Doktor wrócił.
Pewnego dnia weszliśmy po prostu do sali. Ale wraz ze wszystkimi wokół stół stał się pusty. Po powrocie do biura na stole nie pozostawiono nic, jakby przez cztery lata nie ciążyły na nim żadne obowiązki. Nie miał nawet wolnej chwili, by pomyśleć o przeszłości i wysłuchać wspomnień. Dom potrzebował go bardziej niż kiedykolwiek – nie raz mówił o tym ludziom. A teraz nałożono na niego obowiązek zrekompensowania tego, co zostało utracone podczas jego nieobecności. Dzieci się nie zmieniły, urosły tylko trochę. Ich dom tętnił życiem w internacie, ale nowi, nawet ci, którzy zostali przyjęci niedawno, znali jego twarz z dawnych opowieści, zanim jeszcze doktor się tu pojawił. Nawet dzieci, które od niego odeszły, były tu wychowywane.
– Doktorze! – zawołał pan Goldszmit. – Pokój doktora jest gotowy – jakby tylko do sąsiedniego pokoju wyszedł.
Tuż przed powrotem Stefy głęboka bruzda pojawiła się na jego czole. Pojawiły się siwe włosy, gęste i splątane. Jak u uchodźców; pamiętali dni epidemii tyfusu. Ale pragnienie powrotu do normalnego życia było silne. Doktor spisał wrażenia w swojej małej książce „Wiosna nad rzeką” (wydanej z okazji dwudziestu pięciu lat działalności Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”):
„Złudzenia wolności politycznej i narodowej w Polsce. Wszystko wokół ulega zmianie, z wyjątkiem formy i koloru ubrań. Rok nie minął. Nadchodząca zima zbliży nas bardziej do zachodu, który zbliżył się najbardziej do narodzin nowej ery. Złudzenia wystawione na próbę.”
Niedbale trzymamy ołówek w dłoni, pisząc te podsumowania. Czy nie były to złudzenia? O ileż wzrosły cierpienia tego dziecka? I to nie tylko u nas. W płaczu ustąpiliśmy pola innym? Wieczorami, po powrocie z pracy, opowiadał o swoich wojennych doświadczeniach, błąkając się po pokoju. Nie wrócił z wojny z nienawiścią. Wrócił, pozostawiając kraj zmiażdżony, ludzi pozbawionych nadziei, pozbawionych wiary w jutro, pogrążonych w niewoli przeszłości. W świcie nowej ery widział rodzenie się nowego państwa, a jego atmosfera wydawała się gęsta i rozgrzana po długiej nocy i trudach wojennej pożogi.
Lata powojenne odcisnęły swoje piętno na życiu Domu Sierot w kilku ważnych kwestiach. W Gocławku zorganizowano stałą kolonię letnią i wypoczynkową pod nazwą „Różyczka”, prowadzoną zgodnie z wymaganiami instytucji. Na początku część wychowawców i dzieci spała w namiotach, a później wzniesiono tam dodatkowe drewniane pawilony. Wybierano tam dzieci najsłabsze z tych, które mieszkały w internacie. Wychowanie to, oparte na dyscyplinie i porządku, sprawiło, że pośród dwudziestu pięciu dzieci wybranych do tej pracy, rozwinęły się cnoty, które miały służyć im w przyszłym życiu w placówce.
W bilansie i rozliczeniach Towarzystwa wykazano ogromne straty. W trakcie wojny zniszczono blisko 250 budynków wartych miliony rubli. Straty te szacowano na setki tysięcy marek. W sypialniach chłopców panował chłód, a w letnie dni upał zmuszał setki dzieci, zmęczonych i spoconych, do ucieczki do piwnic. Cierpiały tam ich najskrytsze marzenia; ucierpiał też los małego żydowskiego dziecka. Chłopcy z ulicy Krochmalnej byli zmęczeni i głodni. Towarzystwo nie było w stanie zapewnić im ubrań. Czy to małe żydowskie dziecko nie cierpiało z powodu braku wody i opieki? W sercu małego żydowskiego dziecka nie było tego wszystkiego, co kiełkuje na oknach.
Dzieci z Domu Sierot nauczyły się kochać wieś i ją rozumieć. Zanim nadeszła zima, doktor opisał im serce wsi (w publikacji „Głosy Jakuba i Izraela”):
— Wieś kocha dzieci z miasta.
— Wieś kocha. Powietrze jest czyste, słońce uśmiecha się promiennie... Jakże wieś mogłaby nie kochać? Przecież ona ma serce! Ale jakże powietrze mogłoby ranić, jakże słońce mogłoby przestać się modlić? — pytają dzieci.
— Wieś ma serce, ma silne ramiona, którymi tuli do siebie dzieci z miasta. Niczym dobra mamka, wieś ma dla nich piersi pełne mleka. Karmi nas i ogrzewa naszą krew, niczym krew w żyłach. Korzenie drzew już od dawna zapuściły głęboko swoje korzenie; każdy najmniejszy skrawek zieleni bije w tym samym rytmie, co jądro jej istnienia, które rodziło się setki razy w bólach porodowych. Wieś ma oczy, patrzące prosto w niebo; wieś oddycha niczym zdrowe stworzenie. Kiedy jęczy udręczona pod uderzeniami biczów, spływa na nią rosa z niebios. Pociesza nas, aby nie było jej żal. Dlaczego mielibyśmy jej żałować? Przecież ta potężna siła, dana stworzeniu, potrafi żyć bez serca, podczas gdy człowiek z miasta nie potrafi przeżyć bez niej ani jednego dnia i nie jest w stanie kupić tych najprostszych i najważniejszych rzeczy, które ona mu daje.
— Wieś kocha. Powietrze jest czyste, słońce uśmiecha się promiennie... Jakże wieś mogłaby nie kochać? Przecież ona ma serce! Ale jakże powietrze mogłoby ranić, jakże słońce mogłoby przestać się modlić? — pytają dzieci.
— Wieś ma serce, ma silne ramiona, którymi tuli do siebie dzieci z miasta. Niczym dobra mamka, wieś ma dla nich piersi pełne mleka. Karmi nas i ogrzewa naszą krew, niczym krew w żyłach. Korzenie drzew już od dawna zapuściły głęboko swoje korzenie; każdy najmniejszy skrawek zieleni bije w tym samym rytmie, co jądro jej istnienia, które rodziło się setki razy w bólach porodowych. Wieś ma oczy, patrzące prosto w niebo; wieś oddycha niczym zdrowe stworzenie. Kiedy jęczy udręczona pod uderzeniami biczów, spływa na nią rosa z niebios. Pociesza nas, aby nie było jej żal. Dlaczego mielibyśmy jej żałować? Przecież ta potężna siła, dana stworzeniu, potrafi żyć bez serca, podczas gdy człowiek z miasta nie potrafi przeżyć bez niej ani jednego dnia i nie jest w stanie kupić tych najprostszych i najważniejszych rzeczy, które ona mu daje.
W Warszawie opowiadają. Na całych połaciach Polski opowiadają w szkołach, na uniwersytetach, w związkach młodzieżowych, wśród czytelników i chorych, o systemie wychowawczym w placówce przy ulicy Krochmalnej, o tej wyjątkowej wewnętrznej wspólnocie, o tej małej republice dziecięcej zarządzanej przez samych wychowanków. Ta nowa formuła, stworzona specjalnie z myślą o potrzebach dziecka, zyskała szerokie uznanie. Jednak o wiele ważniejsze były wewnętrzne więzi, które odciskały swoje piętno na losach wychowanków.
— Doświadczenia — pisze anonimowy obserwator, przyglądający się z boku życiu w placówce. — Instytucje — zmagające się z problemami finansowymi po odejściu zamożnych dobroczyńców. Stopień wolności wewnątrz domu był niezwykle wysoki, a zasada wzajemnego szacunku stanowiła fundament, na którym opierała się cała struktura społeczna. Przez te wszystkie lata intencją kuratorów i samego doktora było stworzenie warunków sprzyjających rozwojowi samodzielności dzieci. Nie było to jednak łatwe, gdyż budżet instytucji topniał w oczach. Wysiłki zmierzające do uratowania placówki przed ruiną finansową opierały się na drobnych wpłatach od nowych członków komitetu wspierającego.
„Ten, w którego pamięci wyrył się obraz tamtych dni, z pewnością pamięta, jak wielki trud wkładano w to, by wznieść gmach, który dziś stoi przed naszymi oczami. Była to długa i wyboista droga. Ktokolwiek spojrzy dziś na twarze tych dzieci, ujrzy w ich oczach odbicie dawnych trosk, ale i nadziei na lepsze jutro. Aby doprowadzić to dzieło do końca, potrzeba było nie tylko rąk do pracy, ale przede wszystkim serca i niezłomnej woli walki.”
Po zakończeniu zebrania komitetu, doktor nakazał przewietrzyć salę z ciężkiego zapachu drogich perfum i tytoniu, który przynieśli ze sobą zamożni goście. Natychmiast powrócił do swoich codziennych obowiązków. Oprócz bieżących spraw, które na nim ciążyły, musiał zająć się również przygotowaniem nowego regulaminu Domu Sierot, który miał na celu usprawnienie funkcjonowania placówki. Te nowe przepisy prawne miały stać się podstawą, na której opierać się miało codzienne życie wychowanków, przekształcając dawne zwyczaje w spisane i powszechnie obowiązujące normy prawne (według statutu Domu Sierot).
Regulamin ten różnił się diametralnie od statutów innych towarzystw charytatywnych działających w mieście. Jego najważniejsze paragrafy były w całości poświęcone wewnętrznemu życiu dzieci w placówce. Tworzyły one ramy dla samorządu dziecięcego, w którym wychowankowie sami decydowali o sprawach swojej małej społeczności. Była to pierwsza tego typu próba w dziejach pedagogiki, w której dziecko stawało się pełnoprawnym obywatelem i podmiotem własnego losu. W pierwszym paragrafie zapisano, że celem jest przywrócić dziecko rodzinie, jeśli to możliwe z punktu widzenia warunków domowych.
Członkowie komitetu opiekuńczego milczeli. Według opinii komisji rewizyjnej, koszty utrzymania i opieki wzrastały w zastraszającym tempie; brakowało leków i odzieży dla stale powiększającej się liczby podopiecznych.
— Ale nie możemy dopuścić do sytuacji, w której ta placówka przestanie istnieć! Czyż nie na tym polega nasz obowiązek? — zapytał doktor głosem pełnym powagi.
Przez blisko dwanaście lat, od pierwszych dni powstania Domu Sierot, los każdego dziecka był dla niego najważniejszy. Z wielkim trudem udawało się pozyskiwać fundusze na najpilniejsze wydatki. Jednak zamożni obywatele miasta nie spieszyli się z pomocą, odwracając wzrok od problemów najuboższych. Wielu z nich uważało, że praca na rzecz sierot to strata czasu i pieniędzy. Jednak ta garstka hobbystów i zapaleńców, która pozostała przy doktorze, nie zamierzała się poddawać. Wspólnie stawiali czoła wszelkim przeciwnościom losu.
— Właśnie z tego powodu musimy otoczyć te dzieci jeszcze większą troską i miłością — kontynuował doktor. — Nasz dom musi stać się dla nich bezpieczną przystanią, w której nie będą odczuwać lęku przed jutrem. Tylko w ten sposób zdołamy uratować ich młode życie od zguby i dać im szansę na lepszą przyszłość.
Nowy regulamin, nad którym pracowaliśmy, miał zrewoluzować dotychczasowe metody wychowawcze. Jego najważniejsze zapisy były poświęcone stworzeniu instytucji, która nie miała swojego odpowiednika w innych placówkach opiekuńczych. Był to sąd koleżeński, składający się wyłącznie z samych wychowanków. Ta nowa formuła prawna miała stać się fundamentem, na którym opierać się miało codzienne życie małej społeczności. Dzieci same miały decydować o winie i karze swoich rówieśników, ucząc się odpowiedzialności i sprawiedliwości. Doktor z wielką dbałością opisywał w swoim notesie te przełomowe wydarzenia, które miały miejsce w Domu Sierot. Wierzył głęboko, że ten eksperyment pedagogiczny przyniesie oczekiwane rezultaty i stanie się wzorem do naśladowania dla całego świata.
— Ależ w tym nie ma nic nowego — pomyślał doktor. — Ta idea była już przecież stosowana w angielskich szkołach z internatem.
Jednak tam zasady te opierały się na autorytecie nauczycieli i surowej dyscyplinie, podczas gdy u nas fundamentem miała stać się całkowita wolność i wzajemne zaufanie. To była zasadnicza różnica. System ten nie miał na celu łamania charakterów, lecz ich rozwijanie i wzmacnianie. Dzieci miały uczyć się na własnych błędach, a nie pod wpływem strachu przed karą ze strony dorosłych. W tym nowym świecie każdy wychowanek miał prawo głosu i decydowania o sprawach wspólnoty.
Miesiąc po wprowadzeniu nowych przepisów na tablicy ogłoszeń zawisło obwieszczenie o zwołaniu pierwszego sądu koleżeńskiego, zwanego „plebiscytem”. Każdy z podopiecznych otrzymywał trzy kartki: pierwszą z plusem (+), drugą z minusem (–), a trzecią z zerem (0). Znaczenie tych symboli było następujące: plus oznaczał „lubię go, jest moim przyjacielem”; minus – „nie lubię go, sprawia mi przykrość”; zero – „jest mi obojętny, nie znam go dobrze”. Te oceny były całkowicie anonimowe, co gwarantowało szczerość i sprawiedliwość wyroku.
Wyniki tego głosowania były podliczane przez specjalną komisję i ogłaszane publicznie na tablicy. Wychowanek, który otrzymał dużą liczbę minusów, był wzywany na rozmowę ostrzegawczą przez starszych kolegów. Jeśli to nie pomagało, sprawa była kierowana do sądu koleżeńskiego, który mógł podjąć decyzję o wydaleniu z placówki. Po roku od wprowadzenia tego systemu życie v Domu Sierot zmieniło się diametralnie. Wychowankowie stali się bardziej odpowiedzialni, samodzielni i solidarni. Nauczyli się rozwiązywać konflikty bez użycia przemocy, opierając się na dialogu i wzajemnym szacunku.
Sąd koleżeński wybierał spośród siebie pięciu sędziów na okres jednego roku. Ich zadaniem było rozpatrywanie wszelkich skarg i zażaleń, jakie wpływały ze strony dzieci lub personelu placówki. Wyroki były spisywane w specjalnej księdze pamiątkowej i ogłaszane w każdą sobotę podczas wspólnego apelu. Wychowankowie mogli otrzymać jeden z czterech statusów: „nowicjusz” — dla nowo przybyłych dzieci; „stały mieszkaniec” — po roku pobytu; „zasłużony obywatel” — dla tych, którzy wyróżniali się nienaganną postawą; oraz „towarzysz” — najwyższe wyróżnienie. Wszelkie spory i nieporozumienia były rozwiązywane na bieżąco, co pozwalało na uniknięcie większych konfliktów. Dzieci czuły się współgospodarzami swojego domu, co wpływało niezwykle pozytywnie na ich rozwój emocjonalny i społeczny. W pierwszym paragrafie księgi sądu koleżeńskiego zapisano te słowa, objaśniające procedurę i kryteria ponownej oceny sytuacji dziecka pod kątem jego warunków domowych.
Te paragrafy w swoim oryginalnym brzmieniu są zaczerpnięte tutaj z oficjalnego regulaminu Domu Sierot. Pomyli się ten, kto pomyśli, że pragnie się w nich widzieć ideał w oderwaniu od rzeczywistości. Zasada szacunku dla dziecka stanowiła przecież fundament w życiu każdego malucha, niezależnie od tego, czy był to nowo przybyły wychowanek, czy też stały mieszkaniec. Dom Sierot opierał się na wolności i zaufaniu, ale nie oznaczało to braku reguł. Każdy podopieczny miał prawo do nauki, zabawy i odpoczynku. Nikt nie mógł go zmuszać do pracy ponad siły ani karać w sposób upokarzający. Były to prawa niezbywalne, których przestrzegania pilnował sam doktor oraz powołany do tego sąd koleżeński.
„Jeśli jest w dziecku dobra wola, a także odpowiednie zdolności i predyspozycje – będzie ono miało pełne prawa w naszej społeczności, ale musi na to zasłużyć. Bez pracy nie ma kołaczy – nie ma owoców bez trudu; nie ma gier na placu zabaw, jeśli nie szanuje się zieleni. Lato na wsi, wycieczki, słodkości z mlekiem, to nie są rzeczy dane raz na zawsze – jeśli nie ma posłuszeństwa. Jeśli naprawdę pragniecie i kochacie ten dom, to wasze zachowanie w tych warunkach, v tych nowych miesiącach, będzie dla was nagrodą”.
Wieś uczyła dzieci odpowiedzialności. Jakże głęboka, moralna i sprawiedliwa była ta idea, która legła u podstaw stworzenia tej małej dziecięcej republiki! W Domu Sierot, jak opisuje wielu pedagogów, którzy odwiedzali tę placówkę, panowała atmosfera wzajemnego szacunku i miłości. Najważniejszym słowem w tym domu było: Sprawiedliwość. Doktor był głęboko przekonany, że każde dziecko nosi w sobie pierwiastek dobra, który należy rozwijać i pielęgnować. Nie było tam miejsca na przemoc czy kłamstwo. Ta nowa formuła wychowawcza, opierająca się na samorządności, przynosiła wspaniałe rezultaty.
Aby sąd koleżeński mógł funkcjonować sprawnie, stworzono kodeks sądowy, który stał się jednym z najważniejszych dokumentów w dziejach pedagogiki. Według tego regulaminu, spisanego przez doktora, sąd zbierał się raz w tygodniu i rozpatrywał wszelkie sprawy, jakie wpłynęły ze strony dzieci lub personelu szkoły i wychowania. W sali gimnastycznej, na podwórku, v jadalni, w kuchni, w sypialni – wszędzie tam obowiązywały te same zasady. Władza sądu koleżeńskiego rozciągała się na wszystkich: na dzieci i na wychowawców w równym stopniu. Przed obliczem sprawiedliwości nie było żadnych uprzywilejowanych osób. Każdy dorosły, który złamał regulamin lub skrzywdził dziecko, musiał stanąć przed sądem i poddać się jego wyrokowi. To dawało dzieciom ogromne poczucie bezpieczeństwa i wiary w sprawiedliwość dorosłych.
Najważniejsze paragrafy w tym kodeksie sądowym opierały się na zasadzie przebaczenia i chęci poprawy. Sąd nie miał na celu karania dla samej kary, lecz pomoc w zrozumieniu błędu i naprawieniu wyrządzonej krzywdy. Kodeks składał się z kilkunastu artykułów, z których pierwsze sto artykułów mówiło o uniewinnieniu lub udzieleniu przebaczenia, a kolejne zawierały upomnienia, ostrzeżenia i nagany. Dopiero najwyższe numery artykułów przewidywały surowsze kary, z których najcięższą było zawieszenie w prawach obywatela lub wydalenie z placówki.
Posiedzenia sądu koleżeńskiego odbywały się regularnie w każdą sobotę. Skład sędziowski składał się z pięciu sędziów wybieranych losowo spośród wychowanków, którzy nie mieli w tym tygodniu żadnych spraw sądowych. Sekretarzem sądu był dorosły wychowawca, który prowadził kronikę sądową. Te cotygodniowe sprawozdania, w których zapisywano najdrobniejsze szczegóły z życia internatu, były czytane publicznie podczas ogólnego apelu. Była to wspaniała lekcja żywej moralności i prawa dla wszystkich wychowanków. Większość spraw sądowych miała charakter polubowny i kończyła się uściskiem dłoni i obietnicą poprawy.
„Jeśli dwoje małych dzieci kłóci się w sali zabawkowej o jedną lalkę i w trakcie tej kłótni jedno z nich uderzy drugie, a potem oboje płaczą – to jest to sprawa dla sądu koleżeńskiego. Sędziowie muszą wysłuchać obu stron, zrozumieć powód tego sporu i pomóc im w pogodzeniu się. Nie ma potrzeby krzyczeć na te dzieci ani ich karać – mówił doktor – wystarczy pomóc im w znalezieniu wspólnego rozwiązania, aby mogły dalej bawić się razem w pokoju”.
W sali jadalnej, gdzie gromadzili się wszyscy mieszkańcy tego domu, odbywały się również sądy społeczne oraz ogłaszano wyroki wpisane na tablicę. Na ścianie wisiała tablica ogłoszeń sądu, na której co tydzień pojawiały się nowe nazwiska: z jednej strony powód, który wnosił skargę, a z drugiej pozwany. Niekiedy zdarzało się, że sam sprawca zgłaszał się do sądu, wpisując swoje nazwisko do księgi, by poddać się osądowi i oczyścić własne sumienie.
Z czasem doktor doszedł do wniosku, że należy opublikować kodeks sądowy jako osobną książkę. Książka ta, wydana po wojnie pod tytułem „Kodeks Sądu Koleżeńskiego”, stała się drogowskazem w jego pracy pedagogicznej. W jednym z rozdziałów doktor tak pisał o potrzebie istnienia sądu w domu dziecka:
„Jeśli ktoś dopuści się złego czynu, oznacza to, że nie miał obok siebie kogoś, kto wskazałby mu właściwą drogę. Jeśli zrobił to zło, ponieważ nie wiedział, że tak nie wolno, sąd koleżeński wyjaśni mu to. A jeśli zrobił to z pełną świadomością tego, co czyni, sąd weźmie pod uwagę motywy jego postępowania. Czyn popełniony z premedytacją zasługuje na większą naganę niż ten wynikający z niewiedzy. Sąd nie jest od tego, by karać, lecz by stać na straży sprawiedliwości. Sąd nie nienawidzi sprawcy, lecz pragnie dotrzeć do prawdy, by uratować go przed popełnieniem kolejnego błędu”.
Sędziowie nie mogli skazywać za same czyny, lecz musieli brać pod uwagę intencje sprawcy. Raz w tygodniu, v sobotnie popołudnia, sędziowie zasiadali przy dużym stole w jadalni, a pozostali wychowankowie gromadzili się wokół nich w całkowitej ciszy, zachowując powagę i szacunek dla instytucji sądu. Wszystkie obradom przewodniczył dorosły wychowawca – najczęściej sam doktor lub Stefa, którzy czuwali nad prawidłowym przebiegiem procesu. Zapisywali oni przebieg rozprawy w protokole. Po wysłuchaniu obu stron sędziowie udawali się na naradę, a po powrocie ogłaszali wyrok.
Wymiar kar różnił się w zależności od pory roku i okoliczności. W dniach letnich kolonii w „Różyczce” surowiej traktowano uchybienia regulaminowe, a najcięższą karą było pozbawienie prawa do udziału w wycieczkach lub kąpielach w rzece. Oskarżony często powoływał świadków na swoją obronę. „Gdy ktoś twierdzi, że nie wiedział o zakazie, a inny świadek potwierdza, że informacja ta nie została mu przekazana, sędziowie muszą to uwzględnić. Jeśli czyn nie wynikał ze złej woli, lecz z niefortunnego zbiegu okoliczności, wyrok powinien być łagodny. Zawsze należy dążyć do zgody i pojednania” – pisał doktor, podkreślając wychowawczą rolę sprawiedliwości.
Oto jedna z autentycznych spraw opisana w kronice sądowej:
„— ... Wczoraj wieczorem w sypialni chłopców panował ogromny hałas i krzyki przed snem. Dzisiaj, gdy sędziowie zapytali, kto zaczął tę awanturę, nikt nie chciał się przyznać. Przed obliczem sądu stanęło kilku chłopców oskarżonych o zakłócanie ciszy nocnej. Na pytanie sędziów: kto krzyczał – Jolek, Samek czy może ktoś inny? — wszyscy odpowiedzieli chórem: to nie my, krzyczał kot lub pies pod oknem! Sędziowie z trudem powstrzymywali śmiech, słysząc te naiwne tłumaczenia. Tylko dwóch chłopców przyznało się do winy”.
Sąd postanowił ukarać winnych, opierając się na artykule kodeksu, który mówił o zakłócaniu porządku w sypialni. Sędziowie wyjaśnili chłopcom, że ich zachowanie przeszkadzało w odpoczynku innym dzieciom, które rano musiały wstać do pracy i nauki.
— Czy wolno nam karać te dzieci, jeśli ich wina nie jest w pełni udowodniona? Oskarżenie oparte na domysłach nie może być podstawą wyroku. Sąd must być sprawiedliwy i bezstronny, chroniąc prawa każdego wychowanka — argumentował sekretarz sądu, zgłaszając wniosek o uniewinnienie pozostałych oskarżonych z braku twardych dowodów.
Po długiej i burzliwej dyskusji sędziowie podjęli ostateczną decyzję i ogłosili wyrok:
— Uwalnia się od zarzutów większość oskarżonych z powodu braku dowodów. Co do dwóch chłopców, którzy przyznali się do winy, sąd udziela im upomnienia z wpisem do kroniki. Mamy nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy.
— Uwalnia się od zarzutów większość oskarżonych z powodu braku dowodów. Co do dwóch chłopców, którzy przyznali się do winy, sąd udziela im upomnienia z wpisem do kroniki. Mamy nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy.
Wychowankowie przyjęli ten wyrok z powagą i szacunkiem, co dowodziło, jak wielkim autorytetem cieszył się sąd w oczach dzieci. Atmosfera moralna w tym domu stała na bardzo wysokim poziomie. Zasada „grzech i kara” została zastąpiona przez „zrozumienie i wybaczenie”, co całkowicie odmieniło relacje między dziećmi a wychowawcami. Wiele z tych spraw, opisywanych w księgach sądowych Domu Sierot, stało się cennym materiałem badawczym dla pedagogów z całego świata.
W sali jadalnej, gdzie koncentrowało się całe życie publiczne placówki, ogłaszano kolejne paragrafy. Wyjaśniają one istotę i zasady działania sądu koleżeńskiego: uniewinniające lub skazujące. Wystarczy, że sąd koleżeński uzna, iż dany chłopiec lub dziewczynka zrobili coś złego, ponieważ nie wiedzieli, że tak nie wolno. Głos skargi nie jest brany pod uwagę w sądzie, dopóki sędziowie nie wysłuchają oskarżonego lub oskarżonych. Wyrok sądu koleżeńskiego nie opiera się na sile, lecz na prawie. Nie zawsze sprawiedliwość zwycięża po jednej lub drugiej stronie, ale orzeczenie sądu koleżeńskiego jest zawsze wpisane do kroniki.
Większość spraw sądowych dotyczy codziennych sporów w internacie. W sobotnie popołudnia dzieci wychodzą na spacer, by odwiedzić swoich bliskich i krewnych, a wieczorem wracają na kolację do placówki. Porządek ten nie może zostać zakłócony z powodu spóźnienia jednego lub dwóch wychowanków. Na ostatnim posiedzeniu sądu koleżeńskiego rozpatrywano sprawę spóźnialskich.
— Każde dziecko wie, jak ważne jest przyjść na czas — mówił jeden z sędziów. — Spóźnienie jednej osoby zakłóca pracę w jadalni, a kucharki muszą czekać na wasz powrót. Jeśli spóźnicie się na kolację, sędziowie nie będą mogli ułożyć was do snu o stałej porze. Będziecie musieli położyć się do łóżek po ciemku i nie zdążycie odrobić lekcji.
— Dlaczego spóźniliście się na kolację? — zapytał jeden z sędziów.
— Ta dziewczynka, moja siostra, wyszła z domu po godzinie piątej i z tego powodu spóźniliśmy się na pociąg. Ona nie wiedziała, że zegar bije tak szybko — tłumaczył oskarżony chłopiec.
— Nasz tata był chory i bardzo nas prosił, abyśmy zostali z nim jeszcze godzinę — dodała dziewczynka.
— Dlaczego spóźniliście się na kolację? — zapytał jeden z sędziów.
— Ta dziewczynka, moja siostra, wyszła z domu po godzinie piątej i z tego powodu spóźniliśmy się na pociąg. Ona nie wiedziała, że zegar bije tak szybko — tłumaczył oskarżony chłopiec.
— Nasz tata był chory i bardzo nas prosił, abyśmy zostali z nim jeszcze godzinę — dodała dziewczynka.
Oskarżyciel publiczny, który występował w imieniu dzieci, podniósł się i powiedział:
— Nawet w takim przypadku prawo nie zostało złamane, jeśli intencją oskarżonych nie było lekceważenie regulaminu. Nie można winić dzieci za to, że chciały pomóc choremu ojcu, pocieszyć go i podać mu wodę. Ale chłopak musi przecież pamiętać, że nie wolno mu się spóźniać, i powinien poprosić o zgodę na późniejszy powrót przed wyjściem z domu, co było rzeczą kluczową.
Sąd koleżeński wydał wyrok oparty na artykule kodeksu, który uniewinniał oskarżonych ze względu na szczególne okoliczności łagodzące. Wiadomość o tym wyroku rozeszła się szybko wśród mieszkańców miasta. W oczach opinii publicznej ta dziecięca republika, zarządzana przez samego doktora, była wzorem sprawiedliwości społecznej na ziemiach polskich. Informacje te dotarły nawet do uszu przedstawicieli władz państwowych, a system ten zyskał uznanie w kręgach pedagogicznych i społecznych. Wpłynęło to niezwykle pozytywnie na wizerunek instytucji i ułatwiło pozyskiwanie nowych funduszy od zamożnych darczyńców.
Idea ta była zakorzeniona w tradycji pracy pedagogicznej opartej na szacunku dla dziecka. Ta nowa formuła, stworzona z myślą o małych dzieciach robotników i ubogich rzemieślników z Warszawy, otworzyła przed nimi nowe perspektywy rozwoju. Wpływ tych idei był widoczny również w relacjach między doktorem a panią Goldszmit. Podczas jej wizyty w Domu Sierot, oboje długo rozmawiali w salonie lub jadalni o losach wychowanków. Doktor, autor słynnej książki „Jak kochać dziecko”, przedstawił jej swoje plany dotyczące rozwoju placówki.
Wspólnie z dziećmi doktor przeżywał chwile radości i smutku. Dzieci kochały go i szanowały, a jego słowa były dla nich święte. Musiał jednak stawić czoła wielu trudnościom finansowym i organizacyjnym, jakie niosła ze sobą rzeczywistość powojenna. Nowy system wychowawczy wymagał ogromnego zaangażowania ze strony personelu, a zarobki nauczycieli były bardzo niskie. Wojna zniszczyła strukturę gospodarczą kraju, pozostawiając po sobie nędzę i głód. Te problemy dotykały również podopiecznych Domu Sierot, odbijając się negatywnie na ich zdrowiu. Mimo tych wszystkich przeciwności losu, doktor nie tracił nadziei. Wierzył głęboko, że praca, którą wykonuje, ma głęboki sens moralny i społeczny.
„Nasi wychowankowie, niezależnie od tego, czy są Polakami czy Żydami, są przede wszystkim dziećmi” – pisał w swoim pamiętniku, podkreślając uniwersalny charakter swoich metod wychowawczych.
W okresie znacznie późniejszym, w liście skierowanym do przyjaciół, w czasie gdy reżim hitlerowski zdążył już rozlać swoje panowanie nad Europą, pisał:
„Kwestia ludzka przesłania i ukrywa przede mną zawsze kwestię żydowską.”
Miało to miejsce w roku 1937, gdy w Polsce ukrycie lub zignorowanie kwestii żydowskiej nie należało wcale do spraw najprostszych i najbardziej oczywistych. W politycznym otoczeniu doktora wszyscy doskonale wiedzieli i zdawali sobie sprawę z tego, że jest on Żydem.
Posiedzenia zarządu Domu Sierot (reprezentowanego przez Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”) odbywały się w biurze Naczelnego Sądu Administracyjnego przy ulicy Miodowej. W skład zarządu wchodzili, poza samym doktorem, mecenas Goldszmit oraz osobistości wywodzące się z elity państwowej. Wyżsi urzędnicy – dostojnicy o twardych sercach – rzadko potrafili pojąć, dlaczego ten nowy dyrektor tak zaciekle walczy o najmniejsze nawet prawa dla niemowląt i dzieci, i dlaczego mówi o wyrządzanej im krzywdzie w czasie, gdy – jak twierdzili – dzieci te mają zapewnione wystarczające wyżywienie i odzienie.
Wielu było ludzi, którzy nie potrafili pojąć tego, o co walczy i o co bije się doktor. Mimo to, jego dzieło rozwijało się, zyskując coraz większe uznanie dla jego sprawiedliwości i racji. Książki Janusza Korczaka, które Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego rekomendowało jako wybitny materiał czytelniczy dla szkół, rozeszły się w tysiącach egzemplarzy. Ludzie zaczęli zabiegać o to, by uzyskać jego podpis na odezwach i petycjach, w których zwracał się do opinii publicznej w najróżniejszych sprawach. Stał się on powszechnie znany jako „Stary Doktor” z radiowych audycji – wielki wychowawca i największy przyjaciel dzieci, darzony bezgranicznym zaufaniem, które nie znało żadnych granic.
