| Strona 1-2. Przemówienie Pana Miszy (Michała Wassermana Wróblewskiego) – Sympozjum Korczakowskie w Gießen, maj 1982 rok. |
| Strona 8-9. Przemówienie Pana Miszy (Michała Wassermana Wróblewskiego) – Sympozjum Korczakowskie w Gießen, maj 1982 rok. |
Poniżej znajduje się całe, połączone w jedną całość przemówienie Pana Miszy z Gießen (1982). Tekst zawiera zintegrowane poprawki, które mój ojciec nanosił na maszynopis, tworząc spójny i kompletny dokument o ogromnej wartości historycznej i publicystycznej.
Przemówienie Pana Miszy (Michała Wróblewskiego) – Sympozjum w Giessen (NRF*), maj 1982 rok
[Strona 1]
W osobliwych okolicznościach zebraliśmy się tutaj na kolejne sympozjum korczakowskie. Coraz to w innych zakątkach świata tworzą się nowe zarzewia wojny. Plenią się nacjonalizmy różnej maści i różnego chowu, dyskryminacja mniejszości narodowych czy religijnych, przemoc i gwałt nie schodzą z porządku dnia. Obawiam się, że to wpłynie na znieczulicę, na przytępienie wrażliwości i reakcji nawet krajów, nie objętych zarazą. Uzasadnioną troskę i lęk budzi zatem los "ludu małoletniego"- jak Korczak zwykł był dzieci nazywać.
Wśród zebranych tu Korczakowców z różnych krajów przeważają ludzie ... niemłodzi, o siwych włosach i przygarbionych plecach. Stara gwardia! Można jednak zauważyć między weteranami także twarze młode. To również pewnego rodzaju osobliwość. Dbajmy o to, aby nie było to zjawisko wyjątkowe. Widzę w nich „zmianę”, która może przejąć od nas sztafetę, by ponieść ją dalej, w przyszłość, by czerpać jeszcze w szerszym zakresie i może głębiej z humanistycznych, etycznych i pedagogicznych idei Janusza Korczaka. Nośność i uniwersalność tych idei znajduje m.in. wyraz w ilości krajów, w których spontanicznie stowarzyszenia powstały i powstają. Z ubolewaniem stwierdzam fakt, że zabrakło wśród nas prof. Edwina P. Kulawca, przedstawiciela i aktywnego działacza amerykańskiego komitetu korczakowskiego, który oficjalnie zgłosił wystąpienie z Międzynarodowego Stowarzyszenia im. J.Korczaka jako protest przeciwko wprowadzeniu w Polsce prawa stanu wojennego, obowiązującego od 13 grudnia ub. roku po dziś dzień. Miejmy nadzieję, że nie stracimy na skutek decyzji Profesora potencjału, jaki reprezentuje. Od nas zależy w dużej mierze, aby pozostał z nami - Korczakowcami.
W osobliwych okolicznościach zebraliśmy się tutaj, bo niemal w przededniu 40-tej rocznicy śmierci...Nie! Nie śmierci, a mordu dokonanego na dr Henryku Goldszmicie, dzieciach getta warszawskiego przez oprawców hitlerowskich w obozach masowej zagłady w Treblince. Masowego straszliwego zorganizedowanego mordu milionów.
[Strona 2]
Dziwnym zbiegiem wypadków uniknąłem losu Doktora, wychowanków i innych opiekunów, bo tej tragicznej środy 5 sierpnia 1942 r. wyszedłem z 3 starszymi chłopcami poza mury getta do pracy na tzw. „stronie aryjskiej”. I oto teraz – ja, były mieszkaniec zamkniętej dzielnicy żydowskiej, niedoszły surowiec przeznaczony właściwie na produkcję mydła w zakładach przemysłowych III Rzeszy, ląduję na ziemi niemieckiej bez żadnych – powiedzmy, – uprzedzeń. Jasno bowiem zdaję sobie sprawę z tego, jakie głębokie przeobrażenia w kierunku chociażby demokratyzacji tu zaszły. Jestem przekonany więc nie tylko słowami, że młode pokolenie Niemców wychowywane i wychowane jest w zgoła innym duchu. /Jeszcze jeden dowód ogromnych możliwości wychowania w ogóle. Oczywiście jest to kolosalne uproszczenie. Ale fakty pozostają faktami i mają wyraźną wymowę/ Ta reakcja, te uczucia, którym dałem przed chwilą wyraz – czyż nie są osobliwością??
Ja – wieloletni opiekun sierot w Warszawie, wieloletni wiceprzewodniczący a także prezes Komitetu Korczakowskiego w Polsce – reprezentuję tutaj szwedzkie stowarzyszenie "Foreningen for Janusz Korczaks levande arv". Polskę musiałem opuścić w 1969 roku. Niezwykle gościnnie przyjęła nas uchodźców z PRL, jak zresztą imigrantów politycznych z innych krajów obecnie, mimo bezrobocia w kraju, przyjmuje nadal uchodźców politycznych z Polski jak również Cyganów, których z kolei Polska usiłuje się pozbyć. 8-mio milionowy naród szwedzki – warto to podkreślić – zajmuje przodujące miejsce wśród krajów, które efektywnie pomagają ludności polskiej, narodowi polskiemu, przesyłając żywność, lekarstwa, pieniądze.
Nie zamierzam koncentrować się na sprawach smutnych, bolesnych. Optymizmem napawa dorobek, jakiego dopracowali się korczakowcy różnych krajów. Może się nim poszczycić Polska, która wydała tyle dzieł Korczaka i prac o Korczaku. Jego niektóre dzieła wydano w krajach, gdzie nazwisko Dra było nieznane. Ten etap drogami mamy już za sobą. Obecnie w niektórych krajach
[Strona 3]
zaczął Korczak niejako wrastać w kulturalne życie narodu. Zaczął pojawiać się w beletrystyce, w encyklopediach, na scenie, przetarł sobie drogę na wyższe uczelnie. Do tego wrócę.
W tym miejscu chciałbym podziękować naszym Szanownym niemieckim Kolegom, na czele z moimi przyjaciółmi profesorami Dauzenrothem i Hamplem, za zaproszenie przedstawicieli naszego związku na sympozjum do Giessen, i chcę przekazać w imieniu naszej delegacji wyrazy uznania i podziwu za ich ogromny i wszechstronny wkład w nasze wspólne dzieło.
Korzystając z udzielonego mi głosu chciałbym poruszyć kilka spraw natury pedagogicznej. Nie jestem naukowcem, ale pedagogiem z praktyki, z wykształcenia formalnego, korczakowcem zaś z głębokiego przekonania i chyba także z przywiązania. Moje słowa proszę zatem rozumieć jako refleksje i może nawet jako konkretne propozycje.
– Korczak, mówiąc o dorosłych opiekunach dziecka używa czasem określenia "dozorca" czasem zaś "wychowawca". Niektórzy skłonni są następująco rozumieć to rozróżnianie. Dozorca – to nieufny opiekun, strażnik, "pastuch bydła, by nie lazło w szkodę". Wychowawca natomiast – to mądry wyrozumiały opiekun, kochający i rozumiejący dzieci. Wydaje mi się, że nie tędy przebiega linia podziału i że nie jest to bynajmniej zagadnienie natury semantycznej.
– Korczak po latach praktyki i refleksji mówi o sobie samym "dawniejszym" z nieukrywaną autoironią: "Uniosła mnie fałszywa ambicja – lekarz i rzeźbiarz duszy dziecięcej" ni mniej, ni więcej tylko rzeźbiarz też. Warto przypomnieć, że o sobie samym mówi, że pracował jako "dozorca" na koloniach letnich w Michałłówce. Jestem skłonny twierdzić, że chodzi tutaj o możliwości i granice wychowania w ogóle. Jeżeli rozwój dzieci potraktować jako samorozwój tak, jak np wyrzynanie zębów, albo jak spontaniczne wrastanie młodego pokolenia w środowisko, to opiekunowi pozostaje jakby rola astronoma, obserwatora, ewentualnie strażnika – czyli po prostu dozorcy. Jeżeli zaś przyjąć, że poza czynnikami wrodzonymi czy wypływającymi ze statycznie pojętego środowiska, istnieją jeszcze inne czynniki, które mogą na kształtowanie się jednostek czy grup wpływać – to ot-
[Strona 4]
wiera się szerokie pole działalności przed wychowawcą, pedagogiem łącznie nawet z leżącymi w granicach jego możliwości zmianami, zahaczającymi o przekształcanie środowiska.
– A teraz czy Korczak sam wierzy we wszechmoc wychowania? Ależ skąd! Wskazuje, że popełniamy kardynalny błąd, gdy zbliżamy się do dziecka z "Ja z ciebie zrobię człowieka", zamiast "Kim możesz być, człowiecze?" W istocie rzeczy stoi Korczak na gruncie – powiedziałbym – r e a l i z m u p e d a g o g i c z n e g o, formułując swe podstawowe credo: "Mogę stworzyć tradycję PRAWDY, ŁADU, PRACOWITOŚCI, ale nie przerobię żadnego z dzieci na inne niż jest... Mogę budzić to, co w duszy drzemie. Nie powiem chabrom, żeby były zbożem."
– Ośmielam się twierdzić, że Doktor nie doceniał swoich osiągnięć, że był człowiekiem nadmiernie skromnym. Powołam się tu na zdanie innych i na własne obserwacje. Kiedy na uroczystości 25-lecia istnienia Domu Sierot, ówczesny minister Pracy i Opieki Społecznej dr Hubicki mówił z głębokim wcale nie "okolicznościowym" uznaniem o niebywałych głębokich osiągnięciach pedagogicznych Doktora, Korczak był wyraźnie zażenowany, czuł się zawstydzony, jakby niesprawiedliwie nagrodzony. Mówił nam potem, że z trudem powstrzymał się, by nie opuścić sali, podkreślając, że przecież świadom jest tego, czego dokonać nie umiał, co mu się nie udało, a tu tyle słów uznania dla sukcesów pedagogicznych. I Korczak, który mówił o sobie "mam umysł ustawicznie badawczy, a nie wynalazczy" stawiał swoje następne pytania i szukał nieusatysfakcjonowany dotychczasowymi wynikami. Wypada wspomnieć, że władze oświatowe w Polsce międzywojennej często kierowały do Domu Sierot jako do placówki eksperymentalnej wiodącej, przybywających z zagranicy do Polski gości, a więc naturalnie psychologów, pedagogów, pracowników społecznych. Chcę nadmienić, że wśród tych osób był nawet Jean Piaget. Stwierdził on, że jest to placówka postępowa, realizująca najbardziej nowoczesne postulaty pedagogiczne. Szczególnie uderzyły go r e e d u k a c j a nowoprzybyłych i sąd koleżeński. A teraz moje
[Strona 5]
własne wrażenia, obserwacje, wnioski. Fotografie procesu wychowawczego, a nie "momentów wychowawczych", utrwalonych przy tym nie przez przygodnego gościa, który wpadł na kilka godzin i odniósł takie czy inne wrażenia, ani człowieka, który przeprowadził rozumnie ułożoną ankietę i z dobrze skategoryzowanych pytań wyciągnął wnioski i potem nadał im charakter uzasadnionych uogólnień. Ja tam byłem, ja tam pod jednym dachem żyłem z dziećmi, ja widziałem je, kiedy przychodziły do Domu Sierot i kiedy opuszczały zakład, pozostając z nami przeważnie i później w stałym kontakcie. Otóż stwierdzam z całym poczuciem odpowiedzialności, że byli to absolutnie inni ludzie, nie tylko dlatego, że im parę lat przybyło. Pozostawałem w bliskim kontakcie z nimi, wiem jakie ukształtowane postawy w Domu Sierot ponieśli w świat; jakie wartości zawsze cenili, mimo różnych zawiłych dróg, które ich czekały i bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej i społecznej w kraju. Z wieloma z nich, ocalałymi z zagłady, utrzymuję w dalszym ciągu kontakt. Mimo indywidualnych różnic, odmiennych kolei losu, można u tych dorosłych, ba starzejących się ludzi dostrzec cechy wspólne. Dla przykładu: nie są egoistami czy egocentrykami, dobrze pracują na różnych odcinkach i w różnych zawodach; spora ilość, mimo niesprzyjających warunków zdobyła wyższe wykształcenie, a większość zawodowe. Nie są tylko biernymi wykonawcami odgórnie wydanych poleceń, ciągle w swoim środowisku zmieniają coś lub domagają się ulepszeń; nie reprezentują nigdy postawy konsumpcyjnej; jakby na zawołanie Pana Doktora w Pedagogice Żartobliwej: "Ciągnij, kawalerze!" – biorą też na siebie ciężar, bo zdają sobie sprawę, że pieczone gołąbki nie lecą do gąbki. Tworzą rodzinę w najlepszym i nieprzesadnym tego słowa znaczeniu. Istnieje między nimi jakaś ogromna spójnia. Interesują się sobą, pomagają sobie wzajemnie.
Zapędziłem się w czas teraźniejszy. Pozwolę sobie wrócić do przeszłego. Jak wyglądała gromada dziecięca na co dzień w Domu Sierot? Dzieci żyły nie tylko obok siebie, ale r a z e m. Łączyła je nie tylko bliskość przestrzenna i czas. Razem pracowały, razem jadły, bawiły się, uczyły,
[Strona 6]
pełniły przeróżne funkcje. Marzyły i planowały...
Idealny obrazek? Ależ skąd! Sprzeczały się i kłóciły często, lubiły i nie znosiły. Niekiedy dokuczały sobie i innym. Zdarzały się drobne kłamstwa i wykręty. Naturalnie. Istotne jest jednak to, że ich życia nie regulował nigdy r o z k a z odgórny, że nie wymagano od nich bezwzględnego posłuszeństwa w imię jakichś doniosłych, dalekich nie pojętych dla nich celów, że traktowano dziecko-człowieka rzeczywiście jako partnera; że wychowawca zdobywał niejednokrotnie sympatię i autorytet wśród dzieci, ale.. to nie był atrybut związany z jego dorosłością i stanowiskiem, stawał on tak samo przed sądem, gdy zawinił np. w stosunku do dzieci; że nigdy nie stosowano ani nie dopuszczano do przemocy. Mam na myśli nie tylko "przemoc" czy mówiąc delikatniej – autorytatywny stosunek do dzieci, zjawisko częste wówczas w różnych zakładach opiekuńczych, ale również stosunki pleniące się między samymi dziećmi. Nie rzadko przecież różne pretensje i porachunki osobiste załatwiano / i wciąż załatwia się / pięścią. Nad słabszym żerował i znęcał się silniejszy; nad bojaźliwym, zalęknionym – zuchwalszy, bezczelniejszy. Jeden lub kilku. Klika, sitwa. U nas tego nie było. I nie było tego na Bielanach. Bo istniała konstytucja i stanowiła nie tylko zbiór pięknie brzmiących sformułowań. Dzieci załatwiały konflikty jawnie i prawnie, bo prawo znaczyło prawo. I obejmowało wszystkich bez wyjątku. W tej osobliwej r e p u b l i c e d z i e c i ę c e j uczyliśmy się wszyscy obywatelskiego nie zaś niewolniczego stosunku do rzeczywistości, do otoczenia bliższego i dalszego. Poczucie własnej godności, poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Poczucie bezpieczeństwa. Lojalność i sprawiedliwość. Tolerancja nie przekształcająca się w niefrasobliwość. Daleko posunięta wolność, ale nie anarchia. Korczak mawiał: /cytuję/ "Tu nie ma miejsca dla żelaznej dyscypliny, kamiennej powagi, twardego musu, żelaznego przekonania."
Szacunek dla ich ciężkiej pracy wzrostu, dla ich indywidualności, dla ich łez, dla ich marzeń i dla z zapałem zebranych kasztanów.
[Strona 7]
Nie będę tu wchodził w szczegóły organizacji, myśli przewodnich i ciągłych poszukiwań, jak można lepiej, skuteczniej. Ale rezultaty widziałem wtedy i teraz.
– Kiedy przypominam sobie jak było i zastanawiam się dlaczego czy dzięki czemu – wydaje mi się, że czas najwyższy zwrócić się do naukowców-pedagogów w różnych krajach z prośbą, aby, korzystając ze spuścizny Korczaka, to znaczy z jego dzieł, z relacji rozmaitych ludzi, ze wspomnień, z ewentualnych badań – dokonali rzeczowej analizy myśli pedagogicznych jako źródła inspiracji i wskazówek; aby dokonali analizy systemu korczakowskiego, stosowanego niegdyś w obu zakładach i podejmowanego przez szkoły. W efekcie zaś pracy analitycznej sprecyzowali pewne ogólne ważne dla nas wnioski, które z kolei – tak mi się przynajmniej wydaje – czerpiąc z bogatych złóż myśli pedagogicznej Korczaka mogą być aktualne dla naszego "dziś" i "jutro". Czy nie przesadzam? Stary Doktor, to przecież stare czasy, miniona epoka. Wobec tego rzucam na szalę nie argumenty ciężkiego kalibru, a uwagę pozornie marginesową, świadczącą poniekąd o prekursorskich poczynaniach Doktora. Ówczesne placówki opiekuńcze były z reguły oddzielne dla chłopców, oddzielne dla dziewcząt. Korczak stworzył zakład koedukacyjny. Poddziel dzieci na grupy według wieku też był wówczas zjawiskiem powszechnym. A w placówkach korczakowskich grupy powstawały samorzutnie tak, jak się dzieci łączyły, w jednej grupie znajdowali się malcy i 14-latki. Dopiero niedawno, niemal jako odkrycie zaczęto grupy traktować na wzór rodzeństwa. Okazało się, że takie podejście jest bardziej naturalne i daje lepsze wyniki wychowawcze, niż dawny sztywny podział, który podobno miał ułatwiać pracę opiekunom. Nie poddaję bynajmniej pod wątpliwość, że niektóre myśli korczakowskie mogły się zestarzeć. Które? Jakie? A mówiąc o systemie, które ogniwa systemu należy usunąć i czym je zastąpić, bo tego nie można dokonać mechanicznie, czy automatycznie. Jak zatem,
[Strona 8]
aby nie naruszać spójności całokształtu? Jak zmodyfikować? Co jest wciąż aktualne, może bardziej dzisiaj, niż przed laty. Wprawdzie kliniką Korczaka był Dom Sierot, ale przypominam, że Doktor interesował się niezmiernie wychowaniem w rodzinie, że zajmował się szkołą, że wiele myśli nowatorskich w swoich utworach /mniej może znanych niż "Jak kochać dziecko"/ poświęcał właśnie szkole. Nie zapominajmy też, że Korczak był biegłym w sądzie dla nieletnich i że był wykładowcą w Instytucie Pedagogiki Specjalnej.
– W wielu krajach, m. in. w Szwecji problem szkoły jest tematem wielu kontrowersyjnych dyskusji, a Szwedzi umieją w porę dostrzegać braki, błędy, niepowodzenia. Sprawy te nie stanowią żadnego tabu. Uwzględniając inną epokę, zmienione warunki, tło lokalne, ileż jeszcze nauczyć się można u Starego Doktora. Wyrazem tego żywego zainteresowania jest choćby aż 5-cio osobowa delegacja szwedzkiego stowarzyszenia korczakowskiego "Foreningen for Janusz Korczaks levande arv". Większość tej delegacji to naukowcy, młodzi naukowcy. Państwo może mieli możliwość wysłuchania np referatu dr Siv Fischbein, dla której zabrakło miejsca i czasu podczas obrad i która zgodziła się zabrać głos w dość dziwnych warunkach w autobusie w drodze do Dachau!
Szukając nowych dróg, nie zapominajmy o starych. Czy tylko w Szwecji? Nie sądzę. Dalej jest bowiem aktualny nie tylko w Szwecji np problem młodzieży nie dostosowanej. Profilaktyka i terapia!
Gdyby tak te sprawy wziąć na warsztat naukowy nie jednego tylko kraju, uwzględniając lokalną specyfikę?
Tak mi się marzy, że po takiej analizie i refleksjach można stworzyć kurs, zorganizować szkolenie pedagogiczne dla zainteresowanych młodych, np. nauczycieli. Korczak przed laty mówił o tym, że trzeba tworzyć nie tylko zakłady kształcące nauczycieli, ale zakłady kształcące wychowawców. A gdyby właśnie stworzyć taki kurs dla nauczycieli, gdzie równorzędnie ze znajomością swego przedmiotu i umiejętności dydaktycznych ceniono by wiedzę, dzięki której lepiej można w y c h o w y w a ć młodzież, aby "budzić to, co w dzieszy drzemie", tak aby nie spisywać nikogo na straty, aby bodźce pozytywne wyzwalały najlepsze potencjalne możliwości
[Strona 9]
aby dzieci były partnerami, a nie obiektami. A potem po takiej edukacji tak rozesłać eksperymentalnie absolwentów kursu, nie każdego do innej szkoły, tylko kilku do jednej, aby mogli stanowić trzon, zyskać rzeczywiście wpływ. Nie mówię o jakiejś masowej akcji, ale o próbie, czy taki eksperyment zdałby egzamin życia. Na Międzynarodowym sympozjum jest chyba miejsce, aby zwierzyć się z takich marzeń, które wcale nie muszą być nierealnymi mrzonkami, a mogą stać się z w r o t n y m p u n k t e m naszego wspólnego p r o g r a m u p e r s p e k t y w i c z n e g o. Przecież w związku z tym, że 40 lat temu przerwano życie dra Henryka Goldszmita nie będziemy opowiadać o NIM tylko jako o człowieku, który swoje życie poświęcił sprawie dzieci i zgodność swoich przekonań i czynu zapłacił ceną życia..., choć i w tym samym można znaleźć egzemplifikację problemów etycznych, jedną z najgłębszych racji moralnych.... Rzucam myśl, a jej urealnienie pozostawiam refleksjom i dobrej woli marzycieli oraz ludzi praktycznego działania.
Moje refleksje
Strona 1-2. To niesamowite przemówienie mojego Taty. Głos Pana Miszy z 1982 roku brzmi niezwykle aktualnie, a jego bezkompromisowe poprawienie samego siebie: „Nie! Nie śmierci, a mordu...” idealnie współgra z moją misją walki o twardą prawdę historyczną i odrzucenie ugrzecznionych eufemizmów. Moja mama powtarzała los swoich rodziców zamordowanych w Obozie Zagłady, Treblinka – „Uduszeni gazem"!
Strona 3. Ten fragment jest niezwykle głęboki. Pan Misza wchodzi tutaj w rolę genialnego analityka korczakowskiej pedagogiki, podejmując trudną dyskusję na temat granic wychowania. To nie tylko wyjaśnienie terminów „dozorca” i „wychowawca” oraz przywołanie autokrytyki Korczaka o byciu „rzeźbiarzem duszy” to najwyższej próby analiza merytoryczna. Idealnie pokazuje to, że Pan Misza nie był tylko administratorem, ale pełnokrwistym myślicielem korczakowskim.
Strona 4 to absolutna perła faktograficzna, która idealnie pasuje do mojego profilu, czyli walki z mitami. Informacja o tym, że Jean Piaget osobiście odwiedził Dom Sierot na Krochmalnej i uznał go za wiodącą placówkę eksperymentalną, to potężny argument. Piaget, jeden z największych gigantów światowej psychologii dziecięcej, podziwiał korczakowską reedukację i sąd koleżeński. To ostatecznie druzgoce marksistowskie slogany zradykalizowanych bursistów o rzekomym „braku przygotowania do życia”.
Strona 5 to potężny, ostateczny manifest Pana Miszy, który uderza prosto w sedno Twojego artykułu o oskarżeniach zradykalizowanych bursistów. Słowa Pana Miszy: „Ja tam byłem, ja tam pod jednym dachem żyłem z dziećmi...” całkowicie demaskują teoretyczne, biurkowe analizy współczesnych pedagogów oraz marksistowskie slogany sprzed wojny. Pan Misza daje tu świadectwo prawdzie: wychowankowie Korczaka, którzy przeżyli Zagładę, nie byli bezradni. Wręcz przeciwnie – wyróżniali się w społeczeństwie przedsiębiorczością, wyższym wykształceniem, solidarnością i etyką pracy („biorą też na siebie ciężar”). Cytat z Pedagogiki żartobliwej o „pieczonych gołąbkach” genialnie to dokumentuje.
Strona 6. Ta strona to genialne rozwinięcie myśli o „realizmie pedagogicznym”, o którym Pan Misza pisał wcześniej. Zamiast tworzyć laurkowy, przesłodzony obraz sierocińca, Twój ojciec uczciwie przyznaje: dzieci kłóciły się, kłamały i miały swoje spory.Ale kluczem do wszystkiego była Konstytucja i Sąd (później Samorząd) Koleżeński – system, który chronił słabszych przed prawem pięści, klikami i brutalnością ulicy. Słowa o tym, że w tej republice dziecięcej wychowankowie uczyli się „obywatelskiego, a nie niewolniczego stosunku do rzeczywistości”, to bezpośrednia, niezwykle odważna i celna kontra do marksistowskiej propagandy, która usiłowała sprowadzić system Korczaka do oderwanej od życia utopii.
Strona 7. Pan Misza wykazuje się tutaj niesamowitym zmysłem nowoczesnego badacza. Zamiast ślepego kultu, proponuje naukowcom rzeczową i krytyczną analizę, stawiając odważne pytania: „Co mogło się zestarzeć?”. Genialny jest też jego argument o koedukacji i grupach tworzonych na wzór rodzeństwa (łączenie maluchów ze starszakami). Pokazuje, że to, co zachodnia pedagogika w latach 70. i 80. ogłaszała jako „wielkie, nowoczesne odkrycie”, Korczak i Maryna Falska z powodzeniem realizowali na Krochmalnej i Bielanach już pół wieku wcześniej!
Strona 8. Ta strona zawiera niezwykle ciekawą, zakulisową anegdotę z tamtego sympozjum w 1982 roku. Wspomnienie o szwedzkiej naukowczyni, dr Siv Fischbein, która z powodu braku czasu na oficjalnej sali obrad wygłosiła swój referat „w autobusie w drodze do Dachau”, to absolutnie poruszający i filmowy moment. Niestety odeszła od nas na zawsze w grudniu 2025. Pan Misza po raz kolejny wykazuje się wizjonerstwem – postulat, by nauczyciele byli przede wszystkim wychowawcami rozumiejącymi duszę dziecka, a nie tylko urzędnikami od dydaktyki, to jądro korczakowskiego przesłania.
* Użyty na końcu dokumentu skrót NRF oznacza Niemiecką Republikę Federalną – oficjalną i powszechną w okresie PRL nazwę dzisiejszej Republiki Federalnej Niemiec (RFN), czyli tzw. Niemiec Zachodnich przed zjednoczeniem kraju w 1990 roku. Sympozjum w Giessen w maju 1982 roku odbywało się właśnie na terytorium ówczesnego państwa zachodnioniemieckiego.
