Sunday, June 21, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - ROZDZIAŁ DWUNASTY: Dom Sierot NIE WYSTARCZA (Połączony tekst stron 118–132).



ROZDZIAŁ DWUNASTY: ŻŁOBEK NIE WYSTARCZA
(Połączone strony 118–132)
Strona 118
Ich praca była podzielona w następujący sposób: doktor badał dzieci, a Panna Stefania zapisywała wyniki badań, które on dyktował jej do ucha. W kieszeni lekarza zawsze znajdował się notes. Od drugiego dnia ich wspólnej pracy, oprócz standardowych rubryk, pojawił się w nim specjalny zeszyt medyczny. Zapisywano w nim dane z pomiarów nowych ubrań, które zamawiano dla dzieci. Była to nowość dla placówki, która wydawała się nie mieć żadnego związku ze stanem zdrowia pacjenta.
W „zeszycie medycznym” nie było ani jednego dziecka bez adnotacji o jego wzroście i wadze. Choroby, które przeszło, jego stan fizyczny w danym momencie – to wszystko składało się na pełny obraz i szczegółowy opis warunków jego życia.
Po południu, po zakończeniu pracy, dzielili między sobą adresy i wychodzili na wizyty domowe, aby na własne oczy zobaczyć warunki życia każdego dziecka z tego przytułku.
Z tych wędrówek i wizyt wracali przygnębieni i bezradni wobec tego, co dane im było oglądać dzień po dniu.
Większość żydowskich mieszkańców Warszawy gnieździła się w przeludnionych mieszkaniach, gdzie w jednym pokoju mieszkało czasem po kilka rodzin lub jedna rodzina licząca od dziesięciu do piętnastu osób.
Wśród maluchów z tego przytułku było wielu chorych na gruźlicę płuc, którą przynieśli ze sobą z domu. Ponad połowa z nich miała rany na ciele, chorobę rąk, astmę itp. Często spotykana u nich choroba skóry miała swoje źródło w brudzie i była bardzo zaraźliwa.
W ciemnych i brudnych pokojach warunki higieniczne były niezwykle złe. Wilgoć panująca w tych piwnicach i izbach sięgała bardzo wysoko, o wiele wyżej niż w porze deszczowej. Wraz z nią niemowlęta
Strona 119
poznawały smak głodu. Każde z tych dzieci zostało odstawione od piersi matki, a to, co dostawało w zamian, było ich codziennym pożywieniem.
Dzieci w wieku pięciu lat i starsze były wysyłane do „chederu”.
W „chederze” – tradycyjnej szkole, która służyła również jako pokój mieszkalny dla nauczyciela i jego rodziny – siedziało po kilkadziesiąt dzieci przez cały dzień, a nawet do późnej nocy. Na grzbietach świętych ksiąg, z których czerpały swoją wiedzę, nie było ani jednego wolnego miejsca, a za najmniejszy brak posłuszeństwa lub uwagi dzieci były surowo karane i otrzymywały razy skórzanym pasem.
Większość z nich nie wychodziła ze swoich domów ani z miasta. Nie widziały nawet trawy poza granicami swojej ulicy; bawiły się tylko na błotnistym podwórku. Stefania wylewała z nich na zewnątrz wszelkie rodzaje brudu, ponieważ w domu nie było kanalizacji.
Wielu z nich nie wiedziało, jak wygląda źdźbło trawy czy drzewo, i nic nie słyszało o istnieniu ptaków. Nie widziały w swoim życiu czystego powietrza.
Notes lekarski, podobnie jak „zeszyt medyczny”, budził dreszcz przerażenia u doktora i Stefanii. Większość chorób wymagała nie tylko stałej opieki lekarza, ale także pilnej zmiany środowiska i poprawy warunków życia.
Same lekarstwa nie pomagały. Nie przyniosłyby pożytku nawet wielogodzinne pobyty w żłobku.
I tak pewnego dnia stało się jasne, że nie można odsyłać dzieci ze schroniska do ich domów. Postanowiono zatrzymać je na noc.
Jedną z pierwszych była Estera, mała dziewczynka, która została opuszczona przez matkę i ojca, a jej dotychczasowa opiekunka uciekła po usłyszeniu złej wiadomości. Razem ze swoim zawiniątkiem ubrań i zabawek została przyprowadzona do schroniska. Nie miała nikogo bliskiego: sąsiedzi przysłali ją do Stefanii.
I tak oto zamieszkało tam pierwszych dziesięciu wychowanków. I rozpoczęła się praca wymagająca wysiłku i środków finansowych na utrzymanie i rozwój internatu.
Czasami robili wpisy do rejestru na wypadek, gdyby ktoś został porzucony, i zmagali się z brakiem nadziei, szukając jakichkolwiek możliwości utrzymania placówki.
Strona 120
W tym rozdziale podjęto próbę zorganizowania stowarzyszenia „Pomoc Bratnia” i założenia „Funduszu Sierot”.
– Jelita bezdomnych, osieroconych lub porzuconych dzieci – mówiła Stefania – mogą pęknąć w dniach głodu. Ich losem jest popadnięcie w ruinę społeczną. W placówkach takich jak ta otwieramy im drzwi do bogactwa.
Stefania zrozumiała, że warunki bytowe, które zastał doktor, nie są najlepsze. Ale ona sama nigdy nie była szczęśliwsza niż wtedy. Jej kieszenie były zawsze pełne i pękały od słodyczy. Zgodnie z jej podejściem, należało cofnąć całe to wychowanie, aby otworzyć na nowo świadomość każdego dziecka „w bibliotece”. Nie było w niej chęci wprowadzania nowego porządku, ani też nie zastępowała go niczym skomplikowanym. Po prostu pragnęła otworzyć ich świadomość na sprawę, która przyniesie dziecku korzyść.
Od czasu do czasu w domu doktora pojawiali się chorzy z innego otoczenia, zamożni i wpływowi. Nie miał on jednak ochoty zajmować się praktyką w bogatych domach, choć stanowiłoby to źródło godziwego zarobku.
Pewnego razu, gdy siedział zatopiony w pracy, w dziele miłości i troski o nowe dzieci przyjmowane do internatu, rozległ się głośny dzwonek u drzwi wejściowych.
– Znów ktoś przyszedł – pomyślała matka, wychodząc z kuchni. W korytarzu, który służył za poczekalnię, stała Estera z korytarza.
Przez uchylone drzwi ukazała się dystyngowana, elegancko ubrana kobieta w kapeluszu z piórem.
– Proszę chwilę poczekać – zawołała.
Szybkim ruchem poprawiła spinkę we włosach, przeczesała grzywkę i całkowicie zmieniła swój wygląd, jaki miała chwilę wcześniej. Chciała pokazać się doktorowi. Sama otworzyła drzwi, aby wejść, zanim doktor zdążył wstać ze swojego krzesła. Pokój uniemożliwiał mu swobodne poruszanie się ze względu na stojący pośrodku stół do pisania.
– O co chodzi?
– Chciałabym zaprosić doktora na wizytę.
Weszła do pokoju doktora, a ta elegancka kobieta przyniosła ze sobą zapach drogich perfum.
Strona 121
nie mógł znieść zapachu tych perfum. Oni sami zdołali już zaszczepić w swoich sercach niechęć do Tory.
– Czy to ta mała dziewczynka? – zapytał głosem pozbawionym gniewu, nie odrywając oczu od swojego biurka.
– Ta mała... zachorowała bardzo nagle i nie może przyjść.
– Co jej jest?
– Nie chce jeść.
– I dlatego nie je, bo... – zaoponował doktor – nie jest dobrze jeść zbyt dużo. Przecież to prowadzi do tuczenia – dodał ze stoickim spokojem.
I w tym tkwiła cała prawda, w znaczeniu słów: „ona wcale nie je”. W takich przypadkach podawano zazwyczaj: kakao, jajka i banany od rana do wieczora. W ciągu całego dnia nie brakowało też czekolady i ciastek.
I natychmiast, jak zawsze, na jego twarzy pojawił się uśmiech: moje dzieci zawsze mają dobry apetyt.
Opieka nad tą wrażliwą matką była zawsze w jego myślach. Był gotów i chętny pomóc jej rzucić się w głąb tego oceanu, ku tamtemu brzegowi. Skierował wzrok w tamtą stronę – w stronę tamtej dziewczynki, jak się wydawało. Mama poczuła, że zrobiło się trochę raźniej.
– Ale dlaczego ta pani nie przyprowadziła dziecka? Przecież o tej porze mogła wyjść na wizytę...
– Ona jest zbyt słaba, by móc chodzić.
Wizyta u państwa Goldbaumów była dokładnie taką samą wizytą jak u wszystkich dzieci z internatu, który mieścił się na ulicy Stawki – w przeciwieństwie do wizyty u tamtych na ulicy Miłej lub Niskiej.
W trakcie tej drogi powrotnej rozważał, w jaki sposób przekazać to kakao i banany, skoro tamta dziewczynka jest chora. To oznacza, że jej wyżywienie jest niewystarczające...
W korytarzu zebrała się cała rodzina: ojciec, matka – tłum zatroskanych twarzy.
Droga prowadziła ich prosto do pokoju chorej dziewczynki.
Strona 122
– Chcę zostać sam z nią – powiedział, stojąc na progu, stanowczym i kategorycznym głosem.
Rodzina wycofała się po kryjomu.
Pokój pogrążony był w półmroku. Żaluzje w oknach były zaciągnięte aż do dołu. Na podłodze leżał gruby, miękki dywan. Wokół, pod ścianami, na półkach i stołach, poukładane były w rzędach zabawki: wielki miś, słoń, kotki, pieski, mnóstwo lalek, zupełnie jak w sklepie z zabawkami. W kącie, przy zimnej ścianie, na łóżeczku leżała blada dziewczynka, mająca około siedmiu lat, przykryta jedwabną kołderką w kolorze różowym.
Niania, w białym fartuchu i białym czepku, rzuciła badawcze spojrzenie w stronę lekarza, po czym lekkim krokiem wyszła z pokoju.
– Wejdź, wejdź! – zawołał doktor od progu. – Wyciągnij do mnie rękę na powitanie.
Dziewczynka nie zareagowała na głos nieznajomego.
– Czy masz ochotę porozmawiać ze mną? Jak masz na imię?
– Idź sobie... – mruknęła spod kołderki.
– Jeśli odejdę, już nigdy tu nie wrócę i nie pokażę ci, jak żyją szczenięta w budzie, trzymając się za łapki.
Dziewczynka poruszyła się pod kołderką.
Obudziła się w niej chęć do zabawy i lekko uniosła głowę.
– Pokaż.
– Ale najpierw ty się przedstaw. Nie rozmawiam z obcymi ludźmi.
Dziewczynka wyciągnęła lewą rękę.
– Nie tę, prawą.
– Nie chcę.
– Nie trzeba. Przecież ta też jest spuchnięta, ta prawa.
– Wcale nie! – obruszyła się i wyciągnęła drugą rękę spod kołderki.
– A więc jak masz na imię?
– Lela.
Strona 123
– Twoje prawdziwe imię to Lela? Lela – to znaczy noc, to znaczy płacz.
Ona się zawstydziła. Zacisnęła usta, nie mówiąc już nic więcej.
– „...niegrzeczne dziecko wyrośnie na złego człowieka” *).
– To nieprawda, nie jestem zła! Jestem małą córeczką tatusia i... – Ale ugryzła się w język ze strachu przed mamą.
On zaśmiał się sam do siebie. Te uprzedzenia, te bezmyślne opinie dorosłych, interpretujące każdy kaprys dziecka jako złą wolę.
Bez słowa podszedł do okna. Podniósł żaluzje, odsunął zasłonę i otworzył na oścież okno. Do pokoju wpadł ożywczy powiew wiatru.
Jednym ruchem doktor zrzucił wszystkie zabawki z półek na podłogę i zostawił tylko te ulubione, starając się niczego nie zepsuć. Podniósł dywan i stopami przesunął go w kąt. Potem podszedł do chorej i zdjął z niej kołdrę.
Dziewczynka leżała skulona na łóżku.
– Co pan robi? – zawołała oburzona.
– Chcę się z tobą pobawić. W powrót... – urwał.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza, jakby oboje zastanawiali się nad tą propozycją.
– Zimno mi – uciszyła się dziewczynka, gotowa w każdej chwili wybuchnąć płaczem.
– W takim razie ubierz się i pomóż mi – odpowiedział.
Podał jej sandały.
– Nie potrafię sama.
– Pośpiesz się, nie mam czasu. Czekają na mnie... – tam są inne dzieci, które czekają na mnie w swoich domach, na swoją kolej.
Propozycja nieznajomego zrobiła swoje. Widocznie wywarła na niej odpowiednie wrażenie, bo mała chętnie zaczęła się ubierać.

*) „Mądrości życiowe”
Strona 124
– Wolę bawić się w dom, albo w sklep – odpowiedziała uciszona.
Za drzwiami stali członkowie rodziny.
Wyszła po upływie pół godziny. W sąsiednim pokoju panował nieład, a ich nowa przyjaciółka siedziała na kanapie z zeszytem w ręku. W kolorowo pomalowanym pokoju, który obiecała jej, przez osiem dni piła rano filiżankę mleka, a wieczorem wychodziła na świeże powietrze.
Podczas jej wizyty u adwokata Goldbauma rodzina czekała w pokoju stołowym. Podano jej herbatę z cytryną. Nad jej twarzą, pogrążoną w rozmyślaniach, znaleźli drogę do jej diagnozy.
– Te lekarstwa są zbędne – powiedział doktor. – Nie badałem nawet jej gardła. Najpierw spróbuj dać jej trochę powietrza i ruchu. Jeśli nie chce jeść – nie zmuszaj jej. Niech pości. I tak przez dwa dni. A dla jej dobra: zmienić pościel, usunąć te żaluzje znad okien. Powinna spać przy otwartym oknie, chodzić na spacery dwa razy dziennie.
Na twarzach rodziców pojawiły się ślady przygnębienia.
– Nie wolno przychodzić w jeden z tych dni – dodał. – Przyjdę na spacer, razem z naszymi dziećmi.
Ktoś znowu głośno zadzwonił do drzwi.
– To ona, ta, która spóźniła się na spotkanie z moją przyjaciółką – usprawiedliwiała się Stefania – i ucieszyłam się, gdy doktor przedstawił tej dziewczynce tę sprawę. Myślałam, że to odpowiedni moment. W moim głosie nie usłyszycie żadnego strachu ani niepokoju... proszę skosztować – dodała.
Pan domu mocno uścisnął dłoń lekarza na pożegnanie.
W Berlinie i Warszawie opowiadano potem przez długi czas anegdoty o wizycie tego doktora w domu pana Goldbauma.
Zaczęli zapraszać go do dzieci z bogatych domów, do kapryśnych dzieci, które trafiały do lekarza z powodu uporu, z powodu tego, że „nie chcą jeść”.
Ta praktyka nie była dla niego najbardziej odpowiednia. Ale odwrócenie uwagi rodziców nie było możliwe. Ich litość była silniejsza niż ich uleczenie.
Strona 125
– To nie są dzieci z poddaszy i piwnic pod ich opieką – mawiał. – Pod ich opieką są również dzieci bogatych. Brak przygotowania do wychowania niemowlęcia, które tutaj mieszka, jest taki sam. Nawet oni nie zdali egzaminu z rodzicielstwa.
Zwrócił się z prośbą w duchu: aby móc być jak wychowawca w ogrodzie, uczyć dzieci – uczyć je żyć. Stanąć na egzaminie, spędzić czas, przez który człowiek uczy się być ojcem i matką, i to dla każdego z osobna: słabego, mądrego, chorego, dobrego, pojętnego. Nie żąda się od nich pracy nad najwyższą wartością w naszym życiu: nad stworzeniem człowieka i przygotowaniem go do życia.
Od kilku lat w tym samym pokoju odbywały się spotkania poświęcone badaniom nad małżeństwem oraz nad strukturą pedagogiczną i higieną niemowląt, zgodnie z programem nauczania w seminariach nauczycielskich.
Jednak, jak się wydaje, w życiu tego podwórka nic nie dawało większej radości niż spacer na wieś. Dzieci z tego przytułku nie były odosobnione na wsi. Doktor wykorzystał pierwszą okazję, która się nadarzyła, i spełnił obietnicę złożoną Leli. Przyszedł prosić o zgodę, przed wyjściem na spacer, na jej zabranie.
Przez trzy dni trwały przygotowania do tej wycieczki.
Należało porozumieć się z kierownictwem placówki w sprawie specjalnego wagonu kolejki wąskotorowej. I udać się do Strugi, aby znaleźć tam odpowiednie miejsce na obóz.
Plany na przyszłość były układane z wielkim zaangażowaniem. Przygotowano worki z jedzeniem, mydło, koce. Znaleziono pudła, „kapsuły”, na próbki wody oraz naczynia na żaby i robaki.
O godzinie szóstej rano maluchy przygotowały się do opuszczenia domu. Stały tam niemowlęta razem z przyjaciółmi, którzy zostali zaproszeni z domów z sąsiedztwa. Zebrała się grupa licząca czterdzieści osiem osób.
Po starym mieście szli parami, ze starym sztandarem na czele, a przechodnie usuwali się z drogi maluchom, kierując się w stronę stacji.
Strona 126
torbę, która natychmiast została podzielona z powodu braku miejsca obok okna.
W ciągu tygodnia, przy sprzyjającej pogodzie, po raz pierwszy otworzyli okna pieśnią, która rozległa się zaraz po tym, jak kolumna dzieci z kolonii i ich opiekunowie ruszyli w drogę, opuszczając miasto:
Anu nose’im, anu nose’im, le-Struga, le-Struga, le-Ma’jan
le-awiw bracha nisa’im – kol man’ulej elajnu – ca’ir ja’an
Dotarli po południu; powietrze było rześkie. Stefania poczuła ogromne zmęczenie. Usiadła bez sił – na trawie w porannym słońcu, opierając się o pień drzewa.
Przez godzinę trwania wycieczki dzieci doświadczyły ważnych przygód. Chłopcy zdążyli już stoczyć pierwszą i drugą bitwę; jeden z chłopców z sąsiedztwa przyniósł zabawkę – „żołnierza z gliny”, a w międzyczasie napełnili książki i opróżnili je. Przekąska na polanie była gotowa. Grali już w chowanego i w berka; na koniec dano im wolne na pół godziny.
Usiadła na skraju lasu, pod rozłożystym dębem, przymknęła oczy ze zmęczenia i walczyła ze snem, który ją ogarniał. Jakby na przekór swojej rodzinie, swojemu zdrowiu, w otoczeniu wychowanków.
Miłość stojącej przed nią wielkiej i białej Adeli, podsycana przez opowieści o Leli, przez te minuty spędzone u lekarza, rozbudziła ją i zbliżyła do internatu.
– Wyglądasz zupełnie jak wielki motyl – zawołała nagle Stefania; wydało jej się, że to złudzenie: oto nagle ukazał się jej mały obłok małych motyli, wirujących jeden za drugim.
Czyste, lśniące motyle, mieniące się barwami szafranu, te motyle – to wszystko, co lekarz widział v głębi swojej duszy. Rzeczy, których świat nigdy nie pozna.
Usiadła na trawie i zaczęła przypatrywać się trawie, która była zielona.
Natura zawsze zachwyca widokiem tego wyjątkowego świata, a to gorączkowe działanie, dokonujące się na powierzchni ziemi, z góry wydaje się piękne dla naszych oczu.
Mrówki biegają wraz z ciężarem, który dźwigają na grzbiecie; robaczki i gąsienice
Strona 127
skaczą z gałązki na gałązkę; pająki i małe robaczki wspinają się w górę, w stronę słońca.
Była zachwycona tym ogromnym bogactwem zielonego świata, który rozpościerał się przed nią na tej polanie, która nigdy, przenigdy nie przyszła jej na myśl, dopóki nie zebrały się tu dzieci, by odpocząć u jej stóp. Kiedy człowiek odkrywa w sobie ogromną moc serca, gdy otwiera się ono przed nim, otwierają się też przed nim serca tych biednych istot, te udręczone i spragnione serca, te dzieci z tych ciasnych i ciemnych uliczek.
Uniosła głowę, gdy zobaczyła niebieską chustkę z daleka. Doktor zbliżał się do niej, skinął na nią ręką.
– W tamtej małej grupie dzieci są tacy, którzy są chorzy, zajmują się nauką na świeżym powietrzu, jedzą warzywa i owoce!
Usiadł na ziemi obok niej, opierając się o pień drzewa. Wyciągnął przed siebie nogi w sandałach.
Zapadła cisza. Dzieci oddaliły się w głąb lasu. Tylko ptaki i owady były z nimi, a oboje ogarnęło jedno uczucie: ta chwila była jak przeżycie prawdziwego szczęścia.
Dobrze było, że znalazł się tu ktoś blisko – ktoś, kto widzi i czuje to samo, co ty; kto rozumie i reaguje w ten sam sposób na te chwile, kto uważa je za lekarstwo, i to nie tylko w słowach, ale jako wyraz wolności w tej zielonej chwili choroby.
Lekarz z radością obserwował tę sytuację.
– Te dzieci – powiedział, jakby mówił do samego siebie – to drobne istoty. Ale te owady i robaczki zakłócają im życie w tym lesie. Nie ma nikogo, kto otoczyłby ich życie opieką: co stanie się z Lelią? Nie uważa ich za istoty żyjące i nie potrafi zrozumieć, że jej życie w jednym z tych dni będzie jak życie motyla.
Dwie linie, które tu były, to: życie chorego oraz życie małego motyla. Dwa odrębne życia, z pełnymi prawami do życia, tak jak każde z nich. Oto dwie strony w całym tym świecie istot żywych, w świecie pod ich opieką, czekającym na Stwórcę.
Strona 128
Pani Adela zapukała do drzwi biura. Przeszła przez próg z szerokim uśmiechem na twarzy, jakby była zwiastunem dobrych wieści.
– Co to za hałas dochodzi z sypialni? Czy wszystkie dzieci już wstały?
– One nie tyle wstały, ile po prostu nie chcą spać – odpowiedziała Stefania, starając się ukryć swoje zakłopotanie.
W rzeczywistości ten pokój nie był odpowiedni do spania. Przez całą noc dzieciom doskwierał brak świeżego powietrza.
– To nie jest moja wina – dodała. – Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Zapłaciłam czynsz za ten miesiąc, a piekarz przyniósł mi świeży chleb i bułki.
Nagle do pokoju wszedł doktor. Wyglądał na zmęczonego, a jego twarz była blada.
– Co się stało? – zapytała Adela, kierując wzrok w jego stronę.
– Nic takiego, po prostu badanie dobiegło końca. Wszystkie dzieci są zdrowe, oprócz tej jednej dziewczynki, która ma gorączkę.
Stefania poczuła, jak ogarnia ją niepokój. Bała się, że Doktor porzuci placówkę, że straci cierpliwość do tych trudnych warunków.
– Nie martw się, Stefania – powiedział Doktor łagodnym głosem. – Nie opuszczę was. Te dzieci potrzebują naszej opieki, a ta mała dziewczynka potrzebuje lekarstwa.
Wyciągnął z kieszeni mały notes i zaczął w nim coś zapisywać.
– Musimy zmienić dietę dzieciom – kontynuował. – Powinny jeść więcej warzyw i owoców, a mniej chleba. I przede wszystkim: potrzebują więcej ruchu na świeżym powietrzu.
Adela spojrzała na niego z podziwem. Ten człowiek, mimo zmęczenia, myślał tylko o dobru swoich małych pacjentów.
– Rzeczywiście, dziwne są pana metody – pomyślała w duchu – ale jakże wielkie ma pan serce!
Strona 129
Doktor skończył pisać i schował notes do kieszeni.
– A teraz muszę już iść – powiedział, zwracając się do obu kobiet. – Czekają na mnie w szpitalu. Przyjdę jutro rano, aby sprawdzić, jak czuje się chora dziewczynka.
Stefania odprowadziła go do drzwi wyjściowych.
– Dziękuję panu, doktorze – szepnęła, ściskając jego dłoń.
– Nie masz za co dziękować, Stefania. To jest moja powinność – odpowiedział i wyszedł na ciemną, pustą ulicę.
W pokoju zapanowała cisza. Dzieci w sypialni w końcu uciszyły się i zasnęły. Stefania usiadła przy swoim biurku i ukryła twarz w dłoniach. Czuła ogromne zmęczenie, ale też ulgę, że doktor zostanie z nimi.
Adela podeszła do niej i położyła jej rękę na ramieniu.
– Jesteś dzielna, Stefania – powiedziała cicho. – Podziwiam twoje poświęcenie dla tych dzieci. Ale pamiętaj, że musisz też dbać o siebie. Nie możesz oddać całego swojego życia tej misji.
Stefania uniosła głowę i spojrzała na kuzynkę.
– Nie potrafię inaczej, Adela. Te dzieci nie mają nikogo oprócz nas. Jeśli my im nie pomożemy, to kto to zrobi?
Adela nie odpowiedziała. Wiedziała, że żadne słowa nie zmienią decyzji Stefanii. Pocałowała ją w policzek i zaczęła zbierać swoje rzeczy, przygotowując się do powrotu do domu.

*) „Z pamiętnika lekarza”
Strona 130
Trudno było jej zwrócić się do nich z prośbą o pomoc, a oni wcale jej nie szanowali – zauważyła ze smutkiem.
Nagle nadeszło uspokojenie ze strony rodziców.
– Miasto mogłoby w stopniu najwyższym zatwierdzić plan budowy gmachu dla tamtych upośledzonych dzieci. W ten najlepszy sposób otrzymają oni równe szanse, nie mniejsze niż u dzieci Izraela, a zło nie wyrządzi im tam szkody...
– O co chodzi?
– Niech pani nie patrzy na mnie ze łzami w oczach. Ten wysiłek zmierza ku temu, by ukryć oczy przed jawną niesprawiedliwością. Nie da się wychowywać razem dzieci, których pochodzenie wywodzi się z dwóch tak skrajnie odmiennych środowisk religijnych i narodowościowych...
– Pamiętajmy, że wśród dzieci dojdzie w końcu do zatarcia tych różnic pod wpływem odpowiedniego wychowania.
– Przed dziećmi nie da się ukryć prawdy. Pani przecież doskonale wie, co wydarzyło się w tamtym ostatnim czasie...
– Ma pani na myśli walkę z Żydami? Inteligencja polska nie bierze w tym udziału. Odwiedzam domy Polaków, podróżuję z polskimi dziećmi do sanatoriów w Krynicy; tamci pacjenci to przecież także Polacy, jak również Żydzi... Nie ma w tym żadnego zła. Nie chciałabym, aby ta sprawa dotknęła także dzieci.
– Niestety, ten grunt został już poruszony od czasu szkół średnich, by nie wspomnieć o ulicy. Czytała pani ten artykuł w „Wiadomościach Literackich”?
Od momentu ogłoszenia dekretu o handlu detalicznym problem żydowski zaczął przenikać do różnych sfer. Najpierw ucierpiały na tym organizacje polityczne, a zaraz potem także szkoły średnie i domy dziecka. Obywatele są podzieleni ze względu na dwa obozy: Polaków i Żydów. I stąd bierze się to otwarte i wrogie nastawienie części uczniów wobec swoich rówieśników.
– Czytałam. I właśnie dlatego uważałam, że polscy pedagodzy będą zawsze walczyć z całym tym antysemityzmem, który szczepią w sercach waszych dzieci i niszczą w ten sposób szacunek dla człowieka, jaki rodzi się pod wpływem prostych relacji. Przecież dzieci z inteligenckich domów zachowują się zupełnie inaczej.
– To tylko pozory. Teraz oni sami narzekają na siebie, ponieważ
Strona 131
napotykają trudności nie tylko przy egzaminach do szkół średnich, ale także w relacjach z kilkunastoma innymi chłopcami. A wszystko to kończy się bójkami i nienawiścią, z powodu której synowie pokoju są wyrzucani ze szkół średnich – zauważyła w trakcie tej rozmowy.
– Związek Młodzieży wyszedł z inicjatywą przeciwdziałania temu. Nie da się wychować ludzi oświeconych i wykształconych, jeśli będą brali udział w politycznej grze, w pokazówce organizowanej przez reaktorów. Trzeba spróbować...
Po pewnym czasie była zmuszona zrezygnować z tej propozycji „Związku”. Ruch antysemicki, który narodził się w tamtym okresie, z każdym dniem zyskiwał coraz szersze kręgi i stawał się coraz silniejszy.
Reakcyjne gazety zmieniły swój ton. Hasła przeciwko Żydom były powtarzane przez stowarzyszenia, przez organizacje studenckie. Przeciwstawiali się im tylko socjaliści i robotnicy polscy.
W Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) sprawa ta stała ponad wszystkim. Od roku 1905 tradycje wspólnej pracy z „Bundem” i organizacjami żydowskimi były bardzo silne.
Inteligencja żydowska pracowała nad znalezieniem odpowiedzi na ten problem asymilacji.
W jedynym żydowskim piśmie „Nasza Gazeta” *) [Nasz Przegląd], które było redagowane przez Stanisława Kempnera, Janusz Korczak publikował swoje utwory w dziale literackim i w ten sposób stał się znany w krytyce literackiej.
Franciszek Salezy był tym, który pisał o problemie żydowskim i uważał za stosowne ostrzec przed nim opinię publiczną.
Jednak młodzież żydowska, wychowana w znanych szkołach średnich, które znajdowały się pod wpływem władz carskich, była oderwana od mas. Młodzi ludzie z Izraela byli aktywni w stowarzyszeniach, które działały pod nazwą „Spójnia”, a działalność ta była prowadzona z wielkim powodzeniem przeciwko asymilacji i tradycji.
W urzędzie policji carski urzędnik patrzył z podejrzliwością na każdego Żyda.

*) „Nasza Prasa”.
Strona 132
Zarówno w polskim ruchu [podziemnym], jak i w więzieniach, Żydzi i Polacy siedzieli razem w tych samych celach za sprawę socjalizmu i polskiego patriotyzmu.
Jednak na niektórych małych polskich sklepach pojawiły się już napisy:
„Sklep chrześcijański”.
A uszy żydowskich dzieci zaczęły wyłapywać, w ogrodach i na ulicach, coraz częstsze okrzyki:
– Idź stąd, parchu!
Krążyły plotki, że władze carskie hojnie wynagradzały tę antysemicką propagandę.
Doktor odwiedzał chorych w dzielnicy żydowskiej; nikt nie potrafił tak dobrze jak on wsłuchać się w szept ulicy i nikt nie potrafił tak dobrze jak on wyczuć wstrząsy i niepokoje rodzących się pod ziemią.
Czyż nie nazywał samego siebie: „Ojcem dzieci ulicy”?
Po pewnym czasie przyzna Stefce rację, że rzeczywiście miała słuszność, chroniąc je.