 |
| W latach 20–30. najbliższą i najpopularniejszą plażą, do której dzieci mogły dojechać bezpośrednio tramwajem linii 24 z pętli Gocławek (uruchomionej w 1925 roku) bez konieczności przekraczania rzeki na lewy brzeg, była Plaża Braci Kozłowskich (oraz sąsiadująca z nią, bliżej mostu, bezpłatna plaża miejska, dzisiejsza Poniatówka). |
 |
| Tekst ten pochodzi bezpośrednio z listu dotyczącego Różyczki – ośrodka kolonijnego i fermy Domu Sierot Janusza Korczaka, który znajdował się na Gocławku (przy ul. Klasztornej 1). |
Korczak - Dom Sierot - Kolonie na Gocławku - Poniatówka.
Kolonie Janusza Korczaka najczęściej kojarzą się z Michałówką, Wilhelmówką czy Zofjówką. A tutaj nagle w tym zestawieniu pojawi się nasza warszawska Poniatówka. Dla mnie osobiście to miejsce szczególne – właśnie tam w 1966 roku podjąłem swoją pierwszą oficjalną pracę w Polsce, będąc wówczas najmłodszym, zaledwie 17-letnim ratownikiem. Historia lubi jednak zataczać kręgi, bo jak się okazuje, Poniatówka była niezwykle ważnym punktem na mapie letnich radości przedwojennych wychowanków Starego Doktora.
Kiedy Janusz Korczak objął darowiznę od rodziny Cohn i zakładał „Różyczkę” – satelicki ośrodek kolonijny i fermę Domu Sierot mieszczącą się na Gocławku przy ulicy Klasztornej 1 – miał jedno poważne zastrzeżenie: brak bezpośredniego kąpieliska na miejscu. Wszystkie kolonie, w których za młodu pracował jako wychowawca, miały ułatwiony dostęp do wody, której tak bardzo brakowało mu na rozgrzanym Gocławku. Aby zapewnić dzieciom ucieczkę od letniej nudy, organizowano dla nich dwa zupełnie różne rodzaje wypraw nad wodę, które idealnie pokazywały ówczesne kontrasty w podróżowaniu.
Z jednej strony były to wielkie, ekscytujące, ale rzadsze wyprawy pociągiem do Świdra, gdzie na dzieci czekała dzika przyroda, sosnowe lasy i bezpieczna woda „do pasa”. Droga na pociąg wymagała jednak dłuższego, choć, jak wspominał mój tata, Pan Misza, niezwykle marszu z budynków kolonii aż do stacji kolejowej Wawer. Trasa Wawer–Świder, licząca 24 kilometry koleją, była dla wychowanków prawdziwym świętem – parowóz głośno gwizdał, a w wagonach rozbrzmiewał głośny śpiew, a dzieci z pomocą wychowawców odliczały kolejne stacje, czekając na hasło: „Wysiadamy na siódmej stacji!”. Ponieważ transport kolejowy był droższy, a budżet Domu Sierot zawsze napięty, Korczak i Stefania Wilczyńska musieli te koszty skrupulatnie kalkulować.
Z tego powodu, o czym dowiedziałem się bezpośrednio z przedwojennego listu z informacjami dla byłych wychowanków, dzieci z „Różyczki” regularnie wysyłano w zupełnie przeciwnym kierunku – na plażę do Warszawy. Była to logistycznie znacznie prostsza i przede wszystkim tańsza, codzienna alternatywa. Bursiści i wychowawcy prowadzili grupy na pobliską pętlę tramwajową Gocławek, uruchomioną u zbiegu ulic Grochowskiej i Olszynki Grochowskiej w 1925 roku.
Stamtąd bezpośrednia linia miejska nr 24, łącząca Gocławek z Placem Trzech Krzyży, oferowała znakomite warunki podróży. Trasa wzdłuż ulicy Grochowskiej pod sam most Poniatowskiego liczyła około 5 kilometrów długości. Ówczesne tramwaje elektryczne pokonywały ten dystans sprawnie, a cała podróż trwała zaledwie 15–20 minut. Ogromną zaletą tego połączenia był fakt, że tramwaj dowoził pasażerów pod sam wjazd na wiadukt mostu, dzięki czemu dzieci docierały na miejsce bez konieczności kłopotliwego przeprawiania się na lewy brzeg rzeki.
Co najważniejsze dla budżetu placówki, komunikacja tramwajowa była nieporównywalnie tańsza od kolejowej. Przejazd dla dzieci i młodzieży szkolnej kosztował wtedy zaledwie 15 groszy za bilet ulgowy (podczas gdy dorośli płacili 25 groszy), co przy licznych grupach pozwalało na bardzo duże oszczędności i regularne wyjazdy na nadwiślański piasek.
Celem tych wycieczek były rzeka Wisła i tętniące życiem Plaża Braci Kozłowskich oraz sąsiadująca z nią bezpłatna plaża miejska, czyli dzisiejsza Poniatówka. Po wakacjach powrót tramwajem do Warszawy oznaczał dla dzieci koniec wakacyjnej swobody i – jak pisała wychowanka Dorcia w „Małym Przeglądzie” z 1929 roku – ponowne wejście w szkolne obowiązki i „nowe życie”, a bliskość Poniatówki dała Korczakowi możliwość zrealizowania najważniejszego celu: podarowania dzieciom słońca, kąpieli i beztroski w każdy upalny, letni dzień.
 |
| Poniatówka w latach 60. Pracowałem w 1966 roku tam jako najmłodszy w Polsce ratownik, 16-letni. Uratowałem podczas tego lata troje dzieci przed utonięciem. Nauczyłem się, że dzieci jak tona nie krzyczą, nie machają rękami…Następna praca, dokera, to już w Szwecji, od 1967 roku. Tak że kontynuuję prace przez kolejne 60 lat. |
Gdy Korczak objął „Różyczkę” – filię Domu Sierot na Gocławku (ul. Klasztorna 1) – placówka nie posiadała własnego kąpieliska. Aby zapewnić dzieciom odpoczynek, organizowano dwa rodzaje wycieczek nad wodę. Były to rzadsze, dłuższe i droższe wyprawy pociągiem do Świdra, wymagające marszu do stacji Wawer i radosnego liczenia stacji lub tanie i logistycznie proste wyprawy tramwajowe bezpośrednio nad Wisłę (linia nr 24 spod pętli na Gocławku pod sam most Poniatowskiego, zajmujące ok. 15–20 minut).
Cele miejskich wypadów stanowiły plaża Braci Kozłowskich oraz bezpłatna plaża miejska (dzisiejsza Poniatówka). Bezcennym świadectwem tych wyjazdów jest „Pamiętnik z Kolonji” Dorci* opublikowany w „Małym Przeglądzie” 15 listopada 1929 roku. Dorcia precyzyjnie rozróżniała w relacjach codzienne wypady „na plażę” od podróży „wycieczką do Świdra” oraz wspominała o swobodnych kąpielach nago („Rozbieramy się i hop do wody”), co koresponduje z materiałami z innych kolonii Korczaka.
Wojenny Epilog: 17 stycznia 1945 roku
17 stycznia 1945 roku wojska polskie i sowieckie rozpoczęły największą ofensywę podczas II wojny światowej, która zakończyła się cztery miesiące później w Berlinie. To właśnie z rejonu plaży Poniatówka ruszył przez zamarzniętą Wisłę decydujący atak mający na celu wyzwolenie zrujnowanej, lewobrzeżnej Warszawy. Natarcie było prowadzone przez batalion zwiadowczy dowodzony przez mojego taty, porucznika Michała Wróblewskiego (Pana Miszę / Wassermana-Wróblewskiego), który przeprowadził pierwszą grupę jeepów Willys po grubym lodzie, aby wytyczyć drogę ataku dla piechoty.
Ten niezwykły, niemal mistyczny moment — w którym przedwojenny wychowawca i bliski współpracownik Janusza Korczaka powraca na tę samą plażę jako żołnierz-wyzwoliciel — został uwieczniony w cenionej powieści biograficzno-historycznej „The Good Doctor of Warsaw” autorstwa Elisabeth Gifford, a także szczegółowo udokumentowany na moim blogu. Po przedostaniu się przez silnie zaminowane brzegi pod wiaduktem mostu Poniatowskiego, oddział zwiadowczy Pana Miszy ruszył w głąb Alei Jerozolimskich. Jeszcze tego samego popołudnia tata skierował się prosto na ulicę Krochmalną 92, oddychając z ulgą na widok budynku Domu Sierot, który stał stosunkowo nienaruszony i nadawał się do odbudowy. Dawne miejsce dziecięcej niewinności przekształciło się w punkt wyjścia do walki o wolność, pozwalając Panu Miszy walczyć o przyszłość i uczcić pamięć tych sierot, które niegdyś jeździły linią tramwajową nr 24 z Gocławka, ale którym nigdy nie pozwolono powrócić.
* Kim była Dorcia? W świecie „Małego Przeglądu” i Domu Sierot, Dorcia była jedną z pierwszych i najbardziej rozpoznawalnych korespondentek oraz wychowanek Janusza Korczaka. Jej imię pojawia się już w legendarnym, pierwszym numerze pisma z 1926 roku. W artykule wstępnym sam Stary Doktor wymienia ją z imienia, pisząc ciepło, ale z charakterystycznym humorem: „Gdyby Dorcia nie była brudasem, byłoby dobrze, ale teraz więcej się stara”. Wygrała ona również zorganizowany w Domu Sierot wyścig z tabliczki mnożenia, za co otrzymała w nagrodę piórnik. Jej „Pamiętnik z Kolonii”, opublikowany w listopadzie 1929 roku, nie był więc tekstem przypadkowego dziecka, lecz relacją wychowanki głęboko zakorzenionej w korczakowskim systemie wychowawczym. Cechowała ją niezwykła spostrzegawczość i szczerość, co czyni jej zapiski bezcennym dokumentem z epoki.