Wednesday, August 19, 2026

Nasz Dom Maryny Rogowskiej-Falskiej, Marii Podwysockiej oraz Janusza Korczaka.


Nasz Dom – pierwotnie otwarty w Pruszkowie w listopadzie 1919 roku jako zakład wychowawczy dla sierot po robotnikach i żołnierzach – był instytucją rewolucyjną. Nie powstałby jednak, gdyby nie genialne, potężne i idealnie uzupełniające się przymierze trzech wybitnych postaci: Maryny Rogowskiej-Falskiej, Marii Podwysockiej oraz Janusza Korczaka. Na fotografii z podwórka zakładu w Pruszkowie, od prawej: Podwysocka, Falska i Korczak.

Nasz Dom – pierwotnie otwarty w Pruszkowie w listopadzie 1919 roku jako zakład wychowawczy dla sierot po robotnikach i żołnierzach – był instytucją rewolucyjną. Nie powstałby jednak, gdyby nie genialne, potężne i idealnie uzupełniające się przymierze trzech wybitnych postaci: Maryny Rogowskiej-Falskiej, Marii Podwysockiej oraz Janusza Korczaka.

Choć cała trójka dzieliła wspólną, radykalną na owe czasy wizję stworzenia „dziecięcej republiki”, ich role – zarówno w codziennym zarządzaniu pruszkowskim zakładem, jak i w strukturach polityczno-organizacyjnych Towarzystwa „Nasz Dom” – były skrajnie różne i precyzyjnie podzielone.
Oto szczegółowa rekonstrukcja ich ról i zasług:
1. Maryna Rogowska-Falska – Niezłomna Dyrektorka i Serce Organizacji
Maryna Falska była centralną postacią, która spajała całe przedsięwzięcie. Miała za sobą przeszłość rewolucyjną (działalność w PPS), co ukształtowało jej żelazny charakter, zmysł organizacyjny oraz głębokie poczucie sprawiedliwości społecznej.
  • W zakładzie w Pruszkowie: Falska była kierowniczką i dyrektorką operacyjną. Mieszkała z dziećmi, zarządzała kadrą wychowawczą i codzienną logistyką w trudnych, powojennych realiach kryzysu gospodarczego. To ona z rygorystyczną, wręcz ascetyczną konsekwencją wdrażała w pruszkowskich murach system samorządności, dyżurów i odpowiedzialności. Była dla dzieci autorytetem ostatecznym – wymagającym, ale gwarantującym absolutne bezpieczeństwo.
  • W Towarzystwie „Nasz Dom”: Falska była głównym pomostem polityczno-społecznym. Dzięki swoim przedwojennym znajomościom w kręgach lewicy niepodległościowej (w tym z samym Józefem Piłsudskim i jego żoną Aleksandrą) potrafiła wydeptać ścieżki w ministerstwach i u władz Warszawy. To jej upór i polityczna zręczność doprowadziły w 1921 roku do sformalizowania i zarejestrowania Towarzystwa „Nasz Dom”, które przejęło finansowanie placówki, a w latach 20. umożliwiło zebranie gigantycznych funduszy na budowę bielańskiego gmachu.
2. Maria Podwysockia – Finansowy Geniusz i Strażniczka Przetrwania
Maria Podwysocka to postać, która w powszechnej historii Korczaka często niesprawiedliwie niknie w cieniu, a była dla Pruszkowa postacią absolutnie fundamentalną. Bez niej „Nasz Dom” zbankrutowałby w ciągu pierwszych miesięcy działalności.
  • W zakładzie w Pruszkowie: Podwysocka była filarem gospodarczym i logistycznym. W latach 1919–1923, w okresie szalejącej hiperinflacji, głodu i tyfusu, to ona odpowiadała za aprowizację – zdobywanie jedzenia, opału, ubrań i leków dla dziesiątek dzieci. Cechowała ją niesłychana pragmatyczność i twarde stąpanie po ziemi, co stanowiło idealną przeciwwagę dla idealizmu Falskiej i Korczaka.
  • W Towarzystwie „Nasz Dom”: Podwysocka była skarbniczką i administratorką. Prowadziła bezbłędną, transparentną buchalterię Towarzystwa. To ona przekonywała związki zawodowe (zwłaszcza robotników kolejowych i tramwajarzy), aby opodatkowały się na rzecz „Naszego Domu”. Dzięki jej rzetelności finansowej robotnicy co miesiąc oddawali drobny procent swoich pensji, wiedząc, że Podwysocka rozliczy każdą groszową darowiznę na chleb dla ich osieroconych dzieci.
3. Janusz Korczak – Teoretyk Medycyny, Mentor i Ideolog
Janusz Korczak (Henryk Goldszmit) wszedł do Pruszkowa jako ukształtowany już pedagog, dyrektor Domu Sierot przy Krochmalnej i lekarz z ogromnym doświadczeniem frontowym z I wojny światowej.
  • W zakładzie w Pruszkowie: Korczak pełnił rolę lekarza zakładowego oraz głównego doradcy pedagogicznego. Odwiedzał Pruszków regularnie (kilka razy w tygodniu), doglądając zdrowia dzieci i nadzorując stan sanitarny placówki. Przede wszystkim jednak był mentorem dla młodej kadry wychowawców. Pomagał Falskiej w kalibrowaniu Sądu Koleżeńskiego, Rady i systemów plebiscytowych wg. systemu istniejącego już w Domu Sierot na Krochmalnej. W pruszkowskich pokojach uczył wychowawców, jak patrzeć na dziecko bez uprzedzeń, jak analizować jego zachowanie i jak unikać karania na rzecz zrozumienia.
  • W Towarzystwie „Nasz Dom”: Korczak był ideologicznym i wizerunkowym magnesem. Jego nazwisko przyciągało darczyńców, inteligencję i uwagę mediów. Swoimi pismami i autorytetem legitymizował nowatorski program Towarzystwa. Co niezwykle ważne, to właśnie Korczak ukształtował Bursę przy Naszym Domu – rzucając pomost między Towarzystwem a uniwersytetami (w tym PIPS i Wolną Wszechnicą Polską), dzięki czemu placówka zyskała stały dopływ świetnie wykształconych, młodych kadr wychowawczych.
Podsumowanie przymierza
Pruszkowski „Nasz Dom” był idealnym mechanizmem, ponieważ trójka jego twórców nie wchodziła sobie w paradę: Korczak dawał geniusz pedagogiczny i medyczny, Falska – wizjonerskie kierownictwo i polityczne osłonięcie, a Podwysocka – twardą, rzetelną ekonomię i jedzenie. Dopiero to potężne, zgrane trio pozwoliło przetrwać najtrudniejsze lata i stworzyć fundament pod późniejszą, bielańską legendę.
Maria Podwysocka nie była tylko „cichą stronniczką” w strukturach Towarzystwa – ona na znak protestu i pełnej solidarności z Januszem Korczakiem opuściła „Nasz Dom” razem z nim w 1935 roku.
To był potężny wstrząs dla całej instytucji. Odejście Podwysockiej oznaczało, że w tym samym momencie bielański gmach stracił nie tylko swojego lekarza i ideologa, ale także genialną administratorkę, która od 1919 roku pilnowała każdego grosza i gwarantowała ekonomiczny byt placówki.
Wspólne wyjście w 1935 roku – Akt solidarności
Gdy w 1935 roku Maryna Falska zdecydowała o likwidacji dotychczasowej bursy i ostatecznie odsunęła Korczaka, zastępując go dr Janiną Dybowską, Maria Podwysocka uznała, że nowa, upolityczniona i nastawiona na zewnętrzną dzielnicę formuła Naszego Domu jest zaprzeczeniem ich wspólnego dzieła.
  • Lojalność ważniejsza niż mury: Podwysocka nie wyobrażała sobie prowadzenia finansów i administracji „Naszego Domu” bez obecności Starego Doktora. Jej decyzja o odejściu była jasnym, demonstracyjnym sprzeciwem wobec autorytarnych posunięć Falskiej.
  • Koniec triumwiratu: W tym jednym, 1935 roku, pruszkowskie przymierze przestało istnieć. Na Bielanach została sama Maryna Falska z nowym personelem, a Korczak i Podwysocka odeszli, skupiając swoje siły z powrotem wokół Domu Sierot na Krochmalnej.
To wspólne odejście najlepiej dowodzi, jak silna i prawdziwa była więź między Podwysocką a Korczakiem – więź oparta na wzajemnym szacunku dla swojej pracy, która przetrwała nawet najtrudniejszą próbę ideologiczną.

A Bear Market on Korczaks. The Salon's Verdict on the Doctor’s "False Step"

Café - confectionery "Ziemiańska" a.k.a. "Mała Ziemiańska" (the name coined after the term ziemianin, meaning member of the landed gentry) at nr 12 Mazowiecka Street, Warsaw. The cafe was established in 1918 and owned by Karol Wilhelm Albrecht (1884 - 1945).




A Bear Market on Korczaks. The Salon's Verdict on the Doctor’s "False Step"

I recently wrote on the blog about the title page of Pedagogika żartobliwa (Playful Pedagogy) from 1939—the last book by Janusz Korczak published before the outbreak of the apocalypse. It was there, published by the famous Mortkowicz publishing house, that the first official, printed fusion of two great identities took place in the eyes of the mass audience: the title page merged the name "Janusz Korczak" with his radio pseudonym "Stary Doktór" (The Old Doctor). This was an act of immense courage on the part of the publisher and a blatant bypass of Polish Radio's censorship. In the stifling atmosphere of the late 1930s, the radio management panicked about protecting the Doctor's anonymity so as not to provoke antisemitic campaigns by the nationalist press.
It might seem that this political problem surrounding the identity of Henryk Goldszmit escalated gradually and only exploded in the mid-1930s. Nothing could be further from the truth. While browsing through archival issues of Nasz Przegląd from March 1927, I came across a text that brutally proves that the high-society salons passed judgment on the Doctor’s "career" much earlier.
In a column titled Letter to the Academy of "Nasz Przegląd" dated March 9, 1927, Korczak—with his characteristic, brilliant irony and black humor—settles scores with the Warsaw intellectual establishment. Just six months earlier, in October 1926, his beloved Mały Przegląd (The Little Review) had launched—a newspaper written entirely from children's letters, published as a Friday supplement to the powerful, Polish-language Jewish-Zionist daily Nasz Przegląd. For the assimilated, liberal elite gathered around the tables of the "Mała Ziemiańska" café on Mazowiecka Street and the editorial office of Wiadomości Literackie, Korczak’s decision was a shock and the crossing of an invisible boundary. It was believed that a self-respecting Polish writer should not associate with a blatantly national-Jewish press organ.
The Doctor dismisses the salon's reaction mercilessly: “When they found out on the stock exchange that I was going to write for 'Nasz Przegląd', a terrible bear market—a real 'bessa'—hit the Korczaks. 'Ziemiańska' shook—'Wiadomości Literackie' did too. The main shareholder of my violet and blue-sky-thinking plantations told me that this was recklessness and a false step. They said it could sprain my literary career.” Korczak’s response to these café rumors and social ostracism is a manifesto of freedom: his literary career—as he writes—was "hopelessly and irrevocably sprained 25 years ago," when instead of high-society honors, he chose social medicine and work in orphanages. And he gets by just fine.
The 1927 text pulses with Warsaw humor, mocking bureaucratic absurdities and the paranoia of charity committees, but its finale strikes a dark, realistic chord. Korczak cites the contents of extortion and threatening letters he had begun to receive from anonymous "Avengers," threatening a "fiasco for me, and perhaps for all Jews" if he did not leave a ransom under the cover of night in the Saxon Garden. Instead of fear, however, a pre-war, defiant pride awakens in the Doctor. He ends his letter with the words: “I am running to town to try to get the money. On the way, I will buy a Browning.”
This forgotten piece of journalism from 1927 is the missing link in Korczak’s biography. It shows in black and white that long before the brutal 1930s arrived and Polish Radio subjected the Old Doctor to censorship, he knew exactly what he was getting into. By choosing Mały Przegląd and standing by the Jewish child, he consciously broke with the conformity of the elites. And to any attempt at social or national blackmail, he knew how to respond with his visor up—and a metaphorical Browning in his hand.

Key to the Text - A Guide to the Realities of 1927
To fully understand the hidden meaning of Korczak’s words, we must reconstruct the social, chronological, and political map of Warsaw at the time. Here are the most critical themes the Doctor addresses in his letter, featuring an expanded analysis of his quotes:
1. The Chronology of Success and Salon Hypocrisy
It is crucial to note an important historical detail: Mały Przegląd launched in October 1926 as a Friday supplement to the Zionist Nasz Przegląd. Korczak’s association with this press organ was therefore common knowledge for six months. Why did the elite from "Ziemiańska" and Wiadomości Literackie only declare a "bear market on Korczaks" in March 1927?
During the first few months, the salon dismissed the paper, treating it as "just another harmless eccentricity of the Doctor." It was only when Mały Przegląd achieved a monumental, mass social success and thousands of letters from children flooded the editorial office that the elites realized Korczak had gained a massive, completely independent platform. Inviting him to the official academy of the main newspaper edition was a signal to the establishment that the Doctor had permanently entered a "grown-up," highly influential press concern of the Jewish minority. The salon's reaction was not a defense of values, but a delayed fear of the success of his independent format.
2. The "Ziemiańska" Café and High-Society Ostracism
“'Ziemiańska' shook—'Wiadomości Literackie' did too.”
The "Mała Ziemiańska" café on Mazowiecka Street was the absolute center of the Polish literary world—it was there that the Skamander poets (Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz) held court. Meanwhile, the weekly Wiadomości Literackie dictated intellectual trends. For this elite, an assimilated Jew writing in Polish was expected to adhere strictly to universal Polish culture. Korczak’s entry into permanent collaboration with the Zionist and openly national Nasz Przegląd was treated as a betrayal of assimilationist ideals and a "false step." Korczak responds proudly: his literary career was sprained 25 years ago when he turned his back on elite salons to work with defenseless children from the lowest rungs of society.
3. The Reality of a Researcher: Warsaw vs. the West
“If abroad a man writes a paper on mosquitoes, they give him books, a laboratory, assistants... In Warsaw, it is different.”
The Doctor contrasts the ethos of scientific work abroad with the chaos of the Second Polish Republic with immense, painful bitterness. In the West, a researcher is given peace, a laboratory, and assistants. In Warsaw, a pedagogue dealing with children is constantly pulled apart by offices, public committees, and demands for free lectures on unrelated topics like "fallen women" or speeches at the graves of zoologists. Korczak defends his free time as his greatest capital and refuses to participate in hollow, formal academies in favor of real, hands-on editorial work.
4. Bureaucratic Paranoia, or "The Case from Konin"
“In the police station, you find out that a report was drawn up in Konin for dirtying a courtyard, and arrest warrants have been chasing you for half a year.”
The mention of arrest warrants from the distant town of Konin for a petty sanitary infraction is a brilliant mockery of the inefficiency and paranoia of the young Polish state apparatus. Officials are capable of tracking a universally known physician and author in the capital with arrest warrants for a blemish in a town where he likely never set foot. This highlights the tremendous, healthy distance Korczak maintained from the machinery of state bureaucracy.
5. Grotesque Antisemitism and the "Browning"
“...if by tomorrow I do not place 5,000 zlotys between the legs of a statue* in the Saxon Garden, it will be a disaster for me, and perhaps for all Jews. Signed: The Avengers...”
The final blackmail by "The Avengers" demanding 5,000 zlotys in the Saxon Garden and threatening a "disaster for all Jews" is not merely a parody of cheap dime-store sensation novels. It is a realistic snapshot of the ambient anxieties and racist threats that began targeting the Doctor once he openly stepped into the Jewish press space. Korczak displays immense, ironclad courage here—he refuses to flee or submit to intimidation. His announcement that he will "buy a Browning" (a pistol) on the way to town is a clear signal: I will not meet thuggery and aggression with submissiveness.
* There are 21 statues in the Saxon Gardens, most of them with two legs.

Bessa* na Korczaki. Salonowy wyrok na „fałszywy krok” Doktora

    Niedawno pisałem na blogu o karcie tytułowej Pedagogiki żartobliwej z 1939 roku – ostatniej książki Janusza Korczaka wydanej przed wybuchem apokalipsy. To właśnie tam, nakładem oficyny Mortkowicza, doszło do pierwszego, oficjalnego i drukowanego scalenia dwóch wielkich tożsamości w oczach masowego odbiorcy: na okładce połączono nazwisko „Janusz Korczak” z radiowym pseudonimem „Stary Doktór”. Był to ze strony wydawcy akt ogromnej odwagi i jawne ominięcie cenzury Polskiego Radia, które w dusznej atmosferze późnych lat 30. panicznie pilnowało anonimowości Doktora, by nie prowokować antysemickich nagonek prasy narodowej.
    Mogłoby się wydawać, że ten polityczny problem wokół tożsamości Henryka Goldszmita narastał stopniowo i eksplodował dopiero w połowie lat trzydziestych. Nic bardziej mylnego. Przeglądając archiwalne numery Naszego Przeglądu z marca 1927 roku, natrafiłem na tekst, który brutalnie dowodzi, że wyrok na „karierę” Doktora salony wydały znacznie wcześniej.
    W felietonie zatytułowanym List do akademji „Naszego Przeglądu” z 9 marca 1927 roku Korczak – z właściwą sobie, genialną ironią i czarnym humorem – rozlicza się z warszawskim establishmentem intelektualnym. Zaledwie pół roku wcześniej, w październiku 1926 roku, wystartował jego ukochany Mały Przegląd – pismo pisane w całości z listów dzieci, wydawane jako piątkowy dodatek do potężnego, polskojęzycznego dziennika żydowsko-syjonistycznego Nasz Przegląd. Dla zasymilowanej, liberalnej elity zgromadzonej wokół stolików w kawiarni „Mała Ziemiańska” oraz redakcji Wiadomości Literackich, decyzja Korczaka była szokiem i przekroczeniem niewidzialnej granicy. Uznano, że szanujący się polski literat nie powinien wiązać się z prasą jawnie narodowo-żydowską.
Reakcję salonu Doktor kwituje bezlitośnie: „Kiedy się na giełdzie dowiedzieli, że będę pisał do „Naszego Przeglądu”, zrobiła się na korczaki straszna bessa. „Ziemiańska” się trzęsła – „Wiadomości Literackie” też. Główny akcjonarjusz moich plantacji fiołków i niebieskich migdałów – powiedział, że to jest lekkomyślność i fałszywy krok. Powiedzieli, że to mi może zwichnąć karjerę literacką”. Odpowiedź Korczaka na te kawiarniane plotki i towarzyski ostracyzm jest manifestem wolności: swoją karierę literacką – jak pisze – „wywichnął beznadziejnie i nieodwołalnie 25 lat temu”, wybierając zamiast salonowych zaszczytów medycynę społeczną i pracę w sierocińcach. I żyje na psa urok.
Tekst z 1927 roku pulsuje warszawskim humorem, kpiną z urzędniczych absurdów i paranoi komitetów, ale jego finał uderza mrocznym realizmem. Korczak przytacza w nim treść listów z pogróżkami i szantażem, jakie zaczął otrzymywać od anonimowych „Mścicieli”, grożących „klapą ze wszystkimi Żydami”, jeśli nie złoży okupu w Ogrodzie Saskim. Zamiast strachu, w Doktorze budzi się jednak przedwojenna, harda duma. Kończy swój list słowami: „Biegnę na miasto starać się o pieniądze. Po drodze kupię brauning”.
Ta zapomniana publicystyka z 1927 roku to brakujące ogniwo w biografii Korczaka. Pokazuje ona czarno na białym, że zanim nadeszły brutalne lata trzydzieste, a Polskie Radio poddało Starego Doktora cenzurze, on sam doskonale wiedział, na co się pisze. Wybierając Mały Przegląd i stając po stronie żydowskiego dziecka, z pełną świadomością zerwał z konformizmem elit. I na każdą próbę towarzyskiego czy narodowego szantażu potrafił odpowiedzieć z podniesioną przyłbicą – i metaforycznym brauningiem w dłoni.

Aby w pełni zrozumieć ukryte znaczenie słów Korczaka, musimy zrekonstruować mapę towarzyską, chronologiczną i polityczną ówczesnej Warszawy. Oto najważniejsze wątki, które Doktor porusza w swoim liście:
1. Chronologia sukcesu i hipokryzja salonu
Warto zwrócić uwagę na ważny detal historyczny: „Mały Przegląd” wystartował w październiku 1926 roku jako piątkowy dodatek do syjonistycznego „Naszego Przeglądu”. Związek Korczaka z tą prasą był więc od pół roku sprawą powszechnie znaną. Dlaczego elita z „Ziemiańskiej” i „Wiadomości Literackich” ogłosiła „bessę na korczaki” dopiero w marcu 1927 roku?
Przez pierwsze miesiące salon lekceważył pismo, traktując je jako „niegroźne dziwactwo Doktora”. Dopiero gdy „Mały Przegląd” odniósł gigantyczny, masowy sukces, a redakcję zalały tysiące listów od dzieci, elity zrozumiały, że Korczak zyskał potężną, całkowicie niezależną od nich trybunę. Zaproszenie go na oficjalną akademię głównego wydania gazety było dla establishmentu sygnałem, że Doktor na stałe wszedł do „dorosłego”, wpływowego koncernu prasowego mniejszości żydowskiej. Reakcja salonu nie była więc obroną wartości, ale spóźnionym lękiem przed sukcesem jego niezależnego formatu.
2. Kawiarnia „Ziemiańska” i salonowy ostracyzm
Kawiarnia „Mała Ziemiańska” przy ul. Mazowieckiej była absolutnym pępkiem polskiego świata literackiego – to tam swoje stoliki mieli Skamandryci (Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz). Z kolei tygodnik Wiadomości Literackich dyktował mody intelektualne. Dla tamtejszej elity zasymilowany Żyd piszący po polsku powinien trzymać się wyłącznie uniwersalnej kultury polskiej. Wejście Korczaka w stałą współpracę z syjonistycznym i jawnie narodowym Naszym Przeglądem potraktowano tam jak zdradę ideałów asymilacji i „fałszywy krok”. Korczak odpowiada im dumnie: moja kariera literacka została wywichnięta 25 lat temu, gdy zamiast salonów wybrałem bezbronne dzieci z nizin społecznych.
3. Rzeczywistość badacza: Warszawa kontra Zachód
Doktor z ogromną, bolesną goryczą zderza etos pracy naukowej za granicą z chaosem II Rzeczypospolitej. Na Zachodzie badacz piszący o komarach dostaje spokój, laboratorium i asystentów. Inaczej w Warszawie – pedagog zajmujący się dzieckiem jest nieustannie rozrywany przez urzędy, komitety, żądania darmowych odczytów o „upadłych kobietach” czy przemówień na pogrzebach. Korczak broni swojego czasu jako największego kapitału i odmawia udziału w pustych akademiach na rzecz realnej pracy redakcyjnej.
4. Paranoja urzędnicza, czyli „sprawa z Konina”
Wspomnienie o listach gończych z Konina za „zanieczyszczenie podwórka” to genialna kpinka z niewydolności i biurokracji młodego aparatu państwowego. Urzędnicy potrafią ścigać powszechnie znanego w stolicy lekarza i autora za błahe przewinienie sanitarne w mieście, w którym ten prawdopodobnie nigdy nie postawił stopy. To dowód na olbrzymi, zdrowy dystans, jaki Korczak miał do państwowej machiny biurokratycznej.
5. Groteskowy antysemityzm i „brauning”
Finałowy szantaż „Mścicieli” żądających 5000 złotych w Ogrodzie Saskim i straszących „klapą ze wszystkimi Żydami” to nie tylko parodia powieści brukowych. To realny obraz lęków i rasistowskich pogróżek, które zaczęły spływać do Doktora po otwartym zadeklarowaniu żydowskiej tożsamości. Korczak manifestuje tu niesamowitą, odważną postawę – nie zamierza uciekać ani ulegać presji. Zapowiedź kupna Brauninga (pistoletu) to jasny sygnał: na chamstwo i agresję nie odpowiem uległością.
List do akademji „Naszego Przeglądu”
Udział w akademji? Za żadne skarby świata! Za 50 złotych góry też nie.
Po pierwsze, chciałem raz zobaczyć akademję, lecz się spóźniłem i za karę mnie nie wpuścili. Była to jakaś żałobna akademja. Tak pisali w kurjerze. Więc jeśli w akademji biorą udział nieboszczycy, ja – przepraszam, żyję do stu lat, i ani myślę umierać. Żadny interes: zostawić bez opieki „Mały Przegląd”, który ma dopiero pół roku i już go swędzą dziąsła. Niedługo zacznie ząbkować.
Co dalej?
Więc akademje są modne, a ja nie lubię mody. Jestem starym kawalerem, ubieram się wytwornie, ale bez ostatniego krzyku. Nie tańczę modnych tańców, nie strzygę się a la garçonne, nie jestem posłem i nie zdradzam żony. Żyję trochę po staroświecku, ale wygodnie i pogodnie. Nie mam długów. To też nie modne. Przez omyłkę zapłaciłem dwie raty pierwszej zaliczki na podatek majątkowy (Sami potem powiedzieli, że mają dosyć i mogę się nie fatygować). W pierwszej chwili mnie to uraziło: nie lubię przerywać rozpoczętej roboty. Ciekaw byłem, jak to się skończy. Żeby przynajmniej powiedzieli, ile mam, co mam. Nie. Przed wojną powiedziałbym: „ret my fonie”.
Jeszcze nie koniec. Kiedy się na giełdzie dowiedzieli, że będę pisał do „Naszego Przeglądu”, zrobiła się na korczaki straszna bessa. „Ziemiańska” się trzęsła – „Wiadomości Literackie” też. Główny akcjonarjusz moich plantacji fiołków i niebieskich migdałów – powiedział, że to jest lekkomyślność i fałszywy krok. Niech będzie fałszywy. Czy tylko niewiasty mają wyłączne reprezentację na fałszywe kroki? Co teraz zresztą jest prawdziwe? Powiedzieli, że to mi może zwichnąć karjerę literacką. Wszystkie członki mam w porządku i zdatne do umiarkowanego użytku, karjerę natomiast wywichnąłem beznadziejnie i nieodwołalnie 25 lat temu. I żyję na psa urok.
Myślicie, że koniec? Nie. Brak czasu. Tu jestem niezłomny. Nieufny, czujny, przezorny, przebiegły i skąpy. Czas – to pieniądz. Gdybym był ministrem finansów, plunąłbym na majątki, dochody i obroty. Jabym opodatkował czas. Coby to były za kolosalne sumy. Czas – to pieniądz. Tego zapału sobie nie dam.
Jeśli zagranicą człowiek pisze pracę o komarach, dają mu książki, pracownię, asystentów, telefon – i co godzinę telefonują do sekretarza, czego jeszcze potrzeba. Woźny w libe-rji pilnuje, żeby nikt się niepotrzebnie nie kręcił, nie nachodził i nie przeszkadzał. Samochód stoi przed bramą i czeka. Djeta pożywna i strawna. Temperatura pokoju optimum. Kluzet obok. Wszystkie wygody. Bo rozumiejcie? – Pracuje.
W Warszawie inaczej. Jeżeli zajmuje cię dziecko – przysyłają bilety na przytułek położniczy, bo tam się rodzą dzieci. Każą napisać odezwę o zgniliźnianych starcach. Masz obowiązek pyskować na biedne rodziny, bo są bezradne jak dzieci. Zaproszą na posiedzenie o upadłych kobietach, bo dzieci też się przewracają i rozbijają nosy. Musisz iść na otwarcie domu akademickiego, bo widać młodzież. Masz wygłosić mowę na grobiu wybitnego zoologa, bo był w dzieciństwie dzieckiem i człowiek od małpy pochodzi.
Trzy razy na tydzień obowiązkowo robię wywiad.
– Jakie jest pańskie zdanie o karuzeli politycznej w „Quid pro Quo”? Co pan myśli o dwużeństwie arabów? Czy zdaniem pańskiem profesor Bloch wie naprawdę, co myśla duchy? Co pan czuje w sobie, kiedy pan siedział w tramwaju naprzeciw blondyny w cielistych pończochach? Proszę wyrazić swój pogląd na sprawę trupów żydowskich.
Ostatniemu powiedziałem:
– Żydzi corocznie oddają gotom parę tysięcy żywych, apetycznych mechesów. Co wobec tego znaczy jeden umarlak?
Myślicie, że już?
Przyjdzie panienka, żebyś napisał list polecający, bo chce wstąpić do szkoły filmowej. Bezrobotny żąda posady dyrektora banku. Rozwódka chce się z mężem pogodzić.
– Nie dla mnie – dla dobra dzieci. To przecież pana obowiązek.
Przez omyłkę wzywają cię na świadka w procesie o kłusownictwo. Zamykają wodę na ulicy Krochmalnej, bo na Natolińskiej gospodarz nie zapłacił za gaz albo samochód przejechał krowę. Wzywają cię nagle do wojska.
– Panowie, mam lat 50.
– Wiem, wiem... Wy wszyscy tak mówicie. Już ja was znam. Żaden nie chce w wojsku służyć.
W komisarjacie dowiadujesz się, że w Koninie spisano protokół o zanieczyszczenie podwórka i listy gończe ścigają cię od pół roku.
– Konin? Skąd to się wzięło?
– Nie wiem. Może odcisk palców, może pies policyjny wywąchał. Musi pan pojechać i wyjaśnić.
– Trudno, pojadę. Gdzie to jest?
– Na dworcu pan się dowie.
Myślicie, że koniec?
W tej chwili otrzymałem list, że jeśli do jutra nie złożę między nogami figury w ogrodzie Saskim 5.000.– złotych, będzie klapa ze mną, a może ze wszystkimi żydami. Podpis: Mściciele – patrja et grajbery i trzy czaszki przeszyte sztyletem. Biegnę na miasto starać się o pieniądze. Po drodze kupię brauning.
Proszę o odczytanie tego usprawiedliwienia. Na akademję przybyć nie mogę.
Janusz Korczak.
*Bessa - Rynek niedźwiedzia - to długotrwały spadek cen na giełdzie, zwłaszcza akcji lub innych dóbr. Okres, w którym kursy mocno idą w dół przez wiele miesięcy. Ludzie czują strach, a na rynku rządzi pesymizm.