Rozdział trzynasty: Pierwsze spotkanie
— Pozwoli pan, że sama się przedstawię.
Stefa wymówiła swoje nazwisko. Nie brzmiało ono obco w domu doktora. Gdy badała go wzrokiem od stóp do głów, zauważyła: postawna, choć uprzejma, w skromnym, czarnym kostiumie, skrojonym ze smakiem, w czarnych, płaskich sandałach, wykonanych według dawnej mody. Syn nie mówił o niej inaczej jak w samych superlatywach.
Jednak uszy Anii wychwyciły już plotki krążące wśród młodych ludzi pracujących razem. Przekazała ona te słowa w zestawie pasujących interpretacji: Stefa to nastoletnia panna, stojąca na ślubnym kobiercu, wykształcona, z szanowanej rodziny, ale taka, której wszelkie znajomości oddalają ją od środowiska, do którego należy. Mówią, że cały swój czas poświęca na edukację ubogich dzieci. Niemal ta sama generacja, do której należał Henryk…
— Czy doktor jest w domu?
W tonie jej pytania kryły się oczy i usta zmuszające do serdeczności, które udzieliły się również rozmówcy. Jej twarz wyprzedziła skromną poczekalnię. Fikusy, paprocie i palmy pamiętały jeszcze lepsze czasy, mały stoliczek, okrągłe krzesła i twarde fotele, choć były to meble z warsztatu „Thoneta”, służyły pacjentom przychodzącym do lekarza — to były rzeczy, które ukazały się oczom Stefy, gdy wchodziła do pokoju. Usiedli naprzeciwko siebie i przyglądali się sobie z ciekawością, której nie ukrywali. Tak patrzyły na siebie podczas pierwszego spotkania dwie rywalizujące kobiety, mierząc nawzajem swoje siły.
Doktorka, o której wszyscy tak mówili, to znaczy, przerywali jej pracę w domu: Janusz, czy przyszedł ten lub ów. Stąd Stefa wywnioskowała, że kochała matkę miłością wielką i szczególną, jakiej nikt inny poza nią nie wspominał nigdy ze strony żadnego członka swojej rodziny.
— Rzeczywiście, tak bardzo przypominasz mi jej twarz — pomyślała i spuściła wzrok, czując w sobie przypływ silnego wzruszenia.
— Wiele słyszałam o pani, panno... — zaczęła matka — choć to miłośniczka dzieci, jest pani dla mnie jak własna córka.
Nie wiedziała, jakim tonem powinna prowadzić rozmowę. Kim jest ta stojąca przed nią kobieta? Przyjaciółką czy wrogiem? Odkąd doktor zaczął pracować w domu opieki, porzucił wszystko; swoich pacjentów przyjmował bez zapłaty, zawsze gotowy odpowiedzieć im, bo praca to praca. To lekarz, a nie dziewczyna siedząca bezczynnie, odcięta przez niego od praktyki, która najwyraźniej ma na niego wpływ. Może warto z nią porozmawiać o tym wpływie i wyjaśnić jej, że praca przez dwadzieścia cztery godziny na dobę z biednymi dziećmi może położyć kres trudnym początkom, jakie stoją na drodze kariery lekarza.
Stefa uśmiechnęła się do niej, mrużąc oczy niczym dziecko.
— Urodziliśmy się z naturalną skłonnością do bycia pedagogami — odpowiedziała, kiedy tamta powtórzyła swoją uwagę o dzieciach. — Córka bogatych rodziców może być doskonałą nauczycielką.
— Tylko że to wciąż zawód pozbawiony zysku — westchnęła matka z goryczą. — „Nauczycielka” to przecież najgorzej płatny zawód u nas — dodała — nie ma żadnych szans na zdobycie majątku. Mimo że ode mnie czasem bije wiara, że mój syn osiągnie cel swojego życia...
— To nie ma nic wspólnego z tym, ile zarabia człowiek. Widzi swoje powołanie w dzieciach, a nie w karierze.
— To prawda, Janusz trafił w samo sedno... pochodzi przecież z zamożnego domu, radzi sobie z tym, co nie jest proste, i musi żyć. — Matka kontynuowała — dla kogo to wszystko, dla domu, rodziny — mówiła dalej z żalem.
Natura ta zrodziła w niej potrzebę posiadania trzech cnót — trzeba przecież zacząć od ideałów... Stefa poczuła, że ogarnia ją zakłopotanie z powodu słów tej kobiety, która siedziała przed nią. Przed chwilą była jej niemal obca. Nie tylko zakłopotanie, ale i zdumienie ją ogarnęło. Nie leżało to w naturze planów na jej własną przyszłość.
— Nie mam żadnych podstaw, by sądzić, że uważa inaczej — pomyślała — przecież to nie jest zwykły lekarz z burżuazyjnego środowiska, który martwi się najpierw o swój portfel. Wielkie dochody lub małe pensje nie mają dla niego dużego znaczenia w kontekście obowiązków, które na siebie przyjął. Gdyby tak było, nie szukałby korzyści w tym — dodała.
Kobieta spojrzała w głąb pokoju. Przez okno i drzwi wpadało blade światło. Była to wysoka i szczupła kobieta. Próbowała ukryć przed córką swój wiek.
— Ale przyjdzie dzień, kiedy te dni w końcu miną. Zostanie zmuszona odejść ode mnie — matka pocieszała się w duchu i broniła przed falami zazdrości. Ta dziewczyna, która pomagała mu w pracy, tak bardzo prosta, miła, sympatyczna — te wszystkie słowa, które o niej mówiono, sprawiały, że czuła niepokój, iż może ona nie być dla niego odpowiednia...
Chcąc naprawić złe wrażenie, które mogła wywrzeć:
— Ja też jestem z niego dumna — powtórzyła — wiem dobrze, jak bardzo go cenią. Ma złote serce... Iluż młodych ludzi wybiera w tych czasach taką drogę...
Jakże ten dialog między nimi obnażał całą gorycz...
— Our dzieci kochają nas bezgranicznie. Chciałbym móc mu w tym pomóc... ale co my mamy, z czego żyć — te słowa kosztowały ją wiele trudu. Rozmowa w tym tonie, ze świadomością, że wkrótce przyjdzie mu stanąć twarzą w dół z bogaczami i zamożnymi... opisać mu całą grozę sytuacji... zorganizować pomoc dla sierot. Mecenas Goldszmit wydaje się odpowiednią osobą, pierwsze spotkanie zostanie zwołane w naszym domu — kontynuowała.
— Wiem, że mój syn doktor nie może znieść tych rzeczy, ponieważ odmówi przyjęcia tej pomocy, ale musisz do niego przyjść i z nim porozmawiać. Wpływ, jaki na niego wywarłaś — czy wolno mi cię o to zapytać? — który ujawnił się wczoraj wieczorem, nie daje mi spokoju.
Matka rozłożyła ręce w geście bezradności.
— To trudna sprawa. On nie kocha salonów, nawet kiedy zaprasza go najbardziej wykwintne towarzystwo, nawet to „najlepsze”, woli być sam…
Przez długi czas nie wracali już do tej rozmowy.
— Zawsze był dzikusem — opowiadała, na nowo rozbudzając w sobie dawną pasję i zaciętość. W jej rozmowie przeplatały się anegdoty o jego uporze i odmowach wychodzenia do gości.
W godzinie rozstania uścisnęły sobie dłonie serdecznie, jak ludzie, których coś łączy i wiąże ze sobą. Stefa wróciła do domu ożywiona i podbudowana.
— Jakże skromna jest ta mała rezydencja w porównaniu z luksusami wokół niej — rozmyślała po drodze — ale jakże tam czysto, jak cicho; a jeśli ona jest zakochana w swoim synu… Czy zrobiłam dobre wrażenie? — zastanawiała się.
Co miało przynieść to spotkanie? Fakt, że doktor jest tak przywiązany do swojej matki, wystarczył, by poczuła, że nie jest jej obojętny. Doktor wrócił do domu późno; młodzieńcy już dawno się rozeszli.
— Spodziewam się gości — powiedział Janusz, wspominając o wizycie Stefy — bo mama nie wyjawiła mu tajemnicy intymnych szczegółów ich rozmowy. Wiedział o tym od matki, jak zwykle. Znał też skłonność do wyolbrzymiania.
— Naprawdę? — powtórzyła — Stefa bardzo mnie interesuje. Nie zwracaj na to uwagi.
— Jest niezwykle miła i wyróżnia się ze wszystkich — kontynuowała matka — cała jej postawa emanuje poczuciem własnej wartości, a przy tym ma w sobie tyle wdzięku… Ale ty przecież nie patrzysz na nią w ten sposób.
Przymknął powieki. Przestał bębnić palcami po stole… Uśmiech rozjaśnił jego twarz. Podniósł wzrok, jakby po raz pierwszy widział ją w tym świetle.
— Skąd to u mamy? — zapytał chłopak zuchwale.
— To intuicja — odparła.
— …zaglądanie w miejsca, gdzie nie ma potrzeby zaglądać i dostrzeganie rzeczy, których nie ma i nie było.
— Mnie nie oszukasz… — powiedziała po chwili, sprzątając stół. — Wyglądacie razem tak pięknie. Ten uroczy zapał, jaki bije od vous obojga — dodała z westchnieniem.
— Nie daj się zwieść mamie — powiedział szorstko.
Wydawało się, że nikt nie jest w stanie wmieszać się w tę sprawę, nawet matka.
Następnego dnia, gdy przygotowywała mu ubranie i kładła na łóżku czystą koszulę oraz wyprasowany kołnierzyk, zapytała:
— Co to za święto dzisiaj? Czy to dzień wolny?
— Nie, przecież wiesz, że idę na zebranie, to spotkanie z komitetem. Towarzyski nastrój zostanie dobrze przyjęty.
— Tak… — westchnęła — w moich oczach to bardzo ważna rzecz, ale mama nie wie, że u mnie nie ma miejsca na plotki o… — rzucił z uśmiechem, a wspomnienie jej twarzy powróciło. Spośród luksusowych mebli i kryształowych żyrandoli, elegancja tamtego domu rzucała blask na jej skromne otoczenie. Spojrzał na nią z niemal dziecięcym zachwytem.
Zgromadzenie to było jakby próbą generalną przed nadchodzącym dniem pojednania i postu. Gdyby nie to, że spotkanie odbywało się w salonie Stefy, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego.
— Rozpocznie się sprawa datków, loterii, przyjęć, tańców na rzecz sierot — pomyślał w duchu. — Będą się popisywać swoimi wielkimi domami, liczyć pieniądze; zacznie się rywalizacja w handlu na tym wielkim „bazarze próżności”, a potem te wszystkie kobiety będą cierpieć z powodu bólów głowy, zgagi… Drogie wina – parę kropel spłynie na korzyść sierot... Trzeba pić na umór i bawić się dobrze, na chwałę i cześć maluchów tonących we łzach...
Dwie pokojówki, ubrane w białe fartuszki i z białe czepki na głowach, zdjęły futrzane okrycia z gości wchodzących do przedpokoju. Czerwona aksamitna kotara rzucała cień na luksusowy salon, który oświetlały wysokie, szerokie okna wychodzące na sufit, przedzielony pośrodku gipsową półką w jasnoróżowym kolorze. Na ścianach wisiały wielkie obrazy w pozłacanych ramach, „pejzaże” (autorstwa słynnego malarza Poussina), których twórca był znany wszystkim gościom. Wielki dywan, utkany z barwnych nici, miękki i gruby, pokrywał całą podłogę. Krzesła ustawiono w półkolu w trzech rzędach, a na tyłach znajdowały się fotele. Na małych stolikach, rozmieszczonych tu i ówdzie, podawano drogie wina i drobne przekąski. Ważną rolę odgrywała srebrna taca z dużym puddingiem oraz talerze z jabłkami i pomarańczami.
Goście przybyli w licznej grupie. Gospodyni domu witała ich z uśmiechem na twarzy. Rozmawiała z każdym z osobna, co nieco łagodziło chłód panujący na zewnątrz i dawało poczucie, że „czujemy się jak u siebie”. Mimo to, z jej twarzy nie znikała powaga, która współgrała z nastrojem panującym wśród zgromadzonych, na co wpływ miały zbliżające się dni pokuty i postu. Panowie, ubrani w czarne garnitury, z nienagannie przystrzyżonymi brodami i wąsami, wyglądali dostojnie. Na pierwszy rzut oka niemal wszyscy wydawali się ludźmi zamożnymi i wpływowymi. Z salonu dobiegały szepty na temat celu tego spotkania.
— Nie przyszłam tu dla jego zaszczytów, panie mecenasie — powiedziała jedna z kobiet, zwracając się do właściciela domu.
— Od dnia, w którym zostałam wybrana na młodszą przewodniczącą — mówiła inna do gospodyni domu. W tym samym momencie otworzyły się drzwi koncertowe, zapowiadając rozpoczęcie oficjalnej części zgromadzenia, zgodnie z ogólnie przyjętym zwyczajem.
Doktor zmrużył oczy z powodu jasnego światła. To poczucie obcości w tym otoczeniu sprawiło, że poczuł się nieswojo, jakby znalazł się v pułapce. Jednak nie dał po sobie poznać tych emocji właścicielom domu. Wszedł do salonu i zaczął przyglądać się obrazom wiszącym na ścianach. Wszyscy zebrani milczeli. Nikt nie odważył się odezwać, by nie wywołać niepotrzebnego zamieszania. Nie chciano sprawić przykrości gospodyni, ale w zachowaniu Asafa... nie wierzono.
A potem, gdy zapadła głęboka i całkowita cisza, przerywana jedynie cichymi krokami i ciężkimi oddechami, zgromadzeni zasiedli na miejscach. Usłyszano cichy głos, który wydobywał się z gardła jednego z mężczyzn, mówiącego powoli i wyraźnie, bez pośpiechu.
— Ja nie proszę o łaskę... ona... nie proszę o to. Domagam się jedynie sprawiedliwości... Nie chcę litości dla dzieci, ale sprawiedliwości dla was samych... — Te słowa wywarły ogromne wrażenie na zgromadzonych.
— Poczułem się nieswojo w tych luksusowych ubraniach, z tą moją twarzą człowieka z ludu — pomyślał Janusz. Po raz pierwszy ogarnęło go uczucie wstydu z powodu tej całej sytuacji. Dostrzegł w tym wszystkim ogromną próżność bogatych kobiet, co zrodziło w jego sercu głęboki smutek. Im dłużej przyglądał się zgromadzonym i poziomowi ich zamożności, tym bardziej czuł, że te wszystkie słowa o wielkich ideałach są puste i bezwartościowe. Czego oni od niego oczekiwali? Kto dał im prawo do decydowania o losie tych dzieci? Czego od nich żądali?
— Jesteśmy zobowiązani, zobowiązani, zobowiązani — powtórzył w duchu z wielką goryczą.
Ona szła dalej, jakby prosząc los, by zrzucił na nich swój cień za sprawą tego kaprysu. Tymczasem lekarz widział przed sobą małe kuleczki, splecone i otoczone czarnymi liniami. Były to smutne rysunki autorstwa Asenat, rozrzucone wokół pokoju po tym, jak Stefa wróciła ze zgromadzenia. Smutek udzielił się również jej, a jej twarz wyrażała ból.
— Panie doktorze, pańskie przemówienie wywarło niezwykłe wrażenie — szepnęła z niepokojem.
Nie odpowiedział jej na to.
— Mecenas Goldszmit obiecał wstawić się w sprawie kredytu w banku i dać mi poręczenie na kwotę trzech tysięcy rubli.
Te wiadomości wpłynęły na niego nieco pozytywnie, ale jego ponury nastrój nie dawał się tak łatwo rozproszyć. Zaproponował jej krótką przechadzkę. Promienie słońca przemykały po twarzach obojga niczym krzyże na tle alei.
Wieczór był chłodny, powietrze rześkie, przezroczyste. Gwiazdy wyglądały, jakby ich blask zamarł. Śnieg skrzypiał ostro pod ich stopami. Spacer wydawał się na wpół nierealny. Słowa uchodziły z ich ust, spowite w obłoczki pary. Przez długą godzinę nie rozmawiali ze sobą; przyjemnie było tak iść i pozwolić, by te same myśli ich przenikały. W gęstwinie drzew splatały się czarne i poskręcane gałęzie, niczym ozdobne japońskie ornamenty w ramach ze srebra i bieli. Śpiew ptaków ucichł niemal zupełnie. Melodia dzwonków przypominała mu dzieciństwo. Od czasu do czasu na ich twarze opadały zamarznięte płatki śniegu, mieszając się w pośpiechu z kroplami potu. To dawało uczucie słodko-gorzkiej, przejmującej, a zarazem radosnej samotności.
Stefie wydawało się, że on idzie tuż obok niej. Była dumna z tego powodu. Zawsze, przez całe dni, nieśmiała, skromna, spychała od siebie te uczucia — teraz wszystko to nagle prysło, ulatniając się pod wpływem tego wspólnego spaceru.
— Pięknie?
— Tak, mogłabym tak iść bez końca.
— Nieskończoność kończy się tuż za tamtą barierą — na Drodze Fińskiej. Można obejść całe miasto dookoła.
Ania nie pamiętała, kiedy ostatnio spacerowali tą drogą. Domy, które mijali, wydawały się puste. Między nimi ziały puste przestrzenie; ciągnęły się tam rzędy małych domków, jednopiętrowych, o niskich dachach, zatopionych w głębokim śniegu. Szli tak już od blisko trzech godzin.
— Napijmy się teraz filiżanki herbaty — zaproponował.
Mała kawiarnia na rogu ulicy tliła się słabym blaskiem. Wewnątrz, w gęstwinie dymu tytoniowego, majaczyło kilka postaci. Stefa nie była przyzwyczajona do takich miejsc; wśród młodzieży z jej sfery nie było w zwyczaju chadzać do podrzędnych knajpek na herbatę i ciastka. Jednak oczy doktora błyszczały już zza szkieł okularów. Poczuł się pewnie w tym otoczeniu, które kochał. Dla niego to byli po prostu zwykli ludzie.
— Jest herbata? — zapytał głośno.
— Przyniosę zaraz gorący napar.
— Tutaj możemy porozmawiać swobodnie; odsunąć myśli od tamtego zgromadzenia — powiedział — bez uprzedzeń i fałszu…
Jakże miała przyjąć te słowa podczas ich picia herbaty? Czy on powie jej to wprost, bez czekania na jej zdanie?
— Musimy zebrać dla nich dziesiątki tysięcy rubli na budowę domu. Można, na przykład, przekazać te datki panu Goldszmitowi i założyć fundusz opiekuńczy dla sierot.
— Nie, nie, nie — zareagowała i stanęła niemal instynktownie przed nim, jakby broniąc go przed tym pomysłem.
Ten spacer na świeżym powietrzu podziałał na nią ożywczo. Podniosła głowę niczym lew; ta knajpka i ta rozmowa wyrwały ją całkowicie z kręgu obcych ludzi… Walczyła przeciwko zdrowemu rozsądkowi. Łzy niemal zakręciły się w jej oczach. Mimo to była kobietą, kobietą dojrzałą i mądrą…
— Nie mam nastroju rozmawiać o planach…
— Myślę o dzieciach — jej odpowiedź miała na celu ucięcie rozmów o kwestiach finansowych.
— Trzeba będzie, kiedy zbierzemy kilkaset marek, poświęcić na to wszystko, całkowicie, całe życie, bez żadnego „ale”…
— Przez całe życie marzyłam o tym. Byłam pewna, że to mi wystarczy.
— Czy ty w ogóle rozumiesz, co to oznacza w tym przypadku? On nie ma nic i nie oczekuje żadnych zysków.
— Poświęcić życie — to znaczy oddać całą siebie, wszystko, dzieciom. Bez reszty. Nie zostawiając ani chwili dla siebie. Zrezygnować z życia osobistego. Czy rozumiesz, co to oznacza dla kogoś, kto chce odejść z rodziny, z miejsca, które stworzyłaś dla siebie?
Jego słowa były stanowcze i suche.
— Każdy moment spędzony dla tego dziecka, czy dla jego żony, musi mieć negatywny wpływ na formę ogólnej pracy. Zło, które płynie z tego zysku, nie pozostawia miejsca na wybór. Budowa domu dla niemowląt, rozpoczęcie, walka o dochody na naprawy, wzięcie na siebie ciężaru edukacji setek dzieci — i kto wie, może i tysięcy — taki plan wymaga całego człowieka, bardziej niż cokolwiek innego.
— Nigdy o tym nie myślałam w ten sposób — odpowiedziała. — Ale sądzę, że można znaleźć rozwiązanie. Jeśli kobieta, ta partnerka, zechce i pokocha tę pracę, to ona również pomoże…
— Nigdy… — zaoponował. — Wiadomo, jak wyglądają te sprawy. Pragnienia kulturalne i przyjemności domowe przyciągają serce i umysł w tym samym stopniu. Kiedy nie można się od nich uwolnić, praca ucierpi. Wtedy trzeba walczyć z głosem natury — a to jest czasami najtrudniejsza rzecz…
— To jest misja — słowa te brzmiały z wielkim patosem. — Poświęcenie ludzi, którzy mają w sobie głęboki sens.
Nie przyjęła jego słów zbyt poważnie.
— Poddałam się miłości w sercu tej kobiety — powiedział w końcu cichym, stłumionym głosem, który niemal zamarł w jego piersi.
Tamtej nocy uciekł jej sen. Czerwone plamy wystąpiły na jej twarzy, gdy spojrzała w lustro w nowym, wspaniałym pokoju. W tamtej godzinie poczuła, że przyjdzie jej zapłacić za to wszystko bardzo wysoką cenę.

