Wednesday, June 24, 2026

"Korczak Został" - Paulina Appenszlak - Rozdział Dziewiętnasty (strony 200–214): „Mały Przegląd” - Głos staje się donośny.



Kompletny, połączony Rozdział Dziewiętnasty (strony 200–214)

Oto cała treść dziewiętnastego rozdziału zestawiona w jeden ciągły, płynny tekst:

Głos staje się donośny - „Mały Przegląd”
Gdy doktor otrzymał pierwsze telefoniczne powiadomienie od redaktora naczelnego „Naszego Przeglądu”, jednej z najbardziej rozpowszechnionych gazet w stolicy, poczuł, że cała jego energia i młodzieńcze aspiracje zaczynają się urzeczywistniać. Zaproponowano mu założenie pisma dla dzieci. Miało się ono nazywać „Mały Przegląd”, a ukazywać się miało raz w tygodniu. Na podstawie swoich wieloletnich obserwacji doszedł do wniosku, że gazeta odzwierciedlająca życie i potrzeby dzieci jest rzeczą niezbędną. Jest ona potrzebna tak samo jak prasa dla dorosłych.
W tamtych czasach ukazywały się już dwa wewnętrzne czasopisma: nie były to jednak wydawnictwa komercyjne czy rozrywkowe, ani zwykłe pisemka dla dzieci, lecz stanowiły one jeden z głównych fundamentów wewnętrznego życia mieszkańców placówki. Można je było porównać do profesjonalnych biuletynów wydawanych przez związki zawodowe, dedykowanych specjalnie tematom interesującym małego czytelnika. Już w 1921 roku dostrzeżono wartość, jaką niesie za sobą własne pismo w szkole. Znalazło to odzwierciedlenie w publikacji wydanej przez „Związek Nauczycielstwa Polskiego w Szkołach Powszechnych” pod tytułem „Głos Nauczycielski”.
„Wierzę bezgranicznie v sens i doniosłość pism redagowanych przez same dzieci – pisał – ale pod warunkiem, że ich autorami są one same. W pismach tych powinny być poruszane tematy ważne i interesujące dla młodzieży, a nie bajeczki i opowiastki o krasnoludkach. Pismo to ma być dla nich ważne i ma służyć jako platforma do wyrażania ich własnego zdania w ich małym świecie”.
I oto przed nami cała seria instrukcji technicznych, jak należy prowadzić to pismo. Plan był gotowy. Należało go tylko wdrożyć w życie, punkt po punkcie, tak jak zapisano w regulaminie. Doktor nie posiadał się z radości, że ta propozycja została przyjęta. To nie miała być zwykła gazeta ścienna. Miało to być prawdziwe pismo drukowane w profesjonalnej drukarni, ukazujące się w nakładzie kilkunastu tysięcy egzemplarzy. Maszyny drukarskie miały tłoczyć te strony, które następnie autobusy i pociągi rozwiozą po całym kraju, a nawet za granicę – gazeta pisana wyłącznie przez dzieci i dla dzieci. Czegoś takiego jeszcze nie było.
W redakcji przyjęto ten pomysł z wielkim entuzjazmem. Gdy tylko ogłoszono nabór do zespołu redakcyjnego, nikt nie zamierzał stać z boku. Zainteresowanie było ogromne. Wielu młodych ludzi, urzeczonych nazwiskiem doktora, które już wtedy cieszyło się ogromnym szacunkiem, zgłosiło się do pracy. Do dyspozycji oddano cztery pokoje, w których miało mieścić się biuro.
— Potrzebny nam jest osobny pokój — domagał się jeden z młodych redaktorów. — I stół, duży stół do pracy!
Niedługo potem, w drukarni, doktor osobiście nadzorował proces składania tekstu. Przyglądał się czcionkom, sprawdzał jakość papieru i pilnował, aby wszystko było wykonane z najwyższą starannością. Treść tej gazety była dla niego ważniejsza niż jego własne artykuły naukowe. Nie chciał, aby pismo stało się narzędziem politycznym, i pod żadnym pozorem nie wolno było angażować dzieci w spory partyjne. Jako człowiek o pacyfistycznych poglądach, uważał, że gazeta musi uczyć tolerancji i szacunku dla drugiego człowieka. Nie wolno było dopuścić do sytuacji, w której na łamach pisma pojawiłyby się słowa nienawiści czy pogardy. Wierzył w sprawiedliwość społeczną i pragnął, aby to pismo stało się głosem tych najbardziej pokrzywdzonych i ubogich. W jego myślach zrodziło się wiele pytań dotyczących przyszłości tego przedsięwzięcia. Czy dzieci zdołają udźwignąć ten ciężar? Kto pomoże im w redagowaniu tekstów?
Kto? Socjalista? Syjonista? Żyd? Polak? I czy socjalista z frazami z Chin? I czy syjonista — popierający kogo? Najprostszą i najbardziej jednoznaczną odpowiedzią była: człowiek... Jednak w tamtych czasach określenie to nie miało tak wielkiego znaczenia, jak to się wydaje. Pierwsze spotkanie komitetu redakcyjnego „Małego Przeglądu”, składającego się z wielu uczestników i pełnego dyskusji, dowiodło mu, że gazeta pod jego kierownictwem potrafi rozwijać się w sposób niezależny od kaprysów dorosłych. Jej redagowanie nie było wolne od nowych obowiązków. Pismo, mimo że ukazywało się raz w tygodniu, wymagało poświęcenia mnóstwa czasu na przygotowanie do druku.
Nie mieliśmy tu do czynienia ze stałym zespołem redakcyjnym, lecz z ogromną rzeszą młodych czytelników, którzy pragnęli pisać. Zenuwano im wolność wypowiedzi, a oni zaczęli spisywać to wszystko, co naprawdę czują, w sposób szczery i otwarty. Odzwierciedlało to ich autentyczne myśli i reakcje na wszelkie wydarzenia. Ponad dziesięć tysięcy młodych ludzi zaczęło masowo nadsyłać swoje listy do redakcji. Należało natychmiast sortować te listy i odpowiadać na nie, tak aby nikt nie czuł się zignorowany lub pozostawiony bez odpowiedzi, zgodnie z zasadą szacunku dla każdego młodego autora. Sprawa ta od samego początku była dla niego najważniejsza. Z wielkim trudem udawało się dostarczać rzetelnych informacji, a system ten stawał się podstawą porozumienia między gazetą a czytelnikami.
Otrzymanie listu z redakcji stawało się ważnym wydarzeniem w życiu małego czytelnika: wymagało ono od niego kontynuowania kontaktu i nie było wolne od nowych przyjaźni, które dzięki temu nawiązywał. Dzieci zaczęły masowo przychodzić do budynku redakcji. Pojawiały się pojedynczo, nieśmiałe i zawstydzone, a później w grupach. Stały w korytarzu przed drzwiami, czekając na swoją kolej pośród zgiełku dorosłych dziennikarzy pracujących w wydawnictwie lub czytelników czekających na zebranie, by wziąć udział w loterii lub konkursach na pisanie opowiadań... Listy napływały ze wszystkich stron kraju. Doktor osobiście sprawdzał jakość nadsyłanych prac, a ich treść i szczerość były dla niego najlepszym dowodem na słuszność podjętej decyzji.
Ważną częścią pisma były listy od czytelników „Małego Przeglądu” rozsianych po całej Polsce, a nawet na świecie: w każdym większym mieście znajdował się stały korespondent tej gazety. W tamtym okresie wielu młodych ludzi opuszczało kraj wraz z rodzicami. Emigranci szukali nowego miejsca do życia, a najmłodsi wysyłali listy z podróży, a później z nowych miejsc osiedlenia. Niektóre z nich pochodziły od dzieci, które wyjechały do Ziemi Izraela.
Teatry, kina i organizatorzy imprez sportowych zapraszali „młodych reporterów”. Dobre imię i szacunek dla pisma sprawiły, że legitymacje prasowe „Małego Przeglądu” były honorowane przez dyrekcje teatrów i uprawniały do wejścia na premierowe spektakle. Młodzi reporterzy walczyli niczym dorośli dziennikarze o wywiady i rozmowy ze sławnymi ludźmi, którzy odwiedzali stolicę. Rozmawiali ze znanymi reżyserami czy wybitnymi sportowcami. Opisywali wydarzenia polityczne w sposób prosty i zrozumiały, poruszając tematy ważne dla młodzieży. Pisali o problemach w rodzinie, o chorobach, o relacjach w szkole czy o zabawkach. Dla nich nie było tematów tabu – wszystko, co interesowało dziecko, było ważne. Niemowlęta i dzieci do piątego roku życia były dla nich mało interesujące w porównaniu z młodzieżą w wieku piętnastu lat.
Lektura „Małego Przeglądu” – pierwszej i jedynej gazety redagowanej i pisanej przez dzieci dla dzieci – wywierała ogromne wrażenie na dorosłych. Otwierała ona nową epokę: świat dzieci przestał być marginalizowany, a stał się pełnoprawnym tematem w świecie dorosłych, na równych prawach.
Codzienna, wyczerpująca praca do tego stopnia absorbowała doktora, że z wielkim trudem udawało się wygospodarować czas przy biurku na pisanie swojej nowej książki – autobiografii o świecie dzieci. Zasada przewodnia brzmiała: „Król Maciuś Pierwszy”. Pewnego deszczowego wieczoru, gdy wracał do domu opieki znajdującego się v pobliżu ulicy Krochmalnej, na progu budynku redakcji zatrzymał go pewien młody człowiek. Drżącym z głodu i zimna głosem poprosił doktora o kilka groszy na chleb. Doktor, choć zazwyczaj powściągliwy w takich sprawach, tym razem okazał głębokie współczucie i zainteresowanie losem nieznajomego. Zaczął z nim rozmawiać, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o jego sytuacji. Uderzyła go bladość jego twarzy, szczupła sylwetka oraz niezwykle inteligentne spojrzenie, które wyróżniało go z tłumu. Słowa, które wypowiadał, brzmiały szczerze i poruszająco, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do jego trudnego położenia.
Doktor wyciągnął do niego rękę, przedstawił się i zaprosił go do pobliskiej kawiarni (Chodzi o Igora Newerlego). W blasku lampy naftowej, przy filiżance gorącej herbaty, z trudem słuchał opowieści o głodzie i ponurej tułaczce tego człowieka. Miał około trzydziestu lat, pochodził z szanowanej rodziny z Kresów, a jego wiedza i kultura osobista były na bardzo wysokim poziomie.
— Nie mam grosza przy duszy — wyznał z goryczą. — Z powodu moich przekonań politycznych i braku dokumentów nie jestem w stanie znaleźć żadnej pracy w tym mieście. Urzędnicy państwowi odmawiają mi pomocy, a ja nie chcę żebrać ani kraść. Chcę po prostu uczciwie pracować, by przeżyć.
Doktor i młody człowiek siedzieli w milczeniu, a v powietrzu unosiło się poczucie beznadziei.
— Czy ma pan kogoś bliskiego w Warszawie? Rodzinę, przyjaciół? — zapytał doktor.
— Nie mam nikogo. Jestem zupełnie sam.
— Człowiek z taką wiedzą i kulturą osobistą nie może marnować się na ulicy — pomyślał doktor i postanowił zaproponować mu współpracę przy redagowaniu gazety.
Jak zdoła mu pomóc? Z rozmowy jasno wynikało, że ten człowiek idealnie nadawał się do tej roli. Wymknęło mu się kilka słów o jego politycznych poglądach, które nie pasowały do profilu „Domu Sierot”, gdzie nie było miejsca dla polityki dorosłych. W internacie nie było wolnej przestrzeni, a doktor nie posiadał własnego mieszkania. Nagle w jego głowie zrodził się pewien pomysł: ten człowiek był pilnie potrzebny w redakcji! Potrzebowaliśmy młodego, inteligentnego i wykształconego dziennikarza. „Doskonale! Choć nie chcemy, aby w gazecie pisali sami dorośli, potrzebujemy kogoś do pracy organizacyjnej. Redakcja boryka się z ogromnymi kosztami wydawniczymi, mimo wsparcia ze strony stałych czytelników. Ta nowa gazeta, która zyskała szerokie uznanie, przyciąga tysiące dzieci, choć jej nakład jest dystrybuowany głównie wśród dorosłych czytelników”.
Wiele razy doktor domagał się od dyrekcji teatrów i kin darmowych biletów dla małych korespondentów, aby dać im równe szanse z dorosłymi dziennikarzami. W „Naszym Przeglądzie” wykazano ogromne zrozumienie dla potrzeb dzieci, a ta nowa formuła pracy była dla nich wspaniałym darem. W nowym współpracowniku doktor dostrzegł człowieka o czystym sercu, który idealnie nadawał się do prowadzenia tej wielkiej machiny wydawniczej. Problem polegał jednak na tym, czy zarząd Towarzystwa zaakceptuje tę kandydaturę i zgodzi się na stałą współpracę z człowiekiem z zewnątrz, bez odpowiednich dokumentów i rekomendacji.
Następnego dnia rano sprawa ta została przedstawiona mecenasowi Abrahamowi, który z wielkim zaangażowaniem wysłuchał propozycji doktora.
— Czy ta praca jest dla mnie odpowiednia? — zapytał młody człowiek.
— Mój drogi, to nie jest lekka praca. Od samego początku wymaga ona pełnego poświęcenia i trudu. W zamian za swoje zaangażowanie w gazetę otrzymasz skromne wynagrodzenie... — Doktor wymienił kwotę, która wydała się młodemu człowiekowi niezwykle wysoka. Aż się zaczerwienił z wrażenia.
— Musi pan ubrać się v czysty kostium i kołnierzyk — dodała Stefa, która również była obecna przy rozmowie. — Pamiętaj, że w „Małym Przeglądzie” nie ma miejsca na wyzysk pracowników i każdy z autorów otrzymuje uczciwe wynagrodzenie za swoje teksty. Nie toleruję wyzysku dzieci ani dorosłych. Jeśli dorośli robią coś dla dobra dzieci, to i dzieci muszą szanować ich pracę. Na tym polega nasza zasada wzajemnego szacunku... również w kwestiach finansowych. Nie zawsze wypłata była dokonywana w gotówce. Mecenas Abraham wiedział, że nie tylko doktor płacił ze swoich skromnych funduszy autorom artykułów, ale czasami dawał im nawet zaliczki w trudnych chwilach.
Pewnego razu, w mroźny zimowy dzień, jeden z młodych redaktorów przyszedł do biura doktora. Przede wszystkim potrzebował on pieniędzy na zakup butów. Doktor bez wahania dał mu zaliczkę na poczet artykułów, które tamten miał dopiero napisać. Wynagrodzenie w gazecie było wypacane z funduszy pochodzących ze sprzedaży pisma. Choć dochody z reklam były niewielkie, pensje redakcyjne, o których decydował sam uniwersytet, były wypłacane na czas. Jeśli ktoś znalazł się v trudnej sytuacji, zawsze mógł liczyć na pomoc i wsparcie.
W tamtym okresie „Mały Przegląd” był czytany niemal przez wszystkie dzieci w kraju. Od czasu do czasu, dzięki staraniom redakcji, gazeta docierała także do rąk dzieci polskich i żydowskich mieszkających za granicą. Listy do redakcji napływały z całego świata. Te pierwsze audycje radiowe, które organizowano przy udziale dzieci, wywierały ogromne wrażenie na słuchaczach. Za pośrednictwem radia dzieci mogły opowiadać o swoim życiu, o swoich marzeniach i problemach. W każdą sobotę miliony ludzi zasiadały przed odbiornikami, by wysłuchać audycji „Doktora i jego dzieci”. Ten cotygodniowy program radiowy stał się niezwykle popularny. Sukces tych audycji sprawił, że doktor stał się powszechnie znany i szanowany w całym kraju.
Wkrótce potem na rynku wydawniczym ukazała się jego nowa książka pt. „Bankructwo małego Dżeka”. Powieść ta opowiadała o losach małego chłopca, który próbuje założyć bank dla dzieci i zorganizować ich własną spółdzielnię. Ta nowa formuła literacka, w której dziecko stawało się głównym bohaterem walczącym o swoje prawa, zyskała ogromne uznanie w kręgach pedagogicznych i społecznych. Książka została wydana w tysiącach egzemplarzy i wywołała wielki entuzjazm wśród młodych czytelników. Dorośli byli zachwyceni. Te rewolucyjne metody wychowawcze stosowane przez doktora przynosiły wspaniałe rezultaty, dając dzieciom prawo do samostanowienia i wolności... nowego, lepszego świata, dobrego i sprawiedliwego w oczach dzieci. Model ten, zaimplementowany w „Królu Maciusiu”, zawierał w sobie ostrą krytykę metod rządzenia stosowanych przez ówczesne elity polityczne.
Idea ta, opierająca się na wierze w siłę dziecięcego rozumu, wywołała ogromne poruszenie w społeczeństwie. Zwracano uwagę na niezwykłą dojrzałość moralną wychowanków, którzy sami potrafili zarządzać swoją społecznością, opierając się na dialogu i wzajemnym szacunku. System ten, sprawdzony v trudnych realiach codzienności, przyniósł wspaniałe rezultaty, otwierając przed dziećmi nowe perspektywy rozwoju.
W Polsce, która odzyskała niepodległość po latach niewoli, nadzieje na stworzenie sprawiedliwego społeczeństwa były ogromne. Ludzie wierzyli, że nowe państwo zapewni wszystkim równe szanse i wolność. Jednak rzeczywistość powojenna okazała się zupełnie inna, a kryzys gospodarczy i konflikty polityczne rzucały cień na losy milionów obywateli. Doktor starał się nie zamykać oczu na te problemy. Jako kierownik Domu Sierot i redaktor „Małego Przeglądu”, walczył o prawa najmłodszych mieszkańców Warszawy. Prowadził wykłady na uniwersytetach i w seminariach nauczycielskich, a jego głos docierał do serc tysięcy ludzi.
Jednak gazety przynosiły coraz bardziej niepokojące wiadomości o sytuacji mniejszości narodowych w kraju. Narastający antysemityzm i bojkot ekonomiczny uderzały w najuboższe warstwy ludności, wywołując głęboki niepokój. Z oddali dobiegały echa nadchodzącej burzy, która miała przynieść ze sobą nienawiść, przemoc i destrukcję. Te mroczne chmury coraz wyraźniej gromadziły się nad Europą, zagrażając pokojowi i bezpieczeństwu narodów.
— Ślepi, ślepi... — szeptali młodzi reporterzy, przygotowując się do wystąpienia przed mikrofonem. W swoim wystąpieniu radiowym doktor postanowił poruszyć te trudne tematy. Jego słowa, wypowiadane prostym i zrozumiałym językiem, były pełne głębokiej troski o przyszłość młodego pokolenia. Apelował do sumień dorosłych, przypominając im, że każde dziecko, niezależnie od pochodzenia, zasługuje na szacunek, miłość i bezpieczny dom.
— Musimy znaleźć drogę do serca każdego dziecka... — mówił doktor. Jednak o godzinie piątej po południu dzieci w jadalni usłyszały zupełnie inne wiadomości... i dzieciom, które słuchały go przy odbiornikach radiowych. Nie wolno wiedzieć o złym świecie. Chrońcie samych siebie, dzieci mają przecież swoje oczy i uszy, a karmienie ich kłamstwami zatruwa ich dzieciństwo — czyż sam nie dążył zawsze do zaszczepienia tej zasady?
Wspaniała była ta chwila. Pomimo przygnębienia i żalu, jakie nosił w sercu, uśmiech powrócił na jego usta. Patrzył przed siebie z wiarą, że sprawy, w które wierzył, nie pójdą na marne, i zwrócił się do nich tymi słowy:
— Dzisiaj opowiem wam o dziewczynce o imieniu Katofelsza. Została wysłana do nas przez swoją matkę, kiedy jej dom popadł w ruinę i został zniszczony. Trzeba poprosić o wyrozumiałość dla tej ciotki. Nauczyć ją cierpliwości i uciszyć jej płacz, kiedy wylewa gorzkie łzy z powodu samotności. Pozwolić jej uszczypnąć swoje policzki, i nie pytać jej: kogo kochasz bardziej, tatę czy mamę?
Uszy dzieci, które słyszały już te radosne dźwięki, chłonęły każde słowo. Głos z radia docierał do serc maluchów. Ta audycja radiowa to była rzecz, która dawała im wiarę, że nie zostaną odcięte od dzieciństwa. Gdy zwracał się z tymi słowami do starszych braci, do dorosłych, w ich oczach malował się niepokój:
— Od tej pory nikt nie wie, w którym kierunku potoczą się losy tych dzieci. Obawiam się, że ta choroba, która dotknęła naszą placówkę, może przynieść wiele zła, i nie ma w tym żadnej miłości, jeśli wróg uderzy w was...
W ten sposób doktor próbował uchronić ich świat przed ponurą rzeczywistością tamtych dni, która nadeszła po zakończeniu wojny. Jednak jakże można było powiedzieć człowiekowi, który żył w nędzy i głodzie, że jutro będzie lepsze? Wychowankowie z domów dla niemowląt wracali niejednokrotnie ze szkół ze łzami w oczach z powodu upokorzeń i wyzwisk. Stawali się ofiarami prześladowań. W dni szabatu dzieci nie miały odwagi wychodzić na ulice. Trzeba było odprowadzać je do bramy wejściowej, by uchronić je przed atakami łobuzów rzucających w nie kamieniami. Nawet v osadzie dla niemowląt sytuacja była dramatyczna, a niebezpieczeństwo wisiało nad nimi... Doktor przyglądał się z niepokojem temu, co działo się wokół niego. Nie poznawał swojego miasta. Nie poznawał swoich dawnych przyjaciół. Nie poznawał swojej własnej ojczyzny.
W sobotnie popołudnia dzieci miały w zwyczaju odwiedzać swoich bliskich i krewnych. Zasada ta została wprowadzona od samego początku. Pomimo sprzeciwu części opiekunów, doktor uważał, że te kontakty z rodziną chronią dzieci przed złymi wpływami i dają im poczucie stabilizacji. Twierdził, że dom rodzinny ma ogromny wpływ na dziecko, i nie wolno dopuścić do sytuacji, w której wychowankowie zapomną o swoich korzeniach i zatracą poczucie przynależności. Ta nowa formuła wychowawcza, w której system Montessori odgrywał dużą rolę, stała się podstawą pracy v domu dla niemowląt.
— Najgorsza rodzina, najbardziej zdemoralizowana pod względem moralnym, jest lepsza dla dziecka niż najlepszy internat — mawiał doktor. — Z tego powodu nie wolno zrywać tych więzi, jeśli rodzina istnieje.
W tamtych czasach ukazywały się v prasie artykuły krytykujące jego metody. Jeden z nich, zatytułowany „Harmonia”, zarzucał doktorowi utopijne podejście do edukacji. Twierdzono, że „wychowanie oparte na całkowitej wolności nie przygotuje młodego człowieka do trudów codziennego życia w społeczeństwie. Zamiast uczyć go posłuszeństwa i dyscypliny, rodzi w nim tylko bunt i zagubienie, co w przyszłości przyniesie wiele problemów moralnych i prawnych”.
Wydarzenia te zmieniły jednak bieg spraw. W trakcie śledztwa wyszły na jaw przerażające fakty dotyczące sytuacji v innych placówkach. Okazało się, że tamtejsze domy opieki były miejscem wyzysku i przemocy, w których dzieci były traktowane jak darmowa siła robocza. Warunki sanitarno-higieniczne były katastrofalne, a jedzenie bardzo złe. Te doniesienia wywołały ogromne wzburzenie v całym kraju, a system stworzony przez doktora zyskał nowe uznanie jako jedyna bezpieczna oaza dla osieroconych dzieci. Przez te wszystkie lata intencją kuratorów i samego doktora było stworzenie warunków, które zbliżyłyby tę placówkę do prawdziwego domu. Pięć miesięcy minęło od wybuchu tamtej afery, a Dom Sierot wciąż trwał... do domu zaczęły napływać listy i fotografie od rodzin dawnych wychowanków, od ich dzieci; z tych listów bije prawda, której nie sposób zapomnieć.
Inny był teraz los tych dzieci. Nie sposób zamknąć go w liczbach. Niemniej jednak, nawet v drobnych wydarzeniach ujętych w tabelach statystycznych, te fakty nie były suche, lecz pulsowało w nich prawdziwe życie. To było trudne i pełne goryczy życie dla tych najsłabszych. Czego uczyły te lata? Uczyły dostrzegać siłę dziecka, a wołanie o ratunek płynące z jego ust prostowało zgarbione sylwetki dorosłych i przywracało im godność. Mała iskra i wspomnienie, z którego wyłaniał się człowiek z głębi swoich tęsknot...
W roku 1932 liczba dawnych wychowanków osiągnęła blisko pół tysiąca. Spośród nich trzydziestu sześciu uważało Dom Sierot za swój prawdziwy dom. Ci, którzy wstydzili się przyznać, jak bardzo zbłądzili, nie zostali tu jednak pozostawieni sami sobie; dla nich zawsze tliła się nadzieja, że nie ma rzeczy niemożliwych. Z tego powodu wiek tych młodych ludzi, z których trzydziestu trzech stanowili młodzi mężczyźni, był bardzo zróżnicowany. Niektórzy z nich wciąż przebywali w zakładach poprawczych, inni szukali dla siebie jakiejkolwiek pracy.
Wyemigrowali: do Ameryki – 26, do Belgii – 6, do Francji – 5, do Ziemi Izraela – 4, do Anglii – 4; jest wśród nich nawet jeden przebywający v Indiach. Napływają od nich dolary – starają się w ten sposób wspomóc dom. Otrzymujemy od nich mnóstwo listów. Tematyka poruszana w tej korespondencji jest niezwykle poruszająca i chwyta za serce. Niekiedy docierają do nas smutne wieści. Niektórzy z nich zmagają się z ciężkimi chorobami. 27 spośród nich – pozostało bez pracy, a 31 – zawarło związki małżeńskie.
Dziewczęta starają się zarobić na swoje utrzymanie jako sekretarki, urzędniczki v biurach, ogrodniczki, fryzjerki, krawcowe, modystki, kierowniczki sklepów, tkaczki, gospodynie domowe, szwaczki, bony czy pomoce domowe. Pracują również w instytucjach publicznych. Młodzi mężczyźni pracują jako urzędnicy w biurach, pracownicy drukarni, elektrycy, księgarze, posłańcy, krawcy, kuśnierze, ogrodnicy, piekarze, rzemieślnicy, stolarze, ślusarze, fryzjerzy, introligatorzy, szewcy, kierowcy, rzeźnicy, blacharze, dekarze, tragarze, a także jako woźni szkolni. Pozostali – są zatrudnieni w najróżniejszych zawodach: modystki, czapnicy, garbarze, fotografowie, malarze, muzycy, kucharze, nauczyciele wychowania fizycznego. Pod tym względem ta grupa, to znaczy społeczność, była niezwykle zróżnicowana. Znamienny jest jednak fakt, że ani jeden z nich, absolutnie ani jeden, nie został urzędnikiem państwowym; bardzo niewielu pracuje też w dużych fabrykach.
Spośród 455 dawnych wychowanków – tylko dwie dziewczęta i trzech chłopców – to postacie, których losy potoczyły się v sposób tragiczny. Trudno opisać te dramatyczne szczegóły. I oto przed nami ten ponury obraz, z którego wyłaniają się cztery tragiczne zgony: dwoje z nich popełniło samobójstwo, a dwoje pozostałych – padło ofiarą morderstwa. Oto w skrócie bilans życia tych czterech osób:
Pierwsza z nich odeszła od rodziny i udała się v dalekie kraje; pracowała jako służąca, a potem… rok po roku staczała się coraz niżej… odebrała sobie życie, skacząc z dachu wysokiego budynku. Druga – po latach nędzy i udręki, nie mając dachu nad głową, zostawiła list, w którym opisała swoje cierpienia i poprosiła o wybaczenie, po czym otruła się w parku. Trzecia – młody chłopak zmarł z głodu w ciemnej izbie, a policja i pogotowie ratunkowe nie zdołały mu pomóc; jego rodzina nie chciała go znać. Czwarta – po latach pracy na wsi jako robotnik rolny, – został brutalnie zamordowany w trakcie napadu rabunkowego przez nieznanych sprawców.