Miałam wówczas 8 lub 9 lat, a Korczak nazywał się panem doktorem Henrykiem Goldszmitem, nosił czarny krawat, zawiązany na kokardę, i bujną rudawą czuprynę, kiedy go po raz pierwszy ujrzałam z dwojgiem trzyletnich dzieci, które trzymał na kolanach. Było to w Domu Sierot na ul. Franciszkańskiej, tym słynnym Domu Sierot w Warszawie, który potem stał się domem Korczaka, zaś jego jedyną rodziną stało się kilkaset sierot. Młody wówczas doktór, który przypominał Judyma, bo właśnie w owym czasie Judymowie chodzili po Warszawie, zjawiał się codziennie o 5-ej na badanie i zabawę do dzieci. Przez nauczycielkę geografii i przyrody i jej siostry, Julię i Stefanię Wilczyńskie, dwie wytworne panny z bogatego domu asymilatorskiego, które wróciły dopiero co po ukończonych studiach ze Szwajcarii, z rozgorączkowanymi głowami, nabitymi misją niesienia oświaty, a jedna z nich została zaangażowana na mieszczańską pensję dla dziewcząt, zaprzyjaźniłam się z Domem Sierot. Z gromadą dziewczynek przychodziłyśmy najpierw na wspólne zabawy z dziećmi, a potem, w miarę jak podrastałyśmy, na organizowanie przedstawień amatorskich, zagonków, pomoc w odrabianiu lekcji i t. d. O 5-ej siedziało się w dużej sali, dokoła stołu, każdy z nas dostawał blaszany kubek ciepłego mleka i po dwie bułki. Korczak, Julia i Stefania Wilczyńskie, my, obce dzieci i dzieci z Sierocińca, stanowiliśmy doskonale zgraną kompanię. Prędko przyzwyczailiśmy się do złej polszczyzny sierot, Korczak powtarzał niektóre słowa żydowskie, żeby się ich nauczyć na pamięć. Był wówczas młodym, dobrze zapowiadającym się pisarzem polskim, którego pierwsza książka „Dziecko salonu” wywołała mnóstwo dyskusji. Nie mogłam sobie tylko wytłumaczyć jednego: dlaczego nie brzydzi się dzieci z wielkimi parchami na wygolonych czaszkach? I patrzałam w niemym podziwie, jak tuli do siebie i całuje te małe parchate stworzonka.
To urywek artykułu z 1943 roku. Tekst został zamieszczony następnie w pierwszej biografii Korczaka z 1944 roku pt. Korczak został napisany przez Paulinę Appenszlak.
Paulina Appenszlak (z domu Jamajka), wybitna przedwojenna redaktorka i publicystka, zapisała się w historii jako absolutna pionierka literatury poświęconej pamięci Janusza Korczaka. Swoją książkę ukończyła na emigracji w Palestynie (Erec Israel) już w 1944 roku. Napisany po polsku maszynopis został przetłumaczony i wydany w 1946 roku w języku hebrajskim pod znamiennym tytułem Ha-Doktor nish’ar (hebr. Doktor pozostał). Była to opowieść biograficzna. Appenszlak połączyła w niej trzy warstwy źródłowe: własne, przedwojenne wspomnienia osobistej znajomości z Korczakiem (do 1939 roku), pierwsze relacje docierające z okupowanej Europy od ocalałych wychowawców i wychowanków Domu Sierot oraz liczne cytaty z przedwojennych dzieł Doktora. Tytuł książki stał się symbolem – podkreślał, że Doktor nie skorzystał z szansy ucieczki i pozostał z dziećmi do samego końca.
Czy Korczak znał żydowski? Wielu "biografów” "zaklina się”, że nie znał. To stwierdzenie (niezgodne z prawdą) to efekt łączenia na siłę Korczaka wyłącznie z kulturą polską, jak również fakt, że w wielu kołach język inteligencji żydowskiej był uważany za żargon, język biedoty, co nie było zupełnie zgodne z prawdą. Trzeba podkreślić, że Korczak znał niemiecki (słuchał wykładów w Berlinie), a poprzednio przebywał z dziećmi żydowskimi na koloniach letnich, wśród których dominował język żydowski. Bardzo możliwe, że Korczak nie mówił po żydowsku z dorosłymi.Po wojnie wokół postaci Henryka Goldszmita narosła kurtyna milczenia dotycząca jego realnych kompetencji językowych. Wielu powierzchownych „biografów” zaklina się, że Korczak nie znał języka jidysz, starając się na siłę wpisać go wyłącznie w ramy kultury polskiej i odciąć od jego korzeni. To twierdzenie jest rażąco sprzeczne z prawdą i ignoruje realia pracy, jaką Doktor prowadził przez blisko cztery dekady.
Poliglotyzm Doktora: Niemiecki, francuski i rosyjski
Aby zrozumieć warsztat językowy Korczaka, trzeba spojrzeć na niego jako na wszechstronnie wykształconego, europejskiego intelektualistę przełomu wieków:Perfekcyjny niemiecki: Korczak władał językiem niemieckim w sposób biegły. To w tym języku słuchał skomplikowanych wykładów medycznych i pediatrycznych w Berlinie w latach 1907–1908 oraz studiował tamtejszą literaturę specjalistyczną.
Korczak znał dobrze język francuski, z którego korzystał podczas studiów w Paryżu (1910 r.), a jako poddany carski, uczen gimnazjum, a potem student zrusyfikowanego Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego oraz lekarz we wojsku rosyjskim podczas wojny rosyjsko-japońskiej i I wojny światowej – posługiwał się swobodnie językiem rosyjskim.
Mit o jidysz: Dlaczego nie rozmawiał z dorosłymi?
To prawda, że Janusz Korczak nie pisał swoich książek w języku jidysz i rzadko, o ile w ogóle, rozmawiał w tym języku z dorosłymi. Wynikało to z faktu, że dla zasymilowanej, oświeconej inteligencji żydowskiej tamtej epoki, jidysz był długo uważany za język gorszy, żargon ulicy i biedoty. Korczak, wychowany w polskojęzycznym domu myślał i pisał po polsku. Jednak nie mówić po jidysz na salonach, a nie znać go wcale – to dwie zupełnie różne rzeczy.
Na koloniach letnich (w Łapigroszu, Michalówce czy w „Różyczce” na Gocławku) oraz w DS Krochmalnej 92, Korczak miał pod opieką setki dzieci, wśród których jidysz był naturalnym językiem, czasami jedynym. Aby móc diagnozować ich lęki, słuchać ich skarg przed Sądem Koleżeńskim i uczyć je samodzielności, Doktor musiał ten język rozumieć. Rozumiał go ze słuchu doskonale. Znał jego idiomy, specyficzny humor, dziecięce zawołania i bolesne skróty myślowe, którymi posługiwały się „dzieci ulicy” z jego debiutanckiej powieści z 1901 roku. Korczak pisze o tym w powieści Moski, Joski i Srule, gdzie dzieci żydowskie mówią do Korczaka oooo, pokazując na przedmioty lub zdarzenia.






