Kompletny, Rozdział Siedemnasty (strony 177–185)
Oto cała treść siedemnastego rozdziału zestawiona w jeden ciągły tekst:
Przed Dniami Przerwy
Doktor niewiele spał tej nocy. Gdy zgasły światła na sali, usiadł przy biurku przed małą lampą naftową. Przez małe okienko widział sypialnię. Na biurku piętrzyły się sterty list, zapisków i notesów – prawdziwe kartoteki faktów. Na starannie wykreślonych, szerokich arkuszach krzyżowały się powyginane linie biegnące w górę i w dół, ledwo widoczne dla oka: kto wstał kilka razy w nocy, kto zostawił niedokończone jedzenie, kto rzucał złe spojrzenia, kto wołał rówieśników do bójki, kto zadawał zbyt wiele pytań, kto mówił mało, kto pościł, kto kłamał, kto biegał za dużo, kto chował się w kącie, kto darł spodnie, a kto potrafił grać w piłkę… Władco Świata, czego tam nie było na tych statystycznych arkuszach! Na początku skrupulatnie zapisywano w nich wszystko, a dopiero potem wyciągano wnioski dotyczące zachowania i reakcji dziecka.
Wracał o bardzo późnej porze, o jedenastej w nocy, a przecież musiał usiąść do pracy o świcie. Wrócił właśnie z uroczystości, którą zorganizowały studentki seminarium dla wychowawczyń, gdzie prowadził wykłady. Trudno to było właściwie nazwać uroczystością. Został zaproszony na godzinę dziewiątą. Jak to miał w zwyczaju, pojawił się punktualnie; co do minuty, zawsze dotrzymywał słowa i rygorystycznie pilnował porządku. W sali nie było nikogo. Na początku siedział cierpliwie, lecz po chwili zaczął wyciągać raz po raz zegarek z kieszeni. Gdy wskazówka pokazała godzinę dziewiątą i pół, dopiero wtedy pojawiły się studentki. Doktor zwrócił się do nich:
— Drogie panie, ja sam nie jestem pewien siebie, ale przywykłem, że inni podążają za moim przykładem.
— Ależ panie doktorze! – zaprotestowały. – Przecież to tylko niewielkie spóźnienie.
— Ależ panie doktorze! – zaprotestowały. – Przecież to tylko niewielkie spóźnienie.
Prawdopodobnie były obrażone.
— Przywykłem kłaść się do łóżka o stałej porze — odpowiedział. — Nie jestem w stanie czekać, aż zakończycie swoje przygotowania.
— Prosimy o wybaczenie nam tym razem tego uchybienia.
— Pytanie tylko, jak to się skończy? Jeśli położę się spać później niż zwykle, jutro wstanę zmęczony i poirytowany. Czy mam cierpieć z powodu czyjejś niesolidności? Dlaczego te maleńkie dzieci w Domu Sierot mają z tego powodu cierpieć? Czy dlatego, że spóźniliście się na otwarcie uroczystości?
— Prosimy o wybaczenie nam tym razem tego uchybienia.
— Pytanie tylko, jak to się skończy? Jeśli położę się spać później niż zwykle, jutro wstanę zmęczony i poirytowany. Czy mam cierpieć z powodu czyjejś niesolidności? Dlaczego te maleńkie dzieci w Domu Sierot mają z tego powodu cierpieć? Czy dlatego, że spóźniliście się na otwarcie uroczystości?
Znowu nie dali mu spokoju. Były zakłopotane, ale i poruszone. Jego szczera uwaga dotknęła je do głębi. Przez dany czas pamiętały te słowa, gdyż uświadomiły im one, jak bardzo niepunktualność wychowawcy wpływa negatywnie na dziecko.
Doktor rozmyślał o punktualności i wrócił myślami do domu. Przypomniał sobie, że dzisiaj musi odpowiedzieć na list dotyczący sytuacji dzieci, który otrzymał niedawno z Erec Izrael - Ziemi Izraela. Postanowił napisać do nich o punktualności. Oto treść tego listu:
„Słyszałem, że wiele dzieci spóźnia się do szkoły i nie ma na to rady. Proponuję, aby na dziedzińcu postawić klatkę z kogutem, który będzie budził dzieci ze snu. A jeśli nie obudzą się na pianie koguta, proponuję postawić na dziedzińcu małą armatkę, która hukiem zerwie dzieci na równe ноги. A jeśli spóźniają się dzieci, które są wysyłane do szkoły przez rodziców, proponuję wysłać samoloty, które z góry będą rozpylać na dzieci wodę, a wtedy na pewno pośpieszą do klas. Jeśli i to nie pomoże, proponuję opublikować w gazetach nazwiska tych spóźnialskich dzieci.
— A co nas obchodzi, co napiszą w gazetach? — odpowiedzą dzieci. — Przecież i tak wszyscy nas znają!
W takim razie należy opublikować nazwiska spóźniających się nauczycieli i dyrektorów szkół.
— To nie ma znaczenia — powiedzą dzieci. — W szkole i tak wszyscy wiemy, kto i kiedy się spóźnia. Należy powiesić na ścianie dużą tablicę z ogłoszeniami, na której będzie napisane: „Prosimy, aby spóźnialscy nie przychodzili, niech zostaną w domach”. Zrozumią wtedy, że to dla nich wstyd.”
Ktoś zapukał do drzwi pokoju. Zrozumiał, że ta historia dobiegła końca. Dzisiaj nie ma czasu na rozmowy o sprawach dotyczących dzieci. Właśnie mieli zorganizować wspólną wycieczkę za miasto. Doktor zaproponował, aby dokładnie ustalić trasę wyprawy: najpierw trzeba wykreślić drogę, którą przejdą dzieci, zaznaczyć wszystkie skrzyżowania i zakręty uliczne, a także wszelkie niebezpieczeństwa, jakie mogą spotkać dzieci, oraz wszystkie przeszkody, które mogą stanąć na ich drodze.
— Ponieważ jeśli trasa nie będzie odpowiednio przygotowana, przewodnik będzie się denerwował na dzieci, które będą się rozpraszać na wszystkie strony, a samochód jadący drogą może ich potrącić, i wtedy zamiast wesołej biesiady, wycieczka zamieni się w prawdziwą tragedię.
— Ależ nie sposób przewidzieć i zmierzyć każdego kroku! — sprzeciwił się jeden z opiekunów. — Szczególnie o tej porze, kiedy mam ochotę porozmawiać z tobą... może o dziesięciu innych sprawach.
— Porozmawiamy o nich spokojnie, ale każdy krok i każde działanie należy mierzyć i rozważać, a plan wdrożymy krok po kroku. Kiedy życie w Domu Sierot stanie się wielką maszyną działającą sprawnie, wtedy i nasza praca będzie łatwa i prosta. Nie będziemy musieli wnosić skarg na samych siebie, i nie zrobimy niczego, co zrobione byłoby z lekkomyślności lub nieostrożności. Nasz spokój ducha wpłynie kojąco na innych, na życie wielu tysięcy dzieci oraz na nas samych.
— Ależ nie sposób przewidzieć i zmierzyć każdego kroku! — sprzeciwił się jeden z opiekunów. — Szczególnie o tej porze, kiedy mam ochotę porozmawiać z tobą... może o dziesięciu innych sprawach.
— Porozmawiamy o nich spokojnie, ale każdy krok i każde działanie należy mierzyć i rozważać, a plan wdrożymy krok po kroku. Kiedy życie w Domu Sierot stanie się wielką maszyną działającą sprawnie, wtedy i nasza praca będzie łatwa i prosta. Nie będziemy musieli wnosić skarg na samych siebie, i nie zrobimy niczego, co zrobione byłoby z lekkomyślności lub nieostrożności. Nasz spokój ducha wpłynie kojąco na innych, na życie wielu tysięcy dzieci oraz na nas samych.
Nie było łatwo podtrzymywać z nim dyskusji na ten temat. Interesowały go konkretne przypadki, które należało rozstrzygnąć przed okresem wolnym (wakacyjnym). Te sytuacje trudno było ująć w sztywne ramy statystyki.
— Kaszel, katar, grypa i infekcja — wyliczał dalej — wciąż się nasilają, pomimo ostrzeżeń, które zostały wydane. Czy nie byłoby warto zastosować jakiejś kary lub nagany w tym kierunku?
— Zastanawiałem się nad tym już nieraz — odpowiedział. — Czasami sam stykam się z tymi sprawami. Czasami denerwuję się na lekarza, ale w większości przypadków oni nie robią nic złego, tylko po prostu ulegają przeziębieniom — zaczął. A potem dodał: — Posłuchaj mojego pomysłu, spróbuję znaleźć jakieś rozwiązanie. Wydaje mi się, że wcale nie jest to wina sikania w łóżko, a zwłaszcza tego, że dziecko boi się wyjść spod ciepłej kołdry do zimnej ubikacji, zwłaszcza zimą, gdy wieje chłodny wiatr. Jakże trudne są te noce dla najmłodszych, którzy cierpią w łóżkach: dziecko odczuwa wstyd, płacze, jest upokorzone. Rano otwiera oczy z poczuciem winy i strachu, które nie opuszcza go przez cały dzień; z tego rodzi się brak pewności siebie. Czy jest coś gorszego od poczucia wstydu? Zwróciłem uwagę na ten problem. Chcę zorganizować specjalne miejsce w rogu sypialni, oświetlić je jasnym światłem, tak aby było łatwo widoczne nawet z daleka; najważniejsze, żeby było blisko, ciepło i nie budziło strachu — a wtedy zobaczymy, jakie będą rezultaty.
— Zastanawiałem się nad tym już nieraz — odpowiedział. — Czasami sam stykam się z tymi sprawami. Czasami denerwuję się na lekarza, ale w większości przypadków oni nie robią nic złego, tylko po prostu ulegają przeziębieniom — zaczął. A potem dodał: — Posłuchaj mojego pomysłu, spróbuję znaleźć jakieś rozwiązanie. Wydaje mi się, że wcale nie jest to wina sikania w łóżko, a zwłaszcza tego, że dziecko boi się wyjść spod ciepłej kołdry do zimnej ubikacji, zwłaszcza zimą, gdy wieje chłodny wiatr. Jakże trudne są te noce dla najmłodszych, którzy cierpią w łóżkach: dziecko odczuwa wstyd, płacze, jest upokorzone. Rano otwiera oczy z poczuciem winy i strachu, które nie opuszcza go przez cały dzień; z tego rodzi się brak pewności siebie. Czy jest coś gorszego od poczucia wstydu? Zwróciłem uwagę na ten problem. Chcę zorganizować specjalne miejsce w rogu sypialni, oświetlić je jasnym światłem, tak aby było łatwo widoczne nawet z daleka; najważniejsze, żeby było blisko, ciepło i nie budziło strachu — a wtedy zobaczymy, jakie będą rezultaty.
Przyznała mu rację. Noc zbliżała się ku północy. Oczy kleiły się ze zmęczenia, nie była już w stanie rozmawiać o innych sprawach, dlatego przed pójściem spać zadała tylko jedno pytanie:
— Czyja jest jutro kolej, by dopilnować mycia dzieci?
— Jutro jest piątek, więc po południu ja sam osobiście umyję głowy chłopcom.
— Zamiast ciebie zrobi to pani Zofia A., nasza praczka. Ty zdejmij płaszcz i odpocznij — zauważyła krótko Stefa.
— Nie ma mowy. Każdy ma swoje stałe obowiązki. Trzej chłopcy są przyzwyczajeni do mojej pomocy, to przynosi im radość, a i dla mnie to chwila wytchnienia. Muszę wiedzieć, kto z nich jest chory, a kto ma gorączkę; muszę też widzieć, jak dbają o czystość uszu i głowy.
— Jutro jest piątek, więc po południu ja sam osobiście umyję głowy chłopcom.
— Zamiast ciebie zrobi to pani Zofia A., nasza praczka. Ty zdejmij płaszcz i odpocznij — zauważyła krótko Stefa.
— Nie ma mowy. Każdy ma swoje stałe obowiązki. Trzej chłopcy są przyzwyczajeni do mojej pomocy, to przynosi im radość, a i dla mnie to chwila wytchnienia. Muszę wiedzieć, kto z nich jest chory, a kto ma gorączkę; muszę też widzieć, jak dbają o czystość uszu i głowy.
Zatopili się w rozmyślaniach.
— Jak to? — dopytywał. — Czy zdołasz rozróżnić i podzielić te wszystkie obowiązki między wychowanie ducha a wychowanie ciała, gdy brakuje personelu? Przecież te dzieci są moje, to ja jestem ich wychowawcą!
— Ojciec nie sprzecza się o takie rzeczy...
— Nie jestem winna, że wszystko spada na jednego człowieka, ale jako przełożona muszę dbać o ojca.
— Ojciec nie sprzecza się o takie rzeczy...
— Nie jestem winna, że wszystko spada na jednego człowieka, ale jako przełożona muszę dbać o ojca.
Wczesnym rankiem doktor był już na stanowisku. Zielony mundurek (zielony to był kolor ubrań dzieci; kolor ten był bardzo lubiany) pojawiał się od czasu do czasu w różnych częściach budynku. Dzieci spotykało się w każdym zakątku domu. Nie jedno i nie dwoje, lecz troje; wbiegali do jadalni, skakali po schodach, by wyczyścić buty, pojawiali się v sali gimnastycznej, by na koniec usiąść do jedzenia w sali jadalnej, blisko drzwi. Dwie wybielone butelki z ciemnego szkła zostały napełnione już przed wpół do siódmej. Prawie każde dziecko dostawało przed porannym posiłkiem porcję tranu, tak jak nakazywały zasady zdrowia.
— Basia płakała całą noc — zauważyła Stefa, przechodząc pośpiesznie z jadalni do kuchni.
— Z jakiego powodu? — zatrzymał się w drodze, jakby ta wiadomość dotarła do jego uszu z ogromnym niepokojem.
— Nie wiem. Wygląda na zdrową. Nie skarży się na nic.
— Mniejsza z tym — zaśmiał się. — Taka rzecz jest droga każdemu człowiekowi. Wszak głos rozsądku jest rzeczą najważniejszą na tym świecie — dodał.
— Z jakiego powodu? — zatrzymał się w drodze, jakby ta wiadomość dotarła do jego uszu z ogromnym niepokojem.
— Nie wiem. Wygląda na zdrową. Nie skarży się na nic.
— Mniejsza z tym — zaśmiał się. — Taka rzecz jest droga każdemu człowiekowi. Wszak głos rozsądku jest rzeczą najważniejszą na tym świecie — dodał.
Musiał wziąć udział w posiedzeniu z darczyńcami, dlatego też przed wyjściem ze szkoły, w godzinie, gdy dzieci odmawiały modlitwę „Kaddisz”, doktor był obecny przy tej ceremonii. W swoim notesie zapisał te słowa: Kupować guziki. Wychowawczyni próbowała mu dowieść, że dziecko może poradzić sobie samo z przyszyciem tych guzików. Doktor podszedł do niej:
— Nie, proszę pani, to wcale nie jest sprawa bez znaczenia. Guziki muszą być mocne, bardzo mocne. Czy pani rozumie, co oznacza słowo „guzik”? Kiedy pęka lub odpada ze swojego miejsca, niszczy to cały dzień i rzutuje na wychowanie dziecka. Pojawia się obawa, że spodnie opadną i trzeba będzie podtrzymywać je jedną ręką — a wtedy wszystkie plany i przygotowania legną w gruzach, jakby w ogóle nie istniały. Czy te drobiazgi nie są warte uwagi?
W małej bocznej sali, gdzie mieściła się biblioteka, dzieci czekały na rozpoczęcie modlitwy wraz z doktorem. Odmawiano modlitwę „Izkor”. Większość dzieci w tym domu była sierotami bez ojców, a niektórzy nie mieli również matek. Od samego początku doktor czuł się nieswojo w tej sytuacji. Jednak po chwili, w trakcie modlitwy, znalazł w sobie siłę, by odpowiedzieć. Przyglądał się wychowankom. Niektórzy z nich modlili się w skupieniu, poruszając cicho wargami; inni głośno odmawiali słowa modlitwy, nie kończąc zdań, a ich twarze były zwrócone w stronę modlących się. Wychowawca dostrzegał w tym wszystkim cechy charakteru dzieci: ich zapał, szczerość, a także ich wewnętrzne rozterki…
Uczennice seminarium i starsi chłopcy z internatu z zapartym tchem słuchali jego słów. W ich głowach na nowo zrodziło się zaufanie do doktora podczas modlitwy. Dobrze rozumieli jego słowa, wiedząc, że modlitwa wypowiadana bez zaangażowania serca nie ma żadnej wartości i staje się jedynie pustym frazesem. Czy te myśli zrodziły się również w sercach dzieci?
— W jakim celu? — zapytano go kiedyś.
— Jeśli przychodzą do nas dzieci z tłumu ludu — odpowiedział — z zamożnych domów, w których widziały swoich rodziców modlących się; pamiętają oni te dni, kiedy ich ojcowie zanosili modły do Boga. Nie jest naszą rzeczą przenosić ich z jednej atmosfery w drugą w sposób radykalny. Byłoby to rzeczą niewłaściwą i szkodliwą dla dziecka, które ma swój własny dom. Mogłoby to doprowadzić do utraty zaufania do tradycji rodzinnych. Powinni oni poznać i szanować religię — pragnę jedynie przekazać im część tych wartości.
— Jeśli przychodzą do nas dzieci z tłumu ludu — odpowiedział — z zamożnych domów, w których widziały swoich rodziców modlących się; pamiętają oni te dni, kiedy ich ojcowie zanosili modły do Boga. Nie jest naszą rzeczą przenosić ich z jednej atmosfery w drugą w sposób radykalny. Byłoby to rzeczą niewłaściwą i szkodliwą dla dziecka, które ma swój własny dom. Mogłoby to doprowadzić do utraty zaufania do tradycji rodzinnych. Powinni oni poznać i szanować religię — pragnę jedynie przekazać im część tych wartości.
W praktyce doktora te kwestie religijne były dla niego niezwykle ważne. Niektóre z tych dzieci były wysyłane przez swoich rodziców do tradycyjnych szkół religijnych (chederów). Część z nich była zmuszona uczyć się tam modlitw i pieśni szabatowych. Wielu z nich nie znosiło tych lekcji. Jeden z chłopców miał nawet zwyczaj kraść i ukrywać podręczniki, by w ten sposób uniknąć nauki, co przynosiło wiele zmartwień. Dopiero gdy zaczynał modlić się przed obliczem sądu koleżeńskiego, ogarniał go strach przed karą i zaprzestawał tych kradzieży.
Gdy rozmawiali w grupie starszych dzieci o ich stosunku do nauki religii, doktor włączył się do rozmowy i powiedział:
— Zanim podejmiecie decyzję, czy iść w sobotę do szkoły, i kto z was pójdzie, pragnę, abyście wiedzieli, że:
- Siostra Moszego R. oraz matka Szymona wyrazili życzenie, aby ich dzieci nie chodziły w szabat do szkoły.
- Każde dziecko musi szanować wolę swoich rodziców i opiekunów, i pod żadnym pozorem nie wolno mu lekceważyć tych próśb, jeśli rodzice tak postanowili.
- Ktokolwiek z was pragnie uczyć się w szabat, niechaj to czyni, ponieważ z mojej strony nie ma żadnych przeszkód i nie chcę zabraniać wam nauki; nie ma w tym nic złego. Szabat jest rzeczą ważną w mieście, wręcz przeciwnie, jeśli ktoś nie przyjdzie, nie jest miło zamieniać ten dzień w dzień powszedni. Człowiek, który nie szanuje swojej własnej religii, nie jest szanowany przez przyzwoitych ludzi.”
Zbliżał się koniec roku szkolnego. Wielka machina organizacyjna działała jak należy, poza nielicznymi incydentami, których nie sposób było przewidzieć z góry. Trwały przygotowania do wyjazdu na kolonię letnią. Nadeszło upalne czerwcowe południe. Do jadalni wkroczyły dzieci, które po powrocie ze szkół trzymały w dłoniach świadectwa szkolne. Ich twarze były rozpalone z emocji i gorąca.
Doktor palił nerwowo papierosa, strzepując popiół, jak to miał w zwyczaju, do małej kieszonki swojej kamizelki – nie mógł przecież spacerować pośród dzieci po całym domu i nosić ze sobą popielniczki. Przypalone końcówki zapałek lądowały w budce stróża lub w doniczkach kwiatowych. Z tego powodu doktor i stróż byli do siebie bardzo podobni w swoich zachowaniach. Kolejną korzyścią z tego nawyku było to, że ta zużyta zapałka służyła doktorowi do dokładnego wciskania tytoniu z powrotem do gilzy. Następnie to pudełko służyło do przechowywania zapałek oraz owiniętych w watę szpilek, którymi oczyszczano rany i zadrapania wychowanków. Były to czynności powtarzane niemal każdego dnia w procesie wychowawczym.
Choć doktor denerwował się i krytykował system ocen szkolnych, nie miał innego wyjścia: musiał przecież wysyłać dzieci do szkół publicznych – ulegał więc tej głębokiej konieczności. Każde świadectwo szkolne otwierał z dużą ostrożnością, uważnie i z powagą przyglądając się wpisanym tam ocenom. Rozumiało się samo przez się, że na samym początku i na pierwszym planie znaleźli się ci, którzy przynieśli najlepsze oceny.
— A co otrzymamy w nagrodę za dobre oceny? — dopytywali wesoło, a w ich pytaniach nie brakowało dziecięcych żartów i śmiechu. Spod łokcia doktora, który opierał się o blat stołu, wyjrzał mały Josek. Jego głowa była ogolona do skóry. Na jego twarzy nie było widać uśmiechu. Ten w tym drugim miesiącu z powodu bólów głowy i gorączki opuścił wiele dni nauki, i rzecz jasna nie otrzymał promocji do następnej klasy.
Doktor udawał, że patrzy w inną stronę, jakby go w ogóle nie widział. Dopiero gdy wszystkie dzieci odeszły, a w sali zapanował spokój, uciszając radosne i smutne głosy, zawołał do siebie Joska, uścisnął go mocno, przyciągnął jego głowę do siebie i ucałował go.
— Tobie również należy się nagroda za te dwa miesiące cierpienia — powiedział cicho.
W tym momencie twarz chłopca rozjaśnił promienny uśmiech.
