Saturday, November 22, 2014

Gotte - Godfried M. Roomans - vän

Godried Roomans två doktoravhandlingar.

Wenner-Grens Institut. Norrtullsgatan 16. Huvudentré. Bakom syns i snöyran Matteusskolan. Här träffade jag Gotte för första gången.


Godfried M. Roomans till höger och vår gemensamma handledare Björn A. Afzelius i mitten. Stockholms Stadshus 1980 eller 1981.

Ett ljus jag tände hemma i Stockholm då jag fick beskedet om Gottes bortgång

Det är svårt att mista plötsligt en riktig vän. Jag  blev faktiskt lite arg att han lämnade mig så här. Fast det är svårt att vara arg på Gotte.

Den översta bilden visar två doktorsavhandlingar. Den ena från december 1978 från Holland och den andra från försommaren 1980 som Gotte försvarade i Stockholm.
Två doktorsavhandlingar med helt olika innehåll som han försvarade inom 18 månader. Jag tog bilden på avhandlingarna inte bara att visa Gottes kapacitet men också visa hans sätt att hantera problem. Stockholms Universitet började göra små problem med att godkänna hans avhandling och då tyckte Gotte att det är lättare att forska vidare, publicera nya upptäckter och slutligen försvara "en äkta svensk avhandling"!

Det speciella med Gotte var hans förhållande till studenter och vice versa. Alla studenter avgudade honom. Inte bara de under grundutbildningen men även alla doktorander.

Hans doktorander är en hel och lång berättelse. Det gäller inte bara antalet. Det handlar även om all annan hjälp. Gotte sökte åt de bostäder och även arbete för deras make eller maka. De som hade brister i svenska och engelska fick gå språkkurser. Han hade alltid tid för de. Både för vetenskapliga diskussioner och mindre vetenskapliga ämnen.


Gotte har somnat in



En riktig "Bäver" på Djurgården - Beaver in Baltic






För mig var det en överraskning att se att bävern förekommer i saltvatten.
Ovanligt, men inte helt unikt. Fler bävrar sägs ha flyttat ut till Stockholms skärgård.
De behöver egentligen sötvatten för att dricka och hålla pälsen ren. Stora Värtans vatten tycks vara OK.

Friday, November 21, 2014

Blizna Janusza Korczaka - albo "blizna na głowie nie boli, ale i w duszy jest blizna od tego kamienia. I ta blizna duszy boli"!



Nikt z nim nie chciał siedzieć na jednej ławce. Więc kiedy nie chcieli, to nie usiedli, i koniec.
Ale Jasiek cichy, Jasiek – kiedy nawet nie chce, a ktoś każe – posłucha, tylko mu przykro.
Na trzeciego nie wpuszczą przecie, zresztą nie wolno nawet, choćby i puścili. Nie było już innego miejsca. Co miał robić? Usiadł.
Nie płacze, bo wie, że śmiać się będą. Na podwórku też nie pożałują, kiedy ktoś zapłacze. „Mazgaj-beksa” – powiedzą.
Dorośli często śmieją się z łez dzieci, więc się chyba od nich nauczyli. I kto może, wstrzymuje się, żeby nie widzieli.
Pierwszy dzień szkoły.
Siedzi Jasiek, odsunął się na sam brzeżuszek ławki, ale co spojrzy, zaraz sobie przypomni. I już musi się pilnować. Aby tylko dziś przetrzymać. Bo jak pójdzie do domu, powie mamie: „Co robić, żeby z nim razem nie siedzieć?”.
Ano, słucha Jasiek, jak uczniowie powinni się uczyć pilnie, zeszytów nie gnieść, myć zęby szczoteczką i nie przeszkadzać na lekcji.
Niby słucha, a nosem pociąga.
A nauczycielka nie zna jeszcze chłopaków, więc mówi:
– Chodź no tu, ty z ostatniej ławki. Jak się nazywasz? Dlaczego płaczesz?
Odwrócili się wszyscy i patrzą. Ale mówią:
– Bo on, proszę pani, nie chce z Żydem siedzieć.
– Bo po co tu Żyd przyszedł?
Nawet z ławek powychodzili, żeby lepiej widzieć, i dopiero:
– Żydziak, rabin, Mosiek!


Nauczycielka wstała. Przycichli trochę, bo nie wiedzą, czy wolno. Ale znowu:
– Cebulą śmierdzi. Do bóżnicy, do chederu, na szabas! Idź do swoich Mośków! Nie chcemy!
Nauczycielka stoi i czeka, a chłopcy ciekawi, co powie. Ale nic pani nie mówi, tylko szpilkę z włosów wyjęła i odgarnęła włosy. A ładne ma pani włosy – długie, jasne, starannie uczesane.
Co to będzie?
Cisza.
– No cóż – pyta się pani – już skończyliście?
– Cośmy mieli skończyć? – mówi ten, co kamieniami rzucał na podwórku –  Sprawimy Żydowi grzanie, to sobie pójdzie.
– Nie pójdzie – mówi pani – Choćbyście go co dzień bili, on musi tu zostać, bo tak każe prawo. A teraz uspokójcie się: opowiem wam historię tej oto blizny. Wiecie, co to jest blizna?
Pani się pochyliła i pokazała między włosami puste miejsce – taką szramę. Przedtem wcale nie było widać.
– Widzicie?
– To od kamienia.
– Albo panią koń kopnął.
– Nie koń, a ludzie. Mali ludzie, nierozumni, złośliwi.
Spięła pani włosy po dawnemu i patrzy nie na klasę, a jakoś wysoko, jakby na obraz.
– Byłam wtedy dzieckiem, taka jak wy teraz. Mama moja mieszkała w miasteczku. Polaków tam było mało, tylko Niemcy. Ojciec mój umarł. Byłyśmy tylko dwie: mama i ja. A ta część Polski należała do Niemców. I u Niemców też wtedy było takie prawo, że dzieci muszą chodzić do szkoły. Więc mama zapisała mnie – bo jak nie, to by karę zapłaciła albo do więzienia poszła. Ja wtedy mało jeszcze rozumiałam. Kiedy pierwszy raz miałam iść do tej niemieckiej szkoły, mama pocałowała mnie i zaczęła płakać. I powiedziała: „Biedne maleństwo”. A ja się zdziwiłam, bo cieszyłam się, że będę już uczennicą. Czego mama się boi i żałuje?
No i cóż? Przestałam się dziwić. Domyślacie się pewnie?…
Kiedyście teraz krzyczeli na chłopca za to, że jest Żydem, przypomniałam sobie mój smutny pierwszy dzień w szkole. I przypomniałam sobie, że kiedy mama zobaczyła, powiedziała: „Bóg ich skarze za to”. Ich – Niemców.
– No, dosyć, dzieci. To było dawno. Przeszło już. Nieprzyjemnie wspominać.
Pani nie chciała dalej opowiadać, ale zaczęli prosić:
– Niech pani opowie, jak to było.
– Jak było? Nikt ze mną nie chciał usiąść na ławce. Mówili: „Polska świnia. Przeklęta Polaczka. Twój ojciec pijak”. A mój ojciec nigdy wódki nie pił. Nawet piwa nie pił. Ja mało rozumiałam wtedy po niemiecku. Więc nie wiem, co mówili. Ale taka była w nich złość, taka nienawiść. Tylko czworo mi nie dokuczało: trzej chłopcy i jedna dziewczynka. Ona się Erna nazywała. Prosiłam ją potem, żeby mnie nie broniła, żeby udawała, że też mnie nie lubi. No i ją zaczęli prześladować. Pytali się, ile jej zapłaciłam za to, że mnie broni. Źle, strasznie źle było mi w tej niemieckiej szkole.
Dzwonek przerwał opowiadanie.
Szkoda.
I teraz po dzwonku, i później wiele razy prosili, żeby pani opowiedziała, kto i jak kamieniem rzucił. Ale pani się uparła, że nie chce.
– To było dawno. Nieprzyjemnie wspominać. Nie warto. Cóż: kamień, wiadomo – twardy, bolało, zgoiło się. Nie zrozumiecie i tak, dzieci: blizna na głowie nie boli, ale i w duszy jest blizna od tego kamienia. I ta blizna duszy boli. Nie dokuczajcie, dzieci, ani jemu, ani nikomu. Brońcie honoru szkoły polskiej. Żeby nikt ze szkoły polskiej nie wyniósł w świat, w życie, takich jak moja blizn: na głowie i w duszy.
Janusz Korczak
___________________________________
Powyższy tekst Janusza Korczaka ukazał się pierwotnie w przeznaczonym dla dzieci i wychowawców dwutygodniku W słońcu (nr 8 i 9, 1926), którego Autor był stałym współpracownikiem.  "W słońcu" publikuje Korczak m.in. fragmenty gazetki tygodniowej Domu Sierot i felietony polityczne dla dzieci.

Thursday, November 20, 2014

Janusza Korczaka Różyczka przed i po 1927 r. czyli Święto sadzenia drzewek (owocowych)!

Icchak Cukierman (Antek), późniejszy współpracownik i zastępca komendanta Żydowskiej Organizacji Bojowej Anielewicza, brał udział w sadzeniu drzewek. Był wychowankiem Domu Sierot.



Różyczka przed i po 1927 roku czyli Święto sadzenia drzewek

W Warszawie istnieje Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”. Posiada dom na Krochmalnej i kolonie w Gocławku obok Wawra. Towarzystwo poprosiło pana prezydenta m. Warszawy o robotników i rośliny, żeby założyć na letnisku park. Pan prezydent się zgodził; robotnicy porobili boiska, trawniki i aleje, ale trzeba było urządzić uroczysty dzień, kiedy się zasadzi pierwsze drzewka, i to się nazywa święto sadzenia.

Dorośli pojechali samochodami o godzinie 12, a my o 10 i pół tramwaikiem – na skromno. Kiedy wyjechali dorośli, było już ładnie, a kiedy my, dzieciaki, lał deszcz. Pojechała dwudziestka – arystokracja z samorządu. Wsiedliśmy do tramwaju wszyscy, oprócz Felki, którą ochlapała dorożka, więc zagapiła się i potem nas dogoniła. Gdyśmy przybyli, zobaczyliśmy, że willa ładnie przystrojona zielenią i widniał napis: „Witamy!” (zmajstrowany przez naczelnego rysownika, grafika i kaligrafa Czesława. Przyjechało dużo samochodów z członkami zarządu i gośćmi, a potem pan prezydent miasta w eleganckim samochodzie. Pan prezes oprowadzał gości po kolonii, a pan prezydent patrzał na zegarek. Potem odbyły się różne przemowy, błogosławieństwa i życzenia. Pan prezes i pan wiceprezes mówili, że dziękują – pan prezydent mówił, że nie ma za co. Z boku stał prawdziwy reporter i fotograf. Reporter zawzięcie notował, a fotograf przez cały czas majstrował przy aparacie i skakał w różne strony, chcąc złapać najważniejsze osoby. Kiedy myśmy się raz dobrze z Herszkiem wtrynili, jedna pani dała nam boksa i powiedziała: „Stójcie spokojnie”.


Pan prezydent miasta – pierwszy zasadził drzewko, potem pan dyrektor ogrodów warszawskich, następnie zarząd i pozostali goście. Potem zasiedli do śniadania, a kiedy sobie podjedli i szczęśliwie odjechali, przyszła kolej na nas. Usiadłem przy Herszku i spojrzałem na stół zastawiony przysmakami. Herszek usiadł naprzeciw tortu, po prawej ręce mieliśmy pudło z ciastkami, a po lewej – rzodkiewki. Pogładziłem brzuszek i zabrałem się do roboty. Herszek naśladując Patachona włożył w zanadrze 2 kostki cukru. Pani prezesowa naganiała nas do jedzenia, a my okazaliśmy się bardzo uprzejmi i posłuszni. W ciągu 5 minut znikły bezpowrotnie śledziki, rogaliki, bułeczki, ser, jaja i śmietana. Po śniadaniu zaczęliśmy sadzić. Znamy tę robotę, bo w lecie pan Koszur kazał nam wykopywać pnie i zeschłe drzewa; zresztą pomagamy przy żniwach od lat paru.

Chłopcy udawali zawodowych kopaczy, a Sura delikatnie dziobała ziemię, jak łyżeczką w filiżance kakao. Co który nasypał kilka łopat, panowie mówili: „Dosyć, dosyć”, i odbierali łopaty. Widząc, że to nie prawdziwa robota, a tylko bujanie, zniechęciliśmy się prędko. W powrotnej drodze w tramwaju było strasznie ciasno, a jeden pan krzyknął: „Fabryka szwajcarskich serów”.

Reporter Maksio [Majer Kulawski]
„Mały Przegląd” 1927, numer z 13 maja


„Różyczka” była też przedsiębiorstwem rolnym – była tu m.in. ferma drobiu i inspekty warzywne, hodowano kilka krów, w 1924 r. zasadzono 250 drzewek owocowych.

Mały Przegląd - pierwsze czasopismo prowadzone przez dzieci

Dziewiątego października 1926 Janusz Korczak opracował pierwszy numer Małego Przeglądu (1926-1939), który redagował przez kolejne 4 lata (1926-1930). 

Po roku 1930 redakcją kierował Igor Newerly. Biura gazety mieściły się w Warszawie, przy ulicy Nowolipki 7. 
Pismo było tygodniowym dodatkiem do czasopisma Nasz Przegląd i było unikalnym periodykiem pisanym przez dzieci i młodzież. 

Monday, November 17, 2014

Janusz Korczaks barn i en färgfotografi

Szmulek, Szloyme, Paulina,  Edzia och tredje pojkens namn, Zygmus?


Fem ungdomar från Janusz Korczak s barnhem i Warszawa.
Fotograferat söndagen den 13 maj 1934 i Gocławek där barn från barnhemmet Dom Sierot hade sitt sommarläger.


Zygmus, Paulina, Edzia, Szmulek, Szloyme, ....

Sunday, November 16, 2014

Today, Jim bao Today statistics for years 2012 and 2014

Today, Jim bao statistics

SUNDAY, NOVEMBER 11, 2012

Number One is Dr. Janusz Korczak jako narzędzie with 2001 hits. 
It was published on MONDAY, JUNE 27, 2011
Total number of hits 40 000 +

SUNDAY, NOVEMBER 16, 2014

Number One is Dr. Janusz Korczak jako narzędzie with 2001 hits. 
It was published on MONDAY, JUNE 27, 2405
Total number of hits 111 000 +

Korczak 5 - colored photograph



I actually almost every day roam on the streets of Warsaw, old Warsaw.
.
Sometimes I am crossing the Vistula river and run through the fields of Marysin Wawerski.

In Marysin Wawerski or Czaplowizna, there were summer colonies for children from the Korczak Orphanage, until the 1940s.

This image, children of Korczak's "Orphans Home" is the only known colored or dyed photograph associated with Korczak and the orphanage!
.
In my directory is is called Korczak 5.