Wednesday, July 15, 2026

Z Krochmalnej 92 na fronty świata: Żołnierze Starego Doktora.



PŁK MICHAŁ WRÓBLEWSKI, był więźniem getta warszawskiego i pracował z Januszem Korczakiem w tym samym Domu Sierot. Był również aktywny w konspiracji na terenie getta (podziemiu getta). Zdołał wydostać się z getta i żył na „aryjskich papierach”. Zgłosił się na ochotnika do Armii Radzieckiej w pobliżu Kijowa, a później został przeniesiony do Wojska Polskiego, gdzie awansował do stopnia pułkownika. Mieszka w Szwecji.

Długo się zastanawiałem, jaki dać tytuł i jak opisać dwóch bursistów Korczaka, Pana Józka i Pana Miszę, walczących z faszyzmem z bronią w ręku. Józek Halpern Arnon był w szeregach armii brytyjskiej i walczył w Afryce, a potem we Włoszech itd. Pan Misza był w Armii Czerwonej, a potem od miejscowości Sumy na Ukrainie w Wojsku Polskim. W moim archiwum w Sztokholmie znalazłem 30 stron rękopisu o Panu Józku w tym okresie.

Ci, którzy znali ich przed wojną i po wojnie, zapamiętali ich jako ludzi niezwykle spokojnych, opanowanych i zrównoważonych. Rzadko podnosili głos, emanowali głęboką, pedagogiczną cierpliwością. Jednak kiedy faszyzm zagroził całemu światu, ci dwaj dawni bursiści z Domu Sierot (DS) Janusza Korczaka zostali zmuszeni, by naukę Starego Doktora o odwadze i ludzkiej godności przekuć w czyn – z bronią w ręku.

Aby w pełni zrozumieć ich drogę, trzeba najpierw cofnąć się do tragicznego września 1939 roku i spojrzeć na specyficzny, bolesny stosunek samego Janusza Korczaka do wojny. Doktor nie był teoretykiem pacyfizmu, który o koszmarze frontu czytał jedynie w książkach – jak sam pisał, przeżył aktywnie aż cztery wojny (jako lekarz polowy m.in. w wojnie rosyjsko-japońskiej, I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej). Korczak postrzegał wojnę nie tylko jako tragedię humanitarną, ale przede wszystkim jako destrukcyjne, nieludzkie zjawisko socjalne, w którym normy społeczne ulegają całkowitemu rozkładowi, a najbardziej bezbronną ofiarą staje się dziecko.

Gdy we wrześniu 1939 roku na Warszawę spadały niemieckie bomby, młody Pan Misza podszedł do Doktora z dramatycznym pytaniem: „Co mam robić?”. Korczak, mimo swojego głębokiego humanizmu i miłości do wychowanków, nie zatrzymywał go przy sobie. Odpowiedział krótko i stanowczo: Pan Misza powinien natychmiast przejść przez Wisłę na prawy brzeg i szukać punktów zbiornych formującego się Wojska Polskiego, by podjąć walkę z najeźdźcą.

Mój Ojciec posłuchał rozkazu Starego Doktora i ruszył na drugą stronę Wisły. Jednak rzeczywistość tamtych wrześniowych dni była pełna chaosu i klęski. Żadnych punktów zbiornych Pan Misza nie znalazł, a polscy oficerowie, których zdezorientowany pytał o miejsca formowania oddziałów, patrzyli na młodego chłopaka z niedowierzaniem i dosłownie „pukali się w czoło”. Polskie dowództwo było w rozsypce, a kraj chylił się ku upadkowi. To właśnie ten moment załamania zmusił mojego Ojca do podjęcia samotnej walki o przetrwanie, która po latach zaprowadziła go do munduru żołnierza na froncie wschodnim.

Ich losy ułożyły się w filmową odyseję, która toczyła się na dwóch skrajnie różnych frontach II wojny światowej, ale według dokładnie tej samej busoli moralnej.

Pan Józek (Józef Halpern Arnon) – Wojownik pustyni i imperium
Józek był małomównym bursistą, który wyemigrował do ówczesnej Palestyny już w 1932 roku. Był chyba najbardziej cenionym przez Korczaka wychowawcą. Wtedy Pan Misza przejął po nim tzw. Gimnastike poranną". To do Józka Korczak napisał swój słynny, gorzki list o polskim antysemityzmie, który podcinał skrzydła wszelkiej pracy pedagogicznej. Gdy wybuchła wojna, Józek nie zwlekał. Wstąpił w szeregi armii brytyjskiej i został wysłany do palących walk w Afryce Północnej, gdzie stanął oko w oko z Korpusem Afrykańskim Rommla. Stamtąd jego szlak bojowy wiódł przez krwawe potyczki we Włoszech, aż do legendarnej Brygady Żydowskiej. W moim archiwum w Sztokholmie odnalazłem 30 stron jego unikalnych, odręcznych wspomnień z tego okresu – skarb, który wkrótce zacznę przepisywać na blogu.

Pan Misza (Michał Wróblewski/Wasserman) – Ochotnik z opustaszonego getta
Mój Ojciec, Pan Misza, był w gruncie rzeczy człowiekiem pokoju – pedagogiem z powołania i zamiłowania. Jego droga na front była jednak czystym majstersztykiem walki o przetrwanie. Po udanej ucieczce z warszawskiego getta przedostał się na wschód. Trafił do okupowanego Kijowa, gdzie pod fałszywą tożsamością „polskiego robotnika” i fachowca murarza zdołał utrzymać się przy życiu pod samym nosem Niemców. Pracował (na aryjskich papierach) i czekał na ofensywę Armii Czerwonej. Gdy front wreszcie dotarł do Kijowa, Ojciec zrobił coś, co pokazało jego niezłomny charakter: natychmiast zapisał się do Armii Czerwonej jako ochotnik. Chciał walczyć z faszyzmem. Od miejscowości Sumy na Ukrainie został następnie przeniesiony do formujących się jednostek Wojska Polskiego (1. Armia WP), gdzie jako oficer (i późniejszy major) przeszedł cały szlak bojowy przez wyzwoloną Warszawę, aż po ostateczny szturm na Berlin. O udziale wychowawców i wychowanków w ruchu oporu w Getcie Warszawskim piszę oddzielnie w ramach mojego blogu.

Przedwojenne „bitwy” na ulicy Krochmalnej
Choć zarówno Józek, jak i Misza słynęli ze swojego spokoju, twarda rzeczywistość ulicy nie była moim Ojcu obca. Jego pierwsze „bojowe” doświadczenia sięgały bowiem lat przedwojennych na Krochmalnej 92. W tamtych czasach żydowscy wychowankowie, którzy opuszczali sierociniec, by udać się do szkół lub z nich powrócić, byli nieustannie narażeni na brutalne ataki ze strony lokalnych chuliganów z Woli.
Mój Ojciec, Pan Misza, stworzył wtedy swoisty patrol ochronny wspólnie z panią Wosią – stanowczą i energiczną praczką z Domu Sierot. Mając panią Wosię u swego boku, Ojciec stał na ulicy i własnymi rękami bronił bezbronnych sierot Korczaka. To tam, w obronie dzieci na chodnikach Krochmalnej, rodził się ten sam fundament. Gdy nadeszła wielka wojna, Ojciec po prostu zamienił obronę wychowanków na obronę całej ludzkości.

Walczyli w różnych mundurach, tysiące kilometrów od siebie – jeden w piaskach Afryki, drugi w błocie frontu wschodniego []. W rzeczywistości jednak bili się pod tym samym, niewidzialnym sztandarem []. Obaj byli żołnierzami z Krochmalnej 92.
Historia wojenna Pana Józka opisana przez żonę, Ceśkę Arnon.
„W latach 1935–1936 Józek pracował jako sekretarz i kierownik Rady Naczelnej ruchu syjonistycznego w Palestynie, mieszkając w tym okresie w Tel Awiwie. Po powrocie do swojego macierzystego kibucu poślubił Ceśkę, swoją obozową i ideową towarzyszkę. Od tamtego momentu kroczyli wspólnym szlakiem życia przez ponad 40 lat. Pod koniec 1937 roku przyszedł na świat ich syn, Asa.
W lecie 1938 roku jego kibuc przeniósł się w celu zasiedlenia na trudne, bagnisto-malaryczne tereny w pobliżu miasta Akki (Akko). Józek wyruszył tam w pierwszej, pionierskiej grupie kibucników. Niestety, już po kilku tygodniach zachorował na malarię, co zmusiło go do tymczasowego opuszczenia osady. Przez cały trudny okres lat 1939–1941 ich rodzina żyła w rozłączeniu: jedno z rodziców wraz z synem przebywało w poprzednim osiedlu, podczas gdy drugie organizowało życie w nowym miejscu. Przez kilka miesięcy Józek pracował fizycznie na budowie w Dżeninie, gdzie wznosili stację policji brytyjskiego rządu mandatorskiego. Niedługo potem, jesienią 1941 roku, podjął ostateczną decyzję i zgłosił się jako ochotnik do armii brytyjskiej w ramach formującej się Brygady Żydowskiej, która miała wkrótce podjąć walkę w Egipcie, a później na froncie europejskim we Włoszech, stając twarzą w twarz z niemieckim najeźdźcą.
Długich pięć lat spędził Józek w wojsku, z czego co najmniej cztery poza granicami kraju. W 1944 roku urodziła się ich córka, Awital, która poznała swojego ojca dopiero wtedy, gdy miała już blisko dwa lata. Okres służby w armii, a zwłaszcza pobyt w Europie, był niezwykle różnorodny pod względem powierzanych mu zadań, bliskiej styczności z ludźmi, a przede wszystkim – wstrząsających przeżyć związanych ze spotkaniami z ludzkimi rozbitkami wojennymi. Józek stykał się bezpośrednio z grupami ocalałej z Zagłady młodzieży, która z pomocą UNRRA organizowała się w obozach przejściowych i tymczasowych kibucach, przygotowując się do masowej emigracji do Erec Israel. Spędził wśród nich kilka tygodni, prowadząc dla nich wykłady oraz przygotowując ich do przyszłego życia w ojczyźnie.
Jednym z najbardziej poruszających, bolesno-radosnych momentów tamtego czasu było jego osobiste spotkanie z rodzonym bratem na ziemi włoskiej oraz odnalezienie dwóch szwagrów (braci jego żony, Bejki), którzy przeszli przez piekło obozów koncentracyjnych w Auschwitz i Bergen-Belsen. Po pięciu latach wojennej tułaczki, w 1946 roku, Józek powrócił wreszcie do swojego domu – głęboko stęskniony, zmęczony, ale gotowy, by torować drogę ku zupełnie nowej przyszłości.”

Komentarz historyczno-biograficzny (Dlaczego te strony o Panu Józku i Panu Miszy, jak i inne wpisy, tworzą całość?)
To swoiste połączenie losów dwóch bylych wychowawców w Domu Sierot Janusza Korczaka, tworzy niezwykle spójną opowieść, która idealnie zazębia się ze strukturą mojego bloga:
  • Pionier i żołnierz Brygady Żydowskiej: Strona 7 s opowieści Ceśki Arnon, pokazuje Józka jako budowniczego i pioniera [w Polsce należał do Haszomer Hacair], a strona 8 jako żołnierza, który wraca do Europy w brytyjskim mundurze, by nie tylko walczyć, ale ratować ocalałych.
  • Wątek UNRRA i obozów-kibuców (Akcja Bricha): Zapis o tym, że Józek spędził tygodnie w obozach DP UNRRA, prowadząc wykłady dla ocalałej młodzieży syjonistycznej, to kolejny bezpośredni punkt wspólny z akcją Brichy i Aliah Beth, o której pisałem przy okazji statku Transilvania i Pana Miszy, oficera na granicy polsko-czechosłowackiej w 1946 roku! Pokazuje to, że podczas gdy mój Ojciec, Pan Misza, zabezpieczał przejście, emigrację Ocalałych z Polski na Zachód to Józek w tym samym czasie przygotowywał ich mentalnie i organizacyjnie do dalszego wjazdu do Palestyny jako żołnierz Brygady.
  • Emocjonalna klamra Bergen-Belsen i wpis na moim blogu: Wzmianka w rekopisie Ceśki o odnalezieniu przez Józka we Włoszech szwagrów (ocalonych z Auschwitz i Bergen-Belsen) to potężna klamra z historią małej Sali i Gitli Nejkrong, która w tym samym Bergen-Belsen oddała życie.
Szlak wojenny Brygady Żydowskiej (Jewish Brigade Group) rozpoczął się w Egipcie (jesień 1944 r.), lecz główne działania miały miejsce we Włoszech (marzec – maj 1945 r.) w ramach kampanii włoskiej. Formacja dotarła na front w marcu 1945 r., przechodząc szlak bojowy od rejonu rzeki Senio, walcząc z wojskami niemieckimi wzdłuż linii Gotów i na przedpolach Bolonii.
Po kapitulacji Niemiec Brygada została przeniesiona na granicę włosko-jugosłowiańską, a następnie do Belgii i Holandii. Jej żołnierze odegrali kluczową rolę humanitarną, pomagając ocalałym z Holokaustu oraz wspierając nielegalną imigrację do Mandatu Palestyny. Wielu weteranów zasiliło później szeregi izraelskiej armii (IDF).

Tuesday, July 14, 2026

DS och D.S. - Dom Sierot Korczaka.


Janusz Korczak osobiście używał skrótu „D.S.” (lub „DS”) jako oficjalnego i naturalnego oznaczenia Domu Sierot. Skrót ten pojawia się bezpośrednio w jego własnych zapiskach, listach, sprawozdaniach oraz w najważniejszym, pisanym w getcie dokumencie – w Pamiętniku.
 
Używał go zarówno w kontekście instytucji, jak i w potocznym, wewnętrznym języku. Pisał o „budżecie D.S.”, „personelu D.S.” czy „historii D.S.".

A pierwszy "Dom Sierot" Korczaka to nie był ten na ulicy Krochmalnej 92.

Monday, July 13, 2026

Historia jednego potwierdzenia: Ocalić imiona z nieludzkiej statystyki Treblinki.



Lista pokładowa Białego statku UNRRA "Kastelholm" z nazwiskiem Sali oraz karta DP-2 wypełniona w Lubece dzień przed wyjazdem do Szwecji. Na karcie DP-2 jest adnotacja: Rodzice deportowani. Znajdowała się pod opieką wuja BOGDAŃSKIEGO ABRAHAMA, w PIOTRKOWIE. W grudniu 1944 deportowana do Ravensbrück. W marcu 1945 do Bergen-Belsen. Tam odnalazł ją po wyzwoleniu, wuj Abram, który pozostał w Bergen-Belsen.

Komentarz historyczno-archiwalny
Ta jedna mała urzędowa fiszka z Lubeki, spisana przez alianckiego urzędnika z UNRRA na dzień przed wyjazdem Sali do Szwecji, to potężny, faktograficzny dokument dla dzisiejszego wpisu:
  1. Potwierdzenie wuja Abrama: Karta czarno na białym wymienia nazwisko i imię wuja: BOGDANSKI ABRAHAM, dokładnie potwierdzając Twoje słowa o tym, że to on przejął nad nią opiekę w Piotrkowie po zaginięciu matki.
  2. Ścisła chronologia obozowa: Zapis urzędowy idealnie, co do miesiąca, mapuje tragiczną trasę, którą zrekonstruowałeś na podstawie wywiadu: likwidacja i wywóz z Piotrkowa pod koniec 1944 roku, pobyt w Ravensbrück i dalsza ewakuacja w marcu 1945 roku („In March 45”) do Bergen-Belsen.
  3. Wątek odnalezienia na szpitalnym łożu: Zdanie „There her uncle found her” (Tam odnalazł ją wuj) to urzędowy zapis dramatycznego momentu, w którym Abram odszukuje Salę w Bergen-Belsen. Ostatnie słowa „left in Bergen” (pozostał w Bergen) to lakoniczna, ale jakże bolesna adnotacja o tym, że wuj musiał zostać w Niemczech, nie dostając pozwolenia na wyjazd ze swoją siostrzenicą do Szwecji.

Jak odnaleźć imiona, które miały zniknąć na zawsze?

Ofiary Treblinki nie mają własnych grobów, a ich nazwiska przepadły w popiołach, ponieważ w komorach gazowych ginęły bezpowrotnie całe wielopokoleniowe rodziny. Wraz z ludźmi umierała pamięć o nich. Dziś, z okazji wyjątkowego jubileuszu 3 milionów odsłon mojego bloga, dzielę się z Wami niezwykłą „historią jednego potwierdzenia”. To zapis prawie "detektywistycznego śledztwa", które – dzięki jednemu szwedzkiemu zdaniu z archiwów wideo Shoah Foundation oraz pożółkłym stronom w języku jidysz – pozwoliło wyrwać z nieludzkiej statystyki kolei Deutsche Reichsbahn dwie nastoletnie dziewczynki: Chanę i Chawę Najkron. Poniżej publikuję unikalne, ocalałe fotografie ich matki Gitli z córkami oraz skany odnalezionych stron z Księgi Pamięci, które na zawsze przywracają im tożsamość. Zapraszam do lektury tej przejmującej opowieści o małym triumfie pamięci w walce z zapomnieniem.

„Potwierdzanie śmierci” i Fundacja Pamięć Treblinki
Procedura znana w historiografii i badaniach nad Zagładą jako „potwierdzanie śmierci” (ang. Confirmation of Death) to jedno z najtrudniejszych, a zarazem najbardziej bolesnych zadań, przed jakimi stają współcześni badacze. W przypadku obozów pracy, Niemcy prowadzili skrupulatną, obozową buchalterię, nadając więźniom numery i często tatuaże. W Obozie Zagłady Treblinka było zupełnie inaczej. Tam celem była natychmiastowa, całkowita i bezimienna likwidacja. Ponieważ w komorach gazowych w kilka godzin ginęły bezpowrotnie całe linie genealogiczne, po tysiącach ofiar nie pozostał dosłownie nikt. Nikt, kto po wojnie mógłby zgłosić ich nazwiska do oficjalnych rejestrów. Brak jakichkolwiek dokumentów sprawiał, że ofiary te stawały się podwójnie martwe – najpierw biologicznie, a potem historycznie, skazane na wieczne nieistnienie.
W tym miejscu kluczową, tytaniczną pracę wykonuje Fundacja Pamięć Treblinki – niezwykle poważna, zdeterminowana i pozytywna grupa ludzi, która od lat z rzetelnością godną najwyższego szacunku walczy o każdą pojedynczą tożsamość. Wolontariusze i historycy z tej organizacji krok po kroku, niczym z rozbitych kawałków szkła, rekonstruują Listę Ofiar, weryfikując każdy strzęp informacji. Dla nich każde nowo potwierdzone imię to wyrwanie człowieka z rąk oprawców i przywrócenie go ludzkości.
Od lat biorę udział w tym procesie. Na początku to podałem znane nazwiska mojej własnej rodziny, ponad 100 osób. Następnie dzieci z Domu Sierot i tysiące nazwisk z Monumentu Zagłady w Sztokholmie, które zgromadziłem w latach 1993–1995.
Sala Zyskind, urodzona w 1939 roku, składała w 1997 roku swoje poruszające świadectwo dla Shoah Foundation w języku szwedzkim – kraju, który w 1945 roku stał się jej nową ojczyzną. To właśnie słuchając jej szwedzkiej relacji, w której zderzały się dwa światy: przedwojenna trauma Piotrkowa i spokojna powojenna Skandynawia, wyłowiłem to jedno fundamentalne zdanie o deportacji córek Najkron. Sala, mówiąc po szwedzku o tragedii polsko-żydowskiej rodziny, dała mi klucz. Wiedziałem, że muszę to wyznanie o dwóch bezimiennych nastolatkach zamienić na język faktów dla Fundacji Treblinka. To znaczy odnaleźć ich imiona.
Fotografia Gitli z dwiema nastoletnimi córkami, którą dziś Wam prezentuję, oraz skany stron w języku jidysz, to nie są zwykłe ilustracje. To są niezaprzeczalne, urzędowe akty oskarżenia przeciwko niemieckiej machinie zbrodni. To dowód, że Chana i Chawa istniały, kochały, miały swoje marzenia i że dzięki szwedzkiemu świadectwu Sali oraz rzetelnej pracy Fundacji Treblinka, ich imiona wracają dziś na mapę pamięci świata.”
To jest historia jednego potwierdzenia. To opowieść o tym, jak jedno krótkie, z pozoru (nie)przeoczone zdanie z cyfrowego archiwum wideo potrafi przywrócić tożsamość i ludzką godność osobom, które nazistowska machina Zagłady próbowała na zawsze wymazać z ludzkiej pamięci.
Punktem wyjścia dla moich wieloletnich poszukiwań stało się poruszające świadectwo wideo, które ocalała Sala (mieszkająca dziś w Szwecji) złożyła dla Shoah Foundation. Sala należała do dużej grupy dzieci, które 26 lipca, w ostatnim transporcie ze szpitala w Bergen-Belsen, dotarły Białymi statkami UNRRA do Szwecji. W swojej relacji nagranej w 1977 roku wspomina ona małżeństwo Gitli i Chaima Najkron. Wspomina, że mieli dwie nastoletnie córki, zanim się ją zaopiekowali. Oto rekonstrukcja ich tragicznych losów oraz prawda historyczna, która przez lata kryła się za suchymi frachtami niemieckiej kolei.
Getto w Piotrkowie i niewolnicza praca w fabryce Bugaj
W 1939 roku Sala wraz z najbliższymi znalazła się w grupie dzieci, które jako pierwsze trafiły wraz z rodzicami do getta w Piotrkowie Trybunalskim – pierwszego nazistowskiego getta utworzonego w okupowanej Europie. Gdy w 1940 roku jej ojciec, Wolf, został zamordowany przez Niemców, opiekę nad dziewczynką przejęli matka, Rózia, oraz wuj Abram Bogdański. Długo udawało im się chronić Salę. Wtedy nastąpiła katastrofa: najpierw matka została deportowana do niewolniczej pracy w fabryce amunicji w Skarżysku-Kamiennej, a wkrótce potem nie wrócił z pracy, zaginął wuj Abram. Żadne z nich, bez ostrzeżenia, po prostu nie wróciło z pracy i Sala została sama na podwórku domu, gdzie mieszkali.

Osamotnioną, bezbronną dziewczynką zaopiekowało się wówczas małżeństwo Nejkron. Gitla i Chaim Najkron mieszkali i pracowali w getcie, a potem na terenie tartaku i fabryki drewnianej Bugaj na obrzeżach miasta, fabryki, która w praktyce funkcjonowała jako zamknięty obóz pracy przymusowej. To właśnie dzięki statusowi fabryki pracującej na rzecz niemieckiego przemysłu zbrojeniowego, pozostający tam przy życiu Żydzi oraz ich dzieci mogli chwilowo przetrwać – starsze dzieci pracowały jako pomocnicy, młodsze ukrywano. Gdy pod koniec 1944 roku do Piotrkowa zbliżał się front, obóz zlikwidowano, a wszystkich żydowskich pracowników wraz z dziećmi wtłoczono do wagonów bydlęcych. Niemcy konsekwentnie rozdzielali rodziny: mężczyzn pędzono do Buchenwaldu, a kobiety i córki do Ravensbrück. Rodzina Nejkronów została rozdarta na pół – Chaim trafił do Buchenwaldu, a Gitla wraz z małą Salą, którą chroniła jak własną córkę, do Ravensbrück.
Piekło Bergen-Belsen i puste wagony Deutsche Reichsbahn
Na początku 1945 roku, podczas ewakuacji obozów i marszów śmierci, Gitla i Sala trafiły do Ravensbrück, a stamtąd do Bergen-Belsen. Zostały uwięzione w wielkim baraku, w którym połowę skazanych stanowiły żydowskie kobiety z Polski, a drugą połowę Romowie [INDEX]. Wszyscy leżeli pokotem bezpośrednio na brudnej ziemi. W Bergen-Belsen panował potworny głód i tyfus. Gitla Nejkrong walczyła o życie małej Sali do samego końca, lecz jej własne siły wygasły. Jak wspomina Sala: „Ciocia Gitla zachorowała i zmarła z głodu i wycieńczenia na dzień przed wyzwoleniem obozu, 14 kwietnia 1945 roku. Jej ciało trafiło na te przerażające, wielkie stosy trupów”.
Dzień później do obozu weszli Anglicy. Po pierwszej fazie ratunkowej dzieci i młodzież przeniesiono do dużego budynku zwanego Round House. Pewnego dnia zjawiała się tam komisja złożona z rosyjskich Żydów, którzy szukali sierot, by zabrać je i wybrać dla nich... nowe życie. Sala ze strachu ukryła się w szpitalu i została w Bergen-Belsen. Nadeszło gorące lato []. Dzieci przenoszono w inne miejsca (była tam Dorka Rubinowicz, Iwa i druga Sala). W obozowym szpitalu Salę odnalazł jej wuj Abram, jednak powojenne procedury były bezwzględne i nie pozwolono mu zabrać siostrzenicy ze sobą.
W lipcu 1945 roku Sala trafiła do Szwecji w grupie dzieci z Kinderheim. Podczas zbierania wywiadów po latach, urzędnicy Fundacji Shoah z uderzającą ignorancją historyczną wielokrotnie pytali ją, czy przybyła do Szwecji słynnymi „Białymi Autobusami” Bernadotte. To historyczny nonsens – ostatnie Białe Autobusy wjechały do Szwecji 28 kwietnia, podczas gdy transporty statkami z Bergen-Belsen docierały od czerwca aż pod koniec lipca. W Szwecji dzieci poddano kwarantannie, początkowo spały na papierowych prześcieradłach. Sala trafiła do ośrodka przy Celsiusgatan 1 w Malmö. To tam dowiedziała się, że stał się cud: jej biologiczna matka, Rózia, przeżyła obóz i w 1946 roku dołączyła do córki w Szwecji.
Najtrudniejsze zadanie: Przywrócić imiona nastolatek Najkron
Mógłbym zakończyć tę historię o ocaleniu Sali. Jednak w jej opowieści wideo tkwiło jedno krótkie, bolesne zdanie, które nie dawało mi spokoju: Sala wspomniała, że dwie nastoletnie córki Najkronów zostały aresztowane i deportowane do Treblinki. Logika czasu wskazuje, że stało się to tuż przed tym, jak Gitla i Chaim wzięli Salę pod swoją opiekę, w czasie "akcji" w Piotrkowie w październiku 1942 roku.
Postanowiłem za wszelką cenę odnaleźć ich imiona, by dopisać je do listy ofiar, którą od lat próbuje skompletować Fundacja Treblinka w Polsce. W przypadku Treblinki ustalenie personaliów graniczy z cudem. Dlaczego? Podczas akcji likwidacyjnych w Piotrkowie Trybunalskim (14, 16 i 21 października) 1942 roku wywieziono stamtąd do komór gazowych 22 000 Żydów). Ani Niemcy, ani urzędnicy kolei nie sporządzali żadnych list imiennych. W momencie zamknięcia drzwi wagonu bydlęcego ludzie stawali się bezimienną masą, za którą transport płaciło SS. Jedynym śladem po nich były dokumenty i listy przewozowe Deutsche Reichsbahn (DR) – niemieckich kolei państwowych, na których urzędnicy sucho notowali ilość wagonów i osób transportowanych. Na tych listach były zawsze adnotacje, że pociągi „powracają puste”.

W Treblince ginęły w kilka godzin całe rodziny, całe kamienice, całe getta. Największym dramatem metodologicznym w poszukiwaniu prawdy o tym obozie jest fakt, że nie pozostał przy życiu absolutnie nikt, kto mógłby pamiętać, nosić w sercu i przekazać potomnym imiona zamordowanych. Wraz z ludźmi ginęły ich imiona. Szanse na przeżycie Treblinki wynosiły mniej niż 0,1% – tam zgładzono moich Dziadków, ich bliskich oraz Janusza Korczaka z jego 239 wychowankami.

Poszukiwanie córek Nejkronów było ekstremalnie trudne, ponieważ z całej czteroosobowej rodziny wojnę przeżył tylko ojciec – Chaim Nejkron. I to właśnie w jego własnoręcznych, spisanych po latach w języku jidysz wspomnieniach, odnalezionych w starej Księdze Pamięci (Yizkor Book), obok poruszającego opisu wdzięczności dla swojej żony Gitli za ratowanie małej Sali, ojciec, Chaim Najkron wymienił imiona córek: Chawa i Chana.

Dzięki temu świadectwu wiemy już, że dwie zamordowane w Treblince nastolatki to Chana i Chawa Nejkron.
Dzięki „historii jednego potwierdzenia” Chana i Chawa przestały być anonimową cyfrą w kolejowej statystyce Deutsche Reichsbahn. Ich imiona zostały oficjalnie potwierdzone i ocalone z mroku. Przeszło 20 000 innych bezimiennych ofiar z Piotrkowa reprezentuje dziś w Treblince tylko jeden niemy, głaz z wyrytym napisem: „Piotrków Trybunalski”.
Nigdy o Was nie zapomnimy



__________________________________________________________________________
Dokumenty Chaima Najkrona
Ten dokument z Buchenwaldu z grudnia 1944 roku w genialny sposób potwierdza logistyczną i geograficzną trasę ewakuacji mężczyzn z fabryk szkła i z Bugaju w Piotrkowie Trybunalskim. Wyraznie widać grudniową chronologię deportacji. Dokument nosi datę 11 grudnia 1944 roku. Potwierdza to dokładnie urzędowy skrót "E. 12. 44" (Evacuation December 1944), informację zawartą również na DP-2 karcie Sali z Lubeki! Pokazuje to, że w tym samym momencie, gdy kobiety i małą Salę deportowano do Ravensbrück, mężczyzn transportowano do kompleksu obozowego Buchenwald. Zapis „Wirtschaftler Krakau - Lager Plaszów” ujawnia nieznany wcześniej, tragiczny przystanek logistyczny. Mężczyźni z Piotrkowa przed dotarciem do Buchenwaldu zostali formalnie zarejestrowani pod zwierzchnictwem SS w obozie Płaszów w Krakowie, skąd wysłano ich dalej na zachód. Hasag-Schlieben jako stacja docelowa. Jest adnotacja, że 294 więźniów wysłano od razu w transporcie do Hasag-Schlieben (obozu pracy przymusowej, podobozu Buchenwaldu w Niemczech, produkującego broń dla koncernu HASAG, a 60 osadzono w obozowym bloku 38. To tam niewolniczo pracował Chaim Najkron – to dokładnie ten obóz, który pojawia się w powojennym dokumencie IRO z Monachium!

Na samym dole tej nieludzkiej, obozowej karty ewidencji, tuż pod rubryką, w której urzędnik trzema grubymi kreskami wymazał istnienie dwójki jego dzieci, widnieje odręczny podpis: Chaim Najkron. Ten podpis zmienia wszystko. To nie jest sucha, papierowa statystyka sporządzona za plecami ofiary. Chaim Najkron osobiście musiał podpisać ten dokument. Musiał stać przed esesmanem w Buchenwaldzie, patrzeć na skreślenie istnienia córek. Te grube, czarne kreski wymazujące jego dwójkę dzieci (Kinder: 2) zostały z pewnoscia skreślone na jego oczach, gdy musiał bezradnie patrzeć na urzędową likwidację istnienia córek, Chany i Chawy i podpisać własne nazwisko pod tą pustką... To właśnie ten podpis, odnaleziony po latach, stał się ostatecznym, tragicznym potwierdzeniem śmierci, które pozwala nam dziś przywrócić pamięć o jego córkach uduszonych gazem w Treblince.

Po lewej artykul Benjamina Nejkrona o zonie Gitli Guty Nejkron z jej portretem aa po prawej fotografia Gitli z córkami, Chawa i Chana. Oto dokładne tłumaczenie tekstu z nadesłanej strony Księgi Pamięci znajdującego się po lewej stronie zdjęcia Gitli z córkami na język polski: [Nagłówek nad zdjęciem w języku hebrajskim: Męczeńskie i bohaterskie zgony. Główny tekst po lewej stronie fotografii w języku jidysz: Moja żona GUTA NAJKRON zmarła w Bergen-Belsen. Moje córki CHANA I CHAWA NAJKRON (zamordowane w Treblince), Ku świętej pamięci!, Mąż i ojciec, CHAAIM-BENJAMIN NAJKRON.
Tekst po fotografia Guty Najkron: GUTA NEJKRONG - T.N.Z.B.H. (Niech jej dusza zostanie wpleciona w węzeł życia)
Guta Nejkrong, żona Chaima-Benjamina Nejkronga, urodziła się w 1897 roku w Warszawie. Była córką Meira Danzigera, jednego z założycieli fabryki „Lodzia” w Eretz Izrael. Pomimo swojego bogatego, arystokratycznego pochodzenia i wywodzenia się ze znamienitych rodów, Guta Nejkrong całkowicie poświęciła się działalności społecznej i filantropijnej wśród szerokich mas mieszkańców miasta. Była aktywna w komitecie „Keren Kajemet” (Żydowskiego Funduszu Narodowego), w bibliotece im. „Szolema Alejchema” oraz w prawie wszystkich stowarzyszeniach i instytucjach społecznych.....

T.N.Z.B.H. (Niech jej dusza zostanie wpleciona w węzeł życia) 

GUTA NAJKRON
Guta Najkron, żona Chaima-Benjamina Nejkronga, urodziła się w 1897 roku w Warszawie. Była córką Meira Danzigera, jednego z założycieli fabryki tekstylnej „Lodzia” w Eretz Izrael. Pomimo swojego bogatego, arystokratycznego pochodzenia i wywodzenia się ze znamienitych rodów, Guta Najkron całkowicie poświęciła się działalności społecznej i filantropijnej wśród szerokich mas mieszkańców miasta. Była niezwykle aktywna w komitecie „Keren Kajemet” (Żydowskiego Funduszu Narodowego), w bibliotece im. Szolema Alejchema oraz w prawie wszystkich stowarzyszeniach i instytucjach społecznych.
Guta Najkron założyła syjonistyczną organizację kobiecą „WIZO”, lecz kategorycznie sprzeciwiała się zasiadaniu w jej zarządzie. Ta cecha skromności i powściągliwości zawsze towarzyszyła jej pracy i stylowi życia. Oprócz działalności w ramach oficjalnych stowarzyszeń i instytucji, wykonywała bardzo ważną pracę w tajemnicy i sekrecie. Rozdawała ubogim chały na szabat, zaopatrywała ich w leki, wysyłała ubrania i buty, a czasem wspomagała pożyczką lub gotówką. Tylko nieliczni w mieście wiedzieli o tych tajnych kontaktach między tą wieloduszną kobietą a biedą...
Swój ostatni, pełen chwały rozdział Guta Najkron zapisała w mrocznych dniach Zagłady. Znajdując się w obozie w Piotrkowie Trybunalskim, opiekowała się wszystkimi nieszczęśliwymi żydowskimi sierotami niczym matka dbająca o własne dzieci, które straciły tam swoich rodziców. Przez cały ten czas ukrywała u swojego boku 5-letnią dziewczynkę – Salę Paszenowską, pulchną sierotkę – i niejednokrotnie zasłaniała to dziecko własnym ciałem, gdy w obozie przeprowadzano specjalne akcje wymierzone w dzieci (tak zwane dziecięce selekcje).
Guta Najkron zmarła z głodu i wycieńczenia w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen, w ostatnią noc przed jego wyzwoleniem...
H.B. (Inicjały męża: Chaim Benjamin)

                                        Chaim-Benjamin Najkron 


To odnalezione świadectwo Zaglady zrobione w Szwecji dla Shoah Foundation niesie za sobą zupełnie unikalną i poruszającą kontynuację. Wspomnienie małej dziewczynki – Sali, której Guta (Gitla) Najkron uratowała życie, dosłownie zasłaniając ją własnym ciałem podczas selekcji w Piotrkowie oraz w obozach Ravensbrück i Bergen-Belsen,  dziecka które przeżyło koszmar wojny jest pomnikiem bezgranicznej miłości i heroicznej odwagi, które Guta Najkron pokazała do samego końca, w jednej z najmroczniejszych chwil w dziejach ludzkości. Sala wspomina w jednym zdaniu losy dwóch córek Guty Najkron. Nie podaje ich imion ani dokładnego wieku.


Weryfikacja imion i nazwisk nazwisk:
Fotografie i teksty Chaima Najkrona ostatecznie potwierdzają imiona córek.
  1. Chana i Chawa (חנה און חווה): Tekst w jidysz, czarno na białym, wymienia obie nastoletnie córki: Chanę i Chawę Najkron. Pod ich imionami znajduje się jednoznaczny, tragiczny zapis w nawiasie: (umgekommen in Treblinka) – zamordowane/zgładzone w Treblince.
  2. Pisownia imienia ojca: Na samym dole ojciec podpisał się jako Chaim-Benjamin Najkron. Pisownia w jidysz (חיים־בנימין) jednoznacznie wskazuje na podwójne imię Chaim-Benjamin, co idealnie spina się z inicjałami H.B. z poprzednich dokumentów.

Treblinka. Autor wpisu, Roman Wasserman Wróblewski, czyści Kamien Piotrków.