, które zgromadzili w swoim czasie, pozostał już tylko pył. U nich wszystko się skończyło.
Rada, która przestała otrzymywać fundusze z Ameryki, zamknęła kuchnie dla chorych. Należało utrzymać przy życiu te, które były przeznaczone dla samych dzieci.
Stefania chorowała, a wraz z nią niemowlęta z izby chorych. Doktor był sam v pokoju i przygotowywał się do wyjścia na popołudniowe wizyty. Wizyty u chorych były jego codziennością.
Jeszcze przed rokiem, gdy przebywali na ulicy Krochmalnej, doktor wydrukował broszurę zawierającą kilka tysięcy słów, w której napisano:
„Nasz Dom Sierot ocalał. Po dwóch próbach pogromu i trzech próbach grabieży przetrwaliśmy o własnych siłach. Nie jesteśmy bohaterami, lecz po prostu żyjemy. Znam historię. Trzy rewolucje przeszły przez moje życie, a ta wojna to czwarta, którą widzę na własne oczy. Jedynie słabi ludzie i tchórze upadają i pogrążają się w zwątpieniu. Nasze przetrwanie i nasze istnienie mają swoją wartość. Zostaliśmy ograbieni z naszego majątku, inni myślą jedynie o egoizmie i dbają o siebie – są nikczemni i głupi. Wszak burzę przetrwają ci, którzy sami zostaną ocaleni. Dzieci – to one są naszą przyszłością. Domagam się datków w kwocie stu funtów na rzecz Domu Sierot. Nie proszę, lecz żądam. Przyjmijcie te słowa z całą powagą w najbliższych dniach. Proszę, aby nikt nie odprawił mnie z kwitkiem i nie odrzucił mojej prośby, gdyż odmowy nie będę tolerował”.
Zwrócił się z tym do Szmulika, który nocami pracował jako przemytnik. Jednak w ciągu dnia chłopak pomagał doktorowi.
Była godzina jedenasta, kiedy pojawił się Szmulik, trzymając w ręku kopertę. Jego wygląd był lepszy niż u innych dzieci z getta: jego policzki nie były tak blade; zza czarnych brwi patrzyły bystre oczy, a jego gęste i gładkie włosy były uczesane do góry. Doktor pogłaskał go po głowie. Poczuł pod swoimi palcami jedwabistość włosów chłopca. Te gęste i miękkie pasma były jak pióra. Główki jego dzieci były ogolone, dlatego ten dotyk sprawił mu przyjemność. Lepiej było tak, niż patrzeć na cierpienie innych.
Szmulik – szczególne uprawnienia były mu dane. Jego nogi były silne, a on sam jadł chleb do syta i nosił porządne, całe buty, które dostał od kogoś zza muru.
– Rozdałem wszystkie listy – powiedział. – But te dwa listy – chłopak wyciągnął małą kopertę do doktora – nie mogłem ich dostarczyć. Albo zmienili miejsce zamieszkania i nie mogłem znaleźć ich nowego adresu, albo wyjechali.
– Trzeba sprawdzić listę – powiedział doktor. – Jutro ułożymy nową listę wizyt.
– Tutaj jest kolejny list do pana doktora – powiedział Szmulik, wyciągając mały list ze swojej kieszeni. – Leon podał mi go i powiedział, że o piątej przyjdzie po odpowiedź.
Doktor rozerwał kopertę. Widniał na niej podpis: Ignacy J. Podpis ten nic mu nie mówił – ani nazwisko, ani rodzina. List był krótki, schludny. Pochodził zza muru. Zawierał propozycję przejścia na stałe do pracy w szpitalu miejskim.
Poczuł v głębi duszy, o co w tym wszystkim chodzi. W getcie zamykano już szpitale z powodu braku leków, opału i żywności. Jeden list nie był niczym innym jak propozycją ucieczki.
Powoli włożył te cztery listy do bocznej kieszeni. Nadeszła godzina wizyt.
Wyszedł razem ze Szmulikiem w stronę ulicy Dzielnej.
Śnieg padał od rana, a podmuchy wiatru przylepiały go do zamarzniętej skóry jego butów i przenikały do wnętrza przez poprute szwy. Ulica, jak zawsze, była pełna odgłosów drewnianych podeszew i okrzyków handlarzy.
– Tutaj jest nasz punkt zborny – powiedział Szmulik, wskazując na jedno z przejść w murze.
– Ile razy przemycasz stąd każdego dnia? – zapytał doktor.
– Było nas pięćdziesięciu ludzi. Od rana do wieczora i na zmianę – niektórzy z nich to młodzi chłopcy. Wieczorami ci starsi uczyli nas czytać i pisać po angielsku. Zebraliśmy się w imię „Związku Synów Izraela” (Bnej Izrael) i ruszyliśmy w drogę – mówił chłopak cichym głosem.
Doktor przyjrzał mu się z uwagą. Nie chciał odbierać chłopakowi jego nadziei, ale wiedział, że nie ma w tym wszystkim prawdy... Czyż to nie Niemcy pozwolą komukolwiek opuścić w tym czasie getto?
– I przekaż ode mnie panu Churchillowi pozdrowienia w języku angielskim, kiedy tam dotrzesz – dodał. I natychmiast pożałował w duchu tych słów.
– Nie martw się o mnie – dodał. – Spędzę w tym domu około godziny. Muszę się spotkać z kilkoma ludźmi.
Dom, o trzech kondygnacjach, którego elewacja nie była zniszczona, stał przy ulicy L. i L. Izby i piwnice domu zostały zamienione w warsztaty. Jak się wydaje, mieszkali tam dawniej zamożni ludzie.
Doktor zatrzymał się przed drzwiami na pierwszym piętrze. Przeczytał wizytówkę właściciela mieszkania. Oparł się o ścianę. Różne niespodzianki mogły go czekać wewnątrz. Nie raz, gdy pukał do drzwi, by prosić o jałmużnę, nie otrzymywał rano zupełnie nic. Czasami patrzyli na niego z drwiną. On jednak zniósł swoje upokorzenie. Wyraz odwagi malował się na jego twarzy, po uderzeniach rąk w drzwi i pukaniu do kołatki.
O godzinie trzeciej, po odwiedzeniu dziesięciu mieszkań, zmęczony i wyczerpany powrócił na ulicę Dzielną, a w jego kieszeni brzęczało trochę grosza. To wystarczy na obiad dla dzieci na dwa dni oraz na zakup butelki oleju rycynowego z apteki za murem. Tę sprawę miał załatwić Leon. Dzień w dzień wychodził razem z żydowskimi robotnikami, budził się o świcie i spieszył jak wszyscy inni do hal fabrycznych. Jednak wewnątrz fabryki było ciepło i chronił się tam przed zimnem mur sąsiedniego budynku. Kiedy pukał, rano o godzinie szóstej, według umówionego znaku, na drzwiach mieszkania na pierwszym piętrze – ten był już przygotowany.
Gospodarz, stary dziennikarz i redaktor gazety, który podjął się spisania w tych trudnych warunkach wspomnień z wydawnictwa z roku 1905, kończył właśnie pisać swój artykuł wstępny.
Zecernia znajdowała się w sąsiednim pokoju. Czcionki były ułożone w skrzynkach w szafie. Maszyna drukarska była zwykłą maszyną ręczną. Leon pracował tam jako tłumacz z języka niemieckiego, tłumacząc artykuły prasowe na język polski, które ukazywały się w tamtejszych pismach. O godzinie dwunastej w południe składał gotowe teksty na biurku redaktora. Stamtąd arkusze gazet były przewożone do kuchni polowej, skąd przynosili je dla żołnierzy pracujący tam Żydzi.
Tam był też polski policjant. Czekał tam, aż Szmulik przyniesie paczkę wraz z drugim chłopcem, którego trzymano v sekcji jako gońca. Ale w pokoju nosił to drugie dziecko sam chłopak. Leon pozostawał wewnątrz fabryki.
Inny chłopak pojawiał się w południe w kolejce po przydział chleba. O godzinie piątej wracał z innymi do getta. Po powrocie przynosił ze sobą lekarstwa z apteki dla doktora, a czasami także gazety. Przyszyła kolej na szóstą godzinę, ale Leon nie wracał. W tym tygodniu była to już stała porada, po tym jak zrzucił z siebie ładunek gazet. Chodził załatwiać inne sprawy, podczas gdy te arkusze gazet rozdzielano między innych uchodźców – Leon wciąż się nie pojawiał.
Doktor krzątał się po pokoju bez wytchnienia. Ciężki to był dla niego dzień. Czekał na powrót Leona, który miał przynieść porcję chleba i warzyw dla chorych dzieci. Stefania nie wyszła rano z pokoju chorych. Doktor obawiał się, że większość leków, które zbierano, będzie potrzebna. Nagle do uszu jego rodziny, zebranych w korytarzu, dotarł męski głos. Natychmiast podbiegł do drzwi na korytarzu i ujrzał przed sobą polskiego policjanta.
– Co to za przestępcza działalność? Został złapany na gorącym uczynku, podczas kradzieży – słowa te przemknęły przez myśl doktora.
Policjant wszedł do środka i na widok doktora wyciągnął do niego rękę.
– Pan doktor mnie nie poznaje? – zapytał przyciszonym głosem. – To ja, Ignacy J.
Doktor przypomniał sobie. Tego ranka otrzymał list podpisany tym nazwiskiem.
– Trzeba uważać, – pomyślał v duchu. – Ulice są pełne prowokatorów.
W pokoju nie było nikogo. Usiedli na łóżku, jako że krzesła i stoły zostały już dawno spalone na opał.
– Nie mam zaufania do pana, – zaczął policjant i zapytał: – Czy pan doktor pamięta Ignacego i Wilczyka z Solnej?
Doktor poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
– Ignacy... Ignacy... Starszy syn pani Wilczyk... tej właścicielki sklepu obuwniczego. I przypomniał sobie – to była Wilczykowa, ta stara fryzjerka, która mieszkała niedaleko szkoły przy Lesznie, w tym samym kierunku co drukarnia nielegalnych pism...
Błysk pojawił się w oczach policjanta w tym obszernym pokoju.
– Te mundury, – powiedział, – tylko dla kamuflażu są nam potrzebne, aby dotrzeć do pana, do getta...
– Ignacy nie potrafi kłamać – pomyślał doktor. – Dlaczego więc przyszedł szukać właśnie mnie?
– Nauczyłem się od pana czytania, alfabetu – powiedział chłopak. – Pamiętam moją matkę, mojego ojca, Mańkę małą...
– Przecież ten chłopak pamięta mojego pana, od czasu kiedy tu przyszedł – powróciło wspomnienie. – Widzi mój pan – dodał, – jestem związany z organizacją podziemną. Raz w tygodniu, kiedy pan panuje v getcie i trzeba dostarczyć listy do Leona. On powiedział mi kiedyś, że w swoim czasie świętował pan w Domu Sierot...
– Nie zdążyłem jeszcze dowiedzieć się, jaka jest treść listu.
– Odpowiedź nie zostanie wysłana mojemu panu przez Leona. Przybyłem tutaj osobiście...
– Gdzie jest Leon? – zapytał doktor ze strachem. Gość w pokoju zmieszał się.
– Rodzina uciekła, jak się wydaje – powiedział. – Musimy być odważni.
I dodał:
– Tego ranka Niemcy otoczyli fabrykę. Z tego, co widać, chłopak został złapany... Za cenę pięciuset złotych wybuchła walka i donosy... Była wymiana ognia... Leon uciekł, ale droga została odcięta.
– Złapany?
Wilczyk milczał.
– Ukrywamy te wiadomości przed Stefą, – pomyślał – ta wiadomość byłaby zbyt wielkim ciosem dla jej duszy.
– On jest silniejszy od nas wszystkich, – powiedział cicho przez zaciśnięte zęby doktor.
– Straciliśmy naszych ludzi w warunkach, których nie da się powetować, – odpowiedział Ignacy.
– Dlaczego więc ta sprawa została mi przyniesiona, mój panie? Nie słyszałem, abym był w stanie pomóc w tym...
– Mam w planach porozmawiać z moim panem o ucieczce. Organizacja zdecydowała o wyciągnięciu pana z getta i ukryciu. Poczyniono już przygotowania. Potrzebujemy lekarzy... Potrzebujemy ludzi takich jak pan, mój panie.
– Organizacja zdecydowała – dobrze, ale kto wyśle organizację, aby ktoś wypełnił moje miejsce w getcie? Brak lekarzy tutaj będzie jeszcze bardziej odczuwalny.
– Panie doktorze, przecież pan zginie w tym piekle...
– Nie to jest najważniejsze. Inni próbowali mnie już ratować przed rokiem, kiedy otrzymałem certyfikat z Ziemi Izraela (Palestyny) i możliwość wyjazdu za granicę.
– Czy mój pan z nich skorzystał?
– Panie, nie skorzystałem z nich – odpowiedział doktor.
– Gdyby przysłali mi dwieście pięćdziesiąt certyfikatów dla wszystkich moich dzieci, być może bym pojechał.
– Ale przecież tutaj jest tylko mur, który oddziela mojego pana od dzieci... Stamtąd łatwiej będzie mojemu panu nieść im pomoc.
Doktor zatkał uszy, by tego nie słyszeć.
– Tak bardzo bałem się przynieść mu tę wiadomość o Leonie – zaczął mówić do siebie, jakby głośno rozważał. – Gdyby został z nami, żyłby do teraz...
– Niech mój pan nie smuci się z jego powodu, panie doktorze, to śmierć bohaterów – pocieszał go Ignacy.
– Zbyt wielu jest już tych bohaterów, – odpowiedział doktor – miliony bohaterów, pokolenie bohaterów.
Zaciągnęli żaluzje w oknach. Doktor zapalił światło w lampie naftowej. Wilczyk usiadł na materacu i wpatrywał się przed siebie. Nie próbował już nic więcej dodawać ani przekonywać. Czuł, że nie zdoła zmienić zdania doktora. W jego spojrzeniu widział twardość, która nie była łatwa do złamania.
– Czy mój pan potrzebuje pieniędzy?
– Tak, zawsze – odpowiedział.
– Postaram się przesłać – powiedział na pożegnanie, podając mu rękę. – A także fałszywe dokumenty dla pana, na wszelki wypadek, gdyby nadeszło nieszczęście. Dowód osobisty na nazwisko Janusz Korczak, a także metrykę chrztu.
Doktor milczał.
Był pogrążony w przeżywaniu śmierci Leona. Leon miał zaledwie piętnaście lat. To Leon nazywał doktora „Panem Aniołem”.