Friday, January 9, 2026

Recenzje filmu Korczak Andrzeja Wajdy - A prawda nigdy nie jest antysemicka napisała Halina Birenbaum - Rok 2026 - Prawda nie jest antypolska!


Po pokazie filmu Korczak w Paryżu powstał "Krzyk" że film jest antysemicki itp. Moi rodzice którzy znali dobrze Korczaka w okresie miedzy wojennym i w Getcie Warszawskim nie przyłączyli się jednak do tego, "francuskiego", wkrótce, międzynarodowego, protestu (nagonki).

Szanse na międzynarodowy triumf filmu Korczak zaprzepaściła bezzasadna krytyka francuskich recenzentów filmowych, którzy zarzucili Wajdzie antysemityzm a koniec filmu uznali jako „chrystianizację”. Do duskusji dołączył się oczywiście KORowiec, pan Marek Edelman pisząc z Polski artykuł bodajże do Le Monde gdzie poprzednio ukazała się krytyczna recenzja Danièle Heymann. Edelmanowi jednak chodziło głównie o promowanie postaci Wajdy który popierał Solidarność. Wiadomo że do Janusza Korczaka, Edelman zawsze żywił szczerą i nieukrywalną antypatię. We Francji, kampania przeciw filmowi Wajdy zainicjowana była przez Claude’a Lanzmanna znanego producenta filmu Shoa.

Moim rodzicom film się (ogólnie) podobał. Nie byli jednak zachwyceni ostatnią sceną filmu (ja osobiście też nie) w której bydlęcy wagon z Korczakiem i dziećmi odłącza się od reszty składu, a chwilę pózniej wychodzą z niego radośnie dzieci z Domu Sierot ze swoim ukochanym wychowawcą. Niby nikną po chwili we mgle. Po kilku sekundach pojawia się napis o ich śmierci w Treblince. Napis który jednak nie przebija się przez poprzednią scenę która jest jakimś rodzajem "Happy End". Oczywiście odłączenie wagonu moze byc interpretowane  w różny sposób!

Inne sceny które nie zgadzają się z prawdą to że Korczak nie pozwalał na to by dzieci z jego sierocińca patrzały na okrutne sceny dziejące się na ulicach getta i kazał zamurować wszystkie okna przytułku. Okna Domu Sierot wychodziły na aryjską strone ulicy Siennej a z drugiej strony na podwórze i wejście od ulicy Sliskiej. Wejście przez bramę które zresztą wszyscy używali. Dzieci z Domu Sierot nie mialy zakazu wychodzenia z Domu Sierot. Przeciwnie chodziły w Soboty regularnie do swoich rodzin (o ile miały takowe przy życiu).

Trzeba pamietać że film Korczak to fiction i że aktor Pszoniak to nie Korczak. W USA film nie spotkał się z taką samą krytyką jak we Francji. Recenzja w gazecie The New York Times miała jednak niejednoznaczną rubrykę: O świętym żydowskim lekarzu w Polsce, który zginął w Treblince.

Mój tata, Pan Misza (Wasserman Wróblewski) napisał kilka recenzji filmu Korczak.

Mój tata, Pan Misza (Wasserman Wróblewski) napisał kilka recenzji filmu Korczak.
Poniżej tylko jedna strona (gdzie niestety zachowała sie tylko ta pierwsza strona). Tam najważniejsze jest jedno zdanie: Czy to jest film o Korczaku? I tak i nie. Ściślej mówiąc jest to film o Korczaku w getcie. I tak należałoby go nazwać dla dobra sprawy.


Film "Korczak" w reżyserii Andrzeja Wajdy – rozważanie na gorąco
Michał Wasserman Wróblewski

Str. 1
Film zrobił na mnie silne wrażenie. Patrzyłem na przesuwające się obrazy z zapartym tchem, miałem nawet łzy w oczach. Za mały dystans czasu dzieli mnie od chwili jego projekcji – tylko kilka godzin. Spróbuję podzielić się refleksjami na temat filmu i postaram się odpowiedzieć na pytania, postawione mi przez uczestników spotkania Międzynarodowego Stowarzyszenia im J. Korczaka w "Naszym Domu" w Warszawie 26 sierpnia b.r.

Czy to jest film o Korczaku? I tak i nie. Ściślej mówiąc jest to film o Korczaku w getcie. I tak należałoby go nazwać dla dobra sprawy.

Kilka słów o zamkniętej dzielnicy żydowskiej w Warszawie. Głównie o to pytali mnie koledzy na sali. Muszę powiedzieć, że słuchali ze szczególną uwagą, jakby po raz pierwszy usłyszeli o tym piekle w hitlerowskich obozach zagłady. Patrzyli na mnie jakby po raz pierwszy w życiu oglądali autentycznego mieszkańca getta, który rzeczywiście cudem przeżył to piekło.
Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, stale okrajanej, stłoczono pół miliona ludzi, nie tylko z Warszawy, ale i z okolic. Straszliwy głód i choroby zakaźne, głównie tyfus dziesiątkowały ludność. Na ulicy ludzie padali z głodu i wycieńczenia. Z nieboszczyków zdejmowano ubranie, ściągano buty. Przechodnie przykrywali zwłoki gazetami. /Nad ranem Towarzystwo pogrzebowe Pinkierta wywoziło je na cmentarz żydowski, który leżał poza dzielnicą zamkniętą.
Getto warszawskie właściwie niewiele różniło się od obozu zagłady, bo było niczym innym, jak właśnie takim obozem. Jego mieszkańcy byli zresztą z góry skazani na śmierć, a wykonanie wyroku było tylko kwestią czasu. Dzieci przymierające głodem stawały się często jedynymi żywicielami rodziny. Narażając się na śmierć od kuli hitlerowskiej.

Str.2......
****************

Prawda nie jest antysemicka, napisała w swojej recenzji z filmu Korczak Halina Birenbaum. W obecnej sytuacji w Polsce, ja bym napisał Prawda nie jest antypolska.


Prawda nie jest antysemicka
Halina Birenbaum

(fragmenty recenzji z filmu Korczak Andrzeja Wajdy)

Odkąd przyjechałam do Izraela, zaczęłam opowiadać o tym, co przeżyłam i co widziałam w getcie i w obozach śmierci. Pragnęłam przekazać fakty o tej strasznej rzeczywistości stamtąd z wszelkimi jej aspektami, nie przemilczając przeklętej roli judenratów, żydowskich policjantów i wszelkiego rodzaju kolaborantów spośród moich rodaków.

Zawsze byłam tego zdania, że należy opowiadać całą prawdę o wszystkim, a kiedy żąda się sprawiedliwości od innych – trzeba zacząć od siebie. Byłam świadkiem największych poświęceń i najwyższej wielkości ludzkiej, jak również niepojętych podłości.
Według mnie śmierć nie oczyszcza i nie uniewinnia.
Jeżeli pisze się i uczy o bohaterach, nie można nie osądzać tych, którzy ich wydawali w ręce gestapo, którzy łapali i prowadzili swych braci na śmierć, a nawet służyli w żydowskim oddziale gestapo zwanym w warszawskim getcie „trzynastka”, od numeru domu, w którym kwaterowali przy ul. Leszno 13. Komendantem ich był Gancwajch, postać występująca w jednej ze scen filmu Korczak.

Trudno jest strawić fakt, że mieliśmy z jednej strony Korczaka, Mordechaja Anielewicza, „Antka” (Cukiermana) – i z największym odróżnieniem – Gancwajcha, i Szmerlinga, komendanta żydowskiego Umschlagplatzu, współodpowiedzialnego za wywózkę Żydów do Treblinki.

Wiele pisał w getcie warszawskim o przestępstwach żydowskiej policji w swych pamiętnikach w getcie warszawskim historyk Emanuel Ringelblum, który zginął wraz z żoną i synkiem. Żądał, aby po wojnie osądzić policjantów i ich zbrodnie surowiej nawet niż hitlerowców.
[…]

Czułam się niejednokrotnie zraniona i upokorzona zarzutami antysemityzmu wysuwanymi wobec filmu Korczak i jego twórcy Andrzeja Wajdy, jakby mnie samą znieważono, bo to jest moja przeszłość, nie tylko film – mojego ojca zawlekli do wagonów do Treblinki, bijąc go pałkami i szarpiąc – żydowscy policjanci.

Musi się mieć odwagę spojrzeć prawdzie w oczy, zmierzyć się z nią i wyciągnąć należyte wnioski, a także szanować, tych, którzy zadali sobie trud uwiecznić te cierpienia – pamięć o wspaniałym wychowawcy żydowskim Januszu Korczaku!

Film Korczak to wieczność pamięci tych cierpień i ludzkiej wielkości na krawędzi śmierci – w nich właśnie upamiętnienie.

A prawda nigdy nie jest antysemicka.

(Opublikowane po polsku w: Nowiny Kurier, Tel Aviv oraz  po hebrajsku w Haaretz w 1992 roku, Tel Aviv).

Inna recenzja, "Westerplatte Janusza Korczaka", wydrukowana w gazecie Nowiny - Kurier to Tosi (Jony-Yony) Bocian. Jona Tosian Bocian (urodzona w 1920 r.) była bursistką i wychowawczynią w Domu Sierot Korczaka w latach 1939–1942. 


Inna recenzja "Westerplatte Janusza Korczaka" wydrukowana w tej samej gazecie to Tosi (Jony-Yony) Bocian. Jona Tosian Bocian (urodzona w 1920 r.) była bursistką i wychowawczynią w Domu Sierot Korczaka w latach 1939–1942. Deportowana, podobnie jak Halina Birenbaum z Getta Warszawskiego w 1943 roku i uwięziona w obozie śmierci i koncentracyjnym Majdanek-Lublin.

Uważam za normalne to, że byłam napięta wobec zbliżającego się terminu wyświetlenia filmu „Korczak". Także w trakcie rozwijającej się akcji byłam oczywiście naprężona. Ale nagle, w pewnym momencie kiedy uświadomiłam sobie, że film zbliża się ku końcowi, mój niepokój przeobraził się w panikę. Ogarnął mnie strach, jaki będzie koniec filmu?
Dokąd zamierza nas zaprowadzić razem z dziećmi: odetchnęłam z ulgą i byłam wdzięczna Wajdzie, że tak rozwiązał ten wrażliwy problem.
Korczak uważał, że trzeba utrzymywać dzieci w nadziei, pielęgnować iluzje, dać im żyć w złudzeniu. Przecież sam fakt organizowania świąt, obrządków i jakoby rytualnych ceremonii - zadaniem ich było nie pozbawiać dzieci wiary w szanse ocalenia, w cud.

Stary Doktor usunięty z radia, gdyż był zbyt popularny, zbyt sympatyczny, zbyt „oczekiwany"—mimo, że Jego gawędy były anonimowe. To była Polska z okresu reżymu sanacji. Wajda - w ciągu całego filmu starannie dba o utrzymanie czułej równowagi między lojal-nością wobec faktów i powściągliwą rezerwą: nie skusić się tanią sensacją — a na koniec - stawia pod pręgierz reformatorów nowego porządku świata, pijanych władzą i robi gest wobec Izraela, państwa demonstrującego samym jego istnieniem — inne rozwiązanie kwestii żydowskiej.
Tak interpretuję fakt powiewającego sztandaru ponad głowami transportowanych: znak hańby przeobrażający się w symbol heroizmu. „Westerplatte" martyrologii żydowskiej wg poety Wł. Szlengela.

****************

 

Kartka z dziennika „akcji”

Władysław Szlengel

                    

Dziś widziałem Janusza Korczaka 1)
Jak szedł z dziećmi w ostatnim pochodzie,
A dzieci były czyściutko ubrane,
Jak na spacerze w ogrodzie.
 

Nosiły czyste fartuszki świąteczne,
Które dzisiaj już można dobrudzić,
Piątkami Dom Sierot szedł miastem,
Knieją tropionych ludzi.
 

Miasto miało twarz przerażoną,
Masyw dziwnie odarty i goły,
Patrzyły w ulicę puste okna,
Jak martwe oczodoły.
 

Czasem krzyk jak ptak zabłąkany
Był dzwonem śmierci bez racji,
Apatyczni jeździeli rikszami
Panowie sytuacji.
 

Czasem tupot i szurgot i cisza,
Ktoś w przelocie rozmowę miał śpieszną,
Przerażony i niemy w modlitwie
Stał kościół ulicy Leszno.
 

A tu dzieci piątkami – spokojnie,
Nikt nikogo nie ciągnął z szeregu,
To sieroty – nikt stawek nie wtykał
W dłonie granatowych kolegów.
 

Interwencji na placu nie było,
Nikt Szmerlingowi w ucho nie dyszał,
Nikt zegarków w rodzinie nie zbierał
Dla spijaczonego Łotysza.
 

Janusz Korczak szedł prosto na przedzie
Z gołą głową – z oczami bez lęku,
Za kieszeń trzymało go dziecko,
Dwoje małych sam trzymał na ręku.
 

Ktoś doleciał – papier miał w dłoni,
Coś tłumaczył i wrzeszczał nerwowo,

- Pan może wrócić... jest kartka od Brandta,
Korczak niemo potrząsnął głową.
 

Nawet wcale im nie tłumaczył,
Tym, co przyszli z łaską niemiecką,
Jakże włożyć w te głowy bezduszne,
Co znaczy samo zostawić dziecko...
 

Tyle lat... w tej wędrówce upartej,
By w dłoń dziecka kulę dać słońca,

Jakże teraz zostawić strwożone,
Pójdzie z nimi... dalej... do końca...
 

Potem myślał o królu Maciusiu,
że mu los tej przygody poskąpił.
Król Maciuś na wyspie wśród dzikich
Też inaczej by nie postąpił.
 

Dzieci właśnie szły do wagonów
Jak na wycieczkę podmiejska w Lagbomer 2),

A ten mały z tą miną zuchwałą
Czuł się dzisiaj zupełnie jak Szomer 3).
 

Pomyślałem w tej chwili zwyczajnej,
Dla Europy nic przecież niewartej,

że on dla nas w historię w tej chwili
Najpiękniejszą wpisuje kartę.
 

że w tej wojnie żydowskiej, haniebnej,
W bezmiarze hańby, w tumulcie bez rady,
W tej walce o życie za wszystko,
W tym odmęcie przekupstwa i zdrady,
 

Na tyn froncie, gdzie śmierć nie osławia,
W tym koszmarnym tańcu wśród nocy,
Był jedynym dumnym żołnierzem –
Janusz Korczak opiekun sieroty.
 

Czy słyszycie sąsiedzi zza murka,
Co na śmierć naszą patrzycie przez kratę?
Janusz Korczak umarł, abyśmy

Mieli także swe Westerplatte.


Data powstania utworu Szlengla, 10 sierpnia 1942, data deportacji i śmierci Korczaka, 239 dzieci i wychowawców Domu Sierot 5 sierpnia 1942.

  ***********************

Nadzieja przy wydawaniu „Matthew the Young King” w Nowym Yorku - tłumaczenia Króla Maciusia I na przełomie 1944-1945.
Nadzieja przy wydawaniu w Nowym Yorku tłumaczenia Króla Maciusia I na przełomie 1944-1945. „Matthew the Young King” był pierwszym tłumaczeniem „Króla Maciusia Pierwszego” na język angielski. Przekładu dokonali Edith i Sidney Sulkin. Ilustracje do tego pierwszego amerykańskiego wydania wykonała Irena Lorentowicz (Nowy Jork: Roy Publishers, 1945). Kiedy książka ukazała się w styczniu 1945 roku, wciąż jeszcze krążyły pogłoski, że dr Korczak uciekł z pociągu wiozącego go do obozu zagłady w Treblince. Plotka ta, niby potwierdzona przez agencję prasową, została wydrukowana dodatkowo na specjalnej niebieskiej stronie w tej książce. Była się bezpodstawna.
Ostatnie godziny życia Korczaka i dzieci są często przedstawiane za pomocą kilku fałszywych historii. M.in. że dzieci „maszerowały” i spiewały z zieloną flagą na znak protestu przeciwko nazistom, że przeżyły…

To myślenie życzeniowe dało początek rzeźbom Rapaporta w synagodze Park Avenue w Nowym Jorku, jak i w filmie 
Wajdy pt. „Korczak” deportowane dzieci wylatują z bydlęcych wagonów niczym anioły.

Takie myślenie, "życzeniowe", widac na rzeźbach Rapaporta na synagodze Park Avenue w Nowym Jorku, dzieci i Korczak unosza sie niczym anioły.



TO THE READER: As you will note in the preface, we had it from reliable sources that the author, Janusz Korczak, a celebrated physician, teacher, and head of a Warsaw orphanage in pre-war Poland, was killed by the Gestapo during one of their mass murders. It was early in 1943 that the Nazis ordered the massacre of the children in his orphanage. Korczak was offered his freedom due to his fame as a physician, but he refused to abandon the children and instead preferred to accept their fate. He went with them to the place of execution, thus hoping to make their end less horrible. However, according to a recent report from the Overseas News Agency, Korczak was rescued by the Underground at the last moment and is now alive in Lublin. No additional information, including the fate of the children, is currently available.
DO CZYTELNIKA:
Jak zauważyliście we wstępie, z wiarygodnych źródeł podaliśmy informację, że autor, Janusz Korczak, znany lekarz, nauczyciel i dyrektor warszawskiego Domu Sierot w przedwojennej Polsce, został zabity przez Gestapo podczas jednej z masowych egzekucji. Na początku 1943 roku Naziści nakazali masakrę dzieci z jego sierocińca. Korczakowi zaoferowano wolność ze względu na jego sławę jako lekarza, ale odmówił opuszczenia dzieci i wolał podzielić ich los. Poszedł z nimi na miejsce kaźni, mając nadzieję, że uczyni ich koniec mniej strasznym. Jednakże, jak wynika z ostatniego raportu Over seas News Agency, Korczak został uratowany przez Podziemie w ostatniej chwili i obecnie żyje w Lublinie. Żadne dodatkowe informacje, w tym los dzieci, nie są obecnie dostępne.

Thursday, January 8, 2026

Miłość w Domu Sierot Korczaka - Fela Teitelbaum i Szlomo Nadel.

Szlomo Nadel (pierwszy po prawej w szelkach) i Fela Teitelbaum (druga od prawej, za Szlomo).

Szlomo Nadel: Moja pierwsza miłość miała na imię Fela. Fela Teitelbaum. Wciąż mam jej zdjęcie z dedykacją dla mnie. Spotkałem Felę ponownie po moim powrocie do Polski pod koniec wojny. Była już wtedy mężatką. (Meszel)

Nie znam tej przez Szlomo wspomnianej fotografii ani tej dedykacji.

Własnoręczny opis Szlomo fotografii zrobionej w Gocławku. Wymieniona jest m.in. Fela Teitelbaum. Nieopisana - Sala Wulman stoi druga od prawej.

Gocławek. Wymieniona Fela Teitelbaum siedzi w białej sukience, druga od lewej. Wychowawca Pan Jakub (Kutalczuk - Tzuk - Cuk). Koło niego Srulek Szwarcberg. Stoi w srodku Szlamek Godekind a obok niego, druga od lewej (z białym kołniezykiem), Salcia Zalcman. Fotografia opublikowana (czarno-biała) w Pierwszym Repozytorium Janusza Korczaka na internecie w Sztokholmie w 1995 roku. Od roku 2005 na Florydzie w The Teachers Guide to the Holocaust - "Stowarzyszenie Korczakowskiego Dziedzictwa" - "The Janusz Korczak Living Heritage Association".

Gocławek. Wymieniona Fela Teitelbaum siedzi w białej sukience, druga od lewej. Wychowawca Pan Jakub (Kutalczuk - Tzuk - Cuk). Fotografia opublikowana (czarno-biała) w Pierwszym Repozytorium Janusza Korczaka na internecie w Sztokholmie w 1995 roku. Od roku 2005 na Florydzie w The Teachers Guide to the Holocaust - "Stowarzyszenie Korczakowskiego Dziedzictwa" - "The Janusz Korczak Living Heritage Association".

Wednesday, January 7, 2026

AI about Michał (Misza) Wasserman-Wróblewski.

Pan Misza Wasserman Wróblewski, after escaping the ghetto, joined the Red Army and later the First Polish Army (part of the Soviet Army) in 1944 (photo from October 1944), reaching the rank of officer and fighting in Berlin.

 

Michał (Misza) Wasserman-Wróblewski (1911–1993), affectionately known as Pan Misza, was a Polish educator and close associate of Janusz Korczak. 

Life and Career with Janusz Korczak
  • Educator at the Orphans' Home: He worked at Korczak's Dom Sierot (Orphans’ Home) at 92 Krochmalna Street in Warsaw from 1931 until August 5, 1942.
  • Holocaust Survival: He was the only teacher from the orphanage to survive the August 5, 1942, deportation to the Treblinka extermination camp. He escaped death because he had been sent out for work duty outside the Warsaw Ghetto earlier that morning.
  • Military Service: After escaping the ghetto, he eventually joined the Red Army and later the first Polish Army (part of the Soviet Army) in 1944, reaching the rank of officer and fighting in Berlin. 
Legacy and Later Life
  • Post-War Leadership: In post-war Poland, he headed the Korczak Committee (Komitet Korczakowski) until 1968.
  • Life in Sweden: In 1970/1971, he moved to Sweden (settling in Stockholm in 1979), where he founded the Korczak Living Heritage Association (Föreningen för Janusz Korczaks levande arv) to continue spreading Korczak’s pedagogical ideas.
  • Recognition: He was honored by UNESCO for his work in education and for preserving the legacy of Korczak. 
Commemoration
  • A commemorative stone and a 1,000-tree plantation were established in the Korczak Forest near Jerusalem in his memory.
  • His son, Roman Wróblewski, continues to document his father's life and work through publications and digital archives. 

Monday, January 5, 2026

Na koloniach Hipolita Wawelberga - Janusz Korczak - Pan Józek (Halpern Arnon) - Pan Misza (Wasserman Wróblewski).

Specyalne kolory kart dla chłopców i dziewczynek, dla chrześcian i żydów, ułatwiają segregowanie i zapobiegają omyłkom. Jak już zaznaczyliśmy wyżej, pierwszeństwo co do wysyłania na Kolonie mają dzieci słabowitsze i uboższe. A więc wszystkie dzieci ze stopniem „1" są przeznaczane na wyjazd, o ile na karcie niema adnotacyi o chorobie zaraźliwej lub braku szczepionej ospy. 25 lat działalności Towarzystwa Kolonii Letnich w Warszawie / napisał Klemens Łazarowicz.

Z kart tych wybiera się 100 chłopców chrześcian, 100 chłopców żydów, 100 dziewczynek chrześcianek i 100 żydówek. W ten sposób otrzymujemy komplet dzieci, które w danym roku będą wysyłane do Ciechocinka. Pierwszeństwo mają dzieci, które otrzymały gorszy stopień na karcie „1", następnie „2" i wreszcie „3." Wszystkie dzieci ze stopniem „1" są wysyłane bez wyjątku. Z ogólnej liczby dzieci, mających stopień „2" dobiera się tyle, ile potrzeba do kompletu. 25 lat działalności Towarzystwa Kolonii Letnich w Warszawie / napisał Klemens Łazarowicz.
Archiwa GFH.

Wizyta Ignacego Mościckiego, prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, na obozie letnim dla dzieci polskich i żydowskich imienia bankiera i filantropa Hipolita Wawelberga, w pobliżu Puszczy Kampinoskiej w Polsce, 1930 r.
Pan Misza (Wasserman Wroblewski): „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?"

Pan Misza (Wasserman Wroblewski): „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?"

Pan Józek (Halpern Arnon) w 1940 r.

Pan Misza (Wasserman Wróblewski).

Janusz Korczak zdawał sobie dobrze sprawę z tego że pensja 75 złotych miesięcznie nie wystarcza na potrzeby bursistów w Domu Sierot. Pisał o tym zarówno Pan Józek (Józef Halpern, Arnon) i mój tata, Pan Misza (Wasserman, Wroblewski). Bursisci pracujący jako wychowawcy na koloniach u Wawelberga zarabiali dużo lepiej niż na koloniach Korczaka w Gocławku. W znajdowaniu takich dodatkowych, lepiej płatnych prac, byli aktywni zarówno Doktor jak i Pani Stefa.


Praca wychowawcy na „Koloniach letnich dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga” to była trudna praca, bardzo trudna. Szczególnie na koloniach w Ciechocinku. Tam bowiem razem miały wypoczywać najbardziej chorowite i najbiedniejsze dzieci Warszawy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Dzieci które przyjeżdżając na kolonie miały "wyniesiony z domu i z ulicy" wprost wrogi stosunek do siebie. Oprócz tego, mimo że ani Pan Józek ani Pan Misza o tym nie wspominają, to istniał równiez problem językowy. Dla wielu żydowskich dzieci język polski był tzw. drugim językiem. Korczak pisze o tym opisując żydowskie dzieci którymi, jako student, zajmował się na koloniach Michałówka. Korczak poświęcił temu problemowi w Mośki, Joski i Srule cały rozdział 13 pt. Gazeta „Michałówka“ — Dlaczego chłopcy źle mówią po polsku? — Smutno — jest po żydowsku też: smutno.:
O koloniach letnich można było ładniej napisać w gazecie, ale dzieci żydowskie źle rozumieją po polsku i trzeba pisać dla nich łatwemi wyrazami.
Niektórzy chłopcy wcale nie mówią po polsku, ale pomimo to radzą sobie doskonale. Mówią:
— Proszę pana — o, o, o!
— O, o-o-o! znaczy: mam za długie spodnie, brakuje mi guzika, komar mnie ugryzł, jaki ładny kwiatek, nie mam noża, albo widelca.
Wszystkie te zdania zastępuje jedno krótkie:
— O, o, o-o!
Śniadanie, podwieczorek, kolacja — wszystko nazywa się obiad. I ile razy odezwie się dzwonek, biegną z wesołym okrzykiem:
— Na obiad!
Skąd wiedzieć mają, że różne nosi imiona posiłek, w różnych porach dnia spożywany, gdy w domu, ile razy są głodne, otrzymują zawsze taki sam chleba kawałek z niedocukrzoną herbatą?
Rzecz inna ci, którzy mieszkają na ulicach, gdzie dużo jest chłopców polskich.
Grinbaum ze Starego Miasta mówi dobrze po polsku, bracia Furtkiewicz noszą już polskie imiona: Henio, Gucio się nazywają. A Topcio Mosiek razem z Frankami i Jankami gołębie podpuszcza, nauczył się od nich gwizdać na palcach i piać jak kogut, bo mieszka na Przyokopowej ulicy...
Ale są w Warszawie ulice, gdzie jeśli się słyszy polski wyraz, to tylko brzydkie przekleństwo stróża domu, że mu żydowskie bachory podwórze zaśmiecili. I jeśli tam chłopczyna usłyszy mowę polską, to tylko:
— A bodajeś zdechł, a bodaj was cholera.

Zarówno Pan Józek jak i Pan Misza świetnie znali i polski i żydowski ale tak jak poprzednio zaznaczylem to nie były tylko sprawy jezykowe. Jak nauczyć tak dwie odmienne grupy dzieci wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia? Dzieci żydowskie, (te które chciały) chodziły w sobotę do synagogi a chrześcijańskie w niedzielę do kościoła.

Wg. Pana Miszy, Korczak z ogromnym zainteresowaniem dopytywał się potem o dzień powszedni na koloniach Wawelberga, o moje spostrzeżenia, trudności, o choćby nawet i nikłe osiągnięcia, do których przywiązywał szczególną wagę.

Pan Józek (Józef Halpern, Arnon) napisał o koloniach u Wawelberga w 
Ciechocinku broszurę która, miał nadzieje, zostanie opublikowana przez jakieś towarzystwo kolonijne. Opisał w niej wiele problemów i dokładnie co poniektóre charactery chłopców. Jego grupa, podobnie jak inne na koloniach Wawelberga w Ciechocinku to były chore dzieci, chrześcijańskie (polskie) i żydowskie. Stopien choroby był określany przy zapisach w Warszawie. Do tej broszury Józka Arnona napisał Janusz Korczak WstępPo Wstępie mój wybór z notatek Józka Halperna.

- Wstęp -

Powinna powstać bibljote(cz)ka - notatki wychowawców Kolonij letnich. Wykłady nie wypełnią luki: nie jak być powinno, a jak jest.
Młodzież z tej bezpretensjonalnej literatury poznałaby zadania i trudności.
Nie dzieje się zbyt dobrze.
Jedni łudzą się, że sami wypoczną, a zasiedzeni, bądź siebie oskarżają, że nie umieli, bądź po prostacku oskarżają dzieci. –
Inni pragną naśladować wzory obozów harcerskich. Prócz zawodu sobie, dzieciom szkodzą. Inni wreszcie skazani na li-tylko bierne wypełnianie wskazań kierownictwa, nie wnoszą własnej, barwnej inicjatywy, zniechęcają się; a szkoda dobrej woli.
Gdyby udało się autorowi tych notatek znaleźć nakładcę, możeby się stały zalążkiem takiej bibljoteczki. Warto.
Te nieliczne tygodnie pobytu na wsi są dla wielu tysięcy dzieci jedynym w życiu okresem beztroskiej radości.
                    J. Korczak



Chłopcy się poznawają
-A ja do siódmego oddziału-wtrąca Turkowski
Eh, to niemożliwe, drwinę odpowiada Grynberg
Nie wierzysz -dobrze, to pójdziemy do kościoła. 
?
No, bo tam ci przysięgnę na to - mówi już zupełnie wesoło Turkowski. 
Turkowski płakał,  bo bał się, że będą go wyśmiewali 
i wyszydzali, a żadnego obrońcy mieć nie będzie. 
Mama i tata daleko będą od Kolonji, bo aż 6 godzin jazdy koleją. A na Kolonje jedzie pierwszy raz, nie wie, jak tam jest, jacy będą chłopcy, jaka Pani, Pan.
    Rysio przed dworcem nieufnie spodełba spozierał na mnie, po pociągu po kilku zabawach i żartach- nieśmiały, ale życzliwy uśmiech w moją stronę skierowany.
    Przy wysiadaniu- Ja Panu teczkę poniosę - proponuje nieśmiało. Nie chęć przymilenia się, ale szukanie sposobności przysłużenia się itd., wykazania swego przychylnego stosunku.
Ogłaszam: Chłopcy pamiętajcie, że przed dziesiątą  9ątą nikt jeść nie


Archiwa GFH.
6-7
we wszystkim chłopcom, że bezwzględnie nie pozwolę na to, by chłopcy przynosili szyszki, albo tym podobne rzeczy do sypialni, bo będą następstwa bardzo przykre: Noniek, kładź się!
Szyszki morałem, i gromada zadowolona i Noniek ukarany
i pojawienie się szyszek na sali, o ile nie na cały sezon, to przynajmniej na tydzień, dwa, niemożliwe
7. Noc spokojnie przeszła, wszystko składnie szło. I mycie się, i słanie łóżek, i śniadanie, Czyżby nie za nadto!
Po śniadaniu poszliśmy do parku. Ładny, kuracyjny, zachodni park. Źródła, solanki i innych wód mineralnych. Dzieci piły wodę solankową. Orkiestra, kort tennisowy. Zadowolenie-rozkosz. Duże rozkwitłe róże, świeża, zielona trawa i "świeże słońce". Perli się wszystko i kioski, i fontanna parasolkowa z Jasiem i Małgosią, i druty przy korcie tennisowym i oczy Ludka i buzia Kazałem wszystko, wszystko.....


Archiwa GFH.

Moralność bierna - to nie krzywdzić, nie niszczyć cudzego szczęścia, cudzej pracy, nie wycisnąć łez, siać dookoła siebie smutku. -
Geniek - męta społeczny. Zamęt i nieporządki - to jego żywioł. Brużdżący typ aspołeczny. Zupełny brak zainteresowań intelektualnych.

Zmiana bielizny pościelowej.
Odpinanie koców, przyszywanie czystych i ich własnych prześcieradeł. Ile tutaj należy mieć doświadczenia? Rano zaczęliśmy, musieliśmy przerwać bo śniadanie. Gimnastyki przez to nie było. Jedni mają czyste prześcieradła, drudzy ich nie mają, drudzy mają tylko jedno czyste, więc należy narazie brudne zostawić. Które dać na wierzch. Chciałem dać brudne, uczyn to na spód, aż będą czyste kolonijne / pomyślałem: będą prędzej/
Sprzeciw: na wierzchu musi być czyste, a pod spodem parę kropek...
W tym należy być uczciwym i mieć dużo doświadczenia.
Przyjechał nowy chłopak. Padają pytania. Gdzie on będzie spał?
Jak on się nazywa?
Czy Żyd?


Archiwa GFH.

-6-
A, że niedziela miały dzieci pójść do kościoła, o, jak niechętnie szły! Jaki szczęśliwy, zadowolony zdawał się być Mundek, kiedy mówił: "ja nie idę, ja jestem ewangelikiem" a ja nie idę - powiedział Geniek, bo jestem Żydem
Dziwne: chciałby przez chwilę stać się Żydem, po to, aby nie iść do kościoła. Kazik powiedział coś Jurkowi o Bronce. Dowiedział się o tem Lutek. Złapał Kazika za domem i -bójka. Stałem i patrzyłem, nie przerywając. Lutek gdzieindziej mierzył, a gdzie indziej bił. Ciosy padały, Kazik nieudolnie się bronił. Trwało to kilka sekund. Kazik nie płakał, bo nie był brutalnie bity. Przypisuję to temu, że ja stałem. Intryga Kazia i obrażona duma Lutka znalazły w ten sposób wyładowanie.
Mały, oczy niebieskie, niespokojne, blady i słaby to Ludwik Ryboński: Mamusia powiedzieli, żeby się Pana słuchać, żebym nóżki miał ozłate, gdzie mnie posadzą tam, żebym siedział, żeby być grzecznym,
Proszę Pana, ja bym prosił o łóżeczko, na którem by rano było słoneczko, Ja tak lubię uśmiech i prośba na twarzy.


Archiwa GFH.

12
Badanie dzieci. Dużą zdobyczą pedagogji byłoby gdyby wychowawcami mogli być, byli, chcieli być lekarze. "Dziecko z moczeniem nocnem, dziecko wymiotujące, z ropiejącem uchem, dziecko, które się samaluto, z wysypką na ciele czy na głowie, on musi wysadzić, umyć opatrzyć." Gdyż jak inaczej przedstawia się dziecko w ubraniu, którego oczy są wszystkiem, słowa, zdania wyrażające myśli, ukoronowaniem jego stosunku do wychowacy, a nagie widziane i oglądane okiem lekarza, wystukiwane i badane słuchawką. Wychowawca musi widzieć dziecko oczyma medyka i psychologa.

Lutek nadwolański, kochany bandyciak, żywy, piękny, wesoły i zwinny - migdały jak dwie śliwy. Inhalacje.
Jurek piękny, niebieskooki, alabastrowy. "podbijacz serc niewieścich" chłopak chore serce: dużo nie chodzić, więcej odpoczywać, dłuższe wycieczki wzbronione. -Gazówki.
Piękne, to żywe, imponujące, błyszczące tylko dotykać twarzy, rąk i ciała, a broń Boże nie zaglądaj do gardła, kości, serc.
Stasiek M. cóż to za ciało, co za budowa, jakie kształty!
kręgosłup skrzywiony, łopatka prawa wyższa, oczy po szkarlatynie, brzydko zaropione bliznami Szkarlatyna przeleciała nad jego ciałem.


Archiwa GFH.

10
- Proszę Pana, ja bym prosił o łóżeczko, na którem by rano było słoneczko, Ja tak lubię uśmiech i prośba na twarzy.
- Znalazłem 2 bułki u niego pod poduszką 
- Po coś je ta położył?
- a nie mogłem zjeść, sama już coś zrobię z tego w domu
- Wieje od niego łąk, polen, skoszoną trawą, sianem, zroszoną trawą Dobroć/ granicząca z głupotą/prawdomówność i chorobliwa /?/
uległość. Zupełnie bez samodzielnościPraca wychowawcza może wtedy być owocną, jeżeli obok sumienności, taktu i zmysłu organizatorskiego, jako cech charakteru- wychowawca ma w rękach środki represji. Aby zorganizował gromadę należy utemperować typy wyraźnie aspołeczne, unieszkodliwić, uniemożliwć im brużdżenie, dać im zajęcie, lecz trzymać w garści.
    Kara jest jedyną bronią w ręku wychowawcy, który musi stać na straży, kulturalnego współżycia wychowanków, zwłaszcza na kolonjach letnich, gdzie dzieci przyjeżdżają różne i na bardzo krótki czas.
    I oto stanąłem przed faktem. Stasik i Geniek wyraźnie przeszkadzają. Stasiek podburza, przeciwko Żydom, Geniek jest ciałem wykonaw-


Archiwa GFH.

15
Mietek i Geniek - boks.

Posprzeczali się o drobiazg - nawiązała się bójka. Mietek z podbitem okiem i opuchniętym nosem, Geniek tylko z sińcem pod lewem okiem.
Zaciękłość i bezwzględność w bójce absolutnie trudne do zaobserwowania w bójce między dwoma Żydami. Bezgraniczna wściekłość;

Skończyli bójkę - poszliśmy do lasku. W nim dalszy ciąg. Stają naprzeciwko siebie - dookoła dzieci - widzownie.
No, Geniek daj mu! - woła jeden - Mietek, podgzymśnij mu drugie oko, bo on tobie to zrobi. Bogdan popycha Geńka w kierunku Mietka.
Oponuje.
E, proszę pana, tak się zawsze robi, bo oni nie zaczną się bić odpowiada mu Bogdan, Nie wierzę.

Trącono Mietka na Geńka. Bójka się rozpoczęła. Zacięta, silna. Geniek zarobił spuchniętą rękę i stracił kilka łez, Mietek skorzystał obrzęchły nos. Wył dowali się zupełnie - nie mają nic do siebie.



Archiwa GFH.

E, ja sobie sam zrobię wanienkę - zrezygnowanie i z lekceważeniem mówi.
Narysował na piasku obwód, i z zapałem bierze się do roboty. Ciekaw jestem czy zrobi: - Pomyślałem: nie.
Po minucie w piasku zagłębienie, a Geniek leży już opodal brzuchem do góry.Ja się będę lepiej opalać - pociesza się.
Niedaleko Birnbaum i Berek budują w piasku tężnię, tunel, podpory, fundament.
Zainteresowania techniczno - artystyczne.
Wyraźnie zarysowane typy społeczne: Lutek - prowodyr, wodzirej, wysuwany przez innych.
Mundek - mądry, pomysłowy, inteligentnie życiowo, chłopak. Typ aktywny. Moralność czynna - to przynosi pożytek, rzetelnie, z pożytkiem dla ludzi pełni swą najważniejszą służbę, siać pogodę, jasność, ciepłość. Uśmiechy.
Jurek - pustota, dufność, brak samodzielności, przedsiębiorczości i pomysłowości.
Zdziś - brak zainteresowania do prac kolektywnych, typ aspołeczny.

***********************************

* Sprawozdanie TKL (Towarzystwo Kolonii Letnich) i opis Lazarkiewicza. TKL to historyczna warszawska organizacja założona w 1882 roku przez dr. Stanisława Markiewicza, której celem było zapewnienie wypoczynku letniego (kolonii) ubogim dzieciom z miast, wysyłając je na wieś, aby korzystały ze słońca i świeżego powietrza. Inicjatywa ta, wzorowana na podobnych rozwiązaniach w Europie Zachodniej, działała do 1939 roku, a jej założyciel, higienista Markiewicz, był pionierem idei kolonii w Polsce. 
    Na początku XX w. Towarzystwo Kolonii Letnich posiadało już pięć własnych ośrodków zwanych „koloniami”. Wszystkie zostały sfinansowane przez prywatnych donorów. Dwie pierwsze – tzw. Wilhelmówkę i Zofiówkę (obie w guberni łomżyńskiej) – ufundowali spadkobiercy niemieckiego przedsiębiorcy W. E. Rau’a. Po wybudowaniu tych ośrodków Towarzystwo uznało za niezbędne powołanie specjalnej kolonii dla dzieci żydowskich – tak powstała tzw. Michałówka (również w guberni łomżyńskiej), sfinansowana przez spadkobierców Michała Endelmana.
    W następnych latach powstały kolejne dwa ośrodki - w Ciechocinku (wzniesiony kosztem Hipolita Wawelberga) oraz w Lesznie (sfinansowane przez małżeństwo Bersonów), z których korzystały zarówno dzieci chrześcijańskie, jak i żydowskie.
    Wszystkie te obiekty zostały zaprojektowane jako eleganckie budynki mieszkalne o charakterze letniskowym, z sypialniami, pomieszczeniami gospodarczymi, obszernymi drewnianymi werandami. Budowano je zgodnie z wymaganiami higieny oraz z myślą o wygodzie i potrzebach dzieci.

** GFH - Archiwum kibucu Ghetto Fighters w Izraelu.

25 lat działalności Towarzystwa Kolonii Letnich w Warszawie / napisał Klemens Łazarowicz.

Kolonie letnie dla dzieci żydowskich i chrześcijańskich im. Wawelberga i Rotwanda organizowane były również w Ciechocinku. Była to jedyna kolonia letnia o charakterze leczniczym. Wyposażenie budynku, przeznaczonego na sto łóżek, sfinansował Wawelberg, który opłacał też koszty utrzymania kolonii. Przez wiele lat chore dzieci z biednych rodzin przyjeżdżały do Ciechocinka na leczenie.

Kolonie letnie dla dzieci żydowskich i chrześcijańskich im. Wawelberga i Rotwanda organizowane były również w Ciechocinku. Była to jedyna kolonia letnia o charakterze leczniczym. Wyposażenie budynku, przeznaczonego na sto łóżek, sfinansował Wawelberg, który opłacał też koszty utrzymania kolonii. Przez wiele lat chore dzieci z biednych rodzin przyjeżdżały do Ciechocinka na leczenie. Były lata, że frekwencja wynosiła nawet kilkaset małych kuracjuszy. W testamencie Wawelberg na jej utrzymanie zostawił 4 tysiące rubli corocznej zapomogi. Wawelberg zastrzegł też, żeby z kolonii korzystały w połowie dzieci chrześcijańskie, a w połowie żydowskie. Podczas swego pobytu w uzdrowisku otrzymywały one do użytku nowe ubrania i bieliznę.
Z kart tych wybiera się 100 chłopców chrześcian, 100 chłopców żydów, 100 dziewczynek chrześcianek i 100 żydówek. W ten sposób otrzymujemy komplet dzieci, które w danym roku będą wysyłane do Ciechocinka. Pierwszeństwo mają dzieci, które otrzymały gorszy stopień na karcie „1", następnie „2" i wreszcie „3." Wszystkie dzieci ze stopniem „1" są wysyłane bez wyjątku. Z ogólnej liczby dzieci, mających stopień „2" dobiera się tyle, ile potrzeba do kompletu. Wskazówkami przy segregowaniu dzieci, mających jednakowe stopnie, są dane lekarskie, odnotowane na karcie kwalifikacyjnej, a więc pierwszeństwo mają dzieci słabowite i uboższe. Podział dzieci na sezony jest rzeczą łatwą. Ponieważ w Ciechocinku są 4 sezony dla dzieci, więc na sezony środkowe przeznacza się dzieci, uczęszczające do szkoły. Na sezon pierwszy i ostatni przeznaczają się dzieci, które do szkoły nie chodzą. Karty kwalifikacyjné dzieci, przeznaczonych na wyjazd do Ciechocinka na poszczególne sezony, układa się w oddzielne paczki z odpowiednimi napisami.
W podobny sposób postępuje się z pozostałemi kartami kwalifikacyjnemi, na których przy wyrazie Ciechocinek niema stopnia. A więc przedewszystkiem wybiera się karty, oznaczone stopniem „1," następnie stopniem „2." Jeżeli tych zabraknie do kompletu, dobiera się potrzebną ilość kart ze stopniem „3." Ponieważ zarząd Kolonii już w projekcie budżetowym, przedstawianym na ogólne zebranie, określa liczbę dzieci, które mają być wysłane na poszczególne Kolonie, więc odrazu odpowiednie karty kwalifikacyjne układa się w paczki, odpowiadające oddzielnym Koloniom i sezonom.
Specyalne kolory kart dla chłopców i dziewczynek, dla chrześcian i żydów, ułatwiają segregowanie i zapobiegają omyłkom.
Jak już zaznaczyliśmy wyżej, pierwszeństwo co do wysyłania na Kolonie mają dzieci słabowitsze i uboższe. A więc wszystkie dzieci ze stopniem „1" są przeznaczane na wyjazd, o ile na karcie niema adnotacyi o chorobie zaraźliwej lub braku szczepionej ospy.


********************************************************************

Pan Misza (Wasserman Wróblewski) pisał w swoich wspomnieniach:

Zdając sobie sprawę z moich kłopotów materialnych, pani Stefa poleciła mnie jako płatnego wychowawcę na „Kolonie letnie dla dzieci polskich bez różnicy wyznania im. Hipolita Wawelberga”. Piękna idea, ale niełatwa praca. Razem miały wypoczywać najbiedniejsze dzieci stolicy, zarówno żydowskie jak i chrześcijańskie. Ile wzajemnych uprzedzeń doszło tam do głosu! Pozostawał trudny do rozwiązania problem: jak w krótkim czasie przezwyciężyć nieufność, czasem niechęć? Jak nauczyć wzajemnego zrozumienia i zgodnego współżycia?

Oddano mi pod opiekę grupę starszych chłopców. Początkowo straciłem wiarę. Ale te dzieci ulicy nie były wcale złymi ludźmi. Udało mi się jakoś zdobyć ich zaufanie. Sądzę, że praca z nimi dała mi dużo. Przypuszczam, że i moi chłopcy wynieśli sporo korzyści z tego wspólnego pobytu. Kilkakrotnie z wzajemnego zainteresowania sobą zrodziło się coś na kształt przyjaźni, czy - skromniej mówiąc - sympatii, życzliwości, obietnic, że będą się spotykać i pomagać sobie w razie potrzeby.

Gdy na początku roku szkolnego wracałem na Krochmalną, Korczak z ogromnym zainteresowaniem dopytywał się o dzień powszedni na koloniach, o moje spostrzeżenia, trudności, o choćby nawet i nikłe osiągnięcia, do których przywiązywał szczególną wagę. Zazwyczaj siadaliśmy wtedy obok lub naprzeciw siebie. A Pan Doktor umiał słuchać jak nikt inny! Nie przerywał. Potem dopiero zadawał rzeczowe pytania lub rzucał jakąś uwagę. Lubiłem ogromnie te rozmowy. Przyznaję szczerze, że nie przepadałem za najmilszymi nawet rozmowami „na stojąco”. Doznawałem wówczas uczucia jakiegoś dziwnego zażenowania. Pan Doktor podnosił wtedy głowę, przewyższałem go bowiem wzrostem. A przecież czułem się przy nim, a nawet podczas jego nieobecności, w porównaniu z nim taki mały, nieważny, niewiele znaczący, choć on we mnie niejednokrotnie usiłował wyzwolić poczucie własnej wartości. Był i pozostał dla mnie autorytetem intelektualnym oraz moralnym.

********************************************************