Sunday, February 2, 2025

Dnia 22 lipca, ok. godziny 9-ej przed gmach rady żydowskiej zajechał szereg aut osobowych i 2 samochody ciężarowe z żołnierzami ukraińskimi - Tak się zaczęła Wielka Akcja w Warszawskim Getcie w 1942 roku.

Opis - Marceli Reich.


Dnia 22 lipca, ok. godziny 9-ej przed gmach rady żydowskiej zajechał szereg aut osobowych i 2 samochody ciężarowe z żołnierzami ukraińskimi.

Gmach Rady został natychmiast otoczony i wszystkie wejścia zamknięte.

Z aut wysiadło kilkunastu SS owców. Udali się na 1-sze piętro, do części gmachu, w której urzędował prezes gminy, Czerniakow.

.............

W 2 godziny pózniej częsc podyktowanego przez Höflego dokumentu została zgodnie z jego rozkazem podana do wiadomości ogółu w postaci plakatów ulicznych.

Gdy przedłożyłem tekst plakatu w tłumaczeniu na j
ęzyk polski Czerniakowi, zmienił on, po raz pierwszy w czasie swojego urzędowania, figurujący zazwyczaj na afiszach gminy podpis: "Przewodniczący Rady Żydowskiej" na "Rada Żydowska w Warszawie.




Wielka Akcja - Grossaktion – akcja eksterminacyjna przeprowadzona przez okupantów niemieckich w getcie warszawskim, trwająca od 22 lipca do 21 września 1942 roku.



Tak, można osiwieć czytając wiersz ROZMOWA Z DZIECKIEM - 1942 - Dziecko twarz ma liliową, matka włosy jak mleko, powiedz mi matko – pyta malec – co to znaczy: DALEKO... - co to znaczy: DAWNO...?



ROZMOWA Z DZIECKIEM
Władysław Szlengel


Dziewięćset czterdziesty drugi rok.

Matka i dziecko. Warsztat – blok...

Dziecko twarz ma liliową,

matka włosy jak mleko,

powiedz mi matko – pyta malec –

co to znaczy: DALEKO...

 

            Daleko to znaczy za górami,

            za lasami i za rzekami...

            Daleko to znaczy szyny,

            Daleko to morskie podróże,

            okręty i przestwór siny

            i góry w słońca purpurze...

Daleko to wyspy złote

i wonne wiatru podmuchy

to jakaś soczysta zieloność

i piasek miękki i suchy.

Lecz jak wytłumaczyć dziecku,

co znaczy: DALEKO...

 

Daleko – kochane dziecko

(a łza się chybocze na rzęsach)

daleko to z bloku naszego

aż do bloku Többensa...

 

A powiedz mi mamo kochana,

co to znaczy: DAWNO...

 

Dawno to wieczór miejski,

płonące lampy, neony...

to cichy spokój w mieszkaniu

i dobrze piec napalony...

Dawno – to ciastko z Ziemiańskiej,

dawniej – to obiad przy radiu

dawno – to rano "Nasz Przegląd",

i wieczór w kino Paladium.

Dawno – to miesiąc nad morzem,

dawno – to zdjęcia z wycieczki

i ślubne zdjęcie z welonem

i biały chlebek bez sieczki...

 

Lecz jak wytłumaczyć dziecku

tę przeszłość jasną i sławna,

gdy nic... nic przecież nie wie...

jak wytłumaczyć: DAWNO...

 

Widzisz, kochane dziecko

stare i smutne za młodu

dawno – to znaczy gdy dawno...

nie przydzielano nam miodu...

 

A powiedz mi mamo, powiedz,

co to, co słyszę nocą...

świst taki długi... daleki

co to tak świszcze i po co...

 

Jak wytłumaczyć dziecku

jaki wziąć przykład i motyw,

by wytłumaczyć nocny,

daleki świst lokomotyw...

Jak wytłumaczyć szyny

i długą drogę w bezkresy,

radość mknięcia w sleepingu

i oszalałe ekspresy.

Dworce, sygnały, zwrotnice,

nowe miasta, ulice,

bilety, przesiadki, bagaż,

kurier, bufet i tragarz.

Migot światełek nocą,

i dymów liliowy ślad.

Jak wytłumaczyć... i po co,

że gdzieś jeszcze w dali jest świat...

 

Ten świat znaczy – chłopcze maleńki

coś rączki żałośnie tak splótł,

że może być dalej niż Töbens - -

i jeszcze dalej niż miód - - -

 

 


W wierszu w zwrotce poniżej są opisane trzy miejsca w których bywał i Szlengel i Janusz Korczak.

Dawno – to ciastko z Ziemiańskiej,

dawniej – to obiad przy radiu

dawno – to rano "Nasz Przegląd",

i wieczór w kino Paladium.



Ziemiańska to przedwojenna kawiarnia z kilkoma filiami w Warszawie, pierwszy, najbardziej znany lokal mieścił się na ul. Mazowieckiej 12 obok księgarni Mortkowiczów.

Nasz Przegląd” — dziennik wydawany w latach 1923–1939 do którego pisał i Korczak i Szlengel

Palladium to kino przy ul. Złotej 7/9 w Warszawie. Naprzeciwko kina mieszkał do wybuchu wojny Janusz Korczak z siostrą.

Friday, January 31, 2025

Korczaks "Diary" and "New Sources" were kept together in the Ghetto and also in the walls of Nasz Dom Orphanage!

Bird view by Luftwaffe taken before Warsaw Uprise in August 1944 of the area around Sienna and Śliska Street at the top of the photo and Plac Grzybowski and Twarda Street at the lower part. Korczaks Orphanage was at number 16 Sienna and 9 Śliska (marked with white numbers). There was a ghetto wall at Wielka Str and thereafter a fence along Sienna Street. Dom Sierot - Orphans Home main entrance was at 16 Sienna Street, however, mostly the second entrance to the orphanage, from 9 Śliska Street, was used.

Janusz Korczak and Pan Misza at 92 Krochmalna. On August 5th, 1942, Pan Misza saved Korczak's "Diary", "New Sources" and Korczak's spectacles from the building of the Dom Sierot orphanage. In this unique photo, apart from the flower (Monstera deliciosa) and the laughing children, you can see Korczak on the left and my father, Mr. Misza (Wasserman Wróblewski), looking straight into the camera.

Pan Misza mentioned when and how he collected and transported Korczak documents from the Orphan Home located at 16 Sienna/Śliska 9 to the Large Ghetto. First, in the evening, he carried them in two suitcases to Felek Grzyb's place, at Ostrowska Street (Photo before WWII).

There is only one missing link about the way of Korczak's "Diary", "New Sources" and Korczak spectacles from the building of the Dom Sierot orphanage at 16 Sienna/Śliska 9 to the Our Home orphanage run by Maryna Falska.

The exact route of these documents from the Little Ghetto to the Large Ghetto was told and described early. What is not known is when they reached Our Home in Bielany, most probably at the end of August 1942.

Pan Misza mentioned when and how he collected and transported Korczak documents from the Orphan Home at 16 Sienna/Śliska 9 to the Large Ghetto. First, in the evening, he carried them in two suitcases to Felek Grzyb's place, at Ostrowska Street. There he repacked them into one suitcase. He moved with that suitcase to several locations before the suitcase was sent outside the ghetto to Bielany (to Igor Newerly's flat and later to 
Maryna Falska´s Nasz Dom.

In Nasz Dom, the "Diary", "New Sources" and Korczak spectacles were bricked in a brick wall in the attic of the building. Documents stayed there throughout the war. It is likely that Igor Newerly with the help of "Nasz Dom" employee Władysław Cichosz and Sieradzki, brought the manuscript to light after WWII ended. How and when exactly this procedure took place is not known. As far I remember, Igor Newerly, when a bursa student had his room in the attic also kept his conversation with Korczak on the terras, now roof, between the front and the back of the "airplane building".

It was for sure Pan Misza, Wasserman Wroblewski was the one who arranged to smuggle documents and Korczak´s spectacles from Large Ghetto to Our Home at Bielany because he was also active in the group of smugglers for a long time*. One of his duties in the group was telephone contact with the smugglers at the Aryan side of the ghetto wall. When the right group of Polish and Jewish policemen whom Pan Misza knew, was on duty, he called known places to inform the group that the passage to the ghetto was possible. There was a coffee shop close to one of the gates where Pan Misza used to sit and watch the gate guards. That coffee shop had a phone.

Pan Misza likely telephoned Maria Falska or someone from her staff to inform them about the coming treasure. I asked my father once about how the suitcase ended at Nasz Dom. He said: I had it at several locations, he called them kwatery (lodgings - places he slept at), and thereafter the suitcase was transported out.


Now it is known how the "New Sources" reappeared and how they also disappeared. The official version is the story from the 1980s, about an unexpected finding (read New Sources) handed over in 1988 to the Korczak Association in Israel who thereafter handed it over to the Polish Association. However, this collection of archival materials, so-called new sources, never left Warszawa.


* My father was numerous times outside the ghetto. He knew several ways to get out and in. Also, my mother and her sister Krystyna were outside the ghetto several times. On one occasion they went together to the parish of Saint Barbara and their church (Parafia Św. Barbary, kościół Św. Apostołów Piotra i Pawła) at 51 Nowogrodzka Street and received a copy of the church birth records of someone else which was the start of their new identities.

Władysław Szlengel:

 

Rzeczy

 

Z Hożej i Wspólnej, i Marszałkowskiej

jechały wozy... wozy żydowskie...

               meble, stoły i stołki,

               walizeczki, tobołki,

               kufry, skrzynki i buty,

               garnitury, portrety,

               pościel, garnki, dywany

               i draperie ze ściany.

Wiśniak, słoje, słoiki,

               szklanki, plater, czajniki,

               książki, cacka i wszystko

               jedzie z Hożej na Śliską.

               W palcie wódki butelka

               i kawałek serdelka.

               Na wozach, rikszach i furach

               jedzie zgraja ponura...

A ze Śliskiej na Niską

znów jechało to wszystko.

               Meble, stoły i stołki,

               walizeczki, tobołki.

               Pościel, garnki – psze panów,

               ale już bez dywanów.

               Po platerach ni znaku

               i już nie ma wiśniaków,

garniturów ni butów,

i słoików, portretów.

Już zostały na Śliskiej

drobnosteczki te wszystkie,

w palcie wódki butelka

i kawałek serdelka.

Na wozach, rikszach i furach

jedzie zgraja ponura.

Opuścili znów Niską

i do bloków szło wszystko.

               Nie ma mebli i stołków,

               garnków oraz tobołków.

               Zaginęły czajniki,

               książki, buty, słoiki.

               Poszły gdzieś do cholery

               garnitury, platery.

               Razem w rikszę tak wal to...

               Jest walizka i palto,

               jest herbaty butelka,

               jest ogryzek karmelka.

               Na piechotę, bez fury

               idzie orszak ponury...

Potem z bloków na Ostrowską

jedzie drogą żydowską

               bez tobołów, tobołków

               i bez mebli czy stołków,

               bez dywanów, czajników,

               bez platerów, słoików,

               w ręce z jedną walizką

               ciepły szalik... to wszystko,

               jeszcze wody butelka

               i chlebaczek na szelkach,

               depcząc rzeczy – stadami

               nocą szli ulicami.

A z Ostrowskiej do bloku

szli w dzień chmurny o zmroku –

               walizeczka i chlebak,

               więcej teraz nie trzeba –

               równo... równo piątkami

               marszem szli ulicami.

Noce chłodne, dni krótsze,

jutro... może pojutrze...

na gwizd, krzyk albo rozkaz

znowu droga żydowska...

                               ręce wolne i tylko

                               woda – z mocną pastylką...

               Od Umszlagu wzdłuż miasta,

               hen, aż do Marszałkowskiej,

w pustych domach narasta

życie, życie żydowskie.

W porzuconych mieszkaniach

narzucone tobołki,

garnitury i kołdry,

i talerze i stołki,

tlą się jeszcze ogniska,

leżą łyżki bezczynne,

tam rzucone w pośpiechu

fotografie rodzinne...

Książka jeszcze otwarta,

list z półzdaniem... „Niedobra”,

szklanka wciąż nie dopita

oraz karty z pół robra.

Wiatr przez okno porusza

rękaw zimnej koszuli,

leży kołdra wgnieciona,

jakby ktoś się w nią wtulił,

leżą rzeczy bezpańskie,

stoi martwe mieszkanie,

aż pokoje zaludnią

nowi ludzie: Arianie...

Zamkną okna otwarte,

zaczną życie beztroskie

i zaścielą te łóżka

i te kołdry żydowskie,

i koszulę upiorą,

książki włożą do półki,

szklankę kawy wyleją,

robra skończą do spółki.

Tylko w jakimś wagonie

pozostanie to tylko:

Nie dopita butelka

z jakąś mocną pastylką...

A w noc grozy, co przyjdzie

po dniach kul oraz mieczy,

wyjdą z kufrów i domów

wszystkie żydowskie rzeczy.

I wybiegną oknami,

będą szły ulicami,

aż się zejdą na szosach

nad czarnymi szynami.

Wszystkie stoły i stołki,

i walizki, tobołki,

garnitury, słoiki,

i platery, czajniki,

i odejdą, i zginą,

nikt nie zgadnie, co znaczy,

że tak rzeczy odeszły,

i nikt ich nie zobaczy.

Lecz na stole sędziowskim

(jeśli tertis victi...)

pozostanie pastylka

jako corpus delicti.


Monday, January 27, 2025

Number 56 from Janusz Korczak's Orphanage tells the story of "Two doctors at war".

This first doctor is apparently very nervous and shouts about anything. The second doctor is apparently bald and has a red mustache and a pointed beard. Izaak Eliasberg and Janusz Korczak in orphanage "Dom Sierot".


Number 56 from Janusz Korczak's Orphanage tells the story of "Two doctors at war".


March 28 1917: The older children keep talking about two doctors who are at war. One is the president of the society caring for the "Orphanage", the other is the director.
    This first doctor is apparently very nervous and shouts about anything. He can even shout at p. Stefa (no?), but he has a good heart, only he's so fast, impatient. He always looks at the girls' heads and most often orders them to cut their hair. Without mercy and without appeal!
    And I've just got a polka. You can even divide it with a parting and tie it with ribbons on both sides. They still stick out a little, but they're always similar to braids.
    The second doctor is apparently bald, has a red mustache and a pointed beard. When he likes someone, he calls them a "jerk" and a "dumbass" and pretends he doesn't care about the child. But everyone knows perfectly well that of the older ones he likes Regina best, and of the younger ones he likes Natka best.
    This doctor is apparently just as important, H mm, even more important than Ms. Stefa. Is it possible for someone to have more to say than Miss Stefa?

Mały Przegląd: pismo dzieci i młodzieży : tygodniowy dodatek bezpłatny do nr 279 "Naszego Przeglądu" R.10, nr 39 (4 października 1935)

https://polona.pl/item-view/c42da7e9-4cfe-4664-a4d0-d7e301956df1?page=2 

Sunday, January 26, 2025

Podologia czy Pedologia - Czy to był żart majora Goldszmita (Korczaka)?


Odpowiedź Korczaka na zapytanie jaka jest jego specjalność lekarska niezbędna przy nadawaniu przydziału w razie mobilizacji odpowiedział: pedologja.

Pedologja (pedologia) to nauka o dziecku. Sądzę jednak że pułkownik lekarz Kwaśniewski zarejestrował Goldszmita jako podologa, specjalistę od stóp. Takowych była większa potrzeba w okresie gdzie jednostki piechoty były najliczniejsze.


Inny dokument wojskowy stwierdza: Charakter prawy, wybitnie inteligentny...


https://wbh.wp.mil.pl/pdfviewer/?f=/c/scans/KGiO/I_480_836.pdf

Szlengel w Naszym Przeglądzie 1 kwietnia 1939 - Czytałem spokojnie brednie gazety Prima aprilis! — gniewać się?! — nietakt! A potym, potym spostrzegłem niestety że to... wczorajsza gazeta...

Nasz Przegląd 1 kwietnia 1939. Prima Aprilis -Władysław Szlengel

Prima Aprilis
Władysław Szlengel

Boki zrywać, panowie...
Uczta prawdziwa, panowie...
Spojrzałem, panowie mili
gdy gazeciarz pismo mi dawał
wiedziałem – prima aprilis
więc na kawale – kawał...
Z nagłówków chichotał nonsens –
ze szpalt szaleństwo drwiło –
i żartu dobry kąsek.
Więc nic mnie nie zdziwiło:
że Führer i Duce niszczeniem traktatów
chcą gwarantować pokój światu -
że Ofiara przychodzi prosić przemoc –
że Wolność swą ludzie oddają niemo –
że kraj swój obcym rzucają pod stopy
że znowu zmienia się mapa Europy –
że znowu się Żydom grunt gdzieś zapalił
że ledwie spoczęli, znów, trzeba dalej…
że przez twarde pigułki z Essen
ludzie w Niemczech nie mają zu essen...
że dał się bezczelnie wywieść w pole
stary i mądry lis z parasolem...
że wszystkie ludzkie umowy na nic,
że gniją, że płoną słupy granic…
-------------------------------------------------------
Czytałem spokojnie brednie gazety
Prima aprilis! — gniewać się?! — nietakt!
A potym, potym spostrzegłem niestety
że to... wczorajsza gazeta...

Obrachunek z Bogiem - Władysława Szlengela - Historia Odnalezionego Wiersza - Halina Birenbaum - 27.01.1985.

Władysław Szlengel

Historia Odnalezionego Wiersza

(Halina Birenbaum - z moich pamiętników: Każdy odzyskany dzień)

27.01.1985

Gdybym była wierząca, musiałabym powiedzieć chyba, iż jest w tym ręka Boża. Jednak w cuda wierzę, chociaż sprawiają je ludzie, a raczej dobro istniejące w nich w głębiach duszy, dobro, które na różne sposoby zostaje pobudzane poprzez rozmaite uczynki, pozytywne działania.

Władysław Szlengel, niezmiernie popularny poeta warszawski, napisał jeden ze swych krążących po osierociałym getcie, czekającym wiosną 1943 roku na ostateczną zagładę, wiersz Obrachunek z Bogiem. Czytało się wtedy te wiersze, podawane w odpisach z rąk do rąk, z niewypowiedzianą, głodną zachłannością, jak wchłania się soki ożywcze, żeby nie skonać. Widziało się w samym ich istnieniu, w chęci możliwości tworzenia w takich chwilach - siłę życia i jego nie ocenioną wartość. Poprzez wiersze poety o tak aktualnej, trafnie określonej treści czuło się niezbicie, że potęga życia ludzkiego silniejsza jest od śmierci, Niemców, Hitlera!

Część utworów Szlengla odnalazła się po wojnie pod gruzami getta warszawskiego wraz z archiwum historyka Emanuela Ringelbluma i została opublikowana w Warszawie w tomiku Co czytałem umarłym.

W wyjaśnieniach na końcu tej książki podano, że w notatkach Ringenbluma jest mowa o wierszu „Obrachunek z Bogiem", ale go nie odnaleziono. Istnieje tylko pewna strofka, która treść taką przypomina, ale może to również być część innego utworu poety. Szlengel, jak wiadomo, zginął w bunkrze* podczas powstania w getcie warszawskim i nawet wiek jego nie był dokładnie znany.

Po przeczytaniu „Co czytałem umarłym” napisałam i opublikowałam w „Nowinach Kurierze” artykuł: Słowo, które nie ginie nigdy, gdzie opisałam obszernie, w jakich okolicznościach zapoznałam się z wierszami Szlengla. W owej niewiadomej strofce natychmiast rozpoznałam „Obrachunek z Bogiem” i przytoczyłam kilka zdań utworu, które szczególnie wryły mi się w pamięć. Kilku czytelników natychmiast po opublikowaniu tego zwróciło się do mnie. Nawiązałam z nimi kontakt, a potem i przyjaźń, gdyż okazało się, że wiele mamy ze sobą wspólnego, co nas serdecznie łączy.

W zeszłym tygodniu, po upływie przeszło roku od tej publikacji otrzymałam list z Hajfy, od p. I. Szulmana, który doniósł mi, że po przeczytaniu mego artykułu w „Nowiny” przypomniał sobie, iż zaraz po wojnie znajomy wręczył mu otrzymany od kogoś z Warszawy odpis ręczny: Obrachunek z Bogiem. Dopiero teraz udało mu się wyszperać go w swych papierach i jeśli jestem jeszcze, chętnie mi prześle kopię…

Pan Szulman jest także warszawianinem, przeżył wojnę wraz żoną i córką w Rosji. Oczywiście natychmiast zatelefonowałam. Otrzymałam z jego rąk calutki wiersz! Miałam niespełna trzynaście lat, gdy w domu na Nowolipiu 30, w bloku Szulca przeczytano mi go po raz pierwszy, na krótko przed rozpoczęciem powstania w getcie. Przeżyłam, zapamiętałam tak nam wtedy bliską i wymowną treść. Jestem wdzięczna losowi za możliwość wzięcia przypadkowego udziału w jego odnalezieniu i wydaniu na światło dzienne, w czterdzieści dwa lata po jego napisaniu. Jednak w cuda wierzę. A więc istnieją cuda i dobrzy ludzie, dzięki którym dotarło jeszcze jedno Wołanie w nocy* Władysława Szlengla. A może Bóg zawstydził się i nie chcąc pozostawić „karty” poety – czystej, pomógł w tym odnalezieniu, aby na czystej karcie obrachunku dopisano jakiś czyn… Z odnalezionego obecnie wiersza dowiadujemy się, że poeta w chwili śmierci miał 32 lata.


8 maja i rozstrzelali Niemcy poetę Władysława Szlengela i wraz z nim wszystkich ukrywających się w bunkrze/schronie przy Świętojerskiej 36, 160 Żydów.
8 maja 1943 roku w bunkrze na Miłej 18 ginie komendant Powstania w Getcie Warszawskiem Mordechaj Anielewicz i z nim wielu bojowników ŻOB. 

Obrachunek z Bogiem

Władysław Szlengel

Może to był sen – (chociaż nie)
A może zamroczył mnie trunek
Siedzieliśmy razem Bóg i ja
I robiliśmy rachunek…

Bóg był starszym panem
O spojrzeniu pełnym łaski
Miał siwą długą brodę
I chodził bez opaski…

Kenkarty wprawdzie nie miał
Bo przybył prosto z raju
Lecz miał obywatelstwo
Podobno… – Urugwaju

Wyjąłem dużą księgę
A Pan Bóg Watermana
Otwarłem konto – wiara
I rzekłem… proszę pana

Mam lat trzydzieści dwa
Lat sytych albo biedy
Dotychczas Panie Boże
Otwarty miałem kredyt

Mówiono: módl się
Ja się modliłem
Mówiono: pość – –
pościłem…

Przez ciężkie postu dni
Bez kropli wody w ustach
Dla wielkiej chwały Twej
i urojonych ustaw

W męczących smugach świec
W tumulcie izb bóźniczych
Modliłem się byś mógł
uczynki moje zliczyć
Wmówiono mi „nie kradnij”
nie kradłem

Mówiono: nie jedz świniny…
(lubię) – nie jadłem
Mówiono: Bóg tak chce…
Mówiono: Boża Droga
Mówiono: nie cudzołóż…
Wstrzymałem się… dla Boga
Mówiono nie zabijaj! nie zabijałem
Nie miej Boga nade mną – nie miałem…

Są różne miłe święta
Są różne trudne święta
Po dziesięć razy na rok

Kazano mi pamiętać
Kazano siedzieć w kuczce
Pić gorzkie jadać macę…
Pokuty różne czynić
i zaniedbywać pracę

Rzemieniem ściskałem ręce
Ksiągi zżerałem nocą
i umartwiałem ciało
Przepraszam, pytam – po co?

Mówiłem: Bóg pomoże
Mówiłem: Bóg ocali
Wierzyłem: Pan Bóg ze mną
Mówiłem: i tak dalej…

Spójrz no, popatrz w księgę
Rzecz jasna, oczywista
Patrz! karta Twoich zasług
w stosunku do mnie – czysta…

Biją mnie w twarz
– Nie uciekam
Jak zwierz tropiony z nory w norę
Czekam… a Ty nic…

Głodno mi chłodno i tęskno
Droga wciąż dziksza, daleka
Pusto – wokoło, martwo
Nie płaczę… – czekam…

Na wiatr więc wyrzucone
Błagania posty lament
i sto tysięcy modlitw
i pół miliona „Amen”…

Co Ty mi dajesz dziś
Za wszystkie me uczynki
Ten blok…
Tę blaszkę… plac –
Te bony – czy Treblinki?

Czy jeszcze czekasz bym
Pojutrze jak testament
Pod pruski idąc gaz
Powiedział jeszcze „Amen”?

No mów coś, proszę mów –
Rachunek wyjm z ukrycia
Otwarte księgi – patrz! –
Wspólniku mego życia

Ten miły starszy pan,
z którym przy stole piłem
Ołówek wziął do ręki i rzekł…
i tu się przebudziłem

Czy to był zwykły sen? –
Czy też mnie zmorzył trunek? –
Lecz do dziś nie wiem jak
się skończył obrachunek

(Getto Warszawskie, 1943)


Co czytałem umarłym:

* Wołanie w nocy
Władysław Szlengel

Wiersze lipiec — wrzesień 1942

Wiersze te, napisane między jednym
A drugim Wstrząsem, w dniach konania
Największej w Europie Gminy Żydowskiej
Między końcem lipca a wrześniem 1942
Poświęcam ludziom, o których mogłem się
Oprzeć w godzinach zawiei i kompletnego chaosu.
Tym nielicznym, którzy umieli w wirze zdarzeń,
W tańcu przypadku śmierci i protekcyjek
Pamiętać, że nie tylko rodzina… nie tylko
Koligacje… Nie tylko pieniądze…
Ale należy ratować tych nielicznych ostatnich
Mohikanów, których całym kapitałem i jedyną
Bronią jest słowo.
Do tych, do których dotarło moje…
… WOŁANIE W NOCY…

** Bunkier był urządzony w piwnicach zburzonego jeszcze we wrześniu 1939 roku domu przy Świętojerskiej 36 a Szlengel z żoną mieszkali w pokoju w domu obok na Świętojerskiej 34. 

Bunkier Szymona Kaca w budynku zaznaczonym niebieską kropką. Szlengel z żoną mieszkali w pokoju w domu obok na Świętojerskiej 34, czerwona kropka.


Gazeta Zydowska 13 marca 1942



Inny wiersz Szlengla znaleziony w 1943 roku podczas Powstania w Getcie Warszawskim.

Historia wiersza pt. "Rzeczy" wg. Chochlika Kulturalnego na Face book. W 1943 r. redaktorzy czasopisma "Kultura Jutra" ogłosili konkurs na utwór o Warszawie. Jedno ze zgłoszeń było niezwykłe: ktoś podniósł kartkę, którą z konwoju prowadzonego przez płonące getto rzuciła młoda dziewczyna. Podniósł, przeczytał i zaniósł do redakcji. Konkursu nie mógł wygrać wiersz bez autora, ale z uwagi na sytuację wydrukowano go w czerwcowo-lipcowym numerze pisma, obok wierszy m.in. Tadeusza Gajcego i Jerzego Zagórskiego. Szlengel wówczas od wielu dni już nie żył. Dopiero po wojnie ustalono, że to był jego wiersz.


    Rzeczy
Z Hożej i Wspólnej, i Marszałkowskiej
jechały wozy… wozy żydowskie…
meble, stoły i stołki,
walizeczki, tobołki,
kufry, skrzynki i bety,
garnitury, portrety,
pościel, garnki, dywany
i draperie ze ściany.
Wiśniak, słoje, słoiki,
szklanki, plater, czajniki,
książki, cacka i wszystko
jedzie z Hożej na Śliską.
W palcie wódki butelka
i kawałek serdelka.
Na wozach, rikszach i furach
jedzie zgraja ponura…
A ze Śliskiej na Niską
znów jechało to wszystko.
Meble, stoły i stołki,
walizeczki, tobołki.
Pościel, garnki — psze panów,
ale już bez dywanów.
Po platerach ni znaku
i już nie ma wiśniaków,
garniturów ni betów,
i słoików, portretów.
Już zostały na Śliskiej
drobnosteczki te wszystkie,
w palcie wódki butelka
i kawałek serdelka.
Na wozach, rikszach i furach
jedzie zgraja ponura.
Opuścili znów Niską
i do bloków szło wszystko.
Nie ma mebli i stołków,
garnków oraz tobołków.
Zaginęły czajniki,
książki, bety, słoiki.
Poszły gdzieś do cholery
garnitury, platery.
Razem w rikszę tak wal to…
Jest walizka i palto,
jest herbaty butelka,
jest ogryzek karmelka.
Na piechotę, bez fury
idzie orszak ponury…
Potem z bloków na Ostrowską
jedzie drogą żydowską
bez tobołów, tobołków
i bez mebli czy stołków,
bez dywanów, czajników,
bez platerów, słoików,
w ręce z jedną walizką
ciepły szalik… to wszystko,
jeszcze wody butelka
i chlebaczek na szelkach,
depcząc rzeczy — stadami
nocą szli ulicami.
A z Ostrowskiej do bloku
szli w dzień chmurny o zmroku —
walizeczka i chlebak,
więcej teraz nie trzeba —
— równo… równo piątkami
marszem szli ulicami.
Noce chłodne, dni krótsze,
jutro… może pojutrze…
na gwizd, krzyk albo rozkaz
znowu droga żydowska…
ręce wolne i tylko
woda — z mocną pastylką…
Od Umszlagu wzdłuż miasta,
hen, aż do Marszałkowskiej,
w pustych domach narasta
życie, życie żydowskie.
W porzuconych mieszkaniach
narzucone tobołki,
garnitury i kołdry,
i talerze, i stołki,
tlą się jeszcze ogniska,
leżą łyżki bezczynne,
tam rzucone w pośpiechu
fotografie rodzinne…
Książka jeszcze otwarta,
list z półzdaniem… „Niedobra”,
szklanka wciąż nie dopita
oraz karty z pół robra.
Wiatr przez okno porusza
rękaw zimnej koszuli,
leży kołdra wgnieciona,
jakby ktoś się w nią wtulił,
leżą rzeczy bezpańskie,
stoi martwe mieszkanie,
aż pokoje zaludnią
nowi ludzie: Arianie…
Zamkną okna otwarte,
zaczną życie beztroskie
i zaścielą te łóżka
i te kołdry żydowskie,
i koszulę upiorą,
książki włożą do półki,
szklankę kawy wyleją,
robra skończą do spółki.
Tylko w jakimś wagonie
pozostanie to tylko:
Nie dopita butelka
z jakąś mocną pastylką…
A w noc grozy, co przyjdzie
po dniach kul oraz mieczy,
wyjdą z kufrów i domów
wszystkie żydowskie rzeczy.
I wybiegną oknami,
będą szły ulicami,
aż się zejdą na szosach
nad czarnymi szynami.
Wszystkie stoły i stołki,
i walizki, tobołki,
garnitury, słoiki,
i platery, czajniki,
i odejdą, i zginą,
nikt nie zgadnie, co znaczy,
że tak rzeczy odeszły,
i nikt ich nie zobaczy.
Lecz na stole sędziowskim
(jeśli VERITAS VICTI… )
pozostanie pastylka
jako CORPUS DELICTI."