Oto dokładna, słowo w słowo transkrypcja dziesiątego listu Janusza Korczaka do Pana Józka, przepisanego na maszynie przez mojego ojca, Pana Miszę, z uwzględnieniem naniesionych odręcznie poprawek i dopisków.
/ IV 38
Kochany Józku. Załączam list, napisany w grudniu, nie wysłałem go, bo sądziłem akurat /nazajutrz/, że będę mógł coś konkretnego napisać. Sprawa mojego wyjazdu do Palestyny jest b. prosta ... i b. zawiła. Bez pieniędzy i bez języka. Przyjechać nie mogę, uczyć się tu też nie mogę, a tam – rok w mieście – za co? – i to „za co?” plącze się i utrudnia czy odwleka sprawę. – Teraz do jesieni sam nie chciałbym, zresztą przyjąłem zobowiązania na lato. Bywa jednak, że bliższe zdaje się odległem i odwrotnie. Nie wiem, a czekać mając lat 60 – przykro. – Staram się nie tracić czasu. – Napisałem drugą książeczkę dla bibl. Palest. /„Ludzie są dobrzy” – otrzymaliście?/. Miałbym prawo pożyć już dla siebie, a kto wie, czy nie byłoby właśnie z większym pożytkiem i dla Was? / Kłamiący przez zatajenie tęsknoty za ojczyzną albo po rosyjsku „rodinoi”, miejscem urodzenia. To źle. Należy przyznać się i opisać proces wrastania w nową glebę, stać się to może tylko przez dziecko, – ono wiąże, – macie je, – więc? Palestyna trudniejsza jest niż kraje obojętne uczuciowo – Brazylia, Argentyna, bo złudzeń trzeba się pozbyć – to raz – i brzemię obowiązku i odpowiedzialności ciąży. W Brazylii tylko: czy dobrze zrobiłem?, a w Palestynie nadto: czy warto było? Tam co będzie ze mną; tu dodatkowo: co będzie z nami? – Tam, moich 20-30 lat życia, tu – naszych 2000 lat. – Jeżeli powiedzieć to głośno /i niezależnie/ – byłoby to rozgrzeszeniem: nie radzę sobie – nic dziwnego, nie: moja wina. – Mniejsze o zawiedzionych spekulantów, ale żal bezradnych, którzy nie wierzą już, że wierzą.
To nie tylko zagadnienie emigracji żydowskiej. – Spotkałem w Charbinie Polaka, który wstydził się, że już nie tęskni i nie tak kocha, wy wstydzicie się, że jeszcze tęsknicie.
Podobno w Technikum jest instruktorem stary Gilsohn – odnajdźcie go. Cudowny człowiek. Chciałem z nim ruszyć w góry, trzeba je poznać i wszystko co wielkie działo się na górach. Ararex, Synaj, góra Błogosławieństw, teraz – Scopus. – To nie frazes: Jeśliby Żydzi zapewnili oszalałemu w niewiedzy światu, że znajdą drogę, możnaby oddać
Arabom żyzne doliny i morze, karmiliby Żydów, jak karmili klasztory, zawiedzione, które źle zdały egzaminu.
Bywają chwile, gdy wierzę, że porozumiałem się z zwierzęciem i rośliną; chciałbym pogadać z kamieniami: mało i cicho mówią, ale nie kłamią – i z gwiazdami. – Rozumiecie dlaczego chcę pojechać do Palestyny i dlaczego nie mogę zasiąść bez sensu w kibucu? – Jakże rad byłem, gdy widziałem, że cementownia tylko z lekka zadrapała Karmel. – A o tem kiedyindziej może?
Uścisk dłoni
Korczak
Korczak
