Wednesday, June 24, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział dwudziesty czwarty: Zmarznięte dłonie maluchów (141-1942).




CAŁY ROZDZIAŁ 24 (STRONY 265–272) Rozdział dwudziesty czwarty

Zmarznięte dłonie maluchów
Zima 1942 roku nadeszła, jak się wydaje, ze swoimi mrozami i śniegami, przewyższając wszystkie zimy, które Doktor pamiętał.
Nigdy mróz nie gryzł tak mocno uszu, a śnieg nie szczypał z taką surowością w kark jak teraz. Jego nogi były zawsze przemarznięte i bez przerwy dziwił się samemu sobie, że te znoszone wojskowe buty, które na sobie miał – jedyne ubranie, jakie posiadał, i koszula służąca od wewnątrz do owijania szyi – nadal chronią go przed leżeniem w łóżku z grypą lub zapaleniem płuc.
Nieliczni i rzadcy byli zdrowi wokół niego. Stefa kaszlała już od kilku tygodni, a Batia, bez zwracania uwagi na stopień gorączki, która rosła w jej oczach, nie poddawała się. Epidemia błonicy (dyfterytu) powaliła pięcioro spośród maluchów.
Leon obiecał przynieść z polskiego szpitala surowicę: w ręce doktora złożono pisemne zaświadczenie, w którym zwracał się on do swoich kolegów po fachu znajdujących się poza gettem z prośbą o leki i środki medyczne. Jednak według ich słów surowicy brakowało również w polskim szpitalu. Dopiero z powodu mrozu epidemia tyfusu nieco osłabła.
Na środku tego jednego pokoju, z tych, które znajdowały się w Domu Sierot, gdzie teraz gnieździły się niemowlęta, stał mały żelazny piecyk, który palono dwa razy dziennie przez dwie godziny. W czasie palenia służył on również jako palenisko do gotowania. Czasami dzieci przynosiły w kieszeniach z ulicy kilka kawałków węgla, ale najczęściej palono drewnem. Po krzesłach i stołach przyszła kolej na poręcze schodów.
Rzeczywiście, nędza nie była równa w całym getcie. Były domy, które nie widziały chleba i warzyw od tygodnia. Ze skromnego zapasu konserw, które zgromadzili w swoim czasie, pozostał już tylko pył. U nich wszystko się skończyło.
Rada, która przestała otrzymywać fundusze z Ameryki, zamknęła kuchnie dla chorych. Należało utrzymać przy życiu te, które były przeznaczone dla samych dzieci.
Stefania chorowała, a wraz z nią niemowlęta z izby chorych. Doktor był sam v pokoju i przygotowywał się do wyjścia na popołudniowe wizyty. Wizyty u chorych były jego codziennością.
Jeszcze przed rokiem, gdy przebywali na ulicy Krochmalnej, doktor wydrukował broszurę zawierającą kilka tysięcy słów, w której napisano:
„Nasz Dom Sierot ocalał. Po dwóch próbach pogromu i trzech próbach grabieży przetrwaliśmy o własnych siłach. Nie jesteśmy bohaterami, lecz po prostu żyjemy. Znam historię. Trzy rewolucje przeszły przez moje życie, a ta wojna to czwarta, którą widzę na własne oczy. Jedynie słabi ludzie i tchórze upadają i pogrążają się w zwątpieniu. Nasze przetrwanie i nasze istnienie mają swoją wartość. Zostaliśmy ograbieni z naszego majątku, inni myślą jedynie o egoizmie i dbają o siebie – są nikczemni i głupi. Wszak burzę przetrwają ci, którzy sami zostaną ocaleni. Dzieci – to one są naszą przyszłością. Domagam się datków w kwocie stu funtów na rzecz Domu Sierot. Nie proszę, lecz żądam. Przyjmijcie te słowa z całą powagą w najbliższych dniach. Proszę, aby nikt nie odprawił mnie z kwitkiem i nie odrzucił mojej prośby, gdyż odmowy nie będę tolerował”.
Zwrócił się z tym do Szmulika, który nocami pracował jako przemytnik. Jednak w ciągu dnia chłopak pomagał doktorowi.
Była godzina jedenasta, kiedy pojawił się Szmulik, trzymając w ręku kopertę. Jego wygląd był lepszy niż u innych dzieci z getta: jego policzki nie były tak blade; zza czarnych brwi patrzyły bystre oczy, a jego gęste i gładkie włosy były uczesane do góry. Doktor pogłaskał go po głowie. Poczuł pod swoimi palcami jedwabistość włosów chłopca. Te gęste i miękkie pasma były jak pióra. Główki jego dzieci były ogolone, dlatego ten dotyk sprawił mu przyjemność. Lepiej było tak, niż patrzeć na cierpienie innych.
Szmulik – szczególne uprawnienia były mu dane. Jego nogi były silne, a on sam jadł chleb do syta i nosił porządne, całe buty, które dostał od kogoś zza muru.
– Rozdałem wszystkie listy – powiedział. – But te dwa listy – chłopak wyciągnął małą kopertę do doktora – nie mogłem ich dostarczyć. Albo zmienili miejsce zamieszkania i nie mogłem znaleźć ich nowego adresu, albo wyjechali.
– Trzeba sprawdzić listę – powiedział doktor. – Jutro ułożymy nową listę wizyt.
– Tutaj jest kolejny list do pana doktora – powiedział Szmulik, wyciągając mały list ze swojej kieszeni. – Leon podał mi go i powiedział, że o piątej przyjdzie po odpowiedź.
Doktor rozerwał kopertę. Widniał na niej podpis: Ignacy J. Podpis ten nic mu nie mówił – ani nazwisko, ani rodzina. List był krótki, schludny. Pochodził zza muru. Zawierał propozycję przejścia na stałe do pracy w szpitalu miejskim.
Poczuł v głębi duszy, o co w tym wszystkim chodzi. W getcie zamykano już szpitale z powodu braku leków, opału i żywności. Jeden list nie był niczym innym jak propozycją ucieczki.
Powoli włożył te cztery listy do bocznej kieszeni. Nadeszła godzina wizyt.
Wyszedł razem ze Szmulikiem w stronę ulicy Dzielnej.
Śnieg padał od rana, a podmuchy wiatru przylepiały go do zamarzniętej skóry jego butów i przenikały do wnętrza przez poprute szwy. Ulica, jak zawsze, była pełna odgłosów drewnianych podeszew i okrzyków handlarzy.
– Tutaj jest nasz punkt zborny – powiedział Szmulik, wskazując na jedno z przejść w murze.
– Ile razy przemycasz stąd każdego dnia? – zapytał doktor.
– Było nas pięćdziesięciu ludzi. Od rana do wieczora i na zmianę – niektórzy z nich to młodzi chłopcy. Wieczorami ci starsi uczyli nas czytać i pisać po angielsku. Zebraliśmy się w imię „Związku Synów Izraela” (Bnej Izrael) i ruszyliśmy w drogę – mówił chłopak cichym głosem.
Doktor przyjrzał mu się z uwagą. Nie chciał odbierać chłopakowi jego nadziei, ale wiedział, że nie ma w tym wszystkim prawdy... Czyż to nie Niemcy pozwolą komukolwiek opuścić w tym czasie getto?
– I przekaż ode mnie panu Churchillowi pozdrowienia w języku angielskim, kiedy tam dotrzesz – dodał. I natychmiast pożałował w duchu tych słów.
– Nie martw się o mnie – dodał. – Spędzę w tym domu około godziny. Muszę się spotkać z kilkoma ludźmi.
Dom, o trzech kondygnacjach, którego elewacja nie była zniszczona, stał przy ulicy L. i L. Izby i piwnice domu zostały zamienione w warsztaty. Jak się wydaje, mieszkali tam dawniej zamożni ludzie.
Doktor zatrzymał się przed drzwiami na pierwszym piętrze. Przeczytał wizytówkę właściciela mieszkania. Oparł się o ścianę. Różne niespodzianki mogły go czekać wewnątrz. Nie raz, gdy pukał do drzwi, by prosić o jałmużnę, nie otrzymywał rano zupełnie nic. Czasami patrzyli na niego z drwiną. On jednak zniósł swoje upokorzenie. Wyraz odwagi malował się na jego twarzy, po uderzeniach rąk w drzwi i pukaniu do kołatki.
O godzinie trzeciej, po odwiedzeniu dziesięciu mieszkań, zmęczony i wyczerpany powrócił na ulicę Dzielną, a w jego kieszeni brzęczało trochę grosza. To wystarczy na obiad dla dzieci na dwa dni oraz na zakup butelki oleju rycynowego z apteki za murem. Tę sprawę miał załatwić Leon. Dzień w dzień wychodził razem z żydowskimi robotnikami, budził się o świcie i spieszył jak wszyscy inni do hal fabrycznych. Jednak wewnątrz fabryki było ciepło i chronił się tam przed zimnem mur sąsiedniego budynku. Kiedy pukał, rano o godzinie szóstej, według umówionego znaku, na drzwiach mieszkania na pierwszym piętrze – ten był już przygotowany.
Gospodarz, stary dziennikarz i redaktor gazety, który podjął się spisania w tych trudnych warunkach wspomnień z wydawnictwa z roku 1905, kończył właśnie pisać swój artykuł wstępny.
Zecernia znajdowała się w sąsiednim pokoju. Czcionki były ułożone w skrzynkach w szafie. Maszyna drukarska była zwykłą maszyną ręczną. Leon pracował tam jako tłumacz z języka niemieckiego, tłumacząc artykuły prasowe na język polski, które ukazywały się w tamtejszych pismach. O godzinie dwunastej w południe składał gotowe teksty na biurku redaktora. Stamtąd arkusze gazet były przewożone do kuchni polowej, skąd przynosili je dla żołnierzy pracujący tam Żydzi.
Tam był też polski policjant. Czekał tam, aż Szmulik przyniesie paczkę wraz z drugim chłopcem, którego trzymano v sekcji jako gońca. Ale w pokoju nosił to drugie dziecko sam chłopak. Leon pozostawał wewnątrz fabryki.
Inny chłopak pojawiał się w południe w kolejce po przydział chleba. O godzinie piątej wracał z innymi do getta. Po powrocie przynosił ze sobą lekarstwa z apteki dla doktora, a czasami także gazety. Przyszyła kolej na szóstą godzinę, ale Leon nie wracał. W tym tygodniu była to już stała porada, po tym jak zrzucił z siebie ładunek gazet. Chodził załatwiać inne sprawy, podczas gdy te arkusze gazet rozdzielano między innych uchodźców – Leon wciąż się nie pojawiał.
Doktor krzątał się po pokoju bez wytchnienia. Ciężki to był dla niego dzień. Czekał na powrót Leona, który miał przynieść porcję chleba i warzyw dla chorych dzieci. Stefania nie wyszła rano z pokoju chorych. Doktor obawiał się, że większość leków, które zbierano, będzie potrzebna. Nagle do uszu jego rodziny, zebranych w korytarzu, dotarł męski głos. Natychmiast podbiegł do drzwi na korytarzu i ujrzał przed sobą polskiego policjanta.
– Co to za przestępcza działalność? Został złapany na gorącym uczynku, podczas kradzieży – słowa te przemknęły przez myśl doktora.
Policjant wszedł do środka i na widok doktora wyciągnął do niego rękę.
– Pan doktor mnie nie poznaje? – zapytał przyciszonym głosem. – To ja, Ignacy J.
Doktor przypomniał sobie. Tego ranka otrzymał list podpisany tym nazwiskiem.
– Trzeba uważać, – pomyślał v duchu. – Ulice są pełne prowokatorów.
W pokoju nie było nikogo. Usiedli na łóżku, jako że krzesła i stoły zostały już dawno spalone na opał.
– Nie mam zaufania do pana, – zaczął policjant i zapytał: – Czy pan doktor pamięta Ignacego i Wilczyka z Solnej?
Doktor poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
– Ignacy... Ignacy... Starszy syn pani Wilczyk... tej właścicielki sklepu obuwniczego. I przypomniał sobie – to była Wilczykowa, ta stara fryzjerka, która mieszkała niedaleko szkoły przy Lesznie, w tym samym kierunku co drukarnia nielegalnych pism...
Błysk pojawił się w oczach policjanta w tym obszernym pokoju.
– Te mundury, – powiedział, – tylko dla kamuflażu są nam potrzebne, aby dotrzeć do pana, do getta...
– Ignacy nie potrafi kłamać – pomyślał doktor. – Dlaczego więc przyszedł szukać właśnie mnie?
– Nauczyłem się od pana czytania, alfabetu – powiedział chłopak. – Pamiętam moją matkę, mojego ojca, Mańkę małą...
– Przecież ten chłopak pamięta mojego pana, od czasu kiedy tu przyszedł – powróciło wspomnienie. – Widzi mój pan – dodał, – jestem związany z organizacją podziemną. Raz w tygodniu, kiedy pan panuje v getcie i trzeba dostarczyć listy do Leona. On powiedział mi kiedyś, że w swoim czasie świętował pan w Domu Sierot...
– Nie zdążyłem jeszcze dowiedzieć się, jaka jest treść listu.
– Odpowiedź nie zostanie wysłana mojemu panu przez Leona. Przybyłem tutaj osobiście...
– Gdzie jest Leon? – zapytał doktor ze strachem. Gość w pokoju zmieszał się.
– Rodzina uciekła, jak się wydaje – powiedział. – Musimy być odważni.
I dodał:
– Tego ranka Niemcy otoczyli fabrykę. Z tego, co widać, chłopak został złapany... Za cenę pięciuset złotych wybuchła walka i donosy... Była wymiana ognia... Leon uciekł, ale droga została odcięta.
– Złapany?
Wilczyk milczał.
– Ukrywamy te wiadomości przed Stefą, – pomyślał – ta wiadomość byłaby zbyt wielkim ciosem dla jej duszy.
– On jest silniejszy od nas wszystkich, – powiedział cicho przez zaciśnięte zęby doktor.
– Straciliśmy naszych ludzi w warunkach, których nie da się powetować, – odpowiedział Ignacy.
– Dlaczego więc ta sprawa została mi przyniesiona, mój panie? Nie słyszałem, abym był w stanie pomóc w tym...
– Mam w planach porozmawiać z moim panem o ucieczce. Organizacja zdecydowała o wyciągnięciu pana z getta i ukryciu. Poczyniono już przygotowania. Potrzebujemy lekarzy... Potrzebujemy ludzi takich jak pan, mój panie.
– Organizacja zdecydowała – dobrze, ale kto wyśle organizację, aby ktoś wypełnił moje miejsce w getcie? Brak lekarzy tutaj będzie jeszcze bardziej odczuwalny.
– Panie doktorze, przecież pan zginie w tym piekle...
– Nie to jest najważniejsze. Inni próbowali mnie już ratować przed rokiem, kiedy otrzymałem certyfikat z Ziemi Izraela (Palestyny) i możliwość wyjazdu za granicę.
– Czy mój pan z nich skorzystał?
– Panie, nie skorzystałem z nich – odpowiedział doktor.
– Gdyby przysłali mi dwieście pięćdziesiąt certyfikatów dla wszystkich moich dzieci, być może bym pojechał.
– Ale przecież tutaj jest tylko mur, który oddziela mojego pana od dzieci... Stamtąd łatwiej będzie mojemu panu nieść im pomoc.
Doktor zatkał uszy, by tego nie słyszeć.
– Tak bardzo bałem się przynieść mu tę wiadomość o Leonie – zaczął mówić do siebie, jakby głośno rozważał. – Gdyby został z nami, żyłby do teraz...
– Niech mój pan nie smuci się z jego powodu, panie doktorze, to śmierć bohaterów – pocieszał go Ignacy.
– Zbyt wielu jest już tych bohaterów, – odpowiedział doktor – miliony bohaterów, pokolenie bohaterów.
Zaciągnęli żaluzje w oknach. Doktor zapalił światło w lampie naftowej. Wilczyk usiadł na materacu i wpatrywał się przed siebie. Nie próbował już nic więcej dodawać ani przekonywać. Czuł, że nie zdoła zmienić zdania doktora. W jego spojrzeniu widział twardość, która nie była łatwa do złamania.
– Czy mój pan potrzebuje pieniędzy?
– Tak, zawsze – odpowiedział.
– Postaram się przesłać – powiedział na pożegnanie, podając mu rękę. – A także fałszywe dokumenty dla pana, na wszelki wypadek, gdyby nadeszło nieszczęście. Dowód osobisty na nazwisko Janusz Korczak, a także metrykę chrztu.
Doktor milczał.
Był pogrążony w przeżywaniu śmierci Leona. Leon miał zaledwie piętnaście lat. To Leon nazywał doktora „Panem Aniołem”.