CAŁY ROZDZIAŁ 22 (STRONY 237–247) – PEŁNE TŁUMACZENIE
W Radzie Żydowskiej
W dużej sali budynku gminy żydowskiej w Warszawie, przy ulicy Grzybowskiej, tliła się mała lampka naftowa, zawieszona w kącie. Światło, które rzucała, ledwo wystarczało, by rozróżnić w mroku zarysy ławek, stołów i sylwetki ludzi. Unosił się tam zaduch potu i zgniłego jedzenia.
Doktor pożegnał się z Milionem na ulicy słowami pożegnania i pchnął drzwi, których nikt nie pilnował.
„Klienci” gminy, która stała się Radą Żydowską, tłoczyli się w kolejkach przed okienkami – tymi samymi, z których niegdyś wydawano im bony na żywność i odzież, przepustki do szpitala, karty pracy, karty meldunkowe czy zaświadczenia z policji – teraz, w nocy, leżeli rzędami na kamiennej posadzce.
Otuleni łachmanami, ściśnięci w grupy rodzinne, uchodźcy z okolicznych miasteczek, bezdomni i wysiedleni ze swoich mieszkań, korzystali z gościny pod dachem gminy. Komitet gminy, nie zdając sobie z tego sprawy, wiedział, że ta gościnność w murach tego budynku zamieni się dla nich w najbliższych dniach w wielką tragedię, gdyż doprowadzi do ich deportacji ze stolicy „w nieznanym kierunku”.
Mijając, niemal przeskakując nad ciałami śpiących ludzi, doktor wszedł po schodach prowadzących do gabinetu przewodniczącego gminy.
Nie musiał nawet pukać do drzwi, gdyż zastał je uchylone do połowy.
Przypomniał sobie, że jeszcze niedawno nie lada wyczynem było zwrócić się z prośbą do któregokolwiek z urzędników pracujących przy biurkach w zamkniętych pokojach, zyskać jego przychylność i czekać długą godzinę na przyjęcie. Jednak autorytet przewodniczącego Rady Żydowskiej, tej najwyższej władzy wewnątrz getta, skupiającej w swoich rękach wszystkie nitki władzy nad żydowską ludnością liczącą pół miliona dusz, nie opierał się na rzeczywistej władzy, lecz był jedynie złudzeniem, które traciło na znaczeniu, jeśli stojący na jej czele człowiek nie był silny.
Przewodniczący gminy wiedział, że nie ma w jego mocy przynieść ulgi ludziom, ale nie chciał rezygnować z tej pozycji i wiary w to; dopóki wolno mu było wchodzić i prosić, a jeśli nie otrzymywał nic poza kilkoma słowami pocieszenia – to przecież stanowiło to wartość v tych trudnych dniach.
W gabinecie Czerniakowa światło rzucane przez lampę naftową stojącą na jego biurku tworzyło szeroką plamę jasności. Ta lampa rzucała blask na gruby, skórzany fotel, pochylony nad stertami papierów. Gdy do jego uszu dotarł dźwięk kroków na schodach o tak późnej porze, podniósł wzrok znad biurka.
Jego spojrzenie spotkało się z przejętym wzrokiem doktora.
Skromne rysy twarzy przewodniczącego gminy i jego wielkie wąsy, które wydawały się teraz jeszcze bardziej siwe z powodu tego zmęczenia, nosiły ślad przerażenia.
Wstał, poprawił krzesło konferencyjne, które jeszcze niedawno zajmowały czarne i podłe postacie, wyszedł zza stołu i wyciągnął obie dłonie ku gościowi.
W tym powitaniu nie było radości: godzina pierwsza w nocy nie była odpowiednim czasem na wizyty. Na jego usta wpłynął wyraz trwogi, zamiast pytania. Na ustach przewodniczącego gminy malował się niepokój.
Od dwóch tygodni Niemcy żądali zmniejszenia liczby ludności żydowskiej; nasilały się epidemie nękające Warszawę. Od tygodni trwały negocjacje z Gestapo, przetargi, do których dołączano różne obietnice, aby odsunąć termin deportacji pierwszego transportu Żydów, zapełniając go „elementami nieproduktywnymi”, czyli znajdującymi się na listach zasiłkowych gminy.
Doktor pozostaje
Przewodniczący gminy obawiał się, że w każdej chwili ta pomoc może się skończyć, ponieważ zasoby uchodźców i bezdomnych, znajdujących się pod opieką gminy i przeznaczonych na ten cel, zostaną wyczerpane przez urzędników Gestapo.
Tym razem akcja wysiedleńcza, poza bezdomnymi, objęła również więźniów przetrzymywanych za drobne wykroczenia administracyjne. Ale to nie wystarczyło, bo Niemcy żądali teraz więcej.
Sytuacja nie wyglądała dobrze, ponieważ wysiedleńcom obiecywano, że znajdą miejsce i pracę w miasteczkach i wsiach, które zostały zdobyte przez Niemców na wschodzie i przyłączone do Rzeszy. Czerniakow nie wierzył w to.
– Proszę usiąść – podsunął krzesło doktorowi, z którego z trudem zdołał wstać, bo dobrze wiedział, kto przyniósł tę wiadomość.
Doktor usiadł. Oddychał z trudem. Droga, którą przebył z ulicy Krochmalnej na Grzybowską, nie była długa, ale ponieważ poruszanie się wieczorem wiązało się z niebezpieczeństwem śmierci, wiedział, że pomimo posiadania dokumentu lekarza szwedzkiego, każdy Niemiec, który stanąłby na jego drodze, mógłby go zabić... Tak przecież stało się z doktorem K. na ulicy Solnej, którego zamordowano bez żadnego powodu, w drodze do chorego.
– Musimy jutro opuścić dom – powiedział.
Przewodniczący gminy podniósł swoją postawną sylwetkę, opierając się o biurko doktora.
– Opuścić? I opuścić miasto? – zapytał.
– Nie, przenoszą nas stąd w głąb getta, a powód nie jest znany.
Czerniakow zamilkł. I to nie najgorsza rzecz, jaka mogła się wydarzyć, nie ta, której się obawiał. Napięcie na jego twarzy nieco opadło.
– Sprawa jest trudna, ale wciąż nie tracimy nadziei – powiedział. – Właściwie, dlaczego? Przecież ulica Krochmalna znajduje się w granicach getta.
– Dlaczego? – powtórzył doktor. – Pan jeszcze zadaje pytania.
– Tak, prawda, zapomniałem, nie wolno pytać... Nie ma potrzeby wyjaśniać... Dekrety mają moc wyroku...
– No, niezupełnie. Czyż mój pan nie zna sposobów na odłożenie ich wykonania w czasie?
– Próbuję...
Uśmiech zmienił jego twarz. Pod rzadkimi włosami poczuł bliznę. Każdy Żyd w getcie znał historię tej blizny. Podczas wizyty jednego z wyższych oficerów Gestapo w gmachu Rady, z rąk Niemca wypadła laska. Rozkazał on przewodniczącemu gminy ją podnieść. Kiedy przewodniczący spełnił rozkaz, tamten uderzył go w twarz, aż polała się krew.
Mówiono, że Niemcy szanują tylko jednego człowieka w getcie i tylko z tym jednym się liczą: z przewodniczącym Rady – Czerniakowem. Krążyły plotki, że następnego dnia prosili go o wybaczenie.
– Czy mój pan przyszedł rozmawiać o tych rzeczach? – zapytał Czerniakow.
– Ta sprawa ma moc dekretu, jak inne sprawy – odpowiedział doktor ponurym głosem. – Jednak ta nie jest najgorsza. Może to być ten dom lub inne schronienie, byleby tylko było pod dostatkiem chleba. Ale oto grożą nam zmniejszeniem racji żywnościowych. Dwadzieścia pięć gramów chleba na dzień...
– Znaczenie tego... to kolejne setki przypadków tyfusu dziennie...
– Wyjaśniłem im to. Że w ten sposób nie zdołają opanować epidemii. Ale oni wcale nie walczą z epidemią, lecz z nami.
– A co z przemytem? Słyszałem, że każdego dnia przez mury getta docierają worki chleba, ziemniaki, a nawet mięso... Mówią, że są ludzie, którzy dorabiają się na tym bogactwa.
– Wszystkie pieniądze getta utoną prędzej czy później w kieszeniach Gestapo – odparł przewodniczący gminy. – Mój pan nie wyobraża sobie, ile kosztuje każdy urzędnik i kosztowności. Czasami, kiedy brakuje mi pieniędzy, muszę wymieniać monety i oszczędności moich rodziców, bo mam do czynienia z ludźmi chciwymi, którzy nie znają sytości. Nasze pieniądze przecież się skończą, i co wtedy będzie?
– Czy nie będzie końca temu wszystkiemu? – zawołał doktor z mocą. – Czy nie nadejdzie rychło dzień pomsty? – Przewodniczący spojrzał na doktora ze zdziwieniem zza okularów? – spytał cicho.
– Czytałem w skrótach wiadomości prasowych i gazetach, które Milion przynosi mojemu panu każdego ranka – dodał doktor ze smutkiem.
– Na Boga, to chłopak! – powiedział. – On nie zna strachu. To on przyprowadził mnie tutaj i jest gotów na wiele więcej...
– To żydowskie dziecko, a dzieci w tym getcie cierpią głód od lat. Najmłodsi z nich są wysyłani za mury, żeby przynieść trochę jedzenia.
– Nie o to pytałem – odparł doktor. – Znam statystyki tych, którzy zostali zastrzeleni na murach...
– Czy to nie w tym miejscu znajduje się człowiek i jego śmierć? – Doktor zadrżał.
– Panie przewodniczący, jako liderowi społeczności nie wolno panu powtarzać słów krążących na ustach najsłabszych ludzi z getta. Taki dekret to krok w stronę „Kiddusz Haszem” (uświęcenia imienia Boga). Czyż mój pan nie wie, że mnożą się przypadki, gdy Żydzi giną publicznie? Proszą Boga o uświęcenie Jego Imienia i śmierć za wiarę... Podczas gdy w sercach brakuje wiary.
Czerniakow uśmiechnął się z lekkim skrzywieniem warg.
– Niech mój pan spojrzy, – powiedział – jeszcze niedawno nie dopuszczałem do siebie takich myśli, even w snach. Kochałem życie, kochałem ruch w tej dzielnicy. Ale niebezpieczeństwo zmusiło mnie do tej gry w karty. Jednak kierunek, w którym zmierza ta sprawa, może doprowadzić mnie do obłędu i świętości...
– Szaleństwa? Mój panie? A może walka z nimi napędza nadzieję na zwycięstwo, która tli się w jego sercu? Przecież jeszcze nie wszystko stracone.
Czerniakow zaczął chodzić po pokoju i powiedział cichym głosem:
– Mój pan nie zna ostatnich rozporządzeń... Ani słowa o jedzeniu, o niczym... Żadnych warzyw, żadnych owoców, żadnego cukru, żadnego tłuszczu... Mój pan przecież jest lekarzem, prawda?... To nie będzie zwykła śmierć. Czy mój pan słyszał o rozkazie Himmlera? Opowiadają o nim szeptem: „Według rozkazu Führera, Żydzi w Europie mają zostać nie tylko zgładzeni, ale poddani powolnej, bolesnej śmierci”.
– Dekrety, które nie mają jutra. Wojna to przecież wojna, trzeba wytrwać i zwyciężyć.
– Zwyciężyć? Oni grożą nam wojną biologiczną, a ta, która nas czeka, jest o wiele gorsza od głodu. Niech pan spojrzy, oto list z getta w Piotrkowie, list od matki do syna.
Podszedł do szafy. Wyjął kilka kromek chleba i kładąc je na stole, powiedział:
– Zapomniałem ugościć mojego pana. To wyjątkowy zaszczyt dla mnie – dodał. – Mam też trochę zupy.
Doktor nie czekał na drugie zaproszenie, wyciągnął drżącą rękę, chwycił kilka kromek i schował je do kieszeni.
– Byłbym wdzięczny mojemu panu, gdyby dał mi również kilka cukierków.
Bez słowa gospodarz podał przewodniczącemu gminy małe pudełko cukierków. Nie wiedział, że doktor będzie ich potrzebował w wielu trudnych przypadkach.
Doktor pośpiesznie przeniósł wzrok na tę znienawidzoną gazetę. Była wydawana w Krakowie, pod niemieckim biczem. Pisano w niej tylko to, na co pozwalały władze. Gazeta ta udawała zwykłą gazetę, „Goniec Krakowski”.
Doktor pozostaje
Starał się naśladować pisma Żydów, którzy sprzeciwiali się Niemcom, a nawet zamieścił rubrykę „Kącik dla dzieci”.
Mali autorzy pisali tam o swoich troskach i zmartwieniach. Tragiczne i przejmujące wersy pisane przez głodnych, bezdomnych, płaczących. Przed ich oczami stawały ich twarze: w getcie nie było dzieci.
Nawet twarze niemowląt były pomarszczone, wysuszone, jakby naznaczone bólem, a spojrzenia ich oczu były zmęczone.
Przeczytał na głos wiersz dwunastoletniej dziewczynki:
„Moim obowiązkiem jest być silną –
Nie wolno mi tutaj mówić,
Muszę ukrywać swoje sekrety,
Aby nie płakać z byle powodu.
Muszę strzec moich myśli
I głodu w moim sercu,
Zebrać łzy w milczeniu,
Ufać sercu, że wytrwa,
Bo cierpliwość jest bardzo potrzebna
W tych zimnych dniach,
Gdy mrok ogarnia nas
I zbliżają się dni cierpienia”.
Nie wolno mi tutaj mówić,
Muszę ukrywać swoje sekrety,
Aby nie płakać z byle powodu.
Muszę strzec moich myśli
I głodu w moim sercu,
Zebrać łzy w milczeniu,
Ufać sercu, że wytrwa,
Bo cierpliwość jest bardzo potrzebna
W tych zimnych dniach,
Gdy mrok ogarnia nas
I zbliżają się dni cierpienia”.
– Nie, nie na to się przygotowywałem – powiedział przewodniczący gminy i natychmiast odłożył gazetę. – Oto rzeczy, które odbierają mi spokój, – wskazał palcem.
Doktor utknął wzrokiem w rogach strony, którą wskazał mu przewodniczący gminy. Rozłożył gazetę na stole. Tytuł artykułu brzmiał: „List matki”.
„Mój najdroższy synu, twój list sprawił mi wielką radość. Minęło już tyle czasu, odkąd otrzymałam od ciebie znak życia. A teraz piszesz do mnie, i to tak dużo; bardzo się cieszę i chcę cię bardzo wesprzeć. Piszesz, że zapomniałeś, jak wyglądam, że jesteś bezradny i dopada cię z tego powodu rozpacz. Słyszysz wokół siebie tylko płacz i narzekania mesjańskie, tak że ogarnia cię rozpacz. Przestań tak myśleć... w ten sposób skazany na zagładę, ponieważ z punktu widzenia ludzkości nie ma dla nas ratunku, gdyż nigdy nie dał on światu żadnych wartości materialnych ani nie stworzył żadnych wartości duchowych.
Mylisz się, mój synu; z ust historii dowiadujemy się czegoś innego: wiele narodów odegrało kluczowe role, które służyły ludzkości i stworzyły powszechnie uznane wartości duchowe. Pod naporem kryzysów te narody ginęły i znikały z powierzchni ziemi. Tylko jeden naród pozostał. Dlaczego? Ponieważ te rzeczy, które stworzył ten naród, zostały wymazane z pamięci świata. Istnieje tylko to słowo, którego nic na świecie nie zdoła wymazać: to słowo to sumienie świata. Twory stworzone przez ich sumienie nie są skończone. Człowiek bez sumienia jest nikim innym jak dziką bestią.
Sumieniem tym jest dusza tego świata. Przygotował on swój naród i wprowadził go do rodziny narodów, „naród wybrany”, ponieważ tylko z jego duszy mogła zrodzić się szczęśliwość i doskonałość. Naród ten jest sumieniem świata pośród innych narodów, i to jest jego powołanie, jego rola. To jest racja bytu Żydów na świecie. Żydostwo to walka o sprowadzenie Boga na ziemię, walka o czystość i świętość człowieka. Walka ta nie toczy się przy pomocy miecza, lecz poprzez sprawiedliwość, modlitwę w sercu i pragnienie, by zwyciężyła prostota i sprawiedliwość.
Teraz, mój synu, czyż nie ma w tym nic z tego, czego inni się obawiają, i czyż to nie jest powód naszej obecności na tej ziemi?
Zapomnij o lęku o swoje jutro, bo nie zabraknie ci sił, by znieść swój los. Przeznaczenie nie jest ślepe na twoje wołanie. Mój synu, w tym tkwi twoje przeznaczenie, które zostało ci przeznaczone przez mędrców: to jest deine wyjątkowość, to jest twoja praca na tej ziemi.
Twoje ciało napełni się bólem, a twoje źródło wyschnie, ale nikt nie odbierze ci zadania, by sprowadzić Boga na ziemię.
Idź dalej, idź i pracuj pośród innych narodów... I ucz ich nauk ludzkości... Nauk wypływających z boskości.
Jak masz do nich mówić, synu?”
Młody człowiek zaczął czytać:
Doktor pozostaje
„Nie zabijaj —
Nie cudzołóż —
Nie kradnij —
I miłuj bliźniego swego jak siebie samego.
Nieś swój ciężar, mój synu, a odkupiciel przyjdzie...”
Nie cudzołóż —
Nie kradnij —
I miłuj bliźniego swego jak siebie samego.
Nieś swój ciężar, mój synu, a odkupiciel przyjdzie...”
Doktor siedział z pochyloną głową na krześle w gabinecie przewodniczącego getta. Poczuł, jak ten głos zbliża się i dotyka jego serca, pragnąc odpowiedzieć na te słowa. Był to mocny, rozdzierający głos, który z trudem opuszczał usta Adama Czerniakowa. Rozpoznał w nim, że to on, człowiek czynu, mąż stanu, król getta, zmagał się w swoich myślach ze wszystkim, co kryło się v tej anonimowej broszurze „Ha-Sziloach”, która w tej chwili rozpaliła się w słowach bezimiennej matki.
– To nie są słowa uległości – zawołał. – Zrzeczenie się praw do życia, ugięcie karku i poddanie się losowi. Wie o tym każdy wolny człowiek na świecie. Przecież to są najpiękniejsze słowa z „Księgi Żywych”... Przeczytaj swojemu panu o katastrofie! Historia nie raz stała po stronie Żydów, a w obliczu tej tragedii mesjańskie wizje są jedynie kłamstwem.
– To nie jest właściwa droga – podniósł głos – bo zmusza nas do ciągłego ukrywania się przed prześladowaniami. Znasz tę młodzież? Tych z ruchów Dror, Haszomer Hacair, Akiba. Po kolacji zbierają się w swoich izbach i uczą się – uczą się geografii, angielskiego, historii. Uczą się. Uczą się bez końca. Czy mój pan nie widzi w nich nadziei na przyszłość? Jako dorośli będą wiedzieć, jak zbudować nowe życie na ziemi. Chcą żyć własnym życiem, tam, gdzie nie ma złych ludzi. Tam nie grozi im zagłada, ponieważ są na swojej ziemi. Z ziemi uchodźców – dodał.
– Byłem nauczycielem, byłem członkiem syjonistycznego komitetu, wierzyłem w to... – westchnął Czerniakow.
– I teraz, jak to możliwe? Dlaczego ta wiara opuściła serce mojego pana? W tych murach, które wyssały resztki nadziei z ludzkich serc... Świat przecież nie skazał nas na zagładę. Nie wolno zapominać o takich rzeczach, nie wolno... drukować takich rzeczy. Zapomniał pan, panie doktorze, że nie tylko Boga sprowadziliśmy na tę ziemię... Nienawiść do nas zrodziła się na tle naszych ludzkich podbojów... Rekordów... Odkryć... Wpływów w koniunkturze gospodarczej, w gazetach, w sztuce...
Przewodniczący gminy zamilkł. Otarł usta chusteczką.
– Czy i pan mówi o wpływach? – odparł doktor. – Skąd wzięły się te wpływy, z których tak dumny jest ten „dobry” świat? Czy na nieszczęściu Żydów? Słyszy pan, panie przewodniczący, co dzieje się wokół? Czy widzi pan, jak gęsty mrok nas otacza? To nie wina nocy. Dla nas ta noc jest wieczna. Nasz głos nie jest słyszany... Dla nas zawsze jest ciemność i mrok.
– Nie próbowaliśmy interweniować – szepnął doktor – nie próbowaliśmy walczyć.
– Interweniować? Z czyjej strony? Strategie i intrygi polityczne nie biorą pod uwagę życia ludzkiego... Walki? Czym? Kamieniami? Czy kamienie spadną z nieba od tych potężnych rąk?... Wie pan, panie doktorze, czego boję się najbardziej?
Doktor zacisnął usta i milczał.
– Pewnego dnia w tym wielkim tłumie obudzi się dzika bestia... Sługusy tego systemu zaczną walczyć między sobą, rzucając się sobie do gardeł... Wie pan, panie doktorze, że dziś niełatwo już kupić Żyda za cenę życia, czy życia jego dziecka; za cenę chleba sprzeda brata, pana i nas wszystkich... Oby ta chwila nie nadeszła tak szybko, oby nie nadeszła przed końcem getta – zawołał. – Lepiej dla mnie umrzeć z otwartymi oczami, zanim miasto uchodźców dotknie swój ostateczny los.
Doktor przerwał swoje rozważania. W żaden sposób nie chciał przyznać racji czarnym wizjom przewodniczącego gminy. Mimo wszystko wierzył, że ten świat nie ugnie się przed tymi stanami ducha, że ocaleje inteligencja żydowska.
– Nie – powiedział po kilku chwilach i odzyskał panowanie nad sobą. – Czy mój pan nie zna siły ukrytej w głębi naszego narodu? Oni, starsi – Mesjasz – nie zatrzymają tego koła. Z moralnego punktu widzenia. Mas jest też dzieci... jest młodzież... oni, jako pierwsi, nie słyszeli o mesjanizmie. Chcą żyć. Przecież mają do tego prawo – dodał – dali nam już tego mały dowód.
Powrócił do nieszczęsnych uchodźców stojących na dole.
– A co z kwestią utrzymania? Jak pan wykarmi, panie przewodniczący, te dzieci?
– Nie wiem. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby znaleźć dla nich pożywienie. Dzieci uratują to getto. Są zwinne, bystre i nie znają strachu w sercu. Gdzie jest ten chłopak?
Przewodniczący gminy na chwilę pogrążył się w myślach.
Nazajutrz rano gmina miała opróżnić dom uchodźców, a stłoczeni na ulicy Grzybowskiej ludzie mieli zostać wyprowadzeni... Nikt o tym nie wiedział, oprócz przewodniczącego gminy, i ta tajemnica ciążyła mu tej nocy. Gdyby zdecydował się wydać tych ludzi w ręce katów, byłaby to zdrada, której za wszelką cenę chciał uniknąć.
Przekazał te pieniądze, ten dar gminy, do dyspozycji doktora.
Nie było innego wyjścia. Następnego dnia doktor musiał przyjść odebrać klucze.
Nawet nie patrząc na przewodniczącego, pospiesznie opuścił pokój.
Czerniakow odprowadził go wzrokiem pełnym rezygnacji, jakby żegnali się na zawsze.
Doktor nie miał go już nigdy więcej zobaczyć.
Słyszał tylko, jak wieść niesie, że po kilku dniach Niemcy zażądali od przewodniczącego nowej listy mieszkańców getta przeznaczonych do deportacji. Połknął wówczas, zamiast podpisu, trzy tabletki cyjanku, które trzymał w szufladzie biurka.
Nie wiedział, że wie o tym o wiele więcej mieszkańców getta niż inni.
Akcja rozdziału rozgrywa się w gmachu Rady Żydowskiej (Judenratu) przy ulicy Grzybowskiej w Warszawie. Czas akcji to środek nocy (około godziny pierwszej), tuż przed rozpoczęciem wielkiej akcji likwidacyjnej getta. Budynek gminy stał się tymczasowym schronieniem dla setek bezdomnych uchodźców z podwarszawskich miasteczek, którzy śpią na kamiennych posadzkach korytarzy, nieświadomi, że w najbliższych dniach zostaną wywiezieni przez Niemców „v nieznanym kierunku”.
Główni bohaterowie
- Doktor – główny bohater (prawdopodobnie postać fikcyjna lub wzorowana na autentycznej osobie), posiadający dokumenty szwedzkiego lekarza, który przychodzi do Judenratu po pomoc w obliczu przymusowego przesiedlenia mieszkańców jego kamienicy.
- Adam Czerniakow – autentyczna postać historyczna, przewodniczący warszawskiego Judenratu. Przedstawiony jako człowiek głęboko zmęczony, przytłoczony odpowiedzialnością i świadomy iluzoryczności własnej władzy.
Przebieg spotkania i debata ideologiczna
Doktor przychodzi do gabinetu Czerniakowa z wiadomością, że Niemcy nakazali wysiedlenie mieszkańców z ulicy Krochmalnej w głąb getta (ul. Chlodna 33 w 1940 r, ul. Sienna 16 w 1941 r). Rozmowa szybko schodzi na tragiczne realia codzienności:
- Dramat biologiczny: Niemcy drastycznie zmniejszają racje żywnościowe (do 25 gramów chleba dziennie), co napędza śmiertelną epidemię tyfusu. Czerniakow wyznaje, że zasoby finansowe getta topnieją, ponieważ każda próba odsunięcia deportacji wymaga ogromnych łapówek dla skorumpowanych funkcjonariuszy Gestapo.
- Konfrontacja postaw wobec cierpienia: Bohaterowie analizują podziemną gazetę, w której opublikowano przejmujący wiersz 12-letniej dziewczynki o konieczności tłumienia płaczu oraz anonimowy „List matki” z artykułu pt. Agada o narodzie. Tekst ten definiuje naród żydowski nie poprzez dobra materialne, ale jako „sumienie świata” i strażnika moralności (Dekalogu).
- Spór o przyszłość: Doktor, mimo grozy sytuacji, reprezentuje postawę pełną nadziei. Wskazuje na młodzież z podziemnych organizacji (Dror, Haszomer Hacair, Akiba), która nocami uczy się historii i języków, przygotowując się do budowy nowego życia we własnym kraju. Czerniakow, choć sam był działaczem syjonistycznym, jest sceptyczny – uważa, że nienawiść okupanta jest zbyt potężna, a system hitlerowski obudzi w udręczonych ludziach „dziką bestię”, zmuszając ich do walki o przetrwanie kosztem bliźnich.
Finał i nawiązanie historyczne
Czerniakow, świadomy zbliżającej się likwidacji punktu uchodźców na Grzybowskiej, przekazuje Doktorowi zapomogę finansową oraz klucze do nowego schronienia. Spotkanie okazuje się ich ostatnim.
Rozdział kończy się bezpośrednim odniesieniem do faktów historycznych z 23 lipca 1942 roku. Gdy Niemcy zażądali od Czerniakowa podpisania obwieszczenia o przymusowym wysiedleniu Żydów (będącego początkiem wywózek do obozu zagłady w Treblince) i objęcia akcją również dzieci, przewodniczący odmówił współpracy. Zamiast podpisać wyrok na swoich rodaków, popełnił samobójstwo w swoim gabinecie, zażywając przechowywany w szufladzie cyjanek.
