Friday, September 4, 2026

Sabry z "Kibucu Korczaka" - Trzeci powrót do Ein Harod.



List Korczaka do Arie Buchnera, który był "przewodnikiem" Ksawerego Pruszyńskiego.



Trzeci powrót do Ein Harod.

Gdy w 1936 roku nakładem Towarzystwa Wydawniczego „Rój” ukazało się wznowienie głośnego reportażu Ksawerego Pruszyńskiego zatytułowanego „Palestyna po raz trzeci”, mało który czytelnik w Polsce w pełni rozumiał mistyczny i historiozoficzny ciężar ukryty w tym tytule. Pruszyński nie pisał przecież o swojej trzeciej osobistej podróży – wiosną 1933 roku odwiedził Mandat Palestyny po raz pierwszy w życiu. Tytuł był śmiałą i wizjonerską tezą dziejową. Oznaczał trzecią wielką epokę powrotu narodu żydowskiego do Ziemi Świętej: po pierwszym wyjściu z Egiptu pod wodzą Mojżesza i po drugim powrocie z niewoli babilońskiej za czasów Ezdrasza i Nehemiasza, nadeszła epoka trzecia – współczesna, budowana przez dwudziestowiecznych pionierów syjonistycznych. Przekształcali oni malaryczne bagniska i jałowe pustynie w tętniące życiem oazy.

Pod koniec lat trzydziestych, w Warszawie przy ulicy Krochmalnej 92, zmęczony walką o chleb dla swoich podopiecznych Janusz Korczak nosił w sercu dokładnie to samo marzenie. Wyjazd zaplanowany przez Doktora na wrzesień 1939 roku miał być jego trzecią podróżą do Erec Israel. Los, rękami hitlerowskich najeźdźców, brutalnie te plany przekreślił, zamykając bramy wolności i skazując wychowanków Domu Sierot na piekło getta. Jednak to właśnie w jednym z palestyńskich kibuców – w legendarnym Ein Harod położonym w malowniczej Dolinie Jezreel – drogi reporterskiego spojrzenia Pruszyńskiego i pedagogicznego serca Korczaka splatały się w sposób absolutnie niezwykły.


Łącznikiem tym był Arie Buchner – dawny wychowanek i bursista z Krochmalnej, który opuścił Polskę i osiadł w Ein Harod, stając się jednym z jego założycieli. Kiedy Pruszyński przybył do kibucu, to właśnie Buchner stał się jego przewodnikiem po nowej rzeczywistości. Pokazał mu świat, który odwiedzała już wcześniej współtwórczyni Domu Sierot, Stefania Wilczyńska, i w którym sam Korczak odnajdywał mistyczne wzruszenie. Po swojej pierwszej podróży w 1934 roku Doktor pisał w liście do Mieczysława Zylberta słowa, które brzmią niczym duchowe wyznanie: 
„Moi pradziadowie, dziadowie i ojciec – nikt z nich nie był w Palestynie. Ja jestem pierwszym z mojego rodu, który stanął na tej ziemi. Czuję na sobie spojrzenia tych wszystkich pokoleń, które modliły się o powrót do Erec, a których marzenie spełnia się we mnie”.

To, co dla Korczaka było intymnym przeżyciem religijnej wręcz ciągłości, Pruszyński na kartach swojego reportażu ujął w ramy genialnej i bolesnej zarazem analizy socjologicznej. Na stronach 89–93 swojej książki polski reporter dokonał przejmującego porównania, które do dziś rzuca na kolana każdego historyka i badacza tamtej epoki. Patrząc na dzieci urodzone i wychowujące się w Ein Harod, na pierwszych Sabrów, pisał z nieskrywanym zachwytem: 
„Dzieci te urodzone już były w Palestynie, nie na wygnaniu. Dla nich pogrom w Płoskirowie i wypadki niemieckie, będą już historją, będą tem, czem dla nas są Kroże, a dla naszych dzieci będzie Radzymin. Potocznie, dzieci urodzone w Palestynie, nazywa się tu „sabry“ — od nazwy polnego, zwykłego w tym kraju krzewu”.

To zdrowe, opalone słońcem i wolne od strachu pokolenie, które rano maszerowało do pracy na roli i wychowywało się w domach dziecięcych nie z chęci ideologicznej separacji od rodziców, lecz z twardych, pragmatycznych i ekonomicznych realiów bliskowschodniego klimatu, wywołało u Pruszyńskiego natychmiastowe, bolesne skojarzenie z rodzinnym krajem. Kontrast, jaki zarysował, uderzał prosto w serce polsko-żydowskiej codzienności: 

„Sabry Ain Charothu, żywe i wesołe, odprowadziły nas ukłonami, gdy na drugi dzień poszliśmy Emekiem dalej. Pomyślałem jeszcze o nędznych, słabowitych, wrzaskliwych i cherlawych dzieciach naszego ghetta. Gdyby można zestawić takich dwoje — synów jednego i tego samego narodu, tak postawić poprostu obok siebie i pokazać ludziom, — możeby się uzmysłowiła najlepiej ta ogromna przestrzeń drogi, jaka leży między światem wygnania, a światem odnalezienia ojczyzny”.

Te nędzne i cherlawe dzieci, o których wspominał z żalem Pruszyński, były przecież codziennością Janusza Korczaka. To o ich godność i wyprostowane plecy walczył Doktor w murach Domu Sierot, wprowadzając sądy koleżeńskie, dziecięcy sejm i sprawiedliwe dyżury. Chciał zaszczepić w nich dumę Sabrów pośród szarości i nienawiści warszawskich ulic. W swoim artykule „Trzy dni w Ein Harod”, opublikowanym na łamach prasy po powrocie do Polski, Korczak pisał z głębokim podziwem: 
„Chodzę po tej ziemi i czuję, że każdy kamień ma tu swoją opowieść. Dla moich przodków była to ziemia modlitwy i tęsknoty. Dla mnie, starego człowieka z Warszawy, stała się ziemią zdziwienia – widzę tu dzieci, które rodzą się wolne na ziemi swoich praojców i mówią językiem Biblii tak naturalnie, jakby nigdy z tej ziemi nie odchodziły”.

O tym, jak głęboko i skrupulatnie Korczak planował logistykę swoich powrotów do Ziemi Świętej, świadczy absolutna perła archiwalna – odręczny list Doktora wysłany bezpośrednio do Ariego Buchnera, datowany na 18 października 1934 roku, tuż po powrocie z pierwszej, pionierskiej wyprawy. To właśnie w tym intymnym dokumencie Stary Doktor w sposób niemal proroczy antycypuje strukturę swoich przyszłych wyjazdów, kładąc szczególny, intuicyjny nacisk na trzecią podróż:

18/X 34      Kochany Panie.
W liście do Józefa Halperna z Ein-Harod (znacie się zapewne?) wytłumaczyłem, dlaczego w tej mojej pierwszej próbnej podróży chciałem zacieśniony pragnieniem przemknąć się przez ułamek małej Palestyny. Próba była tyle dla mnie ważna, że nie mogłem liczyć się z żadnemi względami grzeczności, towarzyskości, czy przyzwoitości. — Na drugą podróż — jej temat — zostawić zmuszony byłem: Poznanie kibuców wzorowych, kib. Polskich i najciekawszych, a trudnych do Poznania „mizrachów”. — Prócz tego: kibuce robotnicze w miastach, — może Tel-Aviv i Jerozolima (to już chyba na raz trzeci??).
Serdeczne Pozdrowienia
Korczak

Ta rzucająca nowe światło adnotacja – „to już chyba na raz trzeci??” – nabiera wstrząsającego, dziejowego wymiaru w zderzeniu z reporterską frazą Pruszyńskiego. To, co dla Korczaka było intymnym przeżyciem religijnej wręcz ciągłości i rozważaniem o trzecim wyjeździe, Pruszyński na kartach swojego reportażu ujął w ramy genialnej i bolesnej zarazem analizy socjologicznej.

Tragizm tej historii dopełnił się w Warszawie latem 1942 roku. Droga do świata „odnalezienia ojczyzny” została bezpowrotnie odcięta drutem kolczastym i murami getta. A jednak, zamknięty w ciasnocie i pośród szalejącego głodu, Korczak do ostatnich chwil wracał myślami do Doliny Jezreel. W swoim pisanym przed śmiercią „Pamiętniku” pozostawił przejmujący ślad tęsknoty za niedoszłą, trzecią podróżą: 
„Pragnąłem tam umrzeć, wśród tamtych dzieci, na ziemi, która przestała być tylko wspomnieniem z modlitewnika, a stała się żywym domem”. 

Analizując dziś reportaż Pruszyńskiego i pisma Korczaka, widzimy wyraźnie, że Ein Harod miało być dla Starego Doktora miejscem, gdzie jego pedagogiczna utopia o wolnym i dumnym dziecku wreszcie przestała być wyłącznie schronieniem przed brutalnym światem, a stała się twardą, namacalną rzeczywistością.


W nr 165 wileńskiego „Słowa” z 20 czerwca 1933 roku Pruszyński opisał zjawisko, które można nazwać głębokim „odczarowaniem Muru Płaczu”. Rozmawiając z młodymi budowniczymi Erec Israel, reporter ze zdumieniem odkrył narodziny całkowicie nowej mentalności, która bezpowrotnie zrywała z dawnym, tradycyjnym i pełnym martyrologii podejściem diaspory. Dla tych młodych pionierów słowa takie jak „Ściana Płaczu” czy „Jerozolima” straciły swoją dotychczasową wartość stricte religijną czy mistyczną. Przestały być miejscem wiecznego lamentu i rozpamiętywania historycznych klęsk. Stały się po prostu symbolami – geograficznymi drogowskazami, fizycznymi „kierunkami na południe”, oznaczającymi ostateczne i skuteczne wydostanie się z beznadziei europejskiej diaspory. Ci nowi ludzie nie chcieli już płakać pod starożytnymi kamieniami; woleli z betonu i słońca wznosić własną przyszłość.

To odrzucenie łez i dawnej bierności na rzecz realnego czynu zyskało swój najgłębszy wyraz w głośnym artykule Ksawerego Pruszyńskiego opublikowanym w nr 163 wileńskiego „Słowa” z lipca 1933 roku, prowokacyjnie zatytułowanym: „Szklane domy nie są mitem”. Pruszyński odwołał się w nim bezpośrednio do wielkiego literackiego snu Stefana Żeromskiego z „Przedwiośnia”. Podczas gdy w niepodległej Polsce wizja czystych, nowoczesnych i sprawiedliwych „szklanych domów” okazała się dla Cezarego Baryki tragicznym złudzeniem, a rzeczywistość warszawskich Nalewek i Krochmalnej tonęła w nędzy i ciasnocie kamienic-studni, Żydzi w Erec Israel budowali te domy z betonu, stali i słońca. Opisując potężną elektrownię inżyniera Pinchasa Rutenberga w Tel Or, Pruszyński pisał zszokowany, że oto na własne oczy ogląda urzeczywistnienie utopii.Co najbardziej poruszające, ten sam tekst prasowy z 1933 roku Pruszyński ilustruje unikalną fotografią (z archiwów Keren Kajemet) przedstawiającą sąsiadujący z Ein Harod kibuc Tel Josef, z wyraźnym podpisem: „dwa wielkie bloki na prawo są domami dla dzieci”. Te modernistyczne, jasne budynki – o których pragmatycznej potrzebie istnienia ze względu na morderczy, poranny rygor pracy rolniczej tak wiele dyskutowano – były w oczach polskiego reportera właśnie owymi zrealizowanymi „szklanymi domami”. Do tej bliskowschodniej rzeczywistości Pruszyński nie docierał jednak jako uprzywilejowany turysta. Jak sam skrupulatnie odnotował pod jednym ze zdjęć: „Autor niniejszego reportażu pracował z nimi”. Ta reporterska rzetelność rodziła się znacznie wcześniej – już na pokładzie rumuńskiego statku pasażerskiego s/s „Dacia”, gdzie Pruszyński, chcąc poznać prawdziwe, surowe oblicze emigracji, wykupił bilet w najtańszej IV klasie. Tłocząc się głęboko pod pokładem w dusznych salach, pośród płaczu i śpiewu chaluców, był – jak sam wspominał – jedynym nie-Żydem. To całkowite, fizyczne i emocjonalne zanurzenie w losie uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej pozwoliło mu pisać o syjonizmie z pasją, która zaszokowała konserwatywnych czytelników w kraju.

Thursday, September 3, 2026

Cmentarz przy ulicy Gęsiej. Miejsce spotkań, schronienia, szmuglu i walki



Cmentarz przy ulicy Gęsiej. Miejsce spotkań, schronienia, szmuglu i walki

Historyczna ulica Gęsia nie zachowała się w swoim dawnym przebiegu. Przed II wojną światową Cmentarz Żydowski w Warszawie nazywano „cmentarzem przy ulicy Gęsiej”. Nekropolia ta istnieje od 1806 roku. Jej historia splata się z Korczakiem i wydarzeniami z okresu II wojny światowej. W tamtym czasie spoczęły tu w mogiłach zbiorowych tysiące ofiar z getta warszawskiego. Cmentarz był miejscem pochówku, lecz także przestrzenią ludzkich spotkań, schronienia, szmuglu i walki.

Miejsca pochówku. Między setkami tysięcy nagrobków znajdują się miejsca pochówku z rodziny i bliskiego kręgu Korczaka – jego przyjaciele i współpracownicy, ale też fundatorzy i filantropi oraz osoby ważne dla historii Warszawy:
  • Mogiła symboliczna Janusza Korczaka i dzieci.
  • Grobowiec rodziny Wilczyńskich (z upamiętnieniem męczeńskiej śmierci Pani Stefy).
  • Grób ojca Korczaka (Józefa Goldszmita).
  • Grób Adama Czerniakowa (kwatera 10).
  • Grób Ludwika Zamenhofa (kwatera 10).
  • Grobowiec rodziny Eliasbergów (filarów Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”).
  • Grób architekta Henryka Stifelmana (kwatera 10).
  • Grób Esterki Weintraub (kwatera 17, gdzie była posadzona charakterystyczna choinka)
Tu są pochowani członkowie zarządu i komitetów Towarzystwa „Pomoc dla Sierot” które ufundowało i nadzorowało Dom Sierot Janusza Korczaka przy ul. Krochmalnej 92 i kolonie/fermy na Gocławku tacy jak Izaak Eliasberg i Stella Eliasberg, Henryk Stifelman który był członkiem Towarzystwa oraz bliskim współpracownikiem Korczaka i bezpłatnie zaprojektował gmach Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92 i nadzorował jego budowę. Tu spoczywa dr Jakub Rozental, lekarz i działacz społeczny, zasiadający w komitetach wspierających Towarzystwo na płaszczyźnie medycznej. Pracował on również w Szpitalu im. Bersonów i Baumanów, w którym Korczak zaczynał swoją karierę lekarską. Jakub Mortkowicz: wybitny księgarz i wydawca. Grób inz. Adama Czerniakowa, przewodniczącego Judenratu jest jednym z najważniejszych i najbardziej znaczących miejsc pamięci na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie, bezpośrednio związanych z tragicznym losem Janusza Korczaka, jego współpracowników i wychowanków.

Ten cmentarz jest dla mnie miejscem o głęboko osobistym znaczeniu. W 1941 roku pochowano tu moją ciotkę Sabinę z Rozentalów Wójcikiewicz która zginela w getcie Byla to najstarsza siostra mojej matki – jedyny z rodziny, która ma tu grób. Dla innych Treblinka, obóz zagłady, jest wspólnym grobem.

Pomnik Janusza Korczaka. Pomnik autorstwa Mirosława Smorczewskiego to symboliczna mogiła Henryka Golszmita. Został odsłonięty w 1982 roku, w 40. rocznicę śmierci Korczaka. Niedawno pozbawiono go cokolu i postawiono na ziemi.

Poświęcenie sztandaru Domu Sierot na grobie Izaaka Eliasbega. Korczak żegnał przyjaciela na łamach Naszego Przeglądu z 4 czerwca 1929 roku (s. 5) tekstem Entuzjasta obowiązku. B. P. Dr Izaak Eliasberg. W dniu 7 czerwca 1941 poświęcono na jego grobie sztandar Domu Sierot. Samą uroczystość tak wspominała żona Stella Eliasbergowa: „Już z daleka widziałam długi szereg dzieci idących parami, w odświętnych ubraniach. Na czele pochodu personel i Doktor, zgarbiony, z opatrunkiem na szyi i plecach, w marynarce zarzuconej na ramieniu. Starsi chłopcy nieśli sztandar. Po jednej stronie sztandaru wyhaftowana była tarcza Dawida na zielonym polu, po drugiej, o ile pamiętam - czterolistna koniczyna na szarym, lnianym płótnie. Doktor niósł maleńkie rodały (zwoje Tor na pergaminie). Widok był wzruszający. Na grobie mego męża Doktor zaczął przemawiać (...). Chór sierot odśpiewał pieśni okolicznościowe, po czym Doktor wezwał dzieci, by te, które chcą, złożyły przysięgę, trzymając rękę na Torze, że żyć będą w miłości do ludzi, dla sprawiedliwości, prawdy i pracy. Wszystkie tę przysięgę złożyły”.

Choinka. Na łamach Małego Przeglądu z 4 października 1935 roku ukazał się artykuł „O choince na cmentarzu żydowskim”. Przywołano w nim fragment pisanego w latach 1917–1918 pamiętnika dziewczynki z Domu Sierot. Opisuje ona:  „Kto bywał na cmentarzu przy ul. Okopowej, zwrócił zapewne uwagę na piękną, samotną choinkę w kwaterze XVII-ej. Może przystanął i myślał: „Kto leży pod tym wiecznie zielonym i młodym pomnikiem, pod tą jedną jedyną na całym cmentarzu choinką?”

Jak tam trafić? Współczesnym śladem ulicy Gęsiej, jednego z ważniejszych traktów przedwojennej dzielnicy żydowskiej, są dziś ulice Nalewki i Anielewicza, pomiędzy którymi znajduje się Pomnik Bohaterów Getta. Ulica Anielewicza, wytyczona w miejscu dawnej Gęsiej, nosi imię dowódcy powstania w getcie warszawskim. Cmentarz Żydowski znajduje się obecnie przy ulicy Okopowej 49/51. To jedna z niewielu przestrzeni, które nie zostały całkowicie zniszczone podczas okupacji.

„Koordynacja”

Koordynacja i Bericha w Łodzi w 1946 roku. Stoja od prawej, pierwszy – Icchak Cukierman,
trzeci – Lowa Lewite, czwarta – Chawka Folman (wg. mnie).

„Koordynacja” (oficjalnie: Syjonistyczna Koordynacja do Spraw Przeniesienia Dzieci Żydowskich / Zionist Koordinatsia for the Redemption of Children in Poland) była unikalną i niezwykle zdeterminowaną podziemną organizacją powołaną w 1946 roku.

Skupiała ona działaczy różnych ruchów syjonistycznych (m.in. Ichud, He-Chaluc, Ha-Szomer Ha-Cair) oraz byłych bojowników żydowskiego ruchu oporu (blisko powiązanych z Icchakiem Cukiermanem czy Abnerem Kownerem).
Jej celem było „odzyskanie” i sprowadzenie z powrotem na łono społeczności żydowskiej dzieci ocalałych z Holokaustu.
Oto kluczowe filary działalności Koordynacji:
  • Wykupywanie i odnajdywanie dzieci: Działacze organizacji lokalizowali żydowskie sieroty, które w czasie wojny zostały ukryte w polskich rodzinach, u prywatnych opiekunów, w sierocińcach lub w klasztorach. Często wiązało się to z wypłacaniem opiekunom wysokich rekompensat finansowych (tzw. „wykup”) za trud włożony w uratowanie dziecka, co finansowano z funduszy organizacji zagranicznych, takich jak Joint.
  • Trudne powroty do tożsamości: Akcje Koordynacji bywały dramatyczne. Wiele dzieci, ukrywanych od wczesnego dzieciństwa, nie pamiętało swoich prawdziwych rodziców ani żydowskiego pochodzenia. Traktowały polskie rodziny jak własne i często stawiały opór przed zabraniem ich przez obcych ludzi z organizacji. 
  • Kibuce dziecięce i edukacja: Po odebraniu dzieci, Koordynacja nie przekazywała ich do państwowych domów dziecka, lecz tworzyła dla nich specjalne domy dziecka i kibuce dziecięce (w szczytowym momencie w 1946 r. pod opieką organizacji syjonistycznych znajdowało się prawie 13 tysięcy dzieci). W ośrodkach tych uczono języka hebrajskiego, historii biblijnej, geografii Palestyny i przygotowywano podopiecznych do emigracji. 
  • Szlaki Berichy: Ośrodki Koordynacji celowo miały charakter tymczasowy (efemeryczny). Ich ostatecznym zadaniem było włączenie dzieci w sieć transportów Berichy i nielegalne wywiezienie ich z Polski przez zielone granice Europy, by docelowo osiedlić je w Mandacie Palestyny (dzisiejszym Izraelu).
Koordynacja działała w ideologicznym sporze z Centralnym Komitetem Żydów Polskich (CKŻP). Podczas gdy komuniści i bundowcy z CKŻP chcieli, by ocalałe dzieci wychowywały się w duchu socjalistycznym i budowały swoją przyszłość w nowej Polsce, Koordynacja uważała te dzieci za przyszłość narodu żydowskiego, który został niemal całkowicie zgładzony, i nie wyobrażała sobie dla nich innego losu niż wyjazd do Erec Izrael.

Wednesday, September 2, 2026

Nadmiar Pamięci - Luba Geller-Gewisser - ŻOB - Bericha.






Nadmiar Pamięci - Luba Geller-Gewisser - Zilberg (po lewej) z Zimra Kaminski.  Warszawa 1944 

– 1 –

W getcie był członek, który nazywał się Jurek Grasberg. Był studentem, studiował agronomię. Był jednym z niewielu Żydów, którzy zostali przyjęci na uniwersytet. Ponadto był bardzo aktywny w ruchu skautowym Haszomer Hacair, ruchu ogólnopolskim, i pełnił tam ważną funkcję jako ten, który nawiązał kontakt z Mordechajem Anielewiczem w getcie. Zaproponował mu, aby zorganizował grupę skautów, która działałaby u boku lub w ramach Żydowskiej Organizacji Bojowej, ale to nie doszło do skutku. Ja nie wiem, dlaczego, ale wydaje mi się, że Mordechaj Anielewicz powiedział mu, żeby dołączyli do szeregów ŻOB jako jednostki, a nie jako osobna grupa. Ta propozycja nie została przez niego przyjęta.
On jednak kontynuował działania. Pewnego dnia przypomniał sobie, że skoro mam bardzo „dobry wygląd”, a ja mówię dobrze po polsku, to powiedział: „Słuchaj, jest plan, żebym wyszedł na stronę 'aryjską'”. Nawiasem mówiąc, powiedział mi, że rozmawiał o tym również z ludźmi z ŻZW i że trzeba przygotować mieszkania po stronie aryjskiej dla ludzi Szejnfelda. Myślę, że otrzymał na to fundusze. Nie wiem dokładnie, kiedy wyszłam, w każdym razie było to w połowie roku 1942. Wyszłam przez Okopową, przez bramę przy ulicy Okopowej. Jak? Razem z grupą, która wychodziła do pracy, z grupą robotników, która wychodziła do pracy poza teren getta.
To było moje pierwsze wyjście. Nigdy wcześniej nie byłam doświadczona w takich rzeczach. W każdym razie, kiedy znaleźliśmy się poza gettem, odłączyłam się od grupy i po kilku minutach stało już przede mną kilku „szmalcowników”, którzy widzieli dokładnie, jak się odłączyłam. Stali i czekali na mnie, to było ich źródło utrzymania. Dałam im coś ze złota, wydaje mi się, że był to łańcuszek lub coś podobnego, i oni się tym zadowolili, zostawili mnie i odeszli.
Miałam adres polskiej kobiety w okolicy Warszawy, której wcześniej w ogóle nie znałam. Myślę, że ten adres dała mi Niusia. Ta kobieta była przyjaciółką człowieka, który pracował ze mną w urzędzie pocztowym w getcie; kobieta była chrześcijanką, tak, była żoną człowieka, Żyda, który pracował ze mną w urzędzie pocztowym w getcie. To prawda, nie znałam jej wcześniej. Przybyłam pod ten adres. Przyjęła mnie bardzo miło i pomimo niebezpieczeństwa, które groziło każdemu, kto udzielał schronienia Żydom, nie odmówiła mi go. Nie pamiętam her nazwiska – ale ona była łączniczką Kazimierza, Kazimierza, który był człowiekiem z P.P.S. w A.K.
Po wojnie powiedziano mi, Antek powiedział mi, że w ogóle tego nie wiedział, ja nawet nie wiedziałam, co robi Kazimierz, wiedziałam tylko, że był z wyższego dowództwa A.K. I niemożliwe było dotarcie do niego bezpośrednio, a jedynie przez jego łącznika. Ale Kazimierz mimo wszystko umawiał się ze mną na spotkania, nie powiem, że z mojego powodu, bo nie byłam piękną dziewczyną, w ogóle nie rozmawiał ze mną o sprawach osobistych, był ze mną, ponieważ bardzo mnie lubił, znacznie bardziej niż moich przyjaciół. Dobrze pamiętam jego wygląd: łącznik, był bardzo wysoki, blondyn, bardzo miły. Powiedział mi, że najpierw przygotuje dla mnie wszystkie dokumenty i że muszę przygotować zdjęcia, a gdy tylko będzie miał zdjęcie, skontaktuje się ze mną i przygotuje dla mnie dokument, a potem porozmawiamy dalej. Wtedy spotkałam się z Kazimierzem.
– 2 –
To było drugiego dnia. Trzeciego dnia, nie, to było jeszcze tego samego wieczoru, kobieta powiedziała mi, że sąsiedzi pytają ją, kim jest ta dziewczyna, która kręci się u niej, „czy ona przypadkiem nie jest Żydówką”. Nie pamiętam, czy to wydarzyło się następnego ranka, nie. Myślę, że rano poszłam jeszcze zrobić zdjęcia, dlatego wydaje mi się, że to było chyba w środę lub w czwartek rano. Byłam jeszcze w łóżku, gdy usłyszałam pukanie do drzwi i natychmiast weszło dwóch ludzi, mówiąc, że są z gestapo. Do dziś pamiętam ten ból, jaki poczułam po otrzymaniu tego ciosu — ciosu strachu, który sparaliżował całe ciało, we wszystkich narządach, przez cały ten okres akcji, nawet teraz, gdy o tym myślę, przechodzą mnie ciarki. Twarzy jednego z nich, tego niższego, nigdy w życiu nie zapomnę. Miał twarz mordercy, taką gładką chudą twarz, i nie mówił po polsku, to był Niemiec. Drugi powiedział, że jest Volksdeutschem i mówił po polsku. Pokazali mi legitymacje gestapo, które mieli, i powiedzieli mi, że wiedzą dokładnie, iż uciekłam z getta i że nie mam żadnych dokumentów. To prawda, że nie miałam, ale powiedziałam im, że nie jestem z getta, lecz że przyjechałam akurat ze wsi. I nagle, podczas gdy obaj mi się przyglądali, zaczęli rozmawiać między sobą i Volksdeutsch poprosił, żebym weszła z nim do drugiego pokoju. Weszłam tam, i pamiętam, że gdy już odzyskałam panowanie nad sobą, uspokoiłam się. Zapytał mnie, czy znam Żydów po stronie aryjskiej, i wtedy zaczął się ten wspólny teatr. Powiedziałam mu: „Oczywiście, że znam”, i natychmiast zrozumiałam, do czego dąży. Powiedziałam, że znam wielu Żydów po stronie aryjskiej. Opowiedział mi, że istnieje taka grupa ładnych dziewcząt = Żydówek, które obracają się wśród Żydów w Warszawie i po prostu przekazują adresy Żydów, wydając ich gestapo, i dzięki temu mogą spokojnie żyć. Otrzymują dobre mieszkanie w getcie i dostają dużo pieniędzy oraz ubrań, a po pewnym czasie otrzymują paszport i mogą wyjechać za granicę = do Palestyny. I oczywiście, że bardzo „ucieszyłam się” z tej propozycji, to znaczy, powiedziałam mu: „Cieszę się z tej propozycji”. Umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Pamiętam jeszcze dokładnie, że zaproponował w kawiarni w pobliżu kawiarni na Marszałkowskiej. Ja natomiast zaproponowałam, żebyśmy spotkali się obok Filharmonii Warszawskiej, ponieważ powiedziałam mu, że tam może zobaczyć mnie wielu ludzi i to nie byłoby dla mnie dobre, a on w pełni we wszystko uwierzył i zgodził się, że przyjdzie. W międzyczasie nie zostawili mnie samej w mieszkaniu. Opowiedziałam im, że nie mam w ogóle pieniędzy i że nic nie mam. Potem o tym już nie rozmawialiśmy. Weszli do drugiego pokoju i zapytali mnie o tę kobietę, czy ona wie, że jestem Żydówką, a ja powiedziałam wyraźnie – że jeśli nie zgadzam się na tę propozycję, to idę z nimi (Gestapo) do więzienia. Szybko pożegnałam się z tą kobietą i poszłam do mojej koleżanki, Aliny. To była moja przyjaciółka sprzed wojny. Ta Polka była niezwykle urocza. Ojciec Aliny był stolarzem, była z zawodu krawcową, nie pamiętam jej nazwiska, on miał pomóc mi w załatwieniu mieszkania, które miałam wynająć. Alina była chora na płuca, dziewczyna cudowna, piękna, tylko że bałam się z nią chodzić po ulicy, ponieważ była bardzo podobna do Żydówki, o śniadej cerze, typ odeski, miała czarne włosy, ale trochę kręcone.
– 3 –
Jeśli chodzi o łącznika Kazimierza, to nawet nie pamiętam, żebym opowiedziała mu, co stało się z gestapowcami. W każdym razie Kazimierz zorganizował dla mnie spotkanie i spotkałam się z nim, nie w mieszkaniu, ale w mieszkaniu, które było wolne. Bardzo zaimponowała mi jego osobowość; nasza rozmowa bardzo mi pomogła. Miał wiele pytań dotyczących getta. Okazało się, że był dowódcą Jurka w skautingu i jego bliskim przyjacielem, choć był od niego o wiele starszy, miał duży szacunek dla Jurka. Wtedy zaczęliśmy organizować mieszkanie. Kazimierz poszedł tam sam, przedstawił się jako mój wujek. Poszliśmy do urzędu, wyglądało na to, że to było biuro komunalne. Były tam mieszkania po folksdojczach i były też mieszkania z dawnego poboru wojskowego, które już wcześniej zostały odebrane Żydom i teraz wynajmowano je Polakom. Każda dzielnica miała swojego kierownika, „komisarza”, myślę, że nazywali go komisarzem lub kierownikiem sekcji. Krótko mówiąc, przedstawiłam się jako urzędniczka, miałam też dokumenty, ponieważ były już gotowe dokumenty, i wyglądało na to, że w urzędzie byłam zapisana jako urzędniczka. Nie wiem, dlaczego akurat tam wynajęłam to mieszkanie, były tam wolne mieszkania dla urzędników, ale nie wiem, dlaczego dostałam akurat to mieszkanie, może Kazimierz miał tam znajomego urzędnika, w każdym razie wiem, że ogólnie rzecz biorąc, te osiemnaście domów było przeznaczonych dla rodzin urzędników, jeśli nie cała dzielnica, a przynajmniej ten dom, ten konkretny przy Pańskiej 5.
W międzyczasie otrzymałam dokument na nazwisko Maria Przybylska. Nazwali mnie Marysia, Marysia z Bydgoszczy.
I zaczęłam urządzać to mieszkanie.
Trudno mi oddzielić moją osobistą historię od ogólnego toku opowieści, ogólnego i dlatego zmuszona jestem opowiadać. Mieszkanie na Pańskiej 5, które zostało mi przekazane osobiście, jeszcze przed końcem kwietnia stało się bazą dla Jurka.
Z tęsknoty za rodzicami „wskakiwałam” do getta. Wchodziłam do getta z grupami roboczymi i tą samą drogą stamtąd wychodziłam. Spotkałam się tam również podczas drugiej akcji. W getcie rozmawiałam z moją koleżanką, Irką (Ireną) Gelblum, z którą pracowałam razem na poczcie w getcie w Warszawie, i powiedziałam jej, żeby przeszła ze mną na stronę „aryjską”, że sprowadzimy stamtąd również jej rodziców, i że będziemy pracować dla organizacji (ŻOB). Nie musiałam do niej dużo mówić, zgodziła się i przyszła mieszkać ze mną na Pańskiej 5.
W sposób formalny byłam właścicielką lokalu i to ja tam mieszkałam, a Jurek przychodził tam od czasu do czasu. Z wyglądu Jurek znowu zaczął przypominać samego siebie. A then – Antek, Icchak Cukierman, przyszedł do nas na krótko przed ostatnią akcją. Mieszkanie to nie było bezpieczne, zanim Antek przyszedł, przychodzili tam różni ludzie, którzy przynosili nam broń i zostawiali ją u nas. Był inny chłopak, który nazywał się Tobia Szejngold, on też przychodził do nas z bronią. U Jurka były wszelkiego rodzaju kontakty, tak więc Kazimierz często nas odwiedzał, a potem przychodzili tam różni ludzie. Dla organizacji, ja nie wiedziałam dokładnie, co się tam dzieje, jakie były operacje, wiedziałam tylko, że muszę przynieść...
– 4 –
jakąś broń do jakiegoś domu lub komuś, i to właśnie robiłam.
Wychodziłyśmy, Irena i ja, na spacery w pobliżu muru getta, z naszej strony, od strony aryjskiej. Nie byłyśmy ostrożne. Coś gnało nas, by zbliżyć się do getta, a getto zaczęło płonąć, wokół byli Niemcy, na getto nałożono blokadę.
Icchak Cukierman (Antek), jak powiedziałam, jeszcze przed powstaniem był w getcie. Kiedy wybuchło powstanie w getcie, Antek był u nas, wieczorem. Niebo było czerwone. Siedzieliśmy wszyscy i płakaliśmy. Siedzieliśmy pod oknem i patrzyliśmy w stronę getta. I nagle usłyszałam, jak sąsiad, który mieszkał nad nami, a nazywał się Turek – była mu dłużna za szyby w oknie w tym samym lokalu – woła przez okno do folksdojcza Jankowskiego: „Panie Jankowski, w getcie pali się ta chata, żaden Żyd nie zdoła stamtąd uciec”. Antek wiele razy po wojnie wspominał o tym, rozmawialiśmy o tym, o tych pierwszych latach, oczywiście.
Jurek raz pojechał po broń, był też po stronie aryjskiej, i był to bardzo odważny chłopak, który bardzo chciał pracować jako łącznik, chciał być aktywny, Antek się zgodził.
W środku powstania, na początku maja, w mieszkaniu pojawił się Kazimierz. Nie mogłam zapomnieć jego wejścia. Był w kombinezonie trzy czwarte. Wyglądał młodziej od nas, zawsze poważny, mówił cicho. Wykazywał niesamowitą odwagę, w ogóle, nie tylko wobec mnie, był człowiekiem zupełnie innym niż wszyscy, których spotkałam. Kiedy wyszłam z nim, wzbudzał we mnie ogromne zaufanie, to był prawdziwy mężczyzna. To z Kazimierzem poszłam sprowadzić Kopelnika i Domba.
Chodziłam z Kazimierzem po dokumenty i ubrania, i spotykaliśmy się na placu Napoleona, on przynosił mi ubrania, a raz przyniósł mi kenkartę, o której opowiem później.
Irena i ja zawsze bardzo bałyśmy się, że Antek lub Kazimierz przyjdą do nas jak przyjaciele, tylko nasi dowódcy i przyjaciółki, sąsiedzi nie wiedzieli, jak się nazywają, oczywiście wiedzieli, że to przyjaciele, którzy zostają też na noc – na pewno nie ze względu na mnie – nocowali w mieszkaniu, młodzi ludzie przychodzili spać u młodych dziewcząt.
Chłopcy z ŻOB przychodzili, a ja gotowałam jedzenie i praliśmy ich ubrania.
Po powstaniu, po tym jak uciekli z getta, w mieszkaniu ukrywały się Zivia (Lubetkin), Chania i Marek Edelman. Przynosiliśmy im z drogerii środki spożywcze. W późniejszym okresie Irena pracowała. Miałyśmy trochę jedzenie, ale można też było kupić (na czarnym rynku). Żyliśmy w ubóstwie, co to znaczy w ubóstwie? Był dla nas budżet jak dla każdego członka ŻOB – (pieniądze pochodziły z pomocy społecznej i od ŻOB). Otrzymywaliśmy paczki z „Żegoty”, organizacji pomocy Żydom, raz w miesiącu, na jedno nazwisko.
Pamiętam, że pewnego razu Antek wysłał mnie do Go*** (tekst nieczytelny) – człowieka z B.H. To było w pierwszy dzień Wielkanocy, rano, i przyniósł mi torbę pełną dolarów, i wróciłam od niego, i oczywiście od razu „zapomniałam” adres, który miałam zapomnieć jak najszybciej. Pamiętam do dziś, jak po drodze na Marszałkowskiej natknęłam się na patrol i zamarłam.
– 5 –
Pamiętam pewną historię z Kazimierzem, który przyszedł do mieszkania bardzo zdenerwowany i opowiedział coś Antkowi. Byli w drugim pokoju. Byliśmy wszyscy w mieszkaniu. Nagle padł strzał z pistoletu, który Kazimierz zawsze trzymał przy sobie i wszyscy stanęliśmy przerażeni, nie wiedzieliśmy, co robić. Baliśmy się, że sąsiedzi usłyszeli strzał i że coś się wydarzy. Wpadłam na pomysł. Zeszłam do sąsiadki po trochę soli czy cukru, nie wiem co, i spojrzałam na sufit, i patrzyłam, czy kula nie przebiła sufitu i nie ma tam żadnego śladu. Wszystko skończyło się dobrze.
Naszym głównym pożywieniem było mięso końskie, które Zivia gotowała. Zivia była kucharką. Antek i Kazimierz zazwyczaj kręcili się cały dzień na zewnątrz, wracali razem, a kiedy przychodzili wieczorem do domu, to była ich główna kolacja, to było mięso z ziemniakami, to był królewski posiłek, Zivia była w tym specjalistką, i oczywiście, dodawaliśmy do tego jeśli nie rzepę, to zawsze dodawało się jakąś kapustę. Zivia nie pozwalała kupić nawet kapusty z pieniędzy organizacji. Ale co robili z zupą bez Antka? Rozmawiali o sprawach politycznych: czy będzie amnestia czy nie będzie amnestii? Czy Niemcy zwyciężą czy nie zwyciężą? Potem mówili mi: Marysia, przynieś zupę w garnku. Najważniejsze, że garnek dotarł, nieważne w jaki sposób – garnek dla Antka lub garnek z zupą, bo zupa była z pieniędzy innych źródeł, funduszy Bundu.
Siedziałam kiedyś z Antkiem w pokoju o zmierzchu, i było bardzo zimno na duszy. W ciągu jakiejś godziny powiedział mi, że bardzo, bardzo prosi mnie, bym po wojnie opowiedziała moje wspomnienia, powiedział mi: „Luba, wiem, że to trudne, a historia o kawiarniach w ogóle się nie liczy”. Powiedziałam mu: Antek – nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale mam swoją wersję. Kawiarnie to była fikcja...
Wspomniałam o nim, to Jurek polecił mnie Antkowi. Potem, nie pytaj dokładnie kiedy, uciekła grupa, wpadła w ręce Niemców, uciekła z domu, była obawa, że „Dromkar” (baza/skrytka), podjęto decyzję o opuszczeniu mieszkania aż minie gniew.
Najpierw wywieźli „Żydów” to kryjówek. „Goje” musieli się ukryć. Znalazłam w ogłoszeniach w gazecie ogłoszenie, że w Żoliborzu można wynająć pokój. Pojechałam i wynajęłam pokój dla mnie i dla Ireny. Przeniosłyśmy się tam, w tym samym czasie Antek i Kazimierz mieszkali na Wolskiej 6. Wiadomo było, że gestapo szuka ich obu. Ponieważ nie mieli gdzie mieszkać, często chodzili po ulicach, przychodzili też z wizytą do nas, bałam się, że to sprowadzi nieszczęście.
– 6 –
Antek poprosił mnie, żebym przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu przychodziła do mieszkania na Pańskiej 5 i sprawdzała, czy są jakieś listy, „ponieważ ja jestem u cioci jako porządna dziewczyna”. Wyjaśnił mi, że w ten sposób wzbudzę mniejsze podejrzenia ze strony gospodarza domu i sąsiadów.
Nie zrobiłam tego z chęcią, nie czułam się bezpiecznie za każdym razem, gdy zbliżałam się do domu, wiedząc, że na mnie czekają. Po około miesiącu Antek powiedział, że nie mogą dłużej tak ryzykować, i poprosił o klucze do Pańskiej 5. Zrozumiałam, że jeśli on wraca, to ja również wracam, i Irena powiedziała, że ona także. Poszłam najpierw, podczas gdy właścicielka mieszkania była obecna. Po godzinie przyszła Irena. Było to zimą, było już ciemno. Kupiłam trochę produktów. W pokoju, przy piecu, rozpaliłam ogień i ugotowałam jedzenie. Przed godziną policyjną dało się słyszeć u drzwi umówione pukanie – pukanie-szmer-szmer. U drzwi stał Antek, ubrany w ciemny płaszcz, na głowie miał kapelusz (felbę). Zjedliśmy, po jedzeniu usiedliśmy w pokoju obok pieca, a Antek opowiedział nam o dwóch „akcjach” w getcie, niemal do godzin porannych. Opowiadał tak, jakbyśmy słyszały, a każda z nas myślała, że oto Niemcy wchodzą.
Powoli, powoli wszyscy wrócili na Pańską 5.
W czasie gdy opuściliśmy mieszkanie na Pańskiej 5, „spalił się” również nasz punkt kontaktowy. Otrzymaliśmy od polskiego podziemia akty urodzenia i poszliśmy do biura rejestracji ludności – pracowali tam urzędnicy polscy, ale i Niemcy w mundurach – z bezczelnością, jaka była u nas normą, wyrobiliśmy nowe kenkarty. Byliśmy: Kazimierz, Irena i ja. Każde z nas podchodziło osobno, i każdy tłumaczył, jak to zgubił swój dokument, a traktowanie go było „indywidualne”.
Wiele razy wychodziłam na misje, na które wysyłał mnie Kazimierz. Ale przedtem, teraz to sobie przypominam, chcę opowiedzieć coś o Kazimierzu. Irena i ja spacerowałyśmy ulicami. W ogóle to była historia, jak ludzie byli zamknięci przez cały czas i nie wychodzili, a my wychodziłyśmy, i to było tak, jakbyśmy były z innego świata. Może ta zewnętrzna strona życia nie odzwierciedlała tego, co działo się w środku, ale ci, którzy się ukrywali, byli bardziej dorośli od nas, a Irena i ja byłyśmy młodsze i lżejsze duchem, ale to już inna historia.
Pewnego razu Irena i ja spacerowałyśmy ulicą, chyba szłyśmy do kina, i przechodziłyśmy obok cukierni. Zobaczyłyśmy na wystawie ciasta, takie wspaniałe ciasta, a nie miałyśmy ani grosza w kieszeni. Stoimy i wpatrujemy się w te ciasta, aż ślina nam cieknie, i nagle, jak z bajki, pojawia się obok nas Kazimierz – a on już wtedy kręcił się za Ireną – i pyta, co my tu robimy. Czekajcie, natychmiast wszedł i kupił nam dwa takie ciastka, napoleonki. Nie myślcie, że miał pieniądze – on też był z tego samego budżetu co my – ale oddał swoje ostatnie pieniądze, żeby było nam dobrze. I rzeczywiście, bardzo dobrze było zjeść ciastko.
– 7 –
Zaczęłam, że tak powiem, Kazimierz zlecał mi różne misje. Pewnego razu powiedział mi, żebym wyszła z nim. Wyszłam, powiedział mi, żebym szła za nim, on będzie szedł przede mną, a ja mam obserwować z pola widzenia, czy coś mu się nie stanie, a jeśli tak, to mam uciekać i opowiedzieć Antkowi. Szłam za nim. On wszedł do jakiegoś mieszkania, a ja zostałam na ulicy, żeby obserwować i czekać na niego. Kazimierz zszedł na ulicę z jakimś człowiekiem – jakimś człowiekiem, którego nie znałam – i zaczął iść z nim, a ja szłam za nimi w odległości jakichś kilkunastu metrów. Kazimierz od czasu do czasu odwracał się, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Przechodziliśmy drogą w dzielnicy żydowskiej, i tam, wraz z całym tym podziemnym światem... Podczas tego szybkiego marszu w tych zaułkach straciłam z oczu Kazimierza i człowieka, który z nim szedł. Poczułam strach. Próbowałam ich trochę szukać, ale w tej dzielnicy dziewczynie samej nie wolno było chodzić. Wróciłam do mieszkania. Czekałam, żeby zobaczyć, kiedy wróci. Martwiłam się o niego. On jednak wrócił i do dziś pamiętam, jak śmiał się ze mnie, że zostawiłam go tam w samym środku i tak dalej, a ja bardzo się wstydziłam, że to mi się przydarzyło. Wiem, że on śmiał się ze mnie żartem, to nie była moja wina.
Przed powstaniem Polacy wysłali mnie do Grodziska, miasteczka oddalonego o jakieś 30 lub 40 km od Warszawy. Powiedzieli mi, żebym sprowadziła stamtąd do Warszawy w trybie pilnym dwóch Żydów, Kopelnika i Domba. Kopelnik i Domb byli dwoma ludźmi, którzy uciekli z Pawiaka – z więzienia śledczego – przez kanały ściekowe. Antek wysłał mnie do nich z pieniędzmi do Grodziska – ukrywali się tam w mieszkaniu, w którym ukrywała się już wcześniej żona Domba. Raz w miesiącu jeździłam tam, żeby przywieźć im pieniądze i utrzymać kontakt. Teraz zwrócił się do mnie Kazimierz, żebym pojechała do nich, by sprowadzić do mnie Kopelnika. Kazimierz powiedział mi, że pilnie potrzebują Kopelnika, ponieważ za dzień lub dwa ma wybuchnąć powstanie polskie, a on może pomóc w uwolnieniu grupy Żydów z niewoli więziennej na Gęsiej. Planowano, że w momencie wybuchu powstania oni natychmiast ich uwolnią, i dlatego zaplanowaliśmy akcję uwolnienia w momencie wybuchu powstania.
Rzeczą oczywistą było, że pojadę sama, ale byłam już przyzwyczajona do tego, że jeszcze kilka razy jeździłam tam jako pasażerka na gapę. Kiedy pociąg już ruszył, i znalazłam się po stronie aryjskiej, to nie byłam przyzwyczajona do takiego, cóż, to była pewna zuchwałość, to nie tak, dość się baliśmy, i oczywiście, kiedy dotarłam do Kopelnika i Domba, Domb na początku stawił dość duży opór i Domb powiedział, żeby nie jechać, bo to była „czysta bzdura”, ale Kopelnik pojechał ze mną. Wziął ze sobą walizkę z dokumentami wywiadu, a ten człowiek był podobny do tysiąca Żydów. Kupiłam mu bilet, wsiedliśmy do wagonu pociągu. Nie pamiętam, jak długo jechaliśmy z Grodziska do Warszawy, wiem tylko, że nie za długo, może pół godziny. Powiedziałam mu tylko, żeby usiadł spokojnie, i opowiem mu trochę o jego papierach, tak aby się nie denerwował.
– 8 –
Nie jechałam z nim w tym samym wagonie. W Warszawie poszłam z nim pod podany adres, nawet nie pamiętam już, jaki to był adres, i pamiętam tylko, że ktoś był w mieszkaniu, poznał mnie z widzenia, ale ja już w żaden sposób nie pamiętam, kto to był i co to było. Kiedy doprowadziłam Kopelnika pod ten adres, na tym skończyło się moje zadanie.
Kiedy byłam w Grodzisku, zgłosił się do mnie Domb, kolega Kopelnika, i powiedział mi: „Słuchaj, mam tam dziecko, wydaje mi się, że ma sześć lub siedem lat, w Warszawie. Ona jest ukryta po drugiej stronie Wisły, na Pradze”. Wszyscy czuli, że ma wybuchnąć powstanie polskie. Kazimierz wiedział dokładnie z własnych źródeł, ale wszyscy to czuli. Była tam żona Domba – dotarli tam, ponieważ jego żona ukrywała się u Polaków i ona rozmawiała ze mną i błagała: „Przywieźcie nam dziecko, inaczej możemy je stracić”. Dobrze, wróciłam do Warszawy, wydaje mi się, że to było w południe. Było dla mnie jasne – o ile pamiętam – że zdążę jeszcze dotrzeć na Pragę, aby zabrać dziecko. Rosjan jeszcze nie było, ale byli już w Pradze. Powstanie zastało mnie w Pradze. Próbowałam przedostać się do Warszawy kilka razy. Chciałam też być z przyjaciółmi, a ponadto wiedziałam, że zostawiłam Jurka w mieszkaniu, a tam toczą się już teraz walki, słychać i widać to. Ale nie można było przedostać się na drugą stronę. Cóż, to była smutna historia. W każdym razie, dotarłam z dzieckiem dopiero po zakończeniu powstania, po kapitulacji. Przeszłam przez miasto jak jakiś koń z klapkami na oczach. Wszyscy mówili mi: „Zostań tutaj, Rosjanie nadchodzą”, a ja mówiłam: „Ale wszyscy są tam!”. Nie wiedziałam, co z nimi wszystkimi, „wszyscy są tam”, mówiłam, i pojechałam tam z dzieckiem. Poza tym musiałam, przecież zobowiązałam się zwrócić dziecko. Przywiozłam je do jej rodziców do Grodziska i już tam zostałam, panował dość duży chaos i nie wiedziałam, gdzie kto jest.
I wtedy, tutaj, spotkałam przyjaciół, którzy uwolnili się w tym mieście wcześniej. Nie mieli gdzie mieszkać, przyprowadziłam ich do pokoju, który nam dali, obok szewca. Pokój znajdował się w budynku, w którym mieściła się kwatera główna gestapo. To było sąsiedztwo bardzo „przyjemne” z konieczności. Było tam o wiele bezpieczniej. Hala mieszkała ze mną. W tych dniach spotkałam, jak mi się wydaje, Lalę, to znaczy Lolkę, która była wśród członków grupy, która wyszła z podziemia.
(W tym czasie Jurek)
Jurek został sam na Pańskiej 5. Ja w ogóle nie wiedziałam, co się tam dzieje. Potem okazało się, że przyjaciele opuścili mieszkanie. W dniu wybuchu powstania przenieśli się w inne miejsce. Prawdopodobnie Jurek wyszedł z mieszkania, podczas bombardowań zawaliły się też ściany w tym domu. To było w środku powstania polskiego. Przyjaciele, którzy zbadali sprawę, myślą, że Jurek został zabity przez Polaków, być może przez antysemitów z A.K.
– 9 –
Z Grodziska jeździłam na kolejne misje w różne miejsca. Znałam linie kolejowe i wiedziałam, jak ominąć wszystkie kontrole, jak pojechać i bezpiecznie wrócić.
Nie pamiętam, kto mnie wysłał, ani czy w ogóle wiedzieli, że Kazimierz jest w Krakowie. Pojechałam do Krakowa i tam jakoś go odnalazłam. Powiedziano mi, żebym sprowadziła go do Warszawy, aby pomógł wyciągnąć przyjaciół, którzy „utknęli” w Pruszkowie w czasie tłumienia powstania polskiego. Kraków był pełen Niemców i Gestapo. Jechaliśmy pociągiem towarowym – to były wagony otwarte, na platformie była wojskowa ciężarówka. Był z nami również Stefan, jak i co, nie pytaj. Kazimierz kontynuował podróż do Warszawy. Właściwie wiedziałam, że przyjaciele chcą wydostać z Pruszkowa chorych w Boernerowie. Ela Margolis była tą, która to zorganizowała. Może to właściwie ona wysłała mnie, żebym sprowadziła Kazimierza z Krakowa?
Ja wróciłam do Grodziska.