Sunday, February 1, 2026
Saturday, January 31, 2026
Higiena historyczna - Pomarcowe (68) Trendy (Trędy) i Narracje historyczne.
Verba volant, scripta manent” - Słowa ulatują, pismo zostaje.
Jednym z najtragiczniejszych skutków Marca ’68 była wymuszona emigracja elit intelektualnych – rzetelnych historyków, którzy zabrali ze sobą etos pracy badawczej, pozostawiając w kraju niebezpieczną próżnię. W tę pustkę weszły „narracje pomarcowe”, które z czasem stały się fundamentem współczesnych instytucji. Dziś jesteśmy świadkami paradoksu: trzy kluczowe instytucje zajmujące się historią Żydów – od Zagłady po współczesność – operują odmiennymi, często wykluczającymi się narracjami tych samych faktów.
To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Michał Wasserman Wróblewski - współpracownik Korczaka 1931-1942), który często przypominał, łacińską maksymę „Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku czytając nowonapisane, "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.
Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe, "trędowate teksty” staną się (wg. mnie, stały się) dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie, ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.
W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mnie o analizę tekstów (wydażen) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.
Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.
Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności” (Niepodatności). W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.
Obserwujemy bardzo niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia, uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed chorobą, kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.
Pierwszym z poruszonych przeze mnie tematów z Muzeum Polin była kwestia emigracji. Nie tej „bezpiecznej” narracyjnie, pomarcowej, lecz tej największej, rozpoczętej już 22 lipca 1946 roku, a przypieczętowanej traumą Pogromu Kieleckiego z 4 lipca 1946 roku. Fakt, że w mordowaniu Ocalonych (ocalonych z Zagłady) brali udział cywilni mieszkańcy Kielc, milicjanci i wojsko, przyczynił się do pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski za zgodą władz polskich (150–175 tysięcy osób).
Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Milczenie współczesnych instytucji na temat Sznajdmila czy Abraszy Bluma (kluczowego stratega Bundu) służy budowaniu jednowymiarowego kultu jednostki.
Inna historia powiazana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i załozyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem, za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki tak specjalny (dla przyszłych pokolen) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Ksiazka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po Marcowej Emigracji Żydów pod koniec lat 60-tych.
Co własciwie oznacza "dla przyszłych pokolen"? Czy to chodzi o młodzież szkolną dla której książka Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiazkową. W skrótach typu Readers Digest znajdujemy typowy oddzwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego znajdujemy zawiadomienie o wykładzie naukowym:
To zjawisko jest szczególnie groźne w świetle przestrogi mojego ojca, Pana Miszy (Michał Wasserman Wróblewski - współpracownik Korczaka 1931-1942), który często przypominał, łacińską maksymę „Verba volant, scripta manent” (Słowa ulatują, pismo zostaje). Maksyma uderza w sedno problemu: "Trwałości kłamstwa i fakt że słowo napisane zostaje”. Pan Misza pisał o tym zjawisku czytając nowonapisane, "Nowe wspomnienia o Korczaku i Domu Sierot w Getcie Warszawskim"*.
Jeśli instytucje naukowe i autorzy książek utrwalają na piśmie narracje skażone błędami lub ideologią, to te trendowe, "trędowate teksty” staną się (wg. mnie, stały się) dla przyszłych pokoleń jedynym źródłem prawdy. Zamiast rzetelnej dokumentacji, otrzymujemy produkt polityczny, który poprzez autorytet instytutów zyskuje fałszywy immunitet na krytykę. To właśnie, ta trwałość zapisanego kłamstwa sprawia, że walka o „higienę historyczną” jest dziś ważniejsza niż kiedykolwiek.
W tytule wykorzystałem metaforę „trędowatości”. Chodzi mnie o analizę tekstów (wydażen) historycznych i narracji. W takim kontekście „trędowaty” nie odnosi się do choroby, lecz do mechanizmu wykluczenia.
Historycy używający tego określenia trędowatości wobec konkretnych teorii, opisów lub innych badaczy, sugerują w ren sposób, że dana narracja jest „zakaźna”. Zakaźna w negatywnym sensie – tzn. opiera się na błędach, które mogą skazić rzetelną naukę lub wypaczyć prawdę historyczną.
Niestety izolacja takich chorych idei nie jest łatwa. Dawniej chorych zamykano w leprozariach. Teraz w dyskursie historycznym „trędowate nurty", które od lat powinny zostać odizolowane są niestety poprzez internet do głównego nurtu (mainstreamu) włączone i bardziej propagowane niż prawda historyczna opisana przed pojawieniem się internetu.
Epidemia dezinformacji
Osobiście uważam użycie hasła „trędowate nurty" za prawidłowe gdyż według Słownika Języka Polskiego PWN przymiotnik trędowaty w znaczeniu przenośnym oznacza kogoś „budzącego odrazę, unikanego przez innych”. Takie mam obecnie uczucie do tych nowych narratorów.Współczesna, internetowa „Epidemia dezinformacji” posiada niszczycielski potencjał, przed którym prawda historyczna musi wykształcić nową formę „Odporności” (Niepodatności). W idealnym modelu taką rolę powinny pełnić instytucje zaufania publicznego, podające informacje rzetelne i sprawdzone. Niestety, rzeczywistość bywa odwrotna: wiele uznanych ośrodków naukowych wprowadza własne, skrajnie różniące się narracje tych samych faktów.
Obserwujemy bardzo niebezpieczny proces, w którym oryginalne dokumenty i surowe informacje powoli znikają z pola widzenia, zastępowane przez gotowe interpretacje – narracje skrojone pod konkretne potrzeby. Zjawisko to staje się szczególnie jaskrawe, gdy instytucje naukowe działające w promieniu zaledwie kilkuset metrów w Warszawie (od 800 do 1700 metrów od siebie) i badające te same wydarzenia, uciekają od obiektywizmu na rzecz sprzecznych narracji. Taka sytuacja przestaje być nauką, a staje się formą dezinformacji, która infekuje debatę publiczną brakiem wiarygodności. Instytucja, która powinna być lekarzem chroniącym nas przed chorobą, kłamstwem, sama staje się nosicielem metodologicznego „trądu”.
Stary proces
Osobiście obserwuję ten proces od lat. Zaczęło się od publikacji i informacji na temat Janusza Korczaka i Domu Sierot i uwag mojego ojca, Pana Miszy, w latach 80. i 90 na temet pomarcowych nowo napisanych i książek z "Wspomnieniami o Korczaku" lub masowo drukowanych jego nowych biografi. Moje własne doświadczenia z „trędowatymi nurtami” to później m.in. wieloletnia, tak wieloletnia batalia z Muzeum Polin o elementarną prawdę faktograficzną. Temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski znałem z pierwszej ręki, od dwóch oficerów Wojska Polskiego – mjr. Michała Wróblewskiego (mojego ojca) oraz mjr. Michała Rudawskiego (autora książki „Mój obcy kraj”***, pisanej wraz z moją mamą). Major Rudawski był pogranicznikiem, a mój ojciec, jako oficer polityczny oddelegowany przez gen. Mariana Spychalskiego, ówczesnego szefa GZP, kontrolował i dokumentował ten proces na bieżąco na samej granicy polsko-czeskiej.
Mimo ogólnej wiedzy na temat tej pierwszej masowej emigracji Żydów z Polski, w pracach ówczesnej dyrekcji Muzeum Polin temat ten został zmarginalizowany lub wręcz poddany historycznej resekcji. W pracy dr. Stoli****, próżno szukać haseł „Kielce” czy „1946” w kontekście przyczyn emigracji – liczba pozytywnych rezultatów wynosi zero. To tendencyjne omijanie kluczowych lat 1945–1948 na rzecz narracji o „migracji od 1949 do 1989 roku” jest modelowym przykładem dezinformacji.
Muzeum Polin - Wielka Akcja Likwidacyjna w Getcie Warszawskim
Jeszcze bardziej porażająca była moja walka o liczby dotyczące Wielkiej Akcji Likwidacyjnej w getcie warszawskim. Na stronach Muzeum Polin widniała latami skandaliczna informacja, że do Treblinki wysyłano „po kilka tysięcy, a potem nawet 4 tysiące osób”. Ta drastyczna minimalizacja skali zbrodni była dla mnie nie do przyjęcia. Dopiero po dwóch latach mojej presji, przesyłaniu dokumentów z Żydowskiego Instytutu Historycznego (ŻIH), list dotyczących transportów z Umszlagu pisanych przez członków grupy Oneg Szabat i niemieckich listów przewozowych, instytucja ta zdecydowała się zmienić dane. Prawda jest bowiem inna i tragiczna: w pierwszych czterech dniach Wielkiej Akcji Likwidacyjnej wysyłano ponad 7 000 osób dziennie a potem średnio po 6 500. Ponad 100 osob w bydlęcym wagonie. Wśród nich był mój dziadek, Gabriel Rozental (opis Mariana Turskiego), wywieziony 26 lipca 1942 roku (transport liczył 6 357 osób), oraz moja babcia Helena z Polirsztoków Rozental, zabrana 3 sierpnia 1942 roku (transport 6 276 osób). Janusza Korczaka i 239 dzieci i wychowawców Domu Sierot wywieziono do Treblinki 5 sierpnia 1942 roku (cały transport liczył 6 623) a w nastepne kolejne dwa dni po deportacji Korczaka wywieziono do Treblinki ponad 10 000 Żydów dziennie. To nie są „narracje” – to liczby zapisane krwią i udokumentowane w archiwach, których instytucje mieniące się historycznymi nie mają prawa ich „nie znać”.
Zapomniana hierarchia i sukcesja w Bundzie w Getcie Warszawskim - Sznajdmil, Edelman, Blum.
Kolejnym dowodem na proces „infiltracji patogennej” i resekcji niewygodnych faktów jest całkowite wymazanie z powszechnej świadomości postaci Berka Sznajdmila. To właśnie on, a nie Marek Edelman, był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku.Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Milczenie współczesnych instytucji na temat Sznajdmila czy Abraszy Bluma (kluczowego stratega Bundu) służy budowaniu jednowymiarowego kultu jednostki.
Indolencja Muzeum Polin
„Bzdury” informacyjne na stronach internetowych Muzeum Polin pozostawały niepoprawione przez ponad dwa lata. Problem ten nie dotyczył wyłącznie przemilczeń w sprawie emigracji po pogromie kieleckim czy skandalicznych opisów deportacji z Umschlagplatzu. Gdy wytykałem te błędy, dyrektor Dariusz Stola stosował strategię rozmywania odpowiedzialności: odsyłał mnie do współpracowników, a ci z kolei wskazywali na... agencje fotograficzne i ich opisy pod zdjęciami. Sugerowano tym samym, że źródłem wiedzy historycznej dla muzeum są notatki dołączone do kupowanych, jednoczesnie darmowych (pozbawionych praw autorskich) fotografii. To sytuacja kuriozalna: instytucja naukowa abdykuje z roli badacza na rzecz handlarza zdjęć. W toku wymiany zdań pan Stola zarzucił mi „permanentne pretensje”. Przyznaję – to jedyna prawda w jego wypowiedziach. Moje pretensje są i będą permanentne, ponieważ dyrektor muzeum permanentnie uchylał się od obowiązku usunięcia błędów, za które odpowiadał.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim, rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.
Innym przykładem „historycznej resekcji” i budowania fałszywych hierarchii jest eksponowanie przez Muzeum Polin (i innych) Marka Edelmana jako jedynego, niemal mitycznego komendanta Powstania w Getcie Warszawskim i założyciela ŻOB. Edelman w pewnym sensie sam mianował się na tę funkcję za pośrednictwem książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Wydana u schyłku lat 70., już po marcowej emigracji, książka ta stworzyła specyficzny, przefiltrowany przez "subiektywną pamięć" Edelmana obraz prawdziwego dowódcy – Mordechaja Anielewicza.
Po 24 miesiącach merytorycznej indolencji, dyrektor Stola przyjął pozę ofiary. Na forum publicznym, szukając wsparcia u internautów, pisał:
„Bardzo dziękuję wszystkim powyżej za obronę przed p. Romanem Wróblewskim, dla którego atakowanie Muzeum Polin jest chyba ulubionym hobby. Z jego licznych wpisów można odnieść wrażenie, że nasze muzeum i ja osobiście jesteśmy wiodącymi przykładami antysemityzmu i manipulowania historią w Polsce. Obawiam się, że niestety tak nie jest. Proszę się rozejrzeć, a może znajdzie Pan jakiś lepiej uzasadniony obiekt krytyki”.
Ta odpowiedź to podręcznikowy przykład ucieczki od faktów w stronę manipulacji emocjonalnej. Zamiast skonfrontować się z twardymi danymi z Archiwum Ringelbluma (Oneg Szabat) czy dokumentami transportowymi, dyrektor sprowadził walkę o prawdę o losie moich dziadków do poziomu „hobby”. Sugestia, bym znalazł sobie „lepiej uzasadniony obiekt krytyki”, jest wyrazem głębokiej arogancji – to próba relatywizacji kłamstwa na zasadzie: „inni kłamią bardziej, więc nasze błędy są nieistotne”. Tak właśnie domyka się mechanizm „trędowatej narracji”: zamiast leczyć infekcję kłamstwa, atakuje się tego, kto przyniósł diagnozę.
Kolejne przykłady indolencji Muzeum Polin dotyczą postaci Janusza Korczaka i lokalizacji Domu Sierot. Dokładnie dziesięć lat temu instytucja ta uruchomiła specjalną stronę: „Kroczymy śladami Janusza Korczaka”. 31 marca 2016 roku wykonałem na tym wirtualnym szlaku zaledwie cztery kroki i znalazłem pięć kardynalnych błędów.
Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację. Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc:
Jako pierwszy punkt (1/5) wskazano błędnie Szpital Bersohnów i Baumanów przy ul. Siennej 60. W rzeczywistości mowa o budynku przy Siennej 16 / Śliskiej 9, skąd 5 sierpnia 1942 roku deportowano Korczaka i jego wychowanków do Treblinki. Zdjęcie dokumentujące ten fakt znalazłem osobiście w „Przeglądzie Technicznym” z 1914 roku i opublikowałem na swoim blogu Jimbao Today. Muzeum nie tylko pomyliło fakty, ale i zignorowało rzetelną dokumentację. Gdy punktowałem te nieścisłości, zwolennicy dyrektora Stoli ruszyli do emocjonalnej obrony, pisząc:
„Panie Profesorze, jest Pan wspaniałym dyrektorem, jestem szczęśliwy, że zajmuje się Pan MOJĄ historią”.
Słowo „moja” jest tu kluczowe – sugeruje, że historia jest niby prywatną własnością, którą można kształtować według uznania, zamiast traktować ją jako wspólną prawdę, wolną od karygodnych błędów.
Nikt z obrońców dyrekcji Muzeum Polin nie podjął jednak najmniejszej merytorycznej dyskusji. Zamiast argumentów pojawił się „smród” – atmosfera, którą znam aż nazbyt dobrze z autopsji. Przez dziesięć lat pracowałem na Wydziale Patologii, a dwa lata w budynku Patologii Sądowej. Spośród wszystkich zapachów śmierci, do których człowiek może przywyknąć, jeden pozostaje nie do zniesienia: zapach zwłok wyłowionych po latach ze słodkiej wody.
Gdy znajoma z Warszawy pisze mi dziś, że mimo posiadania biletów na państwowe obchody Dnia Zagłady albo Powstania w Getcie Warszawskim, rezygnuje z udziału ze względu na panującą wokół nich atmosferę, myślę właśnie o tym porównaniu. Smród dezinformacji i oportunizmu, który unosi się nad oficjalnymi narracjami, przypomina mi ten najgorszy z zapachów. To „trąd”, który nie tylko niszczy fakty, ale odbiera chęć do uczestnictwa w życiu publicznym tym, dla których prawda wciąż ma znaczenie.
Efekty tej narracji „dla przyszłych pokoleń” są do dziś widoczne w szkołach, gdzie lektura Krall stała się wyrocznią. Na popularnych portalach typu [streszczenia.pl].
Opracowanie/zdazyc-przed-panem-bogiem/charakterystyka-bohaterow/) gdzie postać Anielewicza redukuje się do syna handlarki ryb, który malował skrzela farbą, i człowieka „nieprzygotowanego psychicznie”, który zakończył życie samobójstwem. To uderzające, że ta uproszczona, wręcz karykaturowana wersja przenika do instytucji naukowych. Nawet w Muzeum Powstania Warszawskiego czy tez podczas wykładów w ŻIH, prelegenci z tytułami naukowymi powielają te same wątki: „czy Anielewicz malował skrzela ryb?” I ze zostal komendantem bo bardzo tego sam chciał.
Ta operacja historyczna, wspierana przez Muzeum Polin, udała się nadzwyczaj skutecznie. Nazwisko prawdziwego komendanta oraz jego zastępcy, Icchaka „Antka” Cukiermana, wyciszano konsekwentnie pod koniec ubiegłego milenium. Miejsce rzetelnej analizy wojskowej i politycznej struktury ŻOB zajęła „gadżetowa” polityka pamięci. W Muzeum Polin Edelman stał się marką – można tam było kupić koszulki czy kubki z jego fizjonomią, a zamawiane murale i graffiti utrwalają ten jednowymiarowy obraz. To klasyczny przykład „trędowatego nurtu”: gdy autentyczna, złożona historia dowódców powstania zostaje wyparta przez łatwo przyswajalną narrację, która zamiast prawdy, oferuje porcelanowy kubek z wizerunkiem „jedynego słusznego” bohatera.
Inna historia powiazana z Muzeum Polin to eksponowanie Marka Edelmana jako komendanta Powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku i załozyciela Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman sam siebie mianował komendantem, za pośrednictwem książki Hanny Krall. Jednocześnie pozostawił taki tak specjalny (dla przyszłych pokolen) obraz prawdziwego komendanta Powstania w Getcie Mordechaja Anielewicza. Ksiazka Krall została wydana w 1976 roku, siedem lat po Marcowej Emigracji Żydów pod koniec lat 60-tych.
Co własciwie oznacza "dla przyszłych pokolen"? Czy to chodzi o młodzież szkolną dla której książka Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem" była literaturą obowiazkową. W skrótach typu Readers Digest znajdujemy typowy oddzwięk wspomnień Edelmana. Na stronie www.streszczenia.pl czytamy:
Mordechaj Anielewicz - charakterystyka • Zdążyć przed Panem BogiemKomendant Żydowskiej Organizacji Bojowej; syn handlarki ryb, którym malował skrzela farbą czerwoną farbą. Nie uczestniczył w żadnej akcji, ale pamięta się go jako zdolnego, oczytanego i pełnego wigoru. Niestety psychicznie nie był przygotowany do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji. 8 maja 1943 roku najpierw zastrzelił swoją dziewczynę Mirę, a później popełnił samobójstwo.
Czy Mordechaj Anielewicz malował skrzela ryb na czerwono? Czy chaluce uprawiali ziemię? W jakim języku rozmawiali ze sobą ŻOB-owcy? Kto założył kibuc Lochamej Ha Geta'ot? Co znaczy: Ha-Szomer -Ha-Cair, Dror, Cukunft, ŻZW, hachszara, bricha. Zofia Zańko - Studiowała na KUL-u, jest absolwentką historii UW. Redagowała miesięcznik społeczno-religijny „Credo", Współorganizowała Dzień Żydowski na UW. Pracuje jako przewodnik w Muzeum Powstania Warszawskiego.
W zeszłym roku (2025) zreszta jakas pani z tytulem doktorskim zaczeła transmitowany z ŻIH w podobny sposób swój wykład o Anielewiczu. Prawie kopia ze www.streszczenia.pl.
Ta akcja, popierana do dzisiaj przez Muzeum Polin udała się świetnie. Nazwisko prawdziwego komendanta - Mordechaja Anielewicza wyciszano wszędzie pod koniec zeszłego milenium. Podobnie z jego zastepca Antkiem Cukiermanem. W Muzeum Polin mozna było kupic kubki porcelanowe i koszulki z fizjonomia Edelmana. Podobnie zamawiane graffiti w zwiazku z Rocznicami Powstania w Getcie przedstawiały Edelmana.
Jeden z polskich Żydów którzy po marcu zostali w Polsce napisał do mnie oficjalnie na Face book:
Uważam, że określanie Marka Edelmana "pomarcowym Komendantem" jest haniebną, skandaliczną obelgą. Wyzwiska w stosunku do któregokolwiek z ludzi, którzy walczyli w Getcie, a zwłaszcza człowieka, który ma takie zasługi w sprawie upamiętnienia Powstania, nie powinny mieć na tym forum miejsca. Protestuję!
Ta idiotyczna reakcja, popierana przez wielu "pomarcowych" to reakcja na moje wpisy i wklejenie listu od znajomego z Polski:
"Pozwoliłem sobie położyć w Twoim imieniu kamień (tak jak poprzednio były na nim inicjały R.W.) - podsyłam tu oddzielnie fotografię z albumu", napisał Polak, przyjaciel z Warszawy który wie że Anielewicz i Szlengel jak również Powstanie w Getcie Warszawskim są mnie tego dnia tak bliskie. Dlatego, co roku, różne osoby kładą kamień z moimi inicjalami RW (lub bez) na Kopcu Anielewicza. Taki kamień pamięci i bólu.
Dopisalem Ta "tradycja" to od wielu lat, a własciwie od chwili gdy zapomniano w Polsce o Anielewiczu i bojownikach którzy są tam pochowani. Smutne ale prawdziwe, mam zdjęcia. Nawet 3-4 lata temu to "mój kamień", złożony przez Polaka, był tam bardzo, bardzo samotny. Reakcja pomarcowych nastąpiła gdy napisałem że w Polsce zapomniano o prawdziwym komendancie i hołduje się tylko nowomianowanego pomarcowego komendanta. Napisałem prawdę.
Tak opisywał Anielewicza Emanuel Ringelblum w 1943 roku:
„Młody człowiek, lat 25, średniego wzrostu, o wąskiej, bladej, pociągłej twarzy, długich włosach, sympatycznej powierzchowności. Po raz pierwszy spotkałem go na początku wojny, gdy przyszedł do mnie ubrany po sportowemu i poprosił o pożyczenie mu książki. Od tego czasu często przychodził pożyczać książki z dziedziny historii Żydów, szczególnie ekonomii, którą tow. Mordechaj bardzo się interesował. Któż mógł wiedzieć, że ten cichy, skromny i sympatyczny młodzieniec wyrośnie na człowieka, który po trzech latach stanie się najważniejszym człowiekiem w getcie, którego imię jedni będą wymawiać ze czcią, inni – ze strachem”.
Ciekawy jest wywiad z nowym dyrektorem ŻIH, Michałem Trębaczem (2025) który używa bardzo bezpiecznego języka, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała legendy o komendancie Powstania w Getcie, Anielewiczu zaczerpniete ze stron internetowych dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Trębacz twierdzi, że nie musi być jednej narracji, wystarczy zgoda co do faktów. To prawdziwa – pułapka definicji. Wynika to co ja równiez opisałem, udowodniłem, że instytucje te nie zgadzają się nawet co do faktów (np. liczba osób w transportach do Treblinki opisywana przez Muzeum Polin i dokumenty w Archiwum Ringelbluma przechowywane przez ŻIH. Jeśli nie ma zgody co do liczb i dat, to „różnorodność interpretacji”, o której mówi dyrektor, staje się jedynie parawanem dla dezinformacji. Postulat, by w pewnych sprawach Polin, Muzeum Getta i ŻIH mówiły „silnym, wspólnym głosem”, może budzić niepokój. W Twojej analizie brzmi to jak zapowiedź kartelu narracyjnego. Rzeczywistość?
Dyrektor Trębacz mówi, że chce, aby informacje z ŻIH były „sprawdzone”. To stoi w jaskrawej sprzeczności z moim doświadczeniem, gdzie prelegentka z tytułem doktora w tymże Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) powielała na początku wykładu legendy o Komendancie Powstania w Getcie ze stron dla maturzystów. Wygląda na to, że instytucja aspiruje do roli „referencyjnej”, ale wewnątrz wciąż toczy ją metodologiczna infekcja. Oprócz tego jest stała grozba "Infiltracji patogennej” procesu w którym typowe jest ciche, podstępne przenikanie obcych, szkodliwych elementów w głąb zdrowej struktury.
Prawda o strukturze ŻOB: Diagnoza manipulacji
Współczesna „infiltracja patogenna” polskiej pamięci polega na świadomym zacieraniu struktury ścisłego dowództwa ŻOB kosztem wykreowanego po latach wizerunku opartego na jednej osobie. Instytucje takie jak Muzeum Polin oraz polska prasa od dekad promują niemal wyłączny kult Marka Edelmana, który w rzeczywistości był odpowiedzialny tylko za jeden z trzech głównych obszarów walki. Ten proces rekonstrukcji historii i budowania nowego mitu nabrał tempa wraz z powstaniem organizacji KOR (Komitetu Obrony Robotników), a dziś – po 80 latach – ewoluuje w stronę teorii, które de facto zmieniają historię Powstania nie tylko w Polsce, ale i w skali światowej.
Niezaprzeczalne fakty dotyczące struktury ŻOB z kwietnia 1943 roku są jednak jednoznaczne:
- Dowództwo (Komenda): Oprócz samej Komendy Głównej, opartej na ścisłym podziale kompetencji (Komendant Główny: Mordechaj Anielewicz; Zastępca Komendanta Głównego: Icchak Cukierman, finanse: Johanan Morgenstern; operacje: Hersz Berliński, itp), reszta dowodzenia miała charakter kolegialny. Decyzje podejmowała grupa liderów z różnych frakcji politycznych (Ha-Szomer Ha-Cair, Dror, Poalej Syjon, PPR, Bund), które selektywnie odpowiadały za trzy sektory bojowe.
- Sektory bojowe: ŻOB liczył 22 grupy bojowe. Grupy Bundu były odpowiedzialne za najmniejszy z trzech obszarów walki – Sektor Szopu Szczotkarzy. Marek Edelman był dowódcą tego sektora i kiedy jego odcinek upadł, wycofał się on do bunkra przy Miłej 18 – ostatniej kwatery głównej w Sektorze Centralnym, podległej bezpośrednio Anielewiczowi.
Mit o „Ostatnim komendancie”: Status ocalałych liderów.
Analiza faktów dotyczących końca walk ŻOB ostatecznie demontuje mit o „ostatnim komendancie”. Należy jasno powiedzieć: wyjście Marka Edelmana z getta nie było aktem dowódczym, lecz operacją ratunkową zorganizowaną przez Symchę Ratajzera („Kazika”). Powstanie dla struktur ŻOB zakończyło się de facto 8 maja 1943 roku wraz z upadkiem kwatery głównej na Miłej 18 i śmiercią Mordechaja Anielewicza. Współczesne „trędowate narracje” próbują sugerować, że to właśnie w mroku kanałów Marek Edelman został „Komendantem”. Jest to historyczny absurd. Po śmierci Anielewicza naturalnym Komendantem ŻOB był jego zastępca, Icchak Cukierman, który przebywał po stronie „aryjskiej” jakotzw. przedstawiciel i łącznik. Próba przeniesienia insygniów dowódczych na Edelmana w trakcie akcji ratunkowej, w kanałach pod ulicą Prostą to kolejna „infiltracja patogenna” – tym razem mająca na celu stworzenie żyjącego symbolu na potrzeby powojennej polityki historycznej, kosztem pominięcia faktycznej hierarchii ŻOB.
Kluczowa obserwacja, diagnoza: Edelman stał się dla środowisk opozycyjnych figurą moralną, co sprawiło, że jego wersja historii rozpowszechniona m.in. dzięki książce Hanny Krall stała się „nienaruszalna” ze względów politycznych, a nie historycznych, naukowych.
Budowa mitu: Od Hanny Krall do Anki Grupińskiej
Proces tworzenia mitu „jedynego sprawiedliwego” nie zakończył się na książce Hanny Krall. Według źródeł z lat 80., książka Zdążyć przed Panem Bogiem miała ponad dwadzieścia wydań, stając się symbolem sukcesu wydawniczego. Kolejny etap tej operacji, implantacji mitu Edelmana, wspierała Anka Grupińska, kolejna z „ulubienic” Edelmana, która swoimi tekstami (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”) pełniła rolę swoistego adwokata i spowiednika, rozgrzeszającego go z historycznych nieścisłości.
Proces tworzenia mitu „jedynego sprawiedliwego” nie zakończył się na książce Hanny Krall. Według źródeł z lat 80., książka Zdążyć przed Panem Bogiem miała ponad dwadzieścia wydań, stając się symbolem sukcesu wydawniczego. Kolejny etap tej operacji, implantacji mitu Edelmana, wspierała Anka Grupińska, kolejna z „ulubienic” Edelmana, która swoimi tekstami (m.in. w „Tygodniku Powszechnym”) pełniła rolę swoistego adwokata i spowiednika, rozgrzeszającego go z historycznych nieścisłości.
Te nagłe wykreowanie Edelmana na centralną postać polityczną wywołało falę oburzenia wśród dawnych bojowników i emigrantów z lat 1946, 1956 oraz 1969. Dla ludzi, którzy znali prawdę o strukturze ŻOB, bzdury produkowane przez Edelmana były nie do zaakceptowania. Symboliczna scena rozegrała się w 1988 roku w Izraelu, w kibucu Lochamej Ha-Geta’ot (Bojowników Gett). Podczas spotkania z redaktorką Grupińską jedna ze starszych, siwych kobiet, dobrze pamiętająca tamte czasy, wstała i zapytała z wyrzutem:
„O co temu Markowi chodzi? Czy on chce zostać Chrystusem wszystkich Polaków?”.
To pytanie uderza w samo sedno. Edelman – świadomie lub nie – wszedł w rolę, która była potrzebna polskiej narracji: bohatera, który wybacza i legitymizuje nową wersję historii.
Sama Grupińska w swoich wywiadach przyznawała, że mit Edelmana stał się faktem dokonanym. Pytała go wprost:

Weryfikacja faktów vs. Wikipedia. Założyciele ŻOB (28 lipca 1942). – Edelman nie był w pierwszej grupie założycielskiej. ŻOB powołały organizacje syjonistyczne (Haszomer Hacair, Dror, Akiba). Bund, do którego należał Edelman, dołączył do struktur bojowych (Komisji Koordynacyjnej) dopiero w październiku 1942 roku. Wtedy jednak Edelman nie wszedł do dowództwa ŻOB jako przedstawiciel Bundu. Berk Sznajdmil był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku. Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Prawdą jest natomiast, że Edelman dowodził w sektorze Szopu szczotkarzy (rejon ulic Świętojerskiej, Wałowej i Franciszkańskiej). Określenie "Ostatni Komendant" jest największym mitem. Historycznie dowództwo ŻOB po śmierci Anielewicza (8 maja 1943) przestało istnieć jako scentralizowana struktura. Nie wybrano nowego komendanta głównego. Tytułowanie Edelmana „ostatnim komendantem” (również przez Michała Trębacza) nie jest faktem wojskowym.
„Marku, czy zdajesz sobie sprawę, jak wielkie znaczenie tu, w Polsce, miała książka Hanki Krall? Poprzez tę książkę zaistniałeś w świadomości wielu. Ta książka w pewnym sensie stworzyła twój obraz”.
To wyznanie jest gorzkim potwierdzeniem mojej diagnozy o infiltracji patogennej. Edelman nie zaistniał w świadomości Polaków dzięki rzetelnym badaniom historycznym czy dokumentom ŻOB, lecz dzięki literackiej kreacji, która po 1968 roku stała się „prawdą objawioną”. Dla tych, którzy cenią rzetelność, jest to prawda tragiczna: obraz bohatera został „stworzony” na potrzeby rynku opinii, zastępując fakty, za które inni – jak Anielewicz czy Cukierman – płacili najwyższą cenę milczenia i zapomnienia.

Weryfikacja faktów vs. Wikipedia. Założyciele ŻOB (28 lipca 1942). – Edelman nie był w pierwszej grupie założycielskiej. ŻOB powołały organizacje syjonistyczne (Haszomer Hacair, Dror, Akiba). Bund, do którego należał Edelman, dołączył do struktur bojowych (Komisji Koordynacyjnej) dopiero w październiku 1942 roku. Wtedy jednak Edelman nie wszedł do dowództwa ŻOB jako przedstawiciel Bundu. Berk Sznajdmil był pierwszym i pierwotnym przedstawicielem Bundu w ścisłym Dowództwie (Komendzie Głównej) ŻOB po zjednoczeniu frakcji jesienią 1942 roku. Edelman przejął funkcję w Komendzie dopiero po odejściu Sznajdmila, co czyni go „przedstawicielem z sukcesji”, a nie z wyboru założycielskiego. Prawdą jest natomiast, że Edelman dowodził w sektorze Szopu szczotkarzy (rejon ulic Świętojerskiej, Wałowej i Franciszkańskiej). Określenie "Ostatni Komendant" jest największym mitem. Historycznie dowództwo ŻOB po śmierci Anielewicza (8 maja 1943) przestało istnieć jako scentralizowana struktura. Nie wybrano nowego komendanta głównego. Tytułowanie Edelmana „ostatnim komendantem” (również przez Michała Trębacza) nie jest faktem wojskowym.
Posłowie Michała Trębacza obecnego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego) trafia w sedno manipulacji pamięcią:Narracja partyjna: Przyznanie się Edelmana, że pisał, by „syjoniści dostali w dupę”, demaskuje Getto walczy jako tekst programowy Bundu. Chodziło o pokazanie, że to Bund (socjaliści), a nie tylko syjoniści, był siłą sprawczą oporu.
Obiektywizm vs. "Prawda, ale nie do końca": Edelman w rozmowie z Anką Grupińską (autorką książki Ciągle po kole) sam przyznał się do selektywności. Jak zauważasz, książka napisana w 1945 roku była „raportem” – a raporty wojenne mają konkretny cel polityczny i propagandowy.
To pewien paradoks, że badacz tej klasy co Michał Trębacz, w tym samym tekście, w którym cytuje Edelmana przyznającego się do stronniczości, nadal używa wobec niego nienależnego mu tytułu „ostatni komendant”. To pokazuje, jak głęboko współczesna polska publicystyka zakorzeniły ten błąd.
Obiektywizm vs. "Prawda, ale nie do końca": Edelman w rozmowie z Anką Grupińską (autorką książki Ciągle po kole) sam przyznał się do selektywności. Jak zauważasz, książka napisana w 1945 roku była „raportem” – a raporty wojenne mają konkretny cel polityczny i propagandowy.
To pewien paradoks, że badacz tej klasy co Michał Trębacz, w tym samym tekście, w którym cytuje Edelmana przyznającego się do stronniczości, nadal używa wobec niego nienależnego mu tytułu „ostatni komendant”. To pokazuje, jak głęboko współczesna polska publicystyka zakorzeniły ten błąd.
Co prawda a co kłamstwo o Edelmanie na polskiej Wikipedii: Kłamstwo I: W 1942 był wśród założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej (nie był). Prawda I: W 1943 uczestniczył w powstaniu w getcie warszawskim dowodząc powstańcami na terenie tzw. szopu szczotkarzy. Kłamstwo II: Po śmierci Mordechaja Anielewicza 8 maja został ostatnim przywódcą bojowników ŻOB podczas walk w getcie (nie nie został).
Michał Trębacz napisał Posłowie do nowego wydania Getto walczy (2015) napisanej przez Edelmana w 1945 r. Oczywiście w Posłowiu Edelman jest kilkanaście razy cytowany jako ostatni komendant Powstania którym nigdy nie był i nigdy nie będzie! Posłowie - urywki:
Michał Trębacz napisał Posłowie do nowego wydania Getto walczy (2015) napisanej przez Edelmana w 1945 r. Oczywiście w Posłowiu Edelman jest kilkanaście razy cytowany jako ostatni komendant Powstania którym nigdy nie był i nigdy nie będzie! Posłowie - urywki:
Niewątpliwa siła Getto walczy tkwi w oszczędnym języku książki, dodatkowo wzmocnionym trzecioosobową narracją. Wykorzystane środki wywołują u czytelnika wrażenie autentyczności. Pytany po latach przez Ankę Grupińską o cel tego zabiegu, Edelman odpowiadał krótko: „Bo to jest raport. To było pomyślane dla ludzi w Ameryce”. I dopiero dopytywany, dodał: „A w ogóle to chodziło o to, żeby syjoniści dostali w dupę za to, co tutaj wyprawiali: że niby Bund był przeciwny walce”. Mówiąc tak, ostatni komendant powstania oczywiście znacznie pomniejszał znaczenie swojego świadectwa. Z pewnością nie pisał z pozycji partyjnych, raczej starał się przedstawić opisywane wydarzenia możliwie obiektywnie."
Historia opowiedziana w Getto walczy jest jednak subiektywna, napewno nie obiektywna. Niewątpliwie jednak w chwili pisania ksiażki była głosem w toczącej się wówczas politycznej debacie o pamięć powstania i powstańców i do dzisiaj pozostaje ważnym świadectwem tamtych czasów. Pytany przez Ankę Grupińską, czy mówi jej półprawdy, Edelman odpowiedział: „Nie, całą prawdę, tylko nie do końca. […] Nie możesz obcemu człowiekowi tego wszystkiego opowiedzieć”
** Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a Muzeum POLIN (ul. Anielewicza 6) w Warszawie wynosi w linii prostej około 800-900 metrów.
Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a adresem Muzeum Getta Warszawskiego, ul. Zielna 39 w Warszawie wynosi około 1,7 km.
*** Michał Rudawski. Mój obcy kraj? Pamięć Europy. Agencja Wydawnicza Tu, 1996.Odległość między Żydowskim Instytutem Historycznym (ul. Tłomackie 3/5) a adresem Muzeum Getta Warszawskiego, ul. Zielna 39 w Warszawie wynosi około 1,7 km.
Cześć Icchaku,
Nie wiem, o czym Ci pisać. Zostawmy tym razem osobiste sprawy. Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje i towarzyszy uczucia. Stało się coś, co przerosło wszystkie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Jeden z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi – ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. Poległ bohaterską śmiercią żołnierza przy karabinie maszynowym.
Gdy nadeszły do mnie wczoraj wiadomości, że towarzysze z PPR zaatakowali Niemców, i że radiostacja „Świt” nadała wspaniałą informację o naszej samoobronie miałem uczucie, że spełniliśmy swe zadanie. Co prawda dużo jeszcze pracy przed nami, ale wszystko, co zrobiliśmy do tej pory, zrobiliśmy najlepiej jak można.
Od dziś wieczór przestawiamy się na działalność partyzancką. W nocy wychodzą trzy nasze oddziały. Mają dwa zadania: zbrojny zwiad i zdobycie broni. I wiedz – pistolet nie ma żadnej wartości, prawie nim nie posługiwaliśmy się. Potrzebne są nam: granaty, karabiny, karabiny maszynowe i materiały wybuchowe.
Nie mogę ci opisać warunków, w jakim żyją Żydzi. Tylko nieliczni wytrzymają. Cała reszta wcześniej czy później zginie. Los jest przypieczętowany. W bunkrach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można zapalić w nocy świecy, bo brakuje powietrza... Z wszystkich oddziałów w getcie zginął tylko jeden człowiek: Jechiel. To też jest zwycięstwo. Nie wiem, co jeszcze ci napisać. Wyobrażam sobie, że pytanie goni pytanie. Ale tym razem, proszę, spróbuj zadowolić się tym.
Sytuacja ogólna: wszystkie warsztaty w getcie i poza nim zostały zamknięte, wyłączywszy „Werterfassung”, „Transavia” i „Daring”. O sytuacja u Schultza i Többensa nie mam żadnych wiadomości. Przerwany kontakt. Warsztat szczotkarzy płonie od trzech dni. Nie mam łączności z oddziałami. Jest dużo pożarów w getcie. Wczoraj palił się szpital. Budynki są w płomieniach. Policja została rozwiązana, wyłączywszy „Werterfassung”. Szmerling znów wypłynął na powierzchnię. Lichtenbaum został zwolniony z Umschlagu. Niewielu ludzi wywieziono z getta. Inaczej wygląda sytuacja w szopach. Szczegółów nie znam. Za dnia siedzimy w kryjówkach. Bądź zdrów, mój drogi. Być może jeszcze się zobaczymy. Najważniejsze, że marzenie mojego życia spełniło się. Dane mi było zobaczyć żydowską obronę w getcie – w całej jej wielkości i chwale.”
Źródło: Icchak Cukierman „Antek”, „Nadmiar pamięci. (Siedem owych lat. Wspomnienia 1939-1946”, Warszawa 2000, s. 256-257. W tych wspomnieniach Cukiermana wydanych przez PWN jest samowolnie dodany "Przypis" o Edelmanie jako zastępcy komendanta.
******* Emanuel Ringelblum napisał o Mordechaju Anielewiczu:
„Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie getta i szopów, był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji getta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie nawet znał miejsca ich wiecznego spoczynku.
Po szeregu bohaterskich czynów w styczniu i kwietniu 1943 roku zginął w parę tygodni po rozpoczęciu akcji kwietniowej w schronie o 5-ciu wejściach, uduszony gazami, które Niemcy wprowadzili przed wkroczeniem do schronu z 5-ciu stron”.
„Dobrze oceniał szanse nierównej walki, przewidywał zniszczenie getta i szopów, był pewny, że ani on, ani jego bojowcy nie przeżyją likwidacji getta, że zginą jak psy bezdomne i nikt nie będzie nawet znał miejsca ich wiecznego spoczynku.
Po szeregu bohaterskich czynów w styczniu i kwietniu 1943 roku zginął w parę tygodni po rozpoczęciu akcji kwietniowej w schronie o 5-ciu wejściach, uduszony gazami, które Niemcy wprowadzili przed wkroczeniem do schronu z 5-ciu stron”.
Friday, January 30, 2026
Korczak´s Orphanage - Dom Sierot Janusza Korczaka - Jonas Baller, number 9.
Izaak Celniker recalls:
"The thought of Janusz Korczak inevitably becomes a kind of autobiographical reminiscence. You never know which episode will suddenly appear before your eyes. In fact, while writing these few words, I remembered Jonasz—a boy of about 10 or 12, I believe. He was learning to play the violin; he played Mendelssohn. I remembered his neatly dressed father, a musician, listening to his son. And yet, nothing special connected me to him.
Only this one episode occurred. It was, I believe, at the turn of 1937/38. I was working in an engraving workshop and was returning to Krochmalna Street. As I approached No. 90, I noticed hooligans running behind me. I quickened my pace, but from the direction of Karolkowa Street, I saw Jonasz approaching with his violin. I signaled for him to run and tried to hide him, but they caught up to us. We ran together into the courtyard of the Orphans' Home. For a few minutes, I fought alone against three of them. Misza (Wasserman) Wróblewski (he might not remember this anymore) jumped out—he started shouting, grabbed me quickly, and pulled me into the building. I stayed in bed for two days afterward."
Regarding Mr. Misza, former pupils told me that he repeatedly defended them from hooligans when they were returning from school. After a moment, they would add, "along with Mrs. Wosia".
Erwin Baum recalls:
I was a pupil with number 46 at Korczak's Orphanage, and there was another boy, Jonas, number 9 (nine), who was a terrific violin player, terrific! Jomas is seen above in the photo from Korczak's Orphanage front yard. In the background, Maly Domek - Little House.
*************************
Izaak Celniker wspomina:
"Myśl o Januszu Korczaku siłą rzeczy staje się rodzajem eminiscencji autobiograficznej. Nigdy nie wiadomo jaki epizod zjawi się nagle przed oczyma. Właśnie tak pisząc tych parę słów przypomniał mi się Jonasz, 10 - 12 letni zdaje się chłopiec. Uczył się grać na skrzypcach. Grał Mendelssohna. Przypomniał mi się jego schludnie ubrany ojciec, muzyk przysłuchujący się synowi. A przecież nic mnie z nim szczególnego nie łączyło.
Zdarzył się tylko taki oto epizod. Było to zdaje się na przełomie 1937/38. Pracowałem w warsztacie grawerskim, wracałem na Krochmalną i zbliżając się do Nr 90 spostrzegłem, że biegną za mną z tyłu chuligani, przyśpieszyłem kroku, ale od Karolkowej spostrzegłem, że nadchodzi Jonasz ze skrzypcami, dałem mu znak by biegł, starałem się go ukryć, ale już nas dobiegli, wbiegli razem na podwórko Domu Sierot, przez kilko minut biłem się sam przeciw trzem. Pan Misza (Wasserman Wróblewski) może tego już sobie nie przypomina), wyskoczył - zaczął krzyczeć, szarpnął mnie szybko i wciągnął do budynku. Przeleżałem dwa dni".
Erwin Baum wspomina:
„Byłem wychowankiem Domu Sierot Korczaka miałem numer 46*. Był tam też inny chłopiec, Jonas(z), numer 9 (dziewięć), który był genialnym skrzypkiem, po prostu genialnym! Jonasz widoczny jest powyżej na zdjęciu z dziedzińca Domu Sierot. W tle widać "Mały Domek”.
"Myśl o Januszu Korczaku siłą rzeczy staje się rodzajem eminiscencji autobiograficznej. Nigdy nie wiadomo jaki epizod zjawi się nagle przed oczyma. Właśnie tak pisząc tych parę słów przypomniał mi się Jonasz, 10 - 12 letni zdaje się chłopiec. Uczył się grać na skrzypcach. Grał Mendelssohna. Przypomniał mi się jego schludnie ubrany ojciec, muzyk przysłuchujący się synowi. A przecież nic mnie z nim szczególnego nie łączyło.
Zdarzył się tylko taki oto epizod. Było to zdaje się na przełomie 1937/38. Pracowałem w warsztacie grawerskim, wracałem na Krochmalną i zbliżając się do Nr 90 spostrzegłem, że biegną za mną z tyłu chuligani, przyśpieszyłem kroku, ale od Karolkowej spostrzegłem, że nadchodzi Jonasz ze skrzypcami, dałem mu znak by biegł, starałem się go ukryć, ale już nas dobiegli, wbiegli razem na podwórko Domu Sierot, przez kilko minut biłem się sam przeciw trzem. Pan Misza (Wasserman Wróblewski) może tego już sobie nie przypomina), wyskoczył - zaczął krzyczeć, szarpnął mnie szybko i wciągnął do budynku. Przeleżałem dwa dni".
Erwin Baum wspomina:
„Byłem wychowankiem Domu Sierot Korczaka miałem numer 46*. Był tam też inny chłopiec, Jonas(z), numer 9 (dziewięć), który był genialnym skrzypkiem, po prostu genialnym! Jonasz widoczny jest powyżej na zdjęciu z dziedzińca Domu Sierot. W tle widać "Mały Domek”.
O Panu Miszy, opowiadali mnie byli wychowankowie że niejednokrotnie ich bronił przed chuliganami gdy wracali ze szkoły. Po chwili dodawali "razem z Panią Wosią". Izak Celnikier niestety nie pisze czy Jonas(z)owi, numer 9, udało się umknąć przed chuliganami.
* W Domu Sierot na Krochmalnej każdy wychowanek miał przypisany numer, który służył do oznaczania rzeczy osobistych i organizacji życia codziennego.
** Mały Domek stał przy wejściu do Domu Sierot przy samej ulicy Krochmalnej 92. Mieściły się m.in. warsztaty i pokoje personelu i bursistów.
Tuesday, January 27, 2026
Svart på Vitt - "Jäger-rapport" - Rapporten skrevs av SS-Standartenführer Karl Jäger, befälhavare för Einsatzkommando 3. Andra tyska rapporter ger "Svart på Vitt" information om Holocaust by Bullets.
| Svart på Vitt. |
| Rapporten skrevs av SS-Standartenführer Karl Jäger, befälhavare för Einsatzkommando 3 (en underenhet till Einsatzgruppe A), och skickades till Berlin i december 1941. Statistisk redovisning: Det som gör rapporten unik är dess minutiösa, nästan bokföringsmässiga, katalogisering av morden. Den listar 113 separata "aktioner" (massakrer) på 71 olika platser i Litauen och Lettland mellan 4 juli och 25 november 1941. Totalt antal offer: Det sammanlagda antalet offer uppgick till 137 346 människor. Den största enskilda aktionen i Zjitomir ägde rum den 19 september 1941. Då beslutades om en "total likvidering". Över 3 100 judar drevs samman och sköts i massgravar utanför staden. Skjutning (arkebussering) utfördes enligt ovanstående dokument). Avrättning: Offren tvingades lägga sig i rader i eller vid kanten av gropen och sköts i nacken eller ryggen av skvadroner bestående av SS-män, ordningspoliser och lokala kollaboratörer. Sveriges museum om Förintelsen har nu i flera år undvikit att direkt berätta om själva Förintelsen. De saknar en permanent utställning om ämnet och arbetar istället med ett system av tillfälliga utställningar ”med anknytning till Förintelsen”. Den senaste utställningen heter Svart på vitt. Vad innebär egentligen uttrycket? Att ha något svart på vitt betyder att något är oomtvistligt bevisat, ofta genom att det finns dokumenterat i skrift. Det handlar om bevis som är så tydliga att de inte längre går att förneka eller diskutera. Ursprunget kommer från den visuella kontrasten mellan svart bläck på vitt papper, vilket gör budskapet omöjligt att ignorera. Jag hade hoppats att museet inför Förintelsens minnesdag (idag) skulle skildra de faktiska händelseförloppen, antingen den ”industriella förintelsen” i lägren eller den fas då mördandet i stor skala inleddes: ”Holocaust by Bullets”. Det finns tillräckligt med tyskt källmaterial – dokumentation svart på vitt – som ger en glasklar bild av vad som hände. Sveriges museum om Förintelsen valde dock, som vanligt, sin egen tolkning av uttrycket: svenskt trycksvärta på svenskt tidningspapper. Utställningen skildrar således enbart den svenska medierapporteringen om Nazityskland och Förintelsen mellan 1933 och 1946. Den belyser vad som rapporterades, men också vad som ströks eller tystades ner av dåtidens censur. Man hade kunnat använda det träffsäkra namnet ”Svart på vitt” för att istället visa dokument från exempelvis dödslägren, tågtransporter till Auschwitz eller från Einsatzgruppen (se exempel nedan), som systematiskt mördade över en miljon judar med start sommaren 1941. Men så skedde inte. Läs också ett inlägg i samma ämne från 2025: Det låter kanske kryptisk när jag skriver att Vit rök från krematorier existerar inte i Sveriges museum om Förintelsen. Tyvärr, så är den beskrivningen den mest raka. Sveriges museum om Förintelsen bevarar INTE minnet om Förintelsen! https://jimbaotoday.blogspot.com/2025/12/sveriges-museum-om-forintelsen-bevarar.html and Censorship of Atrocities in Sweden – the 80th Anniversary.https://jimbaotoday.blogspot.com/2020/01/cenzura-okrucienstwa-w-szwecji-80.html SVART på VITT Jäger-rapporten - Massarkebuseringar genomförda av Einsatzkommando 3 fram till 1 december 1941 är en av de mest detaljerade och kliniska redogörelserna över massmord under Förintelsen - Holocaust by bullets. Här är en översikt över rapportens sammanhang och de kalla, byråkratiska "instruktioner" och metoder som beskrivs i den och liknande dokument från Einsatzgruppen. Rapporten skrevs av SS-Standartenführer Karl Jäger, befälhavare för Einsatzkommando 3 (en underenhet till Einsatzgruppe A), och skickades till Berlin i december 1941. Statistisk redovisning: Det som gör rapporten unik är dess minutiösa, nästan bokföringsmässiga, katalogisering av morden. Den listar 113 separata "aktioner" (massakrer) på 71 olika platser i Litauen och Lettland mellan 4 juli och 25 november 1941. Totalt antal offer: Det sammanlagda antalet offer uppgick till 137 346 människor. Kategorisering av offren: Offren var systematiskt uppdelade i kategorier: judar, kommunister, partisaner, psykiskt sjuka och romer. Den överväldigande majoriteten (98,5%) var judar, inklusive män, kvinnor och barn i alla åldrar. Den 4 juli 1941 började Einsatzkommando 9 (en enhet inom Einsatzgruppe B), i samarbete med litauer, att skjuta judar i groparna i Ponary, ett känt utflyktsmål före kriget beläget 10 km från Vilna. Vilnajudarna hämtades i razzior på gatorna och fördes till Lukiszki-fängelset (Lukiškės) och transporterades därifrån till Ponary. När Einsatzkommando 9 lämnade Vilnaområdet i slutet av juli fortsatte massmorden av Einsatzkommando 3 (en enhet inom Einsatzgruppe A) under befäl av Karl Jäger. Om man läser bara en del av sidan 6 i hans rapport ovan). Från 12 september till 25 november 1941 mördades 17 008 Vilna judar. Den 25 oktoner mördades bara kvinnor (mödrar) och barn. 1 766 kvinnor och 812 barn. Inga män arkebuserades (har skjutits denna dag i Ponaryskogen). Kallt språk: Jäger-apporten använder ett ytterst opersonligt och eufemistiskt språk. Morden beskrivs som "avrättningar" (Exekutionen) eller "speciella uppgifter" (Sonderaufgaben). Instruktioner och metoder (från Jäger-rapporten och andra källor) De "instruktioner" som användes var sällan formella, skrivna order om folkmord. Istället var det en kombination av muntliga order, ideologisk indoktrinering och logistiska anvisningar. Muntliga order: Himmler och Heydrich gav ofta muntliga order till befälhavarna, som sedan förmedlade dem till sina enheter. I maj 1941 instruerade Heydrich cheferna om att judar i statliga och partiposter skulle avrättas, men snart vidgades målgruppen till alla judar. Logistik och samarbete: Order från arméöverkommandot (Wehrmacht) beordrade att militära enheter skulle samarbeta logistiskt med Einsatzgruppen (husrum, transporter, ammunition), vilket legitimerade operationerna. Metoden "Arkebusering": Morden utfördes nästan uteslutande genom massarkebusering (skjutning). Processen var standardiserad:Insamling: Judar beordrades att samlas på en plats under förevändning att de skulle deporteras eller flyttas. Avklädning: De tvingades lämna ifrån sig värdesaker och klä av sig, ofta precis intill massgraven de ibland tvingades gräva själva. Avrättning: Offren tvingades lägga sig i rader i eller vid kanten av gropen och sköts i nacken eller ryggen av skvadroner bestående av SS-män, ordningspoliser och lokala kollaboratörer. Den största enskilda aktionen i Zjitomir ägde rum den 19 september 1941. Då beslutades om en "total likvidering". Över 3 100 judar drevs samman och sköts i massgravar utanför staden. Skjutning (arkebussering) utfördes enligt ovanstående dokument). Den största enskilda aktionen i Zjitomir ägde rum den 19 september 1941. Då beslutades om en "total likvidering". Över 3 100 judar drevs samman och sköts i massgravar utanför staden. Skjutning (arkebussering) utfördes enligt ovanstående dokument). Zjitomir var en strategisk knutpunkt och användes som högkvarter för bland annat Heinrich Himmler (hans fältläger "Hegewald" låg i närheten). Detta ledde till en extremt hög närvaro av SS-styrkor och en snabb "rensning" av området. Totalt beräknas över 10 000 judar ha mördats i själva staden, och tiotusentals fler i den omgivande regionen. Babij Jar 1941 och flygfoton från vintern och våren 1943. |
The Swedish Museum of the Holocaust has for several years now avoided directly addressing the Holocaust itself. They lack a permanent exhibition on the subject, opting instead for a system of temporary exhibitions "connected to" the Holocaust. Their latest exhibition is titled "in Black on White".
What does this expression actually mean? To have something "in black on white" means that it is indisputably proven, often through written documentation. It refers to evidence so clear that it can no longer be denied or debated. The origin of the phrase lies in the visual contrast between black ink on white paper, making the message impossible to ignore.
I had hoped that for Holocaust Remembrance Day (today), the museum would portray the actual events of the Holocaust—either its industrial phase in the camps or the period when mass murder began in earnest: the "Holocaust by Bullets." There is plenty of German source material available (see above report) — documentation "in black on white" from that era—which provides a crystal-clear picture of what transpired.
Instead, the Museum of the Holocaust in Stockholm chose, as usual, its own version of "in Black on White": Swedish printer's ink on Swedish newsprint. The exhibition depicts only Swedish media reporting on Nazi Germany and the Holocaust between 1933 and 1946. It highlights what was reported, but also what was censored or silenced by the challenges to press freedom at the time. With such a powerful title as "in Black on White" (Svart på Vitt), they could have instead displayed documents from, for example, the Einsatzgruppen (see examples below), who systematically murdered over one million Jews starting in the summer of 1941. But they did not.
The idiom "in black and white" is used to describe something that is clearly defined, documented, or judged without ambiguity. If something is "in black and white," it means there is physical, written evidence of it.
Subscribe to:
Comments (Atom)






