Thursday, June 25, 2026

Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział dwudziesty szósty (STRONY 282–290): W małym szpitalu dziecięcym


 CAŁY ROZDZIAŁ 26 (STRONY 282–290) – PEŁNE TŁUMACZENIE

Rozdział dwudziesty szósty
W małym szpitalu dziecięcym
Choć Stefa nie ukończyła oficjalnych studiów medycznych, każdy w szpitalu dziecięcym wiedział, że jej wiedza z zakresu pediatrii jest niemal tak głęboka jak wiedza samego Doktora.
Nieraz przed wojną, gdy Doktor wracał do domu po upływie kilku dni, zastawał tam chore lub ranne dziecko. Wtedy okazywało się, że właściwa pomoc została już udzielona maluchowi, a diagnoza została postawiona prawidłowo, bez błędu. Zwykł mawiać:
– Właściwie to Stefa jest lekarzem, a ja jestem jedynie wychowawcą.
Teraz jej zachowanie zawsze budziło podziw. Ponieważ nie mieszała się w sprawy czysto medyczne, ale z powodu tego wszystkiego, co działo się wokół, wzięła na siebie odpowiedzialność za zapewnienie opieki dzieciom getta, niczym dyplomowana lekarka i pielęgniarka. Spośród dzieci z sekcji – dźwięk tych słów brzmiał niemal ironicznie. I tak oto zastąpiła ona siostrę przełożoną, która od tygodnia nie pojawiała się na swoim stanowisku. In the sekcji dla niemowląt panował porządek.
Dzieci przyvożone do szpitala były niemal żywymi trupami, z których nie dało się już nic wykrzesać. W ich wnętrzu tliły się jedynie resztki sił witalnych. Przebywanie Doktora w tym miejscu nie pozwalało na utrzymanie ogólnego porządku, nawet gdy w kuchni nie było już żadnych zapasów żywności. Należało kontrolować sytuację w sposób niespodziewany, bez uprzedzenia. Ludzie z administracji zwykli kraść jedzenie chorym i brać je dla własnych potrzeb. Dlatego też przeniesiono dzieci do piwnicy szpitala, który znajdował się na terenie getta...
Piwnice warszawskich schronisk były przystosowane jeszcze od września, od okresu obrony stolicy, w sposób, który pozwalał im służyć jako mieszkania zastępcze. Mury były solidne, posadzka z kamienia była twarda, a narożniki pomieszczeń zostały wzmocnione.
Przez małe okienka światło wpadało bardzo skąpo; od zawsze roiło się tam od setek robaków, ponieważ piwnice były wilgotne, a w ich wnętrzu unosił się zaduch stęchłych ubrań. Jednak było to miejsce chroniące przed pojawieniem się nieproszonych i groźnych gości.
Dzieci nie miały tam żadnych łóżek. Należało składać podziękowania Bogu za każde znalezione prześcieradło czy siennik. Ale największą bolączką była nędza spowodowana brakiem leków: z tego powodu Stefa starała się leczyć infekcje za pomocą starych metod i przy użyciu domowych sposobów, na miarę skąpych zasobów, które posiadała. „Medycyna” ludowa u Żydów służyła jej jako jedyne źródło pomocy dla chorego dziecka, zastępując lekarstwa. Miała ze sobą notes, w którym zapisała swoje uwagi z czasów pobytu Doktora, a na jego stronach zapisana była cała nauka chirurgii. Wiedziała, jak przeprowadzać proste zabiegi, ale przed tą operacją nie miała odwagi przystąpić do działania, opierając się wyłącznie na przemywaniu ran i okładach z ziół.
W szpitalu dziecięcym nie było lekarza-radiologa; dzieci nie przynosiły ze sobą żadnych zdjęć rentgenowskich w małej kopercie, w której znajdowało się świadectwo ich zdrowia; zamiast tego u większości bogatych rodzin nie było już w domu śladu po chlebie.
U podnóża wielkiego, mrocznego pieca, z którego zniknął czarny dym, leżała zmarła mała dziewczynka w wieku około trzech lat. Na początku wojny otrzymała od Doktora dar w postaci stu ubrań.
Ona strzegła jej wraz z dowodem tożsamości, portfelem, kilkoma biletami i rzeczami, które uchodziły za cenne i wartościowe, kilkoma fotografiami, a także chusteczką – wspomnieniem wszystkich jej zmarłych.
Niekiedy grozili im i żądali wydania kluczy: teraz nie było już na co zamknąć schronienia.
Podczas tamtej nocy pełnej grozy, która poprzedziła przymusowe przesiedlenie do nowego mieszkania, sprawdziła ona wszystkie swoje klucze. Zanim zamknęła paczkę z dokumentami, którą wyjęła z szafy, zapakowała ją w dużą tekturową skrzynkę. Przed świtem zakopała tę skrzynkę w ziemi, pod rynną biegnącą wokół domu dziecka. Dokumenty te nie miały już dla niej żadnej wartości sentymentalnej. Zakopała je w ziemi tak, jak chowa się ciało kogoś bliskiego sercu.
Wtedy wciąż jeszcze wierzyli, że wojna skończy się lada dzień, a wojska alianckie przyniosą oswobodzenie Polsce. Stefa rozumiała, że przyjdzie im jeszcze długo poczekać na ten dzień, i że ona sama najprawdopodobniej nie dożyje kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości.
Niektórzy odważyli się ją o to podejrzewać, jako że nikt nie był w stanie odebrać jej męstwa.
Gdy postawiono dzieci w rzędzie, tuż przed ich wyjściem na spacer, wzięła małą Salię na ręce i ruszyła na czele grupy. Na ulicy Dzielnej czekał już na nią Doktor. Dzieci szły ubrane w ciepłe ubrania i wkrótce miały rozpocząć nowy dzień w „Schronisku”.
Już następnego dnia zrozumiała, że najważniejsze to zadbać o ich zdrowie. Doktor nakazał jej zbadać je wszystkie, a ona zapisała stan ich zdrowia jedno po drugim. Potrzebne były lekarstwa, aby poprawić stan fizyczny dzieci, który pogorszył się do tej pory.
Przypomnieli sobie, jak przed wieloma laty, na ulicy Franciszkańskiej, Doktor badał po raz pierwszy dzieci z domu dziecka.
– Fundusze – powiedziała – jak mamy zapewnić pieniądze, skoro znaleźliśmy zavedwie skromną sumę tak wielką liczbę chorych na tyfus i czerwonkę?... Czyż ten świat nie był otwarty na ich wołanie? Wszystkie te małe dzieci miały jeszcze przed sobą całe życie, a ich udręka wołała o pomstę do ludzkich serc.
In the pierwszej połowie 1942 roku stracili już nadzieję po pierwszych badaniach i zapoznaniu się z ich wynikami. Cóż mogła zrobić ta garstka personelu medycznego, skoro nie sposób było ich wyleczyć i odsunąć od nich przyczyn tej straszliwej choroby? Z leków nie pozostało już zupełnie nic, poza czystą wodą z kranu. Te czyste krople wody, dzięki staraniom Stefy, stały się tym wielkim, dobrym lekarstwem, którym leczono chorych. Z powodu tej ciężkiej pracy czuła ogromne zmęczenie, które dawało się jej we znaki.
W piwnicy zapadł zmierzch. Nie było widać żadnej zmiany na lepsze od tamtego dnia: tylko w tym małym kąciku leżał przygotowany mały materac, na którym spoczywały dzieci. Salosia leżała skulona na boku. Na jej paluszku u rączki widniała mała rana, a jej główka płonęła z gorączki. Stefa zrozumiała, że wkrótce pojawią się objawy choroby, która nie była zwykłym tyfusem: była to odmiana tyfusu plamistego. Jednak Salosia była chora jedynie na odrę, zwykłą chorobę wieku dziecięcego, która u zdrowych maluchów mija bez śladu. Niemowlę kwiliło cicho, bez wyraźnych oznak poprawy. Z jej ust wydobywały się dźwięki przypominające słowa: jeść, jeść, daj mi pić...
Stefa siedziała bezradna. Kto przyniesie jej choćby odrobinę jedzenia dla dzieci ze szpitala? Kto przyniesie od Doktora cokolwiek dla tego maleństwa? Zmieniała opatrunki na rozpalonym ciele dziecka i wyżymała mokrą szmatkę w misce z wodą. Z trudem stała na nogach.
Rano skierowała swoje kroki w stronę krzesła, na którym siedziała przez wiele godzin, a jej oddech stawał się coraz krótszy. Kilka razy w ciągu dnia była zmuszona oprzeć się o ścianę, aby nie upaść.
– Połóż się, pani Stefo! – dobiegł do niej cichy głos z sąsiedniego łóżka. To była Dorka. Z jej postaci nie pozostało już nic, prócz wielkich oczu w jej wychudzonym ciele i wąskich ramionach, bladych i zniszczonych. Reszta ciała wydawała się pozbawiona wszelkiej ziemskiej formy. Dorka chorowała na zanik mięśni i to już od kilku miesięcy leżała w tym szpitalu.
– Ależ oczywiście, ja widzę, przecież ta pani ledwo stoi na nogach; niech pani położy się i odpocznie trochę przy niemowlętach.
Dawniej potrafiła przynieść ulgę nie tylko dzięki opiece nad Salosią i maluchami. Doktor nazywał ją „Kierowniczką” z powodu jej dobrego serca. Była znana ze swojej mądrości i pracy przy szyciu ubrań. W swojej pracy wyróżniała się bardziej niż inni i poświęcała swój czas dla Domu Sierot, pomagając w zaspokajaniu potrzeb niemowląt.
Jednak te sprawy nie były obce Dorce i niejednokrotnie chodziła w sandałach, podczas gdy krople potu zalewały jej dwie nogi i dlatego nie było jej łatwo otrzymać choćby kubek wody.
– Nie, Dorko, – odpowiedziała jej – nie wolno mi wstawać z łóżka.
– Dlaczego nie wolno? W czasie wojny ludzie są bardziej wyrozumiali – odpowiedziała dziewczynka szeptem, jak zwykle. – Przyzwyczaiłam się cierpieć i znosić wiele rzeczy. Zobaczysz, pani, wyzdrowieję. Nic mi nie będzie.
Niemożliwością było dla Stefy nie przyjąć tej propozycji. Czuła, że ogarnia ją słabość – słabość w kościach. Musiała wyjść na świeże powietrze, wyjść natychmiast ze szpitala.
– Pamiętaj, aby zmieniać na czas te mokre okłady i podawać jej wodę do picia – dodała.
Wyszła na zewnątrz. „Schronisko” tętniło życiem. Na zewnątrz szpitala panowało powietrze podobne do tego, które dobrze znała. Nie przestała jednak kuśtykać na jedną nogę na posadzce, podczas gdy siedziała zgięta nad stołami w korytarzu. Może ten krok da jej chwilę oddechu.
– Stefio! Sądziłem, że jest tu ktoś...
– Kto miałby przyjść o tej godzinie? Czy każdy nie woli odpoczywać w swoim domu?... Widzisz, lepiej leżeć na schodach niż w zatłoczonym pokoju.
Przyzwyczaili się już do tego, co mówiono o strasznych warunkach w Rosji, o Syberii. Przecież człowiek może znosić i cierpieć głód, zimno, brak ubrań – i to tylko po to, by pozostać człowiekiem, w pokoju, w swoim łóżku, a nawet pod dachem swojego domu.
– W tym bloku nie ma ani jednego człowieka, który mógłby żyć samotnie, zamknąć się w sobie – powiedziała.
– To prawda, człowiek sam nie zdziała nic w tym zamęcie. Jest nas wielu razem, trzeba działać.
– Działać? – przerwała. – Kto ma siłę do tego?
– Stefio, – potrząsnął jej ramionami – nie mów tak, na miłość boską. Nie wolno ci tak mówić, to tylko chwilowa słabość. Kiedy odpoczniesz, odzyskasz jasność umysłu...
– Przestań... Robimy, co do nas należy dla dzieci, dla niemowląt. Zrobiliśmy to. Widzisz, dzień minął, i oto znowu mamy nadzieję na te jutrzejsze, przyszłe sprawy...
Złe wieści spadły nagle i uderzyły ponownie w jej głowę – myślał Doktor w duchu. Przerażenie ścisnęło mu gardło:
– Wydano rozkaz oczyszczenia z ludzi wszystkich tych, którzy nie pracują na rzecz Niemców, w fabrykach na terenie miasta. Wysiedlają nas w kierunku ulicy Solnej.
Ona wstała i stanęła na nogach. Pod wpływem zmęczenia poddała się.
– Nie poszłam za nimi... Nie posłuchałam mojej intuicji, bo przecież jesteśmy zmuszeni ratować samych siebie. Rozwiązanie się znajdzie, ale musimy się spieszyć, czas ucieka...
– Wysiedlenie – zaczął i rzekł – nie jest najgorszą rzeczą... Właściwie nie wiadomo dokładnie, dokąd zabiorą wysiedleńców.
– Nie łudź mojej duszy – przerwała mu. – Nie jestem dzieckiem. Doskonale znam prawdę i to, że nie jest ona znana. Rada powtarza i ogłasza dzień w dzień, że wysiedleńcy są wysyłani do prac przymusowych, aby zapobiec widokowi ludzi, których ogarnęła panika i lęk. Ale Czerniakow wiedział i wiedział dobrze, i dlatego do dziś nie pogodził się z tym i cierpiał. Wywożą ich do obozów zagłady...
– Wszystkie te słowa to nic innego jak plotki i pogłoski, to plotki chorych i tchórzy...
– Nie, ja nie wierzę – mówiła pośpiesznie, z goryczą i bólem. – Ja nie wiem, nie czuję ani jednej rzeczy...
Rzucił na nią spojrzenie pełne pytania.
– Przecież musisz opuścić to getto, to twój obowiązek...
– Oszalałeś, rozmawiasz jak inni, co to za nagła myśl w twojej głowie?
– Posłuchaj mnie, – mówiła ochrypłym szeptem, jednym tchem – to już od dawna miałam zamiar ci powiedzieć... Zrozum, że nie ma sensu ginąć bez celu. Każdy, kto ma choć cień możliwości, musi ratować swoje życie... Wiem, że Izaak załatwił ci ucieczkę.
– Dlaczego mnie namawiasz? Czy słyszałaś o poddaniu się? Ci uciekinierzy narażają swoje życie nie mniej niż ci, którzy pozostają w getcie.
– Ale przecież nie możesz pracować dla Niemców w ich szpitalu polowym.
– Czy moim obowiązkiem jest leczyć tyfus? Stefio! I to ty, która szłaś do szpitala, by leczyć ich ze względu na dzisiejszą radość, gdy byli zdrowi, wstawałaś i organizowałaś tych ludzi?
– Najważniejsze to ocalić swoje życie. Pomyśl, co jeszcze będziesz mógł zrobić w przyszłości. Wojna się skończy, świat powróci do normy, może będzie lepszy, czystszy, po tym rozlewie krwi. Może powróci do swojego serca i opamięta się w swoich czynach. Może zechce naprawić swoje drogi. Właśnie na świecie, gdzie ta pomoc będzie potrzebna, aby pokazać, jak wychowywać wolne dzieci na ludzi...
Przerwała potok swoich słów. Jakby nie dostrzegła jego twarzy, ale poczuła wzbierający płacz i gorycz w nich zawartą. Przez całe swoje życie wierzyła, wierzyła w te wartości wychowania i czystości. Wydawało się jej w owym czasie w jej oczach, że są one niczym narzędzia nowego porządku. Wydawało jej się, że świat nie jest taki zły, że to nie jest wina tych ludzi, którzy otrzymali złe wychowanie. Ale jeśli z ich powodu cierpią dzieci – nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia, bez względu na uprzedzenia. Przez te uprzedzenia, od pierwszych chwil ich życia będą traktowani w małym społeczeństwie sprawiedliwie – wyrosną na innych ludzi.
– Podłość i okrucieństwo utonęły we własnej krwi. Kontynuacja – po wojnie będzie dla ciebie szerokie i otwarte pole do działania, przecież nie jesteś im nic winien. Pamiętasz to? Te słowa były zawsze w twoich ustach, należą do czynu – a czyn żyje, nie umarł...
Zakrył dłonią usta.
– Nie, – odpowiedział – nie przyjmuję twojego zdania. Czy nie widzisz, co się dzieje? Jak można zostawić i opuścić dom, w którym widzieliśmy to wszystko? Propozycja, abyśmy uciekli – ty, ja i dzieci, z getta? Czy ty proponujesz mi to z całego serca? Czy ty zrobiłabyś to, gdybyś była na moim miejscu?...
– Tak, oczywiście, przecież moje życie nie jest twoim życiem.
– Posłuchaj mnie, – wstał z trudem ze schodów i stanął przed nią. – Przecież ty znasz mnie: oto jestem dla tych, których nadzieja została im odebrana. Mam aryjskie dokumenty, wyjdę na polską stronę, spotkam się z Izaakiem i innymi, poproszę ich i zażądam porady. Słyszałem, że mają broń, nawet w podziemiach, mówią, i organizację... Słyszałem, że mają mundury niemieckie i duże sumy pieniędzy. Słyszałem, że są tam ludzie obcy... Wszak ja wierzę w człowieka, – dodał z nutą czarnego humoru.
– Idź, – uczepiła się tej myśli. Może nie wróci... Może przemówią do jego serca, przekonają go, może zostanie tam... Może nie będzie mógł wrócić? Może... znajdzie pomoc? – Gdy płomień świecy migotał, zrodziła się w niej ta ostatnia myśl, zapłonęła i zgasła. Włócząc z trudem nogami, weszła po schodach na górę.

Gdy będziesz gotowy, prześlij zdjęcia kolejnego rozdziału. Daj znać, czy chcesz do tego fragmentu otrzymać dodatkowe streszczenie historyczne!