Gdy myślimy o Januszu Korczaku, przed oczami staje nam zazwyczaj tragiczny obraz z sierpnia 1942 roku – marsz bezbronnych dzieci i ich opiekunów w stronę wagonów bydlęcych na Umschlagplatz. Jednak to, kim „Stary Doktor” był w tamtej ostatecznej godzinie, wykuwało się znacznie wcześniej. Najwspanialszym, a wciąż mało znanym sprawdzianem jego rewolucyjnej pedagogiki, lekarskiego powołania i czystego człowieczeństwa był wrzesień 1939 roku – czas, gdy na oblężoną Warszawę spadały niemieckie bomby, a dzielnica żydowska zamieniała się w morze ognia.
Oto niezwykły, utkany ze wspomnień wychowanków i współpracowników obraz Doktora z tamtych pamiętnych dni.
📻 Głos, który rozjaśniał mrok: Studio przy Mazowieckiej 5
We wrześniu 1939 roku, po zbombardowaniu głównych instalacji Polskiego Radia, bohaterska radiowa ekipa informacyjna i ratunkowa przeniosła się do prowizorycznych lokali biurowych przy ul. Mazowieckiej 5 (dawnej redakcji pisma „Antena”). To stamtąd, z prowizorycznego studia pozbawionego szyb, płynęły w eter komunikaty podtrzymujące walczące miasto na duchu.
Po latach milczenia na antenę powrócił wtedy znany i kochany głos Starego Doktora. Korczak mówił do dzieci bez paniki, tłumacząc im wojenną rzeczywistość, a rodzicom doradzał, jak chronić kruchą psychikę najmłodszych przed wojenną traumą. Adrian Czermiński, działacz Służby Informacyjnej Polskiego Radia, tak zapamiętał te wizyty:
„Drobny, w wyszarzałym paletku, kiedy wszedł do pozbawionego szyb lokalu natychmiast rozjaśnił wszystko swoim humorem i zaraźliwą wiarą w lepsze jutro – nie! w lepsze wieczór, jeśli rozmawiał z nami w południe i w lepsze rano, kiedy przychodził nocą. Nie zważając na rozrywające się pociski, gwiżdżące kule, zjawiał się po kilka razy dziennie, przynosząc wiadomości o tych, którzy potrzebowali pomocy i o tych, którzy byli skłonni udzielić jej innym”.
Gdy nasilał się ostrzał artyleryjski i dziennikarze próbowali siłą zatrzymać Doktora w studiu, ten rzucał tylko w biegu: „Nie, nie, nie mogę. Muszę już iść, nie mam czasu” – i znikał w huku pękających szyb, spiesząc z powrotem do swoich podopiecznych.
🏠 Dom Sierot jako schron i republika zadań
W Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92 sytuacja była dramatyczna. Budynek miał ogromną wadę architektoniczną na czas wojny totalnej – nie posiadał głębokich, żelbetowych schronów, a jedynie użytkowe sutereny z dużymi oknami. To tam Stefania Wilczyńska (Pani Stefa) zorganizowała punkt opatrunkowy dla rannych i bezdomnych ściągających prosto z płonącej ulicy.
W tym wojennym chaosie korczakowski system samorządowy zdał egzamin dojrzałości. Zamiast paniki, Doktor i Pani Stefa wprowadzili surowy, wojskowy podział obowiązków:
- Chłopcy przynosili wodę wiadrami z nielicznych działających ujęć. Kanalizacja była zniszczona, woda stała się cenna jak złoto – każdy dostawał mały garnuszek na umycie rąk, twarzy i zębów.
- Dziewczynki rozstawiały w całym gmachu wiadra z suchym piaskiem do gaszenia pożarów.
- Starsi wychowankowie i bursiści pełnili całodobowe warty na dachu, by ręcznie odrzucać i zasypywać piaskiem niemieckie bomby zapalające. Podczas jednego z tych niebezpiecznych dyżurów tragicznie zginął Józef Sztokman – ukochany dawny wychowanek i wierny asystent Doktora.
🪖 Mundur majora i podejrzenie o szpiegostwo
Już pierwszego dnia wojny Janusz Korczak – jako major rezerwy kadr medycznych – wdział swój galowy polski mundur wojskowy. Nosił go z dumą przez cały wrzesień (i nie zdjął aż do aresztowania przez okupanta w 1940 roku, odmawiając także noszenia opaski z gwiazdą Dawida). Mundur ten nie był jednak wyłącznie manifestacją patriotyzmu – bywał tarczą, która ratowała życie.
Bursistka Fela Poznańska zapisała we wspomnieniach mrożący krew w żyłach incydent ze starchy. Podczas jej dyżuru na poddaszu, gdy wraz z dziewczynkami z ciekawości obserwowała przez okno niemieckie samoloty, ktoś z sąsiedniej posiadłości (odgrodzonej murem tajemniczej niemieckiej firmy) doniósł polskim władzom kontrolnym, że dzieci... szpiegują i dają wrogowi sygnały świetlne. W oblężonym mieście za taki zarzut groziła natychmiastowa egzekucja.
To wtedy Korczak, używając całego autorytetu swojego oficerskiego munduru, zdołał wyperswadować żołnierzom pomyłkę. Feli jednak mocno się od Doktora oberwało za skrajną nieodpowiedzialność. „Myślałam już, że ja u niego na czarnej liście jestem. Co za dura ja, myślałam z rozpaczą” – wspominała po latach.
🛒 Akcja z butlami tlenowymi: Patent Feli Moszel
Inna z wychowanek, Fela Moszel, zapamiętała sytuację, która pokazała, że wojenny altruizm Korczaka nie kończył się na murach jego własnego sierocińca. Jeden z chłopców zauważył porzucone na jezdni przy ulicy Towarowej trzy metalowe cylindry. Korczak od razu rozpoznał, że to bezcenny tlen medyczny.
Zorganizowano taczki, przykryto butle kocami, by wyglądały jak transport chorego dziecka, i ruszył niezwykły konwój. Z jednej strony wózka szła nastoletnia Fela, z drugiej – Korczak w polskim mundurze. Doktor przez całą drogę żartował, by odgonić paraliżujący dzieci strach. Bezpiecznie wyładowali ładunek na dziedzińcu szpitala przy ulicy Złotej.
Fela Moszel pisała później, że do tamtego dnia miała do Doktora skrywany żal za jakiś dawny, chłodny gest przy krojeniu chleba. Ta akcja zmazała wszystko:
„Gdy ryzykował życie dla dzieci, to było zrozumiałe – był dla nich ojcem. Ale to, by myśleć o rannych i chorych w szpitalu i bez momentu wahania iść w takie niebezpieczeństwo – to już sięga wyżyn nadzwyczajnej odwagi i prawdziwego człowieczeństwa”.
🥖 Worek chleba dla ulicy Wolność
Głód w Warszawie narastał z każdą godziną. Pod koniec września dramatyczne wieści dotarły do Doktora z „Naszego Domu” – bliźniaczej placówki dla polskich dzieci na Bielanach, którą z powodu bombardowań ewakuowano do piwnic przy ul. Wolność 14 na Woli. Wybór Woli okazał się pułapką – dzielnica stała się celem najcięższych nalotów. Jedzenie pośpiesznie przywiezione z Bielan szybko się skończyło. Wychowawczyni Oleńka Staszewska wydzielała dzieciom po jednym śledziu z puszki i dwa cukierki irysy na dzień.
Zdesperowana Oleńka ruszyła przez płonące miasto na Krochmalną błagać o pomoc. Odpowiedź nadeszła natychmiast. Wychowanka Helena Wróbel zapamiętała ten moment jak biblijne ocalenie:
„Pewnego dnia Doktor Korczak pojawił się u nas. Jego sylwetka była mocno pochylona ku ziemi; niósł wielki worek chleba”.
Mimo że sam miał u siebie głodujące dzieci i zaledwie dwa worki ziemniaków w zapasie, podzielił się tym, co najcenniejsze.
🕯️ Nie był „programem rezygnacji”
Po kapitulacji Warszawy pod koniec września, dzieci z „Naszego Domu” wróciły piechotą na Bielany, a Niemcy uznali nazwę ulicy „Wolność” za prowokację i przemianowali ją na Uhrmacherstrasse.
Wrzesień 1939 roku pokazał pełne spektrum fenomenu Janusza Korczaka. Stoicki spokój (jak wtedy, gdy żartował do dzieci zamarłych pod bombami, że nie wyjdzie już na podwórko bez czapki, bo piloci widzą z góry jego łysinę), bezgraniczne oddanie i bezkompromisowa odwaga. Jak podsumował we wspomnieniach bliski współpracownik Doktora, Pan Misza (Igor Newerly): „A jednak życie samo pokazało, że Korczak nie był »programem rezygnacji«”. Był programem walki o godność człowieka do ostatniego tchu.








:%20A%20Diary%20Ennobles%20and%20Teaches..png)

